Prastary zegar słoneczny i różowy cadillac - Kalle Löfqvist - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Prastary zegar słoneczny i różowy cadillac ebook i audiobook

Kalle Löfqvist

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Nowa, pełna zwrotów akcji przygoda z nietypowym duetem detektywów!

Albin Larsson, ekscentryczny właściciel butiku z męską odzieżą, jest w Lund postacią dobrze rozpoznawalną. Z pewnością kojarzy go też lokalna policja. Trochę inaczej wygląda sytuacja z jego asystentem, Kjellem Nilssonem. Jednak gdy skromny i nieco tajemniczy pomocnik znika bez śladu, pan Larsson boleśnie odczuwa jego brak.

W trudnych sytuacjach Albin zwykle zwraca się o pomoc do swojego wiernego sojusznika Oskara, który sam boryka się z problemami zarówno w związku, jak i w prowadzonym przez siebie biurze podróży. Mimo to panowie rozpoczynają poszukiwania zaginionego Kjella. Po drodze trafiają na podejrzanych agentów, stary różowy Cadillac z żółtym znakiem taksówki na dachu oraz pewien starożytny sumeryjski zegar słoneczny.

A do tego wszystkiego niejaka Harriet, właścicielka antykwariatu, ginie w tajemniczych okolicznościach. Co to wszystko oznacza?

„Prastary zegar słoneczny i różowy Cadillac” to trzeci tom serii „Morderstwa w Lund” Kallego Löfqvista. Dwie pierwsze części: „Głęboko mrożony mężczyzna w żółtych spodniach” i „Odcięty palec i wścibski nos”, spotkały się z dużym uznaniem czytelników i słuchaczy!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 315

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 1 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Maciej Kowalik

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Kolekcje



Ty­tuł ory­gi­nału: Bag­dad bo­dil och de up­pstop­pade hus­dju­ren

Fragment

Prze­kład z ję­zyka szwedz­kiego: Ka­ro­lina Skiba

Co­py­ri­ght © Kalle Löfqvist, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Anna Slo­torsz

Re­dak­cja: Ewa Penk­syk-Klucz­kow­ska

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8076-554-1

Przy­go­to­wa­nie e-bo­oka: www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Gyl­den­dal Astra /Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

Roz­dział 1

Była ósma rano, Kjell wła­śnie się obu­dził. Jak w każdą środę, miał wolne. Za­pa­lił nocną lampkę i le­żał jesz­cze przez chwilę. Sły­szał, jak w kuchni za ścianą Lars­son krząta się przy zle­wie. Obaj do­brze znali tę co­dzienną ru­tynę. Za kwa­drans, kiedy Lars­son wyj­dzie do bu­tiku, w miesz­ka­niu znów za­pa­nuje ci­sza. Jak za­wsze, kiedy Kjell miał wolne.

Pa­no­wie za­miesz­kali ra­zem na po­czątku lat osiem­dzie­sią­tych. Za­częło się od tego, że Kjell za­trud­nił się u Lars­sona jako sprze­dawca w bu­tiku z odzieżą mę­ską na Lilla Fi­ska­re­ga­tan. Przez pierw­sze lata miał dość stan­dar­dowy czas pracy – pra­co­wał od po­nie­działku do so­boty, w te dni, w które sklep był otwarty. Każ­dego ranka jeź­dził tam ro­we­rem z Vär­pinge le­żą­cego na za­chód od Lund, gdzie znaj­do­wało się go­spo­dar­stwo jego ro­dzi­ców za­stęp­czych.

Praca w bu­tiku stała się dla niego sen­sem ży­cia. Lars­son do­brze go trak­to­wał, a ele­gancki sklep ‒ jego asor­ty­ment, klienci oraz wy­strój ‒ da­wał mu wy­tchnie­nie od ży­cia w za­nie­dba­nym domu, w któ­rym miesz­kał. Dzie­ciń­stwo w ad­op­cyj­nej ro­dzi­nie Nils­so­nów nie za­wsze było ła­twe. Znacz­nie star­sze ro­dzeń­stwo Kjella, Britta i Ebbe, na ogół uprzy­krzało mu ży­cie, stale przy­po­mi­na­jąc, że to oni są bio­lo­gicz­nymi dziećmi ro­dzi­ców, jego zaś wy­zy­wali od pod­rzut­ków, a czę­sto jesz­cze go­rzej. Przy­brani ro­dzice nie oka­zy­wali mu więk­szego wspar­cia, na­wet po wy­pro­wadzce Britty i Eb­bego nie do­świad­czył z ich strony spe­cjal­nego za­in­te­re­so­wa­nia. Nikt go nie pil­no­wał: sam de­cy­do­wał, kiedy wy­cho­dzi i wraca, do lo­dówki się­gał bez py­ta­nia. Nie było mowy o wspól­nych po­sił­kach, z wy­jąt­kiem Bo­żego Na­ro­dze­nia i Wiel­ka­nocy.

W dniu, w któ­rym do­stał swoją pierw­szą pracę – jako ku­charz w jed­nej z gor­szych spe­lun w Lund – ro­dzice ka­zali mu się wy­pro­wa­dzić do po­koju w bu­dynku go­spo­dar­czym obok głów­nego domu miesz­kal­nego. Ścią­gali od niego czynsz, a choć nie pła­cił im dużo, zimą w po­koju wiało i było zimno, poza tym Kjell nie naj­le­piej się tam czuł. Ma­rzył o tym, żeby zo­stać me­te­oro­lo­giem. Nie­stety, miał za słabe oceny w szkole śred­niej, by do­stać się na stu­dia. W knaj­pie nie­wiele za­ra­biał, a gbu­ro­waty szef kuchni ca­łymi dniami besz­tał jego i po­zo­sta­łych ku­cha­rzy to­nem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu.

Kjell szu­kał le­piej płat­nej pracy i chciał odło­żyć tro­chę pie­nię­dzy na do­dat­kowe kursy, dzięki któ­rym pod­niósłby kwa­li­fi­ka­cje, co­dzien­nie więc prze­glą­dał po­ranną prasę w po­szu­ki­wa­niu cze­goś od­po­wied­niego. Oferta na sta­no­wi­sko sprze­dawcy w bu­tiku Lars­sona wy­glą­dała obie­cu­jąco. Po­je­chał na roz­mowę ubrany w gar­ni­tur z bierz­mo­wa­nia i do­stał tę po­sadę. Pan Lars­son miał uwagi co do jego ubioru, ale poza tym wy­da­wał się miły i od­no­sił się do niego z sza­cun­kiem. Po­zwo­lił Kjel­lowi po­ży­czyć kilka gar­ni­tu­rów, ko­szul i kra­wa­tów z asor­ty­mentu sklepu. Lars­son na­zwał te ele­ganc­kie ubra­nia ro­bo­czymi i ni­gdy nie za­żą­dał za nie na­leż­no­ści. W ży­ciu Kjella na­stą­pił prze­łom. Po­ko­chał pracę w skle­pie. Spo­kój i wy­ra­fi­no­wane oto­cze­nie sta­no­wiły wy­raźny kon­trast do stresu i na­pię­tej at­mos­fery w re­stau­ra­cyj­nej kuchni.

Pew­nej ciem­nej je­sien­nej nocy w ty­siąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tym dru­gim roku wszystko się zmie­niło. O wpół do trze­ciej ostry za­pach wy­rwał ze snu Kjella śpią­cego w swoim łóżku. Pod­niósł ro­letę i jego oczom uka­zał się prze­ra­ża­jący wi­dok: cały bu­dy­nek miesz­kalny stał w pło­mie­niach! Wcią­gnął spodnie i na­rzu­cił kurtkę na pi­żamę, po czym wy­biegł na po­dwó­rze. W od­dali usły­szał sy­reny straży po­żar­nej. Pró­bo­wał wy­wa­żyć drzwi wej­ściowe, lecz były za­mknięte, a ro­dzice nie po­wie­rzyli mu klu­cza. Huk ognia tra­wią­cego dom i ob­raz wi­ru­ją­cych pła­tów sa­dzy na tle noc­nego nieba na za­wsze wryły mu się w pa­mięć. O świ­cie stary drew­niany dom był do­szczęt­nie spa­lony. Po­zo­stały je­dy­nie mu­ro­wane ściany szczy­towe i ko­min sto­jące wśród zwę­glo­nych szcząt­ków bę­dą­cych nie­gdyś jego do­mem z dzie­ciń­stwa.

Dwa dni póź­niej zo­stał wy­rzu­cony z po­koju w bu­dynku go­spo­dar­czym. Przy­brani ro­dzice za­pi­sali cały ma­ją­tek Brit­cie i Eb­bemu i ci nie chcieli, żeby Kjell na­dal tam miesz­kał, po­nie­waż po­sta­no­wili jak naj­szyb­ciej sprze­dać resztę go­spo­dar­stwa, a twier­dzili, że ła­twiej po­zbyć się domu bez lo­ka­tora. Kjell mógł za­trzy­mać ro­wer, te kilka zaś war­to­ścio­wych przed­mio­tów, które trzy­mał w swoim po­ko­iku ‒ ja­kieś książki, kilka zdjęć i tro­chę ubrań ‒ spa­ko­wał do dwóch kar­to­nów po ba­na­nach. Tylko do­kąd miał się prze­pro­wa­dzić? Przy­mo­co­wał pu­dła do ba­gaż­nika i z chwie­ją­cym się ła­dun­kiem prze­szedł pięć ki­lo­me­trów, aż do­tarł do Lund. Pod wie­czór zna­lazł mały, tani, ale przy­tulny po­kój w ho­telu przy Sko­ma­ka­re­ga­tan, gdzie na­resz­cie mógł ode­tchnąć.

Kiedy na­stęp­nego dnia przy­szedł do pracy, Lars­son po­czuł od niego za­pach dymu i wpadł w szał na wieść o tym, że Kjell zo­stał eks­mi­to­wany w try­bie na­tych­mia­sto­wym. Na­zwał Brittę i Eb­bego szu­jami i ban­dy­tami i na­tych­miast za­pro­po­no­wał swo­jemu pra­cow­ni­kowi, żeby za­miesz­kał u niego. Po­ko­jówka Lars­sona wła­śnie zło­żyła wy­po­wie­dze­nie i się wy­pro­wa­dziła, więc służ­bówka stała pu­sta. Kjell mógł tam miesz­kać przez ja­kiś czas, aż Lars­son znaj­dzie nową po­moc do­mową. Kjell z wdzięcz­no­ścią przy­stał na tę pro­po­zy­cję.

Ten „ja­kiś czas” trwał już czter­dzie­ści lat. Pew­nego dnia szef za­py­tał Kjella, czy nie pod­jąłby się wy­ko­ny­wa­nia nie­któ­rych prac do­mo­wych, a on się zgo­dził i od tam­tej pory pra­co­wał dla niego od rana do nocy – naj­pierw w bu­tiku, a przez resztę dnia u niego w domu. W środy na­to­miast miał wolne i mógł ro­bić, co tylko chciał.

W tę środę aku­rat nie miał zbyt wielu pla­nów. Zde­cy­do­wał, że wy­bie­rze się do mia­sta i od­wie­dzi zna­jo­mych z in­nych skle­pów w cen­trum ‒ tych, z któ­rymi przez lata pracy u Lars­sona na­wią­zał bliż­sze re­la­cje. Naj­bar­dziej cie­szył się na wi­zytę w Har­riet An­ti­ques, skle­pie z an­ty­kami i in­te­re­su­ją­cymi sta­ro­ciami, po­ło­żo­nym przy ulicy Lilla Gråbröders­ga­tan. Czę­sto za­glą­dał do Har­riet i wie­dział, że wła­śnie to naj­lep­szy dzień ty­go­dnia na od­wie­dziny, po­nie­waż dziś roz­pa­ko­wy­wała i wy­sta­wiała wszyst­kie nowe rze­czy, które przy­szły po week­en­dzie. Zda­rzało się, że dzwo­niła do niego już na po­czątku ty­go­dnia, je­śli otrzy­mała coś wy­jąt­ko­wego, co jej zda­niem mo­głoby mu się spodo­bać. W tym ty­go­dniu się nie ode­zwała, ale wi­zyta w skle­pie ze sta­ro­ciami i krótka po­ga­wędka z po­godną Har­riet za­wsze spra­wiały mu przy­jem­ność.

Kjell usły­szał głu­chy trzask za­my­ka­ją­cych się drzwi wej­ścio­wych. Wstał z łóżka i pod­szedł do okna, pod­niósł ro­letę i zmru­żył oczy w po­ran­nym słońcu. Z wy­cho­dzą­cego na wschód okna roz­ta­czał się wi­dok na po­dwó­rze oraz park za bi­blio­teką miej­ską. Za­po­wia­dał się piękny dzień. Mię­dzy ko­ro­nami drzew na tle in­ten­syw­nie błę­kit­nego nieba ry­so­wały się de­li­katne smugi pie­rza­stych chmur. Kjell in­te­re­so­wał się me­te­oro­lo­gią od cza­sów mło­do­ści. Dwa razy dzien­nie spraw­dzał na­rzę­dzia po­mia­rowe i skru­pu­lat­nie za­pi­sy­wał wszyst­kie ob­ser­wa­cje w ta­beli. Lars­son, wła­ści­ciel tego oka­za­łego se­ce­syj­nego bu­dynku, w któ­rym miesz­kali, hoj­nie sfi­nan­so­wał in­sta­la­cję sta­cji me­te­oro­lo­gicz­nej na da­chu. Urzą­dze­nie mie­rzyło pręd­kość i kie­ru­nek wia­tru, ci­śnie­nie at­mos­fe­ryczne i tem­pe­ra­turę, i prze­ka­zy­wało wszyst­kie dane cien­kim ka­blem do od­bior­nika umiesz­czo­nego na pa­ra­pe­cie w po­koju Kjella. Je­dyną trud­ność spra­wiało mo­ni­to­ro­wa­nie ilo­ści opa­dów, desz­czu i śniegu. W tym przy­padku ko­rzy­stał z da­nych In­sty­tutu Me­te­oro­lo­gii i Go­spo­darki Wod­nej, i to mu­siało mu wy­star­czyć. Kjell stwier­dził, że wa­runki po­go­dowe nie­wiele się zmie­niły od po­przed­niego dnia i że wyż praw­do­po­dob­nie się utrzyma, czyli na­dal bę­dzie sło­necz­nie.

Ubrał się i zjadł dwie kromki chrup­kiego chleba, jedną z se­rem, drugą z mar­mo­ladą. Tuż po wpół do dzie­sią­tej za­mknął za sobą drzwi wej­ściowe, po czym zbiegł w pod­sko­kach po czte­rech schod­kach i wy­szedł przez bramę. Plac Cle­men­stor­get tęt­nił ży­ciem. Od­kąd li­nia tram­wa­jowa miała przy­sta­nek koń­cowy po pół­noc­nej stro­nie, krę­ciło się tu wię­cej lu­dzi niż wcze­śniej. Na wprost bramy, na po­łu­dnio­wym krańcu placu, kilku han­dla­rzy roz­ło­żyło to­wary w je­sien­nym słońcu. Więk­szość sto­isk ofe­ro­wała rze­czy uży­wane, ale sprze­da­wał tam rów­nież kwia­ciarz i po­marsz­czona sta­ruszka ofe­ru­jąca ciastka wła­snej ro­boty chyba przez cały rok na okrą­gło.

Kjell, po­gwiz­du­jąc, skrę­cił w ulicę Sankt Pe­tri kyr­ko­gata i szedł da­lej Win­strups­ga­tan. Mi­nął gmach Wy­działu Prawa i wkrótce do­tarł do sklepu Har­riet. Przy­sta­nął na chwilę i spoj­rzał na wy­stawę. Więk­szość przed­mio­tów pa­mię­tał z po­przed­nich wi­zyt, lecz po­środku wi­tryny le­żało coś, czego wcze­śniej nie wi­dział – pół­okrą­gły ka­mień wiel­ko­ści płyty wi­ny­lo­wej. Z otworu w jed­nym boku roz­cho­dziły się wy­ryte li­nie, które two­rzyły wzór przy­po­mi­na­jący wa­chlarz. Piękny ka­mień o żół­ta­wym od­cie­niu był jed­nak znisz­czony – miał nie­równe kra­wę­dzie, jakby zo­stał odła­many od więk­szej skały.

‒ Cóż za uni­ka­towy okaz – po­wie­dział Kjell po ci­chu i chwy­cił za klamkę. Drzwi były otwarte, choć do dzie­sią­tej zo­stało pięt­na­ście mi­nut. Kiedy wcho­dził do środka, roz­legł się przy­jemny dźwięk dzwonka. Ro­zej­rzał się po skle­pie, ale ni­kogo nie do­strzegł. Za­cie­ka­wiony pod­szedł do jed­nej z drew­nia­nych pó­łek i prze­su­nął wzro­kiem po fa­scy­nu­ją­cej ko­lek­cji przed­mio­tów. Tło­czyły się tam stare ze­gary sto­łowe i oso­bliwe pa­miątki z róż­nych za­kąt­ków świata: sto­jak na dłu­go­pisy z ja­de­itu z chiń­skimi in­skryp­cjami, kilka ko­lo­ro­wych ikon i wy­pchany dzię­cioł na za­krzy­wio­nym pa­tyku.

– Już idę! – roz­legł się głos z pię­tra, do­kąd pro­wa­dziły spi­ralne schody umiej­sco­wione po­środku sklepu.

– Nie spiesz się, Har­riet! To tylko ja, Kjell!

– O, cześć! Czy mo­żesz wejść na górę? Po­mógł­byś mi z jedną rze­czą.

Za­wa­hał się przez mo­ment, za­sta­na­wia­jąc się, czy nie po­wi­nien prze­krę­cić zamka w drzwiach, lecz uznał, że an­ty­kwa­riuszka z pew­no­ścią wszystko ma pod kon­trolą. W kilku szyb­kich kro­kach po­ko­nał spi­ralne schody i zna­lazł się w cia­snym, ciem­nym ko­ry­ta­rzu. Choć wie­dział, że miesz­ka­nie Har­riet znaj­duje się nad skle­pem, jesz­cze nie nada­rzyła się oka­zja, żeby ją tam od­wie­dzić.

– Je­stem tu­taj! ‒ usły­szał głos do­cho­dzący z są­sied­niego po­miesz­cze­nia.

Prze­kro­czył próg i sta­nął w po­koju przy­po­mi­na­ją­cym sa­lon. Tu rów­nież pa­no­wał mrok po­mimo dwóch du­żych okien wy­cho­dzą­cych na ulicę. Przez grube, bor­dowe ak­sa­mitne za­słony nie wpa­dało wiele świa­tła, po­sępną at­mos­ferę miej­sca po­tę­go­wał ciemny wy­strój wnę­trza. Na ścia­nach wi­siały ob­razy olejne w po­nu­rych bar­wach, a z jed­nej strony po­koju cią­gnął się re­gał za­peł­niony książ­kami i dziw­nym zbio­rem róż­no­ra­kich przed­mio­tów. Gdyby nie sofa i te­le­wi­zor w rogu oraz przy­tulna kuch­nia wi­doczna za otwar­tymi drzwiami na dru­gim końcu po­miesz­cze­nia, można by po­my­śleć, że to część sklepu i że wszystko, co się tu znaj­duje, jest na sprze­daż.

– Dzień do­bry, Har­riet – przy­wi­tał się. ‒ Jak tu ład­nie!

– Cześć, Kjell. Tak my­ślisz? No, nie wiem. Przez lata zgro­ma­dzi­łam tyle tych ru­pieci… Zwy­kle sie­dzę so­bie tu­taj, na so­fie, i prze­glą­dam przed­mioty, które ku­pi­łam. Wszyst­kie te rze­czy są ta­kie ładne, nie mam serca ich sprze­da­wać, więc po pro­stu lą­dują tu­taj na półce bez żad­nego po­żytku. Ale cie­szę się, że przy­sze­dłeś!

– Ja też. W czym mogę ci po­móc?

– Cho­dzi o tę sofę. – Przy­ja­ciółka po­ło­żyła dłoń na pod­ło­kiet­niku brą­zo­wego me­bla w stylu lat pięć­dzie­sią­tych.

Har­riet wy­glą­dała na ja­kieś sześć­dzie­siąt lat i była dość ni­skiego wzro­stu. Jak zwy­kle miała na so­bie jed­no­ko­lo­rowy kom­bi­ne­zon z le­ją­cego się ma­te­riału i sze­roki żółty pa­sek w ta­lii. Gdyby była młod­sza, pół me­tra wyż­sza i tro­chę szczu­plej­sza, wy­glą­da­łaby jak agentka z pierw­szych fil­mów o Ja­me­sie Bon­dzie. Jej ru­do­brą­zowe włosy per­fek­cyj­nie upięte w kok fran­cu­ski (a może to pe­ruka?) ide­al­nie pa­so­wały do tego stylu.

– Jaki jest pro­blem z tą sofą? – spy­tał z cie­ka­wo­ścią Kjell.

– Moja sio­stra przy­jeż­dża tu dziś wie­czo­rem i zo­sta­nie na noc. Ta sofa się roz­kłada i po­my­śla­łam, że mo­głaby na niej spać, tylko nie pa­mię­tam, jak ją roz­ło­żyć. Może ty umiesz?

– Za­wsze mogę spró­bo­wać – stwier­dził Kjell i po­cią­gnął za pa­sek wy­sta­jący mię­dzy opar­ciem a po­dusz­kami sie­dzi­ska.

Po kilku pró­bach udało mu się pod­nieść opar­cie i zwol­nić blo­kadę, dzięki czemu sie­dzi­sko wy­su­nęło się do przodu i sofa w mgnie­niu oka zmie­niła się w łóżko.

– My­ślę, że tam w środku po­winna być po­duszka i koł­dra – do­dała Har­riet. – Spraw­dzisz, czy są?

Kjell po­chy­lił się i oparł ko­lano o łóżko. W tym mo­men­cie ca­łość na po­wrót się zło­żyła i zo­stał nie­mal we­ssany do środka.

– O matko! – Har­riet za­chi­cho­tała. ‒ Chyba za­po­mnia­łeś to za­blo­ko­wać! Pa­mię­tam, że trzeba to zro­bić, bo ina­czej łóżko się składa.

Po­mógł w ście­le­niu po­sła­nia, a po­tem ze­szli ra­zem do sklepu.

– Zwró­ci­łem uwagę na coś cie­ka­wego na wy­sta­wie. – Wska­zał dziwny ka­mień. ‒ Co to ta­kiego?

– Chyba ja­kiś ze­gar sło­neczny. – Har­riet wzięła ka­mień z okna wy­sta­wo­wego. ‒ W ten otwór na dole wkłada się pa­tyk, który rzuca cień na wy­rzeź­bione li­nie, kiedy świeci słońce. Wła­śnie przy­je­chał. Ku­pi­łam go ra­zem z ca­łym mnó­stwem in­nych sta­rych przed­mio­tów z Bli­skiego Wschodu od męż­czy­zny, który za­szedł do sklepu. O, tu­taj z ko­lei ja­kiś wa­zon z tego sa­mego pu­dła… Wy­daje mi się, że z praw­dzi­wego mo­sią­dzu.

– In­te­re­su­jące – stwier­dził Kjell i na­prawdę tak uwa­żał. Ze­gar sło­neczny wy­glą­dał na bar­dzo stary i pa­so­wałby do jego ko­lek­cji wie­ko­wych przy­rzą­dów do ob­ser­wa­cji po­gody.

– Tak, to ładny okaz, cie­kawe, ile ma lat. Męż­czy­zna, który mi go sprze­dał, po­wie­dział, że odzie­dzi­czył go po wuju. Chyba wspo­mniał, że po­cho­dzi z Iranu czy z ja­kie­goś ta­kiego kraju.

– Ten wuj?

– Nie, ze­gar sło­neczny. A wła­ści­wie, je­śli do­brze pa­mię­tam, to wuj rów­nież. Ten fa­cet dużo ga­dał i nie wszystko pa­mię­tam.

– Ile chcesz za ten ze­gar?

– No, po­wiedzmy… trzy­sta ko­ron? Albo do­sta­niesz go za dwie­ście, po­mo­głeś mi prze­cież z sofą.

– Świet­nie! ‒ ucie­szył się Kjell i wy­jął port­fel z we­wnętrz­nej kie­szeni kurtki. Wo­lał pła­cić go­tówką i nie mógł się na­dzi­wić, jak po­wszechne stały się płat­no­ści kartą i zbli­że­niowe. Nie prze­pa­dał jed­nak za bank­no­tem dwu­stu­ko­ro­no­wym. Wid­niał na nim por­tret In­g­mara Berg­mana, czło­wieka, któ­rego nie­spe­cjal­nie ro­zu­miał.

Za­do­wo­lony z za­kupu wró­cił do domu. Po­cząt­kowo pla­no­wał dłuż­szy spa­cer po mie­ście, ale ze­gar sło­neczny oka­zał się zbyt ciężki, a uchwyty pla­sti­ko­wej torby, w któ­rej go niósł, wrzy­nały mu się w palce. Gdy zna­lazł się w swoim po­koju, prze­su­nął pe­lar­go­nię, ro­biąc miej­sce na nowy na­by­tek na głę­bo­kim pa­ra­pe­cie. Prze­szu­kał piór­nik, by zna­leźć coś, co mo­głoby po­słu­żyć jako pa­tyk i pa­so­wa­łoby do ma­łego otworu. Szybko do­szedł do wnio­sku, że naj­le­piej się spraw­dzi czte­ro­ko­lo­rowy dłu­go­pis Bic. Na po­wierzchni ka­mie­nia po­ja­wił się wy­raźny cień. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Wpół do je­de­na­stej. Jak wła­ści­wie usta­wia się ze­gar sło­neczny? Po­sta­no­wił po­cze­kać do peł­nej go­dziny i do­piero wtedy ozna­czyć ka­mień. Może mógłby sta­ran­nie na­pi­sać go­dzinę ołów­kiem przy jed­nej z kre­sek?

Z roz­my­ślań wy­rwał go te­le­fon od Har­riet. Jej za­zwy­czaj po­godny głos był te­raz spo­kojny i ci­chy.

– Słu­chaj, cho­dzi o ten ze­gar sło­neczny, który wła­śnie ode mnie ku­pi­łeś… Przy­szedł do sklepu pe­wien zde­ter­mi­no­wany klient z za­gra­nicy i bar­dzo chciałby go ku­pić. Prze­cho­dził tędy wczo­raj wie­czo­rem i za­uwa­żył go na wy­sta­wie.

– Ro­zu­miem, ale prze­cież to ja go ku­pi­łem – od­rzekł Kjell, lekko zdez­o­rien­to­wany.

– On chce za niego dać pięć ty­sięcy ko­ron. Naj­wy­raź­niej wzię­łam od cie­bie za mało.

– Nie sprze­dam go – od­parł krótko Kjell.

– On nie wie­rzy, że go sprze­da­łam, my­śli, że na­dal go mam i gdzieś ukry­wam. Jest bar­dzo uparty. Co mam zro­bić? Nie znam za do­brze an­giel­skiego…

Kjell nie lu­bił kon­flik­tów, jed­nak ze­gar sło­neczny na­le­żał do niego. Spra­wie­dli­wość mu­siała zwy­cię­żyć.

– Po pro­stu po­wiedz mu, jaka jest sy­tu­acja. Nie może prze­cież ku­pić cze­goś, co nie jest na sprze­daż.

– No tak, masz ra­cję. Mogę dać mu twój nu­mer te­le­fonu, żeby się z tobą skon­tak­to­wał? Być może zmie­nisz zda­nie?

– Sam nie wiem… – od­parł Kjell, czu­jąc pe­wien nie­po­kój roz­cho­dzący się po ciele. Pięć ty­sięcy ko­ron to spora suma za ka­mień, do któ­rego jesz­cze się nie przy­wią­zał.

– Kjell, po­mocy ‒ szep­nęła Har­riet. ‒ Do sklepu wszedł wła­śnie jesz­cze je­den męż­czy­zna, chyba zna­jomy tam­tego. Prze­szu­kują re­gały i… No, hello there! You can­not go upsta­irs! It is pri­vate! Mu­szę koń­czyć.

Kjell stał ze słu­chawką przy uchu. Biedna Har­riet. Czy mógł coś dla niej zro­bić? Za­dzwo­nił do niej, ale nie ode­brała. Czy zna­la­zła się w nie­bez­pie­czeń­stwie? Rany, to nie wy­glą­dało do­brze, i to wszystko jego wina. Oczy­wi­ście, że zgo­dziłby się od­sprze­dać ten głupi ze­gar. Wło­żył kurtkę, jed­nak za­trzy­mał się w pół kroku w drzwiach. Może po­wi­nien za­brać ze­gar ze sobą? Nie, był zbyt ciężki. Przyj­dzie po niego póź­niej, je­śli zaj­dzie taka po­trzeba.

W skle­pie ni­kogo nie za­stał. Gło­śno prze­łknął ślinę, spo­glą­da­jąc w górę na spi­ralne schody. Nad­sta­wiał ucha, lecz bał się za­wo­łać. Kim wła­ści­wie byli ci męż­czyźni? Prze­stęp­cami? Czy na­dal znaj­do­wali się na pię­trze? Le­piej było stąd znik­nąć. Za­dzwoni do Har­riet póź­niej, może po pro­stu za­ła­twia coś na mie­ście. Wy­szedł ze sklepu, ale za­trzy­mał się na scho­dach. Prze­cież drzwi były otwarte. Coś tu nie grało. Wró­cił do środka. Może jed­nak po­wi­nien się ośmie­lić i zaj­rzeć na górę? Choć to pry­watne miesz­ka­nie Har­riet… Chyba le­piej tylko po ci­chu za­wo­łać, sto­jąc na scho­dach.

W końcu ze­brał się na od­wagę i po­woli wspiął się po kilku stop­niach. A po­tem jesz­cze kilku. Wkrótce zna­lazł się na gó­rze. Prze­szedł ciem­nym ko­ry­ta­rzem do sa­lonu. Rany bo­skie, co tu się stało? W po­koju pa­no­wał ogromny ba­ła­gan. Wszyst­kie przed­mioty z pó­łek le­żały po­roz­rzu­cane na pod­ło­dze, krze­sło było prze­wró­cone.

– Har­riet?! – za­wo­łał zdła­wio­nym gło­sem, na próżno na­słu­chu­jąc od­po­wie­dzi.

Pod­szedł do roz­kła­da­nej sofy, by po­pra­wić prze­krzy­wioną po­du­chę, ale nie mógł jej wło­żyć na miej­sce. Coś ru­do­brą­zo­wego ster­czało mię­dzy opar­ciem a sie­dzi­skiem. Przy­po­mi­nało ja­kąś ku­dłatą po­duszkę. Kjell chwy­cił ją i po­cią­gnął. W tym mo­men­cie do­tarło do niego, co trzyma: pe­rukę przy­ja­ciółki!

– Har­riet! – krzyk­nął po­now­nie, tym ra­zem z lekką pa­niką w gło­sie.

Kiedy zdjął po­duszkę z ka­napy, fala szoku prze­pły­nęła przez jego ciało ni­czym zimna le­mo­niada. Le­żała tam an­ty­kwa­riuszka, wci­śnięta mię­dzy opar­cie a me­ta­lowy ste­laż. Z za­dra­pa­nia na ły­sej gło­wie wy­pły­nęła odro­bina krwi. Har­riet wpa­try­wała się w niego. Czy to wszystko jego wina?! To po pro­stu nie­moż­liwe. Czy stwo­rzył śmier­telną pu­łapkę z roz­kła­da­nej sofy, kiedy po­ma­gał ją roz­ło­żyć wcze­śniej tego dnia?

– Har­riet! Obudź się, obudź! ‒ krzy­czał Kjell co­raz bar­dziej ze­stre­so­wany. Udało mu się wy­cią­gnąć jej rękę i zła­pać za nad­gar­stek. Brak tętna! Czy ona nie żyła?!

W tej sa­mej chwili usły­szał, jak ktoś za nim otwiera drzwi do kuchni.

Roz­dział 2

Bruno Söder­stjärna, prze­ska­ku­jąc co drugi sto­pień, wbiegł na trze­cie pię­tro ko­mi­sa­riatu. Tuż przed lun­chem udał się do piw­nicy i wresz­cie od­dał swój mun­dur po­li­cyjny ma­ga­zy­nie­rowi Gun­na­rowi. W świet­nym na­stroju wkro­czył na ko­ry­tarz, gdzie pra­co­wali jego dawni ko­le­dzy. Służba w dro­gówce, do któ­rej zo­stał dys­cy­pli­nar­nie od­de­le­go­wany za to, że tro­chę za da­leko się po­su­nął w trak­cie śledz­twa pół roku wcze­śniej, do­bie­gła końca. Po wielu dłu­gich roz­mo­wach z tre­ne­rem roz­woju oso­bi­stego z działu kadr uznano, że Bruno może wró­cić na po­przed­nie sta­no­wi­sko ‒ śled­czego w wy­dziale kry­mi­nal­nym na ko­mi­sa­ria­cie w Lund.

Sta­ran­nie za­pla­no­wał po­wrót do pracy. Po­szedł do fry­zjera i ściął czu­prynę na krótko, co w jego mnie­ma­niu wy­glą­dało bar­dzo mę­sko. Chcąc wy­raź­nie za­zna­czyć, że nie ma wiele wspól­nego ze zwy­kłymi po­li­cjan­tami w mun­du­rach, tego dnia wło­żył kra­cia­stą twe­edową ma­ry­narkę i modny czarny golf. Za­trzy­mał się przy jed­nej z sal kon­fe­ren­cyj­nych i spoj­rzał na swoje od­bi­cie w szy­bie, po czym ru­szył da­lej. Nie róż­nił się za­nadto od de­tek­ty­wów z kla­sycz­nych ame­ry­kań­skich se­riali. Przy­po­mi­nał Hun­tera. Albo Ko­jaka. Choć oni ra­czej nie no­sili gol­fów… Wła­ści­wie naj­bli­żej mu było do Ba­retty. I on, i Bruno mieli tro­chę bar­dziej wy­lu­zo­wany styl…

Za­pu­kał do drzwi po­koju Ven­deli, sze­fo­wej wy­działu. Cho­ciaż to ona za­wie­siła go w obo­wiąz­kach służ­bo­wych pa­mięt­nego dnia przed sze­ścioma mie­sią­cami, nie stra­cił do niej sza­cunku. Naj­zwy­czaj­niej w świe­cie wy­ko­ny­wała swoją pracę, a on wy­raź­nie czuł, że po­doba jej się jego sys­te­ma­tyczny spo­sób pro­wa­dze­nia śledztw i praw­do­po­dob­nie dla­tego tak bar­dzo chciała, by wró­cił.

‒ O, cześć, Bruno! Wi­taj! ‒ przy­wi­tała się Ven­dela, pod­no­sząc się zza biurka, by uści­snąć mu dłoń.

– Dzię­kuję, dzię­kuję! ‒ od­parł, sto­jąc w progu.

– Wejdź i usiądź! Miło cię znowu wi­dzieć. Wy­glą­dasz ja­koś ina­czej. Masz nowe oku­lary?

– Wczo­raj by­łem u fry­zjera, może to to.

– Nie, nie, cho­dzi ra­czej o ca­ło­kształt. ‒ Ven­dela sze­roko się uśmiech­nęła. ‒ Świetny styl! Golf, ma­ry­narka i cała reszta. Przy­po­mi­nasz mi ko­goś… chwila, tylko kogo?

– Może ko­goś z te­le­wi­zji? – za­su­ge­ro­wał z za­do­wo­le­niem Bruno.

– Nie, już wiem! Wy­glą­dasz jak taki nasz je­den lo­kalny po­li­tyk z Bo­rås w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych. Len­nart coś tam… Ha, ha, jota w jotę!

– Być może… – Bruno usi­ło­wał ukryć obu­rze­nie. ‒ Cóż, w każ­dym ra­zie wró­ci­łem. Ja­kie masz dla mnie cie­kawe wy­zwa­nia?

– Hm, zo­ba­czymy… Na po­czą­tek to nie­wiele. Chcia­ła­bym, że­byś naj­pierw stop­niowo się wdra­żał, bio­rąc pod uwagę to, co wy­da­rzyło się wio­sną. Mam kilka mniej­szych spraw, któ­rymi mo­żesz się za­jąć sa­mo­dziel­nie. Jedna to próba wła­ma­nia na ba­sen, a druga to za­py­ta­nie od irac­kiej po­li­cji, przy czym aku­rat ta sprawa wy­daje się bar­dziej skom­pli­ko­wana. Cho­dzi o czarny ry­nek irac­kich an­ty­ków. Po­dobno otrzy­mali in­for­ma­cje, że w re­jo­nie po­łu­dnio­wej Szwe­cji i Da­nii pro­wa­dzony jest nie­le­galny han­del tego typu. Za­po­znaj się z ma­te­ria­łami, nie za­głę­bia­łam się w szcze­góły i nie mamy po­dej­rza­nych.

– Od razu się za to za­biorę – rzekł Bruno, pró­bu­jąc nie oka­zać roz­cza­ro­wa­nia, że przy­dzie­lono mu tak nie­istotne za­da­nia.

‒ Ach, pra­wie bym za­po­mniała. Po­ja­wiła się nowa, więk­sza sprawa, po­myślmy…

– Su­per!

‒ Mhm, w tym przy­padku bę­dziesz pra­co­wał z Ka­jem, jako jego po­moc­nik, że­byś mógł na nowo wdro­żyć się w rytm pracy.

– Aha, z Ka­jem, to świet­nie. ‒ Bruno uśmiech­nął się uprzej­mie.

Lu­bił Kaja. I choć to wła­śnie on pół roku wcze­śniej do­pro­wa­dził do aresz­to­wa­nia Bru­nona jako po­dej­rza­nego w spra­wie nie­ja­snego mor­der­stwa, trzeba mu od­dać, że miał ra­cję i pod­jął słuszne de­cy­zje. W końcu zna­le­ziono za­ko­pane ciało w ogro­dzie Bru­nona – to uza­sad­niało po­dejrz­li­wość. Kaj po pro­stu wy­ko­ny­wał swoją pracę, tak trzeba na to pa­trzeć.

– Kaj tu do­wo­dzi, tak że­byś miał ja­sność – kon­ty­nu­owała Ven­dela. ‒ Ma wpraw­dzie mniej lat stażu niż ty, ale po­nie­waż przez ja­kiś czas by­łeś w dro­gówce, pro­po­nuję, że­byś za­czął na spo­koj­nie. Kaj bę­dzie zda­wał mi ra­porty z two­ich po­stę­pów i je­śli wszystko pój­dzie do­brze, wkrótce wró­cisz na dawną po­zy­cję.

– Nie za­wiodę cię. Na pewno uda nam się wiele osią­gnąć, w końcu co dwie głowy to nie jedna.

– Ra­czej pół­to­rej.

– Co masz na my­śli? – Bruno uśmiech­nął się ner­wowo. Wła­ści­wie wie­dział, o co jej cho­dzi, ale chciał się upew­nić, że do­brze ją zro­zu­miał. Czy nie uwa­żała go już za w pełni wy­daj­nego pra­cow­nika?

– Kaj jest wła­śnie na od­pra­wie z pro­ku­ra­to­rem, który prze­ka­zuje mu in­for­ma­cje na te­mat no­wej sprawy – od­parła Ven­dela, igno­ru­jąc py­ta­nie Bru­nona. ‒ Tam na półce leży twój lap­top i kartka z no­wymi da­nymi do lo­go­wa­nia. Zaj­mij ja­kieś wolne miej­sce w biu­rze. Kaj do cie­bie przyj­dzie, jak skoń­czy.

– Oczy­wi­ście. – Bruno ze­rwał się z krze­sła, chcąc spra­wić wra­że­nie po­jęt­nego. ‒ Czy coś jesz­cze po­wi­nie­nem uwzględ­nić w dal­szych eta­pach pracy?

– Tak, mo­żesz za­mknąć za sobą drzwi. Po­wo­dze­nia!

Bruno wy­szedł ty­łem z biura Ven­deli, z lap­to­pem pod pa­chą. No do­brze, te­raz na każ­dym kroku bę­dzie mu­siał po­ka­zać się z jak naj­lep­szej strony. Ża­den pro­blem! Ven­dela i Kaj nie­ba­wem się prze­ko­nają, jaki z niego by­stry po­li­cjant. Po dro­dze wstą­pił do po­miesz­cze­nia z ar­ty­ku­łami biu­ro­wymi i wziął dwa duże ko­ło­no­tat­niki oraz kilka no­wych dłu­go­pi­sów. Za­brał też trzy za­kre­śla­cze w róż­nych ko­lo­rach. Praca mu­siała być wy­ko­ny­wana pro­fe­sjo­nal­nie na wszyst­kich po­zio­mach.

W biu­rze pa­no­wał spo­kój, więk­szość lu­dzi naj­wy­raź­niej prze­by­wała w te­re­nie.

– Bruno! Wró­ci­łeś! Wi­taj!

To była Mo­nika, ko­le­żanka, którą aku­rat naj­mniej lu­bił. Straszna ga­duła, więk­szość czasu w pracy spę­dzała na oglą­da­niu głu­pich fil­mi­ków na YouTu­bie lub udo­stęp­nia­niu zdjęć w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych ze swo­ich nie­zli­czo­nych wa­ka­cji w kam­pe­rze.

– Tak, te­raz trzeba wci­snąć gaz do de­chy – od­parł, by pod­kre­ślić, że od pierw­szego dnia ma wiel­kie am­bi­cje.

– Gaz do de­chy, ha, ha, ha, tak się pew­nie mówi w dro­gówce, co? Ła­pa­li­ście dużo pi­ra­tów czy głów­nie ści­ga­li­ście ro­we­rzy­stów ja­dą­cych pod prąd?

– W wy­dziale ru­chu dro­go­wego wy­ko­nują na­prawdę bar­dzo do­brą ro­botę. ‒ Bruno za­ci­snął usta.

Wy­brał biurko w rzę­dzie przed Mo­niką, by sie­dzieć do niej ple­cami i w ten spo­sób za­zna­czyć dy­stans oraz nie dać się wcią­gnąć w mę­czące roz­mowy. Wy­jął z teczki dwie ramki ze zdję­ciami có­rek, Liny i Mai. Trzy­mał je tam od czasu, kiedy zo­stał prze­nie­siony. Czuł pew­nego ro­dzaju triumf, usta­wia­jąc je te­raz na biurku i znowu zaj­mu­jąc miej­sce przy kom­pu­te­rze.

‒ À pro­pos ru­chu dro­go­wego. Sły­sza­łeś, co spo­tkało mo­jego męża Ken­nerta, jak je­chał w po­nie­dzia­łek kam­pe­rem i za­trzy­mała go po­li­cja?

– Ken­nert? Czy on nie ma na imię Ken­net?

– To zna­czy ma na imię Ken­nert, ale wy­cho­wał się w Halm­stad w re­gio­nie Hal­land, a w tam­tym dia­lek­cie nie wy­ma­wia się li­tery „r”, więc w Halm­stad mówi się na niego Ken­net, a kiedy jest u mnie w Ska­nii, na­zy­wam go Ken­nert.

‒ O! Cześć, Bruno!

Wresz­cie po­ja­wił się Kaj! Wszedł sprę­ży­stym kro­kiem i sta­nął przy biurku Bru­nona z gru­bym se­gre­ga­to­rem pod jedną pa­chą i lap­to­pem pod drugą. Po­dob­nie jak Bru­non, miał na so­bie golf i kra­cia­stą ma­ry­narkę do­pa­so­waną ko­lo­ry­stycz­nie do sza­rych spodni gar­ni­tu­ro­wych z ostro za­pra­so­wa­nymi kan­tami.

– Cześć, Kaj ‒ przy­wi­tał się Bruno, si­ląc się na swo­bodny i zre­lak­so­wany ton. ‒ No i je­stem…

– Cie­szę się, że wró­ci­łeś. Czy Ven­dela ci mó­wiła, że bę­dziemy ra­zem pra­co­wać?

– Tak jest! Czas do­brać się do skóry ban­dzio­rom! – Bruno pró­bo­wał przy­bić piątkę, jed­nak Kaj w tym mo­men­cie pod­szedł, by go uści­skać.

– Och, jak słodko! – za­chi­cho­tała Mo­nika. ‒ Czy wa­sze mamy po­sta­no­wiły was dzi­siaj ubrać tak samo? Ha, ha, ha. Cud­nie ra­zem wy­glą­da­cie, mu­szę wam zro­bić zdję­cie!

– Aha, no tak – przy­znali Bruno z Ka­jem, uda­jąc, że nie za­uwa­żyli tego wcze­śniej.

– Żad­nych zdjęć, Mo­niko. – Kaj pod­niósł rękę na znak, żeby prze­stała. ‒ Wiesz, że nie ro­bimy tu zdjęć ze względu na po­uf­ność.

Bru­no­nowi po­do­bał się taki pro­fe­sjo­na­lizm.

– Ech, ależ ty nu­dzisz – jęk­nęła Mo­nika. Czy ty w ogóle my­ślisz o czymś in­nym niż re­gu­la­min?

– Kaj ma ra­cję – ode­zwał się Bruno. ‒ Mo­żesz nam póź­niej zro­bić zdję­cie na ze­wnątrz, je­śli chcesz…

Przez zło­śliwy ko­men­tarz Mo­niki ich roz­mowa prze­stała się kleić i za­pa­dło krę­pu­jące mil­cze­nie. Bruno za­sta­na­wiał się, czy wró­cić do biurka, czy może le­piej wy­pad­nie, je­śli da­lej bę­dzie tam stał. Za wszelką cenę chciał za­zna­czyć, że na­leży się z nim li­czyć, ustę­pu­jąc jed­nak miej­sca Ka­jowi, skoro to on prze­jął stery. To była sztuka za­cho­wa­nia rów­no­wagi.

– Czy wy­pi­łeś już po­po­łu­dniową kawę? – spy­tał Kaj, prze­ry­wa­jąc ci­szę.

– Nie, wła­śnie o tym my­śla­łem – skła­mał Bruno. ‒ Mo­żemy pój­dziemy ra­zem po kawę i prze­dys­ku­tu­jemy sprawę?

– Och, jak miło! Czy można się przy­łą­czyć? – Mo­nika ze­rwała się z krze­sła.

– In­nym ra­zem – od­parł Kaj. ‒ Mu­szę po­roz­ma­wiać z Bru­no­nem w cztery oczy, mamy na­prawdę ważny te­mat.

Po­ło­żył rękę na ra­mie­niu ko­legi i de­li­kat­nie po­pchnął go w stronę drzwi. Bruno po­czuł przy­jemne cie­pło roz­cho­dzące się po ciele. On i Kaj. Gdyby się po­sta­rali, mo­gliby zo­stać naj­sku­tecz­niej­szym du­etem śled­czym w jed­no­stce. To pewne. Uraza do Mo­niki wy­wo­łana jej drwi­nami z po­wodu ich jed­na­ko­wych stro­jów nie­spo­dzie­wa­nie zga­sła, a w jej miej­sce po­ja­wiło się po­czu­cie, że to wła­śnie po­dobny ubiór ich do sie­bie zbli­żył i dał im moc – byli tro­chę jak Croc­kett i Tubbs z se­rialu Po­li­cjanci z Miami. Bruno wy­szedł na ko­ry­tarz z pod­nie­sio­nym czo­łem, uda­jąc się w stronę po­koju so­cjal­nego.

Z kub­kami świeżo na­la­nej kawy we­szli do jed­nej z mniej­szych sal kon­fe­ren­cyj­nych. Bruno usiadł pod­eks­cy­to­wany i otwo­rzył pu­sty no­tat­nik, tym­cza­sem Kaj za­mknął drzwi.

 – Po­słu­chaj, Bruno – za­czął i otwo­rzył se­gre­ga­tor. ‒ Wła­śnie przy­dzie­lono mi zu­peł­nie nową sprawę, którą, jak są­dzę, ra­zem mo­żemy dość ła­two roz­wią­zać.

– Świet­nie. – Bruno się wy­pro­sto­wał, by po­ka­zać, że jest go­towy do dzia­ła­nia.

– Po­dej­rze­nie mor­der­stwa w cen­trum mia­sta. Wstępne śledz­two jed­no­znacz­nie wska­zuje na po­ten­cjal­nego sprawcę, ale po­trze­bu­jemy wię­cej do­wo­dów. Do­piero wtedy bę­dziemy mo­gli we­zwać tę osobę na prze­słu­cha­nie.

– Ojejć! – Bruno aż się wzdry­gnął.

‒ Na zdro­wie ‒ rzekł Kaj, nie od­ry­wa­jąc wzroku od se­gre­ga­tora.

– Dzięki – zdzi­wił się Bruno. Nie wi­dział sensu wy­pro­wa­dzać ko­legi z błędu, że źle usły­szał. Te­raz naj­waż­niej­sze było, żeby się zgrali i po­tra­fili współ­pra­co­wać w trak­cie śledz­twa.

– Ofiarą mor­der­stwa jest Har­riet Nord­mark, an­ty­kwa­riuszka. Od po­nad dwu­dzie­stu lat pro­wa­dziła sklep ze sta­ro­ciami przy ulicy Stora Gråbröders­ga­tan sie­dem­na­ście i miesz­kała w tym sa­mym bu­dynku. Wczo­raj o sie­dem­na­stej szes­na­ście służby ra­tun­kowe otrzy­mały te­le­fon od jej sio­stry, Clo­tilde ‒ nie wiem, jak to się wy­ma­wia – która zna­la­zła mar­twą Har­riet w miesz­ka­niu nad skle­pem.

– Czy mamy pew­ność, że to za­bój­stwo?

– Spo­sób, w jaki ją za­mor­do­wano, jest dziwny, jed­nak le­karz me­dy­cyny są­do­wej nie ma wąt­pli­wo­ści.

– Czy udało się za­bez­pie­czyć na­rzę­dzie zbrodni? – Bruno cie­szył się, że pod­czas każ­dego do­cho­dze­nia w spra­wie o mor­der­stwo prze­strze­gano tej sa­mej pro­ce­dury, która za­kła­dała usta­le­nie trzech ele­men­tów: ofiary, przy­czyny śmierci, na­rzę­dzia zbrodni. To ostat­nie praw­do­po­dob­nie było naj­waż­niej­sze na tym wcze­snym eta­pie po­stę­po­wa­nia. Broń wiele mó­wiła o pro­filu sprawcy, a po­nadto, przy odro­bi­nie szczę­ścia, gdyby udało się zdjąć od­ci­ski pal­ców, może pa­so­wa­łyby do ja­kichś w re­je­strze.

– To roz­kła­dana sofa.

– Słu­cham?

– Na­rzę­dziem zbrodni jest roz­kła­dana sofa. Nie da się tego ina­czej ująć. Z ra­portu wy­nika, że Nord­mark zo­stała we­pchnięta do roz­kła­da­nej sofy i zła­mała kark o me­ta­lowy pręt pod opar­ciem. Czas zgonu nie zo­stał do­kład­nie usta­lony, ale ist­nieją prze­słanki su­ge­ru­jące, że zmarła tego sa­mego dnia, w któ­rym zo­stała zna­le­ziona, mię­dzy go­dziną je­de­na­stą a czter­na­stą. Przej­rzyj so­bie te zdję­cia. – Kaj po­dał ko­pertę.

Bruno od razu wy­ko­nał po­le­ce­nie. Blada, łysa star­sza ko­bieta pa­trzyła na niego sze­roko otwar­tymi oczami. Naj­wy­raź­niej była to Har­riet Nord­mark. Bruno nie pa­mię­tał, żeby kie­dy­kol­wiek zwró­cił uwagę na jej sklep. Nie in­te­re­so­wały go an­tyki, wo­lał nowe i no­wo­cze­sne rze­czy, naj­le­piej nie­dro­gie.

‒ Jak wspo­mnia­łem, mamy po­ten­cjal­nego sprawcę: Kjella Nils­sona. Z bil­lingu te­le­fonu ko­mór­ko­wego Har­riet wy­nika, że rano w dniu mor­der­stwa dwu­krot­nie ze sobą roz­ma­wiali, czyli rap­tem kilka go­dzin przed jej śmier­cią. Clo­tilde ze­znała, że jej sio­stra znała Nils­sona po­bież­nie, że jest sta­łym klien­tem od wielu lat.

– To nie­wiele na niego mamy ‒ rzekł Bruno nieco roz­cza­ro­wany. ‒ Co jesz­cze wiemy o Nils­so­nie?

– Uro­dzony w ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym dzie­wią­tym roku. Nie­żo­naty. Ad­res za­miesz­ka­nia: Cle­men­stor­get dwa. Pra­cuje w bu­tiku Lars­sona jako sprze­dawca. Nie fi­gu­ruje w re­je­strze kar­nym.

– Cze­kaj, po­wie­dzia­łeś bu­tik Lars­sona? Znam ten sklep! – Bruno trium­fal­nie uniósł dłu­go­pis.

– Tak, tak, więk­szość lu­dzi go zna. Prze­cież od stu lat znaj­duje się w tym sa­mym miej­scu. Chyba że co in­nego masz na my­śli?

– Al­bin Lars­son, wła­ści­ciel, prze­wi­jał się w kilku mo­ich po­przed­nich śledz­twach do­ty­czą­cych mor­derstw.

– Czy zo­stał za coś ska­zany? – Kaj uniósł brwi.

– Wła­ści­wie nie, ale za­wsze wy­da­wał mi się po­dej­rzany.

Bruno wie­dział, że nie za­brzmiało to wia­ry­god­nie. Nie można prze­cież opie­rać do­cho­dze­nia na tym, że ktoś wy­daje się po­dej­rzany.

– No cóż, w trak­cie nad­cho­dzą­cych po­stę­po­wań mu­sisz pa­mię­tać, żeby nie po­le­gać je­dy­nie na in­tu­icji. Szcze­gól­nie bio­rąc pod uwagę to, co się wy­da­rzyło ostat­nio. Je­śli mógł­bym ci coś po­ra­dzić… Ach, zresztą ro­zu­miesz. Pra­cujmy nad tym, co wiemy i co mo­żemy udo­wod­nić.

– Oczy­wi­ście, Kaj, tro­chę się za­pę­dzi­łem. ‒ Bruno po­czuł, że się ru­mieni. ‒ Wra­cajmy do pro­ce­dur!

– Tak, choć za­cznijmy jed­nak od sklepu Lars­sona. W końcu to miej­sce pracy Nils­sona i, je­śli do­brze zro­zu­mia­łem, Al­bin jest jego sze­fem. Przejdźmy się tam i zbierzmy in­for­ma­cje. To bę­dzie pierw­sze za­da­nie na ju­tro. Do tego czasu za­po­znaj się ze sprawą i za­akli­ma­ty­zuj na no­wym miej­scu. Chyba na­wet nie zdą­ży­łeś się za­lo­go­wać do kom­pu­tera, prawda?

– Nie, od razu rzu­cili mnie na głę­boką wodę. – Bruno uśmiech­nął się z dum­nie unie­sioną głową. ‒ Ale to świet­nie! Do dzieła! Cała na­przód!

Bruno wró­cił do biura i z ulgą stwier­dził, że Mo­nika w końcu wy­szła. Usiadł i za­brał się do prze­glą­da­nia akt do­ty­czą­cych za­mor­do­wa­nej an­ty­kwa­riuszki. Nie do po­my­śle­nia, że zo­stała za­mor­do­wana za po­mocą roz­kła­da­nej sofy! Czy na­prawdę tak było? A może w ja­kiś spo­sób tam utknęła i po pro­stu umarła? Sam jako dziecko przy­trza­snął so­bie pa­lec przy roz­kła­da­niu ka­napy. Choć to ra­czej mało praw­do­po­dobne, żeby zła­mać so­bie sa­memu kark. W ta­kim ra­zie dziw­nym tra­fem Kjell Nils­son mu­siał być w to za­mie­szany. Bruno przej­rzał ma­te­riały ze śledz­twa. Wy­da­wały się nie­kom­pletne. Oprócz bil­lingu z te­le­fonu wła­ści­wie nic nie łą­czyło Nils­sona z ofiarą. Za­mknął oczy i pró­bo­wał so­bie przy­po­mnieć Kjella Nils­sona – spo­tkał go kil­ka­krot­nie w tym po­dej­rza­nym skle­pie z odzieżą mę­ską – jed­nak nie po­tra­fił przy­wo­łać wy­raź­nego ob­razu sprze­dawcy.

– Halo, Bruno, nie spać! Ha, ha, co z cie­bie za gość! Chyba po­wrót do pracy tu­taj oka­zał się trudny po le­ni­wych dniach w dro­gówce, co? Ho, ho! Wi­taj w praw­dzi­wym świe­cie! ‒ wo­łała Mo­nika z rę­kami przy­ło­żo­nymi do ust jak me­ga­fon.

– Roz­my­śla­łem nad pewną teo­rią – wy­ja­śnił kwa­śno Bruno, pio­ru­nu­jąc ją wzro­kiem.

– Ach tak! Ty po­wi­nie­neś wie­dzieć naj­le­piej, że nie wolno po­zo­sta­wać na biegu ja­ło­wym dłu­żej niż mi­nutę. Ha, ha, to było do­bre, przy­znaj!

– Bar­dzo za­bawne, Mo­niko. – Bruno wes­tchnął de­mon­stra­cyj­nie. ‒ Może dasz mi tro­chę po­pra­co­wać?

– Prze­pra­szam. Obie­cuję, że nie będę cię bu­dzić… to zna­czy nie będę ci prze­szka­dzać. Wła­ści­wie tylko wpa­dłam po kurtkę, koń­czę dzi­siaj o pięt­na­stej, tak że za­raz znów bę­dziesz mógł sie­dzieć sa­mo­dziel­nie.

– Po­tra­fię sie­dzieć sa­mo­dziel­nie, od kiedy skoń­czy­łem sześć mie­sięcy. – Bruno po­słał jej zło­śliwy uśmiech.

– Co ta­kiego?

– Chcia­łaś chyba po­wie­dzieć, że będę mógł tu „sie­dzieć sam”.

‒ Jak zwy­kle nie ro­zu­miem nic z tego, co mó­wisz, ale ży­czę ci mi­łej reszty dnia, kiedy mnie tu nie bę­dzie. – Z tymi słowy Mo­nika znik­nęła w ko­ry­ta­rzu.

Choć Bruno nie miał pew­no­ści, czy ko­le­żanka zro­zu­miała róż­nicę mię­dzy „sa­mo­dziel­nie” a „sa­memu”, był za­do­wo­lony ze swo­jego cię­tego ko­men­ta­rza, który za­brzmiał jak ty­powa uwaga jego żony Ma­lin, pu­rystki ję­zy­ko­wej. Tym ra­zem to jemu udało się do­ku­czyć ko­muś in­nemu.

Kiedy Mo­nika w końcu so­bie po­szła, Bruno za­brał się za prze­szu­ki­wa­nie wszyst­kich baz da­nych, do któ­rych miał do­stęp. Spraw­dził ka­ta­ster nie­ru­cho­mo­ści, re­jestr karny oraz dane urzędu skar­bo­wego do­ty­czące do­cho­dów i dłu­gów, lecz nic po­dej­rza­nego nie rzu­ciło mu się w oczy, ani w przy­padku Kjella, ani ofiary mor­der­stwa. Oboje mieli dość ni­skie pen­sje, żadne z nich nie po­sia­dało sa­mo­chodu, żadne też nie było ni­gdy ka­rane. W tej sy­tu­acji na­le­żało spoj­rzeć na sprawę sze­rzej. Ze­brać in­for­ma­cje na te­mat zwy­cza­jów Kjella i jego po­wią­zań z in­nymi, po­ten­cjal­nie klu­czo­wymi oso­bami mo­gą­cymi mieć zna­cze­nie dla śledz­twa. Roz­mowa z Al­bi­nem Lars­so­nem, którą wraz z Ka­jem za­pla­no­wali na na­stępny dzień, mo­gła rzu­cić nowe świa­tło na sprawę.

Spoj­rzał na ze­ga­rek, do­cho­dziła szes­na­sta trzy­dzie­ści. Chyba po­wi­nien wra­cać do domu. Czy Ma­lin nie miała wie­czo­rem gdzieś wyjść? Spraw­dził w ka­len­da­rzu – uży­wał tra­dy­cyj­nego ter­mi­na­rza kie­szon­ko­wego w ciem­no­zie­lo­nej okładce z eko­skóry. Rze­czy­wi­ście fi­gu­ro­wało tam ja­kieś wy­da­rze­nie, po­nadto za­no­to­wał to dłu­go­pi­sem, czyli mu­siało być szcze­gól­nie ważne. Wid­niało tam: „Słój Ma­lin”. Praw­do­po­dob­nie. Tusz roz­ma­zał się na kartce. Spoj­rzał przed sie­bie, ale nie mógł so­bie przy­po­mnieć, o co cho­dziło. Słój? Nie, go­to­wa­nie nie na­le­żało do moc­nych stron Ma­lin. W za­sa­dzie nie po­tra­fiła przy­rzą­dzić nic poza pa­lusz­kami ryb­nymi i ziem­nia­cza­nym pu­rée z proszku – a i to nie na pewno. Bruno ze­brał pa­piery, uznaw­szy, że naj­le­piej bę­dzie wró­cić do domu na sie­dem­na­stą i do­wie­dzieć się, co ta­kiego Ma­lin pla­nuje.

– Świet­nie, wra­casz do domu za pięć piąta – przy­wi­tała go żona w holu ich domu z wa­pienno-pia­sko­wej ce­gły.

– Na piątą chyba coś za­pla­no­wa­łaś – od­parł Bruno, przy­glą­da­jąc się żo­nie w nie­ty­po­wym stroju i wy­pa­tru­jąc wska­zó­wek, do­kąd się wy­biera. Miała na gło­wie włócz­kową czapkę i była ubrana w ob­ci­sły czarny kom­bi­ne­zon ze span­deksu. Bruno za­drżał na jej wi­dok. Miała fi­gurę mo­delki!

– Chcia­łam wy­je­chać punkt piąta – oznaj­miła Ma­lin. ‒ Na­prawdę nie można było wró­cić wcze­śniej, żeby przed moim wyj­ściem dzie­ciaki po­były z oboj­giem ro­dzi­ców? ‒ Po­chy­liła się, żeby za­wią­zać buty do bie­ga­nia.

– Prze­pra­szam, mu­siało mi się coś po­mie­szać. Je­dli­ście już? ‒ Bruno wcią­gnął po­wie­trze no­sem i wy­czuł za­pach cze­goś, co Ma­lin przy­pa­liła w kuchni.

– Nie, ale pa­luszki rybne są na pa­telni. Wy­star­czy prze­ło­żyć je na ta­lerz.

– Do­kąd się wy­bie­rasz?

– Na spo­tka­nie z ekipą z SOJA, już ci mó­wi­łam.

– SOJA? To ja­kiś sport?

– Jezu, Bruno, prze­cież wszystko ci tłu­ma­czy­łam w ze­szłym ty­go­dniu. SOJA to Straż Ochrony Ję­zyka Aka­de­mic­kiego. Za­ło­ży­ły­śmy z So­phie, chyba pa­mię­tasz? Po­dobno twoja ko­le­żanka San­dra na­leży do tej grupy. Świet­nie się tam ba­wimy. So­phie już jest! Baw się do­brze z dziew­czyn­kami. Wrócę przed dwu­dzie­stą drugą, może wcze­śniej.

Bruno po­słał Ma­lin ca­łusa, gdy ta scho­dziła ścieżką przez ogród do cze­ka­ją­cego na ulicy sa­mo­chodu. Nie­spe­cjal­nie cie­szyło go za­an­ga­żo­wa­nie Ma­lin w grupę SOJA. Ich dzia­ła­nia ba­lan­so­wały na gra­nicy prawa, a po­le­gały na wy­szu­ki­wa­niu i po­pra­wia­niu wszel­kiego ro­dzaju błęd­nie na­pi­sa­nych zna­ków. W ogóle go nie dzi­wiło, że do tej grupy na­leży San­dra. Ostat­nio po­pra­wili po­nad trzy­dzie­ści ta­bli­czek, ma­lu­jąc myśl­niki mię­dzy nie­wła­ści­wie roz­dzie­lo­nymi sło­wami, które po­winny być za­pi­sane łącz­nie. Śle­dził też inne wy­da­rze­nie na ich pro­filu na In­sta­gra­mie i wi­dział, jak „Upra­sza się o nie pa­le­nie”, „Przed zimą kup nowy swetr” czy „re­ma­ment” zy­skały po­prawne formy. Co za głu­pota!

– Tato! ‒ za­wo­łała młod­sza córka Maja, która pod­bie­gła do niego ubrana je­dy­nie w ko­szulkę z na­dru­kiem po­li­cyj­nego mun­duru.

– Cześć, bą­belku – przy­wi­tał się. ‒ Co u cie­bie?

– Do­brze… ale dla­czego nie masz na so­bie mun­duru, tato?

– Od­da­łem go. Te­raz je­stem ta­kim po­li­cjan­tem, który nie nosi mun­duru – wy­ja­śnił Bruno i po­sa­dził Maję na dy­wa­niku w przed­po­koju.

– Twoje nowe ubra­nia są brzyd­kie – oznaj­miła dziew­czynka, szar­piąc ojca za ma­ry­narkę. ‒ O wiele bar­dziej mi się po­do­ba­łeś, kiedy by­łeś praw­dzi­wym po­li­cjan­tem.

– Co ja po­ra­dzę… – od­parł Bruno oszo­ło­miony. ‒ Chcesz pa­luszki rybne?

– Tak, pa­luszki rybne! – wy­krzyk­nęła Maja i po­bie­gła do kuchni.

Roz­dział 3

Al­bina Lars­sona jak zwy­kle wy­rwał ze snu dźwięk tu­rec­kiego bu­dzika me­cha­nicz­nego z dwoma dzwon­kami, w które go­rącz­kowo ude­rzał me­ta­lowy mło­te­czek. Męż­czy­zna wy­cią­gnął rękę w stronę szafki noc­nej, by uci­szyć do­no­śny dźwięk, po czym prze­wró­cił się na bok, pró­bu­jąc po­now­nie za­snąć, lecz oka­zało się to nie­moż­liwe. Dziwny sen nie da­wał mu spo­koju. Po­ja­wiła się w nim ko­bieta w ska­fan­drze do nur­ko­wa­nia, która mu gro­ziła, że za­mknie go w ja­skini. Miała ze sobą dwa wście­kle uja­da­jące pu­dle i cała ta sy­tu­acja była bar­dzo nie­przy­jemna. Pół­przy­tomny usiadł, na­słu­chu­jąc od­gło­sów z kuchni. O tej po­rze Kjell zwy­kle zaj­mo­wał się przy­go­to­wy­wa­niem śnia­da­nia, lecz te­raz w miesz­ka­niu pa­no­wała nie­ty­powa ci­sza. Czyżby Kjell za­spał? W ciągu czter­dzie­stu lat, od kiedy pra­co­wał dla Lars­sona, ni­gdy mu się to nie zda­rzyło.

Al­bin wło­żył stopy w pan­to­fle, ścią­gnął szla­frok z wie­szaka i wy­szedł z sy­pialni. Ku jego zdzi­wie­niu w kuchni ni­kogo nie za­stał, a na­czy­nia po ka­napce ze śle­dziem z po­przed­niego wie­czoru na­dal stały w zle­wie.

– Kjell! Kjell! ‒ za­wo­łał w głąb miesz­ka­nia. ‒ Gdzie się po­dziewa ten czło­wiek?

Po­szedł do służ­bówki, która znaj­do­wała się przy scho­dach obok kuchni, za­pu­kał, ale nikt mu nie od­po­wie­dział. Otwo­rzył drzwi i wszedł do środka. Po­kój był pu­sty, a łóżko sta­ran­nie po­ście­lone. Nic nie wska­zy­wało na to, że kto­kol­wiek tu nie­dawno prze­by­wał. Lars­son się za­sta­no­wił. Po­przed­niego dnia Kjell miał wpraw­dzie wolne, za­wsze jed­nak wie­czo­rem wra­cał do domu. Cza­sami cho­dził do kina, ale nie miał zwy­czaju za­ry­wać nocy. Al­bin nie pa­mię­tał, żeby sły­szał, jak Kjell wra­cał po­przed­niego wie­czoru. Za­gad­kowe…

Zma­gał się przez go­dzinę z wszyst­kimi obo­wiąz­kami, które na niego spa­dły. Nie było mowy o cza­sie wol­nym, po­nie­waż mu­siał za­cząć dzień od pra­so­wa­nia ko­szuli, szczot­ko­wa­nia gar­ni­turu i czysz­cze­nia bu­tów. Uwa­żał, że za­równo pra­so­wa­nie, jak i szczot­ko­wa­nie do­brze mu wy­cho­dzi, jed­nak nie tym chciał się zaj­mo­wać z sa­mego rana. Zwy­kle o tej po­rze, za­nim wy­szedł z domu, czy­tał ar­ty­kuły, lub przy­naj­mniej ich ty­tuły, z trzech ulu­bio­nych ga­zet. Na stole ku­chen­nym le­żały nie­prze­czy­tane dzien­niki: „Da­gens Ny­he­ter”, „Frank­fur­ter Al­l­ge­me­ine” i „Wa­shing­ton Post”. Po­czuł, że traci kon­takt ze świa­tem.

– Tak da­lej być nie może! ‒ rzekł gło­śno do sie­bie, kiedy po raz drugi nie udało mu się przy­go­to­wać ja­jek po be­ne­dyk­tyń­sku. Prze­niósł ron­del z ku­chenki do zlewu, wziął po­ranne ga­zety pod pa­chę i wy­szedł do przed­po­koju, gdzie wło­żył płaszcz i ka­pe­lusz. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Do­cho­dziła dzie­wiąta, co ozna­czało, że przed otwar­ciem bu­tiku zdąży zajść do Ho­telu Grand na śnia­da­nie.

Wi­zyta w Gran­dzie znacz­nie po­pra­wiła mu na­strój. Wy­śmie­nite śnia­da­nie za­koń­czył kie­lisz­kiem lo­do­wa­tej mi­mosy, po czym ru­szył da­lej do co­dzien­nych za­dań. Zwy­kle za­czy­nał dzień w biu­rze bu­tiku od czy­ta­nia naj­now­szych li­stów i fak­sów oraz prze­glą­da­nia księ­go­wo­ści, jed­nak te­raz, gdy Kjella nie było, mu­siał za­dbać o po­rzą­dek w skle­pie przed po­ja­wie­niem się pierw­szych klien­tów, mimo że rano nie przy­cho­dziło ich tu zbyt wielu. Wszystko mu­siało pre­zen­to­wać się nie­na­gan­nie. Za­czął od sto­jaka z kra­wa­tami ‒ upew­nił się, że wi­szą upo­rząd­ko­wane ko­lo­ry­stycz­nie ‒ a na­stęp­nie spraw­dził, czy w przy­mie­rzal­niach nie po­zo­stały żadne ubra­nia ani pu­ste wie­szaki z po­przed­niego dnia.

Tylko co z tymi wszyst­kimi waż­nymi te­le­fo­nami, które za­pla­no­wał? Te­raz, gdy zo­stał sam w skle­pie, nie mógł sie­dzieć w biu­rze i dzwo­nić. Może mógłby użyć te­le­fonu ko­mór­ko­wego? Tak chyba ro­bili no­wo­cze­śni lu­dzie – wy­ko­ny­wali po­łą­cze­nia, skąd chcieli. Warto było spró­bo­wać. Za­brał z biura ko­mórkę, ka­len­darz i książkę te­le­fo­niczną, i po­ło­żył je przed sobą na la­dzie. Jak się z tego dzwo­niło? W chwili gdy włą­czył te­le­fon, roz­legł się dźwięk przy­cho­dzą­cego SMS-a i na ekra­nie po­ja­wił się tekst: „Po­mocy! Po­rwali mie. Kjell”.

Lars­son z prze­ra­że­niem prze­czy­tał tę krótką wia­do­mość kil­ka­krot­nie. Co to mo­gło zna­czyć? Czy Kjell zo­stał rze­czy­wi­ście po­rwany? Je­śli tak, to przez kogo?

Usiadł na stołku za ladą i prze­śle­dził w my­ślach wy­da­rze­nia ostat­nich dni. Ze wszyst­kich lu­dzi, któ­rych kie­dy­kol­wiek spo­tkał, Kjell był za­pewne naj­bar­dziej nie­szko­dliwy. Trudno o bar­dziej ustę­pliwą i uni­ka­jącą kon­flik­tów osobę. W za­sa­dzie nie ma w tym nic złego. Lars­son miał świa­do­mość, że nie­któ­rzy po­strze­gają go cza­sem jako lekko aro­ganc­kiego. I wła­śnie z tego po­wodu mie­rzył się w ży­ciu z wie­loma trud­nymi sy­tu­acjami i ata­kami – a ten idiota Frans­son w żół­tych spodniach na­wet pró­bo­wał go za­mor­do­wać. Na­to­miast Kjell miał dia­me­tral­nie inną oso­bo­wość i aż dziw, że kto­kol­wiek chciałby wy­rzą­dzić mu krzywdę.

Do bu­tiku we­szło dwóch męż­czyzn w gol­fach, co wy­rwało go z roz­my­ślań. Je­den z nich miał za krótką kurtkę, spod któ­rej wy­sta­wała ma­ry­narka. Wy­glą­dało to nad­zwy­czaj głup­ko­wato, nie­mal tak, jakby był w bar­dzo, ale to bar­dzo krót­kiej spód­niczce. Dru­giego męż­czy­znę Lars­son gdzieś już wi­dział, jed­nak nie mógł so­bie przy­po­mnieć gdzie.

– Wi­tam pa­nów – po­wie­dział, wsta­jąc ze stołka za ladą. ‒ Czy szu­kają pa­no­wie cze­goś kon­kret­nego?

– Je­ste­śmy z po­li­cji – od­parł męż­czy­zna w ma­ry­narce przy­po­mi­na­ją­cej spód­niczkę, roz­glą­da­jąc się po skle­pie, jakby cze­goś szu­kał.

– Ach, jak miło. W czym mogę po­móc? – Lars­son uśmiech­nął się sze­roko.

– Szu­kamy Kjella Nils­sona, który we­dług na­szych usta­leń tu pra­cuje.

– Nie są pa­no­wie je­dyni – skwi­to­wał szcze­rze Lars­son. ‒ Nie wi­dzia­łem go od dwóch dni.

– Tylko żad­nych gie­rek – ode­zwał się drugi po­li­cjant i zmru­żył oczy.

Te­raz Lars­son go roz­po­znał. To był Söder­stjärna, ten za­du­fany w so­bie pa­jac z cien­kim pa­skiem za­ro­stu bie­gną­cym wzdłuż li­nii szczęki. To wła­śnie on pół roku wcze­śniej upar­cie go tro­pił, szu­ka­jąc wska­zó­wek w spra­wie Fiony Ber­tils­son, która prze­pa­dła bez śladu. Czy to nie on ma­czał palce rów­nież w ca­łej tej hi­sto­rii z Frans­so­nem? Lars­son za­pa­mię­tał Söder­stjernę jako nie­ustę­pli­wego czło­wieka i wcale nie miał ochoty iść mu na rękę.

– Je­stem za stary na gierki – rzekł. ‒ Mogą pa­no­wie ro­zej­rzeć się po skle­pie, a nuż znaj­dzie­cie go za ja­kimś gar­ni­tu­rem.

– To nie jest plac za­baw – od­parł kwa­śno Söder­stjärna.

– Bły­sko­tliwa uwaga – zgo­dził się Lars­son. ‒ Ow­szem, to bu­tik z odzieżą mę­ską. ‒ Czy mogą się pa­no­wie po­dzie­lić ja­ki­miś in­for­ma­cjami do­ty­czą­cymi śledz­twa?

– Szu­kamy osoby po­dej­rza­nej o mor­der­stwo, to nie są żarty.

– Po­dej­rza­nej o mor­der­stwo? Kim jest ofiara?

– An­ty­kwa­riuszka, tu za ro­giem…

– Tro­chę się za­pę­dzi­łeś – prze­rwał mu po­li­cjant w spód­nicy i po­pchnął Söder­stjärnę w stronę przy­mie­rzalni. Lars­son sły­szał, jak szep­cze do ko­legi, żeby nie zdra­dzał zbyt wiele szcze­gó­łów. Na­sta­wił uszu i wo­dził wzro­kiem za męż­czy­znami, któ­rzy po­zor­nie bez celu krą­żyli po skle­pie.

Ktoś, kto ni­gdy nie od­wie­dził bu­tiku Lars­sona, nie­wąt­pli­wie miał tu wiele do od­kry­cia. Wnę­trze utrzy­mane było w ciem­nym ma­ho­niu z ele­gancko wy­koń­czo­nymi pół­kami i wie­sza­kami na ubra­nia przy­mo­co­wa­nymi do bo­aze­rii. Wzdłuż ca­łej ściany po le­wej stro­nie roz­cią­gały się pod­świe­tlane szklane ga­bloty z musz­kami, kra­wa­tami, spin­kami do man­kie­tów oraz in­nymi ak­ce­so­riami. Tu i ów­dzie znaj­do­wały się przed­mioty, któ­rych nikt by się tam nie spo­dzie­wał, ta­kie jak wy­pchany je­żo­zwierz, ko­lo­rowa czapka mun­du­rowa z wiel­kimi pió­rami czy gi­gan­tyczna afry­kań­ska ma­ska wy­ko­nana z ko­ści i muszli.

– Ma pan na to po­zwo­le­nie? – za­wo­łał na­gle Söder­stjärna, wska­zu­jąc wi­szącą w jed­nej z wi­tryn broń przy­po­mi­na­jącą pi­sto­let.

– Co pan ma na my­śli? – spy­tał Lars­son z re­zerwą.

– Prze­cho­wy­wa­nie w ten spo­sób za­ła­do­wa­nej broni pal­nej jest su­rowo za­bro­nione – wy­ja­śnił au­to­ry­ta­tyw­nym to­nem Söder­stjärna, wy­su­wa­jąc brodę. ‒ Broń ko­lek­cjo­ner­ska musi być za­bez­pie­czona. Ma pan do niej amu­ni­cję?

– Amu­ni­cję?! W żad­nym wy­padku! – wy­krzyk­nął Lars­son. ‒ Tę broń ła­duje się pro­chem i od­pala za­pałką.

– To bez zna­cze­nia. To nie może tak być! To za­gro­że­nie dla lu­dzi! Mu­simy ją skon­fi­sko­wać.

– Bzdura – za­pro­te­sto­wał Lars­son. ‒ Ma pięć­set lat. Po­cho­dzi z te­re­nów dzi­siej­szego Ra­dża­stanu. Po­dobno użyto jej pod­czas bi­twy na prze­łę­czy Hal­di­ghati w ty­siąc pięć­set sie­dem­dzie­sią­tym szó­stym roku.

– To nie­istotne – upie­rał się po­li­cjant.

– Dla Mo­go­łów wręcz prze­ciw­nie. Po bi­twie prze­jęli kon­trolę nad Go­gundą, Udaj­pu­rem i for­tem Kum­bhal­garh.

– Co pan bre­dzi? – zi­ry­to­wał się Söder­stjärna.

– Bruno, chyba nie na tym po­win­ni­śmy się te­raz sku­piać – za­uwa­żył po­li­cjant w spód­nicy, kła­dąc rękę na ra­mie­niu ko­legi.

– Ten męż­czy­zna trzyma broń palną na wi­doku…

– Do­brze, że je­steś czujny, ale chyba na ra­zie to od­pu­śćmy.

– Je­śli je­ste­ście pa­no­wie za­in­te­re­so­wani, mam jesz­cze wię­cej cie­ka­wych eg­zem­pla­rzy. Na przy­kład tu­taj, po­wy­żej, wisi bo­li­wij­ska dmu­chawka, ale nie jest na­ła­do­wana, chyba że li­czyć samo dmu­cha­nie jako broń, więc może nie jest to dla pa­nów zbyt in­te­re­su­jące.

– Dmu­cha­nie? – spy­tał Bruno ze zło­ścią.

– Tak, prze­cież strzałki wy­strze­li­wuje się przy po­mocy ust, więc można po­wie­dzieć, że wy­dy­chane po­wie­trze, czyli dmuch­nię­cie, jest amu­ni­cją.

– My­ślę, że na dzi­siaj wy­star­czy – prze­rwał mu po­li­cjant w spód­nicy. ‒ Przy­ślemy tu póź­niej tech­nika, żeby po­brał od­ci­ski pal­ców. To ru­ty­nowa sprawa. Je­śli Kjell Nils­son się z pa­nem skon­tak­tuje, pro­szę o na­tych­mia­stowy kon­takt. Oto moja wi­zy­tówka.

– Oczy­wi­ście. – Lars­son scho­wał kar­teczkę do kie­szeni ka­mi­zelki, na­wet na nią nie pa­trząc. ‒ Czy to wszystko?

– Wi­dzia­łem, że ma pan ładne golfy tam obok kra­wa­tów. W ja­kiej ce­nie?

– Sie­dem ty­sięcy ko­ron za sztukę. To golfy marki Dru­mohr, bar­dzo ładne. Chciałby pan przy­mie­rzyć?

– Och, cóż, nie bar­dzo mam na to czas, może in­nym ra­zem.

Kiedy po­li­cjanci wy­szli, w skle­pie znów za­pa­dła ci­sza. Lars­son pró­bo­wał prze­tra­wić to, czego wła­śnie do­świad­czył. Od­ci­ski pal­ców! Po­li­cja naj­wy­raź­niej pro­wa­dziła śledz­two w spra­wie ja­kie­goś mor­der­stwa i po­dej­rze­wała o to mię­dzy in­nymi Kjella. Wy­da­wało się to zu­peł­nie nie­re­alne. Się­gnął po ko­mórkę i po­now­nie od­czy­tał od niego wia­do­mość. Co się, u li­cha, stało? Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że Kjell nie byłby zdolny ni­kogo za­mor­do­wać. Tylko dla­czego znik­nął? No i kto zgi­nął?

Roz­my­śla­nia pro­wa­dziły do­ni­kąd. Trzeba było dzia­łać! Czy po­wi­nien się skon­tak­to­wać z po­li­cją i po­in­for­mo­wać o SMS-ie? W żad­nym wy­padku! O ile do­brze zro­zu­miał po­li­cjan­tów, po­dej­rze­wali Kjella o mor­der­stwo, a je­śli ten pół­głó­wek Söder­stjärna był za­an­ga­żo­wany w tę sprawę, na­le­żało uwa­żać, by sa­memu nie zo­stać w nią wcią­gnię­tym. Lars­son wes­tchnął. Chciał prze­dys­ku­to­wać swoje po­my­sły i teo­rie z kimś, komu mógłby za­ufać. Oskar! Dla­czego wcze­śniej o tym nie po­my­ślał? Otwo­rzył książkę te­le­fo­niczną i wy­szu­kał nu­mer Oskara.

*

Oskar sie­dział za biur­kiem w biu­rze po­dróży, które znaj­do­wało się w za­cie­nio­nym po­dwó­rzu przy ulicy Lilla Fi­ska­re­ga­tan. Mimo wcze­snej pory czuł się wy­jąt­kowo rześki i ra­do­sny. Wła­śnie wró­cił z nie­zwy­kle uda­nej po­dróży do Ho­lan­dii. Au­to­kar nie miał peł­nego ob­ło­że­nia, ale po raz pierw­szy od wielu lat wy­cieczkę za­re­zer­wo­wało kilka osób po­ni­żej sie­dem­dzie­siątki. Do­brze było znowu mieć tro­chę gro­sza przy du­szy i wresz­cie na spo­koj­nie pla­no­wać nowe, eks­cy­tu­jące po­dróże. Oskar za­lo­go­wał się do banku. A niech to! Pra­wie szes­na­ście ty­sięcy ko­ron na kon­cie! Nie­źle!

Z nową ener­gią za­brał się za prze­glą­da­nie ko­re­spon­den­cji zgro­ma­dzo­nej przez ten ty­dzień. Zna­lazł tam ulotkę z re­klamą róż­nych pro­gra­mów do księ­go­wo­ści dla firm oraz oferty ho­teli i li­nii lot­ni­czych, z któ­rymi współ­pra­co­wał. Na spo­dzie stosu le­żała ko­perta z urzędu skar­bo­wego. Otwo­rzył ją po­woli i za­mknął oczy, roz­kła­da­jąc list. Nie­ko­niecz­nie mu­siało to być coś złego – czy to nie w paź­dzier­niku do­sta­wało się zwrot po­datku? Wziął głę­boki wdech i otwo­rzył oczy. VAT! Naj­wy­raź­niej za­po­mniał roz­li­czyć VAT za ostatni kwar­tał. Cho­lera! Dla­czego to wszystko tak nie­spo­dzie­wa­nie na niego spada? Jak nie po­da­tek od wy­na­gro­dzeń, to po­da­tek od dzia­łal­no­ści go­spo­dar­czej, a te­raz, jak wi­dać, VAT. Nie miał siły czy­tać ca­łego tek­stu, więc tylko prze­biegł do­ku­ment wzro­kiem, by od­szu­kać kwoty i daty. Od­setki za zwłokę wy­no­siły sześć­set dwa­dzie­ścia pięć ko­ron, to nie ko­niec świata. Sza­co­wana kwota po­datku VAT do za­płaty to pięć ty­sięcy dzie­więć­set dwa­na­ście ko­ron. Cho­lera ja­sna! Za­wsze coś! Naj­wyż­szy czas po­now­nie po­szu­kać no­wych źró­deł do­cho­dów. Wy­my­ślić wy­cieczkę zor­ga­ni­zo­waną, która szybko pod­re­pe­ruje fi­nanse firmy. Co tu za­pla­no­wać? Coś dro­giego, ale atrak­cyj­nego dla sta­łych klien­tów. Nie­ła­twe za­da­nie. Więk­szość osób ku­pu­ją­cych jego wy­cieczki miała dość skromne do­chody. Oskar pa­trzył pu­stym wzro­kiem przez nie­umyte okna, pró­bu­jąc zna­leźć punkt za­cze­pie­nia. Jego roz­wa­ża­nia gwał­tow­nie prze­rwał dzwo­nek te­le­fonu. Praw­do­po­dob­nie któ­ryś z po­dróż­nych za­po­mniał za­brać z au­to­karu cho­dzik, pro­tezę zę­bową lub coś w tym ro­dzaju. Spoj­rzał na ekran: Al­bin Lars­son! Coś ta­kiego! Mi­nęło tro­chę czasu od ostat­niego kon­taktu, cie­kawe, czego chciał.

‒ Oskar Ste­nvall ‒ ode­zwał się uro­czy­stym to­nem. Wie­dział, że Lars­son przy­wią­zuje dużą wagę do for­mal­no­ści.

– Wi­taj, stary przy­ja­cielu! Sły­szy pan, kto dzwoni? ‒ usły­szał we­soły ton Lars­sona po dru­giej stro­nie słu­chawki.

– Pan Lars­son! Co u pana?

– U mnie wszystko w po­rządku, stoję so­bie w moim bu­tiku, nic się nie dzieje. Z Kjel­lem zaś jest nie naj­le­piej.

– Och, przy­kro mi to sły­szeć. Co mu się stało?

– Nie wia­domo.

– Nie wia­domo?

– Znik­nął. Jakby za­padł się pod zie­mię.

– To straszne! Jak długo go już nie ma?

– Nie wi­dzia­łem go od przed­wczo­raj. Wczo­raj miał wolne, w ta­kie dni za­zwy­czaj się nie wi­du­jemy. Wsta­łem dziś rano i po pro­stu go nie było. Mu­sia­łem sam się wszyst­kim za­jąć.

– Za­gad­kowa sprawa – pod­su­mo­wał Oskar z na­my­słem.

– To mało po­wie­dziane. Szuka go dwóch po­li­cjan­tów, do­piero co tu byli. Po­dej­rze­wają go o mor­der­stwo. Wy­obraża pan so­bie? Co za idio­tyzm! Czy Kjell mógłby ko­goś za­mor­do­wać? Nie za­strze­liłby na­wet głuszca.

– A co na to po­li­cja?

– Po­li­cja! Wie pan prze­cież, jacy są po­li­cjanci. Na­leży trzy­mać się od nich z da­leka. Jak wspo­mnia­łem, przy­szło ta­kich dwóch przed chwilą do mo­jego bu­tiku. Istne pa­jace! Je­den z nich to zresztą ten sam ga­moń, który nas wcze­śniej ści­gał. Söder­stjärna, tak się chyba na­zywa.

Oskar do­brze pa­mię­tał Bru­nona Söder­stjärnę. Pre­ten­sjo­nalny funk­cjo­na­riusz, który dwu­krot­nie omal nie wsa­dził za kratki i jego, i Lars­sona. Być może star­szy pan miał ra­cję, że po­winni mieć się na bacz­no­ści.

– Czy są ja­kieś po­szlaki?

– Nie­wiele. Ale niech pan po­słu­cha… ‒ rzekł Lars­son.

W słu­chawce roz­legł się gło­śny szum, po czym za­pa­dła ci­sza. Oskar spoj­rzał na wy­świe­tlacz. Po­łą­cze­nie zo­stało prze­rwane. Czy coś się stało? Oskar oba­wiał się naj­gor­szego. Czyżby Lars­son był ko­lejną ofiarą?! Rzu­cił się do drzwi wej­ścio­wych i wy­biegł na po­dwó­rze. Ru­szył da­lej przez bramę. Za­raz przy niej, od strony ulicy, znaj­do­wał się bu­tik Al­bina Lars­sona. Oskar zer­k­nął przez okno wy­sta­wowe, ale wi­dok za­sła­niały dwa ma­ne­kiny w płasz­czach z lo­denu. Wbiegł do sklepu. Co się tam działo? Czy uda mu się ode­przeć atak?

– O, jest pan, to do­brze – po­wie­dział spo­koj­nie Lars­son, gdy Oskar wpadł do środka. Stał za ladą z te­le­fo­nem w ręce.

– Wszystko w po­rządku? – spy­tał Oskar, z tru­dem ła­piąc od­dech.

– A dla­czego mia­łoby nie być?

– Roz­łą­czył się pan na­gle, w po­ło­wie zda­nia. Ba­łem się, że padł pan ofiarą na­pa­ści.

– Ofiarą na­pa­ści, he, he, nie, chyba że ten głupi te­le­fon by mnie za­ata­ko­wał. Pró­buję od­na­leźć wia­do­mość od Kjella, ale nie po­tra­fię. Może panu się uda?

Oskar wziął ko­mórkę od Lars­sona. Był to stary mo­del, No­kia 3310, pew­nie dwu­dzie­sto­let­nia. Oskar pra­wie za­po­mniał, jak działa taki te­le­fon, ale prze­kli­kał menu na ma­łym sza­rym ekra­nie i w końcu zna­lazł to, czego szu­kał.

– Tu­taj może pan prze­czy­tać wszyst­kie wia­do­mo­ści. – Po­dał ko­mórkę Lars­so­nowi.

– O, tu­taj jest. Niech pan spoj­rzy! ‒ Sta­ru­szek wy­cią­gnął przed sie­bie te­le­fon, trzy­ma­jąc go w gru­bych pal­cach. ‒ „Po­mocy! Po­rwali mie. Kjell”, tak jest na­pi­sane. Co pan na to? – Lars­son wy­da­wał się bez­radny, zu­peł­nie jak nie on.

– Coś strasz­nego! Pró­bo­wał mu pan od­pi­sać?

– Nie, a da się to zro­bić?

– Oczy­wi­ście, wy­star­czy na­ci­snąć „Od­po­wiedz” i na­pi­sać wia­do­mość.

– Ale jak? Nie ma prze­cież kla­wia­tury, tylko kla­wi­sze nu­me­ryczne ‒ za­uwa­żył Lars­son z re­zy­gna­cją.

Oskar zdał so­bie sprawę, jak bar­dzo Lars­son po­zo­staje w tyle za roz­wo­jem tech­no­lo­gicz­nym ostat­nich trzy­dzie­stu lat i po­mógł mu na­pi­sać SMS-a: „Cześć, Kjell! Gdzie je­steś? Kto cię po­rwał?”.

Roz­legł się dźwięk dzwonka w drzwiach i do bu­tiku wszedł męż­czy­zna w kasz­kie­cie w kratę i trzy­czę­ścio­wym gar­ni­tu­rze. Nie róż­nił się za bar­dzo od Lars­sona, ale był znacz­nie szczu­plej­szy i praw­do­po­dob­nie co naj­mniej dzie­sięć lat młod­szy.

– Może pan da­lej kom­bi­no­wać, ja mu­szę za­dbać o klienta. – Lars­son zro­bił krok w kie­runku męż­czy­zny w kasz­kie­cie. ‒ Moje usza­no­wa­nie! Czy sza­nowny pan szuka dzi­siaj cze­goś kon­kret­nego?

– Ow­szem, roz­glą­dam się za po­rząd­nym i cie­płym pa­sem roz­grze­wa­ją­cym. Czy ma pan coś ta­kiego? – Męż­czy­zna roz­piął kilka gu­zi­ków płasz­cza.

– Na­tu­ral­nie. Mam dwa mo­dele: je­den z wełny wiel­błąda, a drugi z me­ry­no­so­wej. Za­sad­ni­czo są bar­dzo po­dobne, ale me­ry­no­sowy splot jest cień­szy – wy­ja­śnił Lars­son, zgrab­nie wy­cią­ga­jąc oba wa­rianty z szu­flady w szafce za sobą. Po­ło­żył je na la­dzie przed klien­tem.

– Chyba zde­cy­duję się na wiel­błąda – stwier­dził męż­czy­zna po uprzed­nim po­kle­pa­niu pa­sów grzbie­tem dłoni. ‒ Od wielu lat uży­wam wła­śnie ta­kiego. Po­pro­szę roz­miar stan­dar­dowy.

– Bar­dzo do­bry wy­bór. Sam uży­wam wy­łącz­nie wełny z wiel­błąda, uwa­żam, że za­pew­nia lep­szą cyr­ku­la­cję po­wie­trza.

– Je­stem tego sa­mego zda­nia. – Męż­czy­zna się uśmiech­nął. ‒ Czy mógł­bym pro­sić o do­star­cze­nie dwóch sztuk na ad­res Lilla Gråbröders­ga­tan dwa, trze­cie pię­tro, na na­zwi­sko Su­sans­son? Kod do drzwi to je­den, sześć, pięć, osiem. Mam kilka in­nych spraw do za­ła­twie­nia na mie­ście i wo­lał­bym nie no­sić ze sobą tych pa­sów.

‒ Oczy­wi­ście, z przy­jem­no­ścią. Zo­staną do­star­czone przed koń­cem dnia – rzekł Lars­son i za­brał się za owi­ja­nie pa­sów ró­żową bi­bułą.

– Jak za­pewne pan za­uwa­żył, w ciągu ostat­niej doby w mo­jej oko­licy pa­no­wało pewne po­ru­sze­nie – kon­ty­nu­ował męż­czy­zna w kasz­kie­cie dra­ma­tycz­nym to­nem.

– Po­ru­sze­nie? Nie, naj­wy­raź­niej mi to umknęło. Czy gmina znowu ko­pie rowy pod rury?

– A, nie. To po­li­cja za­mknęła całą ulicę wo­kół sklepu z an­ty­kami. Po­dobno do­szło tam do mor­der­stwa, ale nie wiem. Inni mó­wią, że to wła­ści­cielka zo­stała za­mor­do­wana, ale tego też nie je­stem pewny.

– Har­riet? – Lars­son prze­rwał owi­ja­nie bi­bułą i pod­niósł wzrok.

– Tak, chyba tak się na­zywa. Coś okrop­nego pod każ­dym wzglę­dem.

– Zna­li­śmy się prze­lot­nie ze Związku Han­dlow­ców, bar­dzo miła pani. Przy­kro mi to sły­szeć.

– Nie­sły­cha­nie przy­kro, ale nie będę już wię­cej plot­ko­wał. Ile kosz­tują te pasy?

– Pięć­set za wiel­błąda, ra­zem ty­siąc ko­ron – oznaj­mił Lars­son i wy­stu­kał kwotę na ele­ganc­kiej ka­sie fi­skal­nej.

Męż­czy­zna w kasz­kie­cie za­pła­cił i uprzej­mie się po­że­gnał, po czym wy­szedł ze sklepu i znik­nął w po­ran­nym tłu­mie.

– Sły­szał pan? – ode­zwał się Lars­son, gdy tylko drzwi się za­mknęły.

– Co ta­kiego? To o wiel­błą­dach? – spy­tał Oskar, który nie przy­słu­chi­wał się zbyt uważ­nie roz­mo­wie.

– Nie, o mor­der­stwie, rzecz ja­sna. Klient wła­śnie po­wie­dział, że to Har­riet zo­stała za­mor­do­wana. Wła­śnie o to mor­der­stwo po­li­cja po­dej­rzewa Kjella.

– Jest pan pewny? – Oskar roz­glą­dał się ner­wowo.

– Nie mam co do tego wąt­pli­wo­ści. Wspo­mnieli, że mor­der­stwo miało miej­sce w skle­pie z an­ty­kami tuż za ro­giem. Nie ma tam żad­nego in­nego sklepu poza skle­pem Har­riet. Mu­simy do­wie­dzieć się wię­cej szcze­gó­łów.

– Ale kto musi?

– Pan i ja, ma się ro­zu­mieć. Może nam się dzięki temu uda zna­leźć przy­czynę znik­nię­cia Kjella. Trzeba kuć że­lazo, póki go­rące, za­nim po­li­cja wszystko ze­psuje.

Roz­dział 4

Oskar czuł, że po raz ko­lejny zo­stał wcią­gnięty w dziwne przy­gody Lars­sona. Za­nim się zo­rien­to­wał, już zna­lazł się w cen­trum ko­lej­nej z jego wielu in­tryg i jak zwy­kle za­re­ago­wał do­piero wtedy, gdy było za późno, żeby się wy­co­fać. Cho­lera!

– Udamy się tam dziś wie­czo­rem – zde­cy­do­wał Lars­son, od­kła­da­jąc pu­dełko z pa­sami do szafki za ladą.

– Do­kąd? – spy­tał zi­ry­to­wany Oskar.

– Do sklepu Har­riet. Tro­chę po­szpe­ramy i się ro­zej­rzymy, może znaj­dziemy ja­kiś trop i ta­kie tam.

– Dziś wie­czo­rem idę do kina – pró­bo­wał od­mó­wić Oskar. ‒ Z Ce­ci­lią.

– O, to miło. O któ­rej za­czyna się film?

– O osiem­na­stej, z tego co pa­mię­tam.

– No to musi pan za­re­zer­wo­wać póź­niej­szy se­ans. Niech pan za­bie­rze Ce­ci­lię na drinka do Grandu po ki­nie, na mój ra­chu­nek. – Lars­son sze­roko się uśmiech­nął.

– Hm…

– Świet­nie, to spo­tkajmy się przed bu­ti­kiem za­raz po za­mknię­ciu, do­kład­nie o osiem­na­stej pięć. No do­brze, niech pan już wraca do pracy. Na pewno ma pan waż­niej­sze sprawy na gło­wie niż roz­ma­wia­nie ze mną. Jaką ma pan te­raz cie­kawą po­dróż w pla­nach?

– Je­stem w trak­cie or­ga­ni­zo­wa­nia wy­cie­czek na nad­cho­dzący se­zon – od­parł Oskar.

Była to spora prze­sada. Jak zwy­kle nie wy­ka­zy­wał się po­my­sło­wo­ścią i ini­cja­tywą.

– Pod­sunę panu po­mysł: Ma­lawi. Bar­dzo ładny kraj z in­te­re­su­jącą przy­rodą. Nie­które z mo­ich naj­pięk­niej­szych pie­lę­gnic po­cho­dzą wła­śnie z Je­ziora Ma­lawi.

– Pie­lę­gnic?

– Pie­lę­gnice zło­ci­ste, ryby. Na pewno za­uwa­żył je pan w moim akwa­rium w biu­rze. Mało kto wie, że są one bez­po­śred­nio im­por­to­wane. Je­den z mo­ich do­brych przy­ja­ciół, który pra­cuje dla Banku Świa­to­wego, czę­sto bywa w Ma­lawi i jest na tyle uprzejmy, że od czasu do czasu przy­wozi mi rzadko spo­ty­kane ga­tunki ryb. Prze­wozi je w pla­sti­ko­wych wo­recz­kach w ba­gażu pod­ręcz­nym.

– No pro­szę. – Oskar osłu­piał. Nie brał pod uwagę Ma­lawi jako celu po­dróży. Na­stępną wy­cieczką miał być week­end w spa na Li­twie.

– Chęt­nie panu po­mogę. Mam do­bre zna­jo­mo­ści wśród pra­cow­ni­ków tam­tej­szej poczty. Ja­kiś czas temu szy­łem dla nich dużą par­tię mun­du­rów pa­rad­nych. Jak pan wie, do­ra­biam so­bie szy­ciem ta­kich mun­du­rów. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych mia­łem też kilka zle­ceń dla ich pre­zy­denta, Ha­stingsa Bandy, może go pan ko­ja­rzy, jed­nak z bie­giem lat sta­ru­szek cał­kiem po­stra­dał ro­zum, więc nie mam już czego tam szu­kać.

– Po­my­ślę o tym – od­parł Oskar i zmę­czo­nym kro­kiem ru­szył w stronę drzwi.

– Osiem­na­sta pięć – po­wtó­rzył Lars­son. ‒ Niech pan weź­mie ze sobą do­brą la­tarkę.

Oskar głę­boko wes­tchnął, prze­cho­dząc przez skle­pioną bramę na po­dwó­rze do biura po­dróży. Tak oto wplą­tał się w ko­lejną z nie­prze­wi­dy­wal­nych awan­tur Lars­sona. Miał wra­że­nie, że wła­śnie za­jął miej­sce w pierw­szym wa­go­niku ko­lejki gór­skiej, która po­woli pnie się na szczyt, by za­raz rzu­cić go w sza­lony zjazd przez za­pie­ra­jące dech w pier­siach strome zbo­cza oraz nie­spo­dzie­wane pę­tle i ostre spadki te­renu. Siadł przy biurku i po­czuł ki­piące gniew i nie­za­do­wo­le­nie. Czy ni­gdy się nie na­uczy sta­wiać gra­nic? Miał już prze­cież bli­sko trzy­dzie­ści pięć lat oraz wła­sną wolę.

– Pa­nie Lars­son, niech pan po­słu­cha. Tym ra­zem to ja de­cy­duję! ‒ po­wie­dział gło­śno do sie­bie i ude­rzył pię­ścią w stół. ‒ Nie będę się już wię­cej an­ga­żo­wał w żadne pań­skie przy­gody.

Za­brzę­czał te­le­fon. Ce­ci­lia. Naj­wspa­nial­sza osoba na świe­cie.

„Cześć ko­cha­nie, co po­ra­biasz?”

„Pra­cuję. By­łem u Lars­sona i po­mo­głem mu w jed­nej spra­wie”.

„O, nasz ko­chany Lars­son. Po­zdrów go ode mnie! To do­brze, że mu po­ma­gasz. Po­win­ni­śmy bar­dziej o niego dbać”.

„Po­ra­dzi so­bie”.

„Po­myśl o wszyst­kim, co dla nas zro­bił. Za­pra­szał nas na ko­la­cje, wy­cieczki i tak da­lej”.

„ Ale dzi­siaj to ty i ja idziemy do kina”.

„Nie­stety, mu­szę dzi­siaj dłu­żej po­pra­co­wać. Czy mo­żemy pójść na póź­niej­szy se­ans?”

„Ja­sne, zmie­nię re­zer­wa­cję”.

„Je­steś naj­lep­szy. Daj znać, na którą prze­ło­ży­łeś i zaj­mij się Lars­so­nem”.

Kiedy skoń­czyli pi­sać, Oskar na­tych­miast po­czuł ukłu­cie wy­rzu­tów su­mie­nia. Lars­son nie­wąt­pli­wie był bar­dzo hojny wo­bec nich, a wręcz miał swój wkład w to, że się ze­szli po pół­rocz­nej prze­rwie. Za­fun­do­wał im na­wet wspa­niałą wy­cieczkę na Fi­li­piny.

Dwie mi­nuty po osiem­na­stej Oskar stał przed bu­ti­kiem Lars­sona. W ręku trzy­mał pla­sti­kową torbę z nowo za­ku­pioną la­tarką. Przez okno skle­powe wi­dział Lars­sona ga­szą­cego świa­tło i po­pra­wia­ją­cego blo­czek z pa­ra­go­nami na la­dzie obok kasy. Wy­gląda na zmę­czo­nego. Czy to hi­sto­ria z Kjel­lem go tak wy­czer­pała, czy może po pro­stu wiek da­wał o so­bie znać? Choć zbli­żał się do osiem­dzie­siątki, nie zwal­niał tempa. Pro­wa­dził znacz­nie bar­dziej ak­tywny tryb ży­cia niż Oskar.

– Cie­szę się, że zja­wił się pan punk­tu­al­nie – po­wie­dział Lars­son, za­my­ka­jąc drzwi. ‒ Naj­le­piej, je­śli prze­pro­wa­dzimy na­sze małe śledz­two, póki jest ja­sno, że­by­śmy nie mu­sieli ko­rzy­stać z la­ta­rek i nie­po­trzeb­nie przy­cią­gać uwagi.

– Co bę­dziemy ro­bić? – spy­tał Oskar. Jak zwy­kle po­zo­sta­wał w tyle za Lars­so­nem.

– To chyba oczy­wi­ste. Prze­szu­kamy sklep z an­ty­kami, żeby zna­leźć ja­kiś trop i ta­kie tam.

– Ta­kie tam?

– Kto wie, co tam znaj­dziemy, he, he. Czyż to nie eks­cy­tu­jące?!

Oskar za­sta­no­wił się nad tym, co czuł, i było to ra­czej na­pię­cie niż eks­cy­ta­cja, a to prze­cież nie to samo.

Spa­cer do żół­tego dwu­pię­tro­wego bu­dynku, w któ­rym mie­ścił się sklep Har­riet, za­jął im rap­tem kilka mi­nut. Poza po­wie­wa­ją­cymi na wie­trze reszt­kami nie­bie­sko-bia­łej po­li­cyj­nej ta­śmy przy­wią­za­nej do rury spu­sto­wej obok wi­tryny, nic nie wska­zy­wało na to, że w bu­dynku lub w jego po­bliżu wy­da­rzyło się coś szcze­gól­nego.

– Ale jak się do­sta­niemy do środka? – spy­tał Oskar, za­glą­da­jąc przez okno w drzwiach sklepu.

– To pro­ste, mam klu­cze. To moja nie­ru­cho­mość. Har­riet od wielu lat wy­naj­muje ode mnie ten lo­kal i miesz­ka­nie. O, pro­szę. – Lars­son wy­jął z kie­szeni duży pęk klu­czy.

Długo maj­stro­wał przy zamku, lecz drzwi nie chciały się otwo­rzyć.

– Co to ma zna­czyć? Klucz nie pa­suje – rzekł Lars­son ze zło­ścią.

– Pew­nie po­li­cja ka­zała wy­mie­nić za­mek po mor­der­stwie, żeby nikt nie wcho­dził do środka.

– Co za pa­jace, to prze­cież moja nie­ru­cho­mość! No nic, wej­dziemy przez klatkę scho­dową – za­rzą­dził Lars­son i wło­żył klucz do zamka w ma­syw­nych drew­nia­nych drzwiach obok sklepu, a te otwo­rzyły się z ci­chym zgrzy­tem.

We­szli do ciem­nej klatki scho­do­wej o ja­sno­zie­lo­nych ścia­nach. Lars­son pstryk­nął włącz­nik i w przy­tłu­mio­nym świe­tle pla­fonu z mi­ster­nie gra­we­ro­wa­nego szkła uka­zały się przed nimi wą­skie schody. Pach­niało ku­rzem, je­dze­niem i czymś jesz­cze, praw­do­po­dob­nie dy­mem pa­pie­ro­so­wym.

– Chodźmy. Wej­dziemy przez miesz­ka­nie Har­riet na dru­gim pię­trze. Jest po­łą­czone ze skle­pem. Za­czniemy tam, a sklep zo­sta­wimy na ko­niec.

– Czego szu­kamy?

– Tro­pów, mó­wi­łem prze­cież. Do­szło tu i do mor­der­stwa, i do po­rwa­nia, nie­moż­liwe, że­by­śmy nie zna­leźli żad­nych śla­dów.

Za­trzy­mali się przy je­dy­nych drzwiach na dru­gim pię­trze. Lars­son po­gme­rał w pęku klu­czy.

– Dziwne, drzwi są otwarte. No tak, ci nie­udolni po­li­cjanci na­tru­dzili się, żeby wy­mie­nić za­mek na par­te­rze, ale nie ra­czyli za­mknąć drzwi na pię­trze. A jakże!

– Można by na­wet rzec, że to za­nie­dba­nie – do­dał Oskar. Po­czuł, jak przy­spie­sza mu puls, gdy Lars­son po­woli otwo­rzył drzwi miesz­ka­nia i prze­kro­czył próg.

– Wziął pan ze sobą la­tarkę? – spy­tał Lars­son, kiedy we­szli do ciem­nego przed­po­koju.

– Nie mo­żemy po pro­stu włą­czyć świa­tła?

– Osza­lał pan?! Wtedy bę­dzie wi­dać z ulicy, że ktoś jest w miesz­ka­niu. Kto wie, może bu­dy­nek jest pod ob­ser­wa­cją po­li­cji?