Tell me with kisses - Ron Mercedes - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Tell me with kisses ebook i audiobook

Ron Mercedes

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

ZAKOCHAJ SIĘ W BRACIACH DI BIANCO!

Twoi najlepsi przyjaciele. Twoja największa słabość.

Poznaj finał najbardziej romantycznej serii Mercedes Ron.

Kamila Hamilton musi dokonać wyboru między braćmi Di Bianco. Thiago czy Taylor? Taylor czy Thiago? Wybór jednego oznacza utratę drugiego. Tylko jak porzucić kawałek siebie?

Thiago sprawia, że Kami sięga nieba.

Taylor nigdy nie puszcza jej dłoni.

Gdy dziewczyna zaczyna wierzyć, że jej serce wreszcie dokonało wyboru, zaczyna się koszmar.

Czy Taylor i Thiago stawią czoła problemom razem z nią? Czy Kami zdoła powstrzymać uczucie, zanim wszystko runie? Co się wydarzy, gdy życie po raz kolejny zdecyduje o ich losie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 263

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 27 min

Lektor: Katarzyna Węsierska

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nalny: Dímelo con besos

Copy­ri­ght: 2020, 2026 by Mer­ce­des Ron No part of this book may be used or repro­du­ced in any man­ner for the pur­pose of tra­ining arti­fi­cial intel­li­gence tech­no­lo­gies or sys­tems. This work 15 rese­rved from text and data mining (Article 4(3) Direc­tive (EU) 2019/790). Copy­ri­ght © by TIME S.A., 2026

Redak­tor pro­wa­dząca: Nata­lia Gowin, Alek­san­dra Paw­liń­ska Tłu­ma­cze­nie: Nata­lia Wyglę­dow­ska Redak­cja: Maja Strze­żek Korekta: Domi­nika Ładycka, Monika Kociuba / e-DYTOR Pro­jekt okładki: Elsie Lyons / Sour­ce­bo­oks Adap­ta­cja okładki: Ewa Popław­ska Zdję­cia na okładce: Getty Ima­ges, Shut­ter­stock

Wydawca: TIME S.A., ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa

War­szawa 2026 Wyda­nie pierw­sze ISBN: 978-83-8343-753-8

Wię­cej o naszych auto­rach i książ­kach: face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@harde.wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dedykacja

Dla Joaqu­ina, za to, że jesteś przy mnie i kochasz mnie taką, jaka jestem. Ni­gdy nie prze­sta­waj mnie roz­śmie­szać.

Kocham cię.

Ostrzeżenie

Książka zawiera obra­zowe opisy prze­mocy i nęka­nia

Prolog. Kami

Pro­log

Kami

Nikt nie mógł tego prze­wi­dzieć. A jed­nak do dziś myślę, że gdy­bym była bar­dziej uważna, dostrze­gła­bym sygnały, drobne ostrze­że­nia, które wtedy chyba wola­łam igno­ro­wać. Ze stra­chu?

Nie wiem. Wiem za to, że tam­tego poranka, kiedy weszłam do szkoły, od razu wyczu­łam coś dziw­nego. Coś jakby wisiało w powie­trzu. Mia­łam prze­czu­cie? Trudno powie­dzieć. Tak czy ina­czej, kiedy wszystko się zaczęło, ogar­nęło mnie coś podob­nego do ulgi. Nie praw­dziwa ulga, rzecz jasna, raczej wra­że­nie, że coś wresz­cie prze­stało mi cią­żyć. Jak­bym w końcu zro­zu­miała nie­po­kój drę­czący mnie od paru tygo­dni, nie­ja­sne prze­czu­cie, że zaraz coś się wyda­rzy, że coś czai się w tych kory­ta­rzach peł­nych nasto­lat­ków, w tych salach, gdzie już zaczę­li­śmy speł­niać ocze­ki­wa­nia narzu­cane nam od dziecka: „Ucz się, zda­waj egza­miny, idź na dobre stu­dia, walcz o sty­pen­dium, ucz się, zadłuż się po uszy, ucz się i pra­cuj, spła­caj kre­dyt, pra­cuj, kup dom, kup miesz­ka­nie, znajdź kogoś, kto cię poko­cha i będzie cię zno­sił, miej dzieci, odkła­daj na ich stu­dia, pra­cuj, pra­cuj, pra­cuj…”.

Pod­nio­słam głowę znad spraw­dzianu z fizyki – tak jak pozo­stali – i prze­szył mnie dreszcz od stóp do głów.

Zaraz po pierw­szym huku roz­legł się drugi. Potem kolejny.

Na kilka bar­dzo dłu­gich sekund zapa­dła cisza. Póź­niej usły­sze­li­śmy krzyki.

Pro­fe­sor Dibet powoli się pod­niósł. Ja też poczu­łam impuls, żeby wstać. Rzu­cić się do ucieczki. Ale żaden mój mię­sień nie reago­wał. Chyba cała klasa czuła to samo.

– Niech ktoś zadzwoni na dzie­więć jeden jeden – powie­dział nauczy­ciel i skie­ro­wał się do drzwi.

Nikt nawet nie drgnął.

– Na co cze­ka­cie?! – pona­glił fizyk.

Dopiero wtedy ludzie zaczęli ner­wowo się wier­cić.

Ode­zwa­łam się drżą­cym gło­sem:

– Nie mamy tele­fo­nów, panie pro­fe­so­rze…

Dibet utkwił we mnie wzrok. Na twa­rzy miał prze­ra­że­nie.

Krzyk­nę­łam, gdy roz­legł się kolejny wystrzał. Tym razem znacz­nie bli­żej.

– Wszy­scy pod ławki! – wrza­snął Dibet. – Natych­miast!

Zro­bi­li­śmy, co kazał. Usły­sza­łam szloch.

Spoj­rza­łam w lewo.

Kate. Kom­plet­nie spa­ni­ko­wana. Drżała na całym ciele. Cia­sno oplo­tła się ramio­nami.

Chcia­łam jej coś powie­dzieć. Podejść bli­żej. Przy­ci­snąć ją do sie­bie. Przy­tu­lić się do swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki z dzie­ciń­stwa. Choć w ostat­nim cza­sie nawet nie roz­ma­wia­ły­śmy, w tam­tej chwili to było bez zna­cze­nia.

Wtedy usły­sza­łam jej szept:

– To moja wina, moja wina…

Zanim zna­la­złam logiczne wyja­śnie­nie jej słów, zagrzmiał kolejny wystrzał. Zaci­snę­łam powieki. Odru­chowo zakry­łam uszy dłońmi i w duchu zaczę­łam się modlić.

Thiago…

Tay­lor…

O Boże, Came­ron!

Tak się zaczął ten kosz­mar. Choć prze­cież praw­dziwy począ­tek nastą­pił dużo wcze­śniej.

Część pierwsza

1. Kami

1

Kami

Nikt nie miał zie­lo­nego poję­cia, gdzie się podziewa Julian. Minął tydzień, odkąd Thiago pole­ciał do Nowego Jorku i prze­ko­nał się, że stal­ker z naszej szkoły – ten, który mani­pu­lo­wał nami wszyst­kimi, skłó­cał ludzi i nasta­wiał ich prze­ciwko mnie – to Julian Mur­phy, znany też jako Jules. To Julian, który w noc przy­jazdu naszej dru­żyny do Falls Church zapro­sił mnie do swo­jego pokoju na oglą­da­nie filmu, odu­rzył mnie, roze­brał i nagrał, a potem wrzu­cił wideo do sieci. To on pod­ju­dzał prze­ciwko mnie jedną z moich naj­lep­szych przy­ja­ció­łek. To Julian zaszan­ta­żo­wał mojego młod­szego brata, żeby wszedł do mojego pokoju i mnie okradł. To on opu­bli­ko­wał moje pry­watne zdję­cia na moim Insta­gra­mie. Julian uda­wał geja, żeby się do mnie zbli­żyć. I przy­się­gał, że jest moim przy­ja­cie­lem.

Ode­rwa­łam ołó­wek od kartki i prze­su­nę­łam pal­cem po dziu­rze, którą wła­śnie zro­bi­łam w rysunku. Nawet nie czu­łam, z jaką siłą naci­ska­łam na papier.

Nie ryso­wa­łam nic szcze­gól­nego, to były jakieś bazgroły, ale gdy spoj­rzało się na nie z dystansu, mogły przy­pra­wić o dreszcz. Od jakie­goś czasu spod mojego ołówka nie wycho­dziło nic, co nie byłoby mroczne. Zresztą trudno się dzi­wić.

Czy ten prze­klęty rok szkolny mógł oka­zać się jesz­cze gor­szy?

Przy­się­gła­bym, że nie, że nie mogę mieć aż takiego pecha.

To, co działo się w szkole, tak bar­dzo mnie pochła­niało, że w ostat­nim cza­sie nie myśla­łam nawet o roz­wo­dzie rodzi­ców. Tym­cza­sem mama była nie do pozna­nia – zupeł­nie roz­chwiana wszyst­kim, co się wyda­rzyło. Prze­ra­żona tym, że jej dzieci doświad­czają w szkole nęka­nia. Zmę­czona słu­cha­niem wła­snej matki, która wciąż jej powta­rzała, że kom­plet­nie nie umie nas wycho­wy­wać. Wyczer­pana i zmar­twiona tym, że pie­nią­dze przy­sy­łane przez tatę nie wystar­czają na utrzy­ma­nie wyso­kiego stan­dardu życia, od któ­rego będzie musiała szybko się odzwy­czaić.

Przy­naj­mniej teraz wyda­wała się tro­chę bar­dziej ludzka, prze­stała się zacho­wy­wać jak powierz­chowna Bar­bie. Nie miała na to czasu, odkąd spo­czy­wało na niej pro­wa­dze­nie domu, woże­nie nas do szkoły i odbie­ra­nie po lek­cjach, goto­wa­nie dla całej rodziny i opieka nad moim młod­szym bra­tem.

Dzień wcze­śniej poje­chała ze mną na komi­sa­riat, żebym zgło­siła prze­stęp­stwo i zło­żyła zezna­nia prze­ciwko Julia­nowi w związku z nęka­niem, mole­sto­wa­niem sek­su­al­nym i roz­po­wszech­nia­niem nagrań intym­nych. Nie byłam co do tego prze­ko­nana, nie wie­dzia­łam, czy podo­łam, czy będę potra­fiła sta­nąć w sądzie prze­ciwko komuś, kogo jesz­cze nie­dawno uwa­ża­łam za przy­ja­ciela. Nie chcia­łam oglą­dać jego twa­rzy, nie czu­łam się na siłach, cho­ciaż mama i bab­cia bar­dzo nale­gały. Osta­tecz­nie prze­ko­nali mnie dopiero bra­cia Di Bianco.

Co takiego było w tych dwóch chło­pa­kach, że potra­fili wejść mi do głowy i wszystko w niej poprze­sta­wiać? Dla­czego ich zda­nie, ich wyobra­że­nie o mnie zna­czyły dla mnie aż tyle, że wystar­czyła jedna roz­mowa, bym pozbyła się stra­chu i zro­biła to, czego oni i moja rodzina ode mnie chcieli?

Nie potra­fi­łam zapo­mnieć tam­tej ostat­niej chwili spę­dzo­nej z Thia­giem w jego samo­cho­dzie, w dniu, kiedy prawda wyszła na jaw, a Julian dostał lanie stu­le­cia. Nie mogłam prze­stać myśleć o tych zie­lo­nych oczach, o spoj­rze­niu tak inten­syw­nym, jakby miało prze­bić się aż do mojej pod­świa­do­mo­ści i wypa­lić w niej wia­do­mość, która zmieni wszystko.

On mnie kochał.

Thiago mnie kochał. A ja nawet nie wie­dzia­łam, jak do tego doszło.

Od tam­tej pory ani razu nie zosta­li­śmy sami. Tay­lor nie odstę­po­wał mnie na krok, a Thiago był bar­dziej zdy­stan­so­wany niż kie­dy­kol­wiek. Zbli­żył się do mnie tylko po to, żeby prze­ko­nać mnie do pój­ścia na poli­cję. Musiał nas usły­szeć przez ścianę, bo wpadł do pokoju Tay­lora i sta­now­czo oznaj­mił mi, że jeśli nie złożę donie­sie­nia, to narażę setki dziew­czyn, które – tak jak ja – mogą się kie­dyś zetknąć z tym popa­prań­cem.

Wystar­czyło mi jedno spoj­rze­nie w zie­lone oczy Thiaga, żebym nie mogła odmó­wić mu cał­ko­wi­tej racji. Cho­lera. Poje­cha­łam na komi­sa­riat i zgło­si­łam prze­stęp­stwo.

To, co wyda­rzyło się póź­niej, do dziś prze­śla­duje mnie nocami.

Mieli aresz­to­wać Juliana, ale gdy dotarli do jego domu, oka­zało się, że tam go nie ma. Jego rodzice nie wie­dzieli, gdzie prze­bywa, ale zapy­tani przez poli­cję o to, kiedy widzieli go po raz ostatni, powie­dzieli, że rano. Że wyszedł do biblio­teki się uczyć.

Od tam­tej pory minął już tydzień, a Julian wciąż był nie do namie­rze­nia. Znik­nął bez śladu i nawet nie zadał sobie trudu, żeby usu­nąć ze swo­jego pokoju całe mnó­stwo zdjęć, które – jak się oka­zało – robił uczniom naszej szkoły. Miał nagra­nia i foto­gra­fie całej dru­żyny koszy­kar­skiej, wszyst­kich che­er­le­ade­rek. Ale naj­wię­cej było tam mnie.

Setki zdjęć i fil­mów. Moje pry­watne foto­gra­fie. Nawet zdję­cia z dzie­ciń­stwa – nie mam poję­cia, jak je zdo­był.

Czy on przez cały ten czas mnie obser­wo­wał, pod­glą­dał, śle­dził?

Julian był psy­cho­patą. Psy­cho­patą z obse­sją na moim punk­cie.

Pró­bo­wa­łam skon­tak­to­wać się z Kate, w końcu była jego sio­strą, musiała coś wie­dzieć. Ale moja dawna naj­lep­sza przy­ja­ciółka nie chciała ze mną roz­ma­wiać. Wie­dzia­łam od Ellie, że Kate zre­zy­gno­wała z che­er­le­adingu i że od czasu afery z Julia­nem pra­wie nikt jej nie widy­wał.

Ostat­nio parę razy zwró­ci­łam na nią uwagę – nie wyglą­dała dobrze. Świa­do­mość, że jej brat jest pie­przo­nym stal­ke­rem, musiała być dla niej dru­zgo­cąca. To nie tak, że Julian i Kate świet­nie się doga­dy­wali, w rze­czy­wi­sto­ści ledwo mogli się ścier­pieć, ale mimo wszystko – brat to brat.

Tym­cza­sem Tay­lo­rowi udało się unik­nąć kary nało­żo­nej na tych, któ­rzy sie­dem dni wcze­śniej pobili Juliana. Mój chło­pak zdo­łał wmie­szać się w tłum i znik­nąć. Pozo­stali zostali zawie­szeni na mie­siąc. W tym Dani. Odda­ła­bym wszystko, żeby Tay­lor pole­ciał razem z nimi. Ale tak się nie stało.

Zamknę­łam szki­cow­nik i wsu­nę­łam go do szu­flady biurka. Jak zawsze mój wzrok powę­dro­wał w stronę domu naprze­ciwko, w stronę okna, przy któ­rym sypiał boha­ter moich naj­szczę­śliw­szych snów i naj­gor­szych kosz­ma­rów.

Od tam­tego dnia w jego samo­cho­dzie, kiedy Thiago wyznał mi, że mnie kocha, ani razu nie byłam z nim sam na sam. A prze­cież każdą komórką ciała tęsk­ni­łam za jego bli­sko­ścią. Zna­cie ten ból wyni­ka­jący z nie­za­spo­ko­jo­nego pra­gnie­nia, by dotknąć jed­nej kon­kret­nej osoby? Jakby ciało potrze­bo­wało jej cie­pła, żeby odzy­skać siły i móc dalej żyć? Tak wła­śnie się czu­łam.

Kiedy odwie­dza­łam Tay­lora i w dro­dze na schody prze­cho­dzi­li­śmy przez salon, Thiago zwy­kle tam był – leżał na kana­pie i oglą­dał tele­wi­zję albo spał na brzu­chu, z twa­rzą opartą na przed­ra­mie­niu. A cza­sem, kiedy byli­śmy już na pię­trze, zer­ka­łam w prawo, do jego pokoju i widzia­łam go czy­ta­ją­cego książkę, sie­dzą­cego przed kom­pu­te­rem albo – nie daj Boże – robią­cego pompki, bez koszulki, przy muzyce pusz­czo­nej na cały regu­la­tor.

To było jak tor­tury.

Cier­pia­łam za każ­dym razem, gdy prze­cho­dzi­łam obok niego i nie mogłam obsy­pać go poca­łun­kami.

Sła­li­śmy sobie dłu­gie spoj­rze­nia, nie będę zaprze­czać. Szu­ka­li­śmy się wzro­kiem z despe­ra­cją, z jaką spra­gniony wypa­truje wody na pustyni. Bra­ko­wało nam choć jed­nego impulsu, jed­nego hau­stu tej dru­giej osoby, żeby jakoś się trzy­mać. Prze­ra­żało mnie to. Naprawdę.

Tay­lor bar­dzo się o mnie mar­twił. Był czujny, wręcz nado­pie­kuń­czy. Bał się, że Julian znowu może się poja­wić i zro­bić mi krzywdę. Rela­cje mię­dzy braćmi jesz­cze bar­dziej się ochło­dziły. W mojej obec­no­ści ledwo zamie­niali ze sobą kilka zdań, a Tay­lor wyraź­nie uni­kał Thiaga.

To spra­wiało, że pra­wie w ogóle się nie spo­ty­ka­li­śmy, a ja bez prze­rwy zasta­na­wia­łam się, jak on się czuje. Moje serce nie znaj­do­wało ani chwili wytchnie­nia od tej tęsk­noty.

Mie­li­śmy już tylko okno.

Thiago zosta­wiał teraz zasłony cał­kiem odsło­nięte, żebym mogła go widzieć, kiedy tylko chcia­łam. Ja robi­łam dokład­nie to samo. Nasze okna były duże, się­gały aż do pod­łogi i wpusz­czały do środka mnó­stwo świa­tła. Czy to nor­malne, że prze­sta­wi­łam łóżko tak, żeby kła­dąc się spać, widzieć Thiaga robią­cego to samo?

Tra­ci­łam głowę, wiem. Ale ja naprawdę go potrze­bo­wa­łam. Po pro­stu.

Ponie­dzia­łek przy­wi­tał nas śnie­giem i sil­nymi podmu­chami wia­tru. Kiedy o szó­stej trzy­dzie­ści spoj­rza­łam w okno, prze­szedł mnie dreszcz. Zapra­gnę­łam głę­biej zako­pać się pod koł­drą. Trudno opu­ścić cie­płe łóżko i bez­pieczne schro­nie­nie wła­snego pokoju, kiedy wiesz, że czeka cię cały dzień nauki i pisa­nia prac. Tym bar­dziej kiedy dzień jest pochmurny i lodo­waty. Nie mia­łam jed­nak wyj­ścia.

Musia­łam spró­bo­wać wró­cić do nor­mal­no­ści.

Moje „przy­ja­ciółki” – ujmuję to w cudzy­słów, bo wciąż wąt­pi­łam w szcze­rość tej przy­jaźni – znowu zaczęły się do mnie odzy­wać. W głębi duszy czu­łam, że robią to, bo przez Juliana znów sta­łam się głów­nym tema­tem szkol­nych plo­tek, więc, podob­nie jak wszy­scy inni, chciały dowie­dzieć się z pierw­szej ręki, co on mi dokład­nie zro­bił.

Rze­czy­wi­stość zda­wała się wypa­czać, do tego stop­nia, że nie­któ­rzy twier­dzili, że widzieli Juliana ukry­wa­ją­cego się w lesie za moim domem albo krą­żą­cego po mia­steczku nocami z kara­bi­nem w ręku. Było nawet paru idio­tów, któ­rzy zapew­niali, że Julian po pro­stu się prze­brał i na­dal cho­dzi do szkoły, tyle że inco­gnito.

Jed­nym sło­wem – bred­nie.

Tak czy ina­czej, wszy­scy byli ner­wowi, spięci. Bali się, że Julian może ujaw­nić ich sekrety, że będzie w sta­nie zruj­no­wać im repu­ta­cję, a może nawet życie. Że wycią­gnie na świa­tło dzienne rze­czy, o któ­rych nikt nie chciałby mówić.

Julian stał się kosz­ma­rem liceum w Car­sville. A naj­dziw­niej­sze było to, że choć wszy­scy się go bali, jed­no­cze­śnie zda­wali się go podzi­wiać. Było w tym coś instynk­tow­nego – zachwyt, który rósł w ludziach na myśl, że jeden uczeń potra­fił wywo­łać aż taki chaos, że był w sta­nie wła­my­wać się do tele­fo­nów i kom­pu­te­rów. Jedną z tych osób była moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka – Ellie.

Tego ranka posta­no­wi­łam pójść do jej domu, żeby­śmy razem udały się do szkoły i po dro­dze wresz­cie poroz­ma­wiały. Musia­łam dowie­dzieć się, co takiego zro­bił jej Julian, że nawet ona się ode mnie odwró­ciła i wdała w coś z moim byłym, kom­plet­nym dup­kiem.

Ellie była prze­ra­żona, tak jak wszy­scy, któ­rzy wpa­dli w sieć Juliana, i nie chciała o tym roz­ma­wiać. Ale wie­dzia­łam, że tego poranka w końcu powie mi prawdę.

Napi­sa­łam do Tay­lora, żeby po mnie nie przy­jeż­dżał. Wło­ży­łam naj­cie­plej­szy płaszcz, ręka­wiczki i grubą, czer­woną czapkę, po czym wyszłam z domu. Mama i młod­szy brat jesz­cze spali. Bab­cia wyje­chała kilka dni wcze­śniej, ale obie­cała wpa­dać co jakiś czas, żeby upew­nić się, że nikt nie zaczął znowu uprzy­krzać życia jej rodzi­nie.

Na zewnątrz pano­wał siar­czy­sty mróz. Poprzed­niej nocy spa­dło mnó­stwo śniegu i cho­ciaż drogi były już odśnie­żone – pługi zaczęły pracę bar­dzo wcze­śnie rano – zaspy się­gały co naj­mniej metra i ota­czały domy oraz drzewa. W prze­ci­wień­stwie do jezdni chod­niki wciąż były zasy­pane, więc musia­łam iść ulicą tuż obok prze­jeż­dża­ją­cych samo­cho­dów. Słońce jesz­cze nie wze­szło, ale wcale mi to nie prze­szka­dzało. Potrze­bo­wa­łam tej chwili tylko dla sie­bie. Cza­sem tro­chę samot­no­ści naprawdę dobrze robi na głowę.

Od afery z Julia­nem ludzie pra­wie nie zosta­wiali mnie samej. Wszy­scy mieli mnie na oku, patrzyli na mnie tak, jakby bali się, że zaraz wybuchnę jak bomba z opóź­nio­nym zapło­nem. A ja z całego serca pra­gnę­łam poczuć, że wszystko wraca do daw­nego trybu.

Rozej­rza­łam się dookoła. Z zachwy­tem patrzy­łam na miej­sce, gdzie dora­sta­łam. W prze­ci­wień­stwie do wielu osób, które uwa­żały Car­sville za nudne i bez­barwne mia­steczko, ja kocha­łam dora­stać bli­sko natury. Zimy, kiedy lepiło się bał­wany w lesie. Let­nie popo­łu­dnia nad jezio­rem – naj­pierw nie­winne, z cza­sem zakra­piane alko­ho­lem, bo doro­śli nie mogli nas tam łatwo zna­leźć. Noce spę­dzane w namio­tach roz­sta­wio­nych w ogro­dzie, kiedy patrzy­li­śmy w gwiazdy, świet­nie widoczne dzięki temu, że wokół było mało sztucz­nego świa­tła.

Car­sville – mia­steczko, w któ­rym ni­gdy nic się nie działo. To samo, o któ­rym wkrótce miał usły­szeć cały świat.

Dotar­łam do domu Ellie na tyle wcze­śnie, żeby­śmy przed lek­cjami miały czas na roz­mowę. Zadzwo­ni­łam do drzwi. Byłam pra­wie pewna, że Ellie je śnia­da­nie. Otwo­rzył mi jej ojciec, bar­dzo wysoki męż­czy­zna z krę­co­nymi, nie­mal czar­nymi wło­sami. Pan Web­ber potra­fił onie­śmie­lać swoją posturą, ale w grun­cie rze­czy był cho­dzącą dobro­cią.

– Cześć, Kami! Jak się mie­wasz, dziecko? – zapy­tał. Otwo­rzył sze­rzej drzwi i zapro­sił mnie do środka. – Wchodź, wchodź, bo na dwo­rze mróz jak dia­bli! Przy­szłaś pie­szo?

– Dzień dobry, panie Web­ber. Mia­łam dziś ochotę na spa­cer – odpo­wie­dzia­łam z lek­kim uśmie­chem. – Ellie jest w domu?

– Je śnia­da­nie w kuchni – odparł. Wziął mój płaszcz, czapkę, sza­lik i ręka­wiczki i odwie­sił to wszystko na wie­szak w przed­po­koju.

W środku pano­wało duszące cie­pło – ogrze­wa­nie mieli roz­krę­cone na całego. Po kilku minu­tach mia­łam ochotę zedrzeć z sie­bie wszyst­kie war­stwy ubrań, opa­no­wa­łam się jed­nak i ruszy­łam za panem Web­be­rem do kuchni.

Dom Ellie nie był duży, w sam raz dla jej rodzi­ców, dwóch kotów i dla niej. Ellie zawsze powta­rzała, że zazdro­ści mi dużej sypialni, salonu z gigan­tycz­nym, pla­zmo­wym tele­wi­zo­rem i impo­nu­ją­cych scho­dów. Zawsze chciała spo­ty­kać się u mnie, z kolei ja wola­łam uciec z tego wiel­kiego, zim­nego domu, więc zwy­kle wymy­śla­łam jakiś pre­tekst, żeby osta­tecz­nie zostać u niej. Zwłasz­cza że pani Web­ber pie­kła naj­lep­szą szar­lotkę na świe­cie.

Dom Ellie był o wiele bar­dziej przy­tulny niż mój, zawsze pach­niał świeżo zapa­rzoną kawą i cie­płymi wypie­kami…

To nie­sa­mo­wite, że zwy­kle pra­gniemy tego, czego sami nie mamy.

Kiedy weszłam do nie­wiel­kiej kuchni z bia­łym, okrą­głym sto­łem w rogu i jasnymi, drew­nia­nymi meblami ozdo­bio­nymi wzo­rem w cytryny, Ellie pod­nio­sła wzrok znad miski płat­ków i spoj­rzała na mnie zasko­czona.

– Co ty tu robisz? – zapy­tała dokład­nie w tej samej chwili, w któ­rej jej mama ode­rwała się od gazety i posłała mi sze­roki uśmiech.

– Cześć, skar­bie! – zawo­łała pani Web­ber. – Dawno cię u nas nie było. Napi­jesz się kawy? Her­baty? A może gorą­cej cze­ko­lady? – zapro­po­no­wała od razu. – Mogę wszystko przy­go­to­wać w dzie­sięć minut. – Wstała od stołu, odło­żyła gazetę i pode­szła do kuchenki, gotowa mnie ugo­ścić. Taka wła­śnie była mama Ellie.

– Kawa będzie super, pani Web­ber – odpo­wie­dzia­łam z uśmie­chem, świa­doma, że jeśli nie zde­cy­duję się na coś od razu, lista pro­po­zy­cji będzie się tylko wydłu­żać, aż w końcu na coś się zgo­dzę.

Usia­dłam obok Ellie i uśmiech­nę­łam się do niej nie­pew­nie.

– Masz ochotę pójść dziś pie­szo do szkoły? – zapy­ta­łam.

Zawa­hała się.

– Nie sądzisz, że to kiep­ski pomysł, bio­rąc pod uwagę to, co… – Zawie­siła głos.

Pań­stwo Web­be­ro­wie mieli słabe poję­cie o ostat­nich wyda­rze­niach w szkole. Ellie nie była w to bez­po­śred­nio zamie­szana, więc dyrek­cja się z nimi nie kon­tak­to­wała – ina­czej niż w przy­padku moich rodzi­ców czy mamy Tay­lora i Thiaga. Dla­tego Ellie wolała oszczę­dzić swoim rodzi­com stresu i nie mówić im, że po oko­licy kręci się psy­chol, który jesz­cze nie­dawno szan­ta­żo­wał pra­wie całe liceum.

– Do szkoły stąd jest tylko dwa­dzie­ścia minut. – Popa­trzy­łam na nią zna­cząco.

Ellie bez słowa ski­nęła głową, cho­ciaż w jej oczach dostrze­głam nie­po­kój. Zresztą trudno było się dzi­wić – wszy­scy byli­śmy zastra­szeni. I wście­kli na Juliana.

W cza­sie śnia­da­nia z Ellie i jej rodzi­cami powta­rza­łam sobie w myślach, że Julian nie sta­nowi real­nego zagro­że­nia. Nie­na­wi­dzi­łam go za to, co mi zro­bił, za wszyst­kie kłam­stwa i mani­pu­la­cje, ale nie potra­fi­łam uwie­rzyć, że byłby zdolny do cze­goś wię­cej. Był tchó­rzem. Wszyst­kie ataki, szan­taże i inne per­fidne dzia­ła­nia prze­pro­wa­dzał z ukry­cia albo przy­naj­mniej z bez­piecz­nej odle­gło­ści.

Julian nie pod­szedłby do nas na ulicy, żeby zro­bić nam krzywdę.

Przy­naj­mniej wtedy bar­dzo chcia­łam w to wie­rzyć.

Po śnia­da­niu opa­tu­li­ły­śmy się w płasz­cze, ręka­wiczki i sza­liki i wyszły­śmy na zewnątrz. Tacie Ellie, który zwy­kle odwo­ził ją do szkoły, nie bar­dzo podo­bał się nasz pomysł spa­ceru w taki mróz, ale udało nam się go uspo­koić.

Kiedy wresz­cie zna­la­zły­śmy się same i szły­śmy ścieżką rowe­rową, utwier­dzi­łam się w prze­ko­na­niu, że moje prze­czu­cia doty­czące Ellie były słuszne. Coś wciąż było mię­dzy nami nie tak.

– Ellie… – zaczę­łam po kilku minu­tach nie­zręcz­nej ciszy prze­ry­wa­nej tylko odgło­sem prze­jeż­dża­ją­cych samo­cho­dów. – Wszystko gra mię­dzy nami?

Nie chcia­łam tak się czuć w rela­cji z moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Potrze­bo­wa­łam jej teraz bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek.

Przez chwilę mil­czała.

– Bar­dzo mi przy­kro z powodu Juliana, Kami – powie­działa wresz­cie, ze wzro­kiem wbi­tym w zie­mię. Wciąż nie była w sta­nie spoj­rzeć mi w oczy.

– Co dokład­nie masz na myśli?

– Wiesz, że mnie też zmu­szał do rze­czy, któ­rych z wła­snej woli ni­gdy bym nie zro­biła…

Wciąż pamię­ta­łam, jak cało­wała się i obści­ski­wała z Danim na impre­zie hal­lo­we­eno­wej. Obraz ich dwojga razem wra­cał do mnie w kosz­ma­rach i wcale nie dla­tego, że byłam zazdro­sna. Po pro­stu myśl, że moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, którą kocha­łam i sza­no­wa­łam, wybrała sobie typa, który zmie­nił w kosz­mar dwa lata mojego życia, budziła we mnie jed­no­cze­śnie wście­kłość i smu­tek.

Dani nie zasłu­gi­wał na kogoś takiego jak Ellie.

Za to ona zasłu­gi­wała na to, co naj­lep­sze. Na dobrego, zabaw­nego chło­paka, który by ją roz­śmie­szał, dro­czył się z nią i moty­wo­wał ją do rze­czy, na które sama z sie­bie ni­gdy by się nie odwa­żyła. Zasłu­gi­wała na naj­lep­szego chło­paka na świe­cie. I wła­śnie to jej teraz powie­dzia­łam.

Wznio­sła wzrok ku koro­nom drzew.

– A jeśli ten ide­alny chło­pak jest poza moim zasię­giem? – zapy­tała, po czym spoj­rzała mi pro­sto w oczy.

– Żaden sen­sowny facet z głową na karku by cię nie odrzu­cił – odpo­wie­dzia­łam bez chwili waha­nia.

Moja przy­ja­ciółka była cho­dzą­cym ide­ałem – inte­li­gentna, piękna, zabawna, dobra…

Znów ucie­kła ode mnie wzro­kiem. Musia­łam zapy­tać:

– Kto to taki? – Uśmiech­nę­łam się. – Znam go? Cho­dzi z nami na lek­cje?

Przez głowę prze­mknęły mi twa­rze naszych szkol­nych kole­gów, choć nie potra­fi­łam wska­zać żad­nego, który byłby wart Ellie. Ale jeśli któ­ryś wpadł jej w oko, nie zamie­rza­łam jej tego psuć.

– Tak… Cho­dzi na nie­które – odpo­wie­działa i poczu­łam, że coraz bar­dziej się dener­wuje. Cho­lera. Kto to mógł być?

– No weź, Ellie, powiedz mi! – nale­ga­łam. Były­śmy już pra­wie pod szkołą.

Ellie znów się zawa­hała, ale w końcu wzięła głę­boki oddech i wyglą­dało na to, że pod­jęła decy­zję.

– Nie chcę, żebyś mnie za to znie­na­wi­dziła. Ja naprawdę nie zamie­rza­łam… Te uczu­cia poja­wiły się same, nawet nie wiem kiedy – zaczęła.

W tej samej chwili roz­legł się klak­son i obie pod­sko­czy­ły­śmy.

– Boże – wyrwało mi się, gdy odwró­ci­łam głowę i zoba­czy­łam samo­chód braci Di Bianco wjeż­dża­jący na teren szkoły.

Obie śle­dzi­ły­śmy go wzro­kiem, aż zatrzy­mał się na miej­scu par­kin­go­wym bar­dzo bli­sko nas i bar­dzo daleko od wej­ścia do liceum.

Żołą­dek ści­snął mi się ner­wowo, gdy zza kie­row­nicy wypadł Thiago. Trza­snął drzwiami i zwró­cił się w moją stronę.

Kątem oka zoba­czy­łam, że Tay­lor robi dokład­nie to samo.

– Co znowu naroz­ra­bia­łaś? – zapy­tała Ellie, ale nie zdą­ży­łam odpo­wie­dzieć. Widok dwóch naj­sil­niej­szych i naj­przy­stoj­niej­szych face­tów w szkole, idą­cych w moją stronę ze wście­kłymi minami, kom­plet­nie mnie spa­ra­li­żo­wał.

– Możesz mi wytłu­ma­czyć, co ty sobie, do cho­lery, wyobra­żasz, żeby wybie­rać się do szkoły pie­chotą?! – wrza­snął jeden z nich.

I wbrew temu, czego można by się spo­dzie­wać, nie był to Tay­lor, mój chło­pak, lecz jego brat.

Na moment mnie zatkało. Zwy­kle to Thiago lepiej pano­wał nad emo­cjami w miej­scach publicz­nych. Spoj­rza­łam na Tay­lora. On też goto­wał się ze zło­ści, choć część tej furii ewi­dent­nie była wywo­łana przez jego star­szego brata.

Thiago powi­nien się nauczyć trzy­mać nerwy na wodzy przy Tay­lo­rze. Cza­sami zda­wał się zapo­mi­nać, że jestem dziew­czyną jego brata, nie jego.

– Co mam ci tłu­ma­czyć? Że mia­łam ochotę przejść się z przy­ja­ciółką?

– Twoja przy­ja­ciółka niech robi, co chce. Ale tobie nie wolno! – wrza­snął. Stał teraz tuż przede mną.

Cho­lera… Taki wysoki, postawny, tak cho­ler­nie i nie­bez­piecz­nie pocią­ga­jący…

Spoj­rza­łam na Tay­lora. Posta­no­wi­łam sku­pić się na tym, kto naprawdę zasłu­gi­wał na moją uwagę.

– Tay­lor, powiedz swo­jemu bratu, żeby prze­stał na mnie krzy­czeć – zażą­da­łam, wście­kła i zaże­no­wana tą sceną roz­gry­wa­jącą się przed szkołą.

Byłam wdzięczna losowi, że znaj­do­wa­li­śmy się daleko od wej­ścia i że jedy­nymi świad­kami zaj­ścia byli kie­rowcy samo­cho­dów wjeż­dża­ją­cych na par­king.

– Nic mu nie będę mówił. Mnie też wku­rza, ale tym razem ma rację. Czy tobie kom­plet­nie odwa­liło? Już zapo­mnia­łaś, że jesteś na celow­niku psy­chola? – zapy­tał Tay­lor, wście­kły.

Ton, jakim się do mnie ode­zwał, kom­plet­nie mnie zasko­czył. Przez uła­mek sekundy nie wie­dzia­łam, co odpo­wie­dzieć.

– Daj jej spo­kój, co? – wsta­wiła się za mną Ellie.

Tay­lor chyba dopiero teraz zdał sobie sprawę z jej obec­no­ści.

– Zni­kaj stąd, loczek – rzu­cił oschle. – Chcę poroz­ma­wiać z moją dziew­czyną na osob­no­ści.

Mówił to do niej, ale prze­kaz był jasny także dla Thiaga.

Spoj­rzał na Tay­lora, potem na mnie.

Czy­ta­łam w nim jak w otwar­tej księ­dze: ból, złość, wście­kłość, bez­sil­ność… Wszystko naraz. Jakby na jakimś pozio­mie wciąż uwa­żał, że należę do niego, mimo że rze­czy­wi­stość jasno temu prze­czyła.

Przez chwilę chcia­łam skon­fron­to­wać się z nim, a nie z Tay­lo­rem, nawet jeśli mia­łoby to się skoń­czyć kolejną awan­turą. Mia­łam roz­darte serce i przy Thiagu tra­ci­łam roz­są­dek, a to ni­gdy nie pro­wa­dziło do niczego dobrego.

– Kami, wiesz, że masz prawo olać tych ćwo­ków i wejść ze mną do środka, prawda? Nie musisz się nikomu tłu­ma­czyć z tego, że przy­szłaś pie­szo do szkoły – powie­działa Ellie.

Tay­lor zwró­cił się w jej stronę.

– Któ­rej czę­ści słowa „zni­kaj” nie zro­zu­mia­łaś?

Spoj­rza­łam na Tay­lora, który już ledwo nad sobą pano­wał, a potem na Ellie. Zoba­czy­łam w jej oczach ból. Co gor­sza, dostrze­głam też, jak bar­dzo stara się go ukryć.

Na moment wszystko we mnie zamarło, aż w końcu poszcze­gólne ele­menty zaczęły ukła­dać się w całość.

Ellie podo­bał się Tay­lor.

Wła­śnie to przede mną ukry­wała. I to tym szan­ta­żo­wał ją Julian.

– A ty któ­rej czę­ści zda­nia „Mam gdzieś, co do mnie mówisz” nie rozu­miesz? – odcięła się.

Chciał jej odpo­wie­dzieć, ale ode­zwa­łam się pierw­sza.

– Tay­lor, prze­stań – ucię­łam i spoj­rza­łam też na Thiaga. Wyglą­dał, jakby miał ochotę zła­pać mnie i odcią­gnąć stam­tąd siłą, żeby wydrzeć się na mnie na osob­no­ści i unik­nąć sceny. – To była moja decy­zja. Przy­szłam pie­szo. Nie zamie­rzam żyć w stra­chu przed jakimś typ­kiem ze szkoły. Gdyby Julian naprawdę chciał mnie skrzyw­dzić, to miał już mnó­stwo oka­zji. Wy widzi­cie w nim śmier­telne zagro­że­nie, ja zaś żało­snego chło­paka, który musiał okła­my­wać wszyst­kich dookoła, żeby w ogóle mieć jakichś zna­jo­mych. To żało­sny typ. Kłamca i mani­pu­lant, który prę­dzej czy póź­niej zosta­nie zupeł­nie sam. A teraz, jeśli pozwo­li­cie, chcę iść na lek­cje z moją przy­ja­ciółką.

Wzię­łam Ellie pod ramię i pocią­gnę­łam ją w stronę szkoły. Ale nie zdą­ży­ły­śmy zro­bić nawet dwóch kro­ków, bo Tay­lor zła­pał mnie od tyłu za rękę.

– Musimy poga­dać – powie­dział, a potem zaci­snął usta. Trzy­mał mnie moc­niej, niż było trzeba.

Thiago ruszył, żeby zatrzy­mać brata, więc zare­ago­wa­łam, zanim sytu­acja wymknie się spod kon­troli. Ostat­nią rze­czą, jakiej chcia­łam, było kolejne star­cie mię­dzy nimi.

– Poroz­ma­wiamy na bio­lo­gii, Tay­lor – oznaj­mi­łam kate­go­rycz­nie. W jego oczach dostrze­głam moment, kiedy pojął, że prze­gina.

Puścił mnie. Atmos­fera wcale się nie roz­luź­niła, ale przy­naj­mniej na jakiś czas dali mi spo­kój.

Kolejna lek­cja była istną męką. Mate­ma­tyka – i to bez moż­li­wo­ści poga­da­nia z Ellie o tym, czego byłam już wła­ści­wie pewna. Pro­fe­sor Gómez nie miał cier­pli­wo­ści do uczniów i abso­lut­nie nie tole­ro­wał roz­mów na lek­cji. Kie­dyś przy­ła­pał dwie osoby z klasy na prze­ka­zy­wa­niu sobie kar­te­czek i uka­rał je coty­go­dnio­wym spraw­dzia­nem przez cały mie­siąc. Oceny wli­czały się do śred­niej seme­stral­nej. Kom­pletny absurd.

Zresztą Ellie nie wyglą­dała, jakby miała ochotę ze mną roz­ma­wiać. Patrzyła w zeszyt i skru­pu­lat­nie noto­wała każde słowo nauczy­ciela. Nie rzu­ciła mi nawet prze­lot­nego spoj­rze­nia. Po kon­fron­ta­cji z braćmi Di Bianco wymie­ni­ły­śmy led­wie kilka zdań, mimo że usil­nie pró­bo­wa­łam wró­cić do wcze­śniej­szej roz­mowy.

– Spóź­niamy się na lek­cję, Kami. To nie moment na gada­nie o moich głu­po­tach.

Ale prze­cież te jej „głu­poty” były dla mnie ważne! Dopiero wtedy dotarło do mnie, że byłam tak pochło­nięta wła­snymi pro­ble­mami – roz­wo­dem rodzi­ców, stal­ke­rem, rela­cją z Julia­nem, związ­kiem z Tay­lo­rem i tą prze­klętą histo­rią z Thia­giem – że pra­wie zupeł­nie prze­sta­łam dostrze­gać moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę. Musia­łam to napra­wić.

Nie mogłam odsu­wać od sie­bie ludzi, któ­rzy byli przy mnie od lat.

Pomy­śla­łam o Kate.

Czy wie­działa, co wypra­wiał jej brat? Była świa­doma jego mani­pu­la­cji? A może w jakiś spo­sób go wspie­rała? Poma­gała mu doko­py­wać się do cudzych sekre­tów?

Nie tylko ja zada­wa­łam sobie takie pyta­nia. W szkole krą­żyły plotki, że Kate była w zmo­wie z Julia­nem, dla­tego wiele osób się od niej odwró­ciło. Teraz to ona musiała zno­sić krzywe spoj­rze­nia. Skoro po znik­nię­ciu Juliana nie można było wyrzu­cać mu tego, co zro­bił, to wła­śnie jego sio­stra stała się kozłem ofiar­nym. Para­dok­sal­nie w wyniku tego wszyst­kiego ja odzy­ska­łam wcze­śniej­szą pozy­cję. Ellie żar­to­wała, że samo­zwań­cza kró­lowa została oba­lona, a ja wró­ci­łam na tron. Nie zno­si­łam, kiedy mówiła o mnie w tak idio­tyczny, powierz­chowny spo­sób, ale to chyba była jej stra­te­gia na oswo­je­nie cha­osu.

Nie chcia­łam wra­cać do daw­nego układu. Nie chcia­łam być „kró­lową che­er­le­ade­rek”, nie chcia­łam być w cen­trum uwagi, nie chcia­łam już niczego, co miało zwią­zek z tym liceum. Cze­ka­łam tylko, żeby ode­brać świa­dec­two i wyje­chać na stu­dia, bez oglą­da­nia się za sie­bie. Na uni­wer­sy­te­cie takie rze­czy się nie zda­rzają, a przy­naj­mniej tak to sobie wyobra­ża­łam. Ludzie mieli być doj­rzalsi, a rodzice mniej obecni. To miała być wol­ność. Tego wła­śnie potrze­bo­wa­łam.

Przed oczami sta­nął mi obraz Tay­lora. On chciał stu­dio­wać na Harvar­dzie, ja na Yale. Kiedy roz­je­dziemy się na różne uczel­nie, nasza rela­cja dodat­kowo się skom­pli­kuje, ale pocie­szała mnie myśl, że nie tylko my jeste­śmy w takiej sytu­acji. Wszy­scy mie­li­śmy tego świa­do­mość i nie­wiele dało się z tym zro­bić.

Lice­alne związki zawsze stają przed pyta­niem, co będzie, kiedy przyj­dzie wyje­chać na uni­wer­sy­tet i się roz­dzie­lić. Nie­wiele rela­cji da się utrzy­mać na odle­głość, zwłasz­cza na stu­diach. Ta upra­gniona wol­ność, o któ­rej wszy­scy marzymy, czę­sto pro­wa­dzi do nie­kon­tro­lo­wa­nego korzy­sta­nia z życia, a stąd już tylko krok do zdrad i szyb­kich roz­stań.

Chcia­łam wie­rzyć, że mój zwią­zek z Tay­lo­rem tak się nie skoń­czy. A jed­nak wszystko, co wyda­rzyło się mię­dzy nami, i fakt, że Thiago wciąż zaj­mo­wał miej­sce w moim sercu, pro­wa­dziły mnie do jed­nego wnio­sku: nie zasłu­gi­wa­łam na żad­nego z nich.

Tylko że nie potra­fi­łam się ich wyrzec.

Czy byłam naj­gor­szą osobą na świe­cie?

Odpo­wiedź wyda­wała mi się oczy­wi­sta.

2. Taylor

2

Tay­lor

Cze­ka­łem na Kami pod salą od matmy, żeby w końcu poroz­ma­wiać. Złość zeszła na dal­szy plan, bo sprawa była grub­sza niż jakie­kol­wiek kłót­nie – cho­dziło o bez­pie­czeń­stwo.

Mia­łem gdzieś to, co Kami myślała o Julia­nie albo co pró­bo­wała sobie wma­wiać. Ten typ był nie­bez­pieczny, a coś mi mówiło, że nie powie­dział jesz­cze ostat­niego słowa.

Sta­łem oparty o ścianę naprze­ciwko sali. Zoba­czy­łem, jak wycho­dzą razem. Były spięte, to się rzu­cało w oczy. Ellie naprawdę zaczy­nała mi dzia­łać na nerwy. Wtrą­cała się we wszystko, co mówi­łem do Kami, i w ogóle we wszystko, co robi­łem w jej obec­no­ści. Rozu­mia­łem, że jest przy­ja­ciółką Kami i chce ją chro­nić, ale nie mogłem znieść, że ile­kroć ją widzę, zawsze szuka zaczepki.

Na mój widok jak zwy­kle zro­biła nie­przy­jemny gry­mas i posłała mi wyzy­wa­jące spoj­rze­nie. Zatrzy­ma­łem na niej wzrok tylko na moment, a potem sku­pi­łem się na mojej dziew­czy­nie. Kami dopro­wa­dzała mnie do sza­leń­stwa, pod każ­dym moż­li­wym wzglę­dem.

Zatrzy­mała się, spoj­rzała na Ellie, potem znowu na mnie. Widząc jej waha­nie, ode­pchną­łem się lekko od ściany i ruszy­łem przed sie­bie.

– Poga­damy? – zapy­ta­łem.

Kami przez sekundę się zawa­hała, ale ski­nęła głową.

– Zoba­czymy się na histo­rii – rzu­ciła do Ellie.

Tamta kiw­nęła jej dło­nią, mnie posłała kolejne jado­wite spoj­rze­nie, a potem ruszyła kory­ta­rzem w stronę sza­fek.

Obją­łem swoją dziew­czynę w pasie i przy­cią­gną­łem do sie­bie, aż opar­łem się ple­cami o ścianę. Wtu­li­łem twarz w jej szyję. Kami wsparła się o mnie całym cia­łem i owio­nął mnie słodki, zna­jomy zapach.

Kiedy nie zoba­czy­łem jej w dro­dze do szkoły, wpa­dłem w panikę. Moja wyobraź­nia ruszyła galo­pem i zaczęła pod­su­wać obrazy, któ­rych na­dal nie mogłem wyrzu­cić z głowy.

– Pro­szę, nie rób mi tego wię­cej – wyszep­ta­łem Kami w szyję.

Cof­nęła się o dwa kroki, spoj­rzała mi w oczy i ścią­gnęła brwi.

– Nie zro­bi­łam nic złego, Tay­lor – powie­działa.

Widzia­łem, że wciąż jest zła o to, jak z Thia­giem napa­dłem na nią przed szkołą.

– Pro­szę cię tylko, żebyś nie cho­dziła sama przez całe mia­sto. To naprawdę tak wiele? – Z tru­dem opa­no­wa­łem chęć, żeby nią potrzą­snąć. Jak mia­łem prze­mó­wić jej do roz­sądku? – Julian wciąż gdzieś tam jest. I nawet jeśli poli­cja sądzi, że to tylko zwy­kły pro­blem wycho­waw­czy, ja wiem, że gość sta­nowi zagro­że­nie. I wiem, że wróci. To jesz­cze nie koniec histo­rii, Kamila – wyrzu­ci­łem z sie­bie pod wpły­wem emo­cji. Nie potra­fi­łem zro­zu­mieć, jak może nie widzieć, że naprawdę się naraża. Nie zna­łem skali tego zagro­że­nia, ale mia­łem pew­ność, że jest realne. I nie mogłem dopu­ścić do tego, żeby Kami stała się krzywda.

Cof­nęła się jesz­cze o kilka kro­ków i spoj­rzała na mnie bar­dzo poważ­nie.

– Nie byłam sama. Szłam z Ellie – wyja­śniła. Zer­k­nęła w stronę kory­ta­rza, w któ­rym chwilę wcze­śniej znik­nęła jej kum­pela, skrzy­żo­wała ramiona i znów utkwiła we mnie wzrok.

– Ellie się nie liczy, Kami. Jeśli Julian się pojawi, będzie tak, jakby jej tam w ogóle nie było.

– Ellie jest wspa­niała, Tay­lor. Jak możesz tak o niej mówić? – odparła. Zamru­ga­łem, zasko­czony. Otwo­rzy­łem usta, żeby odpo­wie­dzieć, ale nie dała mi dojść do słowa. – I w ogóle nie podoba mi się, jak ją trak­tu­jesz – dodała. – Nic by ci się nie stało, gdy­byś od czasu do czasu był tro­chę mil­szy. To moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka. Powinna cię choć tro­chę obcho­dzić.

– Obcho­dzisz mnie ty – odpo­wie­dzia­łem, bez uśmie­chu.

– A ja mam się dobrze. – Zro­biła kolejny krok w tył. – Nie musisz się mar­twić. Julian to już prze­szłość, chcę o nim zapo­mnieć. Tylko że nie potra­fię, kiedy ty i twój brat cią­gle mi o nim przy­po­mi­na­cie.

Wzią­łem głę­boki oddech i spró­bo­wa­łem się uspo­koić. Gdyby to zale­żało ode mnie, zatrud­nił­bym do ochrony cały oddział woj­ska, byle mieć pew­ność, że Kami nic się nie sta­nie. Ale to nie wcho­dziło w grę, więc ja i mój brat czu­li­śmy się wła­ści­wie jej ochro­nia­rzami. Wolał­bym, żeby to nie musiał być Thiago – im dalej trzy­mał się od Kami, tym lepiej – ale nie mogłem go wyklu­czyć. W kwe­stii jej bez­pie­czeń­stwa ufa­łem mu bar­dziej niż komu­kol­wiek.

– Boimy się o cie­bie – rzu­ci­łem z gory­czą.

Kami pode­szła bli­żej i poło­żyła dłoń na moim policzku. Pogła­dziła mnie czule, a potem deli­kat­nie musnęła moje usta swo­imi.

– Wiem – szep­nęła, a jej oddech wywo­łał na mojej skó­rze dreszcz. – I naprawdę jestem wam wdzięczna. Obie­cuję być ostrożna. Tylko pro­szę, wylu­zuj­cie tro­chę.

Mogłem jedy­nie ski­nąć głową.

– Dobra – zgo­dzi­łem się w końcu i przy­cią­gną­łem Kami do sie­bie, żeby ją poca­ło­wać.

Przy­warła do mnie miękko. Wsu­ną­łem jej język do ust. Chcia­łem sma­ko­wać ją powoli, bez pośpie­chu. Ale moje ciało zare­ago­wało natych­miast – pamię­tało, że od naszej pierw­szej nocy nie byli­śmy razem.

Każda cząstka mnie pra­gnęła znowu tam­tego kon­taktu. Kami o tym wie­działa i jakby celowo go uni­kała.

Odsu­nęła się, gdy zje­cha­łem dłońmi na jej pośladki i chcia­łem ją do sie­bie przy­ci­snąć.

– Nie tutaj, Tay. – Strzą­snęła moje ręce, cho­ciaż uśmiech­nęła się przy tym z lekko zaró­żo­wio­nymi policz­kami.

Jezu, była tak cho­ler­nie piękna…

Pogła­dzi­łem jej dłu­gie, jasne włosy i zapra­gną­łem zabrać ją gdzieś daleko, żeby być z nią sam na sam, bez świad­ków, w miej­scu, gdzie mogli­by­śmy długo się kochać, a potem zasnąć obok sie­bie i rano razem zjeść śnia­da­nie.

Cza­sami naprawdę bez­na­dziej­nie jest być sie­dem­na­sto­lat­kiem.

– Zaraz się spóź­nimy. – Kami cmok­nęła mnie w poli­czek. – Dziś poznamy dokładny ter­min naszej pre­zen­ta­cji z edu­ka­cji sek­su­al­nej.

Posła­łem jej dwu­znaczne spoj­rze­nie.

– Jeśli chcesz, mogę od razu podać ci ter­min zajęć prak­tycz­nych.

Roze­śmiała się i prze­wró­ciła oczami.

– Od mie­siąca mie­lisz te same tek­sty. Ale z cie­bie dzie­ciak!

– Dzie­ciak, który bar­dzo chce znowu zacią­gnąć cię do łóżka – mruk­ną­łem.

Tak, potra­fi­łem być bez­po­średni. I co z tego?

Kami rozej­rzała się po kory­ta­rzu.

– Tay­lor!

Teatral­nie wytrzesz­czy­łem oczy, a ona par­sk­nęła śmie­chem.

– Aż tak cię peszą moje tek­sty?

– Peszy mnie to, jaki jesteś napa­lony.

– I kto to mówi! Już zapo­mnia­łaś jak…

Zasło­niła mi usta dło­nią. Teraz to ja się roze­śmia­łem.

– Cicho! – syk­nęła, jesz­cze bar­dziej zaru­mie­niona.

Spe­cjal­nie poli­za­łem jej dłoń, a ona odsko­czyła z obrzy­dzoną miną.

– Fuj! – jęk­nęła i wytarła rękę o moją koszulę.

Zer­k­ną­łem na zega­rek.

– Zaraz naprawdę się spóź­nimy – zauwa­ży­łem.

Kami spoj­rzała na godzinę i zro­biła wiel­kie oczy. Odwró­ciła się gwał­tow­nie i pocią­gnęła mnie za rękę.

– Bie­gniemy!

Pogna­li­śmy kory­ta­rzem w stronę sali do bio­lo­gii.

Wszy­scy już weszli. Kiedy otwo­rzy­li­śmy drzwi, zamiast uśmie­chu pro­fe­sor Denell zoba­czy­li­śmy chłodne spoj­rze­nie mojego brata.

Kami sta­nęła jak wryta. Wymie­nili szyb­kie spoj­rze­nie – zbyt szyb­kie, żebym mógł je roz­szy­fro­wać.

– Dzie­sięć minut spóź­nie­nia – powie­dział wku­rzony Thiago i pokrę­cił głową.

– Prze­pra­szamy – ode­zwała się Kami i pocią­gnęła mnie do naszej ławki na tył sali.

Kiedy usie­dli­śmy, Thiago wciąż mie­rzył nas wzro­kiem, a reszta klasy wyraź­nie cze­kała na ciąg dal­szy.

– Dla­czego się spóź­ni­li­ście? – zapy­tał.

– Raczej nie grali w chiń­czyka, tre­ne­rze – rzu­cił Vic­tor Di Viani, a część klasy par­sk­nęła śmie­chem.

Kami szturch­nęła mnie łok­ciem. Gdy na nią spoj­rza­łem, dys­kret­nie wska­zała moje usta. Cho­lera. Prze­tar­łem je wierz­chem dłoni i dopiero wtedy dotarło do mnie, że wpa­ro­wa­łem na lek­cję uma­zany szminką.

Zmro­zi­łem Vic­tora spoj­rze­niem i posta­no­wi­łem nie patrzeć już na brata.

Jesz­cze chwila, a naprawdę bym mu przy­ło­żył.

– Szla­ban – powie­dział Thiago bez­na­mięt­nie. – Oboje. Zosta­je­cie po lek­cjach.

– Serio? – prych­ną­łem. Nie wie­rzy­łem wła­snym uszom.

– Skoro macie takie ważne sprawy do zała­twie­nia, będzie­cie mieli oka­zję je dokoń­czyć.

– Może lepiej nie w szkole! – wypa­lił Di Viani.

Zaci­sną­łem pięść tak mocno, że aż pobie­lały mi knyk­cie.

– Di Viani, ty też masz szla­ban – dodał Thiago i spo­koj­nie zaczął wyj­mo­wać z teczki jakieś papiery.

To tro­chę ostu­dziło moje zapędy wobec Vic­tora, bo i tak miał już minę, jakby dostał obu­chem w łeb.

Spoj­rza­łem na brata. Spra­wiał teraz wra­że­nie, jakby miał nas wszyst­kich gdzieś.

Prze­nio­słem wzrok na Kami. Nie prze­sta­wała wpa­try­wać się w Thiaga.

– Ale ja pra­cuję dziś po połu­dniu – powie­działa nagle.

Mój brat pod­niósł wzrok i przez kilka sekund po pro­stu się jej przy­glą­dał.

– Wyglą­dam, jak­bym chciał słu­chać o twoim życiu? – rzu­cił chłodno.

W kla­sie zapa­dła gro­bowa cisza.

– Nie mogę nie zja­wić się w pracy – odparła Kami. Zaci­snęła usta i wypro­sto­wała się na krze­śle.

– Thiago, to się już nie powtó­rzy – wtrą­ci­łem. Znowu zaczy­na­łem się odpa­lać. No kurde, prze­cież byli­śmy braćmi. Nie mógł cho­ciaż raz tro­chę odpu­ścić?

– Otóż to. Nie powtó­rzy się dzięki szla­ba­nowi. Naucz­cie się, że każdy błąd ma kon­se­kwen­cje.

– Nawet nie jesteś naszym nauczy­cie­lem. Gdyby była tu pro­fe­sor Denell, nie robi­łaby żad­nego pro­blemu – powie­działa Kami pod­nie­sio­nym tonem.

– Życie bywa nie­spra­wie­dliwe. Nie­stety dziś jestem tu ja – odparł nie­wzru­szony. – A teraz chciał­bym wresz­cie zacząć lek­cję. Wiem od pro­fe­sor Denell, że nie­długo macie mieć pre­zen­ta­cje. Popro­siła, żebym prze­ka­zał wam kolej­ność pre­zen­ta­cji, żeby…

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki