Polowanie na czarownice. Część 3 - Sara Önnebo - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Polowanie na czarownice. Część 3 ebook i audiobook

Sara Önnebo

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Policjanci z Ostrobotni wciąż poszukują nieuchwytnego mordercy. Ostatnie wypadki sprawiają, że wiosenne miesiące są dla mieszkańców regionu koszmarem z najgorszego snu. Na domiar złego dwie kolejne ofiary przepadają jak kamień w wodę. Czy uda się wreszcie rozwiązać tę mrożącą krew w żyłach sprawę?

„Polowanie na czarownice” to trzyczęściowa seria Sary Önnebo, autorki bestsellerowych kryminałów „Wszyscy jesteśmy martwi” i „Kiedy zapada zmierzch”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 203

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 4 godz. 51 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Bartosz Głogowski

Oceny
4,5 (47 ocen)
33
8
5
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Zenka

Nie oderwiesz się od lektury

Trzyma w napięciu do ostatniej strony.Bardzo polecam.
00
DariuszJaronski52

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
00
madlaine

Nie oderwiesz się od lektury

Lubię książki tej autorki. Może nie mają aż takiego rozmachu, jak niektóre skandynawskie kryminały, ale pociąga mnie ich klimat. Tutaj mamy Niezwykle tajemniczą sprawę, ciała kobiet znajdowane w ogniskach i wyścig z czasem. Kolejna świetna powieść tej autorki.
00
Annku90

Dobrze spędzony czas

#czytam_se "‒ Po­my­śla­łam, że w so­botę mo­gli­by­śmy po­je­chać ra­zem, całą ro­dziną, na ogni­sko wiel­ka­nocne do Kråklun­dy. O ile nie masz in­nych pla­nów, oczy­wi­ście." U nas raczej ognisk wielkanocnych nie ma, ale za to szykujemy się na Noc Walpurgi, która już w czwartek. Wtedy właśnie rozpala się wielkie ogniska w celu odstraszenia czarownic i złych duchów. Słyszeliście o tym? W Malmö ogniska bedą w kilku miejscach. W książce, która jest podzielona na 3 części (co nie do końca mi pasowało, ponieważ musiałam na ostatnią trochę czekać) spotykamy się ze znaną nam policjantką Giselą Forsell. Mieszkańcy szukują się do Świąt Wielkanocnych, ale piękne świętowanie zostaje zastąpione trasznym odkryciem. W popiołach ogniska mieszkańcy Ostrobotni znajdują zwęglone szczątki ciał. Gisela natychmiast rusza ze śledztwem. Szczątki rozstają rozpoznane, ale walka toczy się dalej, ponieważ zaginęły kolejne osoby. Czy zdąży na czas, zanim ktoś znowu zabawi sie w Boga i odbierze im życi...
00
babka12

Nie oderwiesz się od lektury

Najlepsza z części.
00



Ty­tuł ory­gi­nału: Häxjak­ten 3

Prze­kład z ję­zyka szwedz­kiego: Ka­ro­lina Skiba

Co­py­ri­ght © Sara Ön­nebo, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt okładki: Da­mian Nie­wczyń­ski

Re­dak­cja: Ma­ria Za­jąc

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8076-875-7

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Gyl­den­dal Astra /Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

Czwar­tek, 2 maja 2024 roku

GI­SELA

Tech­nicy kry­mi­na­li­styki przy­byli do domu ro­dziny The­lan­de­rów wcze­snym ran­kiem.

‒ Nie mogę uwie­rzyć, że Dan nie żyje – po­wie­działa Ca­rina, sto­jąc obok Gi­seli przy ku­chen­nym oknie i pa­trząc na za­par­ko­wane przy ulicy ra­dio­wozy.

Wielu są­sia­dów wy­szło na schody i z za­cie­ka­wie­niem ob­ser­wo­wało wy­da­rze­nia roz­gry­wa­jące się w tej za­zwy­czaj spo­koj­nej dziel­nicy.

Ca­rina zwró­ciła się do Gi­seli:

‒ Znik­nął z mo­jego ży­cia raz na za­wsze. – Na jej twa­rzy po­ja­wił się sze­roki uśmiech, który znik­nął, gdy zo­ba­czyła po­ważną minę sio­stry.

‒ Tech­nicy prze­szu­kają cały dom, żeby zna­leźć do­wody, które wy­ja­śnią oko­licz­no­ści śmierci Dana, kto go za­mor­do­wał i dla­czego – za­uwa­żyła Gi­sela.

‒ Ale prze­cież za­mor­do­wano go na plaży – zdzi­wiła się Ca­rina.

‒ To nic. Po­li­cja i tak bę­dzie szu­kać śla­dów w domu, a już na pewno przej­rzą jego kom­pu­ter. Wtedy znajdą mo­jego pen­drive’a, więc będą pró­bo­wali zna­leźć od­ci­ski pal­ców i DNA u niego w ga­bi­ne­cie i w in­nych po­ko­jach, o ile już tego nie zro­bili.

Ca­rina wzru­szyła ra­mio­nami.

‒ Wła­ma­nie to nie to samo co mor­der­stwo – stwier­dziła.

Gi­sela sta­rała się nie de­ner­wo­wać. Sio­stra nie była po­li­cjantką. Nie miała po­ję­cia, w jaki spo­sób pra­cuje po­li­cja.

‒ Ro­zu­mo­wa­nie po­li­cji bę­dzie wy­glą­dać na­stę­pu­jąco – za­częła tłu­ma­czyć. ‒ Osoba, która wła­mała się do The­lan­de­rów, żeby wgrać zdję­cia por­no­gra­ficzne na kom­pu­ter Dana, mo­gła mieć po­wód, żeby go za­bić.

Ca­rina za­kryła usta dło­nią.

‒ My­ślisz, że będą cię po­dej­rze­wać o za­bój­stwo Dana?

‒ Tego się wła­śnie boję. Mu­szę coś szybko wy­my­ślić.

‒ Tylko co? – spy­tała zre­zy­gno­wana Ca­rina.

Gi­sela wpa­try­wała się w okno. Tech­nicy wło­żyli kom­bi­ne­zony.

Pod­je­chał ko­lejny ra­dio­wóz i za­par­ko­wał przed do­mem The­lan­de­rów. Z sa­mo­chodu wy­siadł Jo­akim Borg­ström, dawny ko­lega Gi­seli ze szkoły. Pod­szedł do tech­ni­ków i za­mie­nił z nimi kilka słów. Wło­żył ochra­nia­cze na buty i gu­mowe rę­ka­wiczki. Na­stęp­nie wszedł do środka.

Gi­sela mu­siała od­zy­skać pen­drive’a. I to jak naj­prę­dzej.

‒ Już wiem – rzu­ciła, po czym wy­bie­gła na ze­wnątrz.

Mi­gnęła le­gi­ty­ma­cją po­li­cyjną tech­ni­kom sto­ją­cym przy bra­mie.

‒ Pra­cuję z in­spek­to­rem Jo­aki­mem Borg­strömem – po­wie­działa.

Zer­k­nęli prze­lot­nie w jej stronę, nie zwra­ca­jąc uwagi, że le­gi­ty­ma­cja nie była wy­dana w Szwe­cji.

‒ Jest w środku – od­parł je­den z nich.

Gi­sela we­szła do domu Dana The­lan­dera. Sły­szała, jak Jo­akim roz­ma­wia z kimś w kuchni. Szybko wśli­zgnęła się do ga­bi­netu za­mor­do­wa­nego. Kom­pu­ter wciąż tam był. Całe szczę­ście jesz­cze go nie za­brali. Zro­biła parę dłu­gich kro­ków i zna­la­zła się przy dysku twar­dym. Po­chy­liła się i wy­jęła pen­drive’a. Ręce drżały jej tak bar­dzo, że nie­mal go upu­ściła. Jed­nak się udało. Od­zy­skała go, za­nim Jo­akim i jego funk­cjo­na­riu­sze za­brali sprzęt do la­bo­ra­to­rium. Z ulgą ści­snęła mały no­śnik pa­mięci w dłoni. Wzięła kilka wde­chów, by uspo­koić roz­sza­lałe bi­cie serca.

Na­stęp­nie zde­cy­do­wa­nie ru­szyła w stronę kuchni. Za­pu­kała we fra­mugę drzwi, by zwró­cić uwagę Jo­akima.

‒ Gi­sela?! Co tu ro­bisz?

Jo­akim spoj­rzał na nią, nie ukry­wa­jąc zdzi­wie­nia.

‒ Szu­ka­łam cię.

‒ Jak wi­dzisz, je­ste­śmy w trak­cie re­wi­zji, więc nie mo­żesz tu być. Nie mu­szę chyba tego mó­wić tak do­świad­czo­nej śled­czej jak ty.

‒ Oczy­wi­ście, że nie. Po pro­stu Ca­rina się mar­twi, że ona i jej ro­dzina też mogą być w nie­bez­pie­czeń­stwie. Obie­ca­łam, że zro­bię, co w mo­jej mocy, i do­wiem się jak naj­wię­cej.

‒ Czy ma po­wody, żeby się mar­twić? – spy­tał Jo­akim.

‒ Nie, skąd. Ale wiesz, jaka ona jest.

Twarz in­spek­tora zła­god­niała.

‒ Po­wiedz sio­strze, że może być spo­kojna. Trak­tu­jemy to jako od­osob­niony przy­pa­dek. Mor­derca Dana nie sta­nowi ra­czej za­gro­że­nia dla ko­go­kol­wiek in­nego.

‒ Skąd ta pew­ność? – do­cie­kała Gi­sela.

Jo­akim uśmiech­nął się krzywo.

‒ Nie mogę ci po­wie­dzieć. Do­brze o tym wiesz. Za­cho­wu­jesz się jak na­chalna re­por­terka. Idź już do domu. Mamy tu ro­botę do wy­ko­na­nia.

‒ Do­bra, w po­rządku. Daj znać, je­śli będę mo­gła w czymś po­móc.

W dro­dze do wyj­ścia Gi­sela scho­wała pen­drive’a do kie­szeni spodni.

Miała je­dy­nie na­dzieję, że Dan The­lan­der nie zdą­żył uru­cho­mić kom­pu­tera, gdy no­śnik pa­mięci był pod­łą­czony. Freddy twier­dził, że nie da się po­wią­zać pliku z nią. Ale czy na pewno?

CHRY­STAL

Chry­stal Fi­sher jesz­cze się nie przy­zwy­cza­iła do ja­snych nocy w Fin­lan­dii. Ani do ży­cia z ro­dziną In­gve­sów w Kråklun­dzie, które tak bar­dzo róż­niło się od jej co­dzien­no­ści w Syd­ney. Choć prze­cież wła­śnie po to tu przy­je­chała ‒ żeby do­świad­czyć cze­goś no­wego.

Wstała z łóżka i roz­su­nęła za­słony. Wyj­rzała przez okno i się cof­nęła.

W ogro­dzie stał męż­czy­zna. Pa­trzył w górę, w stronę jej sy­pialni.

Szybko za­cią­gnęła za­słony i zro­biła duży krok do tyłu. Przez dłuż­szą chwilę stała po­środku po­koju, nie wie­dząc, co ro­bić. Czy to ten sam czło­wiek, który stał na dro­dze przed do­mem ty­dzień wcze­śniej? Nie miała pew­no­ści. Wtedy wi­działa go nie­wy­raź­nie w gę­stej mgle. A te­raz tylko prze­lot­nie na niego zer­k­nęła. Po­woli pod­kra­dła się z po­wro­tem do okna. Wsu­nęła palce wska­zu­jące po­mię­dzy ma­te­riał i wyj­rzała na ze­wnątrz przez nie­wielką szparę.

Nie­zna­jomy na­dal tam stał.

Miał na so­bie czarną bluzę z kap­tu­rem na­cią­gnię­tym na głowę, rzu­ca­ją­cym ciemny cień na twarz. Bu­dził w niej strach. Ciężko od­dy­chała. Serce wa­liło jej w piersi jak osza­lałe. Czy po­winna po­wie­dzieć In­gve­som, że w ogro­dzie jest obcy męż­czy­zna? Czy ją wy­śmieją? Może miał prawo tam być? Na przy­kład przy­szedł, żeby umyć okna lub przy­ciąć ży­wo­płot. Chry­stal nie chciała wyjść na bo­jaź­liwą. Była w Fin­lan­dii do­piero od nie­ca­łych dwóch ty­go­dni i nie znała zbyt do­brze In­gve­sów ani oko­licy.

Za­wsze uwa­żała, że warto by­łoby zo­ba­czyć, jak wy­gląda ży­cie w in­nej czę­ści świata. Dla­tego po ukoń­cze­niu stu­diów zgło­siła się do agen­cji au pair i wy­brała Fin­lan­dię, po­nie­waż ten kraj od wielu lat uzna­wano za naj­szczę­śliw­szy na świe­cie. Jak do­tąd na­dal nie po­tra­fiła zro­zu­mieć, dla­czego tak uwa­żano. Było tu zimno, a po­goda co chwilę się zmie­niała. Miesz­kańcy Kråklundy wy­da­wali się po­nu­rzy i ma­ło­mówni, choć mo­gło to mieć coś wspól­nego z mor­der­stwami, o któ­rych opo­wia­dał po­li­cjant. Za­py­tała Ve­ery i Tho­masa In­gve­sów o te zbrod­nie, ale nie chcieli o tym roz­ma­wiać. Po­wie­dzieli tylko, żeby nie wspo­mi­nała o tym przy dzie­ciach, bo mo­głyby się prze­stra­szyć.

Chry­stal się ubrała i ze­szła do kuchni. Wszy­scy już sie­dzieli przy stole, na któ­rym cze­kało śnia­da­nie. Sok po­ma­rań­czowy, chleb żytni, ke­fir, ser i szynka. Chry­stal od wielu lat była we­ganką, ale w Fin­lan­dii po­szła na kom­pro­mis w kwe­stii diety. Uznała to za naj­prost­sze roz­wią­za­nie. Na­dal uni­kała mięsa oraz ryb, lecz zda­rzało jej się zjeść jajka i na­biał, je­śli nie miała in­nego wyj­ścia.

‒ Dzień do­bry, Chry­stal ‒ przy­wi­tała się Ve­era z sil­nym fiń­skim ak­cen­tem. ‒ Do­brze spa­łaś?

Dziew­czyna ski­nęła głową.

‒ To świet­nie. Dzieci chciały pójść na górę cię obu­dzić, ale po­wie­dzia­łam im, żeby dały ci jesz­cze tro­chę po­spać. Chodź, zjesz z nami śnia­da­nie. Tho­mas już po­je­chał do pracy, ja też mu­szę nie­długo wyjść. Naj­pierw jed­nak chcia­łam omó­wić z tobą plan dnia chłop­ców.

Chry­stal usia­dła i na­lała so­bie kawy do kubka. Pró­bo­wała za­pa­mię­tać wszystko, co musi zro­bić. Od­wieźć dzieci do szkoły i przed­szkola, po­tem je ode­brać. Młod­szy syn In­gve­sów miał iść po po­łu­dniu do ko­legi, a star­szy na lek­cję gry na fle­cie i tre­ning ho­keja. Usi­ło­wała so­bie przy­po­mnieć, gdzie się znaj­duje lo­do­wi­sko. Już raz tam była, ale je­chała z Tho­ma­sem i nie zwra­cała uwagi na drogę.

‒ Po­my­śla­łam, że kiedy dzieci będą w szkole, mo­gła­byś po­sprzą­tać w domu i zro­bić za­kupy na week­end. Faj­nie mieć to wcze­śniej z głowy – za­uwa­żyła Ve­era.

Chry­stal pla­no­wała po­bie­gać w le­sie, jed­nak bez słowa przy­jęła li­stę za­dań do zro­bie­nia. Bę­dzie mu­siała się wy­brać na jog­ging wie­czo­rem. Zmrok za­padł do­piero około dwu­dzie­stej dru­giej.

Ve­era wstała od stołu.

‒ Po­sprzą­tasz, pro­szę, po śnia­da­niu? Tro­chę się spie­szę – rzu­ciła.

‒ Nie ma sprawy – od­parła Chry­stal.

‒ Czy chcesz jesz­cze o coś za­py­tać, za­nim wyjdę? W ra­zie czego po pro­stu do mnie za­dzwoń. Mam te­le­fon cały czas przy so­bie.

Chry­stal za­wa­hała się przez chwilę, po czym się ode­zwała:

‒ Jak się obu­dzi­łam, wyj­rza­łam przez okno i wi­dzia­łam w ogro­dzie ja­kie­goś męż­czy­znę. Wiesz, kim on jest?

‒ Męż­czy­znę w na­szym ogro­dzie? ‒ Ve­era zmarsz­czyła czoło. ‒ Jak wy­glą­dał?

‒ Nie przyj­rza­łam mu się zbyt do­kład­nie, ale wy­da­wał się ra­czej młody, w moim wieku albo ciut star­szy. Był ubrany na czarno.

‒ Hm, w oko­licy nie ma zbyt wielu mło­dych chło­pa­ków. To mógł być Ro­bin Snel­l­man, z po­bli­skiego go­spo­dar­stwa, choć nie bar­dzo ro­zu­miem, co miałby ro­bić u nas w ogro­dzie. Może szu­kał swo­ich psów? Prze­waż­nie bie­gają lu­zem i cią­gle ucie­kają.

Nic nie wska­zy­wało na to, by męż­czy­zna szu­kał zbie­głych czwo­ro­no­gów, lecz Chry­stal za­cho­wała to spo­strze­że­nie dla sie­bie.

Ve­era ścią­gnęła brwi.

‒ Na twoim miej­scu trzy­ma­ła­bym się z da­leka od Ro­bina Snel­l­mana. Coś z nim jest nie tak.

CA­RINA

‒ Kto dzwo­nił? – spy­tał Jonny, gdy Ca­rina się roz­łą­czyła.

‒ Po­li­cja. Chcą, że­by­śmy przy­szli ju­tro na prze­słu­cha­nie. Gi­sela też ma przyjść.

‒ Dla­czego chcą z nami roz­ma­wiać? Prze­cież nie zna­li­śmy Dana.

‒ Wiem. Ale by­li­śmy jed­nymi z ostat­nich lu­dzi, któ­rzy go wi­dzieli.

Jonny po­słał jej ba­daw­cze spoj­rze­nie.

‒ Dan był pra­wie pewny, że już się kie­dyś spo­tka­li­ście – za­uwa­żył.

Ca­rina wie­działa, że musi po­wie­dzieć mę­żowi o gwał­cie. Po­li­cjanci pro­wa­dzący śledz­two w spra­wie mor­der­stwa Dana The­lan­dera będą grze­bać w jego prze­szło­ści i ist­nieje duża szansa, że tra­fią na jej dawne zgło­sze­nie o prze­stęp­stwie.

Ze­brała się na od­wagę i wy­znała:

‒ Mu­szę ci o czymś opo­wie­dzieć…

Sta­rała się mó­wić rze­czowo. Tłu­miła emo­cje. Jakby mó­wiła o kimś in­nym.

Jonny cho­dził tam i z po­wro­tem po po­koju. Sta­wał się co­raz bar­dziej ner­wowy. Za­ci­snął dło­nie w pię­ści. Uni­kał wzroku Ca­riny. Ona też nie była w sta­nie spoj­rzeć mu w oczy. Bała się, że się roz­sy­pie. Kiedy skoń­czyła, Jonny ude­rzył pię­ścią w ścianę tak mocno, że w pły­cie gip­so­wej po­wstała dziura.

‒ Co za skur­wiel! ‒ wrza­snął. ‒ Do­brze, że już nie żyje. Ina­czej skrę­cił­bym mu kark!

‒ Uspo­kój się, Jonny ‒ prze­rwała mu Ca­rina, po czym wstała. ‒ Jesz­cze, nie daj Boże, dzieci cię usły­szą.

Męż­czy­zna wziął głę­boki wdech. Cały się trząsł.

‒ Dla­czego ni­gdy mi o tym nie po­wie­dzia­łaś? – spy­tał. ‒ My­śla­łem, że nie mamy przed sobą żad­nych ta­jem­nic.

‒ Nie masz po­ję­cia, ile razy chcia­łam ci o tym po­wie­dzieć. Ale nie umia­łam. Poza tym to wy­da­rzyło się tak dawno temu. Na­prawdę sta­ra­łam się zo­sta­wić to wszystko za sobą.

Jonny prze­cze­sał włosy dłońmi.

‒ Wiesz, co to ozna­cza?

‒ Co masz na my­śli?

‒ Że oboje mie­li­śmy po­wód, żeby za­bić Dana The­lan­dera.

Ca­rina opa­dła z po­wro­tem na łóżko.

‒ Prze­pra­szam. To wszystko moja wina.

Jonny usiadł obok niej i ją przy­tu­lił.

‒ To nie twoja wina. Mu­simy tylko uzgod­nić, co ju­tro po­wiemy po­li­cji.

Przez dłuż­szą chwilę sie­dzieli w mil­cze­niu. Po­tem Ca­rina za­py­tała:

‒ Dla­czego ro­bi­łeś pra­nie w środku nocy i wzią­łeś prysz­nic, kiedy wró­ci­łeś z plaży?

Jonny spoj­rzał na nią z prze­ra­że­niem w oczach.

‒ Chyba nie my­ślisz, że to ja go za­bi­łem?

‒ Oczy­wi­ście, że nie. Ale po­li­cja praw­do­po­dob­nie na­bie­rze po­dej­rzeń, je­śli się o tym do­wie.

‒ Wiesz, że nie zno­szę za­pa­chu dymu. Strasz­nie śmier­dzia­łem po ca­łym wie­czo­rze spę­dzo­nym przy ogni­sku. Nie chcia­łem się obu­dzić z tym za­pa­chem we wło­sach i na ubra­niach, dla­tego po po­wro­cie się wy­ką­pa­łem i wy­pra­łem ubra­nia, które mia­łem na so­bie.

Ca­rina uznała, że wy­ja­śnie­nie męża brzmi roz­sąd­nie.

‒ Le­piej nie wspo­mi­nać o tym po­li­cji – stwier­dziła.

‒ Skoro już po­ru­szy­li­śmy ten te­mat, to gdzie by­łaś tej nocy? Wy­szłaś z domu po moim po­wro­cie? Kiedy się obu­dzi­łem, bo mu­sia­łem iść do to­a­lety, nie było cię w łóżku. Ani na dole.

‒ Nie mo­głam spać. Wy­szłam na ze­wnątrz za­czerp­nąć świe­żego po­wie­trza.

‒ O tym też le­piej nie mó­wić po­li­cji – za­su­ge­ro­wał Jonny i mocno przy­tu­lił żonę.

LI­NUS

Za­po­mniał swo­jej ulu­bio­nej bluzy z miesz­ka­nia i w dro­dze z pracy do domu za­je­chał tam, żeby ją za­brać. Za­nim wy­siadł z sa­mo­chodu, spoj­rzał na ze­ga­rek. Była do­piero szes­na­sta. To do­brze. Jo­se­fin po­winna na­dal być w biu­rze, które wy­naj­mo­wała w mie­ście.

Jakże się my­lił.

Już na klatce scho­do­wej usły­szał mu­zykę do­cho­dzącą z miesz­ka­nia. Jo­se­fin pusz­czała na cały re­gu­la­tor swoją im­pre­zową play­li­stę, tę, któ­rej słu­chała, gdy była w do­brym na­stroju.

Li­nus wa­hał się, czy w ogóle wcho­dzić. Za­le­żało mu jed­nak na blu­zie.

Nie miał od­wagi wejść bez pu­ka­nia, wie­dząc, że w miesz­ka­niu jest Jo­se­fin. Mimo że miał klu­cze, po­sta­no­wił za­dzwo­nić do drzwi.

Jo­se­fin otwo­rzyła z sze­ro­kim uśmie­chem. Miała na so­bie czarną, ob­ci­słą su­kienkę, mi­ster­nie upięty kok, a usta po­ma­lo­wane na sek­sowny ru­bi­nowy od­cień. Wy­glą­dała tak prze­pięk­nie, że za­nie­mó­wił.

‒ Cześć – wy­du­sił w końcu.

Jo­se­fin naj­wy­raź­niej spo­dzie­wała się ko­goś in­nego, bo kiedy zo­ba­czyła, że to Li­nus, prze­stała się uśmie­chać, a jej twarz przy­brała su­rowy wy­raz. Skrzy­żo­wała ręce na piersi.

‒ Co ty tu ro­bisz? To, że nie­dawno się ze sobą prze­spa­li­śmy, nie ozna­cza, że mo­żesz przy­cho­dzić, kiedy chcesz, bez uprze­dze­nia. Je­żeli to ma się udać, mu­simy sza­no­wać wza­jem­nie swoją pry­wat­ność.

‒ Prze­pra­szam. My­śla­łem, że cię nie bę­dzie. Chcia­łem tylko za­brać bluzę, którą tu zo­sta­wi­łem.

‒ Do­brze, wejdź. Ale na przy­szłość będę wdzięczna, jak naj­pierw do mnie za­dzwo­nisz. Mogę mieć go­ści.

Gniew Jo­se­fin za­sko­czył Li­nusa. Mó­wiła tak, jakby ich zwią­zek na­prawdę się skoń­czył. Jakby nie wi­działa moż­li­wo­ści po­wrotu do tego, co było wcze­śniej. Nie do­cie­rało do niego, że to ko­niec ich mał­żeń­stwa. Albo po pro­stu wy­pie­rał to ze świa­do­mo­ści.

Wszedł do sy­pialni i wziął bluzę. Miesz­ka­nie wy­da­wało się znacz­nie przy­tul­niej­sze, kiedy prze­by­wała w nim Jo­se­fin. Pach­niało świe­żo­ścią, a na ku­chen­nym stole stał wa­zon z wiel­kim bu­kie­tem kwia­tów. Czy do­stała go od ja­kie­goś męż­czy­zny? Na pa­ra­pe­cie pa­liła się świeczka za­pa­chowa. Wnę­trze po pro­stu tęt­niło ży­ciem, kiedy była tu Jo­se­fin.

‒ Zna­la­złeś to, czego szu­ka­łeś? – spy­tała.

‒ Tak, dzię­kuję, że mnie wpu­ści­łaś.

‒ Nie ma sprawy, w końcu ty też tu miesz­kasz – stwier­dziła Jo­se­fin ła­god­niej­szym to­nem.

‒ Czy nie po­win­ni­śmy po­roz­ma­wiać o tym, co się wy­da­rzyło w noc Wal­pur­gii?

‒ Słu­chaj, nie mam te­raz na to czasu. Szcze­rze mó­wiąc, my­ślę, że po­win­ni­śmy o tym po pro­stu za­po­mnieć.

Jak Li­nus mógł za­po­mnieć, że na chwilę od­zy­skał żonę, po czym rów­nie szybko ją stra­cił?

Miał wra­że­nie, że Jo­se­fin się spie­szy.

Ze­brał się na od­wagę i za­py­tał:

‒ Wy­cho­dzisz?

‒ Tak, idę na ko­la­cję z… bli­ską mi osobą.

Nie do­cie­kał, czy cho­dzi o męż­czy­znę. I tak czuł się wy­star­cza­jąco zdru­zgo­tany.

Jo­se­fin prze­chy­liła głowę. Po­pa­trzyła na niego do­brze mu zna­nym wzro­kiem.

Wes­tchnęła i zwró­ciła się do męża:

‒ My­ślisz, że twoi ro­dzice mo­gliby się za­jąć dziećmi przez kilka go­dzin któ­re­goś dnia w przy­szłym ty­go­dniu? Ty i ja mamy sporo do omó­wie­nia. Bę­dzie nam ła­twiej, jak dzieci nie będą nam prze­szka­dzać.

W sercu Li­nusa za­tliła się iskierka na­dziei.

‒ Ja­sne. Za­ła­twię to. Kiedy?

Przy­gry­zła wargę.

‒ Mu­szę spraw­dzić w ka­len­da­rzu. Dam znać. Tylko nie rób so­bie zbyt wiel­kich na­dziei.

Roz­ło­żyła ręce, jakby już prze­pra­szała za to, że za­mie­rza zła­mać mu serce.

Li­nus prze­łknął ślinę.

‒ Ja­sne. Ode­zwij się, jak już bę­dziesz znać datę – rzu­cił, mi­ja­jąc Jo­se­fin.

Chciał stam­tąd jak naj­szyb­ciej uciec.

Za­sta­na­wiał się, czy męż­czy­zna, z któ­rym Jo­se­fin miała zjeść ko­la­cję, był tą samą osobą, która kilka ty­go­dni wcze­śniej zo­sta­wiła w kuchni paczkę pa­pie­ro­sów i za­pal­niczkę.

RO­BIN

Ścieżka bie­gowa w Kråklun­dzie prze­bie­gała przez las po­ło­żony w po­bliżu go­spo­dar­stwa. Była oświe­tlona, a zimą słu­żyła jako trasa do nar­ciar­stwa bie­go­wego. Kiedy Ro­bin był dziec­kiem, w week­endy bie­gało tam lub jeź­dziło na nar­tach dużo lu­dzi. W po­ło­wie drogi, na po­la­nie na szczy­cie wzgó­rza, znaj­do­wała się wiata z miej­scem do gril­lo­wa­nia. Ro­bin czę­sto cho­dził tam­tędy na spa­cer z psami wraz z ro­dzi­cami. Kiedy do­cie­rali do wiaty, mama wyj­mo­wała ter­mos z go­rącą cze­ko­ladą, a tata roz­pa­lał ogień w pa­le­ni­sku, nad któ­rym pie­kli kieł­ba­ski. Tamte czasy wy­da­wały się bar­dzo od­le­głe. Obec­nie tylko nie­liczni tu przy­cho­dzili, a wiata się za­wa­liła.

Ro­bin za­par­ko­wał na par­kingu na po­czątku trasy. Przy­jeż­dżał tu też przez dwa po­przed­nie dni. Wy­ty­po­wał ofiarę. Co­dzien­nie wie­czo­rem bie­gła tą samą ścieżką i około osiem­na­stej pięt­na­ście mi­jała miej­sce wy­brane przez Ro­bina.

Po­li­cja na­dal spraw­dzała i prze­trzy­my­wała ich SUV-y. W tej sy­tu­acji Pia wy­na­jęła je­den sa­mo­chód, ten, w któ­rym jej syn wła­śnie sie­dział: mały, czer­wony i nie­od­po­wiedni do tego, co pla­no­wał, ale uznał, że ofiara po­winna się zmie­ścić na tyl­nym sie­dze­niu. Wziął ze sobą koc, żeby ją nim przy­kryć. Nie chciał, żeby kto­kol­wiek zo­ba­czył ją przez szybę.

Zza za­krętu wy­bie­gła dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nia dziew­czyna, ubrana w zie­lone leg­ginsy i be­żową wia­trówkę, lecz to nie na nią cze­kał Ro­bin. Śle­dził ją wzro­kiem, aż znik­nęła w głębi lasu. Zer­k­nął na ze­ga­rek. Do­cho­dził kwa­drans po osiem­na­stej. Ofiara miała tu być lada chwila. Wy­pa­try­wał jej mię­dzy drze­wami. Nad­bie­gała. Miała czarny strój spor­towy, a na gło­wie ró­żową opa­skę. Ku­cyk ko­ły­sał się w rytm jej kro­ków. Bie­gła w słu­chaw­kach na uszach i nie zwra­cała uwagi na oto­cze­nie. Po­dob­nie jak w po­przed­nie wie­czory, była cał­ko­wi­cie sku­piona na tra­sie, bie­ga­niu i utrzy­ma­niu tempa, które bez prze­rwy spraw­dzała na smar­twat­chu.

Ro­bin wy­siadł z sa­mo­chodu i scho­wał się za krza­kami. Cze­kał na od­po­wiedni mo­ment, by za­ata­ko­wać. Naj­pierw usły­szał jej kroki na mięk­kim, po­kry­tym igłami pod­łożu. Ci­che jak szept. Po­tem ‒ jej od­dech, który sta­wał się tro­chę cięż­szy, kiedy bie­gła pod górę. Dało mu to do­dat­kową prze­wagę. Po­ry­wa­nie jej o tej po­rze wy­da­wało się ry­zy­kowne, po­nie­waż na ze­wnątrz na­dal było ja­sno. W po­bliżu nie wi­dział jed­nak zbyt wielu lu­dzi.

Przy­go­to­wał się. Na­są­czył szmatkę środ­kiem usy­pia­ją­cym, który za­brał z kli­niki we­te­ry­na­ryj­nej. Sku­lił się. Spraw­dził, czy żadne auto nie wjeż­dża na par­king. Wy­pro­sto­wał się. Przy­jął po­zy­cję do ataku.

Ko­bieta była rap­tem kilka me­trów od krza­ków, w któ­rych się ukrył.

Wstrzy­mał od­dech.

Trzy me­try, dwa me­try, metr.

Mi­nęła go. Lek­kim kro­kiem prze­bie­gła obok jego kry­jówki.

Tym ra­zem też mu się nie udało.

Zo­stał za krza­kami, do­póki nie uspo­koił od­de­chu.

Na­stęp­nie wsiadł z po­wro­tem do sa­mo­chodu i wró­cił do domu.

Pią­tek, 3 maja 2024 roku

GI­SELA

Po­kój prze­słu­chań przy­po­mi­nał ten w ko­mi­sa­ria­cie w Va­asie, z tą za­sad­ni­czą róż­nicą, że w Fin­lan­dii to Gi­sela kon­tro­lo­wała sy­tu­ację, a te­raz to ją mieli prze­słu­chi­wać.

‒ Czy zna­łaś Dana The­lan­dera? – za­czął Jo­akim Borg­ström.

Nie brzmiało to jak oskar­że­nie. Gi­sela nie była po­dej­rzana o za­bój­stwo Dana. Zo­stała we­zwana na prze­słu­cha­nie w cha­rak­te­rze świadka. Dla­czego więc czuła się winna?

Pot zbie­rał się na skro­niach i pod pa­chami. Serce tłu­kło się jak osza­lałe. Była pewna, że Jo­akim sły­szy jego dud­nie­nie w ci­szy mię­dzy py­ta­niami.

Jak prze­stępcy so­bie z tym ra­dzili? Jak uda­wało im się kła­mać pod­czas prze­słu­cha­nia, za­cho­wu­jąc ka­mienną twarz? Praw­do­po­dob­nie do­brze o niej świad­czyło, że sama tak nie umie. W tej chwili jed­nak ża­ło­wała, że swoim za­cho­wa­niem zdra­dza po­czu­cie winy. Ist­niała bo­wiem jesz­cze inna ka­te­go­ria prze­stęp­ców. Ci, któ­rzy nie po­tra­fili ukry­wać emo­cji. Ci, któ­rych ła­two było zła­mać w trak­cie prze­słu­cha­nia.

‒ Gi­selo? Zna­łaś Dana The­lan­dera? – po­wtó­rzył Jo­akim, a in­spek­torka zdała so­bie sprawę, że jesz­cze nie od­po­wie­działa na py­ta­nie.

Prze­łknęła ślinę.

‒ Nie, nie zna­łam go. Po raz pierw­szy spo­tka­łam go w noc Wal­pur­gii, przy ogni­sku na plaży. Wła­śnie wpro­wa­dził się z ro­dziną do domu obok Ca­riny i Jonny’ego.

‒ Roz­ma­wia­łaś z nim?

‒ Tro­chę.

‒ O czym?

‒ Nie pa­mię­tam do­kład­nie. Za­pewne o ni­czym istot­nym – od­parła Gi­sela.

Wtedy uświa­do­miła so­bie, że Jo­akim miał rów­nież prze­słu­chać Jonny’ego i że ten praw­do­po­dob­nie pa­mię­tał, o czym roz­ma­wiali.

‒ Mój szwa­gier wspo­mniał, że to ja pro­wa­dzę śledz­two w spra­wie ko­biet spa­lo­nych na sto­sie w Wiel­ka­noc. Dan wy­da­wał się za­in­te­re­so­wany tymi za­bój­stwami. Za­dał kilka py­tań, a ja uni­ka­łam od­po­wie­dzi.

Jo­akim zmarsz­czył czoło.

‒ Dla­czego twój szwa­gier roz­ma­wiał z Da­nem o twoim do­cho­dze­niu? Z tego, co mó­wisz, do­piero się po­znali.

Gi­sela wzru­szyła ra­mio­nami. Si­liła się na swo­bodny ton.

‒ Jonny ma naj­nud­niej­szą pracę na świe­cie. Jest in­we­sto­rem wy­so­kiego ry­zyka. ‒ Ośmie­liła się uśmiech­nąć, a Jo­akim od­po­wie­dział tym sa­mym. ‒ Mój za­wód fa­scy­nuje wielu lu­dzi, zwłasz­cza gdy dzieje się coś na­prawdę strasz­nego. Pew­nie wiesz, co mam na my­śli.

Jo­akim ski­nął głową, przy­zna­jąc jej ra­cję, po czym jego twarz szybko na­brała su­ro­wego wy­razu.

Spoj­rzał w pa­piery i wy­raź­nie uni­kał kon­taktu wzro­ko­wego.

‒ Je­steś prze­ko­nana, że ni­gdy przed­tem nie spo­tka­łaś Dana The­lan­dera?

‒ Tak, je­stem cał­ko­wi­cie pewna – za­pew­niła Gi­sela.

Przy­naj­mniej nie kła­mała. Mimo to wcale nie czuła się spo­koj­niej­sza. Była prze­ko­nana, że Jo­akim za­raz ją za­pyta, dla­czego w ta­kim ra­zie zna­leźli jej od­ci­ski pal­ców, DNA lub ślady stóp u The­lan­de­rów.

Przez chwilę mię­dzy po­li­cjan­tami pa­no­wała nie­zręczna ci­sza, po czym ode­zwał się Borg­ström:

‒ Nie wiem, jak to po­wie­dzieć, ale chyba od razu przejdę do rze­czy. ‒ Wy­jął coś z pla­sti­ko­wego wo­reczka. ‒ Tech­nicy zna­leźli tę przy­pinkę w ga­bi­ne­cie Dana The­lan­dera. Czy na­leży do cie­bie?

Gi­sela po­krę­ciła głową.

‒ Za­uwa­ży­łem, że mia­łaś taką samą przy­piętą do kurtki, kiedy wpa­dli­śmy na sie­bie w parku miej­skim w Lund. A dzi­siaj już jej tam nie ma.

Jo­akim przyj­rzał się przy­pince i prze­czy­tał na głos:

‒ V.S.K. Do­my­ślam się, że to skrót od Vasa Sim­klubb, mam ra­cję? Wy­go­oglo­wa­łem to. Dziwny zbieg oko­licz­no­ści, nie uwa­żasz?

Gi­sela miała ochotę strze­lić so­bie w łeb. Co za głupi błąd! Uda­wała, że przy­gląda się uważ­nie tej cho­ler­nej przy­pince klu­bo­wej, którą ku­piła w chwili sła­bo­ści za na­mową Li­nusa.

‒ Moż­liwe, że to moja ‒ przy­znała.

‒ Da się to ła­two spraw­dzić, wy­star­czy dać do ana­lizy DNA i od­ci­ski pal­ców – stwier­dził Jo­akim.

In­spek­torka nie wie­działa, czy jej ko­lega po fa­chu mówi po­waż­nie, czy się z nią dro­czy.

Wzięła łyk wody, by zy­skać na cza­sie i uspo­koić przy­spie­szone tętno. Lekko krę­ciło jej się w gło­wie.

‒ Mu­sia­łam ją zgu­bić, kiedy cię szu­ka­łam.

Pot spły­wał jej po ple­cach. Prze­cze­sała ręką włosy po raz setny, od kiedy we­szła do po­koju prze­słu­chań. Tak za­cho­wy­wał się tylko ktoś, kto czuł się winny. Mu­siała się opa­no­wać.

‒ Nie pa­mię­tam, że­byś wcho­dziła do ga­bi­netu Dana The­lan­dera. Roz­ma­wia­li­śmy w kuchni. Po co mia­ła­byś wcho­dzić do jego ga­bi­netu?

‒ Zaj­rza­łam do kilku in­nych po­koi, za­nim cię zna­la­złam.

Wo­lała nie mó­wić nic wię­cej. Nie wie­działa, gdzie do­kład­nie zna­leźli tę przy­pinkę.

Ze­brała się na od­wagę i spoj­rzała Jo­aki­mowi w oczy.

‒ Chyba nie są­dzisz, że to ja za­mor­do­wa­łam Dana The­lan­dera tylko dla­tego, że moja przy­pinka była u niego w domu? My­śla­łam, że zo­stał za­mor­do­wany na plaży.

Gi­sela prze­stra­szyła się, że po­su­nęła się za da­leko, i na­gle za­mil­kła.

– Po­dej­rze­wam, że wiesz coś, czego jesz­cze nam nie po­wie­dzia­łaś – stwier­dził Jo­akim, wbi­ja­jąc w nią wzrok.

In­spek­torka za­sta­na­wiała się, ile razy sama mó­wiła to samo oso­bom, które prze­słu­chi­wała.

‒ Nie wiem nic, czego wy nie wie­cie. Ni­gdy przed­tem nie spo­tka­łam Dana The­lan­dera i nie mam po­ję­cia, kto mógłby go za­bić – skła­mała.

Mo­głaby wy­mie­nić co naj­mniej dwie osoby, które miały ku temu po­wody. Jej sio­stra. I szwa­gier.

Jo­akim roz­pro­mie­nił się w ra­do­snym uśmie­chu.

‒ Gi­selo, tylko się tak z tobą dro­czę! Prze­cież to ja­sne, że nie po­dej­rze­wam cię o za­mor­do­wa­nie Dana. Ha, ha, szkoda, że nie wi­dzia­łaś swo­jej miny. Gdy­bym cię nie znał, po­my­ślał­bym, że je­steś winna.

Po­li­cjant śmiał się gło­śno z wła­snego żartu.

Gi­sela usi­ło­wała się uśmiech­nąć, ale cała jej twarz ze­sztyw­niała, mię­śnie od­mó­wiły po­słu­szeń­stwa.

‒ Mam na­dzieję, że wkrótce zła­pie­cie sprawcę. Mu­szę wra­cać do Va­asy. Mam wła­sne śledz­two w spra­wie mor­der­stwa, które trzeba do­pro­wa­dzić do końca.

Jo­akim prze­stał się śmiać.

‒ Chyba się nie ob­ra­zi­łaś się, co? To był tylko taki żart, na który mogą so­bie po­zwo­lić sta­rzy przy­ja­ciele. Prze­pra­szam, nie mo­głem się po­wstrzy­mać.

‒ Na­prawdę nie­źle ci to wy­szło. Na­wet się tro­chę prze­stra­szy­łam – po­wie­działa Gi­sela, wy­mu­sza­jąc uśmiech.

‒ No do­brze, już cię nie mę­czę. Nie mam pod­staw, żeby cię tu dłu­żej trzy­mać. W ra­zie czego wiem, jak się z tobą skon­tak­to­wać.

Gi­sela wstała. Uści­snęła mu dłoń i na drżą­cych no­gach jak naj­szyb­ciej opu­ściła ko­mi­sa­riat. Do­piero w sa­mo­cho­dzie ode­tchnęła z ulgą. Zdjęła ma­ry­narkę i tak jak się oba­wiała, pod pa­chami miała wiel­kie plamy potu.

ANKI

Anki Lu­ukela z ogrom­nym wy­sił­kiem po­ko­ny­wała ostat­nie wznie­sie­nie. Jesz­cze tylko kil­ka­set me­trów, a po­tem te­ren się wy­rów­ny­wał i stop­niowo opa­dał. Spraw­dziła tętno i czas na smar­twat­chu. Tego dnia miała na­prawdę do­bre wy­niki. Gdyby udało jej się utrzy­mać ta­kie tempo przez całą drogę, po­bi­łaby swój ży­ciowy re­kord. Zbli­żała się do za­gaj­nika. Mocno ode­pchnęła się od ziemi i wy­dłu­żyła kroki. Wła­śnie chciała przy­spie­szyć, gdy z krza­ków wy­sko­czył za­ma­sko­wany męż­czy­zna. Wszystko działo się tak szybko. Anki nie zdą­żyła za­re­ago­wać, kiedy na­past­nik ją zła­pał. Pró­bo­wała go kop­nąć, ale udało mu się od­sko­czyć. Przy­ło­żył jej do twa­rzy szmatkę śmier­dzącą ja­kimś środ­kiem che­micz­nym. Przy­ci­snął ją tak mocno, że Anki trudno było od­dy­chać przez nos i mu­siała wziąć głę­boki wdech przez usta. Che­miczny smak wy­peł­nił jej gar­dło. Ciało drę­twiało, ale kiedy męż­czy­zna usi­ło­wał ze­pchnąć ją ze ścieżki, nie­chcący upu­ścił szmatkę. Anki była mocno za­mro­czona, ale też wy­spor­to­wana, miała czarny pas w kick­bo­xingu. Wcią­gnęła głę­boko świeże le­śne po­wie­trze. Ciało dzia­łało jak na au­to­pi­lo­cie. Kie­ro­wała nim pa­mięć mię­śniowa. Ko­bieta unio­sła ło­kieć i ude­rzyła na­past­nika w brzuch. Jęk­nął i na se­kundę roz­luź­nił uścisk. Anki wzięła jesz­cze kilka głę­bo­kich wde­chów, po czym się za­mach­nęła i tra­fiła męż­czy­znę pro­sto w nos. Ma­ska na­tych­miast prze­sią­kła krwią, która ka­pała mu na ubra­nie.

Agre­sor splu­nął i za­klął, lecz naj­wy­raź­niej nie za­mie­rzał się pod­dać. Ma­chał rę­kami na oślep, pró­bu­jąc po­now­nie zła­pać swoją ofiarę. Anki zaś od­zy­skała rów­no­wagę i wy­ko­nała drop­kick. Tra­fiła ide­al­nie, na­past­nik ru­nął na zie­mię jak ścięta so­sna. Ko­bieta, za­miast ucie­kać, co wy­da­wa­łoby się roz­sąd­nym po­su­nię­ciem, usia­dła mu na ple­cach. Był nie­przy­tomny albo mar­twy, nie miała pew­no­ści i w tej chwili jej to nie ob­cho­dziło. Skrę­po­wała mu ręce na ple­cach. Zwią­zała je opa­ską, którą ścią­gnęła so­bie z głowy. Do­piero gdy się upew­niła, że na­prawdę udało jej się go unie­ru­cho­mić, ode­tchnęła i za­dzwo­niła na po­li­cję. Tym­cza­sem zdjęła męż­czyź­nie kap­tur z twa­rzy. Wy­glą­dał znacz­nie mło­dziej, niż się spo­dzie­wała.

RO­BIN

Zwię­dłe igły kłuły go w po­li­czek. Czuł przez spodnie wil­gotną zie­mię. Le­żał na brzu­chu przy­gnie­ciony du­żym cię­ża­rem. Nie mógł po­ru­szać rę­kami. Co się stało? Jak się tu zna­lazł? Bo­lała go głowa. Drzewa tań­czyły mu przed oczami.

Ro­bin nie ro­zu­miał, dla­czego to się tak źle skoń­czyło. Po­stę­po­wał zgod­nie z pla­nem. Z wiel­kim tru­dem pró­bo­wał się pod­nieść, ale nie był w sta­nie. Coś go po­wstrzy­my­wało. Ob­ró­cił głowę, by spraw­dzić, co to ta­kiego, ale wtedy po­czuł cios w po­ty­licę, za­krę­ciło mu się w gło­wie i zro­biło mu się nie­do­brze. In­ten­sywny ból prze­szył mu czaszkę. Znowu ude­rzył po­licz­kiem o po­krytą igłami zie­mię.

Wszystko stało się czarne.

Kiedy się obu­dził, le­żał przy­wią­zany do no­szy. Nad nim po­chy­lała się ja­kaś prze­piękna ko­bieta. Naj­pierw po­my­ślał, że umarł i tra­fił do nieba. Że ta pięk­ność to anioł. Po­tem zo­ba­czył jed­nak po­li­cyjny mun­dur i ją roz­po­znał. To ona aresz­to­wała jego ojca. Jej oczy pło­nęły nie­na­wi­ścią, a twarz wy­krzy­wiła się w pa­skud­nym gry­ma­sie.

‒ Na­prawdę my­śla­łeś, że ci się upie­cze? – wy­ce­dziła przez mocno za­ci­śnięte zęby.

Chwy­ciła Ro­bina za koł­nierz i po­trzą­snęła nim tak mocno, że zgrzyt­nęły mu zęby. Inny funk­cjo­na­riusz ją od­cią­gnął.

‒ Uspo­kój się, Tu­ulo. Nie jest tego wart – po­wie­dział.

Po­tem Ro­bin do­stał za­strzyk w ra­mię i znów wszystko wo­kół po­czer­niało.

GI­SELA

Kiedy za­padł zmrok, Gi­sela, Jonny i Ca­rina udali się do sa­lonu z bu­telką wina. Na gó­rze dzieci grały gło­śno w grę kom­pu­te­rową. Ca­rina po­de­szła do drzwi i wsłu­chała się w od­głosy pły­nące z pię­tra.

‒ Są cał­ko­wi­cie po­chło­nięci grą. Mo­żemy spo­koj­nie po­roz­ma­wiać.

Wresz­cie mieli chwilę, by pod­su­mo­wać wra­że­nia z dzi­siej­szego prze­słu­cha­nia.

‒ Przez cały czas strasz­nie się ba­łam – za­częła Ca­rina. ‒ Czu­łam się jak prze­stęp­czyni tylko dla­tego, że się tam zna­la­złam. By­łam prze­ra­żona, że się wy­ga­dam i po­li­cja się do­wie, że mie­li­śmy z Jon­nym po­wód, żeby za­bić Dana The­lan­dera.

‒ Ale nic nie po­wie­dzia­łaś, prawda? – spy­tał z nie­po­ko­jem Jonny.

‒ No coś ty. Nikt poza nami nie wie, co Dan mi zro­bił.

‒ Jesz­cze – za­uwa­żyła Gi­sela. ‒ Jak po­li­cja za­cznie grze­bać w prze­szło­ści Dana, pew­nie tra­fią na twoje imię.

Ca­rina, która wła­śnie na­peł­niała so­bie kie­li­szek, wzdry­gnęła się, przez co wy­lała tro­chę wina na biały dy­wan. Szybko wstała i znik­nęła w kuchni. Po chwili wró­ciła ze szmatką i paczką soli.

‒ Zo­staw to. – Jonny wy­rwał ją z ner­wo­wego wy­cie­ra­nia plamy. ‒ I tak za­mie­rzasz tu wszystko urzą­dzić od nowa.

Ca­rina go nie słu­chała. Za­bru­dze­nie nie scho­dziło, więc po­sy­pała je solą.

Gi­sela zwró­ciła się do szwa­gra:

‒ O co cię py­tali?

‒ Pew­nie o to, o co zwy­kle py­tają. Czy do­brze zna­łem Dana, czy spo­tka­łem go wcze­śniej. O któ­rej go­dzi­nie opu­ści­li­śmy ogni­sko i co ro­bi­łem po­tem.

Gi­sela przy­po­mniała so­bie, że Jonny wziął prysz­nic, kiedy wró­cił do domu tego wie­czoru.

‒ Chcieli wie­dzieć, co kon­kret­nie ro­bi­łem mię­dzy drugą a czwartą nad ra­nem – kon­ty­nu­ował.

‒ To zna­czy, że Dan zgi­nął, jak już by­łeś w domu – stwier­dziła Gi­sela, która sły­szała, jak Jonny wra­cał do domu o pół­nocy.

‒ Tak, kiedy się ro­ze­szli­śmy, jesz­cze żył. Wra­cali z nami też inni lu­dzie, paru im­pre­zo­wi­czów ze Ska­nör.

‒ Co po­wie­dzia­łeś po­li­cji? – spy­tała za­nie­po­ko­jona Ca­rina.

Znowu na­lała so­bie wina. Kiedy piła, lekko drżała jej ręka.

‒ Że spa­łem jak za­bity. – Jonny mru­gnął.

‒ To do­brze – stwier­dziła Ca­rina, zer­ka­jąc w kie­li­szek.

Gi­sela się za­sta­na­wiała, o czym my­śli jej sio­stra.

‒ Miejmy na­dzieję, że to już ko­niec – uspo­ka­jała. ‒ Po­li­cja wkrótce znaj­dzie sprawcę, zo­ba­czysz.

‒ Miejmy na­dzieję… – Jonny prze­cze­sał włosy pal­cami. ‒ Za­sta­na­wiam się tylko, dla­czego Dan wró­cił na plażę w środku nocy.

Gi­sela przy­znała, że to dziwne, nie miała jed­nak czasu dłu­żej o tym my­śleć, po­nie­waż w tym mo­men­cie za­dzwo­niła Tu­ula i opo­wie­działa jej o tym, co się wy­da­rzyło w Kråklun­dzie.

Kiedy się roz­łą­czyły, in­spek­torka wstała z fo­tela.

‒ Mu­szę wra­cać do Va­asy. Po­lecę ju­tro pierw­szym sa­mo­lo­tem. Mor­derca znów za­ata­ko­wał. Pró­bo­wał po­rwać ko­lejną ko­bietę, ale tym ra­zem, na szczę­ście, mu się nie udało.

Ca­rina chwy­ciła ją za ra­mię.

‒ Nie wy­jeż­dżaj, pro­szę ‒ bła­gała, mocno się do niej tu­ląc.

‒ Mu­szę. Ale nie­długo wrócę. Obie­cuję. Nie mu­sisz się już mar­twić o Dana The­lan­dera. Wszystko bę­dzie do­brze ‒ za­pew­niła i spoj­rzała wy­mow­nie na Jonny’ego, który na­tych­miast wstał.

Pod­szedł do Ca­riny i ją ob­jął.

‒ Masz mnie – po­wie­dział.

‒ A je­śli… a je­śli po­li­cja wróci? – mar­twiła się Ca­rina.

Nie wy­ja­śniła, czego się boi, a Gi­sela nie była pewna, czy chce to wie­dzieć.

So­bota, 4 maja 2024 roku

GI­SELA

Wsia­dła do tak­sówki na lot­ni­sku i po­je­chała pro­sto do ko­mi­sa­riatu. Li­nus cze­kał na nią w punk­cie przy­jęć wraz z Anki Lu­ukelą, ko­bietą, którą Ro­bin Snel­l­man za­ata­ko­wał po­przed­niego wie­czoru. Była radną na­le­żącą do nowo po­wsta­łej par­tii na rzecz praw ko­biet i po­sta­cią do­brze znaną każ­demu, kto śle­dził de­batę po­li­tyczną w Va­asie.

‒ Dzię­kuję, że pani przy­szła – po­wie­działa Gi­sela. ‒ Jak się pani czuje?

Anki nie miała naj­mniej­szego za­dra­śnię­cia i spra­wiała wra­że­nie bar­dziej wy­po­czę­tej od Gi­seli, która wła­śnie so­bie przy­po­mniała, jak wy­glą­dała rano w lu­strze. Sie­dząca przed nią ko­bieta miała czę­ściowo upięte włosy i piękny ma­ki­jaż. Dwu­rzę­dowa twe­edowa su­kienka świad­czyła o tym, że po­li­tyczka ma na gło­wie waż­niej­sze sprawy niż wi­zyta w ko­mi­sa­ria­cie.

‒ Je­stem oczy­wi­ście tro­chę roz­trzę­siona, ale nie od­nio­słam żad­nych ob­ra­żeń. Mam czarny pas w kick­bo­xingu. Ten bie­dak nie miał szans – pod­kre­śliła, uważ­nie przy­glą­da­jąc się swoim po­ma­lo­wa­nym na czer­wono akry­lo­wym pa­znok­ciom. Je­den z nich był zła­many.

Gi­sela nie chciała wspo­mi­nać, że Ro­bin za­brał ze sobą szmatkę na­są­czoną chlo­ro­for­mem i całe szczę­ście nie zdą­żył jej użyć.

‒ Może usią­dziemy gdzieś, gdzie bę­dziemy mo­gły po­roz­ma­wiać na osob­no­ści? – za­pro­po­no­wała in­spek­torka.

‒ Nie ma po­trzeby – od­parła Anki. ‒ Je­śli o mnie cho­dzi, mo­żemy po­roz­ma­wiać tu­taj. Nie chcę być nie­uprzejma, ale śpie­szę się na ważne spo­tka­nie. Sami wie­cie, jak to jest. Kiedy czło­wiek de­cy­duje się an­ga­żo­wać w po­li­tykę, nie może so­bie po­zwo­lić na wzię­cie wol­nego. To samo do­ty­czy was, po­li­cjan­tów.

‒ Do­brze, w ta­kim ra­zie po­sta­ram się nie roz­wle­kać – oznaj­miła Gi­sela i dała Li­nu­sowi znak, żeby ro­bił no­tatki. ‒ Czy ostat­nio czuła się pani za­gro­żona albo otrzy­mała kon­kretne groźby?

Anki gorzko się za­śmiała.

‒ Co­dzien­nie otrzy­muję ja­kieś groźby.

‒ Ja­kiego ro­dzaju? – do­cie­kała in­spek­torka.

‒ Przy­cho­dzą w ma­ilach i li­stach, do domu i do biura. Nie­stety tak wy­gląda dzi­siej­sza rze­czy­wi­stość, gdy wal­czy się o rów­no­upraw­nie­nie i rów­ność wszyst­kich lu­dzi. Zwłasz­cza je­śli jest się ko­bietą. Więk­szość osób wy­sy­ła­ją­cych te groźby opi­suje, co chcia­łyby mi zro­bić. Po­gróżki, że mnie zgwałcą, za­biją i tym po­do­bne, to dla mnie co­dzien­ność.

Gi­sela wie­działa, o czym mówi sie­dząca przed nią ko­bieta. Groźby i nę­ka­nie stały się po­wszechne w wielu za­wo­dach. Był to nie­po­ko­jący trend. Do­świad­czyła tego na wła­snej skó­rze. Nie chciała wziąć udziału w fil­mie typu true crime o mor­der­stwach w Hal­lo­ween głów­nie dla­tego, że po pierw­szym do­ku­men­cie do­ty­czą­cym mor­derstw bo­żo­na­ro­dze­nio­wych spo­tkała się z ogromną falą nie­na­wi­ści w in­ter­ne­cie. Bar­dzo nie­wiele ko­men­ta­rzy za­wie­rało coś kon­struk­tyw­nego na te­mat pro­duk­cji lub umie­jęt­no­ści za­wo­do­wych Gi­seli. Więk­szość ne­ga­tyw­nych opi­nii sku­piała się na jej wy­glą­dzie. We­dług nich była gruba, brzydka i no­siła nie­gu­stowne ubra­nia. In­ter­ne­towe trolle ko­men­to­wały wszystko na naj­róż­niej­sze spo­soby, które na­pa­wały Gi­sele prze­ra­że­niem. Nie­stety po­li­cja oka­zała się w tym wy­padku bez­radna. Kie­row­nic­two na­to­miast do­szło do wnio­sku, że do­ku­ment w za­sa­dzie przy­czy­nił się do kre­owa­nia po­zy­tyw­nego wi­ze­runku po­li­cji w Va­asie i zwięk­szył za­ufa­nie spo­łe­czeń­stwa. Dla­tego Gi­sela osta­tecz­nie zgo­dziła się po­now­nie wziąć udział w pro­gra­mie. Już te­raz drżała na myśl o re­ak­cjach w sieci.

‒ Czy wie pani, kto wy­syła te groźby? – spy­tała.

‒ Nie mam po­ję­cia. Za­wsze przy­cho­dzą od ano­ni­mo­wego nadawcy. Ale mimo wszystko trudno mi uwie­rzyć, że ten, który mnie wczo­raj za­ata­ko­wał, był jed­nym z nich. Hej­te­rzy to praw­dziwi tchó­rze, nie mają od­wagi na­wet pod­pi­sać się swoim imie­niem.

‒ Chcie­li­by­śmy jed­nak zo­ba­czyć te li­sty z po­gróż­kami, o ile je pani jesz­cze ma – na­le­gała Gi­sela.

‒ Nie ma pro­blemu, część z nich za­cho­wa­łam. Po­pro­szę asy­stenta, żeby je wam do­star­czył.

‒ Czy miała pani kie­dyś kon­takt z męż­czy­zną, który pa­nią na­padł?

‒ Nie, nie są­dzę. Nie roz­po­zna­łam go.

‒ A imię i na­zwi­sko Ro­bin Snel­l­man nic pani nie mówi?

Anki po­krę­ciła głową.

‒ Czy za­uwa­żyła pani, że ktoś pa­nią śle­dzi?

‒ Nie ‒ od­po­wie­działa Anki, ale się za­wa­hała. ‒ To zna­czy nie­zu­peł­nie. Za­uwa­ży­łam, że ten sam sa­mo­chód stał na par­kingu przy tra­sie bie­go­wej każ­dego wie­czoru przez ostat­nie kilka dni. Zwró­ci­łam na niego uwagę, po­nie­waż na bo­kach wid­niała re­klama wy­po­ży­czalni aut.

‒ Czy to była wy­po­ży­czal­nia braci Per­s­so­nów? – do­cie­kała in­spek­torka.

‒ Zga­dza się. Czy to auto na­le­żało do męż­czy­zny, który mnie na­padł?

‒ To sa­mo­chód z wy­po­ży­czalni, ale to wła­śnie nim po­ru­szał się sprawca. Czy może nam pani po­wie­dzieć coś wię­cej na te­mat na­pa­ści? Może coś za­pa­dło pani w pa­mięć?

‒ W tej chwili nic nie przy­cho­dzi mi do głowy. Dam znać, je­śli so­bie coś przy­po­mnę. –Ko­bieta wy­jęła z to­rebki czer­woną szminkę i szybko po­ma­lo­wała nią usta. ‒ Nie­stety mu­szę już iść.

Gi­sela nie­wiele wie­działa o tym, co par­tia ko­biet za­mie­rzała osią­gnąć w róż­nych kwe­stiach po­li­tycz­nych, ale czuła, że w na­stęp­nych wy­bo­rach mo­głaby za­gło­so­wać na Anki Lu­ukelę.

‒ Twarda sztuka – sko­men­to­wał Li­nus, gdy Anki od­da­liła się od nich z unie­sioną głową.

Jej wy­so­kie ob­casy stu­kały o pod­łogę.

‒ To prawda. Cie­kawe, dla­czego Ro­bin wy­brał aku­rat ją.

‒ Jest ni­ska i drobna. Być może uznał, że ła­two bę­dzie ją obez­wład­nić.

‒ Kto wie… Chcę po­je­chać do szpi­tala i z nim po­roz­ma­wiać. Je­dziesz ze mną?

RO­BIN

Kiedy się obu­dził, był w szpi­talu. Z po­czątku nie pa­mię­tał, jak się tam zna­lazł, ale po­woli wra­cały do niego prze­bły­ski wspo­mnień tego, co się działo mi­nio­nego wie­czoru.

Ro­bin zna­lazł się z po­wro­tem na tra­sie do bie­ga­nia. Cze­kał na od­po­wiedni mo­ment i rzu­cił się na upa­trzoną wcze­śniej ko­bietę, kiedy ta mi­jała krzaki, w któ­rych się ukry­wał. Chwy­cił ją za szyję i przy­trzy­mał jej ręce. Bły­ska­wicz­nie przy­ło­żył jej do ust na­są­czoną szmatkę i przez chwilę czuł, jak ciało ko­biety wiot­czeje w jego ra­mio­nach. Ale na­gle do­stał silny cios w brzuch. Po­tem w twarz. Krew try­snęła mu z nosa i za­to­czył się do tyłu jak pi­jany. Kop­nię­cie w klatkę pier­siową po­wa­liło go na zie­mię. Upadł i ude­rzył głową o zie­mię.

Przy­ło­żył dłoń do po­ty­licy. Pod wło­sami wy­czuł guz wiel­ko­ści jajka.

Ro­bin otwo­rzył oczy.

Nad jego łóż­kiem po­chy­lała się le­karka.

‒ Jak się dzi­siaj czu­jesz? – za­py­tała.

Za­sta­no­wił się przez chwilę.

‒ Cho­ler­nie boli mnie głowa – od­parł, mru­żąc oczy w ostrym szpi­tal­nym świe­tle.

‒ Zo­sta­łeś wczo­raj nie­źle po­tur­bo­wany – skwi­to­wała ko­bieta w ki­tlu. ‒ Masz wstrzą­śnie­nie mó­zgu. Za­trzy­mamy cię na ob­ser­wa­cji kilka dni, żeby się upew­nić, że nie masz po­waż­niej­szych ob­ra­żeń.

Le­karka na­ci­snęła przy­cisk, by pod­nieść wez­gło­wie łóżka. Ro­bin po­czuł lek­kie za­wroty głowy i mu­siał za­mknąć oczy.

‒ Przy­je­chali po­li­cjanci. Bar­dzo im za­leży, żeby z tobą po­roz­ma­wiać. My­ślisz, że dasz radę dzi­siaj, czy mam im po­wie­dzieć, żeby przy­szli ju­tro?

Ro­bin spoj­rzał w stronę otwar­tych drzwi. Na ko­ry­ta­rzu stał śled­czy Li­nus Mik­kola wraz z tę­gawą ko­bietą o su­ro­wym wy­ra­zie twa­rzy i z rę­kami skrzy­żo­wa­nymi na piersi.

Po­li­cjantka za­uwa­żyła, że Ro­bin na nich pa­trzy, i za­nim chło­pak zdą­żył od­po­wie­dzieć le­karce, wsu­nęła głowę do sali, w któ­rej le­żał.

‒ Cie­szę się, że się obu­dzi­łeś, Ro­bi­nie. Czy mo­żemy za­dać ci kilka py­tań do­ty­czą­cych wczo­raj­szego dnia?

Ro­bin ski­nął głową, co tylko spo­tę­go­wało ból.

Le­karka spoj­rzała naj­pierw na funk­cjo­na­riu­szy, po­tem na Ro­bina. Po­cząt­kowo wy­raź­nie chciała za­pro­te­sto­wać, lecz po chwili po­wie­działa:

‒ Ro­bi­nie, w ra­zie po­trzeby na­ci­śnij przy­cisk.

‒ Pro­szę się nie oba­wiać, dok­tor Jus­silo. To nie po­trwa długo – za­pew­niła po­li­cjantka.

Usia­dła na krze­śle obok łóżka. Li­nus zaś stał w drzwiach, jakby chciał do­pil­no­wać, żeby Ro­bin nie uciekł.

‒ In­spek­tor kry­mi­na­lna Gi­sela For­sell. Jak za­pewne wiesz, wraz z ko­legą pro­wa­dzimy śledz­two w spra­wie mor­derstw Luny Mån­dot­ter, Mi­ka­eli Vi­can­der i Ja­mili Ra­fiq.

– Wiem – od­parł Ro­bin. – Aresz­to­wa­li­ście mo­jego ojca. Ale on jest nie­winny.

– Skąd pew­ność, że nie miał nic wspól­nego z tymi mor­der­stwami?

– Po pro­stu to wiem. To mój oj­ciec – rzu­cił Ro­bin, co nie było szcze­gól­nie prze­ko­nu­ją­cym ar­gu­men­tem.

In­spek­torka For­sell po­chy­liła się bli­żej niego.

– Bę­dziesz miał pa­skudne limo pod pra­wym okiem – stwier­dziła. – Chcesz nam opo­wie­dzieć, co się wczo­raj wy­da­rzyło?

Ro­bin pró­bo­wał prze­łknąć ślinę, ale w ustach miał zu­peł­nie su­cho. Nie mógł wy­du­sić z sie­bie ani słowa.

‒ Roz­ma­wia­li­śmy już z Anki Lu­ukelą, ko­bietą, którą na­pa­dłeś. Chcie­li­by­śmy jed­nak usły­szeć rów­nież twoją wer­sję.

‒ Jak się czuje? Nic jej nie jest?

In­spek­torka spoj­rzała na niego po­dejrz­li­wie.

‒ Na pewno ma się le­piej niż ty. Za­ata­ko­wa­łeś nie­wła­ściwą osobę.

Po­czuł, jak przy­spie­sza mu tętno. Od­chrząk­nął. Wziął głę­boki wdech.

‒ Chcia­łem ją po­rwać.

Gi­sela ski­nęła głową, jakby to było oczy­wi­ste.

‒ Co za­mie­rza­łeś z nią zro­bić?

‒ Chcia­łem ją za­mknąć.

‒ Gdzie?

‒ U nas w go­spo­dar­stwie. W sta­rym kur­niku.

‒ W sta­rym kur­niku? Cie­kawe… A co pla­no­wa­łeś z nią zro­bić po­tem?

My­śli wi­ro­wały mu w gło­wie. Nie brał pod uwagę, że ktoś się o tym do­wie. Nie przy­go­to­wał się na to, co ma po­wie­dzieć, je­śli bę­dzie prze­słu­chi­wany przez po­li­cję. Mu­siał im­pro­wi­zo­wać. Co Jimmy mu mó­wił o tam­tych ko­bie­tach? Że zo­stały ścięte, za­nim wrzu­cono je do ognia.

Ob­li­zał wargi.

‒ Chcia­łem ją ściąć. Póź­niej spa­lić jej ciało.

W jego ustach te słowa brzmiały dziw­nie.

In­spek­torka For­sell prze­chy­liła głowę. Przy­glą­dała mu się ni­czym owa­dowi pod lupą.

‒ To ty za­bi­łeś tamte ko­biety? – spy­tała ła­god­nym gło­sem.

Ro­bin za­mknął oczy, by nie spo­tkać się z jej prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem, po czym ski­nął głową po­woli i zde­cy­do­wa­nie.

‒ Tak, to ja je za­bi­łem – wy­znał, choć młode ko­biety, które miał te­raz przed oczami, nie były tymi trzema zna­le­zio­nymi w ogni­sku.

Łzy za­częły spły­wać mu po po­licz­kach i nie pró­bo­wał ich po­wstrzy­my­wać.

Gi­sela cier­pli­wie cze­kała, aż chło­pak prze­sta­nie pła­kać. Kiedy w końcu się ode­zwała, w jej to­nie nie usły­szał zło­ści, jak się spo­dzie­wał, tylko zmę­cze­nie.

‒ Wrócę in­nego dnia. Te­raz od­po­czy­waj. – In­spek­torka wstała z krze­sła.

‒ Czy te­raz wy­pu­ści­cie mo­jego tatę? – chciał wie­dzieć Ro­bin.

‒ Jesz­cze nie.

‒ A co ze mną bę­dzie?

‒ Na ra­zie zo­sta­niesz tu­taj, a jak po­czu­jesz się le­piej, praw­do­po­dob­nie prze­nie­siemy cię do aresztu.

Ro­bin ode­tchnął z ulgą. Cie­szył się, że w końcu zo­sta­nie po­cią­gnięty do od­po­wie­dzial­no­ści za swoje czyny. Nie za­słu­gi­wał na to, by da­lej żyć tak, jakby nic się nie stało. Był przy­go­to­wany na każdą karę. Ucisk w piersi ze­lżał. Mię­śnie się roz­luź­niły. Po­wieki stały się cięż­sze.

Za­nim po­li­cjanci wy­szli z po­koju, Ro­bin już głę­boko spał.

LI­NUS

‒ Czy Ro­bin Snel­l­man wła­śnie się przy­znał do za­mor­do­wa­nia Luny, Mi­ka­eli i Ja­mili? – za­sta­na­wiał się Li­nus, gdy wy­szli na szpi­talny ko­ry­tarz.

‒ Tak na­prawdę nie wiem, do czego się przy­znał – od­parła Gi­sela. ‒ W każ­dym ra­zie nie jest to nic, co można wy­ko­rzy­stać w ewen­tu­al­nym pro­ce­sie. Le­karka po­wie­działa, że Ro­bin do­znał wstrzą­śnie­nia mó­zgu, kiedy ude­rzył głową o zie­mię, i praw­do­po­dob­nie jest odu­rzony przez te wszyst­kie leki.

In­spek­torka skie­ro­wała się do windy. Li­nus po­dą­żył za nią.

‒ Co te­raz?

‒ Trzeba po­cze­kać. Za­trzy­mają go w szpi­talu jesz­cze przez kilka dni i miejmy na­dzieję, że do tego czasu bę­dziemy mieli wy­niki te­stów DNA jego i Pii. Wtedy do­wiemy się wię­cej i po­dej­miemy de­cy­zję. Nie mogę pro­sić pro­ku­ra­tora o ze­zwo­le­nie na aresz­to­wa­nie ko­lej­nego po­dej­rza­nego, je­śli nie je­ste­śmy w stu pro­cen­tach pewni, że tym ra­zem mamy wła­ściwą osobę. Sören pew­nie zo­sta­nie zwol­niony, chyba że tech­nicy znajdą coś in­te­re­su­ją­cego w SUV-ach Snel­l­ma­nów.

‒ Są­dzisz, że Ro­bin też jest nie­winny?

‒ Je­stem prze­ko­nana, że Ro­bin za­ata­ko­wał Anki tylko po to, żeby roz­wiać po­dej­rze­nia wo­bec ojca. My­ślę, że nie brał pod uwagę tego, że zo­sta­nie zła­pany. Szkoda, że in­for­ma­cja o tym, że ko­biety zo­stały ścięte, wy­cie­kła do prasy. W prze­ciw­nym wy­padku mo­gli­by­śmy ją wy­ko­rzy­stać do zwe­ry­fi­ko­wa­nia jego ze­znań.

‒ Nie­ważne, czy jest winny tych mor­derstw, czy nie, od­po­wiada za na­paść – za­zna­czył Li­nus.

‒ Mam prze­czu­cie, że nie doj­dzie do po­sta­wie­nia za­rzu­tów. Obrona ko­nie­czna to dość śli­ski te­mat. Gdzie wła­ści­wie koń­czy się sa­mo­obrona, a za­czyna nie­uza­sad­niona prze­moc? To Ro­bin tra­fił do szpi­tala, nie Anki. W za­sa­dzie to on mógłby zgło­sić ją na po­li­cję.

Gi­sela na­ci­snęła przy­cisk windy. Oka­zało się, że stała na ich pię­trze. Jed­nak za­miast w dół, po­je­chali do góry i za­trzy­mali się do­piero na naj­wyż­szej kon­dy­gna­cji, gdzie wsia­dły cztery inne osoby.

‒ Szyb­ciej by­łoby scho­dami – mruk­nęła i przy­trzy­mała przy­cisk z cy­frą „0”.

Je­chali w mil­cze­niu i wró­cili do roz­mowy do­piero, gdy wy­szli do holu.

‒ Ro­bin nie za­cho­wuje się jak czło­wiek, który po­peł­nił tak po­ważne prze­stęp­stwo. Nie pa­suje do pro­filu – stwier­dził Li­nus.

Gi­sela wes­tchnęła.

‒ Mu­simy po­cze­kać na do­wody tech­niczne. Trudno mi się z tobą nie zgo­dzić. Od­nio­słam jed­nak wra­że­nie, że Ro­bin czuje się winny z ja­kie­goś in­nego po­wodu. Zo­ba­czymy, czy w ogóle ma to zwią­zek z na­szą sprawą.

‒ Po­winno się to dać ła­two usta­lić – za­uwa­żył Li­nus.

In­spek­torka spoj­rzała w stronę par­kingu.

‒ Chcia­ła­bym już po­je­chać do domu. To był ty­dzień pe­łen wra­żeń.

Li­nus za­sta­na­wiał się, co Gi­sela ro­biła w Szwe­cji. Mu­siało to być coś waż­nego, skoro wy­je­chała w po­śpie­chu w trak­cie śledz­twa w spra­wie mor­der­stwa. Nie od­wa­żył się jed­nak za­py­tać.

– Mogę się za­jąć Ro­bi­nem. Dzieci są w ten week­end u Jo­se­fin, a ja i tak nie mam nic lep­szego do ro­boty – po­wie­dział i wtedy zdał so­bie sprawę, jak smutno to za­brzmiało.

‒ Pod­wieź mnie naj­pierw do domu, a po­tem rób, co chcesz – za­rzą­dziła Gi­sela.

Li­nus wie­dział, że nie cho­dziło jej o to, żeby się zre­lak­so­wał w go­rą­cej ką­pieli lub wy­szedł z kum­plami na piwo.

GI­SELA

Gdy Li­nus wy­sa­dził Gi­selę przed do­mem na cy­plu, w każ­dym oknie pa­liło się świa­tło. W kuchni po­wi­tał ją cu­do­wny za­pach roz­ma­rynu, ty­mianku i ore­gano. Ste­fan stał przy ku­chence i mie­szał w garnku. Z wieży gło­śno roz­brzmie­wała mu­zyka i nie usły­szał, jak we­szła. Przez kilka mi­nut po pro­stu stała w progu i mu się przy­glą­dała. Go­to­wał z ta­kim sa­mym sku­pie­niem na twa­rzy jak w trak­cie wy­stę­pów z ze­spo­łem na sce­nie, kiedy grał na sak­so­fo­nie. Co ja­kiś czas wy­ko­ny­wał kilka ta­necz­nych kro­ków.

‒ Co tam go­tu­jesz za pysz­no­ści? – spy­tała.

Ste­fan pod­sko­czył za­sko­czony, ob­ró­cił się i uśmiech­nął na jej wi­dok. Po­ło­żył rękę na sercu.

‒ Nie­źle mnie wy­stra­szy­łaś.

‒ Prze­pra­szam, nie chcia­łam.

Zro­bił dwa dłu­gie kroki, sta­nął przy niej i ją ob­jął. Gi­sela przy­tu­liła się do jego cie­płego ciała. Sta­rała się uwol­nić od wy­da­rzeń ostat­nich dni.

‒ Jak było w Szwe­cji? Co u two­jej sio­stry i jej ro­dziny?

‒ Ca­rina, Jonny i dzieci mają się do­brze, ale pod­czas mo­jego po­bytu za­mor­do­wano ich są­siada.

‒ Co ta­kiego?! Mó­wisz po­waż­nie? Zna­łaś go?

‒ Nie­zu­peł­nie. Do­piero się tam wpro­wa­dził. Po­zna­li­śmy się z nim i jego ro­dziną przy ogni­sku w noc Wal­pur­gii. Na­stęp­nego dnia zna­le­ziono go mar­twego na plaży.

‒ To ja­kieś sza­leń­stwo.

‒ We­zwali nas na prze­słu­cha­nie. Mój dawny ko­lega ze szkoły pro­wa­dzi śledz­two w spra­wie tego mor­der­stwa.

– Czy zła­pali już sprawcę? – chciał wie­dzieć Ste­fan.

– Jesz­cze nie – od­parła Gi­sela. – A wczo­raj w Kråklun­dzie do­szło do ko­lej­nej próby po­rwa­nia. Dla­tego mu­sia­łam wró­cić do Va­asy.

‒ Czy to ten sam czło­wiek, co za­bił Mi­ka­elę i po­zo­stałe ko­biety?

Gi­sela wzru­szyła ra­mio­nami. Nie chciała wspo­mi­nać Ste­fa­nowi, że Ro­bin w za­sa­dzie przy­znał się do mor­derstw.

‒ Nie są­dzę. Mamy już po­dej­rza­nego. To może być na­śla­dowca – rzu­ciła je­dy­nie.

Ste­fan chciał do­dać coś jesz­cze, lecz tylko spoj­rzał na nią zmar­twiony. Naj­wy­raź­niej wi­dział, jak bar­dzo jest zmę­czona.

‒ Nie wiem, co po­wie­dzieć. Mor­der­stwa i inne nie­szczę­ścia spa­dają na cie­bie, gdzie­kol­wiek się po­ja­wisz.

Gi­sela wy­rwała się z jego ob­jęć.

‒ Po­roz­ma­wiajmy o czymś in­nym. Co na obiad? – spy­tała, za­glą­da­jąc do bul­go­czą­cej po­trawy w garnku na ku­chence.

‒ Gu­lasz z kur­czaka i boczku. Mo­żemy już jeść. Mam na­dzieję, że je­steś głodna.

Gi­sela usia­dła przy stole z kie­lisz­kiem czer­wo­nego wina i cze­kała, aż Ste­fan poda je­dze­nie.

Pod­czas ko­la­cji uni­kali roz­mów o jej pracy. Ste­fan opo­wie­dział o Sa­dze, z którą się znowu wi­dział.

‒ Saga też uwiel­bia słu­chać mu­zyki – stwier­dził ra­do­śnie. ‒ Wzią­łem ze sobą sak­so­fon i oka­zało się, że ona cho­dzi na lek­cje gry na pia­ni­nie. Na­stęp­nym ra­zem spo­tkamy się w sali prób. Jest tam pia­nino i key­bo­ard. ‒ Po­chy­lił się nad sto­łem i do­lał Gi­seli wina. ‒ Li­czę, że pój­dziesz z nami.

‒ Ja­sne. Nie chcia­ła­bym, żeby omi­nęło mnie coś ta­kiego. Może weź­mie­cie mnie do swo­jego ze­społu. Cał­kiem nie­źle gram na trój­ką­cie.

Ste­fan się ro­ze­śmiał.

Kilka go­dzin póź­niej Gi­sela sie­działa na ka­na­pie z wy­cią­gnię­tymi no­gami, opie­ra­jąc stopy na ko­la­nach Ste­fana. Jej ulu­biony kot o imie­niu Szrama od­po­czy­wał u niej na brzu­chu. W te­le­wi­zji po­ka­zy­wano zwia­stun filmu do­ku­men­tal­nego o mor­der­stwach w Hal­lo­ween, w któ­rym wy­stą­piła. Pierw­szy od­ci­nek miał się uka­zać na­stęp­nego dnia w naj­lep­szym cza­sie an­te­no­wym.

‒ Zmień ka­nał, pro­szę. Nie mogę na sie­bie pa­trzeć – po­pro­siła.

Ste­fan się­gnął po pi­lota i wy­łą­czył te­le­wi­zor.

‒ Może włą­czymy mu­zykę? – za­pro­po­no­wał.

Gi­sela za­brała nogi, by Ste­fan mógł się­gnąć po jej starą ko­lek­cję płyt CD. Wo­lał sam wy­brać, czego będą słu­chać. Spo­śród po­nad stu płyt, które po­sia­dała, tylko kil­ka­na­ście speł­niało jego su­rowe wy­ma­ga­nia.

Kiedy pierw­sze de­li­katne dźwięki utworu No­rah Jo­nes Come Away with Me wy­peł­niły po­kój, za­dzwo­nił te­le­fon Gi­seli.

‒ Le­piej od­biorę – stwier­dziła.

Usły­szała roz­trzę­siony głos Ca­riny i w tym mo­men­cie ulot­nił się cały we­wnętrzny spo­kój, który osią­gnęła dzięki Ste­fa­nowi w ciągu ostat­nich kilku go­dzin. Usia­dła pro­sto na ka­na­pie.

‒ Spo­koj­nie, Ca­rino. Co się stało?

Sio­stra naj­pierw się roz­pła­kała, po czym rap­tem wy­buch­nęła śmie­chem. Gi­sela za­częła się mar­twić, że Ca­rina po­stra­dała zmy­sły. Że pre­sja mi­nio­nego ty­go­dnia i wszyst­kie wspo­mnie­nia, które ożyły, stały się dla niej zbyt przy­tła­cza­jące.

‒ Pro­szę, Ca­rino ‒ spró­bo­wała po­now­nie. ‒ Czy nie mo­żesz mi po pro­stu po­wie­dzieć, co się dzieje?

‒ Po­li­cja aresz­to­wała Fre­de­rikke za za­bój­stwo Dana The­lan­dera.

‒ Fre­de­rikke The­lan­der? Kiedy?

‒ Przed chwilą. Jo­akim Borg­ström wszedł do niej do domu z dwoma umun­du­ro­wa­nymi po­li­cjan­tami. Za­brali ją. Biedna Astrid mu­siała po­je­chać do krew­nego w Da­nii.

‒ W ta­kim ra­zie sprawa jest roz­wią­zana – skwi­to­wała Gi­sela.

‒ Na to wy­gląda. Ten kosz­mar wresz­cie się skoń­czył.

A więc to Fre­de­rikke za­mor­do­wała swo­jego męża, po­my­ślała Gi­sela. Ale jak? I dla­czego?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki