Prześmiewca - Vincent Vin - ebook

Prześmiewca ebook

Vin Vincent

0,0

Opis

Zło nie zawsze czai się w ciemnych ulicach i mrocznych zaułkach. Niekiedy ma twarz niewinnego dziecka. Logan Blue od najmłodszych lat budził niepokój. Dziwne spojrzenia, niewytłumaczalne zachowania i martwe zwierzęta znajdowane w ogrodzie to dopiero początek…

 

Kruk Prześmiewca, którego cień od urodzenia towarzyszy Loganowi, pragnie krwi i sprawiedliwości. Blue − odrzucony przez własną matkę i nierozumiany przez otoczenie − aby zadowolić swojego drugie ja, wyrusza w podróż ku prawdzie, własnemu przeznaczeniu i jego nieuchronności. Ta droga okaże się krwawą i bezwzględną przeprawą, podczas której nikt nie może czuć się bezpiecznie.

 

Prześmiewca” to mroczna opowieść o narodzinach zła oraz o próbie odnalezienia jego źródła. Na tej pełnej brutalności i okrucieństwa drodze Logan nigdy nie jest sam – Kruk Prześmiewca nie pozwala mu zapomnieć o powierzonej mu misji.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 463

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Opieka redakcyjna

Agnieszka Gortat

Redaktor prowadzący

Monika Bronowicz-Hossain

Korekta

Słowa na warsztatAgata Czaplarska

Opracowanie graficzne i skład

Marzena Jeziak

Projekt okładki

Michał Klekowski

© Copyright by Autor© Copyright for this edition by Borgis 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

Wydanie I

Warszawa 2026

ISBN 978-83-68768-30-5

ISBN (e-book) 978-83-68768-31-2

Wydawca

Borgis Sp. z o.o.ul. Ekologiczna 8 lok. 10302-798 [email protected]/borgis.wydawnictwowww.instagram.com/wydawnictwoborgis

Wydrukowano w Polsce

Druk: Sowa Sp. z o.o.

Spis treści

Rozdział 1. Chłopiec o demonicznych oczach

Rozdział 2. Szopy pracze

Rozdział 3. Głowa nadziana na pal

Rozdział 4. Matka o okrutnym sercu

Landmarks

Table of Contents

Cover

Rozdział 1

Chłopiec o demonicznych oczach

Logan Blue bez wątpienia wyróżniał się na tle rówieśników zamieszkujących chicagowskie przedmieścia. Żadne inne dziecko z okolicy nie miało tak nieżyczliwego spojrzenia ani zamiłowania do miażdżenia prawym butem wszystkiego, co truchta lub wije się, pobierając przy tym niezbędny do egzystencji tlen. Może dalszy przebieg zdarzeń w jego życiu ukierunkowany był przez zazdrość o wszechobecne powietrze? W końcu i jego może nam kiedyś zabraknąć.

– Co za cudny dzieciaczek – oznajmiła słodkim głosem miejscowa kobieta, gdy ujrzała wysokiego jak na swój wiek chłopca.

Logan miał prosty nos i gęstą, ciemną czuprynę, której pasma, potargane przez wiatr, opadały mu uroczo na czoło.

– Przystojniak – dodała, po czym zasłoniła usta dłonią i zamarła bez ruchu, jakby ujrzała nieczystego ducha. Po kilku głębszych wdechach skierowała bezceremonialne pytanie do jego matki, po której chłopiec odziedziczył bujne włosy i wdzięczną śniadą cerę: – Amando, czy mi się wydaje, czy w oczach twojego syna zarysowane jest piekło?

Jeszcze nikt za życia nie dosięgnął podziemnych czeluści, więc absurdalne byłoby odkrywać głębię piekieł w źrenicach niewinnego dziecka, szczególnie że bawiło się ono pluszową zabawką imitującą pieska. Jednak z maskotkami Logana zawsze był pewien problem. Dziwnym trafem psuły się szybko, i to nie z powodu kiepskiej jakości materiałów używanych w chińskich fabrykach. Amanda musiała raz w tygodniu urządzać w domu polowanie na wszędobylski plusz, zbierając go z posadzki i dywanów, aby później wcielić się w rolę szwaczki. Po ukończeniu obławy zasiadała przy kuchennym stole, gdzie w świętym spokoju oddawała się twórczej pracy nad dołączeniem pluszowej głowy do równie pluszowego torsu.

Młodego Logana, syna poważanego przez sąsiadów Jamesa, nie lubił nikt. Szkoda, ponieważ wykazywał niesamowitą jak na człowieka empatię wobec zwierząt, pomijając mało istotne zdarzenia, podczas których przygniatał butem owady próbujące wtargnąć na teren pobliskiego placu zabaw.

– Zostaw, nie ruszaj! – pokrzykiwał ojciec, widząc syna rozprawiającego się brutalnie z liczną armią mrówek. – Weź, proszę, wiaderko i łopatkę i dołącz do pozostałych dzieci. Zrób dla taty babkę z piasku. No, śmiało.

Logan kapryśnie odął dolną wargę, a następnie z markotną miną powędrował do piaskownicy. Wcześniej oczywiście uzbroił się w narzędzia zbrodni. Plastikowe zabawki jaśniały w blasku zachodzącego słońca, podobnie jak jego oczy pozbawione nadziei na zabawę z rówieśnikami.

– Czego tu szukasz, głupku? – zapytał opryskliwym tonem dzieciak koczujący na skraju piaskownicy. Spoglądał na swoją matkę, upewniając się, że nie usłyszała jego nieuprzejmości.

– Chciałem piasek – odrzekł Logan stłumionym głosem.

– To nie twój piasek.

– Jest nasz – oznajmił cicho.

– Nie twój – odpowiedział wredny chłopiec, wymachując nieprzyjaźnie grabiami. Mimo młodego wieku wiedział, czym jest prawdziwa groźba. Nie tak dawno oglądał kreskówkę, w której dopatrzył się aktu zbrodni dokonanego przy pomocy małej zabawki z plastiku.

– On chce się tylko pobawić – wtrącił James, gdy spostrzegł nieporadność syna, który postanowił wycofać się z obrębu placu zabaw.

Widok własnego potomka, któremu ściekała po policzku srebrna łza, był najprzykrzejszym dziełem bezwzględnej natury widzianym przez Jamesa. Poczuł chłód pod sercem, gdy łza spłynęła po twarzy Logana i zatrzymała się u spodu jego brody, imitując drobny sopelek lodu.

Po namowach ojca Logan odważył się postawić pierwszy krok na piasku. Z drugim stąpnięciem poszło mu zdecydowanie łatwiej. Jeszcze śmielej obsłużył się łopatką, którą wbił triumfalnie w ziemię niczym zdobywca himalajskiego szczytu.

– Dobrze – mruknął sam do siebie chłopiec. Nie odczuwał niczyjej obecności. Był sam.

– Co jest takie dobre? – zapytał ojciec. Nie byli wcale sami.

Tuż przed nim Logan rozprawiał się z sypką glebą, licząc na to, że rany, które pozostawia jego plastikowa broń, nie będą nigdy udokumentowane. Na szczęście luźna skała osadowa nie okazuje żadnych oznak cierpienia.

– Dlaczego się tak zachowujesz, Loganie? – zwrócił uwagę synowi James. Nie był pewien, czy sylwetka prężąca się tuż przed nim nie jest przypadkiem cielskiem rozwścieczonego dzika. – Zobacz. – Wskazał na ruchomy cień drugiego chłopca, który jeszcze chwilę temu budował zamek z piasku. Teraz oddalał się pośpiesznie wraz z matką od placu zabaw. – Przestraszył się twojego zachowania. Takim sposobem nie zdobędziesz przyjaciół.

W życiu Logana miały miejsce nieprawdopodobne historie, oczywiście powiązane z istotami ziemskimi. Bez żywych stworzeń cechujących się przepływającą w żyłach krwią makabryczne historie nie miałyby żadnej wartości.

– Każda mrówka ma swoją wartość – tłumaczył synowi, kiedy wracali z placu zabaw do domu. – To takie samo boskie stworzenie jak ty. Oddycha, rozumie...

– Rozumie?! – przerwał mu Logan, zatrzymując równocześnie swój chód. Na jego twarzy uwidoczniło się zdziwienie.

– Ależ tak – żachnął się ojciec i kucnął, aby obniżyć swój wzrost i stać się nierozumnym karłem. – Są inteligentne i pracują ciężej niż niejeden człowiek. Powinieneś traktować je dokładnie tak samo jak wszystkich ludzi. Zrozumiałeś?

– Nie, nie zrozumiałem – odrzekł szczerze Logan, a potem uniósł patykowatą dłoń, w której trzymał butelkę znalezioną w piaskownicy. Jeszcze nie tak dawno owalne tworzywo sztuczne wystawało z piachu. Było wtedy puste, opróżnione z wody...

– To znaczy, że nie możesz tak postępować. – James wskazał na butelkę.

Nie była pusta. Zawierała przezroczystą ciecz z topiącymi się w niej mrówkami. Owady nie miały sił na poruszanie odnogami. Kres ich energii zwiastował pewną śmierć przez utonięcie.

– Śmierć... O to ci chodzi? – szepnął malec, wznosząc ku górze zbiorową kaplicę.

– Życie na ziemi bywa zaskakujące – oświadczył James. Przechwycił od syna butelkę, odkręcił zakrętkę i wylał zawartość na betonowy chodnik. – Większość mrówek potrafi przeżyć pod wodą aż dwadzieścia cztery godziny. – Pokazał na jedną z miniaturowych istot zaczynającą poruszać odnóżem. – Mrówki nie posiadają płuc. Oddychają przez niewielkie otwory na ciele. Zalałeś mrówkę wodą i uważasz, że za chwilę umrze? Nic z tych rzeczy, Loganie...

Chłopiec wydawał się tym zaskoczony.

– Czy z ludźmi dzieje się tak samo? – zapytał, wpatrując się z uwagą w ojca.

Niebawem miał zapaść wyrok, który zaważy na całym jego życiu. Logan zasłyszał w radiowej reklamie, że trud nieprzynoszący zadowalających efektów jest wysiłkiem daremnym.

– Nie, synu. Ludzie są mniej odporni.

– Uff. – Chłopiec odetchnął z ulgą.

Rozdział 2

Szopy pracze

Logan Blue dorastał na północno-zachodnich przedmieściach Chicago, dokładniej w Elk Grove Village położonej na terenie hrabstw Cook i DuPage. Architektura mieszkaniowa, obejmująca zarówno jedno-, jak i dwupiętrowe domy scalone z garażami oraz niewielkimi ogródkami, zdawała się ciągnąć w nieskończoną dal.

Posesja państwa Blue, przyległa do Cypress Lane, była ich największym dobrodziejstwem bądź, jak kto woli, szczęśliwym trafem apatycznego losu. Państwo Blue, jako jedni z nielicznych w okolicy, mogli pochwalić się parcelą, której ogródek graniczył z niewielką polaną i brzegiem wąskiej rzeki Salt Creek, niekiedy uroczej i szumiącej w rytm niepojętej przez nasz umysł muzyki kosmosu, innym razem usychającej od zagadkowych poczynań gorącego piekła osadzonego gdzieś głęboko pod ziemią.

– Jesteśmy prawdziwymi szczęściarzami, mój synu – powiedział z dumą w głosie James.

– Dlaczego prawdziwymi? – zdziwił się Logan.

– Dlaczego nie zapytasz mnie o szczęście?

– Ciekawi mnie prawdziwość.

Ojciec zapadł się w ogrodowym krześle, rozmyślając nad konwersacją z synem. Chwilę później spojrzał na niego z łagodną wyrozumiałością.

– Mam na myśli – zaczął niepewnie, rozważnie dobierając słowa – nasze odizolowanie się od reszty sąsiadów. Spójrz. – Wskazał ręką na malachitowe drzewa rozrastające się na polanie przed brzegiem Salt Creek, tworzące od strony zachodu wątłe, migotliwe cienie. – Pozostali mieszkańcy nie mogą pochwalić się takim widokiem jak my.

James miał niepodważalną rację; inne parcele były ściśnięte ze sobą do tego stopnia, że wyjście na zewnątrz domu często bywało równoznaczne z uczestniczeniem w prywatnych rozmowach sąsiadów.

* * *

W połowie lat dziewięćdziesiątych chicagowskie przedmieścia zostały przywitane przez wyjątkowo ciepłe i duszne lato.

– Ależ u was gorąco – poskarżyła się jedna z uczestniczek grilla organizowanego przez państwa Blue. W dłoni trzymała drinka, a jej makijaż powoli spływał, przypominając topniejący wosk.

– To prawda – burknęła kobieta o ponadprzeciętnie krągłej buzi i mięsistym nosku. – Na dodatek czuję bardzo nieprzyjemny zapach – sformułowała opinię, przyjmując zgorszony wyraz twarzy.

– Myślałam, że tylko ja go czuję – wtrąciła kolejna z panien mocno zbulwersowana. Od zawsze była przewrażliwiona na punkcie zapachów, co zawdzięczała długiemu nosowi. – Kiedy odwrócę głowę w lewą stronę... – Urwała, nie mogąc znieść intensywności odoru zgniłego mięsa. – Amando, możesz tu podejść i sprawdzić, co jest przyczyną tego okrutnego smrodu?

Amanda Blue miała na sobie szyfonową sukienkę z dekoltem typu halter z wysoką stójką. Trapezowy fason kreacji, starannie osłaniający plecy, był wybierany przez młodą matkę z rozmysłem – ukrywał bowiem wstydliwe ślady przeszłości, których nie chciała ujawniać przed koleżankami. Na przewiewną sukienkę narzuciła fartuch mający chronić ją przed zabrudzeniami od węglowego grilla i tłustych marynat do wołowiny. Widok ten miał coś z groteski, bo gospodyni przygotowywała jedynie chłodne drinki, czasem częstując gości sałatką z sosem winegret. Do brudnej roboty zawsze angażowała męża.

– Już idę, moje drogie – odrzekła wyniośle, dźwigając w drobnych dłoniach mosiężną tacę z napojami.

Obeszła sąsiadów, wręczając każdemu z osobna trunek i mówiąc przy tym pieszczotliwie:

– Proszę, moja droga, mój drogi, zobacz, co ci przygotowałam, to drink sporządzony specjalnie dla ciebie. Po co mnie wołałyście? – spytała, skończywszy obsługiwać gości.

– Moja droga, nie chcemy być niemiłe, ale wszystkie doszłyśmy do wniosku, że czasami czujemy odrażający zapach – oświadczyła jedna z kobiet. Nie chciała wciągać w to mężczyzn, którzy sączyli drinki przy oddzielnym stoliku.

– Tak, teraz czuję – potwierdziła Amanda, rozgoryczona nie samym faktem koszmarnej woni, lecz uszczerbkiem na reputacji wzorowej gospodyni domu, która powinna zawczasu pozbyć się padliny z własnego ogródka. – Skąd dochodzi?

– Sprawdźmy.

– Ja to czuję, kiedy... kiedy odwracam głowę w lewo.

– Źródło musi być gdzieś tam...

Łowczynie wstrętnych zapachów dopięły swego. Pod jednym z krzaków rosnących wzdłuż ściany domu odkryły masowy grób szopów praczy.

– Och, nie! – zawyły tropicielki z obrzydzenia, po czym odbiegły od roślinności.

Odgłosy paniki zaciekawiły bawiącego się w ogrodzie Logana. Chłopiec wypuścił z rąk zabawki i ruszył w kierunku tłumnego zamieszania, bo uwielbiał być świadkiem przerażonych okrzyków.

– Skąd to się tu wzięło?! – wrzasnęła pani domu, okrywając się jednocześnie szkarłatnym rumieńcem.

– To tylko martwe szopy – powiedział lekko i z uśmiechem na ustach James. Gromkie krzyki kobiet zmobilizowały mężczyzn do odejścia od stołu. – Skąd się wzięły? Najprawdopodobniej z lasu, kochanie. Mieszkamy blisko Busse Woods, a... a jest w nim sporo dzikiej zwierzyny. Szopy, skunksy, wiewiórki, kojoty, jelenie...

– Doskonale wiem, jakie zwierzęta zamieszkują naszą okolicę! Twój wykład o tutejszych szkodnikach jest zbędny! JAMES! W naszą stronę idzie Logan. Nie może zobaczyć martwych zwierząt. Zatrzymaj go.

– To duży chłopak.

– Do widoku rozkładającego się mięsa nie można dorosnąć! – warknęła, tryskając śliną, a następnie pobiegła ku synowi, aby nie dopuścić go do zwierzęcych zwłok. – Wracaj do zabawy, Loganie. Nie znajdziesz tu nic ciekawego. My... my prowadzimy teraz ważną rozmowę, w której mogą uczestniczyć tylko dorośli.

Chłopiec nie zamierzał usłuchać matki. Nie w chwili, gdy dobrze znana mu strefa była oblegana przez sąsiedzkie zgromadzenie.

– Zostawcie je! – pisnął. Jego rozszerzone, ciemne źrenice zwiastowały nagły przypływ adrenaliny. Odtrącił matczyne ręce chcące oszczędzić mu widoku padliny, odkrytych wnętrzności, zastygniętej krwi, obślizgłych żył...

– Nie idź tam! – przemówiła stanowczym głosem Amanda.

– Twoja matka ma rację! – wyrzucił z siebie wraz z oddechem James. Dłuższe wpatrywanie się w masowy grobowiec szopów spowodowało u niego nagłe oprzytomnienie. – Nie powinieneś tego oglądać, Loganie! – wrzasnął ponownie, obserwując zdumiewająco szybki bieg syna.

Panika rozprzestrzeniona w ogrodzie była doskonałą okazją do gry w berka; berkiem byli wszyscy powyżej czterech stóp wzrostu, oczywiście.

– Łapcie go!

– Jak niby mamy go złapać? Jest szybki jak sam diabeł.

Dialogi gości świadczyły o tym, że musieli postradać zmysły, skoro porównywali małego chłopca do władcy piekieł.

– To nieprawdopodobne – wykrztusiła Amanda z grymasem bólu na ustach, zaraz po tym, jak przewróciła się na trawę na skutek nagłej utraty przytomności.

Chwilę wcześniej sprytny Logan w niewytłumaczalny sposób podzielił swoje ciało na dwie równe części, co pozwoliło mu bez przeszkód ominąć matkę. Można przypuszczać, że wykwintne drinki, które serwowała nie tylko gościom, ale również sobie, negatywnie wpłynęły na trzeźwość jej umysłu.

W ciągu kilkunastu kolejnych sekund malec dotarł do upragnionego celu.

– To moi przyjaciele – przedstawił sąsiadom nowych kumpli, wskazując palcem na zaśmierdłe truchła.

Człowiecze sylwetki krążące dotychczas bezradnie po ogrodzie przeistoczyły się w tęgie słupy drewna.

– Przyjaciele? – powtórzyła za Loganem jedna z panien, mokra od potu i upaćkana trawą wymieszaną z czarną ziemią.

– Przyprowadziłem ich tu – odparł niecierpliwie i zatupał nerwowo nogą.

– Przyprowadziłeś? Chyba przyniosłeś?

– Właśnie to chciałem powiedzieć. Przyniosłem ich tu, bo pomyślałem, że nie mają własnego domu. Znalazłem im dom – zniżył głos do szeptu, jakby obawiając się reakcji sąsiadów.

– Przyniosłeś do domu martwe zwierzęta?

– Tak było. Nie zabiłem ich. Były już martwe i bezdomne.

Nie zapomniał o podstawowych zasadach składania fałszywych zeznań. Jego młody wiek szedł w parze z wyrafinowanym krętactwem.

– Pytam się: po co?! – zatrajkotała matka drżąca z emocji. Miała dość futrzanych (to zbyt pochlebny opis wobec rozkładających się ssaków) współlokatorów, mimo że odkryła ich obecność na posesji dopiero kilka minut temu.

– Nie krzycz na naszego syna, proszę – bąknął James, a następnie zajrzał w oczy Logana i odnalazł w nich paraliż. – Jest jeszcze młody – zauważył trafnie, a pozostali świadkowie przesłuchania przyznali mu rację. – Każdy z nas popełniał głupstwa, szczególnie kiedy nie odrósł od ziemi. Swojego czasu uzbierałem dużą kolekcję skrzynek na listy. Ojciec zlał mnie pasem, kiedy sąsiedzi przyszli na skargę.

– Nie usprawiedliwiaj go, bo... – powiedziała zjadliwie Amanda, ale urwała w połowie zdania. Choć wezbrana w niej złość brała górę nad aktorskim talentem, ze względu na przybyłych gości zdołała powstrzymać się od wszczęcia rodzinnej kłótni.

– Nie mam zamiaru. – James położył dłoń na ramieniu syna. – Kara cię nie ominie, Loganie. Musisz wiedzieć, że nie należy znosić martwych zwierząt do domu.

Gdyby James wiedział, co tak naprawdę stało się parę dni temu, wymierzyłby synowi surowszą karę. Tymczasem, wspólnie z Amandą, wynieśli z pokoju chłopca telewizor oraz wszystkie namiętnie przeglądane przez niego komiksy. Matka postulowała również, aby pozbawić Logana ulubionych zabawek.

– Nie znajdziemy w domu wystarczająco miejsca, by je ukryć – zaznaczył James, próbując upchnąć telewizor w garażu, gdzie na co dzień stał kultowy Ford Mustang Mach 1. Blue senior od kilku lat pracował nad jego renowacją, mając nadzieję, że przywrócenie samochodowi dawnej świetności okaże się mniej skomplikowane, niż się spodziewał.

Oboje westchnęli głęboko i wrócili do gości, czując w gardłach dokuczliwą gorycz. Nie zdawali sobie sprawy, że wymierzyli chłopcu najsurowszą z możliwych kar – zabranie spod krzaków zwłok szopów sprawiło mu znacznie większe cierpienie niż utrata telewizora.

Rozdział 3

Głowa nadziana na pal

– Dzień dobry, pani Allen – powiedział Logan z nieskazitelną uprzejmością, udając zabawę z wyimaginowanym przyjacielem. W jego dłoni błyszczała cienka szabla.

– Witaj, Loganie – odpowiedziała starsza pani, taszcząc siatki z zakupami. Położyła je przy drzwiach domu i zaczęła szperać w kieszeni kurtki w poszukiwaniu kluczy. – Nie za chłodno na zabawę przed domem? – spytała niemrawo, a jej oczy biegały w umiarkowanej panice po obu kieszeniach okrycia wierzchniego, bo nie mogła odnaleźć zguby.

Pogoda nie była już tak łaskawa jak kilka miesięcy temu. Ciepłolubna staruszka bez przerwy narzekała na jesienne, zimne powietrze.

– Bardzo lubię taką pogodę – powiedział z zapałem chłopiec.

– Naprawdę? – zapytała podejrzliwie, a jej suche wargi rozchyliły się w upozorowanym uśmiechu. – Niech ta jesień szybciej mija – dopowiedziała po chwili, czując niezręczność sytuacji.

– Pani klucze – powiedział Logan.

– Moje klucze? – wyjąkała pani Allen, wpatrując się w chłopca z dziwnym wyrazem twarzy.

– Szuka pani kluczy do domu.

– Ano szukam – odparła zmieszana, a w jej zmęczonych oczach zabłysnął niepokój.

– Nie powinna się pani o nie martwić. Na pewno są w pani kieszeni. Prawej – oznajmił malec z przekonaniem.

Kobieta mimowolnie zanurzyła pomarszczoną dłoń w miejsce wskazane przez Logana. Klucze pojawiły się w jej uścisku jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

– Ciemno i chłodno – żaliła się sama sobie, wsuwając klucz do zamka.

– Lubię się bawić, gdy jest mgła – wtrącił Logan, a jego dziecięca twarz przybrała wyraz szatańskiej złośliwości.

– Jeszcze mgły nam brakuje.

– Może nadejdzie.

– Obym już dawno smacznie spała.

Pani Allen zasypiała bezproblemowo każdego leniwego wieczoru, ale nie wyglądała wtedy szczególnie atrakcyjnie, przynajmniej nie na tyle, aby wzbudzić choć odrobinę zainteresowania Logana, którego okno wychodziło wprost na jej sypialnię. Wśród sąsiadów uchodziła za zadbaną kobietę, darzącą szczerymi uczuciami przedpotopową biżuterię i kwieciste suknie. Młody chłopiec z sąsiedniego domu kilkukrotnie bywał u niej gościem. Dlaczego więc pani Allen rzucała na Logana nerwowe spojrzenia, gdy przekraczała próg własnego domu, jakby obawiając się jego przypadkowego wtargnięcia na jej posesję? Powinniśmy to szczegółowo wyjaśnić.

Rok temu staruszka zaprosiła państwa Blue na wieczorną kolację. Goście byli wniebowzięci kulinarnymi zdolnościami przemiłej gospodyni, lecz jak się okazało, to nie pieczony indyk skradł serce młodemu małżeństwu.

– Jaki śliczny piesek – rozległ się piskliwy głosik Amandy, kiedy tylko stanęła w korytarzu, a czworonożny zwierzak rasy Cavalier King Charles Spaniel rzucił się na jej łydkę. Była tak zaabsorbowana przywitaniem się z psem, że zapomniała powiedzieć na wstępie choćby „dobry wieczór”.

– Wabi się Bruno. – Pani Allen przekazała im arcyważną informację.

Przed sekundą wyłoniła się z kuchni, z której ulatywały błogie zapachy suszonej papryki i czosnku, czyli bezkompromisowych przypraw mogących uczynić danie godne szefa kuchni nawet z przeleżałego mięsa. Wycelowała w stronę gości perswazyjny uśmiech, który miał na celu utorowanie łatwej drogi do pochwalnego zaopiniowania jej kucharskich popisów.

– Rozgośćcie się. Niedługo podam do stołu – napomknęła o głównej atrakcji wieczoru.

Amanda popatrzyła na nią z pełną obojętnością, zapominając, czym są głód i dobre maniery. Nie oglądając się na nikogo, wzięła psa na ręce, przytuliła go i spróbowała nawet dać mu całusa.

– Jest słodki, prawda? Słodki... słodziutki... – mówiła sama do siebie, sprawiając wrażenie obłąkanej.

James nie był świadom niepoczytalności własnej żony. Raczył więc odpowiedzieć posępnie:

– Bardzo.

– Słucham? Mówiłeś coś? – zaszczebiotała.

– Zapytałaś, czy jest słodki. Odpowiadam, Amando: tak, jest słodki.

– Jest cudowny!

– Może potrzebujesz kolejnego malca.

– TAK! Potrzebuję takiego słodkiego pieska!

– Miałem na myśli dziecko.

Amanda przeleciała szorstkim wzrokiem pierworodnego syna stojącego w przedpokoju jak wbita w oliwkę wykałaczka. Logan z kolei wpatrywał się w czworonożnego pupila staruszki i za moment zakrztusił się niespodziewanym szlochem spowodowanym zazdrością o miłość, jaką Amanda okazywała Brunowi. W głowie słyszał ponure głosy powtarzające: „Bruno, Bruno...”.

– Nie, dziękuję, James – oznajmiła lakonicznie i odstawiła psa na podłogę.

Kolacja przygotowana przez panią Allen była doprawdy wyśmienita.

– Smakowało? – zapytała gospodyni.

Reakcja gości na zadane przez nią pytanie była czystą formalnością.

– Nigdy nie jadłam lepszego indyka – pochwaliła Amanda. Mówiła szczerze, ponieważ nienaganna mieszanka przypraw wraz z fachowymi umiejętnościami sąsiadki przy obsłudze piekarnika doprowadziły ją do smakowego orgazmu.

– To było fenomenalne – wtrącił James z porażającą wręcz uprzejmością.

– Cieszę się... – zaczęła staruszka, lecz Amanda weszła jej w słowo.

– Logan...

Nastała cisza, pośród której dało się słyszeć wyłącznie tykanie zegara ściennego.

– Logan... – powtórzyła Amanda, lecz jej słowa nie przynosiły żadnego skutku.

Malec siedział sztywno na krześle niczym jedna z ponurych muzealnych zabawek Eda i Lorraine Warrenów.

– Loganie. – Matka chłopca wypowiedziała jego imię bardzo precyzyjnie, a wtedy ten ocknął się gwałtownie, skulił brodę i popatrzył skonsternowany na psa, który zaparł się przednimi łapami na jego kolanach. – Nie bój się – powiedziała, patrząc błagalnie na syna. – Ten piesek nie zrobi ci krzywdy. Pewnie czeka na resztki z obiadu. Ma ochotę na indyka, którego nie dokończyłeś.

Niewątpliwie malec żywił obawy nie tylko wobec istot żywych, ale również braku konkretnego działania i bagatelizowania każdego z pozoru błahego zdarzenia.

– Czy coś mi zrobi? Na pewno coś zrobi. On przecież żyje – wydusił z siebie Logan płaczliwym tonem rozkapryszonego chłopca.

– Nie – zaprzeczyła matula, choć jej reakcja miała się nijak do prawdy logicznej.

– Chciałbym, żeby coś zrobił. Chciałbym, żeby mnie chociaż polubił – wyjaśnił, wyciągając rękę i dotykając palcem wskazującym nosa Bruna. Żyłka na jego skroni pulsowała jednostajnie.

– Masz to jak w banku! Już to zrobił. Polubił cię, Loganie. Gdyby tak nie było, nie przyszedłby do ciebie.

– A czy polubił mnie tak bardzo, że zechce ze mną zostać?

– Zostanie z panią Allen, która jest jego właścicielką. Tu jest jego dom.

Logan zmarszczył czoło.

– A czy będzie mnie pamiętać?

– Oczywiście. Psy mają bardzo dobry węch.

Jednak Logan nie ufał obietnicom matki. Przyrzekła mu już wiele i nigdy nie dotrzymała słowa. Wszystko w niej było puste, a jej wewnętrzna próżnia nie miała końca.

– Kolacja dobiegła końca – oświadczył James, który uchodzi w naszej opowieści za niezwykle spostrzegawczego człowieka.

– Na nas czas. Dziękujemy za miłą gościnę – dopowiedziała Amanda, patrząc z niedowierzaniem na stertę talerzy i półmisków, z których zniknęło całe przygotowane przez gospodynię pożywienie.

Gdy stali w korytarzu, James dyskretnie chwycił żonę za ramię i szepnął jej do ucha:

– Nie uważasz, że Logan czuje się trochę samotny? Może powinniśmy postarać się o drugie dziecko.

Nagły skurcz zeszpecił fizys Amandy.

– Zgodzę się na to tylko wtedy, gdy to ty będziesz wypychał kolejnego małego potwora ze swojego kanału rodnego – warknęła kącikiem ust. Zrobiła to na tyle subtelnie, że nikt prócz właściwego adresata jej słów nie mógł usłyszeć tego, co ma do powiedzenia w temacie rodzicielstwa.

* * *

Odkąd Logan po raz pierwszy ujrzał psa o imieniu Bruno, jego świat wywrócił się do góry nogami.

– Dlaczego Bruno chodzi na czterech nogach? – spytał matkę, zaskakując ją tym niedorzecznym pytaniem.

– Pies chodzi na łapach – odpowiedziała oschle, nie przejmując się synowskim dociekaniem. Była zbyt zajęta własnymi zmartwieniami, do których należało zmywanie naczyń, odkurzanie dywanów, prasowanie koszul i oglądanie wieczornych reality show.

– Dlaczego Bruno chodzi na czterech łapach? – ponowił pytanie, tym razem z wyraźnym rozdrażnieniem.

– Bo nie umie inaczej.

– Dlaczego nie? Przecież ja umiem chodzić na dwóch nogach.

– To... to... słuchaj, Logan. Jeśli masz jakieś durnowate pytania, zawsze kieruj je do Boga, a mnie zostaw w świętym spokoju – zakpiła, chcąc zbyć syna i jego niezrozumiałe analizy, a potem roześmiała się bardzo nienaturalnie.

Korzystając z drogocennych rad matki, Logan próbował zasięgać języka każdego wieczoru tuż przed snem. Klękał wówczas nieopodal łóżka, czyniąc z kremowego dywanika kojącą podpórkę dla kolan. Wtedy to zwykle na ścianach jego pokoju trzepotały topniejące refleksy od lampki nocnej, a powietrze stawało się suche i gryzące. Coraz bardziej denerwowała go ta grobowa cisza.

* * *

Logan zmuszony był odwiedzać panią Allen jeszcze kilkukrotnie. Wystarczyło, że w kinie pojawił się wysokobudżetowy film dla dorosłych.

– Idziemy do kina – obwieściła matka wyszykowana jak na własny ślub.

– Świetnie! – krzyknął entuzjastycznie Logan. Dotychczas siedział znudzony w swoim pokoju, przeglądając kolorowe komiksy. Perspektywa opuszczenia domu, zwłaszcza na seans filmowy, wydawała mu się wygraną na loterii.

Amanda łypnęła na niego ze wzgardą.

– Idziemy sami, bez ciebie – odrzekła zwięźle. Widząc dziesiątki komiksów i zabawek porozrzucanych na podłodze, uczyniła bezradny gest. – Powinieneś pilnować porządku. Jak możesz żyć w takim bałaganie?

– Posprzątam. Zabierz mnie tylko do kina, proszę.

Śniadą twarz Amandy skwasiła niewytłumaczalna złość.

– To film dla dorosłych – oznajmiła, a jej ochrypły głos brzmiał tak, jakby przeciskał się przez szorstki materiał.

– Więc zabierzesz mnie do kina, gdy będę już dorosły? Kiedy to nastąpi?

– Nie mam czasu, by tłumaczyć ci takie oczywistości. Ojciec czeka na dole. Seans zaczyna się za czterdzieści minut, a ja muszę zaprowadzić cię do pani Allen.

Nie minęła chwila, a uprowadzony wbrew własnej woli chłopiec z wielkim grymasem niezadowolenia sterczał z matką pod drzwiami sąsiadki.

– Dobry wieczór – powitała ich słodkim tonem staruszka.

– Dobry wieczór. – Amanda próbowała wydobyć z siebie równie sympatyczny ton. – Mąż czeka w samochodzie. Bardzo się śpieszymy. Dziękuję, że zgodziła się pani zaopiekować Loganem. Wrócimy najszybciej, jak to możliwe, czyli za jakieś dwie godziny.

Dom staruszki napawał młodego Blue’a grozą. Było to co najmniej dziwne, ponieważ schludne domostwo pani Allen, wypełnione meblami z ciemnego, politurowanego drewna, krągłymi talerzykami oraz filiżankami przyozdobionymi w kwiatki, zdawało się chatą z czarującej baśni.

– Interesują cię dziewczyny? – nagabnęła go żartobliwie starsza pani, chcąc przełamać napiętą atmosferę, jaka towarzyszyła im przez większość wieczoru. – Masz jakąś na oku? Opowiedz mi o niej.

Logan miał problem z właściwą interpretacją pytania.

– Koleżankę w szkole? – dorzuciła pani Allen, próbując rozjaśnić chłopcu poprzednie ogólnikowe zdania. Sprawnie czytała w myślach chłopca, lecz ku swojemu przerażeniu odkryła w otchłani jego duszy utajnioną pustkę, w której zwykle usytuowane są uczucia.

– Nie – odezwał się beznamiętnie Logan.

– Nie? – powtórzyła za nim. – Więc pewnie bawisz się z kolegami?

Blue zaprzeczył ruchem głowy.

– A więc z kim się bawisz, chłopcze?

– Z nikim.

– Bawisz się sam?

– Yhy.

– Ach tak – sapnęła pani Allen, drapiąc się bezwiednie po policzku. Za moment sięgnęła pamięcią do zamierzchłych czasów. – Kiedy byłam w twoim wieku, bawiłam się na okrągło. Bywało, że cały dzień nie wracałam do domu, ponieważ wraz z innymi dziećmi z okolicy graliśmy w klasy lub gumę. Często także w siatkówkę lub zbijaka. Pamiętam, że moja mama wołała mnie na kolację, a mi nie było wcale śpieszno. Udawałam wtedy, że jej nie słyszę...

– Chciałbym się bawić. – Logan wszedł jej w słowo. Opowieść sąsiadki nie zrobiła na nim żadnego wrażenia, mało tego, wyglądał na bardzo znudzonego.

– Co stoi na przeszkodzie? – Pani Allen się zmieszała, a jej oczy patrzyły na Logana z miękką czułością.

– Chciałbym się bawić, lecz nie mam z kim.

– W szkole masz pełno rówieśników...

– Nie lubię ich.

– Dlaczego? – zdumiała się staruszka, w tej samej chwili oblewając się pąsem.

– Oni są dziwni. Poza tym wolę pieski – wyjaśnił Logan.

Zapadła krępująca cisza. W ciągu kilku kolejnych sekund ciężkie powietrze w salonie zaczęło doskwierać płucom staruszki. W jej źrenicach na próżno można było szukać dobrotliwości, którą dotychczas darzyła młodego sąsiada.

– Możesz bawić się z pieskami – powiedziała niepewnym głosem, przerywając milczenie. Uciążliwy supeł w jej piersi nieco się rozluźnił.

– Nie wpuszczają zwierząt do szkoły.

– Nie...

– Za to mogę pogłaskać Bruna.

– Nie... – sprzeciwiła się pani Allen.

– Dlaczego nie?

– Bruno śpi – skłamała, a resztki rumieńca spełzły z jej twarzy.

– Nieprawda! Słyszę, jak chodzi po górnym piętrze. Pewnie chce się ze mną bawić. Z panią nie może tego robić, bo jest pani na to za stara.

Wtem zadzwonił dzwonek do drzwi.

– Twoi rodzice...

– Otworzę im – wymamrotał Logan i ruszył ku drzwiom, stawiając niemiłosiernie głośne kroki.

Było to szokujące, gdyż nikt nigdy wcześniej nie mógł być świadkiem zdarzenia, w którym młody chłopiec ważący niespełna siedemdziesiąt funtów potrafił wprawić w ruch podłogową posadzkę.

– Dobrze się bawiłeś bez nas, Loganie? – spytała Amanda, trzymając pod pachą karton z resztkami popcornu. Sądziła, że jej syn zje ze smakiem na kolację zimną przekąskę z prażonej kukurydzy.

* * *

Początkowo powody, dla których staruszka nie pozwalała swojemu psiakowi przebywać w towarzystwie Logana, były nieznane, również dla niej samej. Może przeczuwała nadchodzące nieszczęście?

– Co za tragedia – żaliła się pani Allen.

Chwilę wcześniej zapukała nieporadnie do drzwi państwa Blue. Nie czekała na zaproszenie. Bez wahania pociągnęła za klamkę i weszła do przedpokoju, z trudem łapiąc oddech.

– Co się stało? – spytał James zniesmaczony hałasem, jaki niosła ze sobą staruszka. Mieszkanie na spokojnej dzielnicy wiąże się z ryzykiem notorycznego zapominania o przekręcaniu zamka w drzwiach, a co za tym idzie, niespodziewanych wizyt sąsiadów.

– Nie jadłam śniadania ani nie piłam kawy. Proszę mi wybaczyć, ale nie mam sił. – Pani Allen z trudnością „łykała” powietrze. – Mój piesek, mój piesek – majaczyła. – Mój piesek zaginął.

– Na pewno nic mu nie jest. Znajdzie się, gdy zgłodnieje – próbował pocieszyć ją James. – Proszę się uspokoić i usiąść na kanapie – zaproponował, po czym pomógł sąsiadce zająć miejsce na wygodnym siedzisku.

– Koniec świata! – zachlipała, zapadając się na sofie. – Mamy taką brzydką pogodę. Jest szaro, deszczowo, chłodno. Mój Bruno nie jest przyzwyczajony do takich warunków.

– Co się dokładnie stało? W jaki sposób uciekł? – przerwał jej James. Był gotów pomóc w szlachetnej sprawie.

– Mam w głowie tyle złych myśli. Przeczucia najgorszego. Nie wiem, od czego zacząć.

– Niech pani zacznie od początku.

– Och, jak już mówiłam, mój biedny Bruno zniknął – powiedziała omdlewającym tonem. – Zawołałam go zaraz po przebudzeniu, nad ranem, o świcie. Zawsze przybiegał do mnie i prosił, bym go wypuściła na ogródek. Potem, gdy wracał z porannego spaceru, był przyzwyczajony jeść śniadanie.

James odchrząknął znacząco, obawiając się, że pani Allen gotowa była przedstawić mu w rozwlekłej opowieści szczegółowy harmonogram dnia Bruna. Widział w jej oczach złowróżbną mgłę odpowiadającą za tymczasowe przyćmienie jej zatraconego w tęsknocie umysłu.

– Pani Allen? – zaczepił ją, chcąc upewnić się, że jego rozmówczyni jest obecna nie tylko ciałem, ale i duchem.

Kobiecina spojrzała na niego przez łzy.

– Czy Bruno już kiedyś pani uciekł? – zapytał James.

Staruszka westchnęła żałośnie.

– Cóż, parę razy mu się zdarzyło zerwać ze smyczy i pobiec za jakimś ptakiem lub gryzoniem. Najgorzej wpływają na niego norniki. Nie umie się opanować, gdy są w pobliżu. To nic dziwnego, bo Cavalier King Charles Spaniel, choć niewielki i zazwyczaj łagodny, ma instynkty łowieckie odziedziczone po przodkach. Te psy były kiedyś używane do polowań na małe zwierzęta. Bruno zawsze jednak wracał szybko...

– Tak, tak, rozumiem – rzekł znudzony James.

– Logan jest w domu? – wypaliła niespodziewanie staruszka, rozglądając się nerwowo po salonie.

– Tak, bawi się w pokoju.

– To dobrze. Nie chcę, żeby usłyszał o zaginięciu Bruna. Pewnie by się zmartwił. Bardzo go lubił, sam pan wie. Chciał się z nim zaprzyjaźnić, a ja zawsze go przed tym powstrzymywałam – zaszlochała cierpko, pociągając nosem. – Nie pozwalałam mu zbliżać się do Bruna. Bałam się, że nieumyślnie zrobi mu krzywdę. Logan jest jeszcze dzieckiem, a z dziećmi różnie... – Nie zdążyła wypowiedzieć zdania w całości, ponieważ mimowolnie ryknęła donośnym płaczem.

– Niech mnie pani posłucha – wyszeptał z naciskiem Blue. – Zaprowadzę panią do domu, a potem przedzwonię do kilku sąsiadów i rozpoczniemy poszukiwania.

– Naprawdę pan to zrobi? – zapytała z niedowierzaniem, a wtedy w jej oczach pojawiły się iskierki nadziei.

– Nim zrobi się ciemno, Bruno wróci do domu. Obiecuję. Będziemy szukać aż do skutku, choćbyśmy mieli przemoknąć do suchej nitki.

James nie chciał dodawać, że wróci z Brunem na rękach, choćby miał dźwigać jego zwłoki przeżarte przez dzikie zwierzęta. Taki scenariusz był bardzo prawdopodobny, szczególnie że okoliczne tereny były oblegane przez gang rozszalałych hien grasujących w śmietnikach na tyłach domów.

– Muszę coś panu powiedzieć, panie Blue – zaszlochała na pożegnanie sąsiadka. – Gdy wprowadzaliście się do sąsiedztwa, miałam pewne obawy. Nie przepadałam za małymi dziećmi. Sama ich nigdy nie posiadałam, więc może dopadła mnie zwykła zazdrość. Jednak przez tych parę lat zmieniłam zdanie i mogę powiedzieć, że Logan jest wspaniałym dzieckiem. Polubiłam go... a myślałam, że już nigdy nie obdarzę takim uczuciem żadnego malca.

Gdy pani Allen wspomina feralny dzień, w którym zaginął jej najukochańszy pies, żałuje, że nie odgryzła sobie języka, zanim nie wychwaliła młodego chłopca z sąsiedztwa. Dlaczego? Sprawa wydaje się prosta.

Po opuszczeniu posiadłości państwa Blue zatroskana staruszka spojrzała w górę, wzdychając do chmur kłębiących się nad Elk Grove Village. Zdradliwe cienie sunące spod deszczowych kłębowisk nie wróżyły sielankowego poranka.

– Bruno, mam nadzieję, że znalazłeś kryjówkę przed deszczem. Przecież ty nie znosisz mieć mokrej sierści – przemówiła rozedrganym głosem, a później spuściła głowę w dół i całkowicie przypadkowo ujrzała w rozległej kałuży straszliwe odbicie oderwanej od tułowia głowy Bruna wbitej na drewniany pal.

Zemdlała – jej ciało upadło bezwiednie na mokry chodnik niczym szmaciana laleczka porzucona przez znudzoną właścicielkę.

Co najdziwniejsze, Logan stał na baczność tuż obok kołka zwieńczonego psim łbem. Czarne i lśniące oczy Bruna, jakby podebrane od pluszowego misia, były szeroko otwarte i zjawiskowo odbijałyby głębię palącego się z nieznanych nikomu przyczyn nieboskłonu.

– Od dzisiaj zawsze będzie pilnował naszego domu – zapewnił z podniesionym czołem chłopiec. – Bruno będzie żegnał mnie przed wyjściem do szkoły oraz witał, kiedy wrócę, jak prawdziwy przyjaciel.

Morderstwo psa popełnione przez Logana nie przeszło bez echa. Biedna pani Allen trafiła do szpitala, lecz fizycznie wyszła z tego bez szwanku. Jedynym urazem był głęboki uraz psychiczny.

Logan natomiast otrzymał surową i zasłużoną karę.

– Telewizja, zabawki, gry, słodycze. Niestety, Loganie, musisz się pożegnać ze wszystkimi tymi rzeczami, i to na długo – oznajmił stanowczo ojciec, próbując przemówić synowi do rozsądku i uświadomić mu, że jego występek był naprawdę poważny.

Czy James uchodził za surowego opiekuna? W porównaniu z Amandą, która siała postrach i zniszczenie za każdym razem, gdy bieg wydarzeń układał się wbrew jej woli, był jedynie łagodną owieczką.

– Niedługo wróci twoja matka – burknął, stojąc w pokoju Logana. Zaraz po odjeździe karetki pogotowia wyrzucił pal i głowę Bruna do śmietnika, przykrywając je stertą podartych gazet. – Co jej powiesz? Jak to wyjaśnisz?

Chłopiec nie kwapił się do odpowiedzi.

– Musisz się jakoś z tego wytłumaczyć – drążył temat ojciec.

– Opowiem jej o przyjaźni – rzekł markotnie malec.

– O jakiej przyjaźni mówisz?

– O przyjaźni pomiędzy mną a Brunem.

– Bruno nie żyje. Zabiłeś go.

– Co z tego?

James pacnął się w czoło. Zważywszy na napływające do jego oczu łzy, był to ewidentnie nerwowy odruch.

Czy jego syn nie czuje lęku wobec śmierci? Czy za nic ma podział na istoty żywe i te, które odeszły z tego świata?

– Wiesz, co się stanie, gdy powiesz matce o zabiciu Bruna?

– Da mi karę – odrzekł z obojętnością Logan.

– Ja już to zrobiłem – przypomniał mu ojciec.

– Więc da karę również tobie.

– Tak – powiedział smętnie James. – Powinienem był cię pilnować. Kiedy twoja mama dowie się, że pod moją opieką włamałeś się do domu pani Allen i porwałeś jej psa, którego później udusiłeś i obciąłeś mu głowę ogrodowymi nożycami, będzie wściekła.

– Rozumiem twoje obawy, tato. Nie mówmy jej o tym, co zaszło. Nie chcę, żebyś miał przeze mnie problemy. Wymyślimy inny powód mojej kary. Pani Allen na pewno nie piśnie ani słówka. Ona jest w porządku.

Sześć zdań klarownie wypowiedzianych przez Logana wstrząsnęło potężnie Jamesem.

– Wyglądasz na spokojnego... i jesteś tak podobny do matki... choć tylko z wyglądu, bo... bo ona nigdy nie jest opanowana – rzekł z niebywałym trudem, gapiąc się na syna ze zgrozą. Widok zrelaksowanego mordercy psa, który dokonał zbrodni kilkadziesiąt minut temu, był obrazem poniekąd szokującym.

– Nie wiem, jak wygląda spokój – odparł malec, a wówczas mina zaczęła mu nieco rzednąć.

– A wiesz, jak wygląda dobro?

– Nie – wypalił Logan, czując, jak tajemnicze ciepło rozchodzi mu się mrowiem po płucach.

– To prawidłowa odpowiedź, synu – wyszeptał niespokojnie James, zaskakując tym samym Logana.

O pojęciu „dobra” mówi się przecież tak wiele, jak o żadnej innej abstrakcji, pozornie dosięgniętej przez ludzki umysł.

– A więc ty też nie wiesz, jak ono wygląda? – dociekał malec.

– Wiem, że potrafi przyjąć różne postacie – odrzekł James, a oczy Logana zatrzepotały rzęsami tak żywo, że w pokoju rozległ się niemalże szum ptasich skrzydeł. – Czasem chodzi na dwóch nogach, a niekiedy na czterech łapach. Często wyrasta prosto z ziemi lub unosi się nad twoją głową w formie ciemnej chmury, z której spada deszcz.

– Deszcz jest dobry? – Chłopiec był zszokowany. – Gdyby tak było, pozwoliłbyś mi wychodzić na dwór podczas ulewy.

– Loganie, deszcz to jeden z przykładów dobra. Gdyby nie on, cała roślinność umarłaby na twoich oczach – skwitował James, zbliżając się do syna i zanurzając zdrętwiałe palce w jego gęstych włosach.

– Masz rację. To przecież takie oczywiste – zakomunikował Logan, wcześniej chciwie łowiąc każde usłyszane słowo.

– Już teraz wiesz, synu, że dobrem jest wszystko to, co naprawdę pożyteczne... W imię tej pożyteczności powinniśmy trzymać język za zębami. Nie chcielibyśmy chyba, żeby twoja mama się zezłościła. To mogłoby zaszkodzić jej zdrowiu i naszemu małżeństwu.

Rozdział 4

Matka o okrutnym sercu

Parę lat później

Losy świata bywają często pełne ironii, przynajmniej z ludzkiego punktu widzenia. Wystarczy się rozejrzeć, by dostrzec wiele komicznych scen. Oglądając stand-up, możemy zalać się łzami od gorzkiej satyry. Ale czy coś, co stworzyło ziemię i wszechświat, również posiada poczucie humoru? Wydawać by się mogło, że to od tej istoty przejęliśmy naszą skłonność do żartów i śmiechu.

– Zostaw te świąteczne ozdoby! – zatrajkotała Amanda, matka do dna przepełniona frustracją. Trzy dni temu przyozdobiła świąteczną choinkę w połyskliwe bombki, lampki migoczące jaskrawą żółcią oraz sopelki lodu o nieregularnych kształtach, będące de facto słodkimi lizakami. – No już! Wyjdź mi stąd!

Tona śmieci, pozostawiona miesiąc temu na tyłach domu, czyli w ogrodzie, tkwiła tam do dziś okryta pulchną warstwą białego śniegu, spośród którego wyłaniały się drobne robactwa.

– Powiedziałam ci, żebyś w końcu pozbył się tych odpadów! – warknęła nienawistnie, a w jej oczach zapłonęły szaleńcze ogniki. Miała wszystkiego po dziurki w nosie.

Wkrótce potem wyrzuciła kolejny worek ze śmieciami do ogródka. Jeszcze kilka podobnych ruchów, a sterta domowych odpadów sięgnie dachu.

– WYNOCHA PO ŚMIETNIKI! NATYCHMIAST!

Młody Logan Blue stał w kuchni niemal nagi, ubrany jedynie w bokserki, i trząsł się z zimna. Buty i resztę ubrań dostawał tylko wtedy, gdy rano wychodził do szkoły.

– WON!

– Mamo – wydyszał Logan.

– Nie nazywaj mnie tak! – syknęła Amanda, trzaskając z gniewem drzwiczkami lodówki.

Przepatrywała ją w desperacji, szukając czegokolwiek, co mogłoby zaspokoić jej szaleńczy głód. Zapomniała jednak, że znajdzie tam wyłącznie jarzące się światło żarówki. Od chwili, gdy niespodziewanie zmarł jej mąż, nie miała odwagi wejść do sklepu spożywczego.

Logana ogarnęło poczucie beznadziejności, gdy pani Blue dokończyła swoją godną wzorowego rodzica myśl:

– Nie nazywaj mnie tak! Nawet się nie waż. Dopóki nie posprzątasz tych śmieci, nie jestem twoją matką! Przytargaj te głupie śmietniki i zapakuj do nich przegniłe worki. Wtedy może zmienię zdanie... A teraz wynoś się stąd, i to biegiem!

Perspektywa wyjścia na zewnątrz nie napawała go optymizmem, tym bardziej że za oknem szalała zamieć śnieżna.

– Przyniosę – obiecał zrezygnowany Logan, po czym grzecznie odmaszerował w stronę drzwi.

Nim zdążył dotrzeć do koszy, oberwał po buzi setkami rozpędzonych płatków lodu. Spróbował wymazać ze świadomości bolesne odczucia, na które składały się między innymi zmarznięte stopy i dłonie. Zatęsknił za cierpliwością ojca i matczyną miłością; wbrew przewidywaniom ta czarna melancholia pomogła mu przezwyciężać walkę z przeszywającym chłodem. Musnął pierwsze pudło. Nie mógł go chwycić, ponieważ całe było oblodzone, a co za tym idzie – śliskie.

– Co ty wyprawiasz?! – spytała scenicznym tonem pani Allen. Staruszka była przyzwyczajona do codziennego wyprowadzania Bruna, lecz odkąd jej ukochany pupilek został zamordowany, wychodziła na spacer jedynie z jego smyczą.

– Chcę przenieść kosze na tył domu i w końcu posprzątać zaśmiecony ogródek – wyjaśnił.

– Nago?

Logan nie zdobył się na odwagę, by opowiedzieć sąsiadce, co rzeczywiście dzieje się w jego domu. Poza tym, kto by mu uwierzył? Pani Allen? Obłąkana staruszka usiłująca za pomocą spirytualistycznych seansów przywrócić do życia psa?

– Ty naprawdę jesteś jakiś... jakiś... psychiczny – wydała wyrok przemądrzałym tonem, ściskając w dłoni smycz, której koniec zanurzał się w śniegu. Później szarpnęła nią mocno, pozorując próbę utrzymania wyfantazjowanego pupila blisko siebie. – Uspokój się, Bruno! Do nogi! Do nogi!

– Dobry wieczór, pani Allen. – Nagi chłopiec oraz starsza sąsiadka usłyszeli rozkoszny głos Amandy dolatujący z progu.

Pani Allen uprzejmie skinęła głową, podczas gdy Logan, nie mogąc znieść panującego na zewnątrz zimna, rzucił się biegiem w stronę domu.

– W taką pogodę radziłabym odpuścić spacery – rzekła pani Blue, wychylając się zza framugi.

– Cóż – sapnęła staruszka, krocząc z wolna ku Amandzie – to samo mogłabym powiedzieć pani synowi.

– Niedobrze z nim – odpowiedziała szybko matka Logana, a potem wstrzymała oddech, jakby chciała zahamować atak czkawki.

– To znaczy? – pociągnęła ją za język pani Allen.

– Po śmierci ojca zaczął się dziwnie zachowywać.

– Też coś – prychnęła sąsiadka. – Logan zachowywał się dziwnie, odkąd pamiętam.

– Nie chcę przepraszać po raz kolejny za...

– Za co chcesz mnie przepraszać?

– Za Bruna.

– Za Bruna? Bruno ma się świetnie. Właściwie to nie wiem, o co chodzi. No, kochana, muszę wracać do domu. Pogoda staje się coraz gorsza. Nie chciałabym, żeby mój piesek odmroził sobie łapki. – Odeszła, symulując próbę okiełznania psiego zaprzęgu. – Uspokój się, Bruno! Nie bądź taki wyrywny! – krzyknęła, stąpając uważnie po wydeptanej ścieżce.

– Pani Allen! – zaczepiła ją raz jeszcze Amanda.

– Słucham?

– Dziękuję, że zainteresowała się pani Loganem. Gdyby nie pani, być może zamarzłby na mrozie.

– Nie ma za co – odparła uradowana staruszka i wyszczerzyła kosztowną protezę. – Dzieci to nasz największy skarb.

Tym razem próba uśmiercenia młodego Logana spełzła na niczym. Ku strapieniu Amandy jej syn udał się wprost do swojego pokoju. Nie szukał szczęścia pośród krainy wiecznego mrozu, mimo że nagroda za zdobycie koszy na śmieci była bardzo kusząca. Ciekawe tylko, czy miłością niesfałszowaną można obdarzyć kogoś w ramach uznania za zasługi?

* * *

– Musimy spłacić wszystkie długi – żaliła się Amanda.

Z nastaniem kolejnego zimowego poranka otulającego domy na przedmieściach Chicago depresyjną szarością wręczyła synowi ubrania, które przetrzymywała przez noc w swojej sypialni.

– Spłacimy, mamo – odparł Logan, starając się pocieszyć rodzicielkę. Zasiadł przy kuchennym stole, nie tracąc nadziei na skromne śniadanie.

– Spłacimy?! Niby jak?! – fuknęła, wywracając oczami.

Musiała potajemnie o świcie wyjeść skryte wcześniej cytryny. Często chowała po kątach domu niedojedzone resztki tanich produktów zakupionych po przecenie przez Logana.

– Pomogę ci, mamo.

– Pomożesz?! Ty mi pomożesz? A to dobre – zagdakała, po czym parsknęła szaleńczym chichotem. – To samo mówił twój ojciec: „Zróbmy sobie dziecko, kochanie. Wychowamy je razem. Przecież wiesz, że nadaję się na ojca. I jeszcze będziemy mieć z tego zyski”. Żebyś tylko wiedział, o co mu wtedy chodziło, zmieniłbyś o nim zdanie. Ach... byłam naiwna i się zgodziłam. – Otaksowała chłopca z obrzydzeniem. – Twój ojciec oszukał mnie już dawno temu. A teraz się na nas wypiął.

Logan zamarł na kilkanaście sekund, łącząc skrupulatnie fakty.

– Tato nie żyje – zdołał odrzec.

– Jedno i to samo – powiedziała takim tonem, jakby to kończyło sprawę, a następnie położyła ręce na stół i zaczęła nerwowo bawić się dłońmi.

Kropelki smutku spływały po jej twarzy, teraz wyzbytej z damskich kosmetyków, witaminy D i innych ważnych dla ciała witamin. Drogie pudełeczka z pudrem i kolorowymi cieniami zastąpiła obierkami z przeterminowanego ogórka.

– Będziesz taki sam, Loganie – kontynuowała, a jej zbolałe spojrzenie zawisło na chłopcu. – Złożysz obietnicę, przysięgę, a potem nie dotrzymasz słowa... i zranisz. Zranisz mocno.

* * *

Pewnej zimowej nocy Logana obudził donośny huk.

– Wstawaj! – wydarła się matka, niespodziewanie włączając światło. Rzuciła na łóżko długi, cienki materiał. – Będziemy wieszać zasłony.

Logana już nic nie mogło zdziwić. Tułał się po chłodnym domu w samej bieliźnie, jadał raz dziennie w szkole i pił wodę z kranu, tworząc prowizoryczny kubek z własnych dłoni, gdyż matka zabraniała mu pić wodę ze szklanki. Nocne rozwieszanie zasłon nie odbiegało zanadto od norm, z jakimi przyszło mu dotąd żyć i dorastać.

– No już, leniu! Wstawaj i pomóż mi! Wszystko muszę robić sama! Obowiązki twojego ojca spadają teraz na ciebie.

Logan wypełznął niechętnie z łóżka, jedynego miejsca, którego jak dotąd tyrania matki nie dosięgała.

– Muszę przyszykować cię na dorosłe życie, w które niebawem wkroczysz. Nie masz ojca. Musisz być silny. Dobra, koniec tej pogawędki. Wejdź na parapet! – rozkazała, pokazując palcem serdecznym na kilkunastocalową deseczkę umocowaną pod oknem.

– Ten parapet może mnie nie utrzymać. Czy... czy mogę przynieść drabinę? – zapytał niepewnie Logan, mimowolnie poddając się naciskom matki i zmierzając do cienkiego podokiennika. – Nie chcę spaść – burknął bardziej do siebie niż do niej. – To nie jest takie proste.

– To jest bardzo proste, Loganie. I nie potrzebujesz do tego drabiny. Wejdziesz na parapet, a ja podam ci zasłony, które potem zawiesisz nad oknem – poinstruowała syna, tocząc wewnętrzną bitwę. Rozmyślała tak intensywnie, że poruszały jej się włosy na głowie.

– Nie chcę... ja nie chcę... mamo – sprzeciwiał się młody Blue, wyczuwając, że zdarzy się coś okropnego. Nie mógł zrozumieć, dlaczego matka stercząca mu nad głową wywołuje w nim taką zgrozę.

Często w samotności wzdychał za bajecznym okresem życia, gdy władał nie tylko swoim losem, ale również biegiem krwi krążącej w żyłach ofiar. Od pewnego czasu sam był pokrzywdzonym bytem ziemskim, jedynie źdźbłem trawy popychanym przez rozkapryszony wiatr lub muszelką pośród licznych muszelkowych braci i sióstr skazanych przez wszechświat na wieczny spoczynek w głębinach oceanów.

– Nie gadaj tyle! Zabieraj się do roboty! – zakomenderowała Amanda, po czym objęła syna pod pachami i uniosła. – Teraz czekaj, aż podam ci zasłony – wymamrotała z kamienną twarzą i udała się do łóżka, gdzie zostawiła materiał.

Jej flegmatyczne ruchy składania zasłony na kilka części dekonspirowały nieuczciwe intencje. Opracowywała alibi na wypadek nieszczęśliwego incydentu, zapomniawszy, że miejscem jej teraźniejszego zamieszkania jest dwupiętrowy dom „z kartonu”, a nie wysoka wieża o betonowej konstrukcji.

– Ha! Idę! – zapowiedziała, z trudem dusząc maniakalny rechot.

Była pewna swego. Rozłożyła ramiona, jakby chciała zawisnąć na wyimaginowanym przez siebie krzyżu, konstrukcji złożonej z desek zebranych przez całe bolesne życie. Przedwczesna śmierć męża oraz natrętna myśl o skonaniu niechcianego syna były jedynie drzazgami pośród licznych drewien w olbrzymim tartaku. W dłoniach przytrzymywała dwa końce zasłony; ta kompozycja stanowiła niejako tarczę.

– Nie przepraszam! – zawołała niczym stara, krzykliwa sowa, a w następnej chwili rzuciła się na syna, by wypchnąć go z okna.

Dysponowała nadludzką wręcz siłą, ponieważ jej pchnięcie spowodowało, że Logan przebił się przez szklaną taflę szyby i wypadł z okna jak kamień wystrzelony z procy.

* * *

Każdy nieszczęśliwy wypadek można wytłumaczyć w najmniej rozumny sposób.

– Bawił się – wyjaśniła Amanda, obsesyjnie obgryzając paznokcie, które przypominały teraz papier ścierny. Zamierzała użyć ich na plecach syna zaraz po tym, jak opuści szpitalną salę. Nie przypuszczała, że uśmiercenie drugiego człowieka może być tak skomplikowane, zwłaszcza jeśli chciało się zachować pozory humanitarności.

– Bawił się? – zapytała z powątpiewaniem pielęgniarka. Kilka minut temu skończyła zszywać Loganowi tylną część głowy. – W środku nocy? Skacząc po parapecie?

– On od zawsze był dziwny – odpowiedziała chłodno matka, kładąc szczególny nacisk na ostatnie słowo. Nadal nie mogła przełknąć smaku niepowodzenia.

– A co z panią? – spytała pielęgniarka. – Wszystko w porządku?

– Och, tak. Czuję się świetnie – skłamała. – Co z moim najukochańszym syneczkiem? Rozumiem, że będzie żył...

– Będzie. Uraz głowy okazał się nieznaczny.

– Och, doprawdy? To... to świetna wiadomość – rzekła ze skwaszonym grymasem twarzy pani Blue, a pielęgniarka nabrała pewnych podejrzeń.

* * *

– Powinieneś był umrzeć. Dlaczego nie umarłeś, Loganie? – narzekała pani Blue, siedząc z synem w taksówce. – Pokażę ci te zdjęcia – dodała, sięgając do koperty otrzymanej przez doktora wyspecjalizowanego w oględzinach ludzkiej czaszki. – „Lekkie wstrząśnienie mózgu” – wyrecytowała niczym najnudniejszy wierszyk, którego musiała nauczyć się na pamięć w dzieciństwie. – Gdzie jest karta twojego zgonu?

Jeśli myślicie, że Amanda Blue zrezygnowała z prób uśmiercenia syna, jesteście w błędzie. Jeszcze tej samej nocy spróbowała go poddusić pierzastą poduszką. Nie miała jednak na tyle odwagi, by dokończyć dzieła. Być może przerażające charczenie, jakie wydobywał z siebie chłopiec, zniechęciło ją do kontynuowania tej syzyfowej pracy. Okazało się, że Logan wytrzymał czternaście minut na bezdechu.

Amanda nie umiała również obchodzić się z nożem. Często przynosiła mężowi wstyd podczas uroczystego krojenia tortu. Była przekonana, że użycie tego narzędzia do zabójstwa skończyłoby się fatalnie, więc z góry zaniechała pomysłu uśmiercenia Logana kilkoma przypadkowymi pchnięciami. Pomyślała, że niestarannie uciętą stopę bądź pochlastane ucho będzie trudno wytłumaczyć przed lekarzem i pielęgniarkami.

* * *

Niekiedy najlepsze pomysły wpadają nam do głowy w najmniej spodziewanym momencie, na przykład tuż przed północą. Tak było z panią Blue – doznała niezaprzeczalnego oświecenia, gdy spowijająca Elk Grove Village mgła przykryła górujący nad rejonem księżyc.

– Jesteś gotowy? – dociekała głosem pełnym szyderczej uciechy. Wparowała bez uprzedzenia do sypialni Logana, trzymając w dłoniach podejrzane opakowanie z niebieskimi tabletkami.

– Na co?

– Na śmierć, mój synu – odparła jak gdyby nigdy nic, ściskając energicznie pasek od szlafroka.

Zawiodła oczekiwania Logana, który miał nadzieję na ciepłą kolację.

– Myślałem, że umiera się na starość – podzielił się z matką swoim przekonaniem. Skąd miał wiedzieć, że ani w miłości, ani w śmierci wiek nie odgrywa pierwszorzędnej roli.

– Myślisz, że jest mi za wcześnie na śmierć? Z całą pewnością uważam, że jest mi za późno na życie – powiedziawszy to, zbliżyła się do syna i powolnym ruchem ramienia objęła go czule. Tym razem był to szczery dotyk tlącej się jeszcze matczynej miłości.

– Mamo, czy to znaczy, że chcesz umrzeć? – wyszeptał Logan.

– Bez wątpienia – zripostowała szybko, zanim zdołała ugryźć się w język. Czy miała jakieś wątpliwości?

– Ale co wtedy, gdy ja nie chcę...

– Nie masz wyjścia – przerwała mu, zatykając kościstą dłonią jego buzię, żeby nie mógł dokończyć zdania.

Mimo zakneblowanych ust Logan zdołał zapytać:

– Dlaczego?

– A dlatego, mój synu, że nie mogę umrzeć bez ciebie. Tkwimy w tym razem. Nie wypada inaczej – wyjaśniła pokrótce, ale urwała i jęknęła. W kolejnej chwili zaczęła obracać w szczudlastych palcach tekturowe pudełeczko z tabletkami.

Chłopięce wargi na nowo doświadczyły wolności. Na jak długo?

– Umrę z tobą, jeśli ty zrobisz to pierwsza. – Logan wszczął licytację o własne życie. Gra była warta świeczki.

– Ani mi się śni! – syknęła i wyjęła tabletki z opakowania. – Nie ufam wam, mężczyznom. Wszyscy jesteście tacy sami. Nieszczerzy do bólu. Zakłamani. Tak... nie próbuj zaprzeczać. Poza tym, Loganie, mógłbyś umrzeć jako drugi, to prawda, ale nie sprecyzowałeś, w jakim odstępie czasowym to nastąpi. – Zasępiła się na kilka sekund. – Ale ze mnie gapa – wycedziła. – Zapomniałam wziąć wodę do popicia. Tabletki są dosyć duże, więc miałbyś z nimi problem.

Pobiegła na dół do kuchni, zostawiając za sobą odgłosy stukoczących o posadzkę bosych stóp. Gdy wróciła zadyszana do pokoju syna, jego nie było. Ani śladu rozdygotanej duszy czy rozczochranych włosów.

– GDZIE SIĘ PODZIAŁEŚ?! – ryknęła, rzucając butelką o posadzkę. – ZNAJDĘ CIĘ!

Odnalazła go w pokoju gościnnym. Nasz mały bohater ukrył się pod łóżkiem, ponieważ jako zapalony telewidz wiedział, że tak właśnie czynią chytrzy uciekinierzy w kreskówkach.

Amanda wybuchnęła spazmatycznym rykiem na widok, jaki rozciągnął się wtedy przed jej oczami. Tuż obok łóżka, pod którym leżał zwinięty w kłębek Logan, zarysowywała się postać zdeformowanego mężczyzny ze strzelistymi skrzydłami przybranymi w czarne pióra i nienaturalnie wychudzonymi dłońmi, z których wyrastały długie pazury. Potwór ten posiadał głowę rozeźlonego kruka i błyszczące, czarne oczy, co czyniło go jeszcze bardziej przerażającym stworzeniem.