Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 12.05.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
60 osób interesuje się tą książką
Dziesięć słów, które złamały serce. Julia miała wszystko – miłość, zaufanie i pewność, że jej życie właśnie zaczyna się jak w bajce. A jednak w chwili, gdy miała wypowiedzieć sakramentalne „tak”, dostała tylko kartkę. Krótkie zdanie, które zburzyło cały świat. Mija dziesięć lat. Michał wraca. Chce wyjaśnić, przeprosić, odsłonić prawdę, której Julia nigdy nie poznała. Ale czy można zaufać komuś, kto raz już odebrał wszystko? Czy miłość, która przetrwała w cieniu rozczarowania, ma szansę narodzić się na nowo?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 282
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Rafał Wicijowski, 2025
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: vero.nick
Zdjęcie na okładce: © standret/Adobe Stock
Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak
Korekta: Joanna Jóźwiak, Anna Nowak
Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl
PR & marketing: Sławomir Wierzbicki
ISBN: 978-83-8441-099-8
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Czas ma w sobie coś z oszusta. Obiecuje, że wszystko minie – ból i radość, tęsknota i nadzieja, nawet miłość, nawet żałoba. I rzeczywiście: dni zamieniają się w tygodnie, tygodnie w miesiące, miesiące w lata, aż człowiek budzi się pewnego ranka i uświadamia sobie, że minęła dekada. Dekada, która zdążyła zmienić wszystko – twarz w lustrze, ulice miasta, ludzi wokół – wszystko poza tym jednym. Tym, co miało minąć najbardziej.
Bo są rzeczy, które nie podlegają czasowi. Które nie blakną, nie starzeją się, nie odchodzą po cichu jak goście, którym skończyła się herbata. Trwają. Uparte, milczące, zakopane tak głęboko, że zapominamy o ich istnieniu – dopóki coś ich nie obudzi. Słowo. Zapach. Melodia, która nie grała od lat. I wtedy wszystko wraca, świeże jak rana, której nikt nie opatrzył. Jakby czas w ogóle nie minął. Jakby tylko czekał.
Deszcz uderzał w szyby Kościoła Świętego Krzyża, jakby niebo płakało łzami. Stała przed lustrem w małej salce przykościelnej, a jej odbicie – młoda kobieta w białej sukni – zdawało się częścią baśni; tej, w której marzenia nie tylko się spełniają, ale też nigdy nie kończą się rozczarowaniem.
Jej dłonie drżały, gdy poprawiała suknię ślubną – tę samą, którą wybrali razem z Michałem trzy miesiące temu. Pamiętała jego spojrzenie, gdy wyszła z przymierzalni. „W tej właśnie”, powiedział wtedy cicho, a jego oczy wypełniły się czymś więcej niż miłością. Jakby patrzył na cud, którego nie był godny.
Dwadzieścia cztery lata, całe życie przed nią. I ten dzień, który miał stanowić początek ich wspólnej drogi. Dzień, na który czekała od pierwszej chwili, gdy Michał Zawada nieśmiało zaprosił ją na kawę niemal pięć lat temu.
– Wyglądasz jak z bajki. – Anka, jej najlepsza przyjaciółka od czasów podstawówki, poprawiła welon i uśmiechnęła się szeroko, choć jej oczy zdawały się omijać zegar wiszący na ścianie. – Michał zemdleje, jak cię zobaczy.
Julia odwzajemniła uśmiech, ale coś w jej sercu zacisnęło się boleśnie. Jej narzeczony od pół godziny powinien już być w kościele.
– Dzwonił? – zapytała, starając się, by jej głos brzmiał normalnie.
Anka zawahała się na moment.
– Nie, ale wiesz, jaki jest. Pewnie po prostu się stresuje. Zaraz tu będzie.
Julia skinęła głową. Tak, znała Michała lepiej niż ktokolwiek. Zawsze punktualny, zawsze godny zaufania. A jednak od kilku dni coś było nie tak. Te dziwne telefony, które urywały się, gdy wchodziła do pokoju. Nagłe zniknięcia, o których nie chciał mówić. Spotkania, z których wracał milczący i zamyślony. I nieobecny wzrok, jakby patrzył w przyszłość, której ona nie mogła zobaczyć.
Zerknęła na zegarek. Zostało dwadzieścia minut do ceremonii.
– Mogłabyś zobaczyć, czy wszyscy goście już są? – poprosiła Ankę, która natychmiast wyszła z salki.
Julia podeszła do okna. Deszcz przybierał na sile, zamazując świat za szybą. Miała niewytłumaczalne przeczucie, że coś jest nie tak. Sięgnęła po telefon i wybrała numer Michała. Jeden sygnał, drugi, trzeci…
– Abonent jest czasowo niedostępny…
Odłożyła telefon i próbowała wziąć głęboki wdech, ale powietrze ugrzęzło w jej płucach. Dotknęła szyi, gdzie wisiał srebrny medalik – prezent od Michała na dwudzieste urodziny. „Żebyś zawsze czuła, że jestem przy tobie”, powiedział wtedy. Gdzie był teraz?
Drzwi otworzyły się gwałtownie, uderzając o ścianę. W progu stała matka Michała, Maria Zawada. Jej twarz wydawała się nie tylko blada – wyglądała jak maska wyrzeźbiona z bólu. Oczy, tak podobne do oczu syna, były zaczerwienione, jakby długo płakała.
– Julia… – zaczęła i urwała, głos załamał się jej jak kruchy lód.
– Co się stało? – Julia poczuła, jak zimny strach wspina się po jej kręgosłupie. – Wypadek? Michał miał wypadek?
Maria pokręciła głową, podchodząc powoli jak człowiek idący na szafot. Jej dłonie drżały tak bardzo, że ledwo utrzymała małą, białą kopertę, którą wysuwała przed siebie niczym tarczę.
– Prosił… – podjęła ledwo słyszalnie. – Prosił, żebym ci to dała. Błagam, wybacz mu.
Te ostatnie słowa sprawiły, że Julia cofnęła się o krok. „Wybacz mu”? Dlaczego miałaby mu wybaczać spóźnienie? Chyba że…
– Gdzie on jest? – zapytała, a z jej gardła wydobył się dźwięk cichy i obcy, jakby należał do małej dziewczynki uwięzionej w ciele dorosłej kobiety. Dziewczynki, której właśnie odebrano bajkę, w którą wierzyła całym sercem.
Maria w końcu podniosła wzrok, a to, co Julia zobaczyła w jej oczach, potwierdziło najgorszy koszmar.
– Nie przyjdzie. On… nie przyjdzie.
Słowa zawisły w powietrzu niczym wyrok śmierci. Julia poczuła, jak cały jej świat się zatrzymuje, a potem rozpada na tysiące ostrych kawałków. Zakręciło jej się w głowie, a nogi ugięły się pod ciężarem tego wyznania. Chwyciła się krawędzi toaletki, żeby nie upaść.
Jej palce drżały tak bardzo, że trzykrotnie upuściła kopertę, zanim zdołała ją rozerwać. Z każdą sekundą czuła, jak coś w niej umiera – ufność, nadzieja, wiara w miłość. Wreszcie wyjęła złożoną na pół kartkę.
Wybacz mi. Nie mogę tego zrobić. Nie mogę Cię poślubić.
Tylko tyle. Dziesięć słów. Dziesięć słów zamiast przysięgi małżeńskiej. Dziesięć słów zamiast wspólnego życia. Dziesięć słów na zniszczenie wszystkiego, co kiedykolwiek było dla niej ważne.
Żadnego wyjaśnienia, żadnego „kocham cię”, żadnej obietnicy. Nawet nie padło „przepraszam”.
Kartka wypadła z jej palców jak martwy motyl. Julia patrzyła na nią leżącą na podłodze, podczas gdy suknia – piękna, biała suknia, która kosztowała trzy miesięczne pensje jej ojca – szeleściła oskarżycielsko przy każdym jej drgnięciu. Nie poczuła, jak kolana uderzają o twardą posadzkę. Nie poczuła, jak Maria obejmuje ją ramieniem, próbując utrzymać ją w pionie.
Nie płakała. Łzy wymagałyby zrozumienia tego, co się stało, a ona nie rozumiała. Jak mógł? Po niemal pięciu latach. Po wszystkich obietnicach. Po wczorajszym wieczorze, gdy trzymał ją w ramionach i szeptał o ich przyszłości.
W jej głowie jak złośliwa mantra powtarzały się tylko jego słowa: „Nie mogę cię poślubić”.
– Dlaczego? – Głos ugrzązł jej w gardle, wydobywał się jako zdławiony szept.
Spojrzała błagalnie na Marię, szukając w jej oczach jakiegokolwiek wyjaśnienia, jakiejkolwiek nici, której mogłaby się uczepić.
Matka Michała tylko pokręciła głową, a w jej spojrzeniu było coś, czego Julia nie potrafiła odczytać – rodzaj bólu, który wykraczał poza samo porzucenie, jakby wiedziała o czymś więcej, o czymś straszniejszym.
– Wie pani, gdzie on jest? – Julia chwyciła ją za ramię z desperacją tonącej osoby.
– Wyjechał – odparła Maria delikatnie, ale stanowczo. – I… prosił, żebyś nie próbowała go szukać. Błagał mnie, żebym ci to powiedziała.
Drzwi otworzyły się ponownie i stanęła w nich Anka. Wystarczyło jedno spojrzenie na twarz Julii, by zrozumiała.
– O mój Boże… – szepnęła, podchodząc do przyjaciółki.
– Muszę… – Julia wzięła głęboki, drżący wdech. – Muszę powiedzieć gościom.
– Ja to zrobię – zaoferowała natychmiast Anka. – Ty nie musisz…
– Nie – przerwała jej Julia, prostując się powoli. – To ja muszę im powiedzieć.
Wygładziła suknię i otarła pojedynczą łzę, która wreszcie znalazła drogę na jej policzek. Zdjęła welon i odłożyła go na stolik. A potem, z godnością, o której nie wiedziała, że ją w sobie ma, wyszła z pokoju i skierowała się do głównej nawy kościoła, gdzie czekało na nią prawie pięćdziesiąt osób.
Szła powoli środkiem świątyni – tą samą drogą, którą miała przejść za chwilę jako panna młoda. Czuła na sobie spojrzenia gości, słyszała szepty, gdy zauważali brak welonu i coś niepokojącego w jej spojrzeniu. Przy wejściu stał jej ojciec, który miał ją prowadzić. Ich spojrzenia się spotkały i Julia zobaczyła jego minę, gdy zrozumiał, że coś jest nie tak.
Stanęła przed zgromadzonymi i uniosła lekko drżącą dłoń, prosząc o ciszę.
– Przepraszam wszystkich, którzy przyszli, ale… – Jej głos, wbrew woli, załamał się na moment. – Ślubu nie będzie. Michał… – Zawahała się, szukając idealnych słów, które nie istniały. – Michał odszedł.
Zdławiony okrzyk wyrwał się z gardła jej matki. Szmer niedowierzania przeszedł przez kościół niczym fala. Julia widziała, jak twarze gości się zmieniają – najpierw pojawiło się na nich niedowierzanie, potem szok, wreszcie to najgorsze: litość. Niemal słyszała ich myśli: „Biedna dziewczyna”, „Jak on mógł?”, „Co z nią teraz będzie?”.
Wciąż czuła na sobie ich spojrzenia. Biała suknia z każdą sekundą wydawała się coraz cięższa, jakby była utkana z kamienia, a nie z jedwabiu. Z każdym oddechem coś w niej pękało, a powietrze raniło płuca.
– Julia, kochanie… – Ojciec podszedł do niej i spróbował objąć ją ramieniem, ale cofnęła się.
– Nie, tato. Poradzę sobie – powiedziała, choć wiedziała, że to kłamstwo. Jak mogła poradzić sobie z czymś, czego nawet nie rozumiała? – Przepraszam, że musieliście przyjechać na próżno – dokończyła głosem, który brzmiał jak trzask pękniętego szkła, i odwróciła się, by odejść.
Wtedy dostrzegła go w ostatnim rzędzie – Tomasza, najlepszego przyjaciela Michała. Mężczyznę, który miał być drużbą. Organizował wieczór kawalerski i znał Michała od dzieciństwa. Zerknęli na siebie przez ułamek sekundy, a to, co zobaczyła w jego oczach, sprawiło, że zamarła. Nie było tam zaskoczenia. Nie było szoku.
Była wina. I wiedza.
On wiedział. Wiedział, dlaczego Michał odszedł. Wiedział i z niczym się nie zdradził.
Julia zrobiła krok w jego stronę, nagle czując, jak złość przebija się przez otępienie, dając jej siłę. Ale zanim zdążyła do niego podejść, Tomasz odwrócił wzrok i szybko wyszedł bocznymi drzwiami, znikając w deszczu, który zamazywał kontury świata za oknami kościoła. Jak tchórz. Jak zdrajca.
Jak Michał.
Julia została sama pośród szepczących ludzi. W sukni, która miała być świadectwem pięknego początku, a stała się całunem dla jej marzeń. Czuła, jak coś w niej pęka – nie serce, nie dusza, ale coś głębszego. Ta część, która pozwala wierzyć, że świat jest dobry, a miłość prawdziwa.
Michał nie tylko złamał jej serce – zabrał jej zdolność do ufania. Do wierzenia. Do kochania bez lęku. A najgorsze było to, że wciąż go kochała, mimo bólu, mimo upokorzenia, mimo wszystko. I nienawidziła się za to.
Powinna wrócić do pustego mieszkania – mieszkania, które miało być ich wspólnym domem. Zebrać wszystkie jego rzeczy, każde zdjęcie, każdy list i prezent, i włożyć je do pudeł. Potem ukryć wszystko głęboko w szafie, przysięgając sobie, że nigdy więcej nie pozwoli mu się do siebie zbliżyć. Nigdy więcej nie będzie czuła tego bólu.
Ale na to wszystko zabrakło jej sił. Rozsypała się całkowicie, osuwając się w mrok, którego nie potrafiła już zatrzymać.
Gdyby ktoś powiedział jej wtedy, że czas nie jest linią, lecz pętlą, która dziesięć lat później zaciśnie się na jej gardle szeptem dawno zapomnianego imienia, uznałaby to za okrutną metaforę. Nie wiedziała, że niektóre zniknięcia nie są ucieczką, lecz długim, cierpliwym czuwaniem w cieniu. Istnieją bowiem prawdy, które są zbyt ciężkie, by unieść je we dwoje, i miłości tak bezwzględne, że potrafią ocalić drugiego człowieka wyłącznie poprzez własne unicestwienie. To, co przez dekadę miała brać za bliznę, było w istocie wciąż otwartym oknem, przez które prześwitywała inna, nieodkryta jeszcze rzeczywistość.
Niektóre tajemnice nie dają się pogrzebać – one jedynie dojrzewają w szczelinach codzienności, czekając, aż światło padnie pod odpowiednim kątem, by ukazać swój prawdziwy, przerażający kształt. A są takie historie, które muszą zostać opowiedziane do końca, bez względu na cenę.
Ktoś ją rozebrał z sukni ślubnej. Chyba mama. Julia nie pamiętała dokładnie – tamten wieczór rozpadał się na strzępy jak mokry papier. Pamiętała twarz ojca, szarą jak popiół, gdy przepraszał gości. Pamiętała szept ciotki Teresy, niby współczujący, ale pełen skrywanej sensacji. Pamiętała zapach lilii – jej własnych kwiatów ślubnych – który nagle wydał jej się mdły i obcy.
Nie pamiętała drogi do domu rodziców. Nie pamiętała, jak weszła po schodach. Nie pamiętała, kiedy zasnęła.
Obudziła się w swoim dawnym pokoju, w łóżku, w którym spała jako nastolatka. Na drzwiach wciąż namalowane były podpisy koleżanek z podstawówki. Na półce stały książki, których nie zabrała do nowego mieszkania – tego, które miało być ich wspólne. Michała i jej.
Michał.
Jego imię uderzyło ją jak fala. Przez sekundę nie mogła złapać oddechu. Coś ścisnęło jej klatkę piersiową – tak mocno, że pomyślała: to zawał, umieram. Ale nie umierała. Serce biło dalej, uparte i obojętne na to, że życie właśnie straciło sens.
Odwróciła się na bok i wbiła wzrok w ścianę. Za oknem śpiewały ptaki. Zwykły wrześniowy poranek, jakby nic się nie stało.
Mama zapukała koło południa.
– Julka? Zrobiłam ci herbaty.
Julia nie odpowiedziała. Słyszała, jak klamka opada, jak drzwi otwierają się z cichym skrzypnięciem, jak mama stawia kubek na stoliku nocnym. Poczuła dłoń na włosach – delikatny dotyk.
– Nie musisz teraz mówić. Po prostu wiedz, że tu jestem.
Kroki. Zamykanie drzwi. I znów ta okrutna, pusta przestrzeń.
Herbata ostygła nietknięta.
Próbowała jeść. Mama przyniosła rosół – złocisty, pachnący, taki sam jak w dzieciństwie, kiedy rosół leczył wszystko: przeziębienia, złe oceny, pierwsze złamane serce. Julia podniosła łyżkę, zanurzyła ją w bulionie, uniosła do ust.
Żołądek zacisnął się natychmiast. Odstawiła talerz i pokręciła głową.
– Przepraszam, mamo. Nie mogę.
Kobieta zabrała talerz bez słowa. Bez komentarza, bez nalegania. I właśnie ta bezwarunkowa akceptacja – to milczące przyzwolenie na rozpad – sprawiła, że Julia zaczęła rozumieć, jak bardzo jest źle.
Telefon wibrował bez przerwy. W końcu spojrzała na ekran. Dwadzieścia siedem nieodebranych połączeń. Czterdzieści wiadomości. Anka, koleżanki ze studiów, kuzynki, dawni znajomi – wszyscy nagle chcieli wiedzieć, co się stało, jak się czuje, czy może czegoś jej trzeba.
Wyłączyła telefon i schowała go do szuflady.
Nie chciała ich współczucia, pytań. Nie zamierzała tłumaczyć, że sama nie wie, co się stało – że Michał zostawił tylko kartkę, kilka zdań, które niczego nie wyjaśniały. Jakby wyszedł rano po bułki i nie wrócił. Że jego telefon był wyłączony, mieszkanie puste, samochód zniknął spod domu.
Jakby nigdy nie istniał. Jakby ostatnie lata były snem, z którego właśnie się obudziła.
Nie wstała z łóżka. Nie widziała sensu. Sen i jawa zlewały się w jedno – drzemiąc, budziła się co godzinę, a na jawie czuła się równie odrealniona jak we śnie. Czas przestał płynąć normalnie. Godziny rozciągały się w nieskończoność, a potem nagle znikały, jakby ktoś wyrywał kartki z kalendarza.
Myślała o nim cały czas. Próbowała go znienawidzić. Wyobrażała sobie, że krzyczy, że rzuca w niego wszystkim, co miękkie i twarde, że mówi mu prosto w twarz, jakim jest tchórzem, jakim jest draniem, jak bardzo ją zniszczył. Ale złość nie przychodziła. Zamiast niej była tylko ta dziwna, tępa pustka – jakby ktoś wydrążył ją od środka i zostawił samą skorupę.
Wieczorem tata zajrzał do pokoju. Stanął w drzwiach, nie wchodząc – bał się przekroczyć niewidzialną granicę.
– Julka… – zaczął i urwał. Nigdy nie umiał rozmawiać o uczuciach. Całe życie był człowiekiem czynów, nie słów. – Gdybyś czegoś potrzebowała…
– Wiem, tato.
Stał jeszcze przez chwilę, jakby walczył z sobą i chciał powiedzieć coś więcej. W końcu kiwnął głową i wyszedł, zostawiając za sobą zapach wody kolońskiej, tej samej, którą nosił, odkąd Julia pamiętała. Normalność. Stałość. Wszystko to, co właśnie straciła.
Anka przyszła bez zapowiedzi. Julia usłyszała jej głos na dole – zdecydowany, nieprzyjmujący odmowy – i zanim zdążyła zaprotestować, przyjaciółka była już w pokoju.
– Jezu. – Dziewczyna stanęła w drzwiach i przez chwilę tylko patrzyła. – Wyglądasz jak zjawa.
– Ciebie też miło widzieć.
– Kiedy ostatnio jadłaś? I nie mów, że nie pamiętasz, bo twoja mama właśnie mi powiedziała, że od trzech dni żyjesz na herbacie i krakersach.
Julia wzruszyła ramionami. Jedzenie wydawało się nieistotne. Wszystko wydawało się nieistotne.
Anka usiadła na brzegu łóżka. Nie próbowała jej dotykać, nie próbowała pocieszać – znały się od podstawówki i przyjaciółka wiedziała, że Julia nie znosi fałszywej tkliwości.
– Posłuchaj. Nie będę ci mówić, że będzie dobrze, bo nie wiem, czy będzie. Nie będę ci mówić, że czas leczy rany, bo to banał i obydwie wiemy, że niektóre rany zostają na zawsze. Ale powiem ci jedno: jeśli się teraz podasz, jeśli pozwolisz, żeby to cię zniszczyło, on wygra. A ja nie zamierzam pozwolić, żeby ten drań wygrał.
Julia patrzyła na nią bez wyrazu.
– Anka, on mnie zostawił. W dniu ślubu. Bez słowa wyjaśnienia. Jak mam… – Urwała, bo głos jej się załamał. Pierwszy raz od pięciu dni. – Jak mam po czymś takim wstać i udawać, że wszystko jest w porządku?
– Nie musisz udawać. Możesz być wściekła. Możesz być zdruzgotana. Możesz go nienawidzić albo za nim tęsknić, albo jedno i drugie naraz. Ale nie możesz się poddać. – Anka pochyliła się do przodu. – Julka, słyszysz mnie? Nie możesz się poddać.
Tego wieczoru Julia po raz pierwszy od kilku dni zjadła pełny posiłek. Kotlet schabowy, ziemniaki, surówka z marchewki – wszystko to, co tata przyniósł jej na tacy, jakby była chora. Może i była. Może to, co czuła, było chorobą – i jak każdą chorobę trzeba ją było przeczekać, przetrwać, jakoś przez nią przebrnąć.
Jedzenie nie smakowało. Przełykała automatycznie, zmuszając się do każdego kęsa. Ale przełykała. I to był jakiś początek.
Wzięła prysznic. Pierwszy od… nie chciała liczyć. Woda była gorąca, prawie wrząca, i Julia stała pod strumieniem tak długo, aż skóra zrobiła się czerwona. Jakby próbowała zmyć z siebie coś więcej niż brud – ostatni tydzień, ostatnie lata, wszystko.
W lustrze zobaczyła kogoś, kogo ledwo rozpoznawała. Twarz blada, oczy podkrążone, włosy splątane mimo mycia. Wyglądała, jakby choroba niszczyła ją od środka.
Przez chwilę stała i patrzyła na swoje odbicie. Kim jesteś? – pomyślała. Kim jesteś bez niego?
Nie znała odpowiedzi. Przez cztery i pół roku budowała swoją tożsamość wokół Michała – wokół wspólnych planów, marzeń, przyszłości. A teraz ta przyszłość zniknęła jak dym i Julia stała sama, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
Wróciła do łóżka z mokrymi włosami. Prysznic miał być początkiem – pierwszym krokiem do normalności. Ale kiedy usiadła na brzegu materaca, poczuła, jak energia wypływa z niej jak woda z wanny. Nogi odmówiły posłuszeństwa. Położyła się z powrotem, wciąż w ręczniku, i zasnęła.
Obudziła się po zmroku. Włosy wyschły i zmieniły się w twardą, splątaną masę. Ręcznik był wilgotny i zimny. Nic się nie zmieniło.
Postanowiła wstać. Naprawdę wstać – ubrać się, zejść na dół, może nawet wyjść z domu. Powtarzała to sobie jak mantrę: dziś wstanę, dziś wstanę, dziś wstanę.
Nie wstała.
Leżała i patrzyła, jak słońce wędruje po ścianie – od lewego rogu do prawego, od rana do wieczora. Myślała o tym, że powinna być głodna, ale nie była. Myślała o tym, że powinna zadzwonić do Anki, do kogokolwiek, ale telefon leżał porzucony w szufladzie jak martwe zwierzę. Myślała o Michale i od myślenia bolała ją głowa, więc starała się nie myśleć, ale to było jak próba nieoddychania.
Mama przyniosła kolację. Julia udawała, że śpi.
Deszcz zaczął padać przed świtem i nie przestawał.
Leżała i słuchała kropel uderzających o szybę. Monotonny, jednostajny rytm, który nie wymagał niczego – ani myślenia, ani czucia, ani decydowania. Można było po prostu leżeć i słuchać, i pozwolić godzinom spływać jak woda po oknie.
Mama przestała pukać. Zostawiała tacę pod drzwiami – herbatę, kanapki, czasem jabłko – i odchodziła bez słowa. Julia słyszała jej kroki: wahanie przed progiem, westchnienie, oddalające się stąpnięcia. Wiedziała, że powinna wstać, otworzyć drzwi, powiedzieć cokolwiek. Ale przestrzeń między łóżkiem a drzwiami wydawała się nieskończona.
Tata wszedł koło południa. Nie zapukał – po prostu otworzył drzwi i stanął przy oknie, plecami do niej, patrząc na deszcz.
– Twoja mama chce zadzwonić do kogoś. Do specjalisty. – Głos miał szorstki, niewygodny. – Myśli, że to by ci pomogło. Dyrektor i tak poszedł ci na rękę z tym wolnym na ślub, ale to się zaraz kończy. Jeśli nie dasz rady wrócić do szkoły, może ten lekarz chociaż wystawi ci L4?
Julia nie odpowiedziała.
– Mówiłem mamie, że potrzebujesz czasu. Że każdy radzi sobie inaczej. Ale Julka, to już dziewięć dni. I ja nie wiem, co mam robić. Nie wiem, jak ci pomóc. I to mnie… – Znów urwał, jakby słowa uwięzły mu w gardle. – To mnie przeraża.
Wyszedł, zanim zdążyła zareagować. A Julia została z jego słowami, które wisiały w powietrzu jak dym po zgaszonym ogniu.
Dziewięć dni.
Tak mało i tak dużo jednocześnie. Dziewięć dni temu wkładała suknię ślubną i poprawiała welon przed lustrem. Dziewięć dni temu wierzyła, że zna swoje życie, wie, dokąd zmierza, z kim, po co. Dziewięć dni temu była kimś zupełnie innym.
A teraz?
Teraz była jak pusty pokój. Ściany bez obrazów. Dom po pożarze. Niby stoi, niby cały, ale w środku tylko zgliszcza i popiół.
Może tak już zostanie. Może to jest jej nowa normalność – leżenie, oddychanie, czekanie na nic. Może niektórzy ludzie po prostu się psują i nikt nie potrafi ich naprawić. Może ona jest jedną z nich.
Deszcz padał dalej. Julia zamknęła oczy.
Gdzieś na obrzeżach świadomości wiedziała, że to nie może trwać wiecznie. W końcu będzie musiała wstać, zjeść, umyć się, wrócić do życia, które na nią czekało – obojętne i cierpliwe jak porzucony pies. Wiedziała, że Anka nie odpuści, a rodzice nie wytrzymają; że świat będzie pukał do jej drzwi, dopóki nie otworzy.
Ale nie dzisiaj.
Dzisiaj mogła jeszcze zostać w tej szarości. Jeszcze jeden dzień w zawieszeniu między tym, kim była, a tym, kim będzie musiała się stać.
Dni mijały. Grudniowe popołudnie wyglądało za oknem jak szara plama. Julia leżała na łóżku w swoim dawnym pokoju, wpatrzona w sufit, na którym wciąż widniały ślady po gwiazdkach fosforyzujących – naklejała je jako nastolatka, marząc o kosmosie i przyszłości pełnej szans. Teraz te żółtawe plamy przypominały jej tylko o tym, jak naiwna potrafiła być.
Z dołu dobiegały przytłumione odgłosy – mama krzątała się w kuchni, tata szeleścił gazetą w salonie. Chodzili wokół niej na palcach, jakby była z porcelany. Może i była. Może wystarczyłby jeden dotyk, jedno niewłaściwe słowo, żeby rozsypała się w drobny mak.
Telefon na nocnym stoliku zawibrował. Julia zerknęła na ekran – Anka. Trzeci raz dzisiaj. Zignorowała dwa poprzednie połączenia, ale wiedziała, że przyjaciółka nie odpuści. Nigdy nie dawała za wygraną.
Po piątym sygnale w końcu odebrała.
– Żyjesz. – Głos Anki był pełen ulgi i irytacji jednocześnie. – Zaczęłam się martwić, że od niejedzenia zniknęłaś całkowicie.
– Mama podaje mi rosół. Codziennie. – Julia usiadła na łóżku, opierając plecy o ścianę. – Uważa, że rosół leczy wszystko.
– Nawet złamane serce?
– Zwłaszcza złamane serce. Przynajmniej tak twierdzi.
Po drugiej stronie zapadła chwila milczenia.
– Słuchaj, zaraz będę pod twoim domem. Ubierz się. Wychodzimy.
– Anka, nie mam…
– Nie pytam, czy masz ochotę. Mówię, że wychodzimy. Masz dziesięć minut.
I rozłączyła się, zanim Julia zdążyła zaprotestować.
Stały na chodniku przed domem rodziców, oddychając mroźnym powietrzem. Anka miała na sobie jaskrawoczerwony płaszcz, który był jedyną plamą koloru w szarym krajobrazie, i wyraz twarzy kogoś, kto nie zamierza przyjmować odmowy.
– Idziemy do parku – oznajmiła, biorąc Julię pod ramię. – I nie, nie interesuje mnie, że jest zimno, nie masz nastroju i wolałabyś leżeć w łóżku. Leżenie w łóżku jeszcze nikogo nie wyleczyło.
Julia pozwoliła się prowadzić. Nie miała siły się sprzeciwiać. Zresztą zimne powietrze, choć kłuło w policzki, przyniosło dziwną ulgę. Przez ostatnie tygodnie oddychała tym samym powietrzem w tym samym pokoju, jakby bała się, że świat zewnętrzny jest zbyt rozległy i przytłaczający.
Park był prawie pusty o tej porze – kilka matek z wózkami, starszy pan z jamnikiem, para nastolatków na ławce. Szły ścieżką wzdłuż stawu, ich buty trzeszczały na zmarzniętym żwirze.
– Jak się trzymasz? – Anka w końcu przerwała milczenie. – I nie mów mi: „dobrze”, bo obydwie wiemy, że to nieprawda.
Julia wzruszyła ramionami.
– Wstaję rano. Jem. Śpię. Czasami nawet myję zęby.
– Wow, myjesz zęby. To więcej, niż się spodziewałam.
Obie się uśmiechnęły – blado, bez przekonania, ale jednak.
– Wiesz, co jest najgorsze? – Julia spojrzała przed siebie, na szarą taflę stawu. – Nie to, że odszedł. Nie to, że zrobił to w taki sposób. Najgorsze jest to, że wciąż nie rozumiem dlaczego.
– Bo jest draniem.
– Anka…
– Nie ankuj mi tu. – Przyjaciółka zatrzymała się i stanęła naprzeciwko niej. – Facet zostawił cię w dniu ślubu. Bez wyjaśnienia. Przestań go bronić, bo nie da się już tego słuchać.
Julia chciała zaprotestować, ale milczała. Przez trzy miesiące szukała usprawiedliwień – może coś się stało, może ktoś go zmusił, może istnieje jakieś wytłumaczenie, które wszystko zmieni. Ale żadne nie nadeszło. Tylko ta dławiąca pustka.
– Wykasowałam jego numer z telefonu – odezwała się w końcu. – W zeszłym tygodniu.
Anka uniosła brwi.
– I?
– I nadal znam go na pamięć. Każdą cyfrę. – Gorzki uśmiech wykrzywił usta Julii. – Mogę go recytować w środku nocy, gdy nie mogę zasnąć. Co zdarza się ostatnio dość często.
Ruszyły dalej w milczeniu. Mróz szczypał w policzki, ale Julia nie przyśpieszała kroku. Po tylu dniach zamknięcia między czterema ścianami nawet zimno wydawało się luksusem.
– Wiesz, do jakiego wniosku doszłam? – Anka schowała dłonie w kieszeniach. – On musiał wstąpić do sekty. Albo do programu ochrony świadków. Nie ma innego wytłumaczenia.
Julia parsknęła wbrew sobie.
– Do sekty?
– No bo pomyśl. Normalny facet nie znika w dniu własnego ślubu. Albo sekta, albo porwanie przez kosmitów. Stawiałabym na sektę, bo kosmici mają lepszy gust.
Tym razem Julia roześmiała się naprawdę – krótko, prawie boleśnie, jakby ten dźwięk musiał przedrzeć się przez warstwy zasklepionego smutku. Ale jednak. Pierwszy prawdziwy śmiech od tygodni.
– Jesteś niemożliwa.
– Jestem twoją przyjaciółką. To moja robota.
Kilka minut później siedziały na ławce przy skraju parku, patrząc na zachodzące słońce – blade, zimowe, prawie pozbawione barw. Anka wyciągnęła z torebki termos i dwa plastikowe kubki.
– Gorąca czekolada. Z rumem. Nie mów mojej mamie.
Julia objęła kubek obiema dłońmi, chłonąc ciepło przez rękawiczki.
– Twoja mama i tak by nie uwierzyła, że pijesz cokolwiek mocniejszego niż sok jabłkowy.
– Właśnie dlatego mogę w spokoju popełniać wszelkie występki.
Przez chwilę piły w milczeniu, obserwując, jak para z kubków miesza się z mroźnym powietrzem.
– Julka. – Głos Anki stał się poważniejszy. – Wiem, że teraz wszystko wydaje się beznadziejne. Wiem, że masz wrażenie, jakby świat się skończył. Ale to minie. Obiecuję ci. Pewnego dnia obudzisz się i pierwszą myślą nie będzie on.
Julia upiła łyk czekolady, pozwalając alkoholowi ogrzać gardło.
– A jeśli nie minie?
– Minie. Bo jesteś silniejsza, niż myślisz. Bo masz mnie. Bo masz rodziców, którzy codziennie gotują ci ten swój cudotwórczy rosół. Wrócisz do pracy, wynajmiesz własne mieszkanie i zaczniesz od nowa.
– Mówisz to tak, jakby to było proste.
– Nie mówię, że proste. Mówię, że możliwe. To różnica.
Julia odstawiła kubek i spojrzała na przyjaciółkę. W bladym świetle zachodzącego słońca twarz Anki miała w sobie coś ikonicznego – poważna, zdeterminowana, jakby przyjaciółka samą siłą woli próbowała przelać odwagę w drugą osobę.
– Wiesz co? – Julia odezwała się po dłuższej chwili. – Masz rację. Nie mogę tak dalej. Nie mogę leżeć w łóżku i czekać, aż on wróci z wyjaśnieniami. Bo pewnie nigdy nie wróci. A nawet jeśli wróci… – Urwała, zaskoczona własnymi słowami. – Nawet jeśli wróci, nie wiem, czy chciałabym go słuchać.
Anka uniosła kubek w toaście.
– No proszę. Moja Julia wraca do żywych.
– Jeszcze nie wróciłam. Ale chyba zaczynam o tym myśleć.
Stuknęły się kubkami – plastik o plastik. Zwykły gest, który był obietnicą, że to nie koniec. Że Julia znajdzie w sobie siłę, by wstać, otrzepać się i ruszyć dalej, nawet jeśli każdy krok będzie bolał.
Wracały do domu w mroku. Latarnie rzucały pomarańczowe refleksy na zaśnieżony chodnik. Julia szła obok Anki, wciąż trzymając pusty kubek, jakby bała się go wypuścić.
Przed domem rodziców się zatrzymały. W oknach paliło się światło – mama pewnie szykowała kolację, tata oglądał wiadomości. Normalny wieczór. Zwyczajne życie, do którego Julia nie potrafiła jeszcze wrócić, ale które czekało na nią cierpliwie po drugiej stronie progu.
– Zadzwoń do mnie jutro – poprosiła Anka. – Albo nie dzwoń, to ja zadzwonię. I tak sprawdzam, czy żyjesz, co trzy godziny.
– Wiem. – Julia uścisnęła jej dłoń. – Dziękuję. Za wszystko.
– Od tego są przyjaciółki. Od wyciągania z domu, gorącej czekolady z rumem i przypominania, że faceci są zbędni.
– Nie wszyscy.
– Prawie wszyscy. – Anka mrugnęła. – Ale to temat na inny wieczór. Teraz idź do środka, zanim zamienisz się w sopel lodu.
Julia patrzyła, jak przyjaciółka odchodzi ulicą, czerwony płaszcz nadal wyróżniał się na tle szarych domów. Dopiero gdy zniknął za rogiem, odwróciła się i weszła do domu.
W progu kuchni czekała mama z pytaniem w oczach.
– Byłam na spacerze. Z Anką. – Julia zdjęła kurtkę i powiesiła na wieszaku. – Co mamy dzisiaj na kolację?
Pytanie było proste. Banalne. Ale mama zamarła na moment, jakby usłyszała coś więcej. Jakby w tych kilku słowach kryła się obietnica, że córka w końcu zacznie wychodzić z cienia.
– Kanapki – odpowiedziała, odwracając się do kuchni. – I sałatkę gyros. Tata prosił.
– Nakryć do stołu?
Kolejna pauza. Kolejne zaskoczenie.
– Byłoby miło.
Julia poszła do jadalni, wyjęła z kredensu talerze – trzy, jak zawsze – i zaczęła układać sztućce. Ręce wykonywały mechaniczne ruchy, ale umysł pracował na innych obrotach. Dziwne, pomyślała, jak ciało pamięta rzeczy, o których umysł wolałby zapomnieć. Jak palce same wiedzą, gdzie położyć nóż, jak stopy same niosą nas dokądś, jak serce samo bije dalej, choć prosiliśmy je, żeby przestało. Może na tym polega przetrwanie – na tym, że ciało nie słucha rozpaczy. Robi swoje, uparte i wierne, czekając, aż reszta nadąży. Anka miała rację. Nie mogła wiecznie leżeć w łóżku, wspominając przeszłość. Musiała zacząć budować przyszłość.
Spojrzała przez okno jadalni. Na szybie osadzał się szron, zamazując świat za oknem. Dobrze, pomyślała. Niech zamarznie. Niech wszystko, co było, zostanie za tą warstwą lodu. Po drugiej stronie czekało nowe życie – może samotne, może trudne, ale przynajmniej jej własne.
Położyła ostatni widelec i wróciła do kuchni, gdzie mama kroiła chleb, nucąc pod nosem jakąś starą melodię. I po raz pierwszy od trzech miesięcy Julia poczuła, że może jednak będzie dobrze. Nie dzisiaj. Nie jutro. Ale kiedyś.
Kiedyś musi być.
Poranny chłód wlewał się przez uchylone okno pokoju nauczycielskiego, niosąc ze sobą zapach mokrych liści i osadzającej się na szybach rosy. Julia Marciniak objęła dłońmi kubek z kawą, delektując się ciepłem, które powoli przenikało przez porcelanę. Za oknem niebo miało barwę dojrzałej śliwki – ten szczególny odcień jesiennego świtu, który zawsze kojarzył jej się z nowymi zeszytami i zapachem kredy.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Wcześniej
10 lat później
Rozdział 1
Posłowie
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Meritum publikacji
