Powiedz: żegnaj - Dawid Aleksy Dorożyński - ebook

Powiedz: żegnaj ebook

Dawid Aleksy Dorożyński

0,0

Opis

Historia poruszająca najgłębsze zakamarki duszy.

Po stracie najbliższej osoby świat potrafi nagle zamilknąć.

Mikołaj, wrażliwy student fortepianu, próbuje odnaleźć siebie po śmierci ukochanej babci – kobiety, która była jego domem, oparciem i ostatnią bezpieczną przystanią. Pozbawiony jej obecności, zostaje sam z ciszą, wspomnieniami i pytaniem, czy można nauczyć się żyć od nowa, gdy serce pękło na pół.

Na szczęście nie musi mierzyć się z tym sam. Edzia, Lidka i Ola – jego bezkompromisowe przyjaciółki – robią wszystko, by wyrwać go z marazmu. Kiedy w jego życiu pojawia się tajemniczy student prawa w bordowej kamizelce, w Mikołaju na nowo budzi się coś, co w swoim mniemaniu bezpowrotnie utracił: nadzieja.

Ta relacja staje się dla nich próbą zrozumienia, czym naprawdę jest miłość, jednak zanim nauczą się kochać, będą musieli zmierzyć się z tym, co najtrudniejsze – z własnym cieniem.

Powiedz: Żegnaj to historia o żałobie, która uczy akceptacji, miłości, która leczy, i przyjaźni, która ocala. Opowieść o człowieku, który mimo bólu wreszcie odnajduje swój środek świata – miejsce, gdzie kończy się ucieczka, a zaczyna życie.

Kod QR na okładce przenosi do muzyki napisanej specjalnie do książki

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 350

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Table of Contents

Początek

Od Autora

Prolog

ROK 2018 WRZESIEŃ

Rozdział pierwszy Krewetki, kawior i jalapeño

Rozdział drugi Cytryna i grejpfrut

Rozdział trzeci Bartek

Rozdział czwarty Kogel-mogel

Rozdział piątyB artek

Rozdział szósty Salami

Rozdział siódmy Cynamon i czarna kawa

Rozdział ósmy Śliwka w kompot

Rozdział dziewiąty Masło maślane

Rozdział dziesiąty Bartek

PAŹDZIERNIK

Rozdział jedenasty Kaczka w winie

Rozdział dwunasty Początek końca

Rozdział trzynasty Kofeina

Rozdział czternasty Bartek

Rozdział piętnasty Granat i bergamota

Rozdział szesnasty Pieprz, sól i mleko

Rozdział siedemnasty Bartek

Rozdział osiemnasty Chmiel i czekolada

LISTOPAD

Rozdział dziewiętnastyOstryga

Rozdział dwudziestyPoliczki wołowe

Rozdział dwudziesty pierwszy Słony karmel

Rozdział dwudziesty drugi Kwaśno-słodko

Rozdział dwudziesty trzeci Bartek

Rozdział dwudziesty czwarty Kostka rosołowa

GRUDZIEŃ

Rozdział dwudziesty piąty Koniec i początek

Rozdział dwudziesty szósty Imbir i miód

Rozdział dwudziesty siódmy Bartek

Rozdział dwudziesty ósmy Grzane wino

Epilog Powiedz: Żegnaj

Podziękowania

POWIEDZ:

ŻEGNAJ

Powiedz: Żegnaj © Dawid Aleksy Dorożyński, 2026Redakcja: Angelika Kotowska Korekta: Magdalena Zielonka BOOKEA POLAND sp. z o.o. Romana Dmowskiego 3/9 50-203 Wrocław www.lavapublishing.pl Wydrukowano w Europie ISBN 978-83-68590-63-0

Wszystkie zdarzenia opisane w książce są fikcyjnym wymysłem mojej wyobraźni.

Wszelka zbieżność z rzeczywistością pojawiających się w książce historii, sytuacji, anegdot, imion czy nazwisk jest zupełnie przypadkowa, więc nie należy poszukiwać ich odzwierciedlenia w realnym świecie.

Środowiska artystyczne zostały opisane w sposób równie fikcyjny, więc zbędnym jest doszukiwanie się jakichkolwiek podobieństw.

A jak większość ludzi wie, student to student – swoje za uszami ma!

Zanim odejdziesz, daj mi, proszę: choć trzy powody, bym znowu się uśmiechnął, choć dwa powody, bym uronił łzę, i jeden powód, bym powiedział: Żegnaj…

Wszystkim tym, którzy uczą się mówić: Żegnaj

Od Autora

Ludzie reagują na stratę wielowymiarowo, a w szczególności jeśli kończy się ona śmiercią człowieka. Każdy z nas korzysta z wypracowanych mechanizmów obronnych, by uporać się z traumą. Jedni potrafią się wyłączyć, popaść w tryb pracy, by tylko uciec daleko od myśli. Drudzy oddają się uciechom, które choć na chwilę pozwalają zapomnieć. Jeszcze inni grzęzną w tym bolesnym doświadczeniu, które na wiele lat staje się nieodłącznym elementem ich życia, a myśl o stracie dominuje ich egzystencję.

Pomysł na tę książkę narodził się w jednym z najtrudniejszych etapów mojego życia. Dziś z perspektywy czasu uważam, że rzeczywiście takim był. Szukałem ujścia dla emocji – swoistego rodzaju wentyla, który pozwoli uporać się z żałobą, przejść wszystkie jej etapy.

Pierwszym z nich jest szok i zaprzeczenie. Często wypieramy informację o śmierci czy stracie, którą ponieśliśmy, traktujemy ją jak zły sen, mając nadzieję rychłego przebudzenia. Nieistotnym jest przy tym fakt pozornego przygotowania na śmierć bliskiej osoby, nawet jeśli ma się świadomość ciężkiej choroby.

Drugim jest niewyobrażalny gniew, któremu towarzyszy bunt przeradzający się w złość. Podejmujemy wtedy mało racjonalne decyzje, próbując obwinić otaczający nas świat, by tylko móc wytłumaczyć się ze swych uczynków. Kierują nami wyłącznie emocje niemające głębszego uzasadnienia. Narasta poczucie winy – nie tylko wobec siebie, ale i całego świata.

W końcu przychodzi trzeci etap, który śmiało można porównać do targowania się. Negocjujemy sami ze sobą i z otaczającym nas środowiskiem. Mimo że dominuje w nas poczucie niesprawiedliwości wynikającej ze straty, w pewien sposób szukamy stabilizacji duchowej. Towarzyszy jej ból, którego nie jesteśmy w stanie znieść.

Czwarty wpędza nas w depresję – chwilowe załamanie nerwowe, podczas którego odczuwamy smutek. Towarzyszy mu bezsenność, bóle brzucha, głowy i inne dolegliwości fizyczne. Ten etap jest prologiem do ostatniego – piątego. Wówczas akceptujemy rzeczywistość bez bliskiej nam osoby, którą straciliśmy. Reorganizujemy nasze życie i uświadamiamy sobie, że mimo wszystko musi toczyć się dalej. Próbujemy oswoić się z faktem straty aż do momentu, gdy jesteśmy w stanie powiedzieć: żegnaj.

W moim przypadku najgorszym etapem był bunt, który trwał wiele miesięcy i wywrócił przy tym mój świat do góry nogami. Właśnie w tamtych chwilach pisanie stało się ucieczką. Nie pomagała już muzyka, którą kocham. Nie była w stanie wypełnić pustki, która pojawiła się w moim życiu. Brakowało słów, rozmów z drugim człowiekiem, a tych unikałem na każdy możliwy sposób.

Gdy już byłem na skraju wytrzymałości, siadałem czy to z długopisem w ręku, czy z lampką wina przy laptopie i po prostu pisałem. Nie miałem planu na tę historię – w mojej głowie pojawiały się jedynie skrawki obrazów, postaci, zdarzeń, traum, które pragnąłem opisać. Wiedziałem tylko jedno – że głównym tematem ma być właśnie żałoba, choć ukryta pomiędzy wierszami, bo właśnie tak ona wygląda w realnym życiu.

Rozpoczynając pisanie tej powieści, nie wiedziałem, co wydarzy się na dwudziestej stronie. Od pierwszych słów żyłem życiem bohaterów, tworząc razem z nimi tę historię, przeżywając niczym własne, które choć tak podobne, jest zupełnie inne od tego opisanego.

Mimo że ta książka nie jest „cegłą”, pisanie jej trwało aż cztery lata. Powstało wiele wersji, a każda z nich na swój sposób była dobra. Ta powieść dojrzewała wraz ze mną. Wspólnie przeszliśmy przez wszystkie etapy żałoby, z którą się zmagałem. Dlatego Powiedz: Żegnaj jest dla mnie tak ważne. Nie tylko ze względu na to, że to moja pierwsza w pełni ukończona książka, ale również ze względu na fakt, że pisanie jej było swoistego rodzaju autoterapią, wyimaginowanym dziennikiem, który opisywał alternatywny świat mojej rzeczywistości.

Nie przedłużając – czytajcie. Mam nadzieję, że odnajdziecie w niej coś dla siebie.

PS Część bohaterów – a szczególnie główny – należy do społeczności LGBT.

Prolog

Kwiecień 2017 roku

Zbliżała się wiosna. Świadczyć mogły o tym małe zielone pąki listków pojawiające się na drzewach. Promienie słońca były cieplejsze z każdym kolejnym dniem. Szedłem alejką cmentarną z bukietem róż w dłoni. Minęły już dwa miesiące od czasu, gdy straciłem jedną z najważniejszych osób w moim życiu. Moją najlepszą przyjaciółkę – babcię. Tak bardzo za nią tęskniłem. Brakowało mi jej. Odeszła, a ja nie mogłem nic na to poradzić.

Byłem na półmetku pisania pracy licencjackiej. Żałowałem, że babcia nigdy jej nie przeczyta. Nigdy nie dowie się, jak bardzo jestem szczęśliwy mimo tego, iż dotknęło mnie jej odejście. Nie dowie się, że mimo stresu, gdy dostałem się na studia, i świadomości, że nie jestem najlepszy, a w moim mniemaniu co najwyżej przeciętny, udało mi się rozwinąć skrzydła tak bardzo. Była mi oparciem. Zawsze. Była środkiem mojego świata. A dziś? Dziś czułem się tak potwornie samotny i zagubiony, pomimo wewnętrznej siły, determinacji w dążeniu do celu, czułem, jak kamienieję; czułem, jak sukcesywnie moje emocje ulegają zanikowi.

Zamknąłem w sobie te złe uczucia. Zamknąłem je na klucz. Babcia zawsze powtarzała mi, że nasze życie jest ogromnym domem, w którym znajduje się nieskończenie wiele pokoi. Każdy z nich ma swój klucz. W każdym z tych pokoi zamykamy jakąś część życia. Zdarza się, że musimy wrócić do któregoś, przejść przez niego, by móc znaleźć się w lepszym, piękniejszym miejscu.

Nie byłem jeszcze na to gotowy, więc zamknąłem ten pokój. To był moment, gdy błąkałem się korytarzami i nie mogłem zdecydować, przez który przejść, by odnaleźć coś lepszego. Odciąłem się od przyjaciół, świata zewnętrznego, pogrążony we własnej iluzji – w świecie muzyki, która była moją ucieczką od tego, co zadawało ból. Powoli powstawał mur – moja własna strefa komfortu. Czułem, jakbym cofał się w rozwoju, jakbym zataczał koło i na nowo stawał się dzieckiem, które przeżywa własne lęki, boi się pewnych miejsc oraz ludzi. Uczy się rozpoznawać i nazywać emocje, wyrażając je poprzez łzy, szloch, płacz. Wówczas cały mój świat runął. Wtedy zamknąłem kolejny pokój, który był jednym z wielu rozdziałów. Wiedziałem, że kiedyś będę musiał do niego wrócić i poukładać w nim wszystkie niedomknięte sprawy, które tworzyły ogromny bałagan. Wiedziałem, że kiedyś będzie musiało to nastąpić. Potrzebny był tylko czas, który w swoim założeniu bywa często mało przychylny, choć zdaniem wielu ludzi leczy rany, zabliźnia je, by niekiedy zadać cios i rozdrapać je na nowo. A ja dobrze wiem, że tak nie jest. Czas nie leczy ran. On po prostu sprawia, że uczymy się z nimi żyć.

W tym miejscu zaczyna się moja historia. W tym miejscu zaczyna się nowy etap. W tym miejscu zaczyna się droga do uporządkowania zaległych spraw. Droga do przejścia i posprzątania tego pokoju. Bo to, co zarazem stanowi początek nowego życia, staje się często powrotem do tego starego…

ROK 2018 WRZESIEŃ

Rozdział pierwszyKrewetki, kawior i jalapeño

Jedną ręką myjąc zęby, drugą przygotowuję sobie kawę i małą kanapkę, by nie wyjść z domu o pustym żołądku. Co prawda nie odczuwam głodu, jednak od dwóch miesięcy trwam w postanowieniu, by rozpoczynać dzień od śniadania. Zacząłem również chodzić spać i wstawać o regularnej porze. Praca nad powrotem do moich nawyków zajęła mi niemal cały poprzedni rok. Ciężko było wrócić do starych przyzwyczajeń po wydarzeniach, które nieoczekiwanie, bez żadnej litości spadły niczym lawina, wstrząsając całym moim światem.

Tak to już bywa w życiu, że nawet najbardziej poukładana osoba, która wręcz obsesyjnie planuje każdą chwilę, może nagle zmienić swoje nawyki o sto osiemdziesiąt stopni. Czasami wystarczy jedynie malutka iskra, by wywołać pożar, który trawi wszystko, co napotka na swojej drodze. Chciałbym powiedzieć, że gdy już zostaje ugaszony, wszystko wraca do normy, ale po co miałbym kłamać? Cały szkopuł tkwi w powrocie, który bywa wyboistą drogą.

Wychodzę na balkon i odpalam papierosa, po czym delektuję się kawą. Pod tym względem jestem typowym palaczem, który każdy dzień zaczyna tym samym rytuałem. Czy jestem z tego dumny? Nie. Czy lubię ten nawyk? Tak. Czy kiedyś z nim skończę? Nie wiem.

Zadawanie pytań samemu sobie i odpowiadanie na nie jest moim niemal codziennym rytuałem. Pozwala mi lepiej zrozumieć siebie, poznać w pełni tok rozumowania mojego pokręconego umysłu. Daje szanse na dotarcie do podświadomości, która z czasem przeistacza się w pełną samoświadomość, tak bardzo istotną w pracy nad sobą.

Lubię widok z mojego balkonu. W zasięgu wzroku rozprzestrzenia się panorama ogromnego osiedla. Wśród drzew ulokowany jest tor pagórkowy dla rowerzystów uprawiających sporty ekstremalne. Zaraz obok niego znajduje się plac zabaw dla dzieci. Gdzieś w oddali, na linii widnokręgu dostrzec można samotną górę w miejscowości Sobótka – Ślęzę. Warunkiem jest oczywiście bezchmurne niebo.

W lipcu tego roku zakupiłem swoje pierwsze mieszkanie we Wrocławiu. Ponad rok temu śmierć babci zesłała na mnie niemały spadek. Jako dziecko, a później nastolatek, spędzałem z babcią niezliczoną ilość czasu. Była mi jedną z najbliższych osób, moją pierwszą przyjaciółką, moim pierwszym autorytetem. Była moim wszystkim.

Do dziś pamiętam moment wyprowadzki na studia. Płakaliśmy jak bobry, jakbyśmy już nigdy nie mieli się spotkać. Oczywiście wręczyła mi wyprawkę w postaci dwóch tysięcy złotych, jak to zwykła mówić: „na czekoladę”. Na szybkie odchodne, słysząc moją odmowę przyjęcia gotówki, rzuciła tylko: „Idź już, bo znowu zacznę płakać jak stara wariatka”, i zamknęła za mną drzwi. Na myśl o tym wspomnieniu uśmiecham się nieznacznie, po czym znowu zaciągam się papierosem, wyobrażając sobie, że stoi tuż obok mnie i robi dokładnie to samo.

Zerkam na zegarek, który wskazuje już 8:48.

– Kurwa. Spóźnię się! – krzyczę do siebie.

Gaszę papierosa, wbiegam do kuchni i zostawiam filiżankę po kawie w zlewie. Zakładam granatowy płaszcz, brązowe pantofle, wychodzę z mieszkania i czym prędzej gnam na przystanek. Dopiero wsiadając do tramwaju, uświadamiam sobie, że zapomniałem zabrać telefon i dokumenty. Czując presję czasu, postanawiam nie wracać do domu. Zresztą wiele zabobonów mówi, że to przynosi pecha. A tak się składa, że w niektóre wierzę, choć z przymrużeniem oka.

Jak to bywa we Wrocławiu, w godzinach porannych wszelkiego rodzaju środki transportu publicznego są przeładowane, a ulice zakorkowane trąbiącymi na siebie samochodami. Jest 7 września 2018 roku i nie, nie spieszę się tak do pracy, tylko na przygotowania do wernisażu, na którym znajdą się prace mojej przyjaciółki Oli. Dzięki niej zostałem zaangażowany jako pianista, by umilić wieczór muzyką. Moje główne zadanie to improwizacja, która ma nawiązywać do obrazów i dzieł sztuki znajdujących się na wystawie.

Pierwszy raz od bardzo dawna nie przeszkadza mi ścisk, który panuje w tramwaju. Niewątpliwie rok szkolny rozpoczął się pełną parą, więc uczniów poruszających się komunikacją miejską jest niezliczona ilość. Jak to na dzisiejszą młodzież przystało, każdy z nich ze słuchawkami na uszach gapi się w telefon, poruszając głową w rytm słuchanej muzyki.

Odkąd pamiętam, podróżując transportem publicznym, nie lubiłem, gdy ktoś obcy dotykał swoim ramieniem, ręką czy nogą jakiejkolwiek części mojego ciała. Dziś jednak jest mi to obojętne. Wszystko zawdzięczam ekscytacji wywołanej wernisażem. Moje podniecenie potęguje fakt, że spotkam wielu znajomych, których nie widziałem przez niemal całe wakacje. Poza tym po wystawie ma odbyć się bankiet, więc oczywistym jest, że na pewno dzisiejszy wieczór i noc będą udane! (Notabene dziś kończę całe dwadzieścia cztery lata).

Na docelowym przystanku wśród tłumu ludzi czeka już na mnie Ola. Jej długie, kasztanowe, idealnie proste włosy falują swobodnie na wietrze. Przyjaciółka jest szczupłą i stosunkowo niską dziewczyną o naturalnej, delikatnej urodzie. Jej cery zazdrości pewnie niejedna kobieta. Ola ma na sobie błękitną sukienkę do kolan i jasnoszary płaszcz. Image uzupełniają białe trampki z granatowymi sznurówkami. Widzę po niej, że cała dygocze, co oznacza tylko stres. Rzuca mi się na szyję, ściskając mnie z całej siły, i całuje w policzek.

– Słonko ty moje, ależ dzisiaj przystojnie wyglądasz – mówi z nutą przekory w głosie.

– Przestań, bo się zaczerwienię i uznam, że po tylu latach zaczęłaś ze mną flirtować.

– Kijem bym cię nie tknęła, ty mój rasowy geju.

– Spadówa.

– Stresuję się, wybacz. Muszę na kimś to wyładować, padło niestety na ciebie. Zresztą jak zazwyczaj…

Rozkładam ręce w geście bezradności. Nie będę ukrywać, że przywykłem do tego, niemniej nie wypowiadam myśli na głos.

– Gdybyś była beztalenciem, to nie przyjęliby twoich prac na wernisaż, więc po co te nerwy?

– Pytasz o to kobietę… Zdradzić ci mały sekret o nas? – Nachyla się bliżej mojego ucha i przekornie szepcze: – My same nie wiemy, czego chcemy i po co jest to wszystko.

– Też ładnie wyglądasz – zarzucam haczyk.

– Tak? Dziękuję, to miłe. – Jej kąciki ust momentalnie zmieniają się w delikatny uśmiech. Stres jednak wraca niczym bumerang. – A co, jeśli zjadą mnie w recenzjach i żadna nie będzie pozytywna?

– Psiapsi, proszę, przestań histeryzować. Jestem tuż obok, zgodziłem się zagrać, żebyś miała jako takie mentalno-muzyczne wsparcie. Przesadzasz z brakiem pewności siebie.

Patrzy na mnie przez moment ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma. Muszę przyznać, że Ola potrafi być dystyngowana i przy tym bardzo przenikliwa. Głośno wydycha z ust powietrze, wzrusza ramionami i rzuca krótko:

– Idziemy.

Ruszamy spokojnym krokiem, w absolutnej ciszy przerywanej zgiełkiem tętniącej życiem ulicy. Być może udzielił mi się stres przyjaciółki, bo nagle dociera do mnie, że w żaden sposób się nie przygotowałem. Mimo że jak zwykle – miałem na to dużo czasu.

– Nadal nie wiem, co zagrać. A jeśli zrobię chałę? Zrujnuję wystawę? Zagram chałturę? Co, jeśli…

– Przestań. Jęczysz jak cieląca się krowa. Każde spotkanie z tobą skraca mi życie o rok! Taki niby wyluzowany, wujek dobra rada, który sam popada w skrajności. Studiujesz na akademii muzycznej czy jesteś amatorem klawisza w przeciętnej firmie produkującej keyboardy dla supermarketu? Ach! Ty nieśmiała pipo! Wyjmij czasem głowę z dupy i zobacz świat choć na chwilę w jaśniejszych barwach.

– Dziękuję. W rankingu naszych wad byłbym zapewne zwycięzcą w zbieraniu opinii „nieśmiała pipa”.

– Gratuluję – odpowiada obojętnie.

Różnimy się od siebie niczym przysłowiowe dwie krople wody. Mimo tego jednak wiele cech nas łączy. Jedną z nich jest niewątpliwie przyprawiająca o mdłości reakcja na stres. Dziwnie się wtedy zachowujemy. Powiedziałbym, że stajemy się wręcz niereformowalni. Rzucamy bez zastanowienia słowami niczym Magda Gessler talerzami w Kuchennych rewolucjach. Jest to nasza osobliwa cecha. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Zyskujemy z czasem, przy bliższym poznaniu.

– Idę zająć się swoimi obrazami – melduje Ola, gdy docieramy na miejsce – a tobie radzę zapoznać się z tymi, które już są zainstalowane, bo obstawiam, że olałeś materiały, które ci wysłałam?

W odpowiedzi unoszę tylko brwi, wykrzywiając usta. Ola posiada duszę artystki, pełną marzeń, a zarazem pasji. Ma swój świat, kredki i zabawki, więc wybór zawodu zapewne nie był przypadkowy. Potrafi twardo stąpać po ziemi i zawsze poważnie podchodzi do swoich zadań, na tyle, by wszystkie prace kończyć kilka dni przed terminem. Marzy jej się wielka kariera, ale mimo tak częstego poważnego tonu odpowiedzialności potrafi świetnie się bawić, nie będąc przy tym nudziarą. Wszystko robi z głową. We wszystkim potrafi odnaleźć złoty środek i umiar. To w niej podziwiam najbardziej. Właśnie to mnie urzekło pierwszego dnia, gdy ją poznałem.

Każdy z nas zajął się sobą. Ola biegała to tu, to tam. Ja w spokoju i ciszy oglądałem obrazy. Nie potrafiłem w pełni pojąć sztuki współczesnej. Gra kresek, barw, plam czy abstrakcyjnego postrzegania świata wykraczała chyba poza moje horyzonty pojęcia o sztuce. Miało to swój urok, dla mnie było jednak jestestwem niezbadanym. Postawiłem na doszukiwanie się emocji, próbę odnalezienia ich w całej palecie barw. Jeden z tych obrazów przykuł moją uwagę najbardziej. Nazywał się (O)Lśnienie. Dominowały na nim ciemne kolory, które kontrastowały z różnorodną szarością, granatem i brudnym błękitem. Uzupełnienie stanowił jasny beż. Notka do obrazu okazała się być dla mnie całkiem oczywista: „Autorka skupia się przede wszystkim na grze barw, światła i odzwierciedlaniu rzeczywistości jako iluzji”.

Siedząc przy fortepianie, powoli kreuję świat dźwięków. Kontakt moich palców z klawiaturą od zawsze był dla mnie niezwykle intymnym przeżyciem, na tyle silnym, by zapomnieć o pożerającym mnie stresie. Muzyka stanowi nieodłączną część mojej osobowości. Jest moją miłością, chyba jedyną tak silną, jakiej w tym momencie życia mogę doświadczać. Wszak wiem, że choć nie jest idealną kochanką, to nigdy mnie nie zdradzi, nie porzuci, nie złamie mi serca. Owszem, często mamy odmienne zdania, musimy iść na kompromisy, docierać się każdego dnia. Ten fakt stanowi jednak dla mnie kwintesencję piękna relacji.

Obrazy znajdujące się na wystawie wzbudziły we mnie wspomnienia i emocje z przeszłości, które okazały być się idealnym pomostem ku improwizacji. Każdy dźwięk w moim odczuciu był zupełnie innym kolorem. Lubiłem przyporządkowywać odcienie konkretnym wysokościom dźwięku, co bardzo pomagało w interpretacji utworów. Ułatwiało też postrzeganie świata i otaczających przestrzeni. Zresztą, mój kumpel Wiktor zawsze powtarza, że wielu kompozytorów nazywa konkretne dźwięki kolorami. Zaskakującym jest to, że w zasadzie każdy widzi te odcienie zupełnie inaczej.

Po około godzinie gry na fortepianie, podczas której nie brakowało oddechów i dłuższych pauz na zastanowienie, kończę swój drugoplanowy koncert – mający stanowić jedynie tło otaczającego wydarzenia.

Ola podchodzi do mnie i niemal prowadzi za rękę do koordynatora wernisażu. Ten podaje mi dłoń i oznajmia:

– Jeszcze raz dziękuję. Cieszę się, że posłuchałem pani Oli. Pana muzyka miała duszę, to coś. Dziękuję za trud włożony w przygotowanie. Wszelkie formalności z wypłatą ustali księgowa, skontaktuje się z panem w najbliższych dniach. Zapraszam na bankiet i życzę miłego wieczoru.

– Trud w przygotowaniu? – Ola zerka na mnie szyderczo. – Ale się uśmiałam – kwituje sarkastycznie.

– Jesteś strasznie uszczypliwa.

– Nie jestem. To tylko przebodźcowanie i stres. O, losie! Usłyszałam tyle ciepłych słów, które nadal nie chcą dotrzeć do szarych komórek mojego zawiłego umysłu. Napijmy się wina, błagam. Ponoć w przekąskach można znaleźć też krewetki i kawior. Nasz ekskluzywny przysmak studencki.

Z uśmiechami na ustach pędzimy niczym wygłodzone dzieci po całym dniu spędzonym na placu zabaw w kierunku bufetu. Oczywiście zaczynamy od wina. Oddalamy się kilka metrów od zbiorowiska i siadamy przy wolnym stoliku, rozkoszując się wspólnie spędzanym czasem.

– Miki, ten chłopak ciągle na ciebie patrzy. – Ola rzuca niespodziewany komentarz bez ceregieli.

– Który? – Rozglądam się po całej sali.

– Mógłbyś mniej ostentacyjnie wykonywać tę czynność? Kelner w bordowej kamizelce.

Po dłuższej chwili zauważam, o kogo chodzi. Spotykamy się na chwilę wzrokiem. Czuję delikatnie przyspieszone tętno, a także przeszywające ciepło na policzkach, które zwiastuje niespodziewane rumieńce. Zapewne na ten widok nieznajomy uśmiecha się do mnie, po czym odchodzi z pustą tacą w kierunku bufetu.

– Jakie ciacho… Olka…

– Bo się zakochasz od pierwszego wejrzenia. Słońce, nie dość masz już dram? Twoje podboje miłosne zawsze kończą się załamaniem. Mimo to muszę przyznać, że ten alvaro gapi się na ciebie od początku wystawy. Cały czas zerkał, gdy grałeś na fortepianie, i w międzyczasie oglądał obrazy.

– Kiedy byłaś ostatnio u okulisty? – wypalam bez zastanowienia.

– Co to za pytanie? Jeśli prawda cię boli, mogę zacząć kłamać – odpowiada, najwyraźniej poruszona moim przytykiem.

– Nie trzeba – rzucam obojętnie. – Gdzie pozostali?

– Nie wiem, mieli być, a ich nie ma.

– Ale zaprosiłaś ich?

– No tak. Lidkę, Edzię i Wiktora.

– Maksymiliana to już nie łaska?

– Po tym, jak dał ci kosza?! – unosi się, jakbym wybił toporkiem całą jej rodzinę.

Imię Maks działa na przyjaciółkę niczym płachta na byka. Od jakiegoś czasu odnoszę wrażenie, że Ola nabawiła się wręcz alergii. Wystarczy wypowiedzieć jego imię, a ona uruchamia się niczym sfrustrowana żona. Szukając odpowiednich słów, gram na zwłokę i udaję konesera wina.

– Był po prostu szczery. Po czasie ustaliliśmy, że będziemy tylko kumplami…

– Ta… kumplami… chyba z benefitami sam wiesz czego.

– Voldemorta chyba. Wybacz, że też mam swoje potrzeby cielesnych zbliżeń. Mówisz tak, jakbyś w ogóle z nikim się nie gziła… to znaczy… nie kochała. Zresztą, nie będę się tłumaczył. Prawda jest taka, że nie puszczam się tu i ówdzie.

– Insynuujesz coś w moim kierunku?

– Nic nie insynuuję.

– To skąd wiesz, że on nie bzyka się na lewo i prawo?

– Po pierwsze już tego nie robimy, po drugie moje życie intymne to akurat nie twoja sprawa! – podnoszę głos bez pomyślunku.

W jednej chwili czuję powiew chłodu i nadciągającą burzę.

– Nie moja sprawa?! Ile razy, powiedz mi, dzwoniłeś w nocy i ryczałeś, że się zakochałeś?

– Nie wyszło nam i tyle. To jednak nie powód, żebyś traktowała go jak powietrze. Zresztą powietrze to tlen, bez niego bylibyśmy martwi.

Ola wstaje z impetem, patrzy na mnie z oburzeniem, krzyżuje ręce na piersiach i kwituje:

– Bronisz go jak niepodległości.

– To idź mu w tyłek nadmuchaj, może się coś zmieni.

– Sam mu nadmuchaj. Ponoć to lubicie.

– Rimming to się nazywa. Hetero też praktykują.

– Jesteś obleśny.

– Mówię tylko o seksie.

– Wiem? – zadaje retoryczne pytanie, wytrzeszczając przy tym oczy i krzywiąc usta. – Nie lubię.

– To polub. Bolca ci chyba brakuje, bo jesteś sztywna, jakbyś kij od miotły połknęła.

W jednej chwili lodowata atmosfera przeobraża się w przebudzenie uśpionego od lat wulkanu.

– Jak ty do mnie mówisz? Miotłę połknęłam… taaa… to teraz czarownicę ze mnie robisz?! O, zarzekam się, będziesz mi jeszcze kiedyś płakać do słuchawki, to się rozłączę! Zawsze to ja jestem ta zła i niedobra. O, pożal się Boże, histeryczka od siedmiu boleści. I co to w ogóle za język? Nie da się seksu kulturalniej nazwać?

Zaczęło się. Gdyby nie pojawienie się Lidki, nie przestałaby krzyczeć i gestykulować rękoma. Niestety zdążyła rozjuszyć się jak bezpański pies. Każde kolejne wypowiedziane przez nią słowo było paliwem do wyrzucenia z siebie kilku kolejnych. Karuzela absurdów przyspieszyła do granic możliwości.

– Oleńko, jesteśmy w miejscu kultury – karci ją przyjaciółka.

– Zatem EKSPRESYJNIE – podkreśla – wyrażam swoje EMOCJE. To taki odłam kultury współczesnej… której autorką od dziś jestem.

Zrezygnowana Lidka macha ręką, całując mnie w usta na przywitanie, po czym siada obok i pije łyk wina z mojej lampki. Ola, widząc, że traci naszą atencję, idzie w nasze ślady, przywołując samą siebie do porządku. Próbując rozluźnić atmosferę, Lidka opowiada o koszmarnej próbie z aktorami. Twierdzi, że nie wie, jak przeżyje studia magisterskie (zresztą tak samo mówiła o maturze, a później o studiach licencjackich). Przyjaciółka kształci się na reżyserkę. Bez dwóch zdań ma ku temu predyspozycje, jednak zbyt często robi wszystko na ostatnią chwilę, co nie wynika z systematyczności i nie pomaga w dotrzymywaniu terminów. Z natury jest przemiłą, ciekawską, niestroniącą od ploteczek osobą. Ma ogromne serce, pełne empatii i zrozumienia, mimo specyficznych i często abstrakcyjnych poglądów na świat. Niewątpliwie jej styl ubioru i wygląd w dużej mierze świadczą o ekscentryzmie.

Lidia ma owalną twarz z niewielkim nosem i kilkoma ledwo zauważalnymi piegami. Jej szare oczy idealnie kontrastują z burzą długich, niemal bordowoczerwonych, kręconych włosów. Od wielu lat – mimo przepięknego naturalnego koloru blond – przyjaciółka nie przestaje się farbować. Lubi zakładać luźne ciuchy, dzięki którym umiejętnie maskuje delikatny nadmiar kilogramów. Dziś ma na sobie za dużą czarną koszulę w białe kwiaty oraz musztardowe szarawary.

Gdy już kończy opowieść, mruży oczy, spogląda w lewo, potem na mnie, znowu w lewo, znowu na mnie i całkiem poważnie oznajmia:

– Nie patrz tam. – Głową wskazuje w lewą stronę. – Jakiś typek, chyba kelner, ciągle na ciebie zerka.

Wiem doskonale, o kogo chodzi, więc odruchowo spoglądam na nieznajomego kelnera. Na kilka chwil kolejny raz zawieszamy spojrzenia, patrząc sobie w oczy. Znów to samo. Rumienię się, jednocześnie szczerząc do niego jak głupi do sera.

– Mówiłam mu – zaczyna Ola. – On mi nie wierzył. Stwierdził, że powinnam udać się do okulisty…

– Przepraszam – rzucam na odczepne z rezygnacją w głosie.

Ola nie reaguje. Udaje, że mnie nie ma, zajadając się przy tym krewetkami i delektując czerwonym winem. Dopiero po trwającej wieczność chwili odzywa się do mnie z pełnymi ustami.

– Przeprosiny wsadź sobie w cztery litery. Chociaż nie. Dla ciebie to przyjemność.

– Olka, ogarnij się i przystopuj. Przeginasz nieco.

– Ja przeginam? To akurat już nie twoja sprawa. To ty mi tu gadasz o bolcach. Myślisz, że nie znam wysublimowanego wulgaryzmu? Ja do ciebie z troską, a ty mi plaskaczem?

– Oboje jesteście infantylnymi gówniarzami – dodaje Lidka.

– Nic dziwnego. Zawsze staniesz po jego stronie. Gdy srałaś w pieluchy, on zaczynał chodzić. Jak zwykle pijecie sobie z dzióbków.

– Olka, nie bądź trywialna. Co cię ugryzło?

– Nic, co miałoby dla ciebie znaczenie. Poza tym odrobina trywialności nikomu jeszcze nie zaszkodziła. – Przechyla kieliszek i chyba nie orientuje się, że jest już pusty.

Chcąc rozwiać przytłaczającą aurę burzową, proponuję, że pójdę po kolejną lampkę.

– Nie lubię wazeliniarstwa – kwituje Ola.

Tak, moja przyjaciółka stanowczo strzeliła focha. Nieważne było w tym momencie, kto miał rację i gdzie ta racja była umiejscowiona. W takich chwilach nie ma to większego znaczenia – strzeliła focha, i to takiego z przytupem i melodyjką. Wstaję niechętnie i udaję się do stolika, przy którym przed chwilą krzątał się kelner w bordowej kamizelce.

Kątem oka widzę, jak Ola zerka na mnie co chwilę, próbując przy tym udawać, że w ogóle jej nie obchodzę. Lidka również dołącza do obserwacji, marszcząc przy tym czoło, jakby w jej głowie powstawały pomysły na wyreżyserowanie nietuzinkowej sceny. Zdezorientowany ich dziwnym zachowaniem, chwytam dwa kieliszki, odwracam się z werwą i…

Przede mną stoi kelner, który uśmiechał się do mnie kilka minut temu. Teraz na jego schludnej i całkiem nieprzeciętnej bordowej kamizelce znajduje się również niezdarnie wylane przeze mnie czerwone wino. Czuję, jak moją twarz zalewa żar. Już chcę przepraszać, jednak wyciąga do mnie rękę.

– Jestem Bartek – przedstawia się, jakbym w ogóle przed kilkoma sekundami nie zalał części jego garderoby.

Może mu się spodobałem i chce mnie przelecieć, dlatego jest taki miły – myślę perfidnie, po czym szybko wypieram brzmiące we mnie słowa.

Często doszukuję się drugiego dna, a może nawet kilku. Głowę tracę zwłaszcza wtedy, gdy ktoś wpadnie mi w oko. Nie to, żebym podążał tylko za wyglądem fizycznym… Ale niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nigdy nie obejrzał się za kimś pięknym na ulicy.

– Miki, to znaczy Mikołaj… Przepraszam. – Również podaję mu dłoń i wtedy moje ciało przeszywa niespodziewana fala ciepła.

Wzdrygam się, spłoszony, i gwałtownie cofam pół kroku w tył.

– W porządku! W zasadzie kończę moją pracę na dziś. Kamizelka jest bordowa, więc trudno będzie dostrzec plamę – dodaje, próbując zgasić moje skrępowanie zaistniałą sytuacją. – Zresztą w dużym stopniu to moja wina. Mogłem nie zachodzić cię od tyłu. – Mówi to w sposób dwuznaczny, pewny siebie i cholernie pociągający, co może oznaczać, że prawdopodobnie próbuje ze mną flirtować.

Mimowolnie moja twarz czerwienieje jeszcze bardziej.

– Bez podtekstów. – Uśmiecha się, po czym puszcza oczko.

Cały czar pryska, przez co zaczynam śmiać się jak osioł: „iho-hi-hy-iho”. Twarz Bartka nie kryje rozbawienia, a moja – absolutnego zażenowania.

– Słyszałem cię, jak grasz – próbuje zwinnie zmienić temat. – Było pięknie, choć zapewne słyszałeś to w swoim życiu setki, o ile nie tysiące razy. Bardzo mi się podobało. Improwizowałeś, prawda?

Od razu wyczuwam, że jest świetnym i uważnym rozmówcą, który potrafi przede wszystkim słuchać. Nie chodzi nawet o komplementy, które bez zastanowienia skierował w moją stronę, lecz o to, że patrzył mi prosto w oczy. Uważam, że ludzie, którzy podczas rozmowy potrafią utrzymać kontakt wzrokowy, są warci tego, by spróbować im zaufać.

– Tak, zgadza się. Po prostu dałem się ponieść emocjom, które wywołały u mnie te niejednoznaczne obrazy.

– Prawidłowo. Ciekawie się przy tym oglądało wystawę. Było ładnie i prawdziwie. Momentami nawet emocjonalnie.

– Czymże byłaby muzyka bez emocji? – pytam zdziwiony.

– Można brnąć w to dalej… Czymże byłoby życie bez emocji? – Z łatwością odbija piłeczkę.

– Zapytaj osób, które ich nie odczuwają – kontynuuję.

Podoba mi się ta gra słów, nie ukrywam, że w jakiś sposób mnie nakręca, co pozwala wyjść choć jedną nogą poza strefę komfortu, którą zbudowałem wokół siebie.

– Zatem zapytaj, dlaczego ich nie odczuwają. – Uśmiecha się, myśląc, że mnie zgasi.

– Skoro ich nie odczuwają, dlaczego mieliby o nich rozmawiać?

Na jego twarzy pojawia się konsternacja.

– Na ten moment lepiej będzie, jeśli zwolnimy. Wiesz… nie lubię porażek. – Uśmiecha się z grymasem na twarzy.

– Zapewne jeszcze znalazłaby się inna odpowiedź.

– Zapewne masz rację.

– Lubisz powtarzać po kimś słowa?

– Lubię.

Śmieję się mimowolnie z jego odpowiedzi. Kątem oka zauważam spojrzenia Lidki w moim kierunku. Jej mina mówi, a wręcz błaga: „Nie ładuj się w tarapaty”. Najwyraźniej Bartek spostrzega wymianę naszych – wydawać by się mogło, bardzo dyskretnych – spojrzeń, bo szybko zmienia ton i tor rozmowy.

– Chyba twoja dziewczyna się niecierpliwi?

– Nie jesteśmy parą, to moja przyjaciółka, w zasadzie niemal jak siostra. Nawet kijem by mnie nie tknęła. To byłoby już raczej kazirodztwo.

– A druga dziewczyna? – pyta podejrzliwie. – Ta, która gdzieś zniknęła?

– Również moja przyjaciółka. Pokłóciliśmy się przed chwilą.

– Przyznam szczerze, że nie umknęło to mojej uwadze i zapewne uwadze wielu innych osób. – Znowu się uśmiecha. – Poczekaj chwilę. Przyniosę wam po lampce wina, a na przekąskę może krewetki i jajka z kawiorem?

– Uważnie nas obserwowałeś – odpowiadam podejrzliwie i dużo śmielej niż wcześniej.

– Bystrzak z ciebie. Ale zanim wam przyniosę… – Wyciąga długopis z kieszonki kamizelki. – Ryzykuję obiciem mordki, no ale cóż to za życie bez dozy adrenaliny. – Łapie mnie za rękę i zapisuje na niej cyferki. – To mój numer. Napisz do mnie, jeśli chcesz. Miło było cię poznać, Mikołaju. Za chwilę przyniosę wam tacę dla VIP-ów. – Puszcza oczko w moim kierunku i odchodzi w stronę zaplecza.

Wracam do Lidki, czując na sobie jej zabójczy wzrok, który jednocześnie kipi ciekawością. Odkąd sięgam pamięcią, Lidka ustawiała się pierwsza w szeregu, by zdobyć wiadomości i nowinki, które mogłyby stać się tematem do ploteczek w naszym najbliższym gronie.

– Co on ci napisał na ręce? – pyta, wpatrując się we mnie jak w obrazek.

– Numer telefonu – odpowiadam, na co odruchowo jej źrenice wyraźnie powiększają się z zainteresowania.

– Mater Dei! Ale uroczo! Zapisz, zanim się zmaże.

– To, że zostawił mi swój numer, nie oznacza, że wpadłem mu w oko – mówię, patrząc jej w oczy.

– Czasami mam wrażenie, że twoje IQ jest niższe niż pięćdziesiąt. Może po prostu cię polubił, spodobało mu się, jak grasz, i chce, żebyś udzielił mu korków z biegłości palców na klawiaturze fortepianu?

– Nie wyjeżdżaj mi tutaj z dwuznacznościami!

– Też cię kocham.

– Kurka wodna, zapomniałem telefonu z domu. Zapiszesz ten numer? Prooooszę!

– Jasne! Od czego ma się przyjaciół?

Nie zauważyłem Oli, która stała nad nami i przysłuchiwała się rozmowie. Patrzy na mnie, po czym rzuca mi się na szyję.

– Przepraszam! Zaczął mi się okres…

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – przerywa nam Bartek.

Trzyma w ręku tacę przekąsek z trzema kieliszkami czerwonego wina. Dopiero teraz zwracam uwagę na jego wibrujący, niski, jednocześnie ciepły i jakże męski głos. Mógłbym się przy nim rozpłynąć niczym bałwanek podczas odwilży.

– Dziękujemy. – Uśmiecham się.

– Bawcie się dobrze. Miłego! – Puszcza do mnie oczko i odchodzi.

– Podziel się nim – zaczyna Ola, mająca nadal zawstydzony wyraz twarzy. – Zrobimy grafik – kontynuuje.

Lidka siedzi nieruchomo, jednocześnie pijąc wino. Jej nadal maślane oczy z rozmarzoną miną mówią w moim kierunku jedno: „Gdybym mogła, to rozszarpałabym cię z zazdrości na strzępy”. Nie rozmawiamy ze sobą dobre piętnaście minut. Dziewczyny w swoim zamyśleniu pewnie lewitują wśród wyuzdanych erotomańskich wyobrażeń. Wcale mnie to nie dziwi, sam zaczynam fantazjować. Co prawda nie seksualnie, ale jedno muszę przyznać – Bartek jest cholernie przystojny i pociągający. Jak się okazuje, nie tylko w moich oczach. W końcu ciszę przerywa Ola.

– Reszta już raczej nie przybędzie. Idziemy zatem na Słubicką? Po drodze opowiesz mi o tym tajemniczym kelnerze.

Idziemy zatem ulicą Ruską i zbliżamy się właśnie do przejścia podziemnego na Placu Jana Pawła II, czy – jak kto woli – Pierwszego Maja. Nie zwracam uwagi na przechodniów, panującą wokół audiosferę i zgiełk miasta, który nadal pozostaje w kulminacyjnym momencie. W mojej głowie krąży tylko jeden obraz – Bartek. W jego dużych ciemnoniebieskich oczach można by się zatracić, postradać zmysły. Jest wyższy ode mnie o co najmniej dziesięć centymetrów. Ma zadbany zarost, bardzo ciemny i dokładnie wyprofilowany, a włosy nieco kręcone, o średniej długości i kasztanowym kolorze. Kelnerując, poruszał się pewnie, jakby każdy jego ruch był przemyślany. Obserwując jego idealnie dopasowane ubrania, mógłbym przysiąc, że na pewno chodzi na siłownię.

I wtedy pojawia się myśl – gdzie ja z moją mordą do niego? Dziewczyny często powtarzały, że mam zaniżoną samoocenę i nie potrafię patrzeć obiektywnie w lustro.

Te zaczesywane do tyłu blond włosy z naturalnymi pasemkami i gładka twarz, bez oznak żadnego zarostu. Drugi podbródek też robi swoje. I ten cholernie duży nos! Na dodatek jestem karzełkiem. Metr siedemdziesiąt wzrostu nie jest szczególnym osiągnięciem. Ale przynajmniej w tym wszystkim zgadza się waga. Nigdy nie przekroczyłem siedemdziesięciu pięciu kilogramów, choć muszę przyznać, że kiedyś o wiele więcej biegałem i jeździłem rowerem…

Waga była jednak zbyt zawyżona w stosunku do wzrostu według mniemania gejowskiego światka. Cóż, wygląd się liczył. BMI musiało być zgodne z tabelką. Długość przyrodzenia powyżej średniej. Sześciopak i triceps stanowiły dodatkowy atut. „Nie w moim typie” było na porządku dziennym.

Lidka całą drogę z kimś SMS-uje. Na zaczepki Oli odpowiada lakonicznie: „Nie twój biznes”. Dla odmiany tym razem to ją coś ugryzło. Druga przyjaciółka w tym czasie przeprowadza ze mną szczegółowy wywiad na temat Bartka. Nie ukrywa zdziwienia, nawet nie usiłuje mnie pouczać. Stwierdza, że przypadki chodzą po ludziach i może właśnie takowy zdarzył się dziś mnie. Niemal jak zawsze, mimo swej nieprzewidywalności i częstej wybuchowości, szczególnie w skrajnych sytuacjach, podchodzi do sprawy ze stoickim spokojem i dystansem.

Chwilę po dziewiętnastej jesteśmy na ulicy Słubickiej. Drzwi mieszkania otwiera Edzia – moja kolejna przyjaciółka, która należy do naszej paczki. Jak zazwyczaj ubrana jest w obcisłe dżinsy podkreślające jej szczupłe nogi i szerokie biodra. Patrząc wzwyż, jej tułów subtelnie się wyszczupla, prowadząc do okazałego biustu, który przyjaciółka lubi eksponować obcisłymi kolorowymi T-shirtami. Naturalnie kręcone rude włosy dziś wyjątkowo ma związane w kucyk.

Uśmiecha się na nasz widok, rozciągając swoje niemałe usta w przemiłym uśmiechu.

– Pani Krysia czuje się dziś fatalnie, prosiła, żeby nie być zbyt głośno. Możemy jechać do ciebie? – Edzia patrzy na mnie błagalnie. – Będziemy tylko my i jeśli się zgodzisz, dołączy też Wiktor.

– Niech wam będzie – godzę się, wzruszając obojętnie ramionami.

Oczami wyobraźni nadal widzę Bartka. Nie to, żebym sobie w tym momencie za dużo wyobrażał! Po prostu nieszczególnie potrafię wymazać nasze dzisiejsze spotkanie z pamięci, zwłaszcza że chyba pierwszy raz w życiu poznałem kogoś „branżowego” wśród ludzi, bez aplikacji czy portali randkowych, które zwiększają szanse o sto jeden procent.

W niecałe piętnaście minut wraz z Edzią, Lidką i Olą dojeżdżamy tramwajem do przystanku Park Zachodni. W drodze do mojego mieszkania wchodzimy jeszcze na chwilę do sklepu po dodatkowego szampana, żeby uczcić sukces Oli.

Wizyta w sklepie zajmuje nam nieco więcej czasu… Edzia chyba z natury lubi zakupy. Artykuły na półkach ogląda z wielką uważnością, niczym eksponaty w muzeum. Odkąd ją znam, zawsze było tak samo. Wyjście po kilka bułek, parówki i wino kończyło się wycieczką „półkoznawczą” wśród wszystkich alejek, skutkującą szybkim odciążeniem portfela z nadmiaru pieniędzy.

Po kolejnych trzydziestu minutach stoimy wreszcie przed drzwiami wejściowymi do mojego mieszkania. Nerwowo szukam kluczy, których nie mogę znaleźć w żadnej z kieszeni.

– Zgubiłem klucze! – krzyczę przerażony.

Dziewczyny spoglądają na siebie, w ogóle nie ukrywając przy tym braku zdziwienia. Dopiero po chwili moje trybiki zaczynają odpowiednio działać. Tego wieczoru moje przyjaciółki postawiły na spektakl teatralny, którego stałem się aktorem pierwszoplanowym wbrew własnej woli. Drzwi do mojego mieszkania otwierają się, a moim oczom ukazuje osoba, której najmniej dziś się spodziewałem.

Stoi przede mną niska kobieta w wieku około pięćdziesięciu lat. Na mój widok uśmiecha się szeroko, pokazując nienaganne, zadbane zęby. Ten kochany uśmiech, który znam od lat, uwydatnia jej piękne dołeczki w policzkach, jednocześnie subtelnie podkreślając pojawiające się zmarszczki. Te harmonijnie przenikają się z kolorem włosów – odcieniami blondu, siwości i refleksami ciemniejszych tonów. Kobieta patrzy na mnie swoimi smutnymi, lecz pełnymi iskry ciemnozielonymi oczami zza ogromnych okularów.

– ALINA! – Rzucam się mojej mamie na szyję, nim udaje jej się cokolwiek powiedzieć. – Czyli był to jeden wielki podstęp? Jak mogłyście przeciw mnie spiskować? Rysiu jest z tobą?

– Synku, doskonale wiemy, że jesteśmy najważniejszymi kobietami w twoim życiu. A jeśli chodzi o ojca, to przecież ktoś musiał zająć się Frankiem. Nie zrezygnowałabym z możliwości imprezowania ze studentami.

– Cóż za kochany dziadek! Więc to oznacza, że moja siostra i szwagier zaszczycili mnie swoją obecnością? No ale skoro tutaj jesteś… Wszystko skrupulatnie zaplanowałyście? Ta cała kłótnia, którą próbowałaś rozwinąć na każdej możliwej płaszczyźnie, też była pretekstem? – Spoglądam na zaczerwienioną ze wstydu Olę. – A później, gdy się oddaliłem, ty wzięłaś moją aktówkę i wygrzebałaś z niej klucze?! Jesteś niewyobrażalnie inteligentną i przebiegłą osóbką. Przywykłem do twego zachowania, ale odnaleźć w naszym codziennym, często trywialnym, sloganie powód do kłótni to już zdecydowane mistrzostwo.

– Już nie słódź. Wchodź do środka – odpowiada zadowolona z siebie Ola.

Gdyby metafora „obrośnięcia w piórka” potrafiła przyjąć fizyczną postać, zapewne w tym momencie Ola zmieniłaby się w białego łabędzia – bo z charakteru do pawia na pewno jej daleko.

W salonie czekają na mnie Wiktor z Maksymilianem i siostra ze szwagrem. Oczywiście na przywitanie odśpiewują mi Sto lat, choć doskonale wiedzą, jak bardzo tego nie lubię. Jako prezent urodzinowy otrzymuję swój pierwszy ekspres ciśnieniowy! Póki co nie stać mnie na takie przyjemności, a zdecydowanie jestem wiernym fanem kawy w każdej możliwej postaci. Zwłaszcza tej z ekspresu.

– Słyszałam od dziewczyn, że ktoś wpadł ci w oko – zagaja Alina. – Opowiesz coś więcej?

Na mojej twarzy pojawia się rumieniec. To wyjaśnia, z kim SMS-owała Lidka podczas naszego spaceru.

– Wydaje mi się, że Lidka zdała ci całą relację, moja rodzicielko. Oczywiście jeśli chcesz, możemy porozmawiać o tym przy kawie, ewentualnie jakimś wysokoprocentowym trunku twojej produkcji.

– Z wielką chęcią, młody. Przyjedź w końcu do staruszków na obiad i wszystko nam opowiesz… No może bardziej mi. Ojciec nadal próbuje przetrawić pewne informacje.

– Nieustannie od kilku lat.

– Wiesz przecież, że cię akceptuje. W każdym razie, rozmowy na pewne tematy, a szczególnie o emocjach, nigdy nie były jego mocną stroną. Sam rozumiesz. – Na ustach mamy rodzi się wymowny uśmiech.

– To była sugestia w moją stronę. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę i nie mam zamiaru dyskutować na ten temat.

Takie chwile uzmysławiają, jak dobrze znają mnie bliscy mi ludzie. Potrafią dostrzec to, co ja próbuję wyprzeć. W tym wszystkim najpiękniejsze jest to, że akceptują mnie takim, jakim jestem. Nie próbują zmieniać mnie na siłę, przy czym też nie obawiają się wytknąć błędów, które popełniam. Są w tym wszystkim prawdziwi, świadomi mnie, moich cech, zalet i wad. To bezcenne – wiedzieć, że ma się wokół siebie tak wspaniałe osoby, które jeśli tylko by mogły, zrobiłyby dla ciebie wszystko.

– W takim razie – kontynuuję rozmowę z mamą – na obiad przyjadę w tę niedzielę – deklaruję i całuję ją czule w policzek.

Nie spodziewałem się, że dzisiejszy dzień, choć już od poranka zapowiadał się wyjątkowo, będzie w ostatecznym efekcie aż tak intrygujący. Chciałbym z niego zapamiętać szczególnie krewetki i kawior, choć pewnie w głowie zostanie też ostre niczym jalapeño spięcie pomiędzy mną a Olą. Ważne jednak, że jak zwykle wyszliśmy z tej opresji cało i ostatecznie nie zionęliśmy na siebie ogniem do końca wieczoru, tym bardziej że dopiero się zaczynał.

Rozdział drugi Cytryna i grejpfrut

Poranek okazał się trudniejszy, niż mógłbym sobie wyobrazić przed pójściem spać. Po drugie poranek był pojęciem względnym, bo obudziłem się o dwunastej! Edzia, która spała ze mną, gdzieś zniknęła. Wychodzę na korytarz i dopiero wtedy docierają do mnie nieprzyjemne odgłosy niosące się echem w toalecie. Niewątpliwie sąsiedzi są ich świadkiem nausznym.

– Wszystko w porządku? – pytam okropnie zachrypniętym głosem.

Odpowiada mi nadzwyczaj zawstydzona cisza. Przyjaciółka najwyraźniej postanowiła udawać, że nikogo w toalecie nie ma. Cała ona.

– Edzia, wiem, że to ty.

– Zrób mi wody z… – przerywa, puszczając kolejnego pawia. Po chwili kończy myśl: – Z cytryną. Błagam.

Chcąc ratować Edzię z opresji, chwiejnym jeszcze krokiem idę w kierunku kuchni. Otwieram lodówkę, chwytam wodę gazowaną i nalewam niewielką ilość do szklanki. Następnie kroję cytrynę na pół i wyciskam z niej sok. Te czynności są dla mnie ogromnym wyzwaniem i powodują dziwne zmęczenie o wdzięcznej nazwie KAC.

Czując helikopter w głowie, mógłbym przysiąc, że jestem jeszcze pijany, a skutek spożywania alkoholu pojawi się pewnie za kilka godzin. Nie czekam z utęsknieniem na ten moment, jednocześnie wiedząc, że jest nieunikniony. Bo przecież najgorsze, co można zrobić w takiej sytuacji, to klin, a doskonale wiem, że jest jeszcze bardziej zdradliwy niż kac.

Dopiero po chwili mój słuch wyłapuje dźwięki chrapania unoszące się w salonie. Niepewnym ruchem, któremu towarzyszy specyficzne drżenie rąk, chwytam szklankę i udaję się do salonu. Widok nieco mnie zaskakuje. Wiktor z Maksem słodko śpią, przytuleni na łyżeczkę. Być może ten fakt nie byłby dla mnie zaskoczeniem, gdyby rolę „łyżeczki”pełnił Maks. Ta sytuacja zadziałała jednak odwrotnie. Maksymilian przytula z całych sił Wiktora, który jest z krwi i kości absolutnym heteroseksualistą. Wątpliwe, by jedna noc we wspólnym łóżku z Maksem mogła przerobić mojego przyjaciela na geja. To po prostu niemożliwe.