Labirynt - Remigiusz Mróz - ebook + audiobook + książka

Labirynt ebook i audiobook

Remigiusz Mróz

4,3
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

128 osób interesuje się tą książką

Opis

W ODCIĘTYM OD ŚWIATA PENSJONACIE DOCHODZI DO ZABÓJSTWA, W KTÓRYM KAŻDY MOŻE OKAZAĆ SIĘ SPRAWCĄ.

Rok 2006. Młoda prokuratorka, Beata Drejer, rozpoczyna karierę w organach ścigania pod okiem doświadczonego śledczego, Gerarda Edlinga. Uczy się od niego sztuki, w której jest on pionierem – czytania mowy ciała.
Podczas wyjazdu szkoleniowego sztorm odcina od świata ośrodek na Mierzei Wiślanej, w którym się zatrzymują – a w zamkniętym od środka pokoju zostają odkryte zwłoki nastolatka.
Szybko staje się jasne, że sprawcą jest któryś z uczestników. Problem w tym, że wszyscy są związani z organami ścigania i znają sposoby na uniknięcie wykrycia. Żadne z nich nie miałoby jednak powodu, by odebrać życie dziecku.
Kto więc zaatakował ofiarę? Dlaczego? I jakim cudem pozostawił zarówno drzwi, jak i okna zamknięte od wewnątrz? 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 443

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 16 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Kosior FilipFilip Kosior

Oceny
4,3 (6 ocen)
5
0
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
HALE9

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00



Copyright © by Remigiusz Mróz, 2025

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Fragment Domu zbrodni Agathy Christie w przekładzie Anny Rojkowskiej, Wydawnictwo Dolnośląskie, Poznań, 2021

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: © Dark Crayon

Redakcja: Karolina Macios

Korekta: Agnieszka Luberadzka, Jarosław Lipski

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

PR & marketing: Magdalena Drogoś-Kraszewska

ISBN: 978-83-8441-007-3

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Dla Kasi i Ryśka long live the Stadniks

Stare grzechy mają długie cienie. Agatha Christie, Dom zbrodni

Rozdział pierwszy

2006 rok

1

Krynica Morska, Mierzeja Wiślana

Wiatr dochodził do dziewięciu stopni w skali Beauforta, fale sięgające kilku metrów wlewały się na mierzeję, a chłopiec nie żył od przeszło godziny. Zwłoki odkryła ostatnia osoba, która powinna była to zrobić – matka.

Nic nie mogło przygotować jej na widok syna leżącego bez życia na podłodze pokoju hotelowego. Oczy chłopca były otwarte, krew z rany w głowie rozlewała się wokół, a ciało nosiło znamiona licznych obrażeń.

Gerard Edling stał w progu sparaliżowany, obserwując to, co robiła kobieta. Wciąż była w głębokim szoku – zamiast lamentować i zalewać się łzami, podniosła się z podłogi, raptownie rozejrzała, a potem czym prędzej sięgnęła po poduszkę leżącą na kanapie.

Wróciwszy do syna, uniosła mu lekko kark i wsunęła ją pod spód, jakby chciała sprawić, by było mu wygodniej, jakby nie rozumiała.

– Ma problemy z kręgosłupem – powiedziała. – Byliśmy u ortopedów i neurochirurgów, ale nikt nie pomógł. W przyszłym tygodniu widzimy się z kręgarzem.

Przesunęła dłonią po włosach syna, a Edling otrząsnął się na tyle, na ile pozwalała mu sytuacja. Próbował przypomnieć sobie, jak nazywała się kobieta, ale na próżno.

– Proszę pani – rzucił.

Nie zwróciła na niego uwagi, zamiast tego wyciągnęła z kieszeni paczkę chusteczek i zaczęła oczyszczać twarz dziecka z krwi.

– Musi pani go zostawić – dodał.

Nadal nic. Gerard zbliżył się do niej, po czym kucnął obok. Nie znajdował odpowiednich słów, używał więc tych najmniej właściwych, tych rodem z rozlicznych protokołów, które musiał wypełniać.

– To w tej chwili miejsce zbrodni.

– Słucham?

– Pani syn został zamordowany.

– Nie.

Ta krótka, stanowcza odpowiedź kryła w sobie siłę, jakiej nie powstydziłby się żywioł niosący kataklizm. Edling ujął dłoń kobiety, jakby dzięki temu mógł sprowadzić ją do rzeczywistości.

– Przykro mi… – zaczął.

Nie dokończył, do pokoju bowiem wszedł jej mąż. Obraz, który mu się ukazał, był dewastujący. Krzyk, który wyrwał się z jego gardła, zwierzęcy i wszechogarniający.

Gerard zerwał się na równe nogi z obawą, że to tego człowieka będzie musiał powstrzymać w pierwszej kolejności. Pomylił się. Kiedy krzyk zgasł, ojciec chłopaka zastygł w bezruchu i zbladł tak, jakby uleciało z niego życie. Zrozumiał to, czego do świadomości nie była gotowa dopuścić jego żona.

Zbliżył się do niej jak widmo i padł na kolana przy synu. Tylko chwilę zajęło mu pojęcie, że jemu już nie może pomóc. Żonie zaś tak. Próbował ją obejmować, przemawiać do niej, ale zdawała się przebywać w innym świecie.

Sceny, które rozegrały się między tą dwójką, miały już na zawsze towarzyszyć Edlingowi. Podobnie jak widok kobiety poprawiającej poduszkę pod głową martwego syna.

Mimo roztrzęsienia zrobił wszystko, co powinien. Wszystko, co mógł.

Zdawało się to niczym, ale jako doświadczony prokurator czuł się w obowiązku, by zabezpieczyć materiał dowodowy i zadbać o reguły postępowania.

Kiedy po krótkiej chwili zjawiła się jego zaniepokojona odgłosami podwładna, natychmiast wydał jej kilka poleceń służbowych, świadomy, że po niej stawią się pozostali goście.

Beata Drejer nie zdążyła nawet zerknąć na ciało, nim usłyszała komendy od Edlinga.

– Proszę zadbać, żeby nikt nie zbliżył się do pokoju. I zapisywać w pamięci osoby, które przyszły jako pierwsze. Analizować ich reakcje. Odnotować, gdzie się ustawiły względem pokoju, co mówiły, na kogo patrzyły.

Zakładał, że młoda prokuratorka jest zbyt zdezorientowana, by zrobić to wszystko, ale im więcej zadań, tym lepiej. Tak czy owak zadbała o rzecz najważniejszą – nie pozwoliła nikomu z hotelowych gości zbliżyć się do wejścia. Gerard w tym czasie zdołał wyprowadzić małżeństwo na korytarz i zadbał o to, by Beata się nimi zajęła. Mężczyzna stanął na wysokości zadania, powstrzymując żonę przed powrotem do pokoju.

Edling ustawił się w progu, słysząc łkanie matki i kolejne próby uspokojenia jej. Moment później rozległy się nerwowe pytania i uwagi osób zwabionych niepokojącymi dźwiękami.

Gerard nawet nie próbował opanować rodzącego się chaosu, świadom, że przeciwko sobie ma grupę niemal w całości składającą się z przedstawicieli organów ścigania, którzy sądzili, że powinni od razu uzyskać pełnię informacji.

– Co tam się stało? – rzuciła policjantka ze Śląska.

– Jak do tego doszło? – dodał profiler z Krakowa.

– Zabezpieczył pan wszystko? – mruknął prokurator z Gdańska.

Edling ignorował ich, skupiając się na Beacie. Interesowały go jedynie te pytania, które widział w jej oczach. Zajmowała się matką chłopca, wciąż jednak patrzyła na niego, jakby czekała na kolejne polecenia.

– Pan odkrył ciało? – rzuciła kryminolożka z Warszawy.

– Wyważył pan drzwi? – dodał profiler z Krakowa. – Słyszałem wyraźny dźwięk rozbijanego drewna i wyłamywanego zamka.

– Niech pan, kurwa, odpowiada – syknęła policjantka ze Śląska.

Na zewnątrz szalała burza, deszcz niesiony przez silne podmuchy wiatru wściekle uderzał o okna, jakby miał zamiar je wybić, a pioruny raz po raz przecinały nocne niebo. Gerardowi przeszło przez myśl, że w ośrodku wczasowym Wodnik wcale nie jest spokojniej niż na zewnątrz.

Uniósł otwarte dłonie w beznadziejnej próbie uspokojenia gości. Pytania sypały się gęściej niż krople deszczu, a on odnosił wrażenie, że zaraz pod nimi zniknie.

– Proszę o spokój – rzucił.

Jako jedyny miał na sobie wyjściowy strój, właściwie uniform, w którym spędzał większość życia. Beżowa triada, składająca się z marynarki, kamizelki i spodni w tym samym kolorze. Do tego biała koszula i czarny krawat. Gerard sądził, że przydaje mu to estymy, z której w takiej sytuacji mógłby skorzystać.

Nic jednak nie mogło sprawić, że zebrani ludzie przestaliby ostrzeliwać go pytaniami.

W praktycznie odciętym od świata hotelu, w którym się zatrzymali, właśnie doszło do brutalnego zabójstwa dziecka. Nawet jeśli do końca sobie tego nie uświadamiali, ich instynkty śledcze musiały podpowiadać najbardziej oczywisty wniosek.

Sprawcą jest któreś z nich.

2

Wodnik, Krynica Morska

Beata Drejer miała w zwyczaju przypatrywać się wszystkiemu, co robił Behawiorysta. Kiedy trafiła pod jego skrzydła w opolskiej prokuraturze, wiedziała, że pod względem rozwoju zawodowego nic lepszego nie mogło jej spotkać. Każdy marzył o tym, by uczyć się właśnie od Gerarda Edlinga.

Teraz przypatrywała się temu, jak po kilku nieudanych próbach uspokojenia zebranych przełożony zmienił taktykę.

Był tu najstarszy nie tylko pod względem stażu w organach ścigania, ale także wieku. Na szkoleniu z analizy mowy ciała zjawili się bowiem głównie młodzi adepci sztuki ścigania przestępców – otwarci na innowacyjne pomysły i nietraktujący tematu jako wróżenia z fusów albo kuglarskich trików.

To dało Gerardowi asumpt do objęcia dowodzenia. Zrobił to, co należało w każdej kryzysowej sytuacji, kiedy osób wokół jest zbyt wiele, by którakolwiek z nich podjęła racjonalne decyzje. Zaczął przydzielać zadania.

Podczas wypadku sensownie było wyłowić z tłumu osobę, która ma zadzwonić po karetkę. Drugą, która zajmie się próbą ratowania ofiary. Trzecią, która odsunie gapiów, czwartą odpowiedzialną za wezwanie policji i tak dalej.

W tej sytuacji Edling postąpił podobnie.

– Proszę państwa o uwagę – rzucił, po czym opuścił ręce. – Został popełniony czyn zabroniony, a naszym obowiązkiem jest wdrożyć odpowiednie procedury, które pozwolą właściwym miejscowo organom na sprawne działanie.

Odczekał moment, przekonując się, że dotychczasowa strategia dalej nie przynosi skutku, a zebrani patrzą na niego jak na szaleńca. Wskazał kryminolożkę z Warszawy.

– Pani zajmie się rodziną ofiary – rzucił.

Kobieta uniosła brwi.

– Słucham?

– Proszę zadbać o to, by ci ludzie otrzymali wszystko, czego potrzebują, oraz o to, by nie zbliżali się do miejsca zbrodni – dodał Edling, po czym przeniósł wzrok na profilera z Krakowa. – Pan ustali, czy w budynku znajdują się obecnie osoby z administracji, i jeśli tak, przyprowadzi je do stołówki.

Gerard wymierzył w prokuratora z Gdańska.

– Pan spróbuje skontaktować się z odpowiednimi służbami, opisze im sytuację i poprosi o przysłanie ekipy kryminalistyków oraz śledczych.

Nim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, Edling wbił wzrok w policjantkę ze Śląska.

– Pani ustali, czy ktokolwiek wchodził lub wychodził z budynku hotelu, a następnie sprawdzi, czy jest tutaj monitoring oraz…

– Widział pan, co dzieje się na zewnątrz?

– Owszem.

– Nikt w taką pogodę nigdzie nie łaził.

– Proszę to sprawdzić – polecił Gerard, po czym zerknął na swój stary zegarek z przetartym brązowym paskiem. – Za godzinę spotkamy się wszyscy w stołówce i skonfrontujemy nasze ustalenia.

– A pan? – rzucił profiler z Krakowa. – Co pan będzie do tego czasu robił?

Edling zerknął na Beatę.

– Wraz z prokurator Drejer dokonamy oględzin ciała i miejsca zdarzenia.

– I dlaczego właśnie pan ma to zrobić?

– Ponieważ jako pierwszy…

– To nie daje panu żadnych dodatkowych praw – wpadł mu w słowo profiler. – Jeśli już, to przeciwnie. Powinien pan wyjaśnić, co tam w ogóle robił.

Drejer spodziewała się typowej dezaprobaty ze strony Edlinga, która pojawiała się, ilekroć ktoś mu przerywał lub w inny sposób łamał zasady savoir-vivre’u. Obruszanie się na to było u niego tak charakterystyczne jak dbałość o poprawność językową, nieodłączny beżowy garnitur i jasny zarost.

Tym razem jednak Gerard odpuścił.

– Chętnie to wyjaśnię, o ile są państwo gotowi mnie wysłuchać.

– Śmiało – mruknęła policjantka.

Edling stał wyprostowany jak struna i wydawało się, że cokolwiek by się działo, jakikolwiek ciężar życie zrzuciłoby na barki tego człowieka, nawet się nie przygarbi. Był to zdecydowanie najbardziej osobliwy facet, jakiego Beacie dane było poznać, a przez to także najbardziej niezgłębiony.

Ciągnęła się za nim wątpliwa renoma kobieciarza, która nijak nie współgrała z jego powierzchownością, sposobem ani stylem bycia. W prokuraturze jednak otwarcie mówiło się o licznych romansach Edlinga, choć zawsze podkreślano, że odbywały się poza miejscem pracy. Wydawało się, że ma żelazny kodeks zasad – tyle że dość często sam go nowelizuje.

Przypatrując się zebranym, Drejer odnosiła wrażenie, że wyczuwają jego zasadniczość. Inaczej protesty byłyby znacznie bardziej żywiołowe.

Gerard powiódł wzrokiem po uczestnikach konferencji, upewnił się, że kawałek dalej ojciec ofiary wciąż uspokaja żonę, a potem płytko nabrał tchu.

– O godzinie dwudziestej trzeciej czterdzieści osiem usłyszałem odgłos uderzania o drzwi pokoju obok – oznajmił, wskazując wzrokiem miejsce zbrodni. – Wyszedłem na korytarz i zastałem matkę chłopca, która próbowała dostać się do środka.

– Nie miała klucza? – rzucił gdański prokurator.

– Miała.

– Więc w czym problem?

– W tym, że drzwi były zamknięte od wewnątrz. Zaryglowane.

Każde z nich zajmowało właściwie identyczne pokoje. I zasuwało ten sam rygiel.

Spojrzeli po sobie, wreszcie rezygnując z formułowania kolejnych pytań.

– Przystąpiłem do próby siłowego otwarcia drzwi – dodał spokojnie Edling. – Co udało się za drugim razem. Wówczas matka chłopaka wbiegła do pokoju i zastała widok, którego żaden rodzic doświadczać nie powinien. Zanim zdążyłem ją powstrzymać, dopadła do syna, zaczęła go cucić, potem podłożyła mu poduszkę pod głowę i próbowała oczyścić jego twarz z krwi. Wówczas udało mi się ją odciągnąć.

– Ale… – rzuciła kryminolożka.

Edling odczekał chwilę, upewniając się, że kobieta nie ma zamiaru kontynuować.

– Zaraz potem zjawił się ojciec ofiary i podjął próby uspokojenia małżonki – dodał Gerard. – Ja zaś skupiłem się na oknie.

– Na oknie? – powtórzył jak echo profiler.

– Było zamknięte.

– Zaraz…

– Chce pan powiedzieć, że ten pokój był zamknięty od środka? – rzuciła policjantka.

– W rzeczy samej.

Beata zrobiła użytek z chwili pozornego spokoju i na powrót zainteresowała się małżeństwem. Siedziało na podłodze, kobieta była skulona, nikła w objęciach męża. Ten przytulał ją i gładził po głowie, zaciskając mocno powieki, spod których wypływały łzy.

– W tej chwili kluczowe jest, byśmy działali szybko i sprawnie – dodał Edling. – Zdaję sobie sprawę, że chcieliby państwo znać kolejne szczegóły, ale przekazałem wszystko, co sam ustaliłem. Więcej będę mógł powiedzieć po tym, jak wraz z prokurator Drejer dokonamy oględzin.

Nikt się nie odezwał.

– Państwa zaś proszę o wykonanie powierzonych zadań – dorzucił. – Tylko nasze sprawne działanie zapewni możliwość rozwiązania tej sprawy właściwym miejscowo organom.

Zaczęli powoli kiwać głowami, wymieniając między sobą ciche uwagi. Beata sądziła, że całą tę zbiorową dezorientację udało się ukierunkować we właściwą stronę.

Nie pomyliła się. Chwilę później kryminolożka zajęła się małżeństwem, profiler znikł w korytarzu, a śląska policjantka i gdański prokurator zaczęli konsultować się w sprawie swoich zadań.

Edling skinął głową na Beatę, po czym oboje weszli do pokoju. Kiedy zamykał za nią uszkodzone drzwi, Drejer widziała jeszcze, że ojciec chłopaka posyła jej błagalne spojrzenie przez załzawione oczy.

Zaraz potem usłyszała, jak Gerard ciężko wypuszcza powietrze z płuc.

– W porządku – rzucił, obracając się do niej. – Proszę powiedzieć, co istotnego pani dostrzega.

Zamiast rozejrzeć się po pokoju i zacząć chłodno analizować wszystkie elementy miejsca zbrodni, Drejer trwała w bezruchu ze wzrokiem utkwionym w ciele chłopaka.

Mógł mieć najwyżej dwanaście lat. Czaszka była rozbita, oczy i usta otwarte w makabrycznym grymasie śmierci, a kończyny nienaturalnie ułożone.

– Pani prokurator.

– Tak – odparła. – Oczywiście.

Mimo że usilnie próbowała, nadal nie mogła zebrać myśli. Nie potrafiła zmusić się do przejścia w tryb, który dla Edlinga był tak naturalny, że niemal przyrodzony.

– Nie ma potrzeby radzenia sobie z emocjami – powiedział. – Wystarczy je odczuwać.

– Słucham?

– Proszę nie próbować ich odegnać i zamiast tego zaakceptować, że pani towarzyszą.

Skinęła głową i w końcu oderwała wzrok od chłopaka. Ledwo jednak to zrobiła, naszło ją, że to dziecko. Dziecko, któremu przepadła cała przyszłość. Pierwsze miłosne uniesienia, pierwsze zbliżenia, pierwsze piwo, pierwszy papieros, pierwsze wszystko.

– Co zwraca pani uwagę? – zapytał Edling. – Co tutaj nie pasuje?

– Pan.

– Co proszę?

Obróciła się do niego i otaksowała go wzrokiem.

– Zjawił się pan w garniturze, jakby miał zamiar gdzieś wyjść, z kimś się spotkać. Tymczasem wiem, że chodzi pan spać raczej wcześnie, szczególnie jeśli planuje pan rano wstać.

Gerard zmrużył oczy.

– I raczej nie sypia pan w garniturze – dodała.

– Niektórzy by polemizowali. Ale słuszne spostrzeżenia.

Nie odpowiedziała, czekając.

– Nie przebrałem się, bo niedawno wróciłem do pokoju.

– Skąd?

– Postanowiłem sprawdzić, czy burza niczemu nie zagraża.

Beata nadal mu się przypatrywała, nie mając zamiaru ciągnąć go za język, a deszcz coraz wścieklej uderzał o szybę.

– Upewniłem się, że okna są pozamykane, tudzież że samochody nie stoją w pobliżu żadnych drzew – wyjaśnił.

– Zazwyczaj to nie goście zajmują się takimi sprawami.

– Nie mogłem spać przez deszcz i grzmoty. Uznałem, że w takiej sytuacji przynajmniej na coś się przydam.

– I faktycznie się pan przydał.

– To się okaże – odparł Edling i zerknął na ciało chłopaka. – Coś oprócz mnie budzi pani podejrzliwość?

Inny przełożony być może poczułby się urażony pytaniami, które zadała. Ten jednak był wyraźnie usatysfakcjonowany.

Beata wsunęła ręce do kieszeni spodni – nawyk, którego Edling nauczył ją podczas badania pierwszego miejsca zbrodni, by nie zatarła przypadkiem żadnych śladów. Poświęciła moment na przyjrzenie się otoczeniu. Chodziła po pokoju, sprawdziła wszystkie zakamarki, potem kucnęła przy zwłokach.

Jeszcze na studiach mówili jej, że zabójstwa dzieci są najcięższe, szczególnie dla kobiet. Nie mylili się.

Po przyjrzeniu się ofierze na powrót zajęła się analizą miejsca zdarzenia. Wzięła dwie chusteczki, a następnie po kolei otwierała wszystkie szafki, szuflady, minibar i inne miejsca, do których wcześniej nie zajrzała. Kiedy skończyła, schowała chusteczki i znów wsunęła dłonie do kieszeni.

– Nigdzie nie ma narzędzia zbrodni – odezwała się.

– Cóż, tak kategoryczny bym nie był.

– Hm?

– Nie przeszukaliśmy jeszcze wszystkiego.

Drejer zerknęła na ciało.

– Cios został zadany czymś w rodzaju młotka – rzuciła. – Raczej dużego, wziąwszy pod uwagę rozmiar rany i jej głębokość.

– Tak. Inne obrażenia zdają się to potwierdzać.

– To musiał być niemały przedmiot – powtórzyła Beata. – Który raczej trudno ukryć w hotelowym pokoju. Nie ma tu skrytek, schowków ani dziur pod podłogą.

– Mimo wszystko musimy sprawdzić dokładniej.

Robił to zastrzeżenie tylko dla porządku, sam bowiem doskonale wiedział, że sprawdziła miejsca, w których młotek lub podobny przyrząd mógłby się znajdować.

Wzięła nową chusteczkę, po czym podeszła do okna. Spróbowała je otworzyć, ale klamka poruszała się z trudem. Otwarcie starego, być może zardzewiałego mechanizmu wymagało trochę siły.

Zastanawiała się jeszcze przez moment.

– To nie ma sensu – oznajmiła w końcu.

Gerard uniósł brwi.

– Zgodnie z pańskim zeznaniem drzwi były zamknięte od wewnątrz.

– Owszem. Potwierdzi to też matka, która próbowała dostać się do środka.

Drejer wskazała na wyłamane zamknięcie.

– Ewidentnie nie da się tego rygla zasunąć od strony korytarza.

– Ewidentnie – potwierdził Edling. – Inaczej nie spełniałby swojego zadania.

– Ale okno też jest zamykane od środka. W dodatku klamka chodzi tak ciężko, że raczej trudno byłoby ją podważyć z drugiej strony.

– Zgadza się. Ponadto jesteśmy na piętrze.

Beata bezradnie potoczyła wzrokiem dookoła, a potem rozłożyła ręce.

– W takim razie jak zabójca się tu dostał? – rzuciła.

– To pytanie nie jest istotne.

– Nie?

– Powinno brzmieć: jak zabójca się stąd wydostał?

3

Krynica Morska, Żuławy

Kilka pytań odbijało się uporczywym echem w głowie Edlinga, konkurując ze sobą o jego niepodzielną uwagę. To, które zadał Beacie, było w forpoczcie, kolejne jednak coraz szybciej próbowało wysforować się naprzód.

– Dlaczego teraz? – zwerbalizował je.

Drejer na moment przestała szukać sposobu, dzięki któremu sprawca mógłby się wydostać, i skupiła wzrok na Gerardzie.

Niemal modelowo udawało jej się zachować zimną krew. Nie spodziewał się po niej niczego innego, od początku zakładał, że to ten rodzaj śledczej, która potrafi zaakceptować trudne emocje i je oswoić.

– Co konkretnie ma pan na myśli?

– Moment zabójstwa.

– A znamy go?

– Orientacyjnie – odparł. – Plamy opadowe już wystąpiły, ale są blade, rozproszone i zanikają przy dotyku.

– Przecież nie dotykał pan zwłok.

Słuszna uwaga, skwitował w duchu Edling.

– Zrobiła to matka ofiary – wyjaśnił.

Beata skinęła głową, ale nie dała po sobie poznać, że udało mu się rozwiać wszystkie jej wątpliwości. Nie sądził, by rzeczywiście go podejrzewała. Raczej próbowała zachować się dokładnie tak, jak ją uczył.

Za hipotetycznego sprawcę należało uznać każdego, dopóki nie dało się go wyeliminować z tego kręgu.

– Matka nie miała problemów ze zmianą pozycji ciała syna, więc nie wystąpiło stężenie pośmiertne – ciągnął Gerard. – A kiedy brała poduszkę, odnotowałem reakcje interletalne w ciele ofiary.

– To znaczy?

– Mechaniczne drgnienie mięśni.

Drejer mruknęła na potwierdzenie.

– Wszystko to prowadzi do wniosku, że od momentu śmierci minęła przynajmniej godzina – ocenił Edling. – Ale moim zdaniem nie więcej niż półtorej.

– Trzeba by zmierzyć temperaturę ciała.

– Trzeba by – przyznał. – Obawiam się jednak, że nie mamy czym.

– Może na dotyk?

– Zbyt niedokładne. Szkoda kontaminować zwłok dla tak wątpliwego rezultatu.

Drejer westchnęła cicho, a potem na powrót zaczęła przechadzać się po pokoju w poszukiwaniu potencjalnych miejsc ucieczki sprawcy. Było to działanie tyle konieczne, ile bezowocne.

– Załóżmy, że ma pan rację – odezwała się. – I zabójstwo rzeczywiście miało miejsce przeszło godzinę temu.

– Mhm.

– Sugeruje pan, że moment został wybrany świadomie?

– Tak.

– Na jakiej podstawie?

– Takiej, że nic tu nie wskazuje na zabójstwo w afekcie – odparł Edling. – Nie ma narzędzia zbrodni, nie ma śladów włamania ani w ogóle dowodów na to, by ktoś poza ofiarą tutaj był. Cokolwiek się wydarzyło, zostało precyzyjnie zaplanowane i skrupulatnie zrealizowane.

Kolejny silny podmuch wiatru sprawił, że krople deszczu uderzyły o okno niczym szarańcza. Beata odwróciła się plecami do szyby i przysiadła na parapecie.

– Ktoś czekał na to, aż zostaniemy odcięci od świata?

– Otóż to.

– W jakim celu?

– To właśnie musimy ustalić.

– Przecież to działa na niekorzyść zabójcy – zauważyła, krzyżując ręce na piersi. – Powstaje zamknięty krąg podejrzanych, w dodatku nie ma jak uciec, gdyby coś poszło nie tak.

– Mimo wszystko jakiś powód musi istnieć.

– Lub to przypadek.

– Nie wydaje mi się.

– Dlaczego?

– Bo przypadek to zazwyczaj pseudonim, pod którym kryje się motywacja sprawcy.

Drejer trudno było wyobrazić sobie sensowny cel, jaki przyświecałby zabójcy, by wybrać akurat ten moment. Nie była też przekonana co do tego, czy miałby jak wcześniej się przygotować.

– Prognozy pogody nie są objęte tajemnicą państwową – zauważył Edling.

Uśmiechnęła się pod nosem, nie pierwszy raz w podobnej sytuacji. Gerard miał zdolność czytania z niej jak z otwartej książki. Zresztą nie tylko z niej.

– Od kilku godzin wiedzieliśmy, że sztorm będzie większy, niż się pierwotnie spodziewano, wiatr osiągnie nawet dziewięć stopni w skali Beauforta, wiatr dochodzić będzie do osiemdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę, a fale do kilku metrów wysokości.

– Ale nie wiedzieliśmy, że całkowicie nas odetnie od świata.

– To prawda – przyznał Edling. – Zatem niewykluczone, że zabójca planował wykorzystać pogodę, by uciec niezauważony. Zalanie drogi wojewódzkiej mogło pokrzyżować mu plany.

– W takim razie odłożyłby zabójstwo.

– Chyba że dostrzegł w tej sytuacji jakąś szansę – odparł Gerard.

Beata zmarszczyła czoło.

– Jaką?

Zamiast odpowiedzieć, zamiast badać ciało, zamiast analizować każdy skrawek pokoju, Edling nagle odwrócił się, a potem ruszył do drzwi. Otworzył je i bez słowa wyszedł na korytarz.

– Panie prokuratorze?

Rzuciła to właściwie bez nadziei na odpowiedź, jednocześnie za nim ruszając. Niedostatecznie oświetloną klatką schodową zeszli na dół, po czym zatrzymali się przed głównym wejściem do hotelu.

Gerard powiódł wzrokiem dookoła.

– Coś nie tak? – rzuciła Drejer.

– Prosiłem funkcjonariuszkę ze Śląska, by sprawdziła, czy ktoś wchodził lub wychodził.

– Może poszła na tyły?

– Najprawdopodobniej – odparł, a potem poprawił kamizelkę, by lepiej się układała. – Szczególnie że tędy nikt nie wychodził.

Beata zerknęła na drzwi, niespecjalnie rozumiejąc, skąd tak jednoznaczna ocena. Zdążyła poznać przełożonego na tyle, by wiedzieć, że nie należy do osób przedwcześnie ferujących wyroki. Zwłaszcza gdy nie ma ku temu żadnych podstaw.

– Skąd ta pewność?

– A jak pani sądzi?

– Zostawił pan włos na ościeżnicy, spodziewając się, że dojdzie do zabójstwa?

– Naturalnie. Robię tak we wszystkich hotelach, gdzie spędzam noc.

Drejer posłała mu długie spojrzenie, a on w końcu się pod nim ugiął. Wskazał podłogę przy drzwiach.

– Przy takiej ulewie i zacinającym deszczu na podłodze byłaby spora kałuża – oznajmił.

– Cóż…

– Nie przekonuje to pani?

– Nie chcę psuć panu passy z trafną dedukcją, ale ktoś mógł ją wytrzeć.

– Owszem – przyznał Gerard. – Dlatego sprawdzimy schowki i pomieszczenia gospodarcze.

Postąpili zgodnie z jego sugestią, ale nie znaleźli niczego, czym można by wytrzeć tak dużą ilość wody. Mopy i ścierki były suche, nie dało się jednak wykluczyć, że użyta rzecz znajdowała się w jednym z pokojów.

Zaczęli sprawdzać kolejne miejsca, dzięki którym sprawca mógłby się wymknąć. Nigdzie nie było widać mokrych śladów ani niczego, co zostało wykorzystane do ich wytarcia, na zapleczu kuchni natknęli się jednak na policjantkę ze Śląska i skonfrontowali to, co udało im się ustalić.

– Sprawdziłam wszystko – rzuciła. – Nigdzie nie ma żadnych śladów świadczących o tym, żeby ktoś wychodził. Z tym że nie wiemy, kiedy doszło do zabójstwa, więc…

– Przeszło godzinę temu.

– Jest pan pewien?

– Na tyle, na ile mogę być w tych okolicznościach – odparł krótko Edling, a potem postąpił o krok w stronę kobiety. – Młodsza aspirant Anita Gaberek, dobrze pamiętam?

Policjantka zerknęła na Beatę.

– Powiedziałabym, że nawet za dobrze. Tylko raz podawałam szarżę.

– Tyle zazwyczaj wystarcza, jeśli ktoś uważnie słucha.

– Okej…

– Skąd pani przyjechała?

– A dlaczego to istotne?

Drejer uznała, że pora się włączyć, nim przełożony zacznie rzucać uwagi, które każdy normalny człowiek weźmie za zarzuty.

– Wszystko jest w tej chwili istotne – rzuciła.

– Z Bytomia.

– Długo tam pani mieszka?

– Od kilku lat – odparła pod nosem Anita Gaberek. – I co to? Przesłuchanie?

– A sądzi pani, że jest konieczne?

Młodsza aspirant się zawahała, po czym przewróciła oczami.

– W porządku, załatwmy to od razu – rzuciła.

– Co konkretnie?

– To, co was interesuje. W czasie zabójstwa byłam w swoim pokoju, czytałam książkę i wymieniłam parę esemesów ze znajomymi, wszystkie są opatrzone godziną. Ofiary nie znam i nie znałam, nie miałam też jak dostać się do jej pokoju.

– Nikt nie miał jak – zauważyła Beata.

Gaberek patrzyła na nią jeszcze przez moment, nim przeniosła wzrok na Edlinga.

– A tę wodę można było wytrzeć szlafrokiem czy koszulką – dorzuciła, jakby szukała możliwości, by zrewanżować się za te pytania.

– Hipotetycznie.

– Praktycznie też.

– Nie sądzę, żeby przy takich opadach dało się to zrobić tak dokładnie. Nawet chwilowe otwarcie drzwi czy okna sprawiłoby, że do środka wlałaby się woda.

Jakby na potwierdzenie kolejna fala deszczu uderzyła o okna. A może po prostu dopiero teraz Beata to odnotowała. Tak czy owak Gerard miał rację, nawałnica była zbyt duża, by w pośpiechu dało się zetrzeć wodę czymś, co niespecjalnie ją wchłaniało.

– Trzeba oczywiście sprawdzić każde z pomieszczeń – dodał Edling.

Nie było ich wiele, ośrodek nie należał do największych. Wodnik powstał jeszcze w PRL-u i nawet wtedy nie miał ambicji, by przyjmować ludzi na wczasy pracownicze. Potem przez lata podupadał i nigdy nie doczekał się rewitalizacji.

Jego główny problem stanowiło położenie. Znajdował się z dala od plaż, z dala od centrum Krynicy, był ostatnim ośrodkiem na Mierzei Wiślanej, za którym rozciągały się tylko las i teren przygraniczny, oddzielający Polskę od Rosji. Nie było tu czego szukać.

Beata zakładała, że właśnie dlatego Janusz Kantyk zorganizował szkolenie tutaj. Nie miał dużych środków, nie liczył też na wielkie wpływy do własnej kieszeni. Chciał podzielić się wiedzą na temat analizowania mowy ciała, w którą wyposażył się za granicą.

Trudno było powiedzieć, czy spodziewał się aż tak niskiej frekwencji. Z pewnością jednak nie spodziewał się, że straci tutaj syna.

Drejer wzdrygnęła się na tę myśl, po czym szybko skupiła się na zadaniu. Wraz z Edlingiem i Anitą Gaberek sprawdzili wszystkie otwarte pomieszczenia i pokoje. Nigdzie nie było mokrych szmat ani ubrań.

Po kilkudziesięciu minutach wybiła pora, o której cała grupa miała zebrać się w stołówce.

Małżeństwo Kantyków siedziało z dala od reszty, odseparowane zarówno od niej, jak i od siebie. Nie obejmowali się już, nie pocieszali. Zdawali się całkowicie pogrążeni w bolesnym, upiornym stuporze.

Pozostali patrzyli na siebie nieufnie. Szczególnie kiedy Edling oznajmił, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa po zabójstwie nikt nie opuszczał hotelu.

– Twierdzi pan, że sprawca wciąż jest w budynku? – rzucił profiler z Krakowa.

– Tak właśnie twierdzę.

– A zatem to ktoś z nas?

Beata przyglądała się każdemu z tych ludzi, zachodząc w głowę, czy to faktycznie możliwe. Spotkali się po raz pierwszy w życiu, nic wcześniej ich nie wiązało. Przyjechali raptem dzisiejszego ranka, zdążyli jedynie się rozpakować i wysłuchać krótkiego wstępu Janusza Kantyka.

Jutro miały zacząć się właściwe wykłady.

– To absurdalne założenie – ocenił prokurator z Gdańska.

– Tak samo absurdalne jak fakt, że pokój zamknięto od środka? – włączyła się Drejer.

Byli w podobnym wieku, on także dopiero zaczynał. Mimo to ewidentnie czuł się bardziej doświadczony niż ona. Być może bardziej niż Edling.

– Skonsultujmy najważniejsze ustalenia – rzucił Gerard, po czym zerknął na profilera. – Udało się panu odnaleźć kogoś z administracji?

– Nie.

– Jak to? – spytała Gaberek. – Nikogo tu nie ma?

– Nikogo. Wygląda na to, że jesteśmy sami.

– To w ogóle możliwe?

– W sensie?

– Ktoś z obsługi powinien chyba być zawsze na miejscu.

Zaległa ciężka cisza, a Beata pożałowała, że nie zabrała ze sobą paczki cienkich fajek. Paliła właściwie zazwyczaj u siebie w sypialni, po tym, jak z Arkiem skończyli. Było to jedyne miejsce w ich klitce na ZWM-ie, w którym mogła to robić – i właściwie jedyna sytuacja. Inaczej jej partner protestował.

– Może wyjechali tuż przed sztormem – zauważyła. – Z obawy, że rano nie wrócą do domu.

– Nie – rozległ się głos z oddali.

Wszyscy obrócili się w stronę Janusza Kantyka. Nie wstał z podłogi, właściwie nawet nie podniósł głowy. Siedział pochylony, złamany, jedynie resztkami sił trzymając się rzeczywistości.

– Zarządca obiektu mieszka w niewielkim budynku obok – dodał.

Po plecach Beaty przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Głos mężczyzny przypominał gasnącą, niemal wypaloną zapałkę.

– Oprócz niego nie ma tu nikogo.

Więcej nie powiedział.

Drejer jednak więcej nie potrzebowała, od razu podjęła decyzję. Rzuciła do pozostałych, że zaraz po niego pójdzie, po czym zabrała kurtkę z pokoju, naciągnęła kaptur i otworzyła główne drzwi.

Ledwo to zrobiła, przekonała się, że Edling miał rację. Podmuch wiatru niemal zwalił ją z nóg, niosąc do wnętrza kurtynę deszczu, który rozlał się po podłodze. Z trudem za sobą zamknęła, a potem z jeszcze większym mozołem starała się sprawić, by wichura nie zdmuchnęła jej kaptura z głowy.

Docierając do budynku obok, była już całkowicie przemoczona. Uderzyła w drzwi, ale nie doczekała się żadnego odzewu. Światło w pokoju jednak się paliło, więc podeszła do okna i załomotała w nie.

Zero reakcji. Nie dostrzegła też, by w środku ktokolwiek był.

Obeszła budynek, odnosząc wrażenie, że wiatr wieje z każdej strony i staje się coraz mocniejszy. Zupełnie jakby natura wreszcie postanowiła zniszczyć wszystko to, czym człowiek zanieczyścił jej łono.

Beata uderzała w kolejne okna, ale bez skutku. Przeklęła się w duchu za wyrywanie się do wyjścia, w tamtym momencie sądziła jednak, że jest najodpowiedniejszą osobą. Tylko jej spośród wszystkich Edling mógł zaufać, a sam powinien być tam, gdzie reszta.

– Halo! – krzyknęła, świadoma, że jej głos nie przebije się przez ogłuszający hałas spienionych fal.

Uderzyła jeszcze raz w drzwi, a potem zrobiła to, co powinna była zrobić już dawno. Chwyciła za klamkę i przekonała się, że od początku mogła po prostu wejść do budynku.

Szybko za sobą zamknęła, miała jednak wrażenie, że wiatr dalej nicuje każdy fibr w jej ciele. Zrzuciła kaptur, odgarnęła z twarzy mokre włosy i jeszcze raz krzyknęła.

Żadnej reakcji.

Światło w pokoju się paliło, radio grało. Po właścicielu jednak nie było śladu.

Beata przeszła po niewielkim salonie, zachowując czujność i spodziewając się najgorszego.

– Prokurator Beata Drejer! – rzuciła głośno. – Jest pan tutaj?

Musiał być, na stoliku przy fotelu dostrzegła kubek z niedopitą herbatą, która wciąż była letnia. Musiała stać tu nie dłużej niż dwadzieścia minut, może pół godziny.

– Halo? – spróbowała jeszcze raz.

Zatrzymała się przy radiu i zorientowawszy się, że włączona jest lokalna stacja, pogłośniła. Słuchała, nieustannie się rozglądając.

– Nad Mierzeją Wiślaną nadal przetacza się gwałtowny sztorm – oznajmił prezenter. – Droga wojewódzka numer pięćset jeden została całkowicie zalana, wysokie, kilkumetrowe fale podmyły fragmenty nawierzchni i pobocza, zrywając asfalt, przez co Krynica Morska utraciła komunikację lądową z resztą regionu. Meteorolodzy prognozują, że mieszkańców czeka trudna noc, możliwe będą przerwy w dostawie prądu. Służby kategorycznie zalecają pozostanie w bezpiecznym miejscu i nieopuszczanie go aż do momentu ustania sztormu. Ma to stać się dopiero w godzinach porannych.

Drejer ściszyła nieco, odnosząc wrażenie, że słyszała jakiś odgłos od strony drzwi. Szybko uświadomiła sobie, że wichura musiała ponieść w ich stronę gałęzie lub inne rzeczy, które przewalały się po okolicy.

– Wiatr ma obecnie kierunek północno-zachodni, co sprzyja spiętrzaniu się wód Zalewu Wiślanego i dalszemu wlewaniu się fal na mierzeję – kontynuował spiker. – Prognozuje się opad deszczu na kilkadziesiąt milimetrów w ciągu najbliższych godzin, lokalnie dojdzie do podtopień. Władze województwa pomorskiego ogłosiły stan pogotowia przeciwpowodziowego, uruchomiony został także numer alarmowy, pod który…

Nagle głos radiowca się urwał.

Wraz z nim zgasło światło, a Beata Drejer zanurzyła się w całkowitej ciemności.

4

W momencie, gdy wysiadł prąd, Gerard Edling stał przy oknie, wypatrując wracającej Beaty. Ledwo zgasły światła, opadło go przerażenie, że nie przewidział czegoś, co przewidzieć powinien.

Wyciągnął z kieszeni niedawno nabytego w Erze BlackBerry 7730, włączył wyświetlacz i użył go jako latarki.

– Co jest? – spytała Anita Gaberek. – Ma ktoś…

– Musiało przerwać linie wysokiego napięcia – wpadł jej w słowo prokurator z Gdańska.

Kiedy krakowski profiler użył zapalniczki, by rzucić nieco światła na skrytą w mroku stołówkę, Edling już kierował się do wyjścia. Nie miał zamiaru czekać. Nie miał zamiaru zostawiać Beaty na pastwę losu.

– Gdzie pan idzie? – odezwała się kryminolożka z Warszawy.

Nie odpowiedziawszy, odłożył BlackBerry na szafkę w korytarzu i otworzył drzwi. Wyszedł na zewnątrz, nie zważając na ścianę deszczu, z którą niemal się zderzył. Osłaniając twarz dłonią, ruszył w kierunku sąsiedniego budynku.

Sztorm właściwie uniemożliwiał zobaczenie wyciągniętej przed siebie ręki, Janusz Kantyk jednak dość precyzyjnie wskazał, dokąd trzeba się kierować. Po chwili Edling dostrzegł dom zarządcy ośrodka, a zaraz potem światło w jednym z pokojów.

Z trudem pokonał ostatnie metry i otworzywszy drzwi, wpadł do środka.

– Jezu! – rzuciła Drejer. – Co pan…

Zasadniczo nie musiała kończyć. Był całkowicie przemoczony, miał wrażenie, że przez tę krótką chwilę nawet jego bielizna przesiąkła deszczem.

Rozejrzał się niepewnie.

– Co pan tu robi?

– Przyszedłem.

– Widzę – odparła ostro Beata. – Tylko nie rozumiem po co.

– Zamierzałem pani pomóc.

– W czym?

– W poradzeniu sobie z niebezpieczeństwem.

Drejer otworzyła usta, ale zamiast odpowiedzieć, wymownie potoczyła wzrokiem po pomieszczeniu.

– W takim razie powinien się pan zabierać do dzieła.

– Cóż…

– Może te świece trzeba ugasić? – rzuciła, wskazując stół.

Stał na nim trzyramienny świecznik, dzięki któremu ciemność nieco ustąpiła. I jeśli by rzeczywiście cokolwiek mogło tu spowodować zagrożenie, to chyba należałoby wskazać na niego.

Beata czekała.

– Są tu jakieś ręczniki? – spytał Edling.

– Są.

– Mógłbym skorzystać?

– Mnie proszę nie pytać, jestem w gościach.

– Gospodarza brak?

– Brak – odparła Drejer i nieco spoważniała.

Zrelacjonowała mu, że radio było włączone, a herbata jeszcze lekko ciepła, kiedy tu weszła. Przedstawiła mu też wszystko to, co usłyszała na antenie lokalnej rozgłośni. Gerard w odpowiedzi tylko się skrzywił.

– Ten prokurator z Pomorza skontaktował się ze służbami? – spytała Beata.

– Owszem.

– I?

– Powiedzieli, że nie ma sposobu, by ktokolwiek się tu dostał – odparł Edling. – Gdzie są te ręczniki?

Drejer wskazała mu jedną z szaf w przedpokoju.

– Na piechotę nie przejdą, śmigłowiec przy takiej pogodzie nawet się nie poderwie, a droga, jak sama pani zauważyła, jest całkowicie nieprzejezdna.

Znalazłszy ręcznik, Gerard zaczął wycierać twarz i włosy.

– Chce pan coś na przebranie?

– Wytrzymam.

– A jakiś ciężki sprzęt? – spytała.

– Również mi niepotrzebny.

Beata bezradnie uniosła wzrok.

– Mam na myśli, czy policja nie może wysłać czegoś, co będzie w stanie przejechać? To znaczy… co będzie zdolne przejechać?

– „Być w stanie” to poprawny zwrot.

– A nie kalka z rosyjskiego czy niemieckiego?

– Nie – odparł Edling, wycierając kark. – Doceniam ostrożność, ale sformułowanie to występuje w języku polskim tak długo, że nie można mu przypisać obcego rodowodu. Choć istotnie niektórzy mylnie to robią.

– Super.

Gerard przełożył ręcznik przez kark i zerknął na Drejer.

– Tutejsza policja nie ma niczego takiego – podjął. – Polecili zabezpieczyć wszelki materiał dowodowy, a potem czekać, aż sytuacja pogodowa się poprawi.

– Czyli do rana, jeśli wierzyć radiu.

Edling skinął głową i przewiesił ręcznik przez kark.

– Znajdę panu jakąś koszulkę chociaż.

– Nie trzeba.

– To nastawię wody na herbatę.

– Dziękuję, nie ma potrzeby.

– Jest pan cały przemoknięty.

– Polemizować nie będę – odparł szybko Gerard i ponownie otaksował pokój. – Żadnych śladów świadczących o tym, co się stało?

– Pewne są.

– To znaczy?

Beata uniosła rękę i wskazała kilka wieszaków przy drzwiach, na których wedle wszelkiego prawdopodobieństwa powinna wisieć przynajmniej kurtka.

– Gospodarz ewidentnie miał więcej oleju w głowie niż pan.

– Spieszyłem się.

Drejer mruknęła z rezerwą.

– W każdym razie wygląda na to, że zarządca ośrodka wyszedł stąd z własnej woli, inaczej nie fatygowałby się o zabranie kurtki. I miał zamiar zaraz wrócić, stąd nie wyłączył radia ani światła.

– Na to wygląda – potwierdził Edling.

– Myślę, że stało się to jakieś pół godziny temu.

– Więc zarazem pół godziny po tym, jak odnaleźliśmy ciało chłopaka.

– I w rezultacie jakieś półtorej po zabójstwie.

Edling czuł, że przemoknięte ubranie zaczyna mu ciążyć i wychładzać ciało, ale nie miał zamiaru się tym przejmować. Lepszy mokry garnitur niż suchy T-shirt, skwitował w duchu, po czym uznał, że mogłoby to stać się jego mottem.

Otrzepał krawat z kropel deszczu.

– Znalazła pani klucze?

– Klucze?

– Do pokojów i innych pomieszczeń w hotelu.

– Zdążyłam raptem znaleźć świece – odparła Beata. – A potem wpadł pan tutaj jak stado bizonów na amerykańską prerię.

– Barwna analogia.

– Dziękuję.

– To może poszukajmy razem.

Drejer skinęła głową, a następnie oboje zabrali się do roboty. Nie trwało długo, nim namierzyli skrzynkę, w której gospodarz trzymał to, co było im potrzebne. Zabrali klucze do wszystkich pokojów w Wodniku i latarkę, po czym Edling skorzystał z płaszcza, który wisiał w niewielkiej garderobie.

– I tak będzie musiał się pan przebrać.

– Co nie znaczy, że chcę dodatkowo zmoknąć.

– Ma pan w ogóle jakieś ciuchy na zmianę?

– Czemu pani pyta?

– Tak tylko.

– Spodziewa się pani, że dysponuję tylko jednym garniturem?

– Takie głosy chodzą.

– Gdzie?

– Właściwie nigdzie. Proszę zapomnieć, że w ogóle o tym wspomniałam.

– Wydaje mi się, że to będzie raczej trudne.

Wzruszyła niewinnie ramionami, po czym skierowała się ku drzwiom. Edling odprowadził ją wzrokiem, chwaląc w duchu za zachowanie. Właśnie w takich momentach potwierdzała, że nadaje się do tej roboty.

Jej immanentną częścią było spuszczanie powietrza. Szukanie wentyli bezpieczeństwa. Ten, kto nie umiał ich odnaleźć, częstokroć albo się załamywał, albo odchodził z prokuratury.

Beata miała do tego naturalną smykałkę. Potrafiła odciąć się od śmierci, traktować ją nie jako ludzką tragedię, ale przyczynę zgonu, którą należy ustalić. I dzięki temu stworzyć warunki do rozluźnienia atmosfery.

Oprócz tego miała też trochę racji. Gerard nieraz słyszał opinie, jakoby w jego szafie wisiał tylko jeden garnitur.

Przejście z powrotem do hotelu zajęło im nieco więcej czasu niż dotarcie do budynku gospodarza, parli bowiem pod wiatr, smagani kolejnymi silnymi porywami. Osłaniając się i zataczając, w końcu dotarli do celu. Zamknęli za sobą drzwi, z trudem łapiąc oddech.

W korytarzu czekała na nich już cała grupa.

– Pan zwariował? – rzucił profiler z Krakowa.

O ile Edling zdążył się zorientować, to ten człowiek był mu najmniej przychylny.

– Wychodzi pan bez słowa, zostawia telefon, nie bierze nawet żadnej kurtki?

– Nie miałem czasu.

Gerard zrzucił płaszcz, a potem bezowocnie starał się strzepnąć wodę z reszty ubrania. Drejer tylko pokręciła głową.

– I wygląda na to, że mamy kolejny problem – dodał Edling.

– To znaczy? – rzuciła kryminolożka.

– Zarządca ośrodka zniknął.

– Jak to zniknął?

– Wyszedł i nie wrócił.

Kątem oka Edling złowił uśmiech na twarzy Beaty, w porę jednak się zmitygował. Korzystanie z wentyli bezpieczeństwa miało sens, kiedy byli tylko we dwoje, teraz musieli zaprezentować się jako ci, którzy mają choćby znikomą kontrolę nad sytuacją.

Nie musiał sygnalizować tego Drejer, sama przeszła w tryb urzędowy, referując reszcie szczegóły.

– Niech mnie chuj… – podsumował prokurator z Gdańska, kiedy skończyła. – Co tu się dzieje?

Dobre pytanie, uznał w duchu Edling, po czym zaczął rozdzielać klucze pomiędzy zebranych.

– Sprawdźmy pokoje – zasugerował. – Chodźmy dwójkami, by nie było żadnych podejrzeń co do kogokolwiek.

– W takim razie wy się rozdzielacie – mruknął profiler.

– Słucham?

– Pan i pana podwładna.

– Ach, rozumiem. Oczywiście, tak będzie najsensowniej.

– A ja pójdę z panem.

Edling nie zaprotestował, przeciwnie – chętnie skorzystał z okazji, by ocenić, z kim w istocie ma do czynienia. Tuż po tym, jak przebrał się w suchy garnitur, nawiązał z profilerem coś na kształt rozmowy.

Dowiedział się, że mężczyzna nazywa się Wincent Rojewicz, nie jest członkiem żadnych służb, ale od czasu do czasu współpracuje z krakowską policją z ramienia Instytutu Ekspertyz Sądowych. Sam doszkala się z zakresu czytania mowy ciała, ale stara się nie wychylać ze swoją wiedzą.

– Dlaczego nie? – zapytał Gerard, wciąż musząc ciągnąć go za język.

– Wie pan, jak nas traktują mundurowi.

– Niezupełnie.

– Uważają profilerów za szarlatanów. W najlepszym wypadku biorą nas za jarmarcznych jasnowidzów, zwykłych kuglarzy.

– A w najgorszym?

– Za pojebusów.

Edling nie sądził, by konieczne było kalanie języka, ale się nie odezwał. Grunt, że Wincent Rojewicz zaczął mówić i odkrył choć kilka kart. Zaczęli sprawdzać kolejny pokój, choć już na pierwszy rzut oka dało się stwierdzić, że nikogo w nim nie było.

– Zajmuje się pan u Sehna także kryminalistyką?

– Dlaczego?

– Zakładam, że…

– Nie wszyscy są tam stricte od tego – wpadł mu w słowo profiler.

Gerard z godnością przełknął kolejną gorzką pigułkę.

– Sporządza się u nas ekspertyzy z wielu dziedzin. Choćby w zakresie farmacji, filologii, psychologii, nawet akustyki – dodał Rojewicz. – Ja uczestniczę w tworzeniu profili psychofizycznych sprawców.

– Rozumiem.

– Dlaczego pan pyta?

– Bo mamy na górze zwłoki, na które powinien spojrzeć kryminalistyk.

– Ja w tym nie pomogę.

Sprawdzili pokój, a potem przenieśli się do kolejnego. Wciąż nie natrafili ani na otwarte okno, ani na wodę, ani choćby na mokry ręcznik. Rojewicz milczał, przez większość czasu ignorując Edlinga. Odezwał się dopiero, kiedy dotarli do trzeciego pokoju.

– Co pan sądzi? – rzucił oschle.

– Na temat?

Wincent posłał mu krótkie, pełne dezaprobaty spojrzenie.

– Tego, co się stało – mruknął. – Ma pan jakąś hipotezę?

– W tej chwili nie.

Rojewicz sprawdził okno, westchnął bezsilnie, a potem obrócił się w kierunku drzwi. Podszedł do nich, po czym głośno je zatrzasnął.

Gerard uniósł brwi.

– Co pan robi?

– Sprawdzam coś.

Zasunął rygiel, co wymagało nieco siły, mechanizm bowiem od dawna powinien zostać potraktowany smarem.

– Hm.

– Hm? – powtórzył po nim Edling.

– Tego naprawdę nie da się otworzyć od zewnątrz.

– Tak, już to ustaliliśmy.

– W takim razie którędy wyszedł morderca?

Podczas gdy Rojewicz toczył wzrokiem po pokoju, Gerard starał się skupić na analizie jego mowy ciała. Robił to w stosunku do pozostałych uczestników konferencji właściwie od samego początku, ale niczego przydatnego nie odnotował. W przypadku Wincenta również.

Wszyscy zdawali się realnie zszokowani i bezradni.

– Przecież nie rozpłynął się w powietrzu – burknął Rojewicz.

Edling nie odpowiedział, uznając, że szkoda czasu na pustosłowie. Szczególnie że miał teraz okazję, by ustalić to i owo na temat swojego towarzysza.

– Problem „jak” jest w tej chwili nie do rozwiązania – podjął. – Należałoby więc zająć się kwestią „dlaczego”.

– Tak, to prawda.

– Zatem jaką motywację mógłby mieć ktoś z nas, by odebrać życie chłopakowi?

– Żadną.

Wincent wzruszył ramionami, jakby czuł, że musi w ten sposób wzmocnić przekaz.

– Twierdzi pan, że…

– Twierdzę, że chłopak nie był celem ataku – uciął Rojewicz.

– Musi pan ustawicznie wpadać mi w słowo?

Krakowski profiler zdawał się nie rozumieć, w czym problem, i szybko wrócił do przerwanego toku myśli.

– Wydaje się oczywiste, że sprawca chciał uderzyć nie w dziecko, ale w rodziców. To oni byli prawdziwym celem.

– Niewykluczone – przyznał Edling.

– Raczej wysoce prawdopodobne.

– W takim razie należałoby ustalić, czy którekolwiek z nas miało z państwem Kantykami styczność.

– Mhm.

– Pan miał?

Wiele osób parających się innym fachem poczułoby się urażonych tym pytaniem. Rojewicz jednak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że musi ono paść wobec każdego z uczestników.

– Nie – odparł. – Słyszałem o Kantyku, o tym, że szkolił się w Londynie, że ma rzetelną wiedzę na temat czytania mowy ciała. Ale nigdy wcześniej nie uczestniczyłem w żadnym z jego szkoleń, po raz pierwszy spotkałem go wczoraj.

– A jeśli chodzi o jego żonę?

– Nie miałem z nią żadnej styczności.

Gerard przyjął to skinieniem głowy, spodziewając się, że w rewanżu padną pod jego adresem podobne pytania. Zamiast tego Wincent otworzył drzwi i zasugerował, by kontynuowali sprawdzanie pokojów.

– Nie zamierza mnie pan przepytać na podobną okoliczność?

– Nie.

– Z jakiego powodu?

– Bo jest pan świetnym kłamcą.

W pierwszej chwili wzbudziło to w Edlingu chęć protestu, zaraz jednak nadeszła refleksja, że rozmówca ma rację. Latami starał się przekonywać samego siebie, że jest inaczej – gdyby jednak ujawnić Brygidzie wszystkie jego romanse, z pewnością powiedziałaby dokładnie to, co profiler.

– Dzięki czemu pan to stwierdził? – rzucił neutralnym tonem Gerard.

– Dzięki zwykłej obserwacji.

Edling otworzył kolejny pokój, nim jednak zdążył dać krok w przód, do środka wszedł Rojewicz.

– Sprawnie zataił pan pewien fakt i nadal nie zająknął się o nim słowem, mimo że poruszamy ten temat.

– Jaki fakt?

Wincent sprawdził okno. Zamknięte. Potem obejrzał się przez ramię na Edlinga.

– W sprawie pańskiej podwładnej.

– A konkretnie?

– Konkretnie, no cóż… Rozważa pan ze mną, kto miał wcześniejszy kontakt z Kantykiem, i w żaden sposób nie daje pan po sobie poznać, że odpowiedź na to pytanie zna Beata Drejer.

Gerard zatrzymał się na środku pokoju i zmierzył profilera wzrokiem.

– A może pan o tym nie wiedział?

Edling istotnie nie miał o tym pojęcia, nie był zresztą gotów dać wiary słowom, których nie dało się poprzeć dowodami. Nie kiedy chodziło o Drejer. Zrobił krok w stronę Rojewicza, a potem zatrzymał się przed nim.

– Skąd taki pomysł? – rzucił.

– Ciekawe…

– Co takiego?

– Zależy panu na niej. Bardziej niż na zwykłej podwładnej.

– Proszę odpowiedzieć na pytanie.

Wincent posłał mu krótki, sztuczny i wyniosły uśmiech, a potem skierował się do łazienki. Tutaj także nie było niczego, co zostałoby użyte do wytarcia ewentualnej wody.

– Spytałem Kantyka o to, czy którakolwiek z obecnych w Wodniku osób była już kiedyś na jego szkoleniu – rzucił. – Odparł, że tak. Prokuratorka z Opola.

Rozdział drugi

2026 rok

1

ul. Kościuszki, Opole

Noce były niespokojne, a poranki krótkie. Po każdym przebudzeniu Małgorzata Rosa tylko przez kilka sekund mogła cieszyć się błogością czystego umysłu i chwytać powidoki snów, które stanowiły wytchnienie od rzeczywistości. Zaraz potem ta zwalała się na nią z całą mocą.

Wszystko, co się stało, przygniatało ją tak, że z coraz większym trudem wstawała z łóżka. Wielokrotnie w ciągu tygodnia gotowa była w nim zostać, olać pracę, olać cały świat. Po prostu leżeć i udawać, że nie istnieje.

Ani razu sobie na to nie pozwoliła, świadoma, że byłby to krok postawiony na jednokierunkowej drodze.

Odrzuciła kołdrę, jakby ta czymś jej zawiniła, potem poszła do łazienki i zaczęła przygotowywać się do kolejnego dnia. Kolejnego dnia wypełnionego smutkiem, brakiem i uporczywymi myślami. Kolejnego dnia pozbawionego osoby, która powinna jej towarzyszyć.

Nie chciała myśleć o tym, ile czasu minęło, odkąd ostatnim razem widziała Gerarda Edlinga, od kiedy ostatnim razem z nim rozmawiała, od kiedy ostatnim razem mogła go pocałować. Wydawało się to kilkoma wiecznościami.

Zbierała się do wyjścia w ciszy, zastanawiając się, czy wypić kawę w domu, czy wziąć na wynos z kawiarni po drugiej stronie ulicy. Lokal o wymownej nazwie Tutaj zaopatrywał ją właściwie codziennie, ale americano kosztowała trzynaście złotych – niby nic, a jednak sporo, szczególnie gdy pomnożyć to przez liczbę dni w roku. Wychodziło prawie pięć tysięcy. A jeśli dodać do tego coś na ząb, to…

Gocha urwała tok myśli, gdy otworzyła drzwi. Na wycieraczce ktoś postawił niewielki karton.

Kurier o tej porze? Nie, raczej nie, wiedziała doskonale, że zjawiają się później, kiedy ona jest już w redakcji „Głosu Obywatelskiego”. Ten z DPD, miły gość, zostawiał paczki pod drzwiami, pozostali jednak zazwyczaj byli temu niechętni.

Rosa rozejrzała się, dochodząc do wniosku, że może wczoraj jakieś zamówienie trafiło do jednego z sąsiadów i ten wieczorem podrzucił je pod jej drzwi.

Pochyliła się i zamarła.

Na paczce nie było żadnego kodu kreskowego, żadnej naklejki charakterystycznej dla firm kurierskich. Zamiast nich widniał na niej napis wykonany czarnym markerem.

„Beata Drejer

Krynica Morska

2006 rok”.

2

Plac Wolności, Opole

Jeszcze niedawno Rosa nie zwracała uwagi na ceny w menu, kiedy przychodziła dobrze zjeść. Od kiedy jednak zrezygnowała z pracy w warszawskiej centrali NSI i wróciła na etat do opolskiego „Głosu Obywatelskiego”, sytuacja nieco się zmieniła – musiała wynająć tu mieszkanie i wciąż opłacać to w stolicy.

Zamówiła bałkański klasyk, burek sa sirom, czyli zawijane ciasto filo, nadziewane serem. Być może powinna poczekać na osobę, z którą miała się tu spotkać, czas wypieku wynosił jednak ponad pół godziny, a ona przyszła głodna.

Rosa stuknęła palcem w leżący na stole telefon. Jej znajoma powinna się już zjawić. Nie zwykła się spóźniać, przynajmniej nie w czasach, kiedy widywały się w Warszawie.

Gośka spędziła tam rok, pracowała jak opętana i była na najlepszej drodze ku temu, by dostać własny program na antenie NSI. Miał nazywać się „Rekonesans”, być jedną z tych głośnych produkcji, które łączą dziennikarstwo śledcze z działalnością interwencyjną.

Wszystko się posypało, kiedy wróciła do Opola, by nakręcić materiał na temat sprawy Laury Nowosielskiej, zaginionej dziewczyny, której tutejsza prokuratura niegdyś wyrządziła krzywdę. Umorzono wówczas postępowanie w sprawie gwałtu zgłoszonego przez pokrzywdzoną, a ona była przekonana, że stał za tym Gerard Edling.

To, co stało się później, zakończyło się horrorem.

Laura, jak się okazało, córka lokalnego mafiosa, wykorzystała swoje koneksje, by zemścić się na Gerardzie. Doprowadziła do porwania jego syna i postawienia Edlingowi ultimatum.

By ocalić syna, musiał stanąć na szczycie Wieży Piastowskiej, włączyć sprzęt do transmisji, który Laura tam umieściła, a potem zdecydować, czy jest gotów oddać życie.

Gocha stała na dole, patrząc, jak niegdyś najważniejszy dla niej mężczyzna zatrzymuje się na skraju wieży. Jak zerka w dół, świadomy, że nie ma innego wyjścia, że musi popełnić samobójstwo, by uratować Emila.

Wystarczył krok.

Krok, który Gerard postawił.

Rosa zamknęła oczy i głośno wypuściła powietrze z płuc. Nie chciała wracać do tamtych chwil, nie chciała przeżywać tego na nowo.

Wiedziała jednak, że to wszystko będzie musiała opisać osobie, która zaraz miała się tutaj zjawić. Po to przyjechała do Opola. Była dla Gochy ostatnią deską ratunku.

Danie pojawiło się na stole, rozmówczyni jednak wciąż nie dotarła. Ledwo Rosa zaczęła jeść, zobaczyła, że na ekranie komórki wyskoczył esemes. Od razu ją uniosła i przeczytała wiadomość na podglądzie.

„Do chuja Wacława, jak w tak małym mieście mogą być tak duże korki? Za 10 minut będę”.

Gocha odłożyła telefon i starała skupić się na jedzeniu. Myśli jednak meandrowały, a słowa powitania dla znajomej dziennikarki gorączkowo układały się w umyśle. Ani się obejrzała, zjadła połowę ciasta.

Sandra Szpila weszła do restauracji zaraz potem. Legendarna wydawczyni szeregu programów, w których naświetlano grzechy polityków, niedostatki demokracji i patologie wymiaru sprawiedliwości, od razu wypatrzyła Rosę. Uniosła rękę i skierowała się do jej stolika.

Objęły się, po czym Sandra zerknęła na wpół zjedzone danie.

– Świetnie, że poczekałaś.

– Próbowałam.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Rozdział trzeci

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział czwarty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział piąty

Dostępne w wersji pełnej

Posłowie

Dostępne w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Posłowie

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Spis treści

Dedykacja

Epigraf

Meritum publikacji