Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
10 osób interesuje się tą książką
Pasjonujący thriller sądowy pióra autora wielokrotnie nagradzanych i filmowanych, wydawanych na całym świecie powieści sensacyjnych.
Jack Lee jest białym prawnikiem z hrabstwa Freeman w Wirginii, który nigdy wcześniej nie sprzeciwiał się rasizmowi – aż do chwili, gdy decyduje się reprezentować Jerome’a Washingtona, oskarżonego o brutalne zabójstwo zamożnego białego małżeństwa. Lee szybko uświadamia sobie, że sytuacja go przerasta, a stawką w tej grze jest coś znacznie większego niż tylko wynik procesu o morderstwo. Dlatego łączy siły z Desiree DuBose - czarnoskórą prawniczką z Chicago. Wspólnie stają do walki z najlepszym prokuratorem w stanie. Sojusz nie jest łatwy; Jack i Desiree muszą się wznieść ponad animozje i uprzedzenia, ponieważ żadne z nich nie zdoła w pojedynkę uchronić oskarżonego przed śmiercią na krześle elektrycznym. Ramię w ramię walczą o coś, co wydaje się niemożliwe: szansę na uczciwy proces i sprawiedliwość.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 589
Data ważności licencji: 5/9/2031
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: A Calamity of Souls
Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN
Redaktor inicjujący: Arkadiusz Nakoniecznik
Redaktorka prowadząca: Agata Then
Redakcja: Beata Turska
Redakcja techniczna: Maciej Grzmiel
Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Maria Śleszyńska, Bartosz Szpojda
Zdjęcie na okładce: © ReDunnLev/iStock
© 2024 by Columbus Rose, Ltd.
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026
© for the Polish translation by Anna Standowicz-Chojnacka
ISBN 978-83-287-4107-2
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Bibliotekarzom i nauczycielom, gwiazdom świecącym jasno na firmamencie mojego wszechświata.
Nie na Utopii, na podziemnych polach
Czy na wyspie ukrytej, Bóg jeden wie gdzie!
Lecz na tym świecie, który światem jest
Nas wszystkich – miejscem, gdzie koniec końców
Znajdujem nasze szczęście lub nie znajdujem go wcale!
WILLIAM WORDSWORTH, Preludium (Księga XI)1
Każdego innego dnia panująca w mieszkaniu martwa cisza nie zaniepokoiłaby nikogo, gdyż o tej porze starsi państwo zazwyczaj spokojnie sobie drzemali, siedzieli nieruchomo niczym koty lub w milczeniu czytali bliźniacze egzemplarze Biblii Króla Jakuba, przewracając starczymi palcami strony wypełnione mądrością, spokojem oraz przemocą.
Tę ostatnią można było podziwiać niczym na kolorowej wystawie, bowiem mężczyzna leżał na podłodze na plecach z rozrzuconymi na boki kończynami, zaś kobieta spoczywała przewieszona przez obite misterną tapicerką krzesło. Ich życie zostało przerwane z ponurą celowością.
Staruszkowie nie wyróżniali się niczym, co dla większości ludzi miałoby jakiekolwiek znaczenie. Pamiętny miał się za to okazać społeczny wstrząs, który zdefiniuje i określi całkowitą miarę ich śmierci. Napędzi on katastrofalny skok energii, przypominający wystrzał z obrzyna oddany losowo w niczego niespodziewający się tłum. O ich brutalnej śmierci będzie się plotkować w hrabstwie Freeman w Wirginii przez kilka kolejnych dziesięcioleci.
– Masz prawo zachować milczenie. Słyszysz, co do ciebie mówię, chłopcze? – odezwał się pierwszy ze stróżów prawa do jedynego znajdującego się w pomieszczeniu podejrzanego.
Podejrzany klęczał, ręce miał skute za plecami, kajdanki wrzynały mu się głęboko w ciało. Jedynymi widocznymi oznakami dławiącego go strachu były drżące palce i szybkie wydechy.
– Ten Murzyn wygląda, jakby nie potrafił nic powiedzieć, nawet gdyby chciał – odparł drugi funkcjonariusz. Był smukły jak trzcina, miał metr osiemdziesiąt, łagodnie zarysowaną linię szczęki i oczy, które przypominały otoczone bruzdami dziury po kulach. Policyjną czapkę nosił odsuniętą daleko na tył głowy.
Pozbawiająca sił wilgoć, nadpływająca znad pobliskiej rzeki McHenry, rozchodziła się wszędzie jak snujący się po okopach gaz musztardowy. Pot spływał strużkami po twarzach policjantów, wykwitał ciemnymi plamami na wykrochmalonych koszulach i niczym śmigające wokół nosa i oczu komary okraszał ich wściekłość irytacją.
Pierwszy funkcjonariusz kontynuował odczytywanie tekstu z niewielkiego białego kartonika, który wyciągnął z kieszeni. Był niski i przysadzisty niczym pniak. Właśnie dotarł do fragmentu, który mówił, że oskarżonemu zostanie przydzielony adwokat z urzędu, jeśli nie stać go na zatrudnienie żadnego, kiedy jego partner, wyraźnie wzburzony tymi nowymi przysługującymi ludziom prawami, przerwał mu po raz kolejny.
– Ty mi powiedz, LeRoy, jaki prawnik przy zdrowych zmysłach chciałby reprezentować w sądzie tego tu kolorowego chłopaka. Bo ja bym się tego chciał dowiedzieć, bez dwóch zdań.
Raymond LeRoy zignorował kolegę i nie przerwał czytania z kartki, bo nie zdołał się jeszcze nauczyć tekstu na pamięć. Tak naprawdę wątpił, by kiedykolwiek mu się to udało, bo po prostu nie miał do tego serca. Nie miał pojęcia, kim był ten cały Miranda2, ale wiedział, że prawniczy żargon, którym zapisano kartonik, został wymyślony po to, by pomagać tym ludziom. Ludziom, którzy popełnili przestępstwa, zwykle przeciwko białym. A to sprawiało, że każde słowo, które musiał teraz przeczytać na skutek podjętej setki mil stąd decyzji dziewięciu mężczyzn w togach, pozostawiało na języku LeRoya posmak wybielacza.
– Zrozumiałeś to, co ci przed chwilą przeczytałem? – spytał Raymond. – Najwyraźniej według tych sukinkotów z Waszyngtonu muszę usłyszeć, jak potwierdzasz.
Jego partner położył dłoń na rękojeści rewolweru Smith & Wesson kaliber trzydzieści osiem milimetrów, który nosił w kaburze.
– Dlaczego po prostu nie zdejmiesz mu tych kajdanek i nie każesz zwiewać? Zaoszczędzilibyśmy dobrym mieszkańcom tego pięknego hrabstwa kosztów jego podróży do Richmond i prądu do krzesła.
– Już się u nas nie wykonuje egzekucji, Gene. Mówi się, że to okrutne i niespotykane.
Gene Taliaferro się zjeżył.
– Do diabła, LeRoy, a co on przed chwilą zrobił im?
W jednym z rogów pokoju leżał wywrócony stolik, wraz z nim na podłogę pospadały rzeczy, które od dawna stały na jego blacie, w tym zdjęcie małżeństwa wykonane pięćdziesiąt lat wcześniej, jeszcze przed ślubem. On miał zamyślone spojrzenie, w rękach trzymał miękki kapelusz, ona nosiła czepek na drobnej, delikatnej głowie z włosami uczesanymi z przedziałkiem pośrodku, przez co wyglądała jak dziecko. Stali pod łukiem splecionym z pachnących kwiatów kapryfolium i jaśminu, na których pożywiały się zarówno pszczoły, jak i motyle, malutkie brzęczące zjawy uwięzione w błysku flesza zapalonego fotografa.
Teraz zdjęcie leżało na podłodze z potłuczoną szybką, a rozcięcie na jego powierzchni dzieliło twarz kobiety na pół i sięgało aż do lewego oka mężczyzny.
– Nie będziemy strzelać do chłopaka, Gene – powiedział LeRoy. – Zaaresztowaliśmy go.
– To tylko cholerny czar…! – wykrzyknął Taliaferro.
– Przecież wiem – ryknął LeRoy, czując, że traci grunt pod nogami. – Chyba mam oczy, co nie?
– No więc? – naciskał Gene. – Nie byłby to pierwszy raz, jak żeśmy tak sprawy załatwili.
– Cóż, sytuacja się zmieniła, prawda? – odparował rozczarowany LeRoy.
– Gdzie sto lat temu znajdowała się stolica Konfederacji? – Gene wysunął palec w stronę podłogi. – Dokładnie tu, w Wirginii. I nic tego nie zmieni. Mój dziadunio usunął czterech takich niewolnych jak ten tutaj. – Wycelował palcem w klęczącego mężczyznę. – Należeli do niego! Mam zdjęcie! A temu powinni usmażyć dupsko.
– No to im na to pozwól – wymamrotał LeRoy. – Nie chcę, żeby jakaś banda czarnych prawników zaczęła za mną ganiać. A teraz, jak w Tennessee zabili doktora Kinga, kolorowi rozpętują zamieszki w całym cholernym kraju.
Gene prychnął.
– Żaden był z niego doktor! Nikogo nie leczył!
– Chciałbym, żeby syn przejął po mnie pałeczkę. Musimy dalej walczyć. Sto lat czy tysiąc, to bez znaczenia.
Taliaferro wziął głęboki wdech, po czym wypuścił powietrze z płuc. Wydawało się, że ta czynność osłabiła jego wściekłość niczym dławiąca płomień świecy chłodna mgła. Po chwili jednak na twarzy stróża prawa pojawiła się chytra mina. Przykucnął obok jedynego podejrzanego w pomieszczeniu i wysunął zza paska policyjną pałkę. Na drewnie widniał tuzin poprzecznych nacięć.
– Nie przypominam sobie, żebym ci kazał uklęknąć, chłopcze. No już, wstawaj. – Nim aresztowany zdążył się ruszyć, Gene uderzył go prosto w brzuch główką pałki. Siła ciosu posłała mężczyznę na podłogę.
Taliaferro wstał.
– Kazałem ci wstać, a nie paść na ten twój parszywy pysk. Podnoś dupsko, chłopcze, ale już. Natychmiast, albo znów posmakujesz drewna.
Skutemu mężczyźnie powoli udało się usiąść ponownie na piętach. Gene przyklęknął obok niego i odezwał się głosem niewiele głośniejszym od szeptu:
– Kto ci pozwolił się podnieść?
Walnął go pałką w tył głowy, posyłając z powrotem na podłogę. Z rozciętej skóry popłynęła krew.
Gene wstał i powiedział:
– Jezu, nie jesteś zbyt bystry, a chciałbyś, żeby cię traktowali na równi z białymi. A teraz wstawaj. No, wstawaj. – Gwałtownie dźgnął mężczyznę pałką w żebra. – Kolejny raz nie powtórzę, chłopcze. Do góry!
Drżącemu na całym ciele podejrzanemu udało się – cal za calem – znów dźwignąć się na kolana. Gene ponownie przykucnął.
– Dobry chłopiec, dobry. – Wyszczerzył się w uśmiechu do swojego partnera. – Kto mówił, że nie da się tych zwierzątek nauczyć nowych sztuczek, co, LeRoy? – Odwrócił się do krwawiącego, zamroczonego aresztanta i przypatrzył się obrączce na jego palcu.
– Hej, chwila, czyżbyś znalazł sobie jakąś kobitę?
Rąbnął go pałką w bok głowy.
– Zadałem ci pytanie. Nie masz wyboru, musisz mi odpowiedzieć.
– T-tak.
– Co: tak?
– Tak… sir.
Nachylił się bliżej.
– Dobrze, dobrze. Założę się, że jest ładna. Ładna jest, chłopcze?
Podejrzany potaknął bezgłośnie, czym zarobił sobie na kolejny cios w głowę.
– Masz mówić, chłopcze. Nigdy nie kiwaj łbem do białego człowieka, bo to niegrzeczne.
Zamknął oczy, a mężczyzna odparł:
– Bardzo ładna, sir.
– Dobrze, dobrze. Dzieci masz?
– T-tak, sir.
– To świetnie, świetnie. A ile?
– Troje, sir.
– Troje! – Gene spojrzał na partnera. – Chłopak mówi, że zrobił trójkę kolorowych bachorów. – Odwrócił się z powrotem do aresztanta. – Okej, jak ci już usmażą dupsko w Richmond, pójdę z wizytą do tej twojej ślicznej żonki i tych twoich dzieciaczków, wezmę ze sobą paru kumpli. A teraz pozwól, że ci opowiem, co im wszystkim zrobimy, jak skończymy się z nią zabawiać.
Nachylił się blisko podejrzanego i zaczął mu szeptać do ucha. Mężczyzna zawył z wściekłości i obróciwszy się, powalił Taliaferrę na ziemię potężnym, napędzanym gniewem ciałem.
Szczerząc w uśmiechu zęby, policjant przesunął się po podłodze. Zdjął kapelusz, odgarnął włosy do tyłu i schwycił mocniej pałkę. Podniósł się i skierował w stronę jedynego podejrzanego w pomieszczeniu, który padł jak długi na podłogę i leżał teraz bezradnie.
– Stawia opór podczas aresztowania – powiedział Gene triumfalnie. – To jasne jak słońce. Sam widziałeś, LeRoy.
I wzniósł pałkę.
John Robert Lee, którego wszyscy poza jego matką nazywali Jackiem, skończył tankować paliwo do swojego wiekowego Fiata, czterodrzwiowego sedana bez bocznych słupków. Przednie drzwi otwierały się w nim normalnie, od tyłu do przodu, za to tylne odwrotnie, od przodu do tyłu. Auto miało długą maskę zakończoną wymyślną maskownicą i reflektorami w srebrnych obudowach, które wyrastały ze smukłych przednich błotników niczym jarzące się stokrotki. Przy porządnym tylnym wietrze czterocylindrowy silnik potrafił je rozpędzić do pięćdziesięciu trzech mil na godzinę. Jack zapłacił szeleszczącym banknotem jednodolarowym i dwiema zmatowiałymi ćwierćdolarówkami pracownikowi stacji, który z zainteresowaniem przyglądał się śmiesznie wyglądającemu samochodowi.
– Co to, u diabła, jest? – spytał.
– To Fiat – odparł Jack.
– Fi-jat?
– Taka włoska marka.
– Wło-włoska? A to nie stamtąd pochodzi papież?
Jack pokiwał głową.
– Zgadza się.
– Jest pan katolikiem?
– Nie, agnostykiem – powiedział Jack.
Mężczyzna się zmarszczył.
– Znaczy? To coś jak prezbiterianin albo metodysta?
– Właściwie to wiara sceptycznych ludzi – odparł Jack.
Wgramolił się do Fiata, którego jego ojciec nabył na szrocie i odrestaurował tak, by móc nim jeździć po drogach. Jack dostał go od rodziców w prezencie, kiedy ukończył wydział prawa. Nie studiował na prestiżowej uczelni, jak Uniwersytet Wirginii czy znamienite Uniwersytety Richmond czy Wilhelma i Marii, a jednak zdał egzamin Izby Adwokackiej stanu Wirginia za pierwszym podejściem. Znał kilku mężczyzn po tych wysławianych uczelniach, którym się to nie udało. Mimo to znaleźli oni pracę w dużych kancelariach, bo tam harowali ich tatusiowie, i sprzedawali swoje życie zawodowe na godziny w zamian za sowite wynagrodzenie, okazałe domy i członkostwo w sekcji golfowej country clubu. Żenili się z uroczymi, eleganckimi kobietami o znamienitym rodowodzie i jędrnej skórze, które prędzej czy później zaczynały pić zbyt dużo alkoholu albo sypiać z ogrodnikiem czy czyścicielem basenów, bo nie wiedziały, co mają zrobić z całym tym wolnym czasem.
Jack był białym mężczyzną, przynajmniej jeszcze przez jakiś czas trzydziestodwuletnim. Osiem lat po skończeniu studiów prawniczych ledwo wiązał koniec z końcem i, ku wielkiemu rozczarowaniu własnej matki, wciąż pozostawał kawalerem. Zbliżały się lata siedemdziesiąte dwudziestego wieku i mężczyźni nosili znacznie dłuższe włosy, jednak jego były równie krótkie jak za czasów, gdy należał do harcerstwa, chociaż zaczął zapuszczać bokobrody. Miał niecałe metr dziewięćdziesiąt wzrostu, był szeroki w barach, wąski w biodrach i nieco zbyt szczupły; nigdy nie zarabiał na swojej praktyce prawnej wystarczająco dużo, by dobrze się odżywiać. Jego wieczorny posiłek często składał się z sześciopaku krakersów z masłem orzechowym i butelki coli.
Podczas drugiej wojny światowej wszyscy byli niedożywieni i przepracowani. Potem nastały lata pięćdziesiąte, które zapoczątkowały okres gospodarczego boomu, kiedy na każdym stole stał pieczony kurczak, a przed każdym domem na podjeździe samochód marki Ford albo GM. Kiedy nadciągnęły lata sześćdziesiąte, wywróciły do góry nogami cały ten finansowy postęp. Wymusiły też na ogóle społeczeństwa poważne zmiany, które dla niejednego okazały się o wiele za prędkie.
Jack podjechał pod skromny dom rodziców położony w robotniczej dzielnicy, gdzie mężowie zarabiali na chleb głównie siłą swych mięśni, a żony zajmowały się całą resztą. Urodził się w tym budynku i był niemal pewien, że oboje jego rodzice w nim umrą, o ile nie stanie się coś nieprzewidzianego. Bez zbędnych ceregieli – do tego sprowadzała się życiowa filozofia państwa Lee.
Skręcił na żwirowy podjazd. Wszystkie domy w okolicy stanowiły niegdyś część plantacji, na której ponad sto lat temu uprawiano tytoń. Niemal co do jednego budynki wyglądały tak samo: siding z kruszącego się azbestu, spadzisty dach kryty czarnymi gontami bitumicznymi, jedne drzwi od frontu, drugie na tyłach, łącznie trzy sypialnie i jedna łazienka, a wszystko to zbudowane na tysiącu metrów kwadratowych zwartej czerwonej gliny pokrytej licówką z trawy.
Przed domem jego rodziców rosła niemłoda już wierzba płacząca, zaś na jego tyłach – jabłoń, której nikt nigdy porządnie nie przycinał, przez co jej gałęzie zwieszały się nisko pod ciężarem dojrzewających owoców. Tam, gdzie kończył się żwirowy podjazd, wybudowano wolnostojący garaż. Na samym końcu posesji znajdował się grób psa, który był wiernym towarzyszem dziecięcych zabaw Jacka – czarno-białego owczarka belgijskiego, tak lojalnego i dobrego, jakim tylko Bóg potrafi stworzyć psa. Pewnego ranka w dziewiątym roku swojego życia po prostu się przewrócił i nie dożył do wieczora. Jack i jego młodszy brat płakali, jakby stracili najlepszego przyjaciela, i w pewnym sensie tak właśnie było.
Rodzina Lee mogła się również cieszyć drugą łazienką, na piętrze, a to dzięki ojcu, który miał szczególny talent do tworzenia przydatnych rzeczy z tego, co inni wyrzucili. W domu była też wąska kuchnia, do której przylegała jadalnia o wymiarach dwa i pół metra na trzy, niewielki salon i pokoik telewizyjny, w którym stał budzik od Motoroli w drewnopodobnej okleinie, z dwiema wielkimi jak spodki tarczami na froncie.
Jack wysiadł z Fiata i włożył marynarkę. Przez frontowe drzwi z siatką przeciwko owadom dolatywała do niego woń kurzych piersi i udek skwierczących na fryturze z oleju bawełnianego marki Crisco. Wyobraził sobie sałatkę ziemniaczaną w niewielkiej kremowobiałej lodówce firmy Fri-gi-daire, rozgrzane do czerwoności grzałki elektrycznej kuchenki i stojące na niej patelnie i garnki, a w nich gotującą się na wolnym ogniu zieloną fasolkę i duszone pomidory, które jego matka własnoręcznie wyhodowała w przydomowym warzywniku, a potem zrobiła z nich przetwory. Posiłek zakończy się kawałkiem upieczonego w prostokątnej formie czekoladowego ciasta i filiżanką zakupionej w sklepie spożywczym sieci A&P kawy Maxwell House.
Dzisiejsza kolacja miała upamiętnić fakt, że Jack chodzi po tej ziemi już trzydzieści trzy lata. Tego dnia w 1935 roku, dziesięć minut po siódmej wieczorem, pojawił się na świecie wciąż wyniszczonym gospodarczym krachem.
Matka rodziła go w sypialni na dole, podczas gdy zdenerwowany ojciec krążył pod drzwiami, paląc wypełnione mieszanką amerykańskich tytoni Camele. Dostawszy klapsa w pośladki, Jack wydał z siebie pierwszy wrzask i, według słów jego matki, nie przestał tego robić przez kolejne cztery lata.
Kiedy podrósł, uprawiał niezliczoną liczbę sportów, uwielbiał dyskutować z ludźmi, a od wczesnego dzieciństwa był zapalonym czytelnikiem. Od dwunastego roku życia aż do pierwszej klasy liceum wstawał codziennie grubo przed świtem, by rozwozić ludziom „Virginia Times-Dispatch”.
Wielu rodziców jego kolegów i koleżanek z dzieciństwa wciąż mieszkało w okolicy. Ich pociechy, podobnie jak Jack, poszły w świat. W przeciwieństwie do niego większość z nich była już po ślubie i miała własną, powiększającą się trzódkę. Od czasu do czasu widywał, jak wysadzali z wysłużonego kombi gromadkę maluchów, przywiezionych w odwiedziny do dziadków, którzy z dnia na dzień robili się coraz bardziej wątli i zapominalscy. Choć czasem naturalny cykl życia ulegał zaburzeniu i dzieci pozostawały bliżej mamy i taty, niż ci by sobie tego życzyli. A któż wiedział o tym lepiej niż rodzice Jacka?
Otworzył siatkowe drzwi.
– Halo? – zawołał. – Solenizant przyjechał. – Widział, że jasnobrązowy GMC, pikap ojca, stoi koło garażu. Był to jedyny należący do rodziców samochód, bo matka nie miała prawa jazdy. – Halo? – powtórzył.
Jego siostra wychynęła zza rogu jadalni, gdzie widział niewielki, zakupiony lata temu za przedpłatą stolik, na którym rozstawiono talerze obiadowe. Do rączki na drzwiczkach szafki przywiązano balon z namalowanym od szablonu napisem: „Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin”.
– Hej, Lucy – przywitał się Jack.
Jego starsza siostra podbiegła do niego i przytuliła się z taką mocą, że niemal pogruchotała mu kręgosłup. Zawsze była silna, a on zawsze uważał, że natura chciała w ten sposób zrównoważyć jej braki intelektualne.
Zaczęło się od wizyty matki u dentysty w celu usunięcia boleśnie wklinowanego zęba mądrości. Jako środek znieczulający podano jej głupiego jasia, którym to terminem, jak się później dowiedział Jack, określano podtlenek azotu. Tyle że tamtego dnia matka nie wiedziała jeszcze, że jest przy nadziei. Osiem miesięcy później urodziła się jego siostra. Rok później, gdy Lucy nie rozwijała się tak, jak powinna, specjaliści zdiagnozowali u niej „poważne i nieodwracalne opóźnienie umysłowe”, a przynajmniej tak powiedział mu po latach ojciec, kiedy Jack zadał mu kilka pytań na temat siostry.
Obecnie Lucy miała trzydzieści siedem lat i była dorosłą, choć fizycznie zdeformowaną kobietą o umyśle niewinnego dziecka. Blond grzywka sięgała jej aż do oczu tak niesamowicie błękitnych, że były pierwszą rzeczą, którą ludzie u niej zauważali. Jack miał dokładnie takie same oczy jak ona, tyle że to, co znajdowało się za nimi, było już zupełnie innego rodzaju.
Pocałował Lucy w czubek głowy i powiedział jej, że ma śliczną sukienkę. Była jasnobrązowa w kropki w żywym odcieniu błękitu, który niemal dorównywał kolorowi oczu kobiety, i miała bufiaste rękawki sięgające zgięć w delikatnych łokciach. Urodziny brata były prawdopodobnie jedyną rzeczą, o której Lucy rozprawiała przez cały dzień.
– Mama, tata, to Jack! – krzyknęła przez ramię.
Pociągnęła go w stronę balonu, który szturchnęła palcem. Roześmiała się, gdy zaczął się kołysać na końcu swojej tasiemki niczym wahadło. Jack jej zawtórował, jednak w jego śmiechu dało się słyszeć wyraźną sztuczność. Często się zastanawiał, na kogo wyrosłaby jego siostra, gdyby matka nie udała się wtedy na wizytę u dentysty. Być może to Lucy Lee zostałaby pierwszym prawnikiem w rodzinie.
Hilda Lee nigdy sobie nie wybaczyła tego, jaki los spotkał jej córkę, choć nie ponosiła winy za własną niewiedzę. Później urodziła jeszcze dwoje dzieci, Jacka i jego o rok młodszego brata Jeffersona, na którego wszyscy mówili Jeff, poza matką, która zawsze zwracała się do niego pełnym imieniem. Przed narodzinami synów pani Lee zatrudniła akuszerkę i nie brała żadnych leków – wolała znosić intensywne bóle porodowe, być może jako pokutę za córkę, której przez problemy matki z zębami nigdy nie było dane dorosnąć. Od tamtego czasu pani Lee odmawiała przyjmowania wszelkich medykamentów, nawet aspiryny, chociaż często zapadała na migreny, przez które godzinami leżała w ciemności i cierpiała prawdziwe katusze.
– Mamo? – zawołał Jack wyczekująco. Po chwili usłyszał jej kroki.
Hilda Lee, znana wszystkim jako Hilly, pojawiła się ubrana w idealnie wyprasowany biały T-shirt, wyblakłe wranglery oraz tenisówki na płaskiej podeszwie; w talii miała zawiązany oliwkowozielony fartuszek. Chłopczyca wygodnie skryta za fasadą gospodyni domowej.
Była dość wysoka i smukła, choć muskularna. Miała krótkie jasnobrązowe włosy z rudawym odcieniem, który zawdzięczała pochodzącym ze Szkocji przodkom, dziś szczodrze przyprószone siwizną, i nos prosty niczym brzytwa. Jej spokojne bladozielone oczy sprawiały wrażenie, że niezależnie od tego, jakie wyzwanie zostanie jej rzucone, Hilly Lee nie tylko wytrwa, ale też pokona wszystkich przeciwników i przy okazji pokaże, jak twardy ma charakter.
Jej umięśnione, żylaste, opalone przedramiona zdobiły plamy od słońca, bo lubiła przebywać na dworze. Jednak gdy wychodziła, poruszała się energicznie i zawsze miała jakiś cel: pielęgnowanie warzywnika, koszenie trawy, pomaganie mężowi w naprawie dachu, ścinanie uschniętych drzew, odmalowywanie otaczającego podwórze ogrodzenia z siatki. Wychowywała się w górach na zachodnich rubieżach stanu, gdzie po dziś dzień nie było elektryczności ani bieżącej wody. Hilly rzadko wspominała o spędzonych tam trudnych czasach, a to samo w sobie już wiele mówiło.
Matka wytarła ręce w fartuch i uściskała starszego syna.
– Jeszcze dziesięć minut, Robercie. – Nigdy nie nazywała go inaczej niż Robertem. John był pomysłem twojego ojca, ja chciałam ci dać na imię Robert, dlatego zawsze będziesz Robertem, przynajmniej dla mnie. Nie wracali już do tematu. Gdy chodziło o matkę, często zostawiali sprawy takimi, jakie były.
Gdyby postawiła na swoim, w dokumentach figurowałby jako Robert E. Lee, po walecznym konfederackim generale, który poświęcił wszystko, żeby wziąć na siebie obowiązki dowódcy Armii Północnej Wirginii i poprowadzić ją przeciwko własnej ojczyźnie w obronie praw południowych stanów, a przynajmniej tak mówiono. Tyle że oni nie byli z tych Lee. Żadna z wirginijskich pierwszych rodzin nie mieszkała przy ich ulicy ani nawet w całej robotniczej okolicy hrabstwa Freeman. Domy nie były tutaj wystarczająco duże, podobnie jak możliwości.
– Tak jest, psze pani – odparł.
Sposępniała.
– Wciąż nie mogę uwierzyć, że zamordowali brata Johna F. Kennedy’ego.
– No wiem – odrzekł. Nieco ponad tydzień wcześniej Amerykanie mieli kolejnego Kennedy’ego ubiegającego się o fotel prezydenta. Teraz mieli po prostu kolejnego Kennedy’ego do opłakiwania.
– I doktora Kinga ledwie dwa miesiące temu. Dokąd zmierza ten kraj, skoro musimy rozwiązywać problemy za pomocą broni?
– Całym światem targają konflikty. Niech mama spojrzy na Wietnam.
Nie powinien był o tym wspominać ze względu na brata, ale – pomyślał Jack – być może wymsknęło mu się nieprzypadkowo. Od wczesnego dzieciństwa jego związek z matką opierał się na słownych potyczkach. Zazwyczaj wydawała się czerpać przyjemność z takich przepychanek.
Zawsze go zdumiewało, że otaczała czcią dawno zmarłego konfederackiego generała, a jednocześnie płakała po niedawnej śmierci dwóch osób, które miały poglądy diametralnie różne od tego, za czym opowiadała się cała Konfederacja. Ale z drugiej strony znajdował w matce wiele rzeczy, które uważał za niemożliwe do pogodzenia.
– Walter Cronkite powiedział, że zrobił to mężczyzna, który ma tak samo na imię i na nazwisko.
– Sirhan Sirhan – odparł Jack.
– Co to w ogóle za imię? – spytała.
– Pochodzi z Palestyny.
– Jakim cudem spośród wszystkich ludzi to właśnie komuś takiemu jak on udało się zbliżyć do Bobby’ego Kennedy’ego?
– Mówi się, że Kennedy przechodził przez kuchnię jakiegoś hotelu w Los Angeles, a ten mężczyzna się na niego zaczaił i go zastrzelił.
– Teraz ten cały Sir Han pewnie zatrudni jakiegoś kosztownego prawnika, takiego jak ty, i wszystko ujdzie mu na sucho.
Jack uśmiechnął się do matki. Jego usługi nigdy nie będą kosztowne.
– Wątpliwe.
– Cóż, w tej rodzinie to ty jesteś mecenasem, Robercie – powiedziała Hilly. Jej wzrok powędrował w stronę córki, która wciąż dźgała palcem balon i chichotała za każdym razem, kiedy ten poruszał się w odpowiedzi na jej gest. W oczach matki Jack odczytał niewypowiedzianą myśl: W tej rodzinie, która mi jeszcze została.
– Spotykasz się z jakimiś dziewczętami, o których nie wiem? – spytała, odwróciwszy się z powrotem ku niemu.
– Wiedziałaby mama. Łańcuch dostaw plotek we Freeman działa bez zarzutu. Gdzie tatko?
– Niedługo przyjdzie. – Złapała go za ramię. – Pani Jessup dziś do nas zajrzała.
– Pani Jessup? Czego chciała?
– Chciała się zobaczyć z tobą, ale nie mówiła dlaczego. Nie wyglądała za dobrze, Robercie, wcale a wcale – powiedziała, po czym prędko dodała: – Nie żebym kiedykolwiek miała z nią wiele do czynienia, rzecz jasna.
– Myśli mama, że jest chora?
– Przecież nie jesteś lekarzem.
– Ma jakąś rodzinę w pobliżu? – spytał Jack.
– Tak. Jej mąż od dawna nie żyje, ale ma dzieci i wnuki. Teraz może nawet i prawnuki – dodała z żalem, a Jack wyczuł, że matka myśli o tym, że sama nie ma wokół siebie tych wszystkich przyszłych pokoleń.
Jack podszedł do drzwi i wyjrzał na ulicę, w stronę jedynego domu w okolicy, który wyglądał inaczej niż pozostałe. Jego właścicielem był emerytowany prawnik o nazwisku Ashby. Rozbudowywał go na przestrzeni lat, zazwyczaj kiedy trafił mu się większy klient albo kiedy wygrał kilka dolców na giełdzie. Stąd dom obfitował w zakamarki oraz dostawione pod dziwnymi kątami skrzydła i dobudówki.
Jack wyczytał kiedyś, że na rozległej plantacji, która się tutaj mieściła, mieszkało niemal stu niewolników. Oni i ich potomstwo harowali przez całe życie, nie zarabiając w zamian ani centa, po to, by ich zamożni właściciele mogli się jeszcze bardziej wzbogacić. W dokumentach nie zanotowano na ich temat niemal nic poza ich dokładną liczbą, a i to sprawozdanie powstało najwyraźniej wyłącznie w celu zaspokojenia ego ich pana.
Ashby miał sześcioro dzieci, wszystkie już dawno dorosły i pozakładały własne rodziny. Jego żona zmarła wiele lat temu, jednak nie w wyniku choroby. Chociaż Jack przypuszczał, że można nazwać chorobą to, że ktoś idzie do garażu, zatyka ręcznikiem rurę wydechową swojego Plymoutha, kładzie się na przednim siedzeniu ubrany w swoją najlepszą sukienkę koktajlową i popijając Old Fashioned ze słoika po przetworach, włącza silnik i czeka na śmierć. W ostatnich latach swojego życia Ashby rzekomo skupiał się na osuszeniu tak wielu butelek burbona marki Rebel Yell, ile zdoła.
Pani Jessup była pokojówką, kucharką, a także pielęgniarką Ashby’ego, Jack nie wiedział, jak ma na imię. Zaczęła pracę u prawnika i jego rodziny na wiele lat przed narodzinami Jacka. Teraz najprawdopodobniej w pojedynkę utrzymywała staruszka przy życiu. Dorastając, Jack i pozostałe dzieciaki z okolicy zawsze zwracali się do niej per „pani Jessup”, co prawdopodobnie było jedyną oznaką szacunku, jaką kiedykolwiek jej okazywano po zachodniej stronie hrabstwa Freeman, a także stanowiło jedyne chwile, w których poświęcano jej uwagę, jeśli nie liczyć tych, kiedy coś zginęło i ludzie potrzebowali kogoś, kogo mogli obarczyć winą bądź postawić w stan oskarżenia. Była jedyną czarnoskórą osobą, która zapuszczała się w te strony, co sprawiało, że stanowiła swego rodzaju atrakcję, przynajmniej w oczach białych wyrostków.
Jack przeniósł spojrzenie z powrotem na matkę.
– Powiedziała coś oprócz tego, że chce ze mną porozmawiać?
Hilly zręcznie wyciągnęła z zaciśniętych palców Lucy ciężki szklany wazon, zanim odparła:
– Nic. Po prostu weszła przez frontowe drzwi, nie prosząc o pozwolenie, i zapytała o ciebie. Ale wyglądała na zdenerwowaną, dlatego okazałam wyrozumiałość.
– Przecież pani Jessup to nie jakaś obca kobieta. Znamy ją od bardzo dawna.
– Tak naprawdę nic nie wiemy o takich jak ona.
– Czasy się zmieniają – zauważył, nie chcąc zagłębiać się w temat w swoje urodziny.
Matka zacisnęła usta.
– Jestem pewna, że ona poczułaby się tak samo, gdybym to ja wparowała do jej domu. Opowiedziałaby wszystkim znajomym o tej zbzikowanej białej kobiecie, która do niej wtargnęła.
– No i co jej mama powiedziała?
– Że przyjedziesz na kolację i że nie podoba mi się, że nas nachodzi. Niemal wystraszyła biedną Lucy na śmierć. Uspokojenie jej zajęło mi całe wieki.
Wysunęła ręce i przyciągnęła do piersi nieopierającą się córkę.
– W porządku, ale jak się z nią mama umówiła? – spytał cierpliwie Jack.
– Nijak się z nią nie umówiłam, tylko jej kazałam już sobie iść.
– Tak po prostu? – powiedział wyraźnie poirytowany.
Jego matka spojrzała na swojego płaskiego Timexa.
– Robercie, urodziłeś się minutę temu. Wszystkiego najlepszego, synku.
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji
1 W przekładzie tłumaczki. [wróć]
2 Tzw. prawa Mirandy (USA) to prawa przysługujące osobie podejrzanej o popełnienie przestępstwa podczas aresztowania i przy przesłuchaniach (prawo do zachowania milczenia, ponieważ wszystko, co powie, będzie mogło zostać użyte przeciwko niej, prawo do obecności adwokata, prawo do adwokata z urzędu, jeśli nie stać jej na wynajęcie prawnika). Nazwa wywodzi się od nazwiska Ernesta Mirandy, który niemal uniknął kary, ponieważ Sąd Najwyższy uznał za niedopuszczalne skazanie go na podstawie jego własnych zeznań złożonych bez obecności adwokata. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki.) [wróć]
