Przyrodnia siostra - Jennifer Donnelly - ebook
NOWOŚĆ

Przyrodnia siostra ebook

Jennifer Donnelly

4,1

80 osób interesuje się tą książką

Opis

Nie rób jedynie rys na baśni. Rozbij ją w drobny mak!

Isabelle z pozoru powinna być bezgranicznie szczęśliwa – przecież już niebawem poślubi przystojnego królewicza…Tyle że nie jest tą piękną dziewczyną, która zgubiła na balu szklany pantofelek i podbiła serce młodzieńca. Jest jej nieatrakcyjną przyrodnią siostrą, która już od dawna krok po kroku traciła cząstkę siebie, żeby sprostać oczekiwaniom despotycznej matki, a teraz za wszelką cenę starała się wcisnąć stopę w pantofelek Kopciuszka. Kiedyś wesoła, odważna i dobra, stała się z czasem podła, zazdrosna i pusta wewnętrznie…

Niestety, królewicz odkrywa oszustwo, jakiego się dopuściła, żeby udawać Kopciuszka, i odrzuca zawstydzoną dziewczynę. I właśnie dzięki temu Isabelle otrzymuje szansę, by na nowo odnaleźć siebie, zmienić swe przeznaczenie i dowieść tego, co brzydkie przyrodnie siostry wiedzą od zawsze: złamane serce to za mało, by złamać dziewczynę…

Bestsellerowa pisarka Jennifer Donnelly z typową dla niej błyskotliwą pomysłowością i mądrością przywołuje oryginalną wersję baśni o Kopciuszku, wysyłając pomijaną dotąd w klasycznej opowieści postać w drogę ku pewności siebie, przebaczeniu winy…. oraz ku nowej definicji piękna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 387

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Jennifer Donnelly Przyrodnia siostra Tytuł oryginału Stepsister ISBN Copyright © 2019 by Jennifer DonnellyAll rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2020 Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Redakcja Jolanta Kusiak, Adriana Staniszewska Cover art © 2019 by John Dismukes Cover design by Maeve Norton Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Wszystkim, którzy kiedykolwiek czuli, że nie są wystarczająco dobrzy

Wstęp

To mroczna historia.

Ponura opowieść.

Z dawnych czasów, gdy w lasach na dziewczyny czekały wilki, po salach przeklętych zamków przechadzały się bestie, a wiedźmy czaiły się w domkach z piernika z dachami z lukru.

Te czasy przeminęły. Wilki nie odeszły. Są sprytniejsze.

Bestie pozostały.

Śmierć nadal kryje się tuż pod powierzchnią.

Mroczny czas dla każdej pogubionej dziewczyny.

A jeszcze bardziej dla tej, która traci samą siebie.

Zejście ze ścieżki nie jest bezpieczne.

Bardziej niebezpieczne jest jednak pozostanie na niej.

Prolog

Dawno, dawno temu jak zawsze i nigdy ponownie w prastarym mieście położonym nad morzem trzy siostry pracowały przy świetle świec.

Pierwsza była panną. Jej długie, rozpuszczone włosy przypominały barwą słońce o poranku. Miała na sobie białą suknię i naszyjnik z pereł. W szczupłej dłoni trzymała złote nożyczki, które służyły jej do odcinania kawałków najznakomitszego pergaminu.

Druga — matka — postawna i silna, była ubrana w karmazynową suknię. Jej szyję okalały rubiny. Równie ogniste, co letni zachód słońca włosy miała splecione w warkocz. Trzymała srebrny kompas.

Trzecia — zgarbiona przebiegła starucha — nosiła czarną suknię. Jej jedyną ozdobą był obsydianowy pierścień z wyrytą na nim czaszką. Śnieżnobiałe włosy miała zwinięte z tyłu głowy. W wykręconych ze starości, chropowatych palcach trzymała pióro. Oczy wiedźmy, tak jak i jej sióstr, były stalowoszare, równie zimne i bezwzględne jak morze.

Nagłe uderzenie pioruna. Starucha podniosła wzrok znad drewnianego stołu, przy którym siedziała. Drzwi na balkon były otwarte. Burza zawyła nad miastem; deszcz szorował o dachy okazałych miejskich pałaców. Błyskawica rozdarła noc. We wszystkich wieżach kościelnych ostrzegawczo zaczęły bić dzwony.

— Poziom wody się podnosi — powiedziała. — Zaleje miasto.

— Jesteśmy wysoko. Nie może nas dosięgnąć. Nie może nas powstrzymać — rzuciła matka.

— Nic nas nie powstrzyma — stwierdziła panna.

Wiedźma zmrużyła oczy.

— On może to zrobić.

— Służba jest czujna — powiedziała matka. — Nie wejdzie do środka.

— Możliwe, że już tu jest — skwitowała wiedźma.

Matka i panna podniosły wzrok; ich uważne oczy zlustrowały przestronny pokój. Nie dostrzegły intruza, a jedynie ukrytych pod pelerynami i kapturami służących wypełniających swoje obowiązki. Z ulgą powróciły do pracy. Starucha pozostała czujna.

Siostry zajmowały się robieniem map, lecz nikt ich nie kupował. Nie można było ich nabyć za żadne pieniądze. Każda mapa była precyzyjnie narysowana piórem czarnego łabędzia, wspaniale pomalowana tuszami powstałymi z indygo, złota, zmielonych pereł i innych o wiele trudniejszych do zdobycia składników. Jednostką miary był czas, nie odległość, albowiem każda z nich pokazywała przebieg życia człowieka.

— Róże, rum i zguba — wymamrotała wiedźma, wąchając powietrze. — Nie czujecie? Nie wyczuwacie go?

— To tylko wiatr — uspokoiła ją matka. — Niesie zapachy miasta.

Nie przestając mamrotać pod nosem, wiedźma zanurzyła pióro w kałamarzu. Płomienie świec w srebrnych kandelabrach migotały, gdy malowała krajobraz życia. Na obramowaniu kominka siedział czarny jak smoła kruk o jasnych oczach. Przy jednej ze ścian stał wysoki zegar w obudowie z hebanu. Wahadło — ludzka czaszka — poruszało się powoli w tę i z powrotem, odliczając sekundy, godziny, lata i całe życie ludzi.

Pokój miał kształt pająka. Miejsce pracy sióstr znajdujące się na środku pomieszczenia było tułowiem stworzenia. Niczym pajęcze nogi odchodziły od niego długie rzędy regałów. Drzwi wychodzące na balkon znajdowały się na jednym końcu pokoju; na drugim widoczne były rzeźbione drzwi do innego pomieszczenia.

Wiedźma ukończyła rysowanie mapy. W płomień świecy włożyła lak do pieczętowania. Krople spłynęły na dokument. Przycisnęła do nich pierścień. Gdy pieczęć zastygła, zwinęła mapę, zawiązała ją czarną wstążką i podała służącemu. Sługa, trzymając świecę oświetlającą mu drogę, zniknął w jednym z rzędów, by odłożyć zwój na półkę regału.

I nagle…

Inny sługa z pochyloną głową przemknął między wiedźmą a otwartymi drzwiami balkonu za nią. Gdy przechodził, owionął go wiatr, wypełniając pokój intensywnym zapachem dymu i przypraw. Wiedźma poruszyła nozdrzami. Błyskawicznie się odwróciła.

— Ty tam! — wrzasnęła, rzucając się na niego. Szponiastą dłonią złapała go za kaptur. Spadł z głowy sługi, ukazując młodego mężczyznę o bursztynowych oczach, ciemnej skórze i długich czarnych warkoczach. — Pojmać go! — wysyczała.

Służący natarli na niego, lecz gdy byli już blisko, kolejny podmuch zdmuchnął świece. Kiedy pozamykali drzwi i ponownie zapalili świece, jedynym, co pozostało po mężczyźnie, była leżąca na podłodze peleryna.

Wiedźma, krzycząc na służbę, chodziła w tę i z powrotem. By wypłoszyć intruza, przeszukiwali mroczne rzędy, a peleryny powiewały wokół nich. Chwilę później mężczyzna wyłonił się zza jednego z regałów. Przystanął o kilka ­kroków od wiedźmy, po czym rzucił się do drewnianych drzwi, gorączkowo szarpiąc klamkę. Drzwi były zamknięte. Klnąc pod nosem, odwrócił się do sióstr, posłał im uśmiech, po czym głęboko się ukłonił.

Miał na sobie frak w kolorze błękitu nieba, skórzane bryczesy i wysokie buty. W jednym uchu miał złoty kolczyk; u biodra wisiał mu kordzik. Jego twarz była piękna niczym brzask, uśmiech czarujący jak północ. Oczy obiecywały cały świat.

Siostry były jednak nieczułe na jego piękno. Jedna po drugiej powiedziały:

— Fuks — syknęła panna.

— Ryzyko — wypluła z siebie matka.

— Niebezpieczeństwo — burknęła wiedźma.

— Wolę Szansa. Brzmi lepiej. — Mężczyzna puścił im oczko.

— Dawno u nas nie byłeś… — rzuciła starucha.

— Powinienem wpadać częściej. To wielka przyjemność spotykać się z Siostrami Przeznaczenia. Jesteście takie spontaniczne i nieprzewidywalne. To miejsce jest jak wspaniała impreza. Rozpusta. Świetna zabawa.

Kilku służących rzuciło się spomiędzy regałów. Szansa wyciągnął kordzik z pochewki. Jego ostrze błysnęło w świetle świec. Słudzy się cofnęli.

— Czyją mapę tym razem ukradłeś? Który władca czy generał ubłagał cię o przysługę?

Szansa, trzymając w jednej ręce sztylet, drugą wydobył zza poły płaszcza mapę. Zębami pociągnął za wstążkę. Potrząsnął pergaminem. Mapa się rozwinęła. Podniósł ją. Gdy kobiety wpatrywały się w nią, na ich twarzach zamiast gniewu pojawiła się dezorientacja.

— Widzę dom, posiadłość Douleur we wsi Saint-Michel — powiedziała starucha.

— To dom… — dołączyła matrona.

— …dziewczyny. Isa­belle de la Paumé — dokończyła za nią starucha.

— Kogo? — zapytała panna.

— Tyle zachodu dla zwykłej dziewczyny? — Starucha bacznie przyglądała się Szansie. — Ona jest nikim. Nie jest ani piękna, ani błyskotliwa. Jest samolubna. Podła. Dlaczego ona?

— Nie mogę się oprzeć wyzwaniu — odpowiedział Szansa. Jedną ręką zwinął mapę, przytrzymał ją przy piersi, po czym wetknął z powrotem za połę płaszcza. — A która dziewczyna nie chciałaby tego, co mam do zaoferowania? — Wskazał na siebie, jakby sam nie mógł uwierzyć w siłę swego uroku. — Dam jej szansę na zmianę ścieżki życia. Szansę na stworzenie własnej drogi.

— Głupiec z ciebie — żachnęła się starucha. — W ogóle nie rozumiesz śmiertelników. My, Siostry Przeznaczenia, wyznaczamy im mapy życia, bo oni sami tego chcą. Śmiertelnicy nie lubią niepewności ani zmian. Zmiany ich przerażają. Są bolesne.

— Zmiana to pocałunek po ciemku. Róża na śniegu. Dzika droga w wietrzną noc — odparował Szansa.

— W ciemnościach żyją potwory. Róże umierają na śniegu. Dziewczyny gubią się na dzikich drogach — nie pozostała mu dłużna wiedźma.

To nie zniechęciło Szansy. Włożył sztylecik do pochwy i wyciągnął rękę. Jakby za sprawą czarów w jego palcach pojawiła się złota moneta.

— Założę się z tobą — powiedział.

— Posunąłeś się za daleko — warknęła. Wściekłość niczym nadchodząca burza wzbierała w jej oczach.

Szansa rzucił monetą w staruchę. Ta gwałtownie chwyciła ją w powietrzu i cisnęła na stół. Rozpętała się nawałnica.

— Sądzisz, że moneta może załatwić to, do czego się przyczyniłeś? — grzmiała. — Watażka sieje zniszczenie we Francji. Śmierć zbiera kościane żniwo. Królestwo się chwieje. I to wszystko przez ciebie!

Uśmiech zniknął z twarzy Szansy. Na kilka chwil jego zuchwałość przyblakła.

— Naprawię to. Przysięgam.

— Dzięki mapie tej dziewczyny?

— Niegdyś była odważna. I dobra.

— Twoja głowa jest bardziej pusta niż obietnice — powiedziała starucha. — Jeszcze raz rozwiń mapę. I tym razem dobrze ją przestudiuj. Zobacz, co z nią będzie.

Szansa posłuchał. Jego oczy podążyły ścieżką życia dziewczyny na pergaminie. Gdy ujrzał plamy, kreski, gwałtowne linie kończące drogę… stracił oddech. Wzrokiem odszukał oczy wiedźmy.

— Koniec… To nie… Nie może być…

— Nadal sądzisz, że możesz to naprawić? — zakpiła wiedźma.

Szansa uniósł wyżej brodę i zrobił krok w jej stronę.

— Stawka jest wysoka. Jeśli przegram zakład, nigdy więcej nie zjawię się pałacu.

— A jeśli to ja bym przegrała?

— Będę mógł zatrzymać mapę. Pozwolisz dziewczynie, by sama wyznaczyła swoją ścieżkę.

— Nie podoba mi się ten zakład. — Starucha machnęła ręką i słudzy, którzy powoli podchodzili coraz bliżej Szansy, rzucili się na niego. Niektórzy mieli w dłoniach niewielkie sztylety. Szansa znalazł się w potrzasku. A przynajmniej na to wyglądało. — I tak nie uda ci się uciec. Oddaj mapę. — Wyciągnęła rękę.

— Zawsze jest nadzieja — powiedział Szansa, wciskając mapę w płaszcz. Podbiegł kilka kroków, zrobił koziołka i przeleciał ponad głowami służących. Z gracją pantery wylądował na stole i przebiegł przezeń. Gdy dotarł do końca, zeskoczył na podłogę i ruszył w stronę balkonu.

— Mam cię, spryciarzu! — zawołała za nim starucha. — Jesteśmy na trzecim piętrze. I co z tym zrobisz? Przeskoczysz przez kanał? Nawet ty nie jesteś aż takim szczęściarzem!

Szansa szarpnięciem otworzył drzwi. Skoczył na balustradę. Deszcz ustał, lecz marmur wciąż był mokry i śliski. Jego ciało chwiało się to w jedną, to w drugą stronę. Wymachiwał rękami. Już, już wyglądało na to, że spadnie, lecz balansując ostrożnie na palcach, udało mu się złapać równowagę.

— Mapa! — zażądała wiedźma. Wyszła na balkon. Stała zaledwie kilka kroków od niego. Siostry stanęły tuż obok. Szansa spojrzał na Siostry Przeznaczenia, po czym wyskoczył w przestrzeń. Wiedźma nabrała tchu. Podbiegła do balustrady, a siostry za nią, spodziewając się zobaczyć, jak Szansa tonie w wirującej wodzie. On jednak kołysany falami leżał na plecach pod baldachimem gondoli. Łódka przechylała się gwałtownie, lecz nic mu się nie stało.

— Wiosłuj, towarzyszu! — zawołał do gondoliera. Mężczyzna posłuchał. Łódka zaczęła płynąć. Szansa usiadł, spojrzał na Siostry Przeznaczenia z intensywnością diamentowego blasku.

— Musisz przyjąć moją stawkę! Nie masz wyboru! — krzyknął.

Płynąca kanałem gondola stawała się coraz mniejsza i mniejsza, a po chwili zniknęła za zakrętem.

— Fatalna sytuacja — powiedziała ponuro starucha. — Nie możemy pozwolić, by śmiertelnicy dokonywali wyborów. Zawsze gdy to robią, dochodzi do katastrofy.

Panna i matka weszły do pokoju. Wiedźma podążyła za nimi.

— Pakuj kufer — warknęła do sługi. — Będę potrzebowała piór i tuszów. — Przesunęła ręką nad butelkami na stole. Wybrała hebanowy kolor. — Strach, tak. Przyda się też zazdrość — powiedziała, sięgając po trującą zieleń.

— Dokąd się wybierasz? — zapytała panna.

— Do wsi Saint-Michel.

— Powstrzymasz Szansę przed przejęciem dziewczyny? — spytała matka.

Wiedźma uśmiechnęła się ponuro.

— Nie, tego nie mogę zrobić. Zrobię jednak to, co Przeznaczenie robi od zawsze. Powstrzymam ją przed przyjęciem szansy.

1

W kuchni dość dużego dworku siedziała dziewczyna.

Ściskała kurczowo nóż.

Miała na imię Isa­belle.

Nie była piękna.

Ostrze noża trzymała nad płomieniem ognia w palenisku. Na fotelu za nią leżała jej na wpół przytomna siostra Octavia. Miała trupio bladą twarz. Oczy zamknięte. Biała pończocha zakrywająca prawą stopę dziewczyny była szkarłatna od krwi. Adélie, niegdyś niania Octavii, zdjęła jej pończochę i westchnęła z przerażeniem. Dziewczyna nie miała pięty. Odcięto ją. Z otwartej rany kapała krew, tworząc na podłodze kałużę. Octavii, choć usiłowała go stłumić, wymknął się zbolały jęk.

— Cicho, Tavi! — zrugała ją Maman. — Królewicz cię usłyszy! To, że ty nie masz już szansy, nie znaczy, że z twoją siostrą ma być tak samo.

Maman, matka dziewczyn, stała przy zlewie i spłukiwała krew ze szklanego pantofelka.

Królewicz przybył do nich w poszukiwaniu tej, która miała go na stopie trzy dni temu. Wtedy to na balu maskowym przetańczył wieczór z piękną dziewczyną. Zakochał się w niej, ale z wybiciem północy jego wybranka zniknęła. Pozostał po niej tylko szklany pantofelek. Królewicz poprzysiągł sobie wtedy, że poślubi właścicielkę pantofelka. Żadnej innej.

Maman pragnęła, aby tą dziewczyną była jedna z jej córek. W holu dworku powitała królewskich gości i stanowczo powiedziała, by uszanowano panieński stan jej córek i pozwolono im przymierzyć pantofelek na osobności. Królewicz się zgodził. Diuk wyciągnął przed siebie ręce, na których spoczywała aksamitna poduszka. Maman ostrożnie wzięła z niej szklany pantofelek i zaniosła go do kuchni. Córki podążyły za nią.

— Och, dlaczego dla Tavi nie podgrzałyśmy ostrza noża? — biadoliła. — Czemu o tym nie pomyślałam? Pod wpływem gorąca zamykają się naczynia krwionośne. To hamuje krwawienie. No cóż… Isa­belle, z tobą pójdzie lepiej.

Isa­belle przełknęła ślinę.

— Maman, ale jak potem będę chodziła? — zapytała cichutko.

— Głuptas z ciebie! Będziesz jeździła w złotej karocy. Służący będą cię do niej wsadzali i z niej wyjmowali.

Srebrne ostrze omiecione płomieniami błysnęło czerwienią. Isa­belle szeroko otworzyła ze strachu oczy. Pomyślała o ukochanym ogierze, którego utraciła.

— Ale Maman, jak będę galopowała po lesie?

— Już pora, żebyś pozbyła się tych dziecinnych rojeń. — Maman zajęta była osuszaniem pantofelka. — Całkiem się zrujnowałam, próbując zainteresować zalotników tobą i twoją siostrą. Piękne suknie i wytworna biżuteria sporo kosztują. Dziewczyna może tylko mieć nadzieję na dobre zamążpójście, a nikt nie jest lepszy od francuskiego królewicza.

— Nie zrobię tego — wyszeptała Isa­belle. — Nie mogę.

Maman odłożyła szklany pantofelek. Podeszła do paleniska i ujęła twarz córki w dłonie.

— Posłuchaj, dziecko. Słuchaj uważnie. Miłość to ból. Poświęcenie. Im szybciej to zrozumiesz, tym lepiej dla ciebie.

Isabelle zacisnęła oczy. Pokręciła głową.

Maman puściła twarz córki. Przez chwilę nic nie mówiła. Gdy w końcu się odezwała, jej głos był zimny, słowa jednak parzyły jak wrzątek:

— Isa­belle, jesteś brzydka. Nijaka. Nieinteresująca. Nieforemna jak kluska. Na ożenek z tobą nie udało mi się namówić nawet koślawego syna dyrektora szkoły. A teraz po drugiej stronie drzwi czeka królewicz. Prawdziwy królewicz, Isa­belle. A ty, żeby go mieć, musisz jedynie odciąć sobie kilka palców u stopy. Tylko kilka bezużytecznych palców…

Maman zawstydzała innych z taką wprawą, jak zabójca posługuje się sztyletem — i trafiała prosto w serce. Wygra. Zawsze wygrywała. Isabelle to wiedziała. Tyle już razy na żądanie matki odcinała kawałki siebie. Tę część, która zbyt głośno się śmiała. Tę, która jeździła konno za szybko i skakała za wysoko. I tę część, która chciała dokładkę, jeszcze trochę sosu z pieczeni, większy kawałek ciasta.

Jeśli poślubię księcia, będę księżniczką — pomyślała. A kiedyś zostanę królową. Nikt nie ośmieli się wtedy powiedzieć, że jestem brzydka.

Otworzyła oczy.

— Brawo. Bądź dzielna. Zrób to szybko — poleciła jej Maman. — Tnij w stawach.

Isa­belle wyjęła z płomieni nóż.

Tego, co było potem, nie chciała pamiętać.

2

Najtrudniej było odciąć mały palec. Nie dziwi to, bo często małe wydarzenia są najboleśniejsze — lodowate spojrzenie, raniące słowa czy zamierający śmiech, gdy wchodzisz do pokoju.

— No dalej — ponagliła ją Maman. — Myśl o tym, co zyskamy: królewicza dla ciebie, możliwe, że diuka dla Tavi i mieszkanie dla nas w pałacu!

Ton głosu zdradził Isa­belle, że matka jest zdesperowana. Wiedziała, że krawiec odmówił dalszego szycia dla nich bez otrzymania zapłaty, a rzeźnik przysłał do nich chłopca z zaległym rachunkiem. Mocniej ścisnęła rączkę noża i dokończyła, co zaczęła.

Rozdzierający ból. Zapach żywcem przypieczonego ciała. Widok odciętych palców leżących teraz na palenisku. Tak przerażające, że przez chwilę Isa­belle była pewna, iż zemdleje. Wtem Adélie znalazła się przy niej — delikatny, czuły dotyk i kojące słowa niani.

Przyniesiono delikatną bawełnę. Czystą białą pończoszkę. Brandy. I szklany pantofelek.

Maman podała jej bucik.

— Wkładaj. Pośpiesz się.

Isabelle wzięła pantofelek. Był ciężki i zimny. Gdy wsunęła w niego stopę, poczuła wgryzający się w jej ciało ostry, dziki, brutalny ból. Przesuwał się w górę nogi, przechodził przez ciało, jakby zjadano ją żywcem. Krew odpłynęła jej z twarzy. Zamknęła oczy i chwyciła się poręczy fotela. A jednak, gdy Maman zażądała, by wstała, zrobiła to. Otworzyła oczy, wzięła głęboki oddech. Stanęła.

Isa­belle była w stanie robić te niewyobrażalne rzeczy, bo miała dar cenniejszy niż piękna buzia czy drobne stopy. Miała wielką siłę woli.

Nie wiedziała, że dobrze mieć silną wolę, ponieważ ciągle słyszała, że to coś okropnego. Wszyscy mówili jej, że dziewczyna z silną wolą źle skończy. Powtarzali, że wolę dziewczyny należy nagiąć do życzeń tych, którzy wiedzą, co jest dla niej najlepsze.

Isa­belle miała zaledwie szesnaście lat i nie przekonała się jeszcze, jakimi głupcami są ludzie.

3

Każdy krok był męczarnią.

W połowie korytarza prowadzącego z kuchni do holu zrobiło jej się słabo. Zachwiała się. Usłyszała cichutki, narastający jęk. Czy wydobywał się z jej ust?

— To Ella — stwierdziła ponuro Maman. — Pośpiesz się, Isa­belle. Musimy to załatwić. Co jeśli królewicz ją usłyszy?

Tuż przed przyjazdem królewicza Isa­belle zamknęła Ellę na strychu. Dziewczyna płakała. Błagała, by ją wypuścić. Chciała spotkać monarchę i przymierzyć szklany pantofelek.

— Nie bądź śmieszna — powiedziała Isa­belle. — Nawet nie było cię na balu. W tych łachmanach przyniosłabyś nam tylko wstyd.

To było okrutne. Isa­belle jeszcze nie skończyła przekręcać klucza w zamku, a już zdawała sobie z tego sprawę. A jednak to jej nie powstrzymało. Nic jej już nie powstrzymywało.

Dobry Boże, kim ja się stałam? — zastanawiała się, słysząc zawodzenie.

Maman przyglądała się jej uważnie, aż Isa­belle poczuła, jakby matka zaglądała do jej wnętrza.

— Wypuść ją — powiedziała. — Królewicz spojrzy na nią i zakocha się bez pamięci. Tak jak każdy mężczyzna na jej widok. Chcesz być dobrym człowiekiem czy chcesz królewicza?

Isa­belle, choć próbowała, nie umiała znaleźć odpowiedzi. Wybór, który dała jej mama, nie pasował, tak jak nie pasował na nią szklany pantofelek. W głowie pojawił się obraz. Wspomnienie — ona, Tavi i Ella bawiące się pod starą ocieniającą rezydencję lipą. Na dziedziniec wjechał powóz. Wysiedli z niego dwaj mężczyźni. Byli to współpracownicy ojca Elli, a jej i Tavi ojczyma. Przystanęli, by pogawędzić z dziewczynkami. To, co się wtedy wydarzyło, zmieniło wszystko.

Isa­belle chciałaby cofnąć czas. Powstrzymać to, co zaczęło się dziać tamtego dnia. Nie wiedziała jednak, jak to zrobić.

A teraz było za późno.

Ello, kto nastawił nas przeciwko sobie? — rozmyślała. Czy to byli tamci mężczyźni? A może Maman? A może był to cały bezduszny świat?

4

— Ciężar przenieś na piętę. Mniej cię będzie bolało — poradziła jej Maman. — No dalej. Pośpiesz się.

Uszczypnęła pobladłe policzki córki, żeby nabrały koloru.

Poszły dalej korytarzem.

Królewicz, diuk oraz towarzyszący im żołnierze cze­kali w holu. Isa­belle wiedziała, że nie może ponieść porażki takiej jak siostra. Z początku Tavi wszystkich nabrała. Gdy jednak opuściła dom i szła do karocy monarchy, jej pięta zaczęła krwawić tak mocno, że dziewczyna zostawiała za sobą ciemnoczerwone ślady. W podekscytowaniu nikt nie zauważył krwawych plam. Gdy Tavi zbliżała się do karocy, z lipy sfrunął biały gołąb i przysiadł na ramieniu królewicza. Ptak zaczął śpiewać:

Krew na ziemi! Krew na pantofelku!

Ta bezwzględna, nikczemna dziewczyna cię okłamuje!

Na widok krwi królewicz zbladł. Diuk — smukły, wilczo wyglądający mężczyzna — wpadł w furię, gdy się okazało, że jego władca został oszukany. Zażądał zwrotu szklanego pantofelka. Maman odmówiła. Nalegała, by także Isa­belle mogła go przymierzyć. Zgodnie z dekretem królewicza miała do tego prawo każda panna w królestwie.

— Gotowa? — wyszeptała do córki, gdy zbliżały się do holu.

Isa­belle skinęła głową i weszła do holu, by powitać królewicza. Widziała go na balu, choć jedynie z oddali. Gdy przyjechał do ich dworku, Maman szybko odesłała ją do kuchni.

Teraz jednak gdy stała tak blisko niego, zobaczyła, że jego oczy są błękitne niczym letnie niebo, a długie, opadające na ramiona, rozpuszczone włosy były poprzetykane pasemkami czystego złota. Wysoki, o szerokich ramionach. Spoglądając na niego, zapomniała o ranie i bólu. Nie pamiętała nawet, jak ma na imię. Monarcha był tak przystojny, że oszołomienie odebrało jej mowę.

Królewicz także milczał. Uważnie się w nią wpatrywał. Jego oczy chłonęły linie owalu jej twarzy, najmniejsze załamanie.

— Ach! Widzicie? Królewicz rozpoznaje miłość swojego życia! — zamruczała Maman.

Słysząc kłamstwo matki, Isa­belle się skurczyła. Na balu wszyscy mieli maski zakrywające górną część twarzy. Dobrze wiedziała, co właśnie robi królewicz — szukając śladów dziewczyny, w której się zakochał, analizuje załamanie linii twarzy, kształt żuchwy i nachylenie podbródka.

Tamtej dziewczyny tu nie było.

5

Isa­belle i królewicz nadal się w siebie wpatrywali. Niezręcznie. W milczeniu.

Maman wzięła sprawy w swoje ręce.

— Wasza Wysokość — powiedziała, pociągając córkę w dół, by z nią dygnęła — oto moja młodsza córka. To jej Wasza Wysokość szuka. Szklany pantofelek pasuje jak ulał.

— Mam nadzieję, że jest pani tego pewna — napomniał ją diuk. — Królewicz nie będzie pobłażliwy wobec kolejnej próby oszukania go.

Maman pochyliła głowę.

— Proszę wybaczyć Octavii — rzekła do królewicza. — Córka nie jest nieuczciwa. Jej jedyną winą jest poruszenie miłością, którą darzy Waszą Wysokość. Któraż dziewczyna by tak nie czuła?

Królewicz się zaczerwienił. Diuk nie.

— Możemy zobaczyć pantofelek? — zapytał zniecierpliwiony.

Isa­belle i Maman się wyprostowały. Dziewczyna, podnosząc rąbek sukni, czuła, jak ją ściska w żołądku z przerażenia. Wszystkie oczy skierowały się na jej stopę. Ku jej ogromnej uldze nie było krwi. Pończoszka była śnieżnobiała; bawełna wetknięta przez Adélie wypełniała miejsce palców. Szklany pantofelek połyskiwał jasnoniebiesko.

— Pasuje — głos królewicza był tępy, bezbarwny.

Wszyscy — diuk wraz z żołnierzami — pokłonili się Isa­belle.

— Niech żyje królewna! — wykrzyknął dowódca żołnierzy.

— Niech żyje królewna! — zawtórowała mu reszta drużyny.

Nakrycia głowy poszybowały w powietrze. Wiwaty. Isa­belle w zdumieniu obracała się powoli. Ten jeden raz podziwiano ją, nie Ellę. Była wyjątkowo z siebie dumna, czuła się silna i chciana. Zaledwie przed chwilą nie była wystarczająco dobra dla syna dyrektora szkoły, a teraz miała zostać królewną.

— Panienko, pora jechać do pałacu — powiedział królewicz ze sztucznym uśmiechem. — Przed ślubem trzeba dokonać wielu ustaleń.

Skłonił się szybko i sztywno. Ruszył ku drzwiom. Isa­belle dostrzegła, że mocne ramiona mężczyzny się zapadły, a jego piękne oczy straciły blask.

Królewicz kocha inną. Tęskni za nią — pomyślała. Jeśli przebrnę przez tę całą sytuację, nie zyskam męża, lecz więźnia.

Poczuła, że robi jej się niedobrze, że jest zatruta tym, czego, jak sądziła, chciała. Tak jak wtedy, gdy była mała i Adélie upiekła wiśniowe ciastka. Zostawiła je, by ostygły, a ona zjadła wszystkie.

Odwróciła się do matki, by powiedzieć:

— Maman, tak nie można.

Odwracając się, zobaczyła uśmiechającą się do niej promiennie matkę. Przez kilka cennych chwil Isa­belle rozkoszowała się ciepłem uśmiechu. Tak rzadko go widywała.

— Dziecko, jestem z ciebie dumna. Ocaliłaś nas od ruiny finansowej. Sprzedam ten ponury dom, spłacę długi i nigdy nie będę się oglądała za siebie.

Sprzeciw ugrzązł Isa­belle w gardle. Złamanie królewiczowi serca było czymś okropnym, lecz gorsze było złamanie serca matce. Ani przez chwilę nie zastanawiała się, czego sama chce, bo pragnienia dziewczyny nie mają znaczenia.

Czoło królewicza przecinały zmarszczki. Nawet po oczach było widać, że się zmartwił. Isa­belle, tak jak wszyscy, wiedziała, że jego ojciec jest poważnie chory i diuk z innego kraju — Volkmar von Bruch — wyczuwając rychłą śmierć starego króla, brutalnie zaatakował wioski przy północnej granicy królestwa.

Maman uściskała Isa­belle i obiecała, że ona i Tavi podążą za nią do pałacu, jak tylko będzie to możliwe. Oszołomiona dziewczyna ruszyła w stronę powozu. Schodząc, musiała cały ciężar ciała przenieść na pokiereszowaną stopę. W połowie schodów opatrzona rana się otworzyła. Czuła, jak krew — mokra i ciepła — sączy się do pończochy. Gdy dotarła na dół schodów, materiał był przemoczony.

W gałęziach lipy, wysoko ponad nią, zaszeleściły liście.

6

Powóz był zaledwie kilka kroków dalej.

Jeszcze siedem kroków.

Jeszcze tylko pięć.

Żołnierz otworzył przed nią drzwiczki. Isa­belle nadal patrzyła przed siebie. Królewicz i diuk pogrążeni w rozmowie nawet na nią nie spojrzeli. Uda jej się. Już prawie. Jeszcze tylko kilka kroków. Trzy… dwa… jeden…

I wtedy usłyszała trzepot skrzydeł.

Biały gołąb zleciał z lipy. Okrążył ją.

Maman, spoglądająca od drzwi, wybiegła i gorączkowo zaczęła go odpędzać, lecz przezorny ptak latał ponad nią i nie mogła go dosięgnąć. Okrążywszy Isabelle, zaczął śpiewać:

Krew na ziemi! Krew na pantofelku!

Dziewczyna nie jest ani uczciwa, ani prawdziwa!

Królewicz przerwał rozmowę. Spojrzał na gołębia; przeniósł wzrok na Isa­belle. Jego oczy powędrowały ku poplamionemu krwią rąbkowi sukni i do ciemnych śladów na ziemi.

Isa­belle wysunęła stopę ze szklanego pantofelka i odsunęła się o krok. Bucik się przewrócił; jeszcze więcej krwi wylało się na ziemię. Przód pończochy był jasnoczerwony. Ogarnął ją wstyd.

— Obcięłaś sobie palce u stopy… — Królewicz z niedowierzaniem pokręcił głową.

Isa­belle, równie przerażona co zawstydzona, przytaknęła kiwnięciem głowy. Oszukała go. Bóg raczy wiedzieć, co królewicz z nią zrobi. Słyszała przerażające opowieści o głowach nabitych na włócznie. Czy taki los ją czeka?

Królewicz nie rozkazał jednak swej gwardii, by ją pojmała. Na jego twarzy nie malowała się złość, a jedynie smutek. I coś jeszcze, czego Isa­belle się nie spodziewała — życzliwość.

— Jak zniosłaś taki ból?

Dziewczyna popatrzyła na ziemię. Powróciły do niej słowa wypowiedziane przez Maman w kuchni: „Brzydka… Nijaka… Nieforemna jak kluska…”.

— Mam w tym wprawę.

Królewicz zmarszczył czoło:

— Nie rozumiem, co masz na myśli.

Isa­belle uniosła głowę. Spojrzała na jego dojmująco piękną twarz.

— Tak. Nie rozumiesz.

Dołączył do nich diuk. Jego oczy skrzyły się wściekłością.

— Znam zaprawionych w walce żołnierzy, którzy nie byliby w stanie zrobić tego, co panienka uczyniła — powiedział do Isa­belle, po czym zwrócił się do królewicza: — Wasza Wysokość, dziewczyna zdolna do czegoś takiego jest zdolna do wszystkiego. To nienaturalne. Ona jest szalona. Niebezpieczna. — Dał znak dwóm żołnierzom. — Pojmać ją!

Mężczyźni ruszyli w jej stronę. Serce Isa­belle szarpnęło się w nagłym przerażeniu. Królewicz ich powstrzymał.

— Zostawcie ją — nakazał, odsyłając żołnierzy ruchem ręki.

— Niech Wasza Wysokość nie pozwoli, aby kolejne oszustwo uszło płazem — zaprotestował diuk. — Jedno samo w sobie jest już złe, ale dwa…

— Powiedziałem, żeby ją zostawić w spokoju. Poważnie się okaleczyła. Co jeszcze miałbym z nią zrobić?

Diuk nieznacznie skinął głową, po czym zwrócił się do Maman.

— Zakładam, że nie ma pani kolejnych córek, które chętnie odetną sobie kawałki ciała po to, by poślubić królewicza?

— Nie — odpowiedziała gorzko Maman. — To już wszystkie córki.

— A zatem pora na nas — stwierdził diuk. — Żegnam.

Fontanna znajdująca się na środku podjazdu zabulgotała. Królewicz wspinał się do karety, a diuk wciąż trzymając aksamitną poduszkę, nakazał żołnierzowi wypłukać szklany pantofelek. Podwładny wykonał polecenie, po czym umieścił bucik z powrotem na poduszce. Maman, zesztywniała ze złości, przyglądała się im.

Isa­belle, oszołomiona okropnym bólem i uczuciem wstydu, usiadła na ławce pod lipą. Zamknęła oczy, próbując powstrzymać zawroty głowy. Ledwie docierały do niej odgłosy zniecierpliwienia końskich kopyt, brzęczenia owadów w gorącu popołudnia i gruchania gołębia wysoko nad nią w gałęziach drzewa.

Nagle zagłuszył je narastający, przenikliwy dźwięk.

— Poczekajcie! Nie jedźcie! Proszę! Proszę, poczekajcie!

Głos dobiegał z dworku. Ktoś krzyczał. Błagał.

Isa­belle otworzyła oczy.

Po schodach zbiegała dziewczyna. Włosy miała potargane. Suknia niewiele różniła się od łachmanów. Jej twarz i ręce były umazane sadzą. Była boso.

Mimo to była oszałamiająco, urzekająco piękna.

Ella.

Przyrodnia siostra Isa­belle.

7

Diuk rzucił Maman niechętne spojrzenie.

— Madame, czy to kolejna pani sztuczka? Przysłała pani obdartą służącą, żeby przymierzyła pantofelek? — spytał z oburzeniem.

Maman dostrzegła pasierbicę. Zmrużyła oczy.

— Ello, jak śmiesz! — wrzasnęła. — Natychmiast wracaj do środka!

Ella jednak jej nie słyszała. Patrzyła prosto na królewicza, a on wpatrywał się w nią. Monarcha już zdążył wysiąść z karocy i prędko szedł w jej stronę.

Isa­belle, przyglądając się im, ujrzała coś, czego nigdy wcześniej nie widziała. Nie było tego ani między ojczymem a matką, ani między jej rodzicami. Było to coś czystego i obezwładniającego. Potężne, głębokie i prawdziwe.

Miłość.

Widząc nieuchwytną, lecz jakże rzeczywistą miłość, zrozumiała, że to z Ellą królewicz tańczył na balu. To jej pragnął, to za nią tęsknił.

Isa­belle poczuła w sercu ostrze zawiści. Maman zrobiła wszystko, co w jej mocy, aby Ella nie poszła na bal. Mimo to dziewczynie w jakiś sposób się to udało. Niczego nie miała, a jednak zdobyła powóz i konie, połyskującą suknię i szklane pantofelki.

Jak tego dokonała? — zastanawiała się Isa­belle.

Królewicz i Ella przystanęli kilka centymetrów od siebie. Mężczyzna delikatnie dotknął jej twarzy, palcami obwiódł linię szczęki.

— To ty… W końcu cię odnalazłem. Dlaczego uciekłaś?

— Bałam się, że gdy odkryjesz, iż jestem zwykłą dziewczyną ze wsi, nie będziesz mnie kochał.

— Ello, wszystko w tobie jest niezwykłe. — Książę ujął jej dłonie. Zwrócił się do diuka. — Przynieś szklany pantofelek — rozkazał.

Ku zdumieniu Isa­belle, tak jak i wszystkich innych osób, diuk zignorował polecenie. Zacisnął usta. W jego pociemniałych, kamiennych oczach widać było wzgardę.

— Wasza Wysokość, ta dziewczyna jest służką. Nie było jej na balu. Straże przenigdy by nie wpuściły do pałacu osoby w łachmanach. Skąd w ogóle…

Królewicz wszedł mu w słowo:

— Pantofelek. Migiem!

Diuk pokłonił się sztywno, po czym ruszył w stronę królewicza i Elli, trzymając przed sobą aksamitną poduszkę. Gdy dzieliło go od nich zaledwie kilka metrów, zawadził czubkiem błyszczącego czarnego buta o coś — jak później twierdził, był to kamień — i się potknął.

Szklany pantofelek ześlizgnął się z aksamitnej poduszki. Uderzył o ziemię i roztrzaskał się na tysiąc połyskujących kawałeczków.

8

Królewicz krzyknął z rozpaczy.

Diuk z ręką na sercu przeprosił.

Żołnierze poruszyli się nerwowo; miecze przypięte przy ich biodrach zabrzęczały.

Maman wybuchnęła śmiechem.

Isa­belle nie mogła złapać tchu.

Tylko Ella była spokojna.

Wkrótce stało się jasne dlaczego.

— Nic nie szkodzi. Mam pantofelek do pary — powiedziała z uśmiechem.

Wszyscy przyglądali się jej, jak wyjmuje z kieszeni spódnicy drugi bucik. Postawiła go na ziemi i uniosła rąbek sukni. Gdy wkładała stópkę do bucika, rozbłysnął niebiesko, jakby zrobiono go z diamentów.

Pasował jak ulał.

Królewicz roześmiał się radośnie. Porwał Ellę w ramiona i pocałował, nie bacząc na to, że ludzie ich widzą. Żołnierze zaczęli wiwatować. Diuk otarł pot z czoła. Maman z zaciśniętymi pięściami odwróciła się i weszła do domu.

Isa­belle przyglądała się temu, żałując, tak jak milion razy wcześniej, że nie jest piękna. Nikt jej nie ceni. Nic nie znaczy.

— Ella wygrała — dobiegł ją głos z tyłu.

Tavi. Kuśtykając, wyszła z pałacyku. Teraz przytrzymywała się oparcia ławki, tak by ranna stopa nie dotykała ziemi. Obeszła ławkę i usiadła.

— Piękno zawsze wygrywa — stwierdziła cierpko Isa­belle.

Gdy siostry rozmawiały, dosiadła się do nich trzecia osoba.

Ella.

Tavi uśmiechnęła się do niej kwaśno:

— Jak uroczo… My trzy pod lipą.

Ella niemal jej nie słyszała. Spoglądała na stopy sióstr z wielkim smutkiem, wręcz bliskim rozpaczy.

— Co wy najlepszego zrobiłyście? — zapytała ze łzami w oczach.

— Ello, ani się waż płakać z naszego powodu — powiedziała porywczo Tavi. — Nawet się nie waż. Dostałaś to, na co zasługujesz, tak jak i my.

Ella spojrzała na nią.

— Naprawdę? Czy zasługuję na takie okrucieństwo? A ty na to okaleczenie? Właśnie na to zasługujemy?

Tavi odwróciła wzrok. Z trudem podniosła się z ławki.

— Jedź, Ello. Opuść to miejsce. I nie wracaj.

Zapłakana Ella patrzyła, jak Tavi kuśtyka do rezydencji. Zwróciła się do drugiej przyrodniej siostry:

— Wciąż mnie nienawidzisz?

Isa­belle nie była w stanie odpowiedzieć. Miała wrażenie, jakby jej usta były pełne soli. Wspomnienie, które niegdyś zepchnęła głęboko, powróciło. Znów była dziewięciolatką. Ella i Tavi miały dziesięć lat. Maman od roku była żoną ojca Elli.

Były razem pod lipą.

Siostry.

Siostry przyrodnie.

Przyjaciółki.

9

Letnie popołudnie.

Niebo było błękitne, słońce świeciło mocno.

Róże przechylały się przez kamienny murek okalający rezydencję. W rozłożystych gałęziach lipy śpiewały ptaki, a pod nimi bawiły się trzy dziewczynki. Ella uplotła wianki ze stokrotek i wymyślała historię o baśniowej królowie Tanaquill mieszkającej w dziupli. Tavi pisała na tabliczce równania. Isa­belle walczyła, wymachując starym kijem od szczotki. Udawała, że broni siostry przed Czarnobrodym.

— Giń, łajdaku! En garde! — krzyczała, napierając na koguta Bertranda, który znalazł się tam akurat przy drzewie. O wiele bardziej wolałaby pojedynkować się z Felixem, synem stajennego, ale chłopak zajmował się teraz nowym źrebakiem.

Kogut wyprostował się, zatrzepotał skrzydłami, zapiał głośno i zaatakował. Gonił Isa­belle wokół drzewa, a potem dziewczynka jego goniła. Trwało to tak długo, aż poirytowana Tavi krzyknęła:

— Izzy, na litość boską! Mogłabyś choć raz być cicho?

Isabelle, nie mogąc się opędzić od koguta, wdrapała się na lipę w nadziei, że ten przestanie się nią interesować. Usadowiła się na gałęzi, gdy przed posesję wjechał zaprzęg. Kogut łypnął na niego i odbiegł. Dwaj mężczyźni wysiedli z dorożki. Jeden, siwy i zgarbiony, miał laskę i różowe jedwabne pudełko w malowane kwiaty. Drugi, młodszy mężczyzna, trzymał skórzaną teczkę. Isa­belle ich nie rozpoznawała, ale nie było to nic niezwykłego. Do ojczyma często przyjeżdżali z Paryża jacyś mężczyźni. Większość z nich, tak jak on, była kupcami, którzy chcieli omówić z nim interesy.

Nie widzieli ani Isa­belle, ani Elli ukrytych pod baldachimem gałęzi. Zauważyli za to siedzącą na ławce Tavi.

— Co tu robisz, dziewczynko? Uczysz się pisania literek? — spytał starszy pan.

— Próbuję udowodnić piąty postulat Euklidesa — odpowiedziała Octavia ze zmarszczonym czołem, nie podnosząc wzroku znad tabliczki.

Mężczyzna zachichotał. Szturchnął łokciem towarzysza.

— Wielkie nieba! Mamy tutaj naukowca! — powiedział, po czym zwrócił się do Tavi: — Posłuchaj, dziewczynko, nie zawracaj sobie głowy algebrą.

— To geometria.

Mężczyzna skrzywił się, że dziecko go poprawia.

— Cokolwiek by to nie było, mózg kobiety się do tego nie nadaje — pouczył ją. — Nadwyrężysz go i będziesz od tego miała migreny. Wiesz, że od migren robią się zmarszczki?

Tavi spojrzała na niego.

— Tak to działa? To skąd pan ma zmarszczki? Z pewnością nie przeciąża pan mózgu.

— Nigdy… Nigdy w życiu… Co za arogancka dziewucha! — zacharczał starzec, potrząsając na nią laską.

W tym momencie wkroczyła Ella.

— Sir, Tavi nie powiedziała tego specjalnie…

— Właśnie że tak… — rzuciła pod nosem Tavi.

— …po prostu jest zirytowana tym całym Euklidesem.

Starszy pan się uspokoił. Uśmiechnął się.

Tak właśnie działała na ludzi Ella.

— Co za śliczna dziewczynka. Jaka słodka i miła. Poproszę twojego tatę, żeby wydał cię za mojego wnuka. Będziesz miała bogatego męża, mieszkała we wspaniałym domu i nosiła piękne suknie. Co ty na to?

Ella się zawahała, po czym powiedziała:

— A mogę zamiast tego mieć pieska?

Mężczyźni wybuchnęli śmiechem. Młodszy wziął Ellę pod brodę, starszy pogładził kręcone blond włosy dziewczynki, nazwał ją „piękną różyczką” i z różowego pudełka, które przywiózł dla Maman, dał jej cukierka. Ella uśmiechnęła się, podziękowała i z apetytem go zjadła.

Isa­belle, nadal siedząca na drzewie, z zazdrością się temu przyglądała. Uwielbiała cukierki. Z kijem od szczotki w ręce zeskoczyła na ziemię. Staruszek krzyknął z przerażenia, potknął się i upadł na ziemię.

— Co, u licha, wyprawiasz z tym kijem? — wrzasnął na nią poczerwieniały.

— Walczę z Czarnobrodym — odpowiedziała Isa­belle. Młodszy mężczyzna pomagał się podnieść staruszkowi.

— Niewiele brakowało, a byś mnie zabiła!

Isa­belle spojrzała na niego z powątpiewaniem.

— Ja cały czas spadam. Z drzew, z koni, a kiedyś nawet wypadłam z okienka na strychu stodoły. I to mnie jakoś nie zabiło. Mogę cukierka?

— Wykluczone! — Starszy pan się otrzepywał. — Czemu miałbym dać taki smakołyk paskudnej małej małpie z brudnymi łapskami i liśćmi we włosach?

Podniósł różowe pudełko i laskę i mrucząc coś do swego towarzysza, ruszył w stronę rezydencji. Isa­belle, która wciąż miała nadzieję, że dostanie cukierka, poszła za nimi. Mimo że mężczyzna mówił cicho, słyszała rozmowę.

— Ta jedna jest uroczą małą ślicznotką i kiedyś będzie wspaniałą żoną, ale pozostałe dwie… — Złowieszczo pokręcił głową. — Pewnie zostaną zakonnicami albo guwernantkami, czy cokolwiek robią brzydkie dziewczyny.

Isa­belle stanęła jak wryta. Ręka powędrowała jej do klatki piersiowej. Poczuła nowy, dziwny ból serca. Zaledwie parę chwil temu radośnie kładła trupem piratów. Nieświadoma, że czegoś jej brakuje. Że jest niewystarczająca. Że jest „paskudną małą małpą”, a nie „piękną różyczką”.

Po raz pierwszy pojęła, że Ella jest piękna, a ona nie.

Isa­belle była silna i odważna. W walkach na miecze pokonywała Felixa. Skakała na swoim koniu Nero ponad przeszkodami, których inni się bali. Kiedyś nawet kijem przegoniła lisa z kurnika.

To też jest dobre — pomyślała, stojąc w miejscu oszołomiona, zaskoczona, samotna. Czy nie? Jestem dobra, prawda?

Tamtego dnia między trzema dziewczynkami wszystko się zmieniło.

Były tylko dziećmi. Ella dostała cukierka i cieszyła się byciem w centrum uwagi. Isa­belle czuła zazdrość i nic nie mogła na to poradzić. Ona też chciała cukierka. Chciała usłyszeć miłe słowa i być podziwiana.

Niekiedy łatwiej jest powiedzieć, że nienawidzi się tego, czego nie można mieć, niż przyznać, jak bardzo tego chcemy. I dlatego Isa­belle, nadal stojąc pod lipą, powiedziała Elli, że jej nienawidzi.

Ella nie pozostała jej dłużna.

Tavi rzuciła, że nienawidzi wszystkich.

Maman przysłuchiwała się temu z tarasu, a w jej czujnych oczach pojawił się nowy, groźny błysk.

10

— Isa­belle, jadę. Nie wiem… Nie wiem, czy się jeszcze kiedyś zobaczymy.

Głos Elli wyrwał ją ze wspomnień. Siostra pochyliła się i pocałowała Isa­belle w czoło; dotyk jej ust był niczym znak wypalany na skórze.

— Siostro, przestań mnie nienawidzić — wyszeptała. — Dla swojego dobra, nie dla mnie.

I już jej nie było. Isa­belle została sama na ławce.

Rozmyślała o tym, kim była kiedyś, i o tym, kim się stała. O tym wszystkim, czego — jak powiedziano jej — powinna chcieć. Przez to wszystko — chcąc to zdobyć — okaleczyła się. Myślała o tym, co miała teraz Ella, podczas gdy ona nie miała nic. Zazdrość płonęła w niej tak jak przez wszystkie te lata.

Spojrzała w lewo i zobaczyła, że Tavi z trudem wchodzi po schodach, kuśtyka przez próg i zamyka za sobą drzwi. Popatrzyła w prawo i zobaczyła, jak królewicz pomaga Elli wsiąść do karocy. Wspiął się za nią i zamknął drzwiczki.

Diuk usiadł przy woźnicy. Wydał komendę żołnierzom przed nim; wszyscy już siedzieli na koniach. Ruszyli. Woźnica świsnął batem i osiem białych ogierów szarpnęło do przodu.

Isa­belle przyglądała się, jak pojazd wytacza się długą drogą dojazdową do posesji, jedzie wąską wiejską drogą i kieruje się na wzgórze. Po chwili już go nie było.

Przez dłuższy czas nie ruszała się z miejsca, aż zaczęło się robić chłodno, bo słońce chyliło się ku zachodowi. Siedziała, aż ptaki odleciały do swoich nocnych schronień, a zielonooki lis dał susa do lasu na polowanie. Wtedy wstała i wyszeptała do wydłużających się cieni:

— Ello, to nie ciebie nienawidzę. Nigdy tak nie było. Nienawidzę siebie.

11

— Nelson, oddawaj oko! Natychmiast!

Ruchliwa czarna małpka o białym pyszczku biegała po pokładzie statku. W łapce trzymała szklane oko.

— Nelsonie, ostrzegam…

Małpka nie zwróciła uwagi na mówiącego to wysokiego, porządnie ubranego mężczyznę o bursztynowych oczach. Zamiast oddać swój skarb, wdrapała się po fokmaszcie i wskoczyła na olinowanie.

Bosman, jedną ręką zakrywając pusty oczodół, ociężale człapał za nią, wrzeszcząc, by przyniesiono mu pistolet.

— Żadnego strzelania, proszę! — zawołała błagalnie kobieta w czerwonej jedwabnej sukni. — Musi pan go zwabić na dół. Jest posłuszny, gdy słyszy operę.

— Już ja go nakłonię do zejścia… — burknął bosman. — Kulą!

Przerażona diwa przycisnęła dłoń do obfitego biustu i zaczęła śpiewać arię o strapieniu i nieposłuszeństwie Laschia ch’io pianga. Małpka przechyliła główkę. Zamrugała, lecz się nie ruszyła.

Wspaniały głos śpiewaczki roznoszący się z pokładu przyciągnął do przystani wielu gapiów. Statek — żaglowiec „Przygoda”— dopiero co, po trzech tygodniach na morzu, wpłynął do portu w Marsylii.

Diwa nie przestawała śpiewać, a wróżbitka — kolejny członek świty bursztynookiego mężczyzny — pośpiesznie stawiała jej tarota. Jedną po drugiej ciskała karty na pokład. Kiedy skończyła, twarz kobiety była równie biała jak żagle.

— Nelson, złaź! — krzyknęła. — To się źle skończy!!!

Magiczka wyczarowała banana, cisnęła przez ramię skórkę i zaczęła machać owocem w powietrzu. Aktorka błagalnie przywoływała małpkę. Chłopiec okrętowy wybiegł spod pokładu, wymachując pistoletem bosmana. Ujrzawszy to, śpiewaczka podniosła głos o trzy oktawy.

Bosman wziął pistolet i go odbezpieczył. Grupa akrobatów w kostiumach z cekinami robiła młynki, wskakując na takielunek. Małpka pognała w górę masztu do bocianiego gniazda. Bosman wycelował broń. Połykacz ognia wypluł płomienie prosto na niego. Bosman potknął się, nastąpił na skórkę od banana i stracił równowagę. Runął jak długi, uderzając głową o pokład, i stracił przytomność. Pistolet wypalił. Strzał chybił.

Pomarańczowe jęzory ognia zaczęły omiatać dół takielunku, zapalając go ze świstem i szybko idąc w górę, pochłaniały liny. Przerażona małpka przeskoczyła z bocianiego gniazda na maszt. Akrobaci niczym spadające gwiazdy rzucili się za nią.

Gdy ostatni akrobata wylądował, płomień spadł na lont armaty, która była załadowana i przygotowana na wypadek ataku piratów. Lont się zapalił. Działo wystrzeliło. Ciężka kula armatnia z gwizdem przeleciała przez port i zrobiła dziurę w łodzi rybackiej. Rybak, wrzeszcząc i przeklinając, wskoczył do wody i zaczął szaleńczo płynąć do brzegu.

Sześciu muzyków w lawendowych surdutach, pewnych, że dokonano ataku na „Przygodę”,wyjęło z futerałów instrumenty i zaczęło grać pieśń żałobną. Chwilę później niemal zagłuszyła ich miejska brygada strażacka, której ciąg­nięty przez konie pojazd, dzwoniąc, pędził ulicą.

Śpiewaczka, kończąc arię, uderzyła w wysokie tony. Drużyna strażaków, szaleńczo pompując wodę na przystani, wystrzeliła na takielunek fontannę, gasząc płomienie i oblewając ją i wszystkich innych. Diwa z rozpostartymi rękami i uniesioną brodą śpiewała. Tłum na przystani zaczął bić brawa. Czapki poszybowały w powietrze. Mężczyźni szlochali. Kobiety mdlały. W kajucie kapitańskiej wszystkie okna rozprysły się w drobny mak.

Diwa zakończyła arię. Przemoczona podeszła do balustrady statku i ukłoniła się. Zabrzmiało chóralne: brawo!

Małpka zeszła po maszcie i wskoczyła w ramiona swego pana. Bursztynooki mężczyzna wydobył szklaną gałkę z zaciśniętej łapki zwierzęcia, wytarł ją o klapę marynarki i ostrożnie umieścił tam, gdzie jej miejsce. Nie miał pojęcia, czy należy włożyć oko prawą stroną do góry, czy na odwrót, a nie mógł się tego dowiedzieć od wciąż nieprzytomnego bosmana.

Kapitan, otrzepując z rękawów odłamki szkła, wyłonił się z kajuty. Stanął na pokładzie ze złączonymi za plecami rękoma i badawczo przyglądał się sytuacji.

— Panie Fleming! — krzyknął do pierwszego oficera.

— Kapitanie! — odpowiedział oficer, salutując.

— Kto to zrobił? Proszę nie mówić, że to…

— Markiz Szansa — rzekł oficer. — Któż by inny?

12

Kapitan Duval był wzburzony.

Szansa starał się, jak tylko mógł, wyglądać na osobę, której jest przykro. Miał w tym wprawę, więc szło mu nieźle.

— Co ze spalonym takielunkiem, wybitymi szybami i zniszczoną łodzią rybacką? Nowe będą kosztowały fortunę!

— W takim razie będą to dobrze wydane pieniądze! — powiedział Szansa z najbardziej czarującym uśmiechem. — Nigdy nie słyszałem równie doskonałego wykonania Laschia ch’io pianga.

— Sir, nie w tym rzecz!

— Ależ sir, zawsze chodzi o przyjemność! — odparował Szansa. — Na łożu śmierci nie będzie pan wspominał spalonego takielunku czy wybitych szyb w oknach statku, lecz przemoczoną śpiewaczkę operową w oblepiającej jej bujne kształty sukni. I to, jak jej wybitny głos wibrował coraz bardziej podczas wystrzału armaty i pnących się w górę płomieni. I pan, i ja powinniśmy liczyć chwile zachwytu i zdumienia! Momenty radości!

Kapitan, który podczas podróży musiał wytrzymać wiele tego typu mów, uszczypnął się w nasadę nosa.

— Markizie, niech mi pan najpierw powie, jak to się stało, że małpka znalazła się w posiadaniu oka?

— Podczas rozdawania kart założyłem się z bosmanem. Postawiłem pięć dukatów na jego szklane oko. Głupiec wyjął je i położył na monetach. Kapitanie, pytam pana, czy widział pan kiedyś małpkę, która umiałaby się oprzeć szklanemu oku?

Kapitan gestem wskazał na siedzącą na ramieniu Szansy małpkę.

— Być może to ona powinna zapłacić za zniszczenia?

Szansa schylił się po leżący u jego stóp worek i wyjął z niego wypchaną skórzaną sakiewkę.

— Czy to je pokryje? — zapytał, opuszczając ją na dłoń kapitana.

Kapitan otworzył sakiewkę, przeliczył monety i przytaknął kiwnięciem głowy.

— Trap wkrótce zostanie opuszczony. Markizie, kiedy następnym razem postanowi pan się udać w morską podróż, proszę, tylko nie na moim statku.

Szansa nie słuchał. Już się odwrócił, by sprawdzić, czy wszystkie osoby z jego świty są na pokładzie. Każda z nich była potrzebna. Udawał się na wieś. Tam nie było oper ani wielkich teatrów, ani sal koncertowych. Prawie nie było kawiarni, zaledwie kilka cukierni, księgarni i restauracji. Nie przeżyłby nawet pięciu minut bez swoich muzyków, akrobatów, aktorów, śpiewaczki operowej, baletnic i magiczki, wróżbitki, połykaczy ognia i mieczy, naukowca i kucharza.

— Nie ma kucharza! — wykrzyknął, gdy skończył liczyć osoby. Rozejrzał się za Nelsonem. — A on gdzie?

Małpka objęła pyszczek łapkami i nadęła policzki.

— No nie, znowu to samo… — wymamrotał Szansa.

Chwilę później niski, łysy mężczyzna w długim czarnym skórzanym płaszczu i czerwonej bandance zawiązanej wokół szyi, zataczając się, wyszedł spod pokładu. Był wymiętoszony, miał zapuchnięte, mętne oczy. Jego twarz była szara niczym tygodniowa owsianka.

— Choroba morska — oznajmił, gdy dołączył do Szansy.

— Choroba morska, tak? Czy tak się mówi po francusku: „Wieczorem wypiłem za dużo dżinu”? — spytał Szansa, unosząc brew.

Kucharz się skrzywił.

— Musisz mówić tak głośno? — Oparł głowę o burtę. — Czemu, do diabła, tak się guzdrzą z trapem? A tak poza tym to dokąd jedziemy? Powiedz, że do Paryża.

— Obawiam się, że nie. Do Saint-Michel.

— Nie mam pojęcia, gdzie to jest.

— Na wsi.

— Nie znoszę wsi. Po co tam jedziemy?

Szansa mocniej zacisnął dłonie na burcie. Pomyślał o mapie dziewczyny. Isa­belle, tak miała na imię. Przywołał widok końca jej życiowej ścieżki. Plamy czerwieni. Gwałtowne linie wyryte w pergaminie, jakby rysował je szaleniec. A potem przypomniał sobie, że tak właśnie było.

— Można to zrobić. Zmienić jej ścieżkę — wyszeptał. — Ja mogę to zrobić. Zrobię to.

— Co za ścieżkę? — spytał kucharz. — O czym ty mówisz? Dlaczego… — urwał.

Coś poniżej statku przykuło jego uwagę. Szansa też to zauważył. Szybki czarny powóz torował sobie drogę przez tętniącą życiem ulicę biegnącą wzdłuż portu. W oknie widać było postać — bladą, pomarszczoną twarz kobiety. Widocznie wyczuła, że ktoś ją obserwuje, bo szybko podniosła wzrok. Jej szare oczy spotkały się z oczami Szansy i nie dały im uciec. W bezlitosnym spojrzeniu kobiety ujrzał, że będzie to zacięta walka. Kucharz nabrał głęboko powietrza, a potem wypuścił je.

— To przez nią tu jesteśmy, prawda? — spytał. Szansa kiwnął głową. — Niedobrze. Ona jest najgorsza ze wszystkich trzech, a to o czymś świadczy. Dlaczego przyjechała? A my? Powiesz mi?

— Żeby stoczyć bitwę — odpowiedział mu Szansa.

— O co tym razem? O złoto? Chwałę? Twoją dumę? — spytał z przekąsem.

Szansa przyglądał się, jak powóz znika za zakrętem.

— O duszę. O duszę dziewczyny.

Kucharz pokiwał głową.

— Trzeba było tak od razu. O to warto walczyć. — Poalkoholowe zmęczenie zniknęło z jego twarzy, a zamiast niego pojawiła się determinacja. Włożył do ust palce wskazujące. Ostre gwizdnięcie rozdarło powietrze. Powoli się oddalał, pokrzykując na nieszczęsnego żeglarza, żeby w końcu opuścił ten cholerny trap. Magiczka, akrobaci i reszta świty Szansy, kręcący się po pokładzie, wzięli swoje rzeczy i pośpieszyli za nim.

Szansa podniósł worek, przerzucił go sobie przez ramię i poszedł za kucharzem. Jeśli ma mieć nadzieję na wygraną, musi być o krok przed Przeznaczeniem. Teraz był dziesięć kroków za staruchą.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki