Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nowa, pełna zwrotów akcji przygoda z nietypowym duetem detektywów!
Albin Larsson, ekscentryczny właściciel butiku z męską odzieżą, jest w Lund postacią dobrze rozpoznawalną. Z pewnością kojarzy go też lokalna policja. Trochę inaczej wygląda sytuacja z jego asystentem, Kjellem Nilssonem. Jednak gdy skromny i nieco tajemniczy pomocnik znika bez śladu, pan Larsson boleśnie odczuwa jego brak.
W trudnych sytuacjach Albin zwykle zwraca się o pomoc do swojego wiernego sojusznika Oskara, który sam boryka się z problemami zarówno w związku, jak i w prowadzonym przez siebie biurze podróży. Mimo to panowie rozpoczynają poszukiwania zaginionego Kjella. Po drodze trafiają na podejrzanych agentów, stary różowy Cadillac z żółtym znakiem taksówki na dachu oraz pewien starożytny sumeryjski zegar słoneczny.
A do tego wszystkiego niejaka Harriet, właścicielka antykwariatu, ginie w tajemniczych okolicznościach. Co to wszystko oznacza?
„Prastary zegar słoneczny i różowy Cadillac” to trzeci tom serii „Morderstwa w Lund” Kallego Löfqvista. Dwie pierwsze części: „Głęboko mrożony mężczyzna w żółtych spodniach” i „Odcięty palec i wścibski nos”, spotkały się z dużym uznaniem czytelników i słuchaczy!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 315
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Bagdad bodil och de uppstoppade husdjuren
Fragment
Przekład z języka szwedzkiego: Karolina Skiba
Copyright © Kalle Löfqvist, 2026
This edition: © Gyldendal Astra/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt graficzny okładki: Anna Slotorsz
Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska
Korekta: Anna Nowak
ISBN 978-91-8076-554-1
Przygotowanie e-booka: www.monikaimarcin.com
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Gyldendal Astra /Gyldendal A/SKlareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.gyldendalastra.pl
Rozdział 1
Była ósma rano, Kjell właśnie się obudził. Jak w każdą środę, miał wolne. Zapalił nocną lampkę i leżał jeszcze przez chwilę. Słyszał, jak w kuchni za ścianą Larsson krząta się przy zlewie. Obaj dobrze znali tę codzienną rutynę. Za kwadrans, kiedy Larsson wyjdzie do butiku, w mieszkaniu znów zapanuje cisza. Jak zawsze, kiedy Kjell miał wolne.
Panowie zamieszkali razem na początku lat osiemdziesiątych. Zaczęło się od tego, że Kjell zatrudnił się u Larssona jako sprzedawca w butiku z odzieżą męską na Lilla Fiskaregatan. Przez pierwsze lata miał dość standardowy czas pracy – pracował od poniedziałku do soboty, w te dni, w które sklep był otwarty. Każdego ranka jeździł tam rowerem z Värpinge leżącego na zachód od Lund, gdzie znajdowało się gospodarstwo jego rodziców zastępczych.
Praca w butiku stała się dla niego sensem życia. Larsson dobrze go traktował, a elegancki sklep ‒ jego asortyment, klienci oraz wystrój ‒ dawał mu wytchnienie od życia w zaniedbanym domu, w którym mieszkał. Dzieciństwo w adopcyjnej rodzinie Nilssonów nie zawsze było łatwe. Znacznie starsze rodzeństwo Kjella, Britta i Ebbe, na ogół uprzykrzało mu życie, stale przypominając, że to oni są biologicznymi dziećmi rodziców, jego zaś wyzywali od podrzutków, a często jeszcze gorzej. Przybrani rodzice nie okazywali mu większego wsparcia, nawet po wyprowadzce Britty i Ebbego nie doświadczył z ich strony specjalnego zainteresowania. Nikt go nie pilnował: sam decydował, kiedy wychodzi i wraca, do lodówki sięgał bez pytania. Nie było mowy o wspólnych posiłkach, z wyjątkiem Bożego Narodzenia i Wielkanocy.
W dniu, w którym dostał swoją pierwszą pracę – jako kucharz w jednej z gorszych spelun w Lund – rodzice kazali mu się wyprowadzić do pokoju w budynku gospodarczym obok głównego domu mieszkalnego. Ściągali od niego czynsz, a choć nie płacił im dużo, zimą w pokoju wiało i było zimno, poza tym Kjell nie najlepiej się tam czuł. Marzył o tym, żeby zostać meteorologiem. Niestety, miał za słabe oceny w szkole średniej, by dostać się na studia. W knajpie niewiele zarabiał, a gburowaty szef kuchni całymi dniami beształ jego i pozostałych kucharzy tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Kjell szukał lepiej płatnej pracy i chciał odłożyć trochę pieniędzy na dodatkowe kursy, dzięki którym podniósłby kwalifikacje, codziennie więc przeglądał poranną prasę w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego. Oferta na stanowisko sprzedawcy w butiku Larssona wyglądała obiecująco. Pojechał na rozmowę ubrany w garnitur z bierzmowania i dostał tę posadę. Pan Larsson miał uwagi co do jego ubioru, ale poza tym wydawał się miły i odnosił się do niego z szacunkiem. Pozwolił Kjellowi pożyczyć kilka garniturów, koszul i krawatów z asortymentu sklepu. Larsson nazwał te eleganckie ubrania roboczymi i nigdy nie zażądał za nie należności. W życiu Kjella nastąpił przełom. Pokochał pracę w sklepie. Spokój i wyrafinowane otoczenie stanowiły wyraźny kontrast do stresu i napiętej atmosfery w restauracyjnej kuchni.
Pewnej ciemnej jesiennej nocy w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim roku wszystko się zmieniło. O wpół do trzeciej ostry zapach wyrwał ze snu Kjella śpiącego w swoim łóżku. Podniósł roletę i jego oczom ukazał się przerażający widok: cały budynek mieszkalny stał w płomieniach! Wciągnął spodnie i narzucił kurtkę na piżamę, po czym wybiegł na podwórze. W oddali usłyszał syreny straży pożarnej. Próbował wyważyć drzwi wejściowe, lecz były zamknięte, a rodzice nie powierzyli mu klucza. Huk ognia trawiącego dom i obraz wirujących płatów sadzy na tle nocnego nieba na zawsze wryły mu się w pamięć. O świcie stary drewniany dom był doszczętnie spalony. Pozostały jedynie murowane ściany szczytowe i komin stojące wśród zwęglonych szczątków będących niegdyś jego domem z dzieciństwa.
Dwa dni później został wyrzucony z pokoju w budynku gospodarczym. Przybrani rodzice zapisali cały majątek Britcie i Ebbemu i ci nie chcieli, żeby Kjell nadal tam mieszkał, ponieważ postanowili jak najszybciej sprzedać resztę gospodarstwa, a twierdzili, że łatwiej pozbyć się domu bez lokatora. Kjell mógł zatrzymać rower, te kilka zaś wartościowych przedmiotów, które trzymał w swoim pokoiku ‒ jakieś książki, kilka zdjęć i trochę ubrań ‒ spakował do dwóch kartonów po bananach. Tylko dokąd miał się przeprowadzić? Przymocował pudła do bagażnika i z chwiejącym się ładunkiem przeszedł pięć kilometrów, aż dotarł do Lund. Pod wieczór znalazł mały, tani, ale przytulny pokój w hotelu przy Skomakaregatan, gdzie nareszcie mógł odetchnąć.
Kiedy następnego dnia przyszedł do pracy, Larsson poczuł od niego zapach dymu i wpadł w szał na wieść o tym, że Kjell został eksmitowany w trybie natychmiastowym. Nazwał Brittę i Ebbego szujami i bandytami i natychmiast zaproponował swojemu pracownikowi, żeby zamieszkał u niego. Pokojówka Larssona właśnie złożyła wypowiedzenie i się wyprowadziła, więc służbówka stała pusta. Kjell mógł tam mieszkać przez jakiś czas, aż Larsson znajdzie nową pomoc domową. Kjell z wdzięcznością przystał na tę propozycję.
Ten „jakiś czas” trwał już czterdzieści lat. Pewnego dnia szef zapytał Kjella, czy nie podjąłby się wykonywania niektórych prac domowych, a on się zgodził i od tamtej pory pracował dla niego od rana do nocy – najpierw w butiku, a przez resztę dnia u niego w domu. W środy natomiast miał wolne i mógł robić, co tylko chciał.
W tę środę akurat nie miał zbyt wielu planów. Zdecydował, że wybierze się do miasta i odwiedzi znajomych z innych sklepów w centrum ‒ tych, z którymi przez lata pracy u Larssona nawiązał bliższe relacje. Najbardziej cieszył się na wizytę w Harriet Antiques, sklepie z antykami i interesującymi starociami, położonym przy ulicy Lilla Gråbrödersgatan. Często zaglądał do Harriet i wiedział, że właśnie to najlepszy dzień tygodnia na odwiedziny, ponieważ dziś rozpakowywała i wystawiała wszystkie nowe rzeczy, które przyszły po weekendzie. Zdarzało się, że dzwoniła do niego już na początku tygodnia, jeśli otrzymała coś wyjątkowego, co jej zdaniem mogłoby mu się spodobać. W tym tygodniu się nie odezwała, ale wizyta w sklepie ze starociami i krótka pogawędka z pogodną Harriet zawsze sprawiały mu przyjemność.
Kjell usłyszał głuchy trzask zamykających się drzwi wejściowych. Wstał z łóżka i podszedł do okna, podniósł roletę i zmrużył oczy w porannym słońcu. Z wychodzącego na wschód okna roztaczał się widok na podwórze oraz park za biblioteką miejską. Zapowiadał się piękny dzień. Między koronami drzew na tle intensywnie błękitnego nieba rysowały się delikatne smugi pierzastych chmur. Kjell interesował się meteorologią od czasów młodości. Dwa razy dziennie sprawdzał narzędzia pomiarowe i skrupulatnie zapisywał wszystkie obserwacje w tabeli. Larsson, właściciel tego okazałego secesyjnego budynku, w którym mieszkali, hojnie sfinansował instalację stacji meteorologicznej na dachu. Urządzenie mierzyło prędkość i kierunek wiatru, ciśnienie atmosferyczne i temperaturę, i przekazywało wszystkie dane cienkim kablem do odbiornika umieszczonego na parapecie w pokoju Kjella. Jedyną trudność sprawiało monitorowanie ilości opadów, deszczu i śniegu. W tym przypadku korzystał z danych Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, i to musiało mu wystarczyć. Kjell stwierdził, że warunki pogodowe niewiele się zmieniły od poprzedniego dnia i że wyż prawdopodobnie się utrzyma, czyli nadal będzie słonecznie.
Ubrał się i zjadł dwie kromki chrupkiego chleba, jedną z serem, drugą z marmoladą. Tuż po wpół do dziesiątej zamknął za sobą drzwi wejściowe, po czym zbiegł w podskokach po czterech schodkach i wyszedł przez bramę. Plac Clemenstorget tętnił życiem. Odkąd linia tramwajowa miała przystanek końcowy po północnej stronie, kręciło się tu więcej ludzi niż wcześniej. Na wprost bramy, na południowym krańcu placu, kilku handlarzy rozłożyło towary w jesiennym słońcu. Większość stoisk oferowała rzeczy używane, ale sprzedawał tam również kwiaciarz i pomarszczona staruszka oferująca ciastka własnej roboty chyba przez cały rok na okrągło.
Kjell, pogwizdując, skręcił w ulicę Sankt Petri kyrkogata i szedł dalej Winstrupsgatan. Minął gmach Wydziału Prawa i wkrótce dotarł do sklepu Harriet. Przystanął na chwilę i spojrzał na wystawę. Większość przedmiotów pamiętał z poprzednich wizyt, lecz pośrodku witryny leżało coś, czego wcześniej nie widział – półokrągły kamień wielkości płyty winylowej. Z otworu w jednym boku rozchodziły się wyryte linie, które tworzyły wzór przypominający wachlarz. Piękny kamień o żółtawym odcieniu był jednak zniszczony – miał nierówne krawędzie, jakby został odłamany od większej skały.
‒ Cóż za unikatowy okaz – powiedział Kjell po cichu i chwycił za klamkę. Drzwi były otwarte, choć do dziesiątej zostało piętnaście minut. Kiedy wchodził do środka, rozległ się przyjemny dźwięk dzwonka. Rozejrzał się po sklepie, ale nikogo nie dostrzegł. Zaciekawiony podszedł do jednej z drewnianych półek i przesunął wzrokiem po fascynującej kolekcji przedmiotów. Tłoczyły się tam stare zegary stołowe i osobliwe pamiątki z różnych zakątków świata: stojak na długopisy z jadeitu z chińskimi inskrypcjami, kilka kolorowych ikon i wypchany dzięcioł na zakrzywionym patyku.
– Już idę! – rozległ się głos z piętra, dokąd prowadziły spiralne schody umiejscowione pośrodku sklepu.
– Nie spiesz się, Harriet! To tylko ja, Kjell!
– O, cześć! Czy możesz wejść na górę? Pomógłbyś mi z jedną rzeczą.
Zawahał się przez moment, zastanawiając się, czy nie powinien przekręcić zamka w drzwiach, lecz uznał, że antykwariuszka z pewnością wszystko ma pod kontrolą. W kilku szybkich krokach pokonał spiralne schody i znalazł się w ciasnym, ciemnym korytarzu. Choć wiedział, że mieszkanie Harriet znajduje się nad sklepem, jeszcze nie nadarzyła się okazja, żeby ją tam odwiedzić.
– Jestem tutaj! ‒ usłyszał głos dochodzący z sąsiedniego pomieszczenia.
Przekroczył próg i stanął w pokoju przypominającym salon. Tu również panował mrok pomimo dwóch dużych okien wychodzących na ulicę. Przez grube, bordowe aksamitne zasłony nie wpadało wiele światła, posępną atmosferę miejsca potęgował ciemny wystrój wnętrza. Na ścianach wisiały obrazy olejne w ponurych barwach, a z jednej strony pokoju ciągnął się regał zapełniony książkami i dziwnym zbiorem różnorakich przedmiotów. Gdyby nie sofa i telewizor w rogu oraz przytulna kuchnia widoczna za otwartymi drzwiami na drugim końcu pomieszczenia, można by pomyśleć, że to część sklepu i że wszystko, co się tu znajduje, jest na sprzedaż.
– Dzień dobry, Harriet – przywitał się. ‒ Jak tu ładnie!
– Cześć, Kjell. Tak myślisz? No, nie wiem. Przez lata zgromadziłam tyle tych rupieci… Zwykle siedzę sobie tutaj, na sofie, i przeglądam przedmioty, które kupiłam. Wszystkie te rzeczy są takie ładne, nie mam serca ich sprzedawać, więc po prostu lądują tutaj na półce bez żadnego pożytku. Ale cieszę się, że przyszedłeś!
– Ja też. W czym mogę ci pomóc?
– Chodzi o tę sofę. – Przyjaciółka położyła dłoń na podłokietniku brązowego mebla w stylu lat pięćdziesiątych.
Harriet wyglądała na jakieś sześćdziesiąt lat i była dość niskiego wzrostu. Jak zwykle miała na sobie jednokolorowy kombinezon z lejącego się materiału i szeroki żółty pasek w talii. Gdyby była młodsza, pół metra wyższa i trochę szczuplejsza, wyglądałaby jak agentka z pierwszych filmów o Jamesie Bondzie. Jej rudobrązowe włosy perfekcyjnie upięte w kok francuski (a może to peruka?) idealnie pasowały do tego stylu.
– Jaki jest problem z tą sofą? – spytał z ciekawością Kjell.
– Moja siostra przyjeżdża tu dziś wieczorem i zostanie na noc. Ta sofa się rozkłada i pomyślałam, że mogłaby na niej spać, tylko nie pamiętam, jak ją rozłożyć. Może ty umiesz?
– Zawsze mogę spróbować – stwierdził Kjell i pociągnął za pasek wystający między oparciem a poduszkami siedziska.
Po kilku próbach udało mu się podnieść oparcie i zwolnić blokadę, dzięki czemu siedzisko wysunęło się do przodu i sofa w mgnieniu oka zmieniła się w łóżko.
– Myślę, że tam w środku powinna być poduszka i kołdra – dodała Harriet. – Sprawdzisz, czy są?
Kjell pochylił się i oparł kolano o łóżko. W tym momencie całość na powrót się złożyła i został niemal wessany do środka.
– O matko! – Harriet zachichotała. ‒ Chyba zapomniałeś to zablokować! Pamiętam, że trzeba to zrobić, bo inaczej łóżko się składa.
Pomógł w ścieleniu posłania, a potem zeszli razem do sklepu.
– Zwróciłem uwagę na coś ciekawego na wystawie. – Wskazał dziwny kamień. ‒ Co to takiego?
– Chyba jakiś zegar słoneczny. – Harriet wzięła kamień z okna wystawowego. ‒ W ten otwór na dole wkłada się patyk, który rzuca cień na wyrzeźbione linie, kiedy świeci słońce. Właśnie przyjechał. Kupiłam go razem z całym mnóstwem innych starych przedmiotów z Bliskiego Wschodu od mężczyzny, który zaszedł do sklepu. O, tutaj z kolei jakiś wazon z tego samego pudła… Wydaje mi się, że z prawdziwego mosiądzu.
– Interesujące – stwierdził Kjell i naprawdę tak uważał. Zegar słoneczny wyglądał na bardzo stary i pasowałby do jego kolekcji wiekowych przyrządów do obserwacji pogody.
– Tak, to ładny okaz, ciekawe, ile ma lat. Mężczyzna, który mi go sprzedał, powiedział, że odziedziczył go po wuju. Chyba wspomniał, że pochodzi z Iranu czy z jakiegoś takiego kraju.
– Ten wuj?
– Nie, zegar słoneczny. A właściwie, jeśli dobrze pamiętam, to wuj również. Ten facet dużo gadał i nie wszystko pamiętam.
– Ile chcesz za ten zegar?
– No, powiedzmy… trzysta koron? Albo dostaniesz go za dwieście, pomogłeś mi przecież z sofą.
– Świetnie! ‒ ucieszył się Kjell i wyjął portfel z wewnętrznej kieszeni kurtki. Wolał płacić gotówką i nie mógł się nadziwić, jak powszechne stały się płatności kartą i zbliżeniowe. Nie przepadał jednak za banknotem dwustukoronowym. Widniał na nim portret Ingmara Bergmana, człowieka, którego niespecjalnie rozumiał.
Zadowolony z zakupu wrócił do domu. Początkowo planował dłuższy spacer po mieście, ale zegar słoneczny okazał się zbyt ciężki, a uchwyty plastikowej torby, w której go niósł, wrzynały mu się w palce. Gdy znalazł się w swoim pokoju, przesunął pelargonię, robiąc miejsce na nowy nabytek na głębokim parapecie. Przeszukał piórnik, by znaleźć coś, co mogłoby posłużyć jako patyk i pasowałoby do małego otworu. Szybko doszedł do wniosku, że najlepiej się sprawdzi czterokolorowy długopis Bic. Na powierzchni kamienia pojawił się wyraźny cień. Spojrzał na zegarek. Wpół do jedenastej. Jak właściwie ustawia się zegar słoneczny? Postanowił poczekać do pełnej godziny i dopiero wtedy oznaczyć kamień. Może mógłby starannie napisać godzinę ołówkiem przy jednej z kresek?
Z rozmyślań wyrwał go telefon od Harriet. Jej zazwyczaj pogodny głos był teraz spokojny i cichy.
– Słuchaj, chodzi o ten zegar słoneczny, który właśnie ode mnie kupiłeś… Przyszedł do sklepu pewien zdeterminowany klient z zagranicy i bardzo chciałby go kupić. Przechodził tędy wczoraj wieczorem i zauważył go na wystawie.
– Rozumiem, ale przecież to ja go kupiłem – odrzekł Kjell, lekko zdezorientowany.
– On chce za niego dać pięć tysięcy koron. Najwyraźniej wzięłam od ciebie za mało.
– Nie sprzedam go – odparł krótko Kjell.
– On nie wierzy, że go sprzedałam, myśli, że nadal go mam i gdzieś ukrywam. Jest bardzo uparty. Co mam zrobić? Nie znam za dobrze angielskiego…
Kjell nie lubił konfliktów, jednak zegar słoneczny należał do niego. Sprawiedliwość musiała zwyciężyć.
– Po prostu powiedz mu, jaka jest sytuacja. Nie może przecież kupić czegoś, co nie jest na sprzedaż.
– No tak, masz rację. Mogę dać mu twój numer telefonu, żeby się z tobą skontaktował? Być może zmienisz zdanie?
– Sam nie wiem… – odparł Kjell, czując pewien niepokój rozchodzący się po ciele. Pięć tysięcy koron to spora suma za kamień, do którego jeszcze się nie przywiązał.
– Kjell, pomocy ‒ szepnęła Harriet. ‒ Do sklepu wszedł właśnie jeszcze jeden mężczyzna, chyba znajomy tamtego. Przeszukują regały i… No, hello there! You cannot go upstairs! It is private! Muszę kończyć.
Kjell stał ze słuchawką przy uchu. Biedna Harriet. Czy mógł coś dla niej zrobić? Zadzwonił do niej, ale nie odebrała. Czy znalazła się w niebezpieczeństwie? Rany, to nie wyglądało dobrze, i to wszystko jego wina. Oczywiście, że zgodziłby się odsprzedać ten głupi zegar. Włożył kurtkę, jednak zatrzymał się w pół kroku w drzwiach. Może powinien zabrać zegar ze sobą? Nie, był zbyt ciężki. Przyjdzie po niego później, jeśli zajdzie taka potrzeba.
W sklepie nikogo nie zastał. Głośno przełknął ślinę, spoglądając w górę na spiralne schody. Nadstawiał ucha, lecz bał się zawołać. Kim właściwie byli ci mężczyźni? Przestępcami? Czy nadal znajdowali się na piętrze? Lepiej było stąd zniknąć. Zadzwoni do Harriet później, może po prostu załatwia coś na mieście. Wyszedł ze sklepu, ale zatrzymał się na schodach. Przecież drzwi były otwarte. Coś tu nie grało. Wrócił do środka. Może jednak powinien się ośmielić i zajrzeć na górę? Choć to prywatne mieszkanie Harriet… Chyba lepiej tylko po cichu zawołać, stojąc na schodach.
W końcu zebrał się na odwagę i powoli wspiął się po kilku stopniach. A potem jeszcze kilku. Wkrótce znalazł się na górze. Przeszedł ciemnym korytarzem do salonu. Rany boskie, co tu się stało? W pokoju panował ogromny bałagan. Wszystkie przedmioty z półek leżały porozrzucane na podłodze, krzesło było przewrócone.
– Harriet?! – zawołał zdławionym głosem, na próżno nasłuchując odpowiedzi.
Podszedł do rozkładanej sofy, by poprawić przekrzywioną poduchę, ale nie mógł jej włożyć na miejsce. Coś rudobrązowego sterczało między oparciem a siedziskiem. Przypominało jakąś kudłatą poduszkę. Kjell chwycił ją i pociągnął. W tym momencie dotarło do niego, co trzyma: perukę przyjaciółki!
– Harriet! – krzyknął ponownie, tym razem z lekką paniką w głosie.
Kiedy zdjął poduszkę z kanapy, fala szoku przepłynęła przez jego ciało niczym zimna lemoniada. Leżała tam antykwariuszka, wciśnięta między oparcie a metalowy stelaż. Z zadrapania na łysej głowie wypłynęła odrobina krwi. Harriet wpatrywała się w niego. Czy to wszystko jego wina?! To po prostu niemożliwe. Czy stworzył śmiertelną pułapkę z rozkładanej sofy, kiedy pomagał ją rozłożyć wcześniej tego dnia?
– Harriet! Obudź się, obudź! ‒ krzyczał Kjell coraz bardziej zestresowany. Udało mu się wyciągnąć jej rękę i złapać za nadgarstek. Brak tętna! Czy ona nie żyła?!
W tej samej chwili usłyszał, jak ktoś za nim otwiera drzwi do kuchni.
Rozdział 2
Bruno Söderstjärna, przeskakując co drugi stopień, wbiegł na trzecie piętro komisariatu. Tuż przed lunchem udał się do piwnicy i wreszcie oddał swój mundur policyjny magazynierowi Gunnarowi. W świetnym nastroju wkroczył na korytarz, gdzie pracowali jego dawni koledzy. Służba w drogówce, do której został dyscyplinarnie oddelegowany za to, że trochę za daleko się posunął w trakcie śledztwa pół roku wcześniej, dobiegła końca. Po wielu długich rozmowach z trenerem rozwoju osobistego z działu kadr uznano, że Bruno może wrócić na poprzednie stanowisko ‒ śledczego w wydziale kryminalnym na komisariacie w Lund.
Starannie zaplanował powrót do pracy. Poszedł do fryzjera i ściął czuprynę na krótko, co w jego mniemaniu wyglądało bardzo męsko. Chcąc wyraźnie zaznaczyć, że nie ma wiele wspólnego ze zwykłymi policjantami w mundurach, tego dnia włożył kraciastą tweedową marynarkę i modny czarny golf. Zatrzymał się przy jednej z sal konferencyjnych i spojrzał na swoje odbicie w szybie, po czym ruszył dalej. Nie różnił się zanadto od detektywów z klasycznych amerykańskich seriali. Przypominał Huntera. Albo Kojaka. Choć oni raczej nie nosili golfów… Właściwie najbliżej mu było do Baretty. I on, i Bruno mieli trochę bardziej wyluzowany styl…
Zapukał do drzwi pokoju Vendeli, szefowej wydziału. Chociaż to ona zawiesiła go w obowiązkach służbowych pamiętnego dnia przed sześcioma miesiącami, nie stracił do niej szacunku. Najzwyczajniej w świecie wykonywała swoją pracę, a on wyraźnie czuł, że podoba jej się jego systematyczny sposób prowadzenia śledztw i prawdopodobnie dlatego tak bardzo chciała, by wrócił.
‒ O, cześć, Bruno! Witaj! ‒ przywitała się Vendela, podnosząc się zza biurka, by uścisnąć mu dłoń.
– Dziękuję, dziękuję! ‒ odparł, stojąc w progu.
– Wejdź i usiądź! Miło cię znowu widzieć. Wyglądasz jakoś inaczej. Masz nowe okulary?
– Wczoraj byłem u fryzjera, może to to.
– Nie, nie, chodzi raczej o całokształt. ‒ Vendela szeroko się uśmiechnęła. ‒ Świetny styl! Golf, marynarka i cała reszta. Przypominasz mi kogoś… chwila, tylko kogo?
– Może kogoś z telewizji? – zasugerował z zadowoleniem Bruno.
– Nie, już wiem! Wyglądasz jak taki nasz jeden lokalny polityk z Borås w latach siedemdziesiątych. Lennart coś tam… Ha, ha, jota w jotę!
– Być może… – Bruno usiłował ukryć oburzenie. ‒ Cóż, w każdym razie wróciłem. Jakie masz dla mnie ciekawe wyzwania?
– Hm, zobaczymy… Na początek to niewiele. Chciałabym, żebyś najpierw stopniowo się wdrażał, biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się wiosną. Mam kilka mniejszych spraw, którymi możesz się zająć samodzielnie. Jedna to próba włamania na basen, a druga to zapytanie od irackiej policji, przy czym akurat ta sprawa wydaje się bardziej skomplikowana. Chodzi o czarny rynek irackich antyków. Podobno otrzymali informacje, że w rejonie południowej Szwecji i Danii prowadzony jest nielegalny handel tego typu. Zapoznaj się z materiałami, nie zagłębiałam się w szczegóły i nie mamy podejrzanych.
– Od razu się za to zabiorę – rzekł Bruno, próbując nie okazać rozczarowania, że przydzielono mu tak nieistotne zadania.
‒ Ach, prawie bym zapomniała. Pojawiła się nowa, większa sprawa, pomyślmy…
– Super!
‒ Mhm, w tym przypadku będziesz pracował z Kajem, jako jego pomocnik, żebyś mógł na nowo wdrożyć się w rytm pracy.
– Aha, z Kajem, to świetnie. ‒ Bruno uśmiechnął się uprzejmie.
Lubił Kaja. I choć to właśnie on pół roku wcześniej doprowadził do aresztowania Brunona jako podejrzanego w sprawie niejasnego morderstwa, trzeba mu oddać, że miał rację i podjął słuszne decyzje. W końcu znaleziono zakopane ciało w ogrodzie Brunona – to uzasadniało podejrzliwość. Kaj po prostu wykonywał swoją pracę, tak trzeba na to patrzeć.
– Kaj tu dowodzi, tak żebyś miał jasność – kontynuowała Vendela. ‒ Ma wprawdzie mniej lat stażu niż ty, ale ponieważ przez jakiś czas byłeś w drogówce, proponuję, żebyś zaczął na spokojnie. Kaj będzie zdawał mi raporty z twoich postępów i jeśli wszystko pójdzie dobrze, wkrótce wrócisz na dawną pozycję.
– Nie zawiodę cię. Na pewno uda nam się wiele osiągnąć, w końcu co dwie głowy to nie jedna.
– Raczej półtorej.
– Co masz na myśli? – Bruno uśmiechnął się nerwowo. Właściwie wiedział, o co jej chodzi, ale chciał się upewnić, że dobrze ją zrozumiał. Czy nie uważała go już za w pełni wydajnego pracownika?
– Kaj jest właśnie na odprawie z prokuratorem, który przekazuje mu informacje na temat nowej sprawy – odparła Vendela, ignorując pytanie Brunona. ‒ Tam na półce leży twój laptop i kartka z nowymi danymi do logowania. Zajmij jakieś wolne miejsce w biurze. Kaj do ciebie przyjdzie, jak skończy.
– Oczywiście. – Bruno zerwał się z krzesła, chcąc sprawić wrażenie pojętnego. ‒ Czy coś jeszcze powinienem uwzględnić w dalszych etapach pracy?
– Tak, możesz zamknąć za sobą drzwi. Powodzenia!
Bruno wyszedł tyłem z biura Vendeli, z laptopem pod pachą. No dobrze, teraz na każdym kroku będzie musiał pokazać się z jak najlepszej strony. Żaden problem! Vendela i Kaj niebawem się przekonają, jaki z niego bystry policjant. Po drodze wstąpił do pomieszczenia z artykułami biurowymi i wziął dwa duże kołonotatniki oraz kilka nowych długopisów. Zabrał też trzy zakreślacze w różnych kolorach. Praca musiała być wykonywana profesjonalnie na wszystkich poziomach.
W biurze panował spokój, większość ludzi najwyraźniej przebywała w terenie.
– Bruno! Wróciłeś! Witaj!
To była Monika, koleżanka, którą akurat najmniej lubił. Straszna gaduła, większość czasu w pracy spędzała na oglądaniu głupich filmików na YouTubie lub udostępnianiu zdjęć w mediach społecznościowych ze swoich niezliczonych wakacji w kamperze.
– Tak, teraz trzeba wcisnąć gaz do dechy – odparł, by podkreślić, że od pierwszego dnia ma wielkie ambicje.
– Gaz do dechy, ha, ha, ha, tak się pewnie mówi w drogówce, co? Łapaliście dużo piratów czy głównie ścigaliście rowerzystów jadących pod prąd?
– W wydziale ruchu drogowego wykonują naprawdę bardzo dobrą robotę. ‒ Bruno zacisnął usta.
Wybrał biurko w rzędzie przed Moniką, by siedzieć do niej plecami i w ten sposób zaznaczyć dystans oraz nie dać się wciągnąć w męczące rozmowy. Wyjął z teczki dwie ramki ze zdjęciami córek, Liny i Mai. Trzymał je tam od czasu, kiedy został przeniesiony. Czuł pewnego rodzaju triumf, ustawiając je teraz na biurku i znowu zajmując miejsce przy komputerze.
‒ À propos ruchu drogowego. Słyszałeś, co spotkało mojego męża Kennerta, jak jechał w poniedziałek kamperem i zatrzymała go policja?
– Kennert? Czy on nie ma na imię Kennet?
– To znaczy ma na imię Kennert, ale wychował się w Halmstad w regionie Halland, a w tamtym dialekcie nie wymawia się litery „r”, więc w Halmstad mówi się na niego Kennet, a kiedy jest u mnie w Skanii, nazywam go Kennert.
‒ O! Cześć, Bruno!
Wreszcie pojawił się Kaj! Wszedł sprężystym krokiem i stanął przy biurku Brunona z grubym segregatorem pod jedną pachą i laptopem pod drugą. Podobnie jak Brunon, miał na sobie golf i kraciastą marynarkę dopasowaną kolorystycznie do szarych spodni garniturowych z ostro zaprasowanymi kantami.
– Cześć, Kaj ‒ przywitał się Bruno, siląc się na swobodny i zrelaksowany ton. ‒ No i jestem…
– Cieszę się, że wróciłeś. Czy Vendela ci mówiła, że będziemy razem pracować?
– Tak jest! Czas dobrać się do skóry bandziorom! – Bruno próbował przybić piątkę, jednak Kaj w tym momencie podszedł, by go uściskać.
– Och, jak słodko! – zachichotała Monika. ‒ Czy wasze mamy postanowiły was dzisiaj ubrać tak samo? Ha, ha, ha. Cudnie razem wyglądacie, muszę wam zrobić zdjęcie!
– Aha, no tak – przyznali Bruno z Kajem, udając, że nie zauważyli tego wcześniej.
– Żadnych zdjęć, Moniko. – Kaj podniósł rękę na znak, żeby przestała. ‒ Wiesz, że nie robimy tu zdjęć ze względu na poufność.
Brunonowi podobał się taki profesjonalizm.
– Ech, ależ ty nudzisz – jęknęła Monika. Czy ty w ogóle myślisz o czymś innym niż regulamin?
– Kaj ma rację – odezwał się Bruno. ‒ Możesz nam później zrobić zdjęcie na zewnątrz, jeśli chcesz…
Przez złośliwy komentarz Moniki ich rozmowa przestała się kleić i zapadło krępujące milczenie. Bruno zastanawiał się, czy wrócić do biurka, czy może lepiej wypadnie, jeśli dalej będzie tam stał. Za wszelką cenę chciał zaznaczyć, że należy się z nim liczyć, ustępując jednak miejsca Kajowi, skoro to on przejął stery. To była sztuka zachowania równowagi.
– Czy wypiłeś już popołudniową kawę? – spytał Kaj, przerywając ciszę.
– Nie, właśnie o tym myślałem – skłamał Bruno. ‒ Możemy pójdziemy razem po kawę i przedyskutujemy sprawę?
– Och, jak miło! Czy można się przyłączyć? – Monika zerwała się z krzesła.
– Innym razem – odparł Kaj. ‒ Muszę porozmawiać z Brunonem w cztery oczy, mamy naprawdę ważny temat.
Położył rękę na ramieniu kolegi i delikatnie popchnął go w stronę drzwi. Bruno poczuł przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele. On i Kaj. Gdyby się postarali, mogliby zostać najskuteczniejszym duetem śledczym w jednostce. To pewne. Uraza do Moniki wywołana jej drwinami z powodu ich jednakowych strojów niespodziewanie zgasła, a w jej miejsce pojawiło się poczucie, że to właśnie podobny ubiór ich do siebie zbliżył i dał im moc – byli trochę jak Crockett i Tubbs z serialu Policjanci z Miami. Bruno wyszedł na korytarz z podniesionym czołem, udając się w stronę pokoju socjalnego.
Z kubkami świeżo nalanej kawy weszli do jednej z mniejszych sal konferencyjnych. Bruno usiadł podekscytowany i otworzył pusty notatnik, tymczasem Kaj zamknął drzwi.
– Posłuchaj, Bruno – zaczął i otworzył segregator. ‒ Właśnie przydzielono mi zupełnie nową sprawę, którą, jak sądzę, razem możemy dość łatwo rozwiązać.
– Świetnie. – Bruno się wyprostował, by pokazać, że jest gotowy do działania.
– Podejrzenie morderstwa w centrum miasta. Wstępne śledztwo jednoznacznie wskazuje na potencjalnego sprawcę, ale potrzebujemy więcej dowodów. Dopiero wtedy będziemy mogli wezwać tę osobę na przesłuchanie.
– Ojejć! – Bruno aż się wzdrygnął.
‒ Na zdrowie ‒ rzekł Kaj, nie odrywając wzroku od segregatora.
– Dzięki – zdziwił się Bruno. Nie widział sensu wyprowadzać kolegi z błędu, że źle usłyszał. Teraz najważniejsze było, żeby się zgrali i potrafili współpracować w trakcie śledztwa.
– Ofiarą morderstwa jest Harriet Nordmark, antykwariuszka. Od ponad dwudziestu lat prowadziła sklep ze starociami przy ulicy Stora Gråbrödersgatan siedemnaście i mieszkała w tym samym budynku. Wczoraj o siedemnastej szesnaście służby ratunkowe otrzymały telefon od jej siostry, Clotilde ‒ nie wiem, jak to się wymawia – która znalazła martwą Harriet w mieszkaniu nad sklepem.
– Czy mamy pewność, że to zabójstwo?
– Sposób, w jaki ją zamordowano, jest dziwny, jednak lekarz medycyny sądowej nie ma wątpliwości.
– Czy udało się zabezpieczyć narzędzie zbrodni? – Bruno cieszył się, że podczas każdego dochodzenia w sprawie o morderstwo przestrzegano tej samej procedury, która zakładała ustalenie trzech elementów: ofiary, przyczyny śmierci, narzędzia zbrodni. To ostatnie prawdopodobnie było najważniejsze na tym wczesnym etapie postępowania. Broń wiele mówiła o profilu sprawcy, a ponadto, przy odrobinie szczęścia, gdyby udało się zdjąć odciski palców, może pasowałyby do jakichś w rejestrze.
– To rozkładana sofa.
– Słucham?
– Narzędziem zbrodni jest rozkładana sofa. Nie da się tego inaczej ująć. Z raportu wynika, że Nordmark została wepchnięta do rozkładanej sofy i złamała kark o metalowy pręt pod oparciem. Czas zgonu nie został dokładnie ustalony, ale istnieją przesłanki sugerujące, że zmarła tego samego dnia, w którym została znaleziona, między godziną jedenastą a czternastą. Przejrzyj sobie te zdjęcia. – Kaj podał kopertę.
Bruno od razu wykonał polecenie. Blada, łysa starsza kobieta patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Najwyraźniej była to Harriet Nordmark. Bruno nie pamiętał, żeby kiedykolwiek zwrócił uwagę na jej sklep. Nie interesowały go antyki, wolał nowe i nowoczesne rzeczy, najlepiej niedrogie.
‒ Jak wspomniałem, mamy potencjalnego sprawcę: Kjella Nilssona. Z billingu telefonu komórkowego Harriet wynika, że rano w dniu morderstwa dwukrotnie ze sobą rozmawiali, czyli raptem kilka godzin przed jej śmiercią. Clotilde zeznała, że jej siostra znała Nilssona pobieżnie, że jest stałym klientem od wielu lat.
– To niewiele na niego mamy ‒ rzekł Bruno nieco rozczarowany. ‒ Co jeszcze wiemy o Nilssonie?
– Urodzony w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym dziewiątym roku. Nieżonaty. Adres zamieszkania: Clemenstorget dwa. Pracuje w butiku Larssona jako sprzedawca. Nie figuruje w rejestrze karnym.
– Czekaj, powiedziałeś butik Larssona? Znam ten sklep! – Bruno triumfalnie uniósł długopis.
– Tak, tak, większość ludzi go zna. Przecież od stu lat znajduje się w tym samym miejscu. Chyba że co innego masz na myśli?
– Albin Larsson, właściciel, przewijał się w kilku moich poprzednich śledztwach dotyczących morderstw.
– Czy został za coś skazany? – Kaj uniósł brwi.
– Właściwie nie, ale zawsze wydawał mi się podejrzany.
Bruno wiedział, że nie zabrzmiało to wiarygodnie. Nie można przecież opierać dochodzenia na tym, że ktoś wydaje się podejrzany.
– No cóż, w trakcie nadchodzących postępowań musisz pamiętać, żeby nie polegać jedynie na intuicji. Szczególnie biorąc pod uwagę to, co się wydarzyło ostatnio. Jeśli mógłbym ci coś poradzić… Ach, zresztą rozumiesz. Pracujmy nad tym, co wiemy i co możemy udowodnić.
– Oczywiście, Kaj, trochę się zapędziłem. ‒ Bruno poczuł, że się rumieni. ‒ Wracajmy do procedur!
– Tak, choć zacznijmy jednak od sklepu Larssona. W końcu to miejsce pracy Nilssona i, jeśli dobrze zrozumiałem, Albin jest jego szefem. Przejdźmy się tam i zbierzmy informacje. To będzie pierwsze zadanie na jutro. Do tego czasu zapoznaj się ze sprawą i zaaklimatyzuj na nowym miejscu. Chyba nawet nie zdążyłeś się zalogować do komputera, prawda?
– Nie, od razu rzucili mnie na głęboką wodę. – Bruno uśmiechnął się z dumnie uniesioną głową. ‒ Ale to świetnie! Do dzieła! Cała naprzód!
Bruno wrócił do biura i z ulgą stwierdził, że Monika w końcu wyszła. Usiadł i zabrał się do przeglądania akt dotyczących zamordowanej antykwariuszki. Nie do pomyślenia, że została zamordowana za pomocą rozkładanej sofy! Czy naprawdę tak było? A może w jakiś sposób tam utknęła i po prostu umarła? Sam jako dziecko przytrzasnął sobie palec przy rozkładaniu kanapy. Choć to raczej mało prawdopodobne, żeby złamać sobie samemu kark. W takim razie dziwnym trafem Kjell Nilsson musiał być w to zamieszany. Bruno przejrzał materiały ze śledztwa. Wydawały się niekompletne. Oprócz billingu z telefonu właściwie nic nie łączyło Nilssona z ofiarą. Zamknął oczy i próbował sobie przypomnieć Kjella Nilssona – spotkał go kilkakrotnie w tym podejrzanym sklepie z odzieżą męską – jednak nie potrafił przywołać wyraźnego obrazu sprzedawcy.
– Halo, Bruno, nie spać! Ha, ha, co z ciebie za gość! Chyba powrót do pracy tutaj okazał się trudny po leniwych dniach w drogówce, co? Ho, ho! Witaj w prawdziwym świecie! ‒ wołała Monika z rękami przyłożonymi do ust jak megafon.
– Rozmyślałem nad pewną teorią – wyjaśnił kwaśno Bruno, piorunując ją wzrokiem.
– Ach tak! Ty powinieneś wiedzieć najlepiej, że nie wolno pozostawać na biegu jałowym dłużej niż minutę. Ha, ha, to było dobre, przyznaj!
– Bardzo zabawne, Moniko. – Bruno westchnął demonstracyjnie. ‒ Może dasz mi trochę popracować?
– Przepraszam. Obiecuję, że nie będę cię budzić… to znaczy nie będę ci przeszkadzać. Właściwie tylko wpadłam po kurtkę, kończę dzisiaj o piętnastej, tak że zaraz znów będziesz mógł siedzieć samodzielnie.
– Potrafię siedzieć samodzielnie, od kiedy skończyłem sześć miesięcy. – Bruno posłał jej złośliwy uśmiech.
– Co takiego?
– Chciałaś chyba powiedzieć, że będę mógł tu „siedzieć sam”.
‒ Jak zwykle nie rozumiem nic z tego, co mówisz, ale życzę ci miłej reszty dnia, kiedy mnie tu nie będzie. – Z tymi słowy Monika zniknęła w korytarzu.
Choć Bruno nie miał pewności, czy koleżanka zrozumiała różnicę między „samodzielnie” a „samemu”, był zadowolony ze swojego ciętego komentarza, który zabrzmiał jak typowa uwaga jego żony Malin, purystki językowej. Tym razem to jemu udało się dokuczyć komuś innemu.
Kiedy Monika w końcu sobie poszła, Bruno zabrał się za przeszukiwanie wszystkich baz danych, do których miał dostęp. Sprawdził kataster nieruchomości, rejestr karny oraz dane urzędu skarbowego dotyczące dochodów i długów, lecz nic podejrzanego nie rzuciło mu się w oczy, ani w przypadku Kjella, ani ofiary morderstwa. Oboje mieli dość niskie pensje, żadne z nich nie posiadało samochodu, żadne też nie było nigdy karane. W tej sytuacji należało spojrzeć na sprawę szerzej. Zebrać informacje na temat zwyczajów Kjella i jego powiązań z innymi, potencjalnie kluczowymi osobami mogącymi mieć znaczenie dla śledztwa. Rozmowa z Albinem Larssonem, którą wraz z Kajem zaplanowali na następny dzień, mogła rzucić nowe światło na sprawę.
Spojrzał na zegarek, dochodziła szesnasta trzydzieści. Chyba powinien wracać do domu. Czy Malin nie miała wieczorem gdzieś wyjść? Sprawdził w kalendarzu – używał tradycyjnego terminarza kieszonkowego w ciemnozielonej okładce z ekoskóry. Rzeczywiście figurowało tam jakieś wydarzenie, ponadto zanotował to długopisem, czyli musiało być szczególnie ważne. Widniało tam: „Słój Malin”. Prawdopodobnie. Tusz rozmazał się na kartce. Spojrzał przed siebie, ale nie mógł sobie przypomnieć, o co chodziło. Słój? Nie, gotowanie nie należało do mocnych stron Malin. W zasadzie nie potrafiła przyrządzić nic poza paluszkami rybnymi i ziemniaczanym purée z proszku – a i to nie na pewno. Bruno zebrał papiery, uznawszy, że najlepiej będzie wrócić do domu na siedemnastą i dowiedzieć się, co takiego Malin planuje.
– Świetnie, wracasz do domu za pięć piąta – przywitała go żona w holu ich domu z wapienno-piaskowej cegły.
– Na piątą chyba coś zaplanowałaś – odparł Bruno, przyglądając się żonie w nietypowym stroju i wypatrując wskazówek, dokąd się wybiera. Miała na głowie włóczkową czapkę i była ubrana w obcisły czarny kombinezon ze spandeksu. Bruno zadrżał na jej widok. Miała figurę modelki!
– Chciałam wyjechać punkt piąta – oznajmiła Malin. ‒ Naprawdę nie można było wrócić wcześniej, żeby przed moim wyjściem dzieciaki pobyły z obojgiem rodziców? ‒ Pochyliła się, żeby zawiązać buty do biegania.
– Przepraszam, musiało mi się coś pomieszać. Jedliście już? ‒ Bruno wciągnął powietrze nosem i wyczuł zapach czegoś, co Malin przypaliła w kuchni.
– Nie, ale paluszki rybne są na patelni. Wystarczy przełożyć je na talerz.
– Dokąd się wybierasz?
– Na spotkanie z ekipą z SOJA, już ci mówiłam.
– SOJA? To jakiś sport?
– Jezu, Bruno, przecież wszystko ci tłumaczyłam w zeszłym tygodniu. SOJA to Straż Ochrony Języka Akademickiego. Założyłyśmy z Sophie, chyba pamiętasz? Podobno twoja koleżanka Sandra należy do tej grupy. Świetnie się tam bawimy. Sophie już jest! Baw się dobrze z dziewczynkami. Wrócę przed dwudziestą drugą, może wcześniej.
Bruno posłał Malin całusa, gdy ta schodziła ścieżką przez ogród do czekającego na ulicy samochodu. Niespecjalnie cieszyło go zaangażowanie Malin w grupę SOJA. Ich działania balansowały na granicy prawa, a polegały na wyszukiwaniu i poprawianiu wszelkiego rodzaju błędnie napisanych znaków. W ogóle go nie dziwiło, że do tej grupy należy Sandra. Ostatnio poprawili ponad trzydzieści tabliczek, malując myślniki między niewłaściwie rozdzielonymi słowami, które powinny być zapisane łącznie. Śledził też inne wydarzenie na ich profilu na Instagramie i widział, jak „Uprasza się o nie palenie”, „Przed zimą kup nowy swetr” czy „remament” zyskały poprawne formy. Co za głupota!
– Tato! ‒ zawołała młodsza córka Maja, która podbiegła do niego ubrana jedynie w koszulkę z nadrukiem policyjnego munduru.
– Cześć, bąbelku – przywitał się. ‒ Co u ciebie?
– Dobrze… ale dlaczego nie masz na sobie munduru, tato?
– Oddałem go. Teraz jestem takim policjantem, który nie nosi munduru – wyjaśnił Bruno i posadził Maję na dywaniku w przedpokoju.
– Twoje nowe ubrania są brzydkie – oznajmiła dziewczynka, szarpiąc ojca za marynarkę. ‒ O wiele bardziej mi się podobałeś, kiedy byłeś prawdziwym policjantem.
– Co ja poradzę… – odparł Bruno oszołomiony. ‒ Chcesz paluszki rybne?
– Tak, paluszki rybne! – wykrzyknęła Maja i pobiegła do kuchni.
Rozdział 3
Albina Larssona jak zwykle wyrwał ze snu dźwięk tureckiego budzika mechanicznego z dwoma dzwonkami, w które gorączkowo uderzał metalowy młoteczek. Mężczyzna wyciągnął rękę w stronę szafki nocnej, by uciszyć donośny dźwięk, po czym przewrócił się na bok, próbując ponownie zasnąć, lecz okazało się to niemożliwe. Dziwny sen nie dawał mu spokoju. Pojawiła się w nim kobieta w skafandrze do nurkowania, która mu groziła, że zamknie go w jaskini. Miała ze sobą dwa wściekle ujadające pudle i cała ta sytuacja była bardzo nieprzyjemna. Półprzytomny usiadł, nasłuchując odgłosów z kuchni. O tej porze Kjell zwykle zajmował się przygotowywaniem śniadania, lecz teraz w mieszkaniu panowała nietypowa cisza. Czyżby Kjell zaspał? W ciągu czterdziestu lat, od kiedy pracował dla Larssona, nigdy mu się to nie zdarzyło.
Albin włożył stopy w pantofle, ściągnął szlafrok z wieszaka i wyszedł z sypialni. Ku jego zdziwieniu w kuchni nikogo nie zastał, a naczynia po kanapce ze śledziem z poprzedniego wieczoru nadal stały w zlewie.
– Kjell! Kjell! ‒ zawołał w głąb mieszkania. ‒ Gdzie się podziewa ten człowiek?
Poszedł do służbówki, która znajdowała się przy schodach obok kuchni, zapukał, ale nikt mu nie odpowiedział. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Pokój był pusty, a łóżko starannie pościelone. Nic nie wskazywało na to, że ktokolwiek tu niedawno przebywał. Larsson się zastanowił. Poprzedniego dnia Kjell miał wprawdzie wolne, zawsze jednak wieczorem wracał do domu. Czasami chodził do kina, ale nie miał zwyczaju zarywać nocy. Albin nie pamiętał, żeby słyszał, jak Kjell wracał poprzedniego wieczoru. Zagadkowe…
Zmagał się przez godzinę z wszystkimi obowiązkami, które na niego spadły. Nie było mowy o czasie wolnym, ponieważ musiał zacząć dzień od prasowania koszuli, szczotkowania garnituru i czyszczenia butów. Uważał, że zarówno prasowanie, jak i szczotkowanie dobrze mu wychodzi, jednak nie tym chciał się zajmować z samego rana. Zwykle o tej porze, zanim wyszedł z domu, czytał artykuły, lub przynajmniej ich tytuły, z trzech ulubionych gazet. Na stole kuchennym leżały nieprzeczytane dzienniki: „Dagens Nyheter”, „Frankfurter Allgemeine” i „Washington Post”. Poczuł, że traci kontakt ze światem.
– Tak dalej być nie może! ‒ rzekł głośno do siebie, kiedy po raz drugi nie udało mu się przygotować jajek po benedyktyńsku. Przeniósł rondel z kuchenki do zlewu, wziął poranne gazety pod pachę i wyszedł do przedpokoju, gdzie włożył płaszcz i kapelusz. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dziewiąta, co oznaczało, że przed otwarciem butiku zdąży zajść do Hotelu Grand na śniadanie.
Wizyta w Grandzie znacznie poprawiła mu nastrój. Wyśmienite śniadanie zakończył kieliszkiem lodowatej mimosy, po czym ruszył dalej do codziennych zadań. Zwykle zaczynał dzień w biurze butiku od czytania najnowszych listów i faksów oraz przeglądania księgowości, jednak teraz, gdy Kjella nie było, musiał zadbać o porządek w sklepie przed pojawieniem się pierwszych klientów, mimo że rano nie przychodziło ich tu zbyt wielu. Wszystko musiało prezentować się nienagannie. Zaczął od stojaka z krawatami ‒ upewnił się, że wiszą uporządkowane kolorystycznie ‒ a następnie sprawdził, czy w przymierzalniach nie pozostały żadne ubrania ani puste wieszaki z poprzedniego dnia.
Tylko co z tymi wszystkimi ważnymi telefonami, które zaplanował? Teraz, gdy został sam w sklepie, nie mógł siedzieć w biurze i dzwonić. Może mógłby użyć telefonu komórkowego? Tak chyba robili nowocześni ludzie – wykonywali połączenia, skąd chcieli. Warto było spróbować. Zabrał z biura komórkę, kalendarz i książkę telefoniczną, i położył je przed sobą na ladzie. Jak się z tego dzwoniło? W chwili gdy włączył telefon, rozległ się dźwięk przychodzącego SMS-a i na ekranie pojawił się tekst: „Pomocy! Porwali mie. Kjell”.
Larsson z przerażeniem przeczytał tę krótką wiadomość kilkakrotnie. Co to mogło znaczyć? Czy Kjell został rzeczywiście porwany? Jeśli tak, to przez kogo?
Usiadł na stołku za ladą i prześledził w myślach wydarzenia ostatnich dni. Ze wszystkich ludzi, których kiedykolwiek spotkał, Kjell był zapewne najbardziej nieszkodliwy. Trudno o bardziej ustępliwą i unikającą konfliktów osobę. W zasadzie nie ma w tym nic złego. Larsson miał świadomość, że niektórzy postrzegają go czasem jako lekko aroganckiego. I właśnie z tego powodu mierzył się w życiu z wieloma trudnymi sytuacjami i atakami – a ten idiota Fransson w żółtych spodniach nawet próbował go zamordować. Natomiast Kjell miał diametralnie inną osobowość i aż dziw, że ktokolwiek chciałby wyrządzić mu krzywdę.
Do butiku weszło dwóch mężczyzn w golfach, co wyrwało go z rozmyślań. Jeden z nich miał za krótką kurtkę, spod której wystawała marynarka. Wyglądało to nadzwyczaj głupkowato, niemal tak, jakby był w bardzo, ale to bardzo krótkiej spódniczce. Drugiego mężczyznę Larsson gdzieś już widział, jednak nie mógł sobie przypomnieć gdzie.
– Witam panów – powiedział, wstając ze stołka za ladą. ‒ Czy szukają panowie czegoś konkretnego?
– Jesteśmy z policji – odparł mężczyzna w marynarce przypominającej spódniczkę, rozglądając się po sklepie, jakby czegoś szukał.
– Ach, jak miło. W czym mogę pomóc? – Larsson uśmiechnął się szeroko.
– Szukamy Kjella Nilssona, który według naszych ustaleń tu pracuje.
– Nie są panowie jedyni – skwitował szczerze Larsson. ‒ Nie widziałem go od dwóch dni.
– Tylko żadnych gierek – odezwał się drugi policjant i zmrużył oczy.
Teraz Larsson go rozpoznał. To był Söderstjärna, ten zadufany w sobie pajac z cienkim paskiem zarostu biegnącym wzdłuż linii szczęki. To właśnie on pół roku wcześniej uparcie go tropił, szukając wskazówek w sprawie Fiony Bertilsson, która przepadła bez śladu. Czy to nie on maczał palce również w całej tej historii z Franssonem? Larsson zapamiętał Söderstjernę jako nieustępliwego człowieka i wcale nie miał ochoty iść mu na rękę.
– Jestem za stary na gierki – rzekł. ‒ Mogą panowie rozejrzeć się po sklepie, a nuż znajdziecie go za jakimś garniturem.
– To nie jest plac zabaw – odparł kwaśno Söderstjärna.
– Błyskotliwa uwaga – zgodził się Larsson. ‒ Owszem, to butik z odzieżą męską. ‒ Czy mogą się panowie podzielić jakimiś informacjami dotyczącymi śledztwa?
– Szukamy osoby podejrzanej o morderstwo, to nie są żarty.
– Podejrzanej o morderstwo? Kim jest ofiara?
– Antykwariuszka, tu za rogiem…
– Trochę się zapędziłeś – przerwał mu policjant w spódnicy i popchnął Söderstjärnę w stronę przymierzalni. Larsson słyszał, jak szepcze do kolegi, żeby nie zdradzał zbyt wiele szczegółów. Nastawił uszu i wodził wzrokiem za mężczyznami, którzy pozornie bez celu krążyli po sklepie.
Ktoś, kto nigdy nie odwiedził butiku Larssona, niewątpliwie miał tu wiele do odkrycia. Wnętrze utrzymane było w ciemnym mahoniu z elegancko wykończonymi półkami i wieszakami na ubrania przymocowanymi do boazerii. Wzdłuż całej ściany po lewej stronie rozciągały się podświetlane szklane gabloty z muszkami, krawatami, spinkami do mankietów oraz innymi akcesoriami. Tu i ówdzie znajdowały się przedmioty, których nikt by się tam nie spodziewał, takie jak wypchany jeżozwierz, kolorowa czapka mundurowa z wielkimi piórami czy gigantyczna afrykańska maska wykonana z kości i muszli.
– Ma pan na to pozwolenie? – zawołał nagle Söderstjärna, wskazując wiszącą w jednej z witryn broń przypominającą pistolet.
– Co pan ma na myśli? – spytał Larsson z rezerwą.
– Przechowywanie w ten sposób załadowanej broni palnej jest surowo zabronione – wyjaśnił autorytatywnym tonem Söderstjärna, wysuwając brodę. ‒ Broń kolekcjonerska musi być zabezpieczona. Ma pan do niej amunicję?
– Amunicję?! W żadnym wypadku! – wykrzyknął Larsson. ‒ Tę broń ładuje się prochem i odpala zapałką.
– To bez znaczenia. To nie może tak być! To zagrożenie dla ludzi! Musimy ją skonfiskować.
– Bzdura – zaprotestował Larsson. ‒ Ma pięćset lat. Pochodzi z terenów dzisiejszego Radżastanu. Podobno użyto jej podczas bitwy na przełęczy Haldighati w tysiąc pięćset siedemdziesiątym szóstym roku.
– To nieistotne – upierał się policjant.
– Dla Mogołów wręcz przeciwnie. Po bitwie przejęli kontrolę nad Gogundą, Udajpurem i fortem Kumbhalgarh.
– Co pan bredzi? – zirytował się Söderstjärna.
– Bruno, chyba nie na tym powinniśmy się teraz skupiać – zauważył policjant w spódnicy, kładąc rękę na ramieniu kolegi.
– Ten mężczyzna trzyma broń palną na widoku…
– Dobrze, że jesteś czujny, ale chyba na razie to odpuśćmy.
– Jeśli jesteście panowie zainteresowani, mam jeszcze więcej ciekawych egzemplarzy. Na przykład tutaj, powyżej, wisi boliwijska dmuchawka, ale nie jest naładowana, chyba że liczyć samo dmuchanie jako broń, więc może nie jest to dla panów zbyt interesujące.
– Dmuchanie? – spytał Bruno ze złością.
– Tak, przecież strzałki wystrzeliwuje się przy pomocy ust, więc można powiedzieć, że wydychane powietrze, czyli dmuchnięcie, jest amunicją.
– Myślę, że na dzisiaj wystarczy – przerwał mu policjant w spódnicy. ‒ Przyślemy tu później technika, żeby pobrał odciski palców. To rutynowa sprawa. Jeśli Kjell Nilsson się z panem skontaktuje, proszę o natychmiastowy kontakt. Oto moja wizytówka.
– Oczywiście. – Larsson schował karteczkę do kieszeni kamizelki, nawet na nią nie patrząc. ‒ Czy to wszystko?
– Widziałem, że ma pan ładne golfy tam obok krawatów. W jakiej cenie?
– Siedem tysięcy koron za sztukę. To golfy marki Drumohr, bardzo ładne. Chciałby pan przymierzyć?
– Och, cóż, nie bardzo mam na to czas, może innym razem.
Kiedy policjanci wyszli, w sklepie znów zapadła cisza. Larsson próbował przetrawić to, czego właśnie doświadczył. Odciski palców! Policja najwyraźniej prowadziła śledztwo w sprawie jakiegoś morderstwa i podejrzewała o to między innymi Kjella. Wydawało się to zupełnie nierealne. Sięgnął po komórkę i ponownie odczytał od niego wiadomość. Co się, u licha, stało? Nie ulegało wątpliwości, że Kjell nie byłby zdolny nikogo zamordować. Tylko dlaczego zniknął? No i kto zginął?
Rozmyślania prowadziły donikąd. Trzeba było działać! Czy powinien się skontaktować z policją i poinformować o SMS-ie? W żadnym wypadku! O ile dobrze zrozumiał policjantów, podejrzewali Kjella o morderstwo, a jeśli ten półgłówek Söderstjärna był zaangażowany w tę sprawę, należało uważać, by samemu nie zostać w nią wciągniętym. Larsson westchnął. Chciał przedyskutować swoje pomysły i teorie z kimś, komu mógłby zaufać. Oskar! Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślał? Otworzył książkę telefoniczną i wyszukał numer Oskara.
*
Oskar siedział za biurkiem w biurze podróży, które znajdowało się w zacienionym podwórzu przy ulicy Lilla Fiskaregatan. Mimo wczesnej pory czuł się wyjątkowo rześki i radosny. Właśnie wrócił z niezwykle udanej podróży do Holandii. Autokar nie miał pełnego obłożenia, ale po raz pierwszy od wielu lat wycieczkę zarezerwowało kilka osób poniżej siedemdziesiątki. Dobrze było znowu mieć trochę grosza przy duszy i wreszcie na spokojnie planować nowe, ekscytujące podróże. Oskar zalogował się do banku. A niech to! Prawie szesnaście tysięcy koron na koncie! Nieźle!
Z nową energią zabrał się za przeglądanie korespondencji zgromadzonej przez ten tydzień. Znalazł tam ulotkę z reklamą różnych programów do księgowości dla firm oraz oferty hoteli i linii lotniczych, z którymi współpracował. Na spodzie stosu leżała koperta z urzędu skarbowego. Otworzył ją powoli i zamknął oczy, rozkładając list. Niekoniecznie musiało to być coś złego – czy to nie w październiku dostawało się zwrot podatku? Wziął głęboki wdech i otworzył oczy. VAT! Najwyraźniej zapomniał rozliczyć VAT za ostatni kwartał. Cholera! Dlaczego to wszystko tak niespodziewanie na niego spada? Jak nie podatek od wynagrodzeń, to podatek od działalności gospodarczej, a teraz, jak widać, VAT. Nie miał siły czytać całego tekstu, więc tylko przebiegł dokument wzrokiem, by odszukać kwoty i daty. Odsetki za zwłokę wynosiły sześćset dwadzieścia pięć koron, to nie koniec świata. Szacowana kwota podatku VAT do zapłaty to pięć tysięcy dziewięćset dwanaście koron. Cholera jasna! Zawsze coś! Najwyższy czas ponownie poszukać nowych źródeł dochodów. Wymyślić wycieczkę zorganizowaną, która szybko podreperuje finanse firmy. Co tu zaplanować? Coś drogiego, ale atrakcyjnego dla stałych klientów. Niełatwe zadanie. Większość osób kupujących jego wycieczki miała dość skromne dochody. Oskar patrzył pustym wzrokiem przez nieumyte okna, próbując znaleźć punkt zaczepienia. Jego rozważania gwałtownie przerwał dzwonek telefonu. Prawdopodobnie któryś z podróżnych zapomniał zabrać z autokaru chodzik, protezę zębową lub coś w tym rodzaju. Spojrzał na ekran: Albin Larsson! Coś takiego! Minęło trochę czasu od ostatniego kontaktu, ciekawe, czego chciał.
‒ Oskar Stenvall ‒ odezwał się uroczystym tonem. Wiedział, że Larsson przywiązuje dużą wagę do formalności.
– Witaj, stary przyjacielu! Słyszy pan, kto dzwoni? ‒ usłyszał wesoły ton Larssona po drugiej stronie słuchawki.
– Pan Larsson! Co u pana?
– U mnie wszystko w porządku, stoję sobie w moim butiku, nic się nie dzieje. Z Kjellem zaś jest nie najlepiej.
– Och, przykro mi to słyszeć. Co mu się stało?
– Nie wiadomo.
– Nie wiadomo?
– Zniknął. Jakby zapadł się pod ziemię.
– To straszne! Jak długo go już nie ma?
– Nie widziałem go od przedwczoraj. Wczoraj miał wolne, w takie dni zazwyczaj się nie widujemy. Wstałem dziś rano i po prostu go nie było. Musiałem sam się wszystkim zająć.
– Zagadkowa sprawa – podsumował Oskar z namysłem.
– To mało powiedziane. Szuka go dwóch policjantów, dopiero co tu byli. Podejrzewają go o morderstwo. Wyobraża pan sobie? Co za idiotyzm! Czy Kjell mógłby kogoś zamordować? Nie zastrzeliłby nawet głuszca.
– A co na to policja?
– Policja! Wie pan przecież, jacy są policjanci. Należy trzymać się od nich z daleka. Jak wspomniałem, przyszło takich dwóch przed chwilą do mojego butiku. Istne pajace! Jeden z nich to zresztą ten sam gamoń, który nas wcześniej ścigał. Söderstjärna, tak się chyba nazywa.
Oskar dobrze pamiętał Brunona Söderstjärnę. Pretensjonalny funkcjonariusz, który dwukrotnie omal nie wsadził za kratki i jego, i Larssona. Być może starszy pan miał rację, że powinni mieć się na baczności.
– Czy są jakieś poszlaki?
– Niewiele. Ale niech pan posłucha… ‒ rzekł Larsson.
W słuchawce rozległ się głośny szum, po czym zapadła cisza. Oskar spojrzał na wyświetlacz. Połączenie zostało przerwane. Czy coś się stało? Oskar obawiał się najgorszego. Czyżby Larsson był kolejną ofiarą?! Rzucił się do drzwi wejściowych i wybiegł na podwórze. Ruszył dalej przez bramę. Zaraz przy niej, od strony ulicy, znajdował się butik Albina Larssona. Oskar zerknął przez okno wystawowe, ale widok zasłaniały dwa manekiny w płaszczach z lodenu. Wbiegł do sklepu. Co się tam działo? Czy uda mu się odeprzeć atak?
– O, jest pan, to dobrze – powiedział spokojnie Larsson, gdy Oskar wpadł do środka. Stał za ladą z telefonem w ręce.
– Wszystko w porządku? – spytał Oskar, z trudem łapiąc oddech.
– A dlaczego miałoby nie być?
– Rozłączył się pan nagle, w połowie zdania. Bałem się, że padł pan ofiarą napaści.
– Ofiarą napaści, he, he, nie, chyba że ten głupi telefon by mnie zaatakował. Próbuję odnaleźć wiadomość od Kjella, ale nie potrafię. Może panu się uda?
Oskar wziął komórkę od Larssona. Był to stary model, Nokia 3310, pewnie dwudziestoletnia. Oskar prawie zapomniał, jak działa taki telefon, ale przeklikał menu na małym szarym ekranie i w końcu znalazł to, czego szukał.
– Tutaj może pan przeczytać wszystkie wiadomości. – Podał komórkę Larssonowi.
– O, tutaj jest. Niech pan spojrzy! ‒ Staruszek wyciągnął przed siebie telefon, trzymając go w grubych palcach. ‒ „Pomocy! Porwali mie. Kjell”, tak jest napisane. Co pan na to? – Larsson wydawał się bezradny, zupełnie jak nie on.
– Coś strasznego! Próbował mu pan odpisać?
– Nie, a da się to zrobić?
– Oczywiście, wystarczy nacisnąć „Odpowiedz” i napisać wiadomość.
– Ale jak? Nie ma przecież klawiatury, tylko klawisze numeryczne ‒ zauważył Larsson z rezygnacją.
Oskar zdał sobie sprawę, jak bardzo Larsson pozostaje w tyle za rozwojem technologicznym ostatnich trzydziestu lat i pomógł mu napisać SMS-a: „Cześć, Kjell! Gdzie jesteś? Kto cię porwał?”.
Rozległ się dźwięk dzwonka w drzwiach i do butiku wszedł mężczyzna w kaszkiecie w kratę i trzyczęściowym garniturze. Nie różnił się za bardzo od Larssona, ale był znacznie szczuplejszy i prawdopodobnie co najmniej dziesięć lat młodszy.
– Może pan dalej kombinować, ja muszę zadbać o klienta. – Larsson zrobił krok w kierunku mężczyzny w kaszkiecie. ‒ Moje uszanowanie! Czy szanowny pan szuka dzisiaj czegoś konkretnego?
– Owszem, rozglądam się za porządnym i ciepłym pasem rozgrzewającym. Czy ma pan coś takiego? – Mężczyzna rozpiął kilka guzików płaszcza.
– Naturalnie. Mam dwa modele: jeden z wełny wielbłąda, a drugi z merynosowej. Zasadniczo są bardzo podobne, ale merynosowy splot jest cieńszy – wyjaśnił Larsson, zgrabnie wyciągając oba warianty z szuflady w szafce za sobą. Położył je na ladzie przed klientem.
– Chyba zdecyduję się na wielbłąda – stwierdził mężczyzna po uprzednim poklepaniu pasów grzbietem dłoni. ‒ Od wielu lat używam właśnie takiego. Poproszę rozmiar standardowy.
– Bardzo dobry wybór. Sam używam wyłącznie wełny z wielbłąda, uważam, że zapewnia lepszą cyrkulację powietrza.
– Jestem tego samego zdania. – Mężczyzna się uśmiechnął. ‒ Czy mógłbym prosić o dostarczenie dwóch sztuk na adres Lilla Gråbrödersgatan dwa, trzecie piętro, na nazwisko Susansson? Kod do drzwi to jeden, sześć, pięć, osiem. Mam kilka innych spraw do załatwienia na mieście i wolałbym nie nosić ze sobą tych pasów.
‒ Oczywiście, z przyjemnością. Zostaną dostarczone przed końcem dnia – rzekł Larsson i zabrał się za owijanie pasów różową bibułą.
– Jak zapewne pan zauważył, w ciągu ostatniej doby w mojej okolicy panowało pewne poruszenie – kontynuował mężczyzna w kaszkiecie dramatycznym tonem.
– Poruszenie? Nie, najwyraźniej mi to umknęło. Czy gmina znowu kopie rowy pod rury?
– A, nie. To policja zamknęła całą ulicę wokół sklepu z antykami. Podobno doszło tam do morderstwa, ale nie wiem. Inni mówią, że to właścicielka została zamordowana, ale tego też nie jestem pewny.
– Harriet? – Larsson przerwał owijanie bibułą i podniósł wzrok.
– Tak, chyba tak się nazywa. Coś okropnego pod każdym względem.
– Znaliśmy się przelotnie ze Związku Handlowców, bardzo miła pani. Przykro mi to słyszeć.
– Niesłychanie przykro, ale nie będę już więcej plotkował. Ile kosztują te pasy?
– Pięćset za wielbłąda, razem tysiąc koron – oznajmił Larsson i wystukał kwotę na eleganckiej kasie fiskalnej.
Mężczyzna w kaszkiecie zapłacił i uprzejmie się pożegnał, po czym wyszedł ze sklepu i zniknął w porannym tłumie.
– Słyszał pan? – odezwał się Larsson, gdy tylko drzwi się zamknęły.
– Co takiego? To o wielbłądach? – spytał Oskar, który nie przysłuchiwał się zbyt uważnie rozmowie.
– Nie, o morderstwie, rzecz jasna. Klient właśnie powiedział, że to Harriet została zamordowana. Właśnie o to morderstwo policja podejrzewa Kjella.
– Jest pan pewny? – Oskar rozglądał się nerwowo.
– Nie mam co do tego wątpliwości. Wspomnieli, że morderstwo miało miejsce w sklepie z antykami tuż za rogiem. Nie ma tam żadnego innego sklepu poza sklepem Harriet. Musimy dowiedzieć się więcej szczegółów.
– Ale kto musi?
– Pan i ja, ma się rozumieć. Może nam się dzięki temu uda znaleźć przyczynę zniknięcia Kjella. Trzeba kuć żelazo, póki gorące, zanim policja wszystko zepsuje.
Rozdział 4
Oskar czuł, że po raz kolejny został wciągnięty w dziwne przygody Larssona. Zanim się zorientował, już znalazł się w centrum kolejnej z jego wielu intryg i jak zwykle zareagował dopiero wtedy, gdy było za późno, żeby się wycofać. Cholera!
– Udamy się tam dziś wieczorem – zdecydował Larsson, odkładając pudełko z pasami do szafki za ladą.
– Dokąd? – spytał zirytowany Oskar.
– Do sklepu Harriet. Trochę poszperamy i się rozejrzymy, może znajdziemy jakiś trop i takie tam.
– Dziś wieczorem idę do kina – próbował odmówić Oskar. ‒ Z Cecilią.
– O, to miło. O której zaczyna się film?
– O osiemnastej, z tego co pamiętam.
– No to musi pan zarezerwować późniejszy seans. Niech pan zabierze Cecilię na drinka do Grandu po kinie, na mój rachunek. – Larsson szeroko się uśmiechnął.
– Hm…
– Świetnie, to spotkajmy się przed butikiem zaraz po zamknięciu, dokładnie o osiemnastej pięć. No dobrze, niech pan już wraca do pracy. Na pewno ma pan ważniejsze sprawy na głowie niż rozmawianie ze mną. Jaką ma pan teraz ciekawą podróż w planach?
– Jestem w trakcie organizowania wycieczek na nadchodzący sezon – odparł Oskar.
Była to spora przesada. Jak zwykle nie wykazywał się pomysłowością i inicjatywą.
– Podsunę panu pomysł: Malawi. Bardzo ładny kraj z interesującą przyrodą. Niektóre z moich najpiękniejszych pielęgnic pochodzą właśnie z Jeziora Malawi.
– Pielęgnic?
– Pielęgnice złociste, ryby. Na pewno zauważył je pan w moim akwarium w biurze. Mało kto wie, że są one bezpośrednio importowane. Jeden z moich dobrych przyjaciół, który pracuje dla Banku Światowego, często bywa w Malawi i jest na tyle uprzejmy, że od czasu do czasu przywozi mi rzadko spotykane gatunki ryb. Przewozi je w plastikowych woreczkach w bagażu podręcznym.
– No proszę. – Oskar osłupiał. Nie brał pod uwagę Malawi jako celu podróży. Następną wycieczką miał być weekend w spa na Litwie.
– Chętnie panu pomogę. Mam dobre znajomości wśród pracowników tamtejszej poczty. Jakiś czas temu szyłem dla nich dużą partię mundurów paradnych. Jak pan wie, dorabiam sobie szyciem takich mundurów. W latach siedemdziesiątych miałem też kilka zleceń dla ich prezydenta, Hastingsa Bandy, może go pan kojarzy, jednak z biegiem lat staruszek całkiem postradał rozum, więc nie mam już czego tam szukać.
– Pomyślę o tym – odparł Oskar i zmęczonym krokiem ruszył w stronę drzwi.
– Osiemnasta pięć – powtórzył Larsson. ‒ Niech pan weźmie ze sobą dobrą latarkę.
Oskar głęboko westchnął, przechodząc przez sklepioną bramę na podwórze do biura podróży. Tak oto wplątał się w kolejną z nieprzewidywalnych awantur Larssona. Miał wrażenie, że właśnie zajął miejsce w pierwszym wagoniku kolejki górskiej, która powoli pnie się na szczyt, by zaraz rzucić go w szalony zjazd przez zapierające dech w piersiach strome zbocza oraz niespodziewane pętle i ostre spadki terenu. Siadł przy biurku i poczuł kipiące gniew i niezadowolenie. Czy nigdy się nie nauczy stawiać granic? Miał już przecież blisko trzydzieści pięć lat oraz własną wolę.
– Panie Larsson, niech pan posłucha. Tym razem to ja decyduję! ‒ powiedział głośno do siebie i uderzył pięścią w stół. ‒ Nie będę się już więcej angażował w żadne pańskie przygody.
Zabrzęczał telefon. Cecilia. Najwspanialsza osoba na świecie.
„Cześć kochanie, co porabiasz?”
„Pracuję. Byłem u Larssona i pomogłem mu w jednej sprawie”.
„O, nasz kochany Larsson. Pozdrów go ode mnie! To dobrze, że mu pomagasz. Powinniśmy bardziej o niego dbać”.
„Poradzi sobie”.
„Pomyśl o wszystkim, co dla nas zrobił. Zapraszał nas na kolacje, wycieczki i tak dalej”.
„ Ale dzisiaj to ty i ja idziemy do kina”.
„Niestety, muszę dzisiaj dłużej popracować. Czy możemy pójść na późniejszy seans?”
„Jasne, zmienię rezerwację”.
„Jesteś najlepszy. Daj znać, na którą przełożyłeś i zajmij się Larssonem”.
Kiedy skończyli pisać, Oskar natychmiast poczuł ukłucie wyrzutów sumienia. Larsson niewątpliwie był bardzo hojny wobec nich, a wręcz miał swój wkład w to, że się zeszli po półrocznej przerwie. Zafundował im nawet wspaniałą wycieczkę na Filipiny.
Dwie minuty po osiemnastej Oskar stał przed butikiem Larssona. W ręku trzymał plastikową torbę z nowo zakupioną latarką. Przez okno sklepowe widział Larssona gaszącego światło i poprawiającego bloczek z paragonami na ladzie obok kasy. Wygląda na zmęczonego. Czy to historia z Kjellem go tak wyczerpała, czy może po prostu wiek dawał o sobie znać? Choć zbliżał się do osiemdziesiątki, nie zwalniał tempa. Prowadził znacznie bardziej aktywny tryb życia niż Oskar.
– Cieszę się, że zjawił się pan punktualnie – powiedział Larsson, zamykając drzwi. ‒ Najlepiej, jeśli przeprowadzimy nasze małe śledztwo, póki jest jasno, żebyśmy nie musieli korzystać z latarek i niepotrzebnie przyciągać uwagi.
– Co będziemy robić? – spytał Oskar. Jak zwykle pozostawał w tyle za Larssonem.
– To chyba oczywiste. Przeszukamy sklep z antykami, żeby znaleźć jakiś trop i takie tam.
– Takie tam?
– Kto wie, co tam znajdziemy, he, he. Czyż to nie ekscytujące?!
Oskar zastanowił się nad tym, co czuł, i było to raczej napięcie niż ekscytacja, a to przecież nie to samo.
Spacer do żółtego dwupiętrowego budynku, w którym mieścił się sklep Harriet, zajął im raptem kilka minut. Poza powiewającymi na wietrze resztkami niebiesko-białej policyjnej taśmy przywiązanej do rury spustowej obok witryny, nic nie wskazywało na to, że w budynku lub w jego pobliżu wydarzyło się coś szczególnego.
– Ale jak się dostaniemy do środka? – spytał Oskar, zaglądając przez okno w drzwiach sklepu.
– To proste, mam klucze. To moja nieruchomość. Harriet od wielu lat wynajmuje ode mnie ten lokal i mieszkanie. O, proszę. – Larsson wyjął z kieszeni duży pęk kluczy.
Długo majstrował przy zamku, lecz drzwi nie chciały się otworzyć.
– Co to ma znaczyć? Klucz nie pasuje – rzekł Larsson ze złością.
– Pewnie policja kazała wymienić zamek po morderstwie, żeby nikt nie wchodził do środka.
– Co za pajace, to przecież moja nieruchomość! No nic, wejdziemy przez klatkę schodową – zarządził Larsson i włożył klucz do zamka w masywnych drewnianych drzwiach obok sklepu, a te otworzyły się z cichym zgrzytem.
Weszli do ciemnej klatki schodowej o jasnozielonych ścianach. Larsson pstryknął włącznik i w przytłumionym świetle plafonu z misternie grawerowanego szkła ukazały się przed nimi wąskie schody. Pachniało kurzem, jedzeniem i czymś jeszcze, prawdopodobnie dymem papierosowym.
– Chodźmy. Wejdziemy przez mieszkanie Harriet na drugim piętrze. Jest połączone ze sklepem. Zaczniemy tam, a sklep zostawimy na koniec.
– Czego szukamy?
– Tropów, mówiłem przecież. Doszło tu i do morderstwa, i do porwania, niemożliwe, żebyśmy nie znaleźli żadnych śladów.
Zatrzymali się przy jedynych drzwiach na drugim piętrze. Larsson pogmerał w pęku kluczy.
– Dziwne, drzwi są otwarte. No tak, ci nieudolni policjanci natrudzili się, żeby wymienić zamek na parterze, ale nie raczyli zamknąć drzwi na piętrze. A jakże!
– Można by nawet rzec, że to zaniedbanie – dodał Oskar. Poczuł, jak przyspiesza mu puls, gdy Larsson powoli otworzył drzwi mieszkania i przekroczył próg.
– Wziął pan ze sobą latarkę? – spytał Larsson, kiedy weszli do ciemnego przedpokoju.
– Nie możemy po prostu włączyć światła?
– Oszalał pan?! Wtedy będzie widać z ulicy, że ktoś jest w mieszkaniu. Kto wie, może budynek jest pod obserwacją policji?
