Pragnienia panny Julii - Weronika Banasik - ebook

Pragnienia panny Julii ebook

Weronika Banasik

0,0

Opis

Największa odwaga to być sobą, mimo że świat próbuje przypisać ci inną rolę

W wiktoriańskiej Anglii, gdzie los kobiety wyznaczają sztywne konwenanse, trzy siostry stają u progu dorosłego życia – każda z zupełnie innym wyobrażeniem o miłości i szczęściu.

Luci, najstarsza z nich, spełnia swoje największe pragnienie i z nadzieją wchodzi w rolę żony. Najmłodsza, Joe, wciąż wierzy w miłość rodem z romansów: wielką, namiętną i zdolną odmienić całe życie. Julia natomiast marzy o czymś więcej. Pragnie niezależności oraz kariery pisarki i z każdym dniem coraz odważniej kwestionuje zasady świata, w którym kobieta po ślubie powinna ustępować mężowi i porzucić własne ambicje.

Siostry już wkrótce przekonają się, jak wysoką cenę mają marzenia. Czy odnajdą szczęście tam, gdzie spodziewały się je znaleźć? A może życie zmusi je do wyborów, które odmienią wszystko?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 388

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Weronika Banasik

Pragnienia panny Julii

Książkę dedykuję moim kochanym rodzicom

oraz wszystkim, którzy we mnie wierzą.

Daleko mi do twierdzenia,

że to, co wszyscy mówią, musi być prawdą.

Charles Dickens

Rozdział I

Cała nasza historia ma miejsce w roku 1850. W Anglii panowała królowa Wiktoria Hanowerska. Czas rewolucji przemysłowej, wielkich odkryć i rozkwitu. Czas, w którym Anglia była potęgą. Czasy, w których Faraday i Darwin dokonywali przełomowych dla ludzkości odkryć.

Opowieść nasza będzie się działa w środkowej części kraju, w mieście Coventry. Pierwsze wzmianki o nim datuje się na rok 1043. Niegdyś będące stolicą za sprawą Henryka VI i Małgorzaty Andegaweńskiej, którzy to przenieśli dwór królewski właśnie tutaj, a poparło w tym Lancasterów dziewięćdziesięciu jeden radnych. Jednak za króla Edwarda IV Yorka w 1459 roku status miasta stołecznego powrócił do Londynu.

Coventry było bardzo urokliwym, niedużym miastem, zamieszkiwanym przez niecałe pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Sama nazwa najprawdopodobniej pochodzi od drzewa Cofa. Podczas wojny domowej Coventry wsparło Parlament, co skutkowało zniszczeniem murów miejskich przez Karola II.

Obecnie mieści się tu doskonale rozwinięty przemysł włókienniczy. Uwagę przyciągają liczne dachy domów splątane pnączami bluszczów oraz uliczki brukowane kamieniami pamiętającymi dawne wieki i szepczącymi historię o ludziach, o niespełnionej miłości, czasami o rozczarowaniach. Przez sam środek miasta płynie rzeka Sherbourne, wokół niej jest zorganizowane całe życie towarzyskie mieszkańców, to idealne miejsce na spacery. Tuż przy jej brzegu odbywają się często pikniki. Stała się centrum rozrywki i odpoczynku.

Czas płynął tu znacznie wolniej niż w dużym Londynie, gdzie każdy za czymś pędził i chciał być kimś ważnym. Tamtejsze poranki były dosyć mgliste, zimny wiatr smagał twarze przechodniów, którzy wydawali się wiecznie spóźnieni. Eleganckie kamienice sąsiadowały z opuszczonymi budynkami. To miasto albo się kochało, albo nie. Gwarne place na każdym kroku przeplatały się z cichymi i brudnymi podwórkami. W powietrzu czuć ducha historii, każdy zaułek krył w sobie jakąś opowieść.

Coventry było zaś znacznie spokojniejsze i cichsze. Rankiem szelest liści na wietrze budził miasto do życia. Gdy zegary wybijały godzinę piątą rano, na ulicy pojawiała się staruszka, która codziennie wracała z koszykiem warzyw z pobliskiego targu, oraz grupa robotników, jak zawsze o tej porze zmierzających do okolicznych fabryk. Można było odnieść wrażenie, że w tym mieście panuje nieustanna sielanka. Popołudniami słońce skłaniało się ku zachodowi i delikatnie odbijało swoje delikatne, ledwo już widoczne promienie od dachów i murów pustoszejącego miasta. Słychać już wtedy jedynie ciche rozmowy dobiegające z uchylonych okien.

W tym właśnie wyjątkowo uroczym mieście mieszkały trzy siostry. Najstarsza, Luci, o sercu czystym i pełnym nadziei. Osoba zdecydowana, trochę arogancka, ale przepełniona dobrocią. Julia natomiast emanowała siłą i pewnością siebie. Miała wyjątkowo przenikliwe spojrzenie. Przypominała letni dzień – pełna słońca i energii, gotowa do działania i podejmowania wyzwań. Najmłodsza, Jody, o urodzie delikatnej i subtelnej, kryła w sobie melancholię, a spojrzenie miała pełne zadumy i refleksji. Optymistka i niepoprawna romantyczka. Jako mała dziewczynka, zapytana przez wuja Johna, jak ma na imię, odpowiedziała: „Joe”, i tak też jest nazywana do tej pory.

Rodzina Coventrich posiadała malowniczy dworek na obrzeżach miasta. Legenda rodzinna głosi, że przodkowie ich rodu mieli znaczący udział w założeniu i budowie opactwa Coventry. Trzy siostry, o których mowa, żyły tam z matką, ojcem, bratem, wyjątkowym kotem Rupertem oraz dwoma psami rasy corgi – Chersi i Pinkie. Należały one do psów pasterskich pochodzących z Walii. Były mądre, zwinne i pełne uroku ze swoimi lisimi pyszczkami i uszami, a gęsty płaszcz sierści chronił je przed zimnem i wilgocią. Inteligencją oraz dziecinnym usposobieniem dostarczały swoim właścicielom dużo radości.

Wszystkie trzy siostry to piękne i mądre dziewczęta. Jednak nie sprzyjało to płci żeńskiej w tamtych czasach; piękność tak, lecz mądrość już niekoniecznie. Kobieta powinna być urodziwa, ale i niezbyt inteligentna. Miała robić, co do niej należało, być posłuszną mężowi, zajmować się kobiecymi sprawami. Tego najbardziej nie mogła zrozumieć Julia. Jako dwudziestotrzylatka, w przeciwieństwie do swoich sióstr, wcale nie chciała wychodzić za mąż. Uwielbiała malarstwo i czytanie, w szczególności Charlesa Dickensa, oraz tworzyła własną powieść. Pisywała już do lokalnej gazety drobne artykuły. Chciała być kimś więcej niż tylko żoną.

Joe miała dziewiętnaście lat i była najmłodsza z całego towarzystwa, co dawało jej przywilej bycia dosyć naiwną oraz niepoprawną romantyczką. Luci natomiast skończyła dwadzieścia pięć lat i to jej najbardziej spieszyło się do zamążpójścia. Charles, najstarszy z rodzeństwa, zawsze stawał w ich obronie. Był bardzo przystojny. I jak na mężczyznę w wieku trzydziestu lat raczej bardzo powściągliwy i poważny. Kobiety za nim szalały. Nie mógł się od nich opędzić. Najbardziej na świecie uwielbiał Julię, była jego ukochaną siostrzyczką. Rozumieli się bardzo dobrze, a ona zawsze wolała przyjść do niego po radę niż do swoich sióstr. Rozumiał ją doskonale, bo sam chciał osiągnąć coś więcej, ale zakochał się w żonatej pani Mattley. Jej mąż trochę mu utrudnił rozwój kariery w polityce. Pierwszy raz się zakochał i skończyło się to dla niego niezbyt dobrze. Od tamtej pory nie może sobie znaleźć nikogo na stałe. Miewał przelotne romanse, które raczej miały zagłuszyć potrzeby serca i pozwolić zapomnieć o miłości.

Siostry Julii bardzo chciały wyjść za mąż. Luci uważała, że zobowiązuje ją do tego wiek. Miała adoratora – Williama Donely. To uroczy, młody człowiek, trochę nazbyt zapatrzony w siebie i nie do końca zdecydowany na małżeństwo. Zaczęła podejrzewać, że może coś jest z nim nie tak, może bardziej interesuje go płeć przeciwna. Byli ze sobą już cztery lata i jeszcze się nie oświadczył.

Joe zaś marzyła o małżeństwie z racji swojego romantycznego usposobienia. Miała jednego wielbiciela, jednak wystraszył się chyba jej nazbyt ckliwej i romantycznej natury i ulokował uczucia w pannie Charlotte, córce bogatego właściciela ziemskiego. Nie wiadomo, co zrobiło na nim większe wrażenie – dziewczyna czy pieniądze jej ojca.

Ich matka, Luiza, była elegancką kobietą o dojrzałej urodzie. Jasnokasztanowe włosy przeplatały srebrzystobiałe refleksy. Ciemnobrązowe oczy wypełniała dobroć, radość i zrozumienie. Tym spojrzeniem potrafiła przeniknąć duszę. Nosiła eleganckie stroje, zawsze podkreślające jej nienaganną sylwetkę. Otaczała ją aura mądrości, spokoju i pewności siebie. Była dobrym i wyrozumiałym człowiekiem. Zawsze zachowywała spokój i opanowanie, doskonale dobierała odpowiednie do sytuacji słowa.

Jej mąż, James, był w tym samym wieku co ona, niedawno skończył pięćdziesiąt cztery lata. Wysoki i przystojny, nad wyraz miły i entuzjastycznie nastawiony do życia. Krótkie, szpakowate włosy zawsze starannie układał z racji tego, że miał pedantyczne usposobienie. Wszystko musiało do siebie pasować. Uśmiechał się rzadko i przeważnie tylko w gronie rodzinnym, ale to dlatego, że był inteligentny i miał wysokie poczucie estetyki oraz specyficzne poczucie humoru. Choć wywołanie uśmiechu na jego twarzy nie należało do łatwych zadań, to był raczej pogodny. Znał zasady dobrego wychowania i przestrzegał ich w kontaktach z ludźmi. Potrafił doskonale słuchać i rozumiał innych, co przydawało mu się w prowadzeniu interesów.

Rodzina wiodła spokojne życie, nawet trochę za spokojne. Wszystko miało się zmienić, kiedy James powrócił z dalekiej, dwuletniej podróży do Chin.

Na samym początku XIX wieku panujący tam Madżurowie ograniczyli handel zagraniczny do paru organizacji kupieckich. Skończyło się to protestami, głównie ze strony Brytyjczyków i Francuzów, którzy działali w ramach kampanii wschodnioindyjskich. Kupowali w Chinach duże ilości herbaty, jedwabiu oraz ryżu, a z racji tego, że nie mogli wywozić swoich towarów, płacili srebrem. Aby bilans płatniczy się zrównoważył, kupcy angielscy zaczęli do Chin dostarczać w dużych ilościach opium z rodzimych upraw. Na polecenie cesarza zniszczono dwadzieścia tysięcy skrzyń z tym narkotykiem. Rząd Wielkiej Brytanii został zobowiązany przez społeczeństwo do odbicia resztek tej używki, lecz ten odmówił, tłumacząc się, że nie jest w stanie prowadzić wojny, co doprowadziło do rozwiązania parlamentu i ponownych wyborów, które zostały wygrane przez zwolenników zbrojnej interwencji. Brytyjskie okręty zaatakowały z zaskoczenia Kanton, a sama piechota zdobyła ten port, jak i szereg innych miast przyportowych, w tym Szanghaj. Brytyjczycy osiągnęli swój cel i zezwolono im na handel w kilku portach.

James trudnił się głównie handlem tkaninami. Z Chin przywoził jedwab, ale zdarzało się też, że kupował herbatę, która była ulubionym trunkiem angielskiej arystokracji.

Cnota nie cieszyła się nigdy takim uznaniem jak pieniądze.

Mark Twain

Rozdział II

Dzień zapowiadał się tak jak zawsze. Pokojówka weszła do pokoju, aby odsłonić zasłony i zostawić czystą sukienkę na przebranie.

Julia przeciągnęła się i z niesmakiem powiedziała, że jeszcze chętnie by pospała. Wiedziała jednak, że zaraz zostanie podane do stołu i nietaktem jest spóźnić się na tak ważny posiłek dnia jak śniadanie, chociaż oczywiście obiady należały do jeszcze bardziej wykwintnych i składały się z wielu dań.

Kuchnia angielska przeżywała właśnie rozkwit. Duży wpływ na nią miały Indie, z których sprowadzano przyprawy. W dobrym guście było zatrudnić służbę o ciemnym kolorze skóry, która wprowadziła bardzo dużo nowości do tutejszych potraw.

Julia ogarnęła się, spięła swoje gęste, długie, kręcone włosy i ubrała się w ciemnozieloną sukienkę z koronką wokół rękawów. Jej blada cera doskonale podkreślała rumiane policzki. Była raczej zawsze uśmiechniętą osobą, co dodatkowo dodawało jej uroku.

Obok łóżka stała piękna drewniana szafka nocna, w kolorze turkusowym przełamanym bielą, zdobiona ręcznie malowanymi cytrynami i soczystozielonymi listkami. Na tej właśnie szafce Julia trzymała część swojego zbioru opowiadań i książki, z których czerpała inspiracje, autorstwa między innymi Charlesa Dickensa, Charlotte Bronte i jej siostry Emily Bronte. Chciała dołączyć do tych znakomitych pisarzy.

W dobrym humorze zeszła na dół na śniadanie. Na stole jak zwykle przeważały kiełbaski i jajka na bekonie. Zapach świeżo zaparzonej herbaty mieszał się z aromatem kawy. Wyczuwalne również były konfitury z jagód i malin.

Jej siostry już siedziały i popijały herbatę. Matka weszła zaraz za nią. Charles pojechał po ojca na dworzec. Julia bardzo się cieszyła na jego powrót. Nie widziała go dwa lata. Natomiast Joe i Luci wyglądały na niezbyt zadowolone. Starsza wyczekiwała przyjścia Williama, miała nadzieję, że właśnie wtedy, kiedy przyjedzie ojciec, ukochany jej się oświadczy. Joe natomiast miała do Jamesa trochę żalu. Nie mogła zrozumieć, jak mógł nie pojawiać się przez tak długi czas.

Julia zjadła jajka i właśnie nalewała sobie malinowej herbaty, gdy do pokoju wszedł ojciec z ich bratem. Podbiegła do niego i uściskała go. Siostry zostały przy stole.

– Witam, moje kochane – powiedział pan Coventrich i usiadł. – Stęskniłem się za wami – dodał, a Luiza podeszła w końcu i pocałowała go w policzek.

Charles usiadł przy stole i zaczął jeść śniadanie. Był bardzo głodny, można było to wnioskować po tym, jak szybko jedzenie znikało z talerza.

W tej chwili weszła służąca i zapowiedziała panicza Williama.

Ten wszedł również uśmiechnięty i od razu udał się w kierunku swojego przyszłego teścia. Wszyscy usiedli przy stole. Służba donosiła świeży chleb i herbatę.

– Moje kochane, mam dla was prezenty i niespodziankę – oznajmił James. – Nie było mnie sporo czasu, ale musiałem przypilnować swoich interesów. Wiliamie – zwrócił się do młodego mężczyzny – ileż to lat jesteście zaręczeni z Luci?

– Chyba cztery lata – odpowiedział, nieco zmieszany.

– Czy zamierzasz się z nią ożenić?

Teraz William zmieszał się jeszcze bardziej. Przytaknął głową.

– To dobrze, bo w tym roku weźmiecie ślub.

Luci aż cała się rozpromieniła, natomiast jej przyszły mąż nie wiedział, co powiedzieć. Uśmiechnął się tylko.

– Ślub najlepiej latem – dodał pan Coventrich.

Julia pogratulowała siostrze, gdyż wiedziała, że było to jej marzenie. Sama jednak, jak wiemy, nie spieszyła się do małżeństwa. Miała nawet nadzieję, że będzie mogła go unikać w nieskończoność.

– Kochani, niespodzianką jest mój przyjaciel, który przyjechał razem ze mną. Lord Derby, Peter Derby. Człowiek niesamowite zasłużony. Przekazał znaczne sumy na nasze wojsko.

Julia już miała pytać, kiedy go poznają, gdy właśnie ów gość zjawił się we własnej osobie.

Okazał się wysokim, ciemnookim brunetem, w wieku około trzydziestu pięciu lat. Dość przystojnym i dostojnym.

Podszedł do Luizy i pocałował ją w rękę. Poprosił o przedstawienie pozostałych pięknych pań.

Julia podeszła, dygnęła i podała swoje imię. Joe, zrobiwszy to samo co siostra, uśmiechnęła się i powitała go w ich domu. Natomiast najstarsza z dziewcząt patrzyła na lorda z podziwem i pewną nieśmiałością. Najwyraźniej jej się spodobał.

– Ty zapewne jesteś Luci. Ojciec mi bardzo dużo opowiadał o panience i jej narzeczonym. Zapewne szykuje się ślub?

– Tak, tak, zapewne się szykuje – odpowiedziała i od razu zmieniła temat: – Może herbaty?

Jej zmieszanie było dość widoczne, zauważył je również William.

– Usiądźmy do stołu – zaproponowała Luiza. – Czy ktoś chce jeszcze herbaty?

Julia zapytała, czy może się przejść, bo już zjadła i bardzo chętnie wzięłaby na spacer Charlesa. Nie była głupiutką dziewczyną i dobrze wiedziała, że ojciec sprowadził przyjaciela w jakimś konkretnym celu, najpewniej ma on zostać małżonkiem albo jej, albo Joe.

Brat oczywiście się zgodził i podziękowawszy obecnym za wspólny posiłek, oznajmił, że pójdzie z siostrą do sadu. Zanim jednak wyszli, ojciec zapowiedział, żeby powoli szykowali się na wyjazd do Ascot na coroczne wyścigi konne. To popularna rozrywka, organizowana od 1711 roku w hrabstwie Berkshire[1].

Charles i Julia poszli do pobliskiego słonecznego sadu, który był spowity bardzo świeżym zapachem. Prowadziła tu droga przez ogród, który przyciągał uwagę dużą liczbą fontann i obelisków. Uroku dodawały mu rzeźby i drewniane ławeczki. W ogrodzie wiły się wszechobecne pnącza, a liczne stare wazy pełniły funkcję donic. Słońce muskało kwitnące róże, ich słodka woń przeplatała się z intensywnym zapachem hortensji, a szum drzew idealnie współgrał z uroczym brzęczeniem pszczół. Jabłonie i grusze w otoczeniu jasnozielonej trawy oraz równo przystrzyżonego żywopłotu dawały wrażenie uporządkowania. Niestety kwitnienie zakończyło się pod koniec maja, a jest to doprawdy niesamowicie uroczy widok – białe i różowe kwiaty otulające gałęzie niczym delikatny puch.

W miejscu, gdzie gałęzie jabłoni dawały najwięcej cienia, stały ule, a w nich małe pracowite istoty produkowały miód – najsłodszy dar, symbol urodzaju i bogactwa.

Julia szła w milczeniu, tymczasem Charles rozwinął swoją opowieść na temat piękna przyrody. Gdy wyraził swoje zadowolenie z powrotu ojca, siostra przerwała wymowne milczenie.

– Rozumiem, że człowiek, z którym przyjechał, to kandydat na męża?

Nie odpowiedział od razu, ale uśmiech miał bardzo tajemniczy.

– Nie przejmowałbym się na twoim miejscu. Jesteś na tyle silna, że nie dasz się zaobrączkować. – Przytulił Julię. – Wracajmy do domu, zbiera się na deszcz. I nie martw się – dodał.

Charles ostatnio przejmował się swoją karierą polityczną i był trochę nieobecny. Julia zdawała się nie dostrzegać tych rozterek, była zbyt przejęta swoimi sprawami.

Bardzo chciała wydać powieść, jednak wiedziała, że nie będzie to takie proste. Kobiety w dzisiejszych czasach nie miały prawa głosowania, nie mogły głośno wyrażać swojego zdania, musiały się podporządkować mężowi. Nawet jeśli jakimś cudem wyda książkę i coś na tym zarobi, to i tak mąż będzie miał prawo do tych pieniędzy. Dlatego tak bardzo nie chciała ślubu. Napisała już parę artykułów do lokalnej gazety, jednak nie było to nic wielkiego, a i wynagrodzenie niewielkie. Musiała wymyślić plan, który pozwoli jej na realizację celów i uchroni ją przed zamążpójściem.

Do domu więc wracali w milczeniu, każdy rozmyślając o swoich bolączkach. Gdy dotarli, ojciec właśnie pokazywał prezenty, które przywiózł ze swoich podróży. Luci dostała jedwabną apaszkę, Joe zaś torebkę zakupioną na chińskim targu. Julia miała nadzieję, że dostanie coś wyjątkowego.

– A to dla ciebie, Julio. – James wyciągnął pióro i karafkę atramentu. – Pióro dostałem od francuskiego pisarza, który osiedlił się na stałe w Szanghaju. Powiedziałem mu, że moja córka na pewno ucieszy się z takiego prezentu.

Radość Julii była nie do wyrażenia słowami. Podbiegła do niego i go uściskała.

– A teraz, moje kochane panie i panowie, idę się odświeżyć i przebrać – oznajmił pan domu.

Luiza poprosiła służbę, żeby przygotowali kąpiel dla jej męża i pokój dla gościa.

Rozdział III

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1]https://pl.wikipedia.org/wiki/Ascot, dostęp 16 grudnia 2025r.

Pragnienia panny Julii

ISBN: 978-83-8423-788-5

© Weronika Banasik i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Novae Res

KOREKTA: Anna Miotke

OKŁADKA: Magdalena Czmochowska

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek