Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
469 osób interesuje się tą książką
Lea Ramirez przyjeżdża do Las Vegas z jednym celem: zawalczyć o olimpijskie marzenie. Łyżwiarstwo figurowe to całe jej życie. Każdy trening, każda decyzja i każde wyrzeczenie mają doprowadzić ją na sam szczyt. Nie ma miejsca na skandale, słabostki ani relacje, które mogłyby zagrozić jej karierze.
Zwłaszcza z kimś takim jak Mason Price.
Bramkarz Las Vegas Devils to gwiazda hokeja, o której mówi całe miasto. Pewny siebie, prowokujący i niebezpiecznie atrakcyjny, przyciąga uwagę mediów równie łatwo, jak kłopoty.
Kiedy jedno kompromitujące zdjęcie stawia jego reputację pod znakiem zapytania, Mason potrzebuje sposobu, by uciszyć plotki. Lea z kolei musi odnaleźć się w świecie Vegas i poradzić sobie z presją przygotowań do Olimpiady.
Udawany związek wydaje się idealnym rozwiązaniem. Problem w tym, że między nimi coraz mniej rzeczy wygląda na udawane. W mieście pełnym pokus, tajemnic i ryzykownych decyzji granica między układem a prawdziwymi uczuciami szybko się zaciera.
„Puck me twice” to gorący romans hokejowy w motywem fake dating, pełen napięcia, emocji i chemii między bohaterami. Historia o ambicji, pożądaniu i uczuciach, które miały być tylko częścią układu… aż przestały nimi być.
Nowelka z Grzesznej kolekcji Inanny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 123
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Puck Me Twice
Nina Frost
Wydawnictwo Inanna
LEA
MASON
Copyright
📖 Informacja o wersji demo
Pieprzone spełnienie marzeń. Tak, jeszcze do wczoraj widziałam przyjazd do Las Vegas, gdzie miała czekać mnie zawrotna kariera, a raczej pomoc w jej rozwoju. Do wczoraj, bo dziś wszystko runęło.
Pamiętam, jak z radością pakowałam rzeczy do walizki. Rodzice niby się cieszyli i kibicowali, jednak wiem, że w gruncie rzeczy martwili się o mnie i nadal martwią. Pierwszy raz ich najmłodsza z trójki dzieci wyrusza w świat bez nich, by realizować swoje marzenia. Bo łyżwy nimi były. Mam na koncie naprawdę wiele wygranych w konkursach stanowych czy lokalnych, ale w mojej głowie od zawsze szczytem, do którego dążę, jest Olimpiada. Nie Mistrzostwa Świata, ale najprawdziwsze zimowe Igrzyska. I właśnie dla nich tu jestem. Dla nich spakowałam się i pojechałam do Vegas, gdzie czekał na mnie najlepszy trenerski skład, a przynajmniej tak mi to przedstawiano.
Po pierwszym spotkaniu z zespołem zamiast spokoju i radości czuję zażenowanie i chyba trochę żal. Potraktowano mnie jak typową nową zawodniczkę i zupełnie nie wzięto pod uwagę moich osiągnięć. A zdecydowanie nie jestem no name w łyżwiarstwie figurowym, bo zna mnie nie tylko Alabama.
Nowy trener, nowa choreograf i w ogóle każdy dla mnie zupełnie obcy okazali się bardziej mnie przerażać swoim podejściem niż motywować. Wizja przedstawionego programu krótkiego kompletnie do mnie nie trafiała, a o dłuższym nawet nie zaczęto rozmowy. I ten wybór muzyki… Jasno dałam znać, że zależy mi na muzyce filmowej i to z klasyków filmowych, czego oczywiście mi nie dano. Tu nawet nie chodzi o niesłuchanie mnie, ale o kompletne olanie moich naprawdę niewielkich próśb i powtarzanie mi, że ja mam tylko jeździć, a resztę zostawić profesjonalistom. A kim ja niby kurwa jestem? Laikiem? Jeżdżę na łyżwach praktycznie tyle, co chodzę, bo rodzice szybko zaprowadzili mnie na lodowisko i zapisali na lekcje jazdy. Mama namiętnie oglądała zawody i ustalili z tatą, że gdy urodzi im się w końcu córka to właśnie taką drogę jej zaprezentują. Moi starsi bracia mieli do wyboru więcej możliwości, jednak dla mnie wybrano jazdę figurową na lodzie i na szczęście okazało się, że połknęłam bakcyla na tyle, by szybko piąć się w górę, zdobywać medale i tytuły.
– Lea, jak się cieszę, że dzwonisz. Opowiadaj, bo z tatą jesteśmy ciekawi, jak pierwszy trening – odruchowo po wyjściu wybieram numer do mamy.
Słyszę jej radość w głosie i wiem, że nie mogę narzekać i powiedzieć prawdy. Z ojcem wiele poświęcili, abym była w tym miejscu. Wyjazd do Las Vegas kosztował krocie, a opłacenie lekcji i mieszkania nawet z moim stypendium wydawało się zawrotną kwotą, wręcz przesadzoną, jak na to, ile zarabia się w Alabamie.
– Muszę się przyzwyczaić, bo wszystko tu dla mnie jest nowe – kłamię, by nie sprawić jej przykrości.
Wiem, jak wiele poświęcili i jakie mają oczekiwania. Wcale się im nie dziwię.
Od dzieciaka moje życie wyglądało praktycznie tak samo. Owszem, uczyłam się, ale nigdy rodzice nie przykładali szczególnej uwagi do tego, abym była wybitna naukowo. Po prostu miałam wiedzieć, zdawać z klasy do klasy i skupiać się na sporcie. I tak właśnie robiłam. Rankiem jechałam do szkoły, a gdy wracałam, to ruszałam na trening na lodowisko i nawet nastoletni bunt tego nie przerwał, choć wtedy zdarzały się kłótnie. Rówieśnicy spotykali się i wychodzili, pojawiły się pierwsze miłości, a ja… ja miałam dalej tylko łyżwy i znajomych z kręgu właśnie łyżwiarskiego. Pierwszy chłopak też nie zjawił się jakoś dawno, bo miałam wtedy dziewiętnaście lat, a nawet prawie dwadzieścia.
– Naprawdę jesteśmy z ciebie ogromnie dumni, córeczko – niemal płacze, a ja czuję dumę, że poszłam w kłamstwo, a nie szczerość.
– Chciałam dać znać, że u mnie ok, ale muszę już kończyć – kolejny raz wybieram drogę kłamstwa.
Nie chcę oszukiwać mamy, ale również siebie. Trudne popołudnie nadal daje więcej do myślenia niż spokoju i muszę sobie z tym poradzić. Nie znam Las Vegas, jednak znam tu jedno jedyne miejsce, które wiem, że mi pomoże. Jak zawsze w trudnych chwilach, ale najpierw muszę przeczekać, by móc być samą. Sama ze sobą, bez świadków, bez oczu innych. Tak, jak lubię najbardziej i do czego przywykłam.
W harmonogramie sprawdzam, do której dziś lodowisko jest zajęte dla innych. Ostatni wpis dotyczy uwielbianej lokalnej drużyny hokejowej, więc w głowie tworzę swój plan. Zakładam, że po treningu przebranie się i ogarnięcie zajmie im jakieś pół godziny i tak planuję się znów pojawić na tafli. Właśnie tam zostawić dzisiejsze emocje i zebrać siłę na dalsze dni, które nie zapowiadają się kolorowo. Trener jasno powiedział, że zna się na swoim fachu, a ja wiem, że nie mogę się buntować. Rodzice nie tego chcieli, ja zresztą też…
– To wszystko dla Olimpiady, Lea – pocieszam sama siebie w drodze do wynajętego niewielkiego mieszkania – zaciśniesz zęby i dasz radę.
Szłam powoli przed siebie i wdychałam rześkie powietrze, które nie pasowało mi do wizji Las Vegas, jaką miałam w głowie. Zupełnie inaczej widziałam ten świat, zanim tu trafiłam, ale liczyłam, że jeszcze przekonam się, że nie myliłam się aż tak bardzo. Kolorowe neony, miasto tętniące życiem i masa turystów z całego świata… dokładnie tak wygląda to w mojej głowie.
W mieszkaniu odgrzewam jedzenie z cateringu, a potem odliczam czas, aby w końcu móc się wyciszyć. Aby móc uspokoić błądzące myśli i ochłonąć.
Równo o dwudziestej ponownie wychodzę. Właśnie teraz hokeiści kończą swój trening, a ja przecież muszę jeszcze dojść, więc będę akurat, gdy oni znikną. Trzymam w dłoni mocno głośnik, który wzięłam z domu, bo wiem, że tak będzie mi łatwiej z muzyką. Tafla jest spora, więc sam telefon nie da rady wybrzmieć na całej przestrzeni, a muszę słyszeć muzykę. Muszę ją słyszeć, aby móc ją potem czuć podczas jazdy.
Przebieram łyżwy i wchodzę przez drzwi, by wejść do wnętrza głównej areny. Ku mojemu zdziwieniu nie jestem sama. Na lodzie znajduje się jeden z hokeistów, który manewruje wokół postawionej bramki. Nie wiem, co robić, ale uporządkowanie myśli jest dla mnie najważniejsze. Bez zastanowienia idę w kierunku bramki wejściowej pewna, że wywalę chłopaka z lodowiska, bo teraz mój czas.
– Skończyliście już trening, teraz moja kolej – mówię pewnie i stanowczo, ale chłopak zdaje się mnie nie słyszeć i nie widzieć.
Wjeżdżam na lód i jadę w jego stronę. Szturcham go lekko i dopiero teraz wiem, że mam jego uwagę.
– Skończyliście już trening, teraz moja kolej – powtarzam się tak samo pewnie, jak wcześniej.
Jestem tak głęboko w dupie, że nie mam nawet pomysłu, jak się z tego wygrzebać. Oczywiście, Lena ochroniła drużynę od PR–owego koszmaru i uwaga mediów na chwilę przeniosła się do pozytywów. Ale ostatnio znowu wypłynęła kwestia tych cholernych zdjęć i już nawet trener jasno dawał do zrozumienia, że muszę się ogarnąć. Tylko jak mam to zrobić, skoro nawet nie pamiętam, dlaczego zrobiliśmy te fotki. Kurwa, nie kręcił mnie kumpel z drużyny i byłem zalany w trupa, ale chyba powinienem coś pamiętać.
Właśnie dlatego zostałem na lodzie po treningu. To tutaj oczyszczam głowę. To tutaj radzę sobie z problemami. I nagle podbija do mnie niska dziewczyna i ciska piorunami ze spojrzenia.
– Wybacz, co mówiłaś? – pytam, wyciągając z ucha jedną słuchawkę.
– Żebyś spadał, teraz mój czas na lodzie – odpowiada lodowatym tonem.
Uśmiecham się lekko, bo brakuje, żeby tupnęła nogą i będzie wyglądać jak ta mała wredna z Muminków.
– Możesz przestać się uśmiechać i zjechać z lodu, żebym mogła zacząć?
– Ależ nie przeszkadzaj sobie – odpowiadam i wkładam słuchawkę do ucha.
Widzę, że coś jeszcze mówi, ale nie mam zamiaru zwracać na nią uwagi. Dziś w rozpisce nie ma żadnego treningu, dlatego wiem, że mogę tu być i próbować rozkminić moją sytuację.
Lena zapewnia, że to minie, że zaraz znajdą sobie nowy skandal, ale realnie patrząc na sytuację, jestem w dupie. Mój kontrakt z Diabłami kończy się za rok, jeśli plotki o mojej nieprawdziwej orientacji seksualnej się nie uspokoją, nie mogę liczyć na jego przedłużenie. Ani żaden porządny kontrakt z nową drużyną, jeśli mam być zupełnie szczery.
Czuję znowu trącenie w ramię, teraz mocniejsze, więc odwracam się gwałtownie, przez co laska niemal się wywraca. Odruchowo łapię ją dłoniami w talii, ratując ją przed uderzeniem o lód.
– Mógłbyś dać mi poćwiczyć? – pyta.
– Żadnego dziękuję? – mruczę, nim zdołam ugryźć się w język.
– Nie. A teraz naprawdę muszę pojeździć…
– Słuchaj, laleczko, lodowisko jest duże, ty bądź na tamtej połowie, ja na tej i oboje będziemy zadowoleni.
Wracam do strzelania krążkami do bramki, robię krótkie przejazdy – wszystko, by rozjaśnić sobie w głowie.
Nikt nie będzie mnie chciał w drużynie, jeśli będą ciągnęły się za mną plotki. W szatni musimy czuć się komfortowo, nawet jeśli ktoś nie pała do siebie sympatią, nie może być uprzedzeń. A po tych plotkach i tych zdjęciach, nikt, kto mnie nie zna, nie będzie chciał dzielić ze mną szatni. Mam farta, że moi kumple stoją za mną murem, że wiedzą, że nie całowałem Callahana. Ale nowi?
Tym razem jednak nie czuję ulgi na lodzie. Nie mam nagłego olśnienia ani planu działania. Zaczynam więc zbierać krążki i zerkam na drugą stronę lodowiska, gdzie niska brunetka właśnie robi imponujący układ. Opieram się więc o bandę i po prostu ją obserwuję. Opieram się o bandę i przez chwilę po prostu oddycham.
Zimne powietrze szczypie w płuca, pot powoli stygnie na karku, a w głowie dalej mam ten sam pierdolony szum. Zdjęcia. Trener. Kontrakt. Callahan. Kurwa mać.
I wtedy znowu na nią patrzę.
Niechcący.
A potem już całkiem świadomie.
Sunie po lodzie, jakby była jego częścią. Bez szarpania, bez zbędnych ruchów. Wszystko miękkie, płynne, a jednocześnie napięte jak struna. Widać, że każdy mięsień pracuje, ale ona tego nie pokazuje. Jakby to było dla niej tak naturalne jak oddychanie.
Zwalnia tylko na ułamek sekundy, bierze zamach i wybija się w górę. Za wysoko jak na kogoś o takim wzroście. Ląduje czysto, ostrze łyżwy wgryza się w lód z tym charakterystycznym, krótkim zgrzytem. Zero zachwiania. Nawet nie musi się ratować rękami.
To nie jest amatorskie kręcenie się po lodowisku.
To jest profesjonalna robota.
Powtarza sekwencję jeszcze raz. I jeszcze. Za każdym razem tak samo dokładnie, jakby miała w głowie metronom.
I nagle zaczynam się wkurwiać.
Bo ja uciekam tutaj przed własnym syfem, a ona wygląda, jakby nie miała żadnego.
Jakby wszystko było poukładane.
Jakby wiedziała dokładnie, po co tu jest.
Zaciskam szczękę i odbijam się lekko od bandy, podjeżdżając kawałek bliżej. Nie wchodzę jej w drogę. Po prostu patrzę.
Tym razem, kiedy kończy przejazd, opiera dłonie na udach i przez chwilę łapie oddech. Klatka piersiowa unosi się szybko, kosmyk włosów przykleja się jej do policzka.
Dopiero wtedy się odzywam.
– No dobra – mówię, trochę głośniej niż trzeba. – To już było coś.
I znowu to spojrzenie. Chłodne. Twarde. Jakbym był kolejną przeszkodą na lodzie, którą trzeba ominąć.
– Nie pytałam o zdanie.
Uśmiech sam się pojawia.
– A powinnaś. Rzadko chwalę ludzi.
– Nie obchodzi mnie to.
Opieram kij o ramię i wzruszam lekko ramionami.
– Wiesz, zwykle jak ktoś ogląda czyjś trening, to znaczy, że jest pod wrażeniem.
– Albo że nie ma nic lepszego do roboty.
– Też możliwe – przyznaję. – Ale jednak zostaję.
Prostuje się powoli. Widać, że jest zmęczona, ale próbuje to ukryć. Ramiona napięte, broda lekko uniesiona.
– To może przestaniesz się gapić i pozwolisz mi pracować?
– Przecież pracujesz – kiwam głową w stronę lodu. – Nie wchodzę ci pod nogi.
– Ale rozpraszasz.
– Serio? – unoszę brew. – Myślałem, że jesteś jedną z tych skupionych.
Zaciska usta.
Ma ochotę coś powiedzieć. Widzę to.
– Jestem – odpowiada w końcu. – Dlatego potrzebuję spokoju.
– Lodowisko to kiepskie miejsce na spokój.
– Dzisiaj jest puste.
– Nie jest.
Przez chwilę mierzymy się wzrokiem.
Cisza robi się ciężka, aż prawie fizyczna. Słychać tylko wentylację i cichy szelest lodu pod jej łyżwami, kiedy minimalnie przesuwa ciężar ciała.
– Jesteś zawsze taki upierdliwy? – pyta w końcu.
Śmieję się cicho.
– Tylko jak ktoś mnie wyrzuca z mojego miejsca.
– To nie jest twoje miejsce.
– Teraz już trochę jest.
Przewraca oczami, ale tym razem nie odwraca się od razu. Zamiast tego robi mały krok w moją stronę, ostrza cicho szurają po lodzie.
– Mam trening.
– Nie widziałem cię wcześniej.
– Bo dopiero przyjechałam.
No i proszę.
– I od razu wyrzucasz ludzi z lodu? – przechylam głowę. – Odważnie.
– Nie wyrzucam ludzi. Tylko tych, którzy przeszkadzają.
– Czyli mnie.
– Dokładnie.
Uśmiecham się szerzej.
– Zaczynam to brać do siebie.
– I dobrze.
Przez moment patrzę na nią uważniej. Na sposób, w jaki stoi, ciężar idealnie rozłożony, jakby nawet w bezruchu była gotowa do kolejnego ruchu. Na dłonie, zaciśnięte trochę za mocno. Na oczy, skupione, czujne. Determinacja aż z niej bije.
– Szykuje się coś dużego, co? – rzucam ciszej.
– Nie twoja sprawa.
– Jasne – kiwam głową. – Ale tak się spinają tylko ludzie, którzy mają coś do udowodnienia.
Tym razem trafiam.
Widzę to w sekundzie, w której jej spojrzenie robi się jeszcze ostrzejsze.
– Powiedziałam: nie twoja sprawa.
– Spokojnie – unoszę dłonie w geście kapitulacji. – Nie musisz mi opowiadać historii życia.
– Świetnie.
– Wystarczy, że nie będziesz próbowała mnie zabić wzrokiem.
– Nie obiecuję.
Parskam.
– Podoba mi się to. Naprawdę.
– Nie powinno.
– A jednak.
Kręci lekko głową, jakby miała mnie już dość, i cofa się o krok.
– Skończyłeś?
– Nigdy nie kończę tak szybko.
Rzuca mi krótkie, pełne irytacji spojrzenie.
– Żenujące.
– Trochę – przyznaję bez wstydu. – Ale przynajmniej szczere.
Milczy przez chwilę, jakby walczyła ze sobą, czy mnie jeszcze zignorować, czy powiedzieć coś, czego będzie żałować.
W końcu wybiera trzecią opcję.
Odwraca się i odpycha mocno, wracając do środka lodowiska.
Patrzę, jak znowu nabiera prędkości.
Jak w sekundę wraca do tej swojej perfekcyjnej kontroli. Jakby tej rozmowy w ogóle nie było. Wypuszczam powoli powietrze i opuszczam wzrok na krążek w dłoni. No pięknie. Problemy się nie rozwiązały. Ale przynajmniej mam nowe źródło wkurwienia.
I, co gorsza, coś mnie ciągnie, żeby zostać tu jeszcze chwilę.
Odwraca się i odpycha mocno, wracając do środka lodowiska.
Patrzę, jak nabiera prędkości. Jak ciało znowu układa się w ten jej idealny, wkurzająco perfekcyjny rytm. Jakby tej rozmowy w ogóle nie było. Jakbym był tylko hałasem w tle, który da się wyciszyć.
Prycham pod nosem.
Odbijam się lekko i podjeżdżam jeszcze raz, tym razem bliżej bandy, żeby nie wchodzić jej w tor. Czekam, aż skończy sekwencję. Nie przerywam. Nie jestem aż takim dupkiem.
Kiedy zwalnia i znowu łapie oddech, odzywam się:
– Hej.
Nie reaguje.
– Hej, lodowa księżniczko.
Zatrzymuje się gwałtownie. Odwraca głowę powoli, jakby każde dodatkowe spojrzenie w moją stronę było stratą czasu.
– Czego?
Uśmiecham się krzywo.
– Skoro już tak bardzo chcesz się mnie pozbyć… – wzruszam ramionami – to powiedz chociaż, jak masz na imię.
Przez moment wygląda, jakby miała mnie kompletnie zignorować.
Ale coś ją zatrzymuje.
– Lea – rzuca w końcu krótko.
Bez uśmiechu. Bez ciepła. Jak fakt.
– Mason – podaję jej swoje, choć o nie nie pytała.
Patrzy na mnie jeszcze sekundę, jakby próbowała zapamiętać, albo przeciwnie – upewnić się, że za chwilę całkowicie wyrzuci mnie z głowy.
– Świetnie – mówi sucho. – To teraz, Mason, możesz zjechać z lodu?
Śmieję się cicho, opuszczając wzrok.
– Wiesz, co? – kręcę głową. – Dzisiaj wyjątkowo spełnię twoje marzenie.
– Wow, wydarzył się cud.
– Nie przyzwyczajaj się.
Odpycham się mocniej i sunę w stronę wyjścia. Ostrza zgrzytają o lód, kiedy hamuję przy bandzie. Otwieram drzwiczki, opieram kij o rant i jeszcze raz zerkam przez ramię.
Jest już w ruchu.
Znowu.
Jakby mnie nigdy tu nie było.
Uśmiecham się pod nosem i schodzę z lodu.
A w głowie, zamiast mojego własnego burdelu, mam tylko jedno słowo:
Lea.
Puck me twice
Copyright © Nina Frost
Copyright © Wydawnictwo Inanna
Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak
Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.
ebook ISBN 978-83-7995-929-7
Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski
Redakcja: Grażyna Wesołowska
Korekta: Agata Nowak | proAutor.pl
Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski
Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor.pl
Skład i typografia: Bookiatryk.pl
Przygotowanie ebooka: Bookiatryk.pl
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
MORGANA Katarzyna Wolszczak
ul. Kormoranów 126/31
85-432 Bydgoszcz
www.inanna.pl
Książkę i ebook najtaniej kupisz w MadBooks.pl
To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.
Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.
Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl
