Polowanie na czarownice. Część 2 - Sara Önnebo - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Polowanie na czarownice. Część 2 ebook i audiobook

Sara Önnebo

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Podczas gdy policjanci z Ostrobotni polują na bezwzględnego zabójcę, Gisela wikła się w kolejną zagadkę kryminalną. W tym samym czasie kobieta odbiera rozpaczliwy telefon od siostry mieszkającej w Szwecji…

„Polowanie na czarownice” to trzyczęściowa seria Sary Önnebo, autorki bestsellerowych kryminałów „Wszyscy jesteśmy martwi” i „Kiedy zapada zmierzch”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 205

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 4 godz. 45 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Bartosz Głogowski

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Fragment

Ty­tuł: Po­lo­wa­nie na cza­row­nice. Część 2

Ty­tuł ory­gi­nału: Häxjak­ten 2

Prze­kład z ję­zyka szwedz­kiego: Ka­ro­lina Skiba

Co­py­ri­ght © Sara Ön­nebo, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt okładki: Da­mian Nie­wczyń­ski

Re­dak­cja: Ma­ria Za­jąc

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8076-995-2

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Gyl­den­dal Astra /Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

Środa, 17 kwiet­nia 2024 roku

GI­SELA

Resztki śniegu stop­niały, a wio­senny na­strój udzie­lał się każ­demu w Ostro­botni. Świa­tło i cie­pło po­wra­cały po dłu­giej i po­nu­rej zi­mie. Gi­seli po­winno się zro­bić lżej na du­szy, czuła się jed­nak przy­tło­czona ogromną od­po­wie­dzial­no­ścią zwią­zaną z pro­wa­dze­niem śledz­twa w spra­wie męż­czy­zny, który z pre­me­dy­ta­cją i wy­jąt­kową bru­tal­no­ścią za­mor­do­wał trzy ko­biety. Luna Mån­dot­ter, Mi­ka­ela Vi­can­der, Ja­mila Ra­fiq oraz ich bli­scy za­słu­gi­wali na spra­wie­dli­wość.

Ol­brzy­mia pre­sja ze strony prze­ło­żo­nych i opi­nii pu­blicz­nej przy­gnia­tała Gi­selę ni­czym ple­cak wy­pchany ka­mie­niami, do któ­rego z każ­dym dniem tra­fiał ko­lejny, po­tę­gu­jąc cię­żar. Za­trzy­mano wpraw­dzie męż­czy­znę po­dej­rza­nego o po­rwa­nie i za­bój­stwo ko­biet, lecz in­spek­torka miała wąt­pli­wo­ści, czy to wła­ściwa osoba.

Mi­nęły dwa ty­go­dnie od aresz­to­wa­nia cza­row­nika Ra­gnara Li­bry. Z licz­nych prze­słu­chań, w trak­cie któ­rych nie od­po­wie­dział na nie­mal żadne py­ta­nie, oraz z roz­mów z ro­dziną i przy­ja­ciółmi wy­ło­nił się ob­raz tego czło­wieka. Dzie­ciń­stwo Ra­gnara na­zna­czone było prze­mocą fi­zyczną i psy­chiczną. Dla śledz­twa istotna oka­zała się in­for­ma­cja, że matka za­my­kała go w sza­fie za złe za­cho­wa­nie. Jako do­ro­sły miał pro­blemy z al­ko­ho­lem i po wpły­wem sta­wał się agre­sywny, co ze­znała jego była part­nerka, która osta­tecz­nie ode­szła od niego po tym, jak za­mknął ją w piw­nicy i zo­sta­wił tam na po­nad dwie doby, bez do­stępu do je­dze­nia ani wody, pod­czas gdy sam upi­jał się na mie­ście.

W prze­ko­na­niu krew­nych Ra­gnara to roz­sta­nie skło­niło go do pod­ję­cia walki z al­ko­ho­li­zmem. Do­łą­czył do Ano­ni­mo­wych Al­ko­ho­li­ków i ze­rwał kon­takty z daw­nymi kum­plami od kie­liszka, oraz – jak twier­dził – od tam­tej pory nie tknął al­ko­holu, co po­twier­dziło kilka in­nych osób. Mało kto spoza Kręgu Księ­życa miał ja­kie­kol­wiek po­ję­cie o ży­ciu Ra­gnara od czasu, gdy prze­niósł się na od­lu­dzie. Z ro­dziną i daw­nymi przy­ja­ciółmi kon­tak­to­wał się spo­ra­dycz­nie.

Ra­gnar opo­wia­dał, że szu­kał cze­goś, co za­stą­pi­łoby mu al­ko­hol, i wła­śnie w re­li­gii wicca zna­lazł punkt za­cze­pie­nia. Lu­bił prze­by­wać na ło­nie na­tury i uwa­żał, że więk­szość wy­znań na­rzuca zbyt wiele za­sad do­ty­czą­cych tego, jak na­leży żyć. Dla­tego do­łą­czył do Kręgu Księ­życa, o któ­rym do­wie­dział się od Luny Mån­dot­ter, kiedy przy­pad­kiem usie­dli obok sie­bie w au­to­bu­sie.

Pod wie­loma wzglę­dami ży­cie Ra­gnara pa­so­wało do pro­filu sprawcy opra­co­wa­nego przez po­li­cję. Miał trudne dzie­ciń­stwo, co praw­do­po­dob­nie przy­czy­niło się do jego al­ko­ho­li­zmu i agre­syw­nego za­cho­wa­nia w póź­niej­szych la­tach. Do­brze znał oko­licę i wpraw­nie po­słu­gi­wał się sie­kierą. Jak za­uwa­żył je­den z po­zo­sta­łych człon­ków Kręgu Księ­życa, czło­wiek ży­jący w tak od­izo­lo­wa­nym miej­scu jak Ra­gnar, ła­two mógł stra­cić kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią. Kto wie, czy nie wró­cił do pi­cia al­ko­holu albo nie za­czął sto­so­wać in­nych uży­wek?

Gi­sela mar­twiło, że Ra­gnar trudno było uznać za osobę zor­ga­ni­zo­waną, a prze­cież upro­wa­dze­nie trzech ko­biet, prze­trzy­my­wa­nie ich w za­mknię­ciu przez kilka dni, na­stęp­nie za­mor­do­wa­nie ich i po­zby­cie się ciał wy­ma­gało umie­jęt­nego pla­no­wa­nia. A w do­datku wszystko się bez wzbu­dze­nia naj­mniej­szych po­dej­rzeń wśród osób z jego oto­cze­nia. Chyba że Ra­gnar ce­lowo stwa­rzał po­zory nie­zdol­nego do po­peł­nie­nia tak skom­pli­ko­wa­nej zbrodni.

In­spek­torka spoj­rzała na ze­ga­rek. Tego dnia Ste­fan miał się sta­wić na prze­słu­cha­nie, które za­czy­nało się do­piero o dzie­wią­tej. Po­sta­no­wiła za­tem udać się do ko­mi­sa­riatu pie­chotą. Miała sporo czasu, żeby przy­go­to­wać się psy­chicz­nie do roli ob­ser­wa­torki, pod­czas gdy inny śled­czy bę­dzie prze­słu­chi­wał jej uko­cha­nego. Cała ta sy­tu­acja była nie­zręczna dla wszyst­kich za­an­ga­żo­wa­nych.

Wło­żyła kurtkę. Gdy otwo­rzyła drzwi wej­ściowe, jej trzy koty wy­mknęły się i ru­szyły w po­goń za my­szami, które wy­pro­wa­dziły się z piw­nicy wraz z koń­cem zimy. Na ze­wnątrz Gi­selę po­wi­tały pro­mie­nie słońca i ćwier­ka­nie pta­ków.

Przez ostatni ty­dzień pra­co­wała wraz z troj­giem naj­bliż­szych śled­czych nie­mal bez prze­rwy, by ze­brać wię­cej do­wo­dów prze­ciwko Ra­gna­rowi. Nie­stety, nie tylko wąt­pli­wo­ści Gi­seli utrud­niały po­stępy w śledz­twie. Na miej­scu zbrodni, w cha­cie i piw­nicy ziem­nej po­dej­rza­nego, nie zna­le­ziono żad­nych śla­dów jed­no­znacz­nie łą­czą­cych go z po­rwa­niami lub mor­der­stwami. Psy prze­szu­kały duży ob­szar lasu wo­kół jego go­spo­dar­stwa, ale nie wy­kryły za­pa­chu zwłok. Krew w piw­nicy na­le­żała do sarny, zgod­nie z tym, co ze­znał Ra­gnar.

Śled­czy wszyst­kie na­dzieje po­kła­dali w ana­li­zie pró­bek DNA po­bra­nych w cha­cie, piw­nicy i sa­mo­cho­dzie do­mnie­ma­nego sprawcy. Po­li­cja zna­la­zła sta­rego Je­epa na zło­mo­wi­sku w po­bli­skiej wsi i na szczę­ście firma jesz­cze nie ro­ze­brała go na czę­ści. Gi­sela spo­dzie­wała się wy­ni­ków z la­bo­ra­to­rium lada dzień.

Sta­nęła w po­ło­wie drogi pro­wa­dzą­cej przez most na ląd, by po­czuć wiatr we wło­sach. Tego ranka na wo­dzie ze­brały się setki ła­bę­dzi i gęsi. W ciągu ostat­niego ty­go­dnia co­dzien­nie przy­la­ty­wało co­raz wię­cej pta­ków. Po­dró­żo­wały na pół­noc, ale zro­biły po­stój w Va­asie. Był to piękny wi­dok.

Za radą pro­ku­ra­tora Gi­sela ani nie spo­ty­kała się ze Ste­fa­nem, ani nie roz­ma­wiała z nim od czasu, gdy w toku śledz­twa po­ja­wiło się jego na­zwi­sko. Prze­ra­żało ją, że tak bar­dzo za nim tę­sk­niła. Jed­no­cze­śnie nie­po­ko­iła ją myśl, że mógł być w ja­ki­kol­wiek spo­sób za­mie­szany w sprawę za­bój­stwa Mi­ka­eli. Nie wie­rzyła, żeby był zdolny do upro­wa­dze­nia ko­go­kol­wiek, a tym bar­dziej ode­bra­nia ko­muś ży­cia, lecz za­sta­na­wiała się, czy nie­świa­do­mie nie miał w tym swo­jego udziału. Nic dziw­nego, że wia­do­mość o mor­der­stwie by­łej part­nerki go zszo­ko­wała, Gi­sela cały czas pa­mię­tała, jak dziw­nie się za­cho­wy­wał tego wie­czoru, kiedy Mi­ka­ela znik­nęła. Spóź­nił się na ko­la­cję do re­stau­ra­cji, nie po­da­jąc żad­nego sen­sow­nego wy­ja­śnie­nia, co wcze­śniej mu się nie zda­rzało. Nie­po­ko­jąca wy­dała się Gi­seli rów­nież jego re­ak­cja, gdy do­wie­dział się o Sa­dze. Bez wąt­pie­nia nie chciał się do cze­goś przy­znać. Nie wie­działa tylko, do czego.

Gi­sela ze­szła z mo­stu na ląd. Zer­k­nęła na ze­ga­rek. Spa­cer za­jął jej mniej czasu niż zwy­kle. Moż­liwe, że była w lep­szej for­mie, choć nie­wy­klu­czone, że po pro­stu się stre­so­wała i przez to szła szyb­ciej.

Kiedy mi­jała wię­zie­nie, spo­tkała Li­nusa, który nad­biegł wła­śnie od strony swo­jego domu w dziel­nicy Gamla Vasa.

Zwol­nił i przez ostatni od­ci­nek drogi szli ra­zem.

‒ Jak wam wczo­raj po­szło? Czy któ­ryś z miesz­kań­ców Gu­sta­vsro roz­po­znał sa­mo­chód Ra­gnara?

Gi­sela dzień wcze­śniej wy­słała Li­nusa, żeby po­now­nie po­roz­ma­wiał z ludźmi z oko­licy, gdzie ostatni raz wi­dziano Ja­milę Ra­fiq.

‒ Nie, nikt nie ko­ja­rzy tego Je­epa.

‒ No cóż, warto było spró­bo­wać – skwi­to­wała Gi­sela.

Wo­bec braku wy­ni­ków ba­dań DNA śled­czy ro­bili, co w ich mocy, by w inny spo­sób po­wią­zać Ra­gnara z Mi­ka­elą i Ja­milą.

‒ Sta­rych Je­epów ra­czej się w mie­ście nie wi­duje. Gdyby Ra­gnar przy­je­chał nim do Gu­sta­vsro, żeby śle­dzić Ja­milę lub cze­kać na nią przed do­mem Oskara Karp­pi­nena, ktoś na pewno by to za­pa­mię­tał – stwier­dził Li­nus. ‒ Poza tym fa­cet od pi­sa­nek był pewny, że wi­dział inny sa­mo­chód od­jeż­dża­jący z dużą pręd­ko­ścią z przy­stanku au­to­bu­so­wego, gdzie ostat­nio wi­dziano Ja­milę. Nie po­tra­fił opi­sać mo­delu, ale po­wie­dział, że to było no­wo­cze­sne auto.

Stary Jeep Ra­gnara miał liczne wgnie­ce­nia i zże­rała go rdza, a pod­czas jazdy wszystko w nim grze­cho­tało, zgrzy­tało i dud­niło. Ta­kim sa­mo­cho­dem nie da­łoby się śle­dzić ofiar, po­zo­sta­jąc nie­zau­wa­żo­nym.

‒ Trudno mi so­bie wy­obra­zić, że Ra­gnar sa­mo­dziel­nie po­peł­nił te zbrod­nie – rze­kła Gi­sela.

Li­nus wzru­szył ra­mio­nami.

‒ Nie­stety nie udało nam się zi­den­ty­fi­ko­wać żad­nych po­ten­cjal­nych wspól­ni­ków, a on, jak wia­domo, od­ma­wia współ­pracy w tej kwe­stii.

Gi­sela wes­tchnęła.

‒ Hm, zdaje się, że mu­simy też skre­ślić z li­sty po­dej­rza­nych by­łego męża Mi­ka­eli. Jo­han Vi­can­der ma alibi na czas, kiedy, jak za­kła­damy, do­szło do po­rwań. W jego ze­zna­niach na te­mat tego, co ro­bił w week­end wiel­ka­nocny, jest co prawda kilka luk. W Wielką So­botę zjadł lunch z ro­dziną sio­stry i po­szedł z nimi na ogni­sko. I to się zga­dza z ze­zna­niami świad­ków. Wie­czo­rem jed­nak wró­cił do domu i nie po­dał alibi na czas do­ko­na­nia mor­derstw. Nie­stety to nie wy­star­czy, bo nie mamy na niego nic po­nadto. Poza tym nie zna­leź­li­śmy po­wią­za­nia mię­dzy Jo­ha­nem a Ra­gna­rem. Bar­dziej praw­do­po­dobne wy­daje się więc, że wspól­ni­kiem jest je­den z wic­can.

‒ Zbie­ramy z Tu­ulą do­dat­kowe in­for­ma­cje od wszyst­kich człon­ków Kręgu Księ­życa. Jed­nak więk­szość z tych lu­dzi już wy­klu­czy­li­śmy.

‒ A co z no­wi­cju­szami? Czy to nie dziwne, że Luna znik­nęła wła­śnie wtedy, gdy do­łą­czyli do jej ko­wenu?

‒ La­ven­dula i jej part­ner Gan­dalf po­je­chali do Oslo dzień po ce­re­mo­nii pełni Księ­życa, żeby świę­to­wać Wiel­ka­noc z ro­dziną chło­paka. Na­wet nie wie­dzieli, co się stało, do­póki nie po­ja­wili się na sa­ba­cie, w któ­rym uczest­ni­czy­li­śmy z Tu­ulą.

‒ Ilu z po­zo­sta­łych człon­ków to męż­czyźni? – spy­tała Gi­sela.

Pro­fi­lerka przed­sta­wiła im dość ogólną cha­rak­te­ry­stykę sprawcy, ale jed­nego była pewna – za wszyst­kimi trzema mor­der­stwami stał męż­czy­zna.

‒ Tylko dwóch. Alu­cio i Si­lver. Alu­cio do­łą­czył do Kręgu rap­tem dwa lata temu. Zo­stał zwer­bo­wany przez Lunę i zda­niem po­zo­sta­łych wic­can wy­ka­zy­wał nie­zdrową fa­scy­na­cję ar­cy­ka­płanką. To on wy­ja­wił jej szcze­góły na te­mat na­zna­czo­nej prze­mocą prze­szło­ści Ra­gnara, co do­pro­wa­dziło do na­pięć mię­dzy Luną a cza­row­ni­kiem. Za­pewne ce­lowo chciał ich ze sobą skłó­cić. Mam wra­że­nie, że Ra­gnar i Alu­cio nie­naj­le­piej się do­ga­dy­wali.

‒ Po co Alu­cio miałby pod­sy­cać nie­uf­ność wśród wic­can?

‒ Wła­śnie za­mie­rzam to usta­lić. Dzi­siaj znowu chcę go prze­słu­chać.

‒ Skąd Alu­cio wie­dział o prze­szło­ści Ra­gnara? Czy znali się wcze­śniej?

‒ Je­śli do­brze zro­zu­mia­łem, to Si­lver się wy­ga­dał jed­nego wie­czoru, kiedy wy­pił za dużo wina. Si­lver i jego żona Eu­fra­sia są człon­kami Kręgu Księ­życa od wielu lat i do­brze znają Ra­gnara. Naj­wy­raź­niej sporo o nim wie­dzą. Na­wet ta­kie rze­czy, o któ­rych inni wic­ca­nie nie mają po­ję­cia. Na przy­kład, że Ra­gnar jest trzeź­wym al­ko­ho­li­kiem i wcze­śniej sto­so­wał prze­moc wo­bec ko­biet.

‒ Czy Alu­cio ma alibi? – do­cie­kała Gi­sela.

‒ Do­sta­łem jego gra­fik pracy z wię­zie­nia i aresztu. Kiedy za­gi­nęła Luna, miał wolne po po­łu­dniu, bo sam też pla­no­wał po­je­chać do Ra­gnara. Z ko­lei w cza­sie znik­nię­cia Mi­ka­eli i Ja­mili był w pracy. A w Wielką So­botę pra­co­wał na drugą zmianę.

‒ Wy­daje się mało praw­do­po­dobne, żeby Alu­cio i Ra­gnar dzia­łali jako wspól­nicy, skoro byli do sie­bie tak wrogo na­sta­wieni. A co z tym Si­lve­rem? Czy przed­sta­wił wia­ry­godną wer­sję wy­da­rzeń i alibi?

‒ Si­lver zło­żył śluby mil­cze­nia w ra­mach po­kuty, po tym, jak wy­ja­wił Alu­ciemu se­kret Ra­gnara.

‒ Na li­tość bo­ską, prze­cież pro­wa­dzimy śledz­two w spra­wie trzech mor­derstw! Żadne śluby mil­cze­nia nie mogą te­raz obo­wią­zy­wać – zde­ner­wo­wała się Gi­sela.

– Też tak uwa­żam. Nie­stety Si­lver nie po­dziela tej opi­nii. Po­pro­sił żonę, żeby ze­zna­wała w jego imie­niu. Eu­fra­sia upiera się, że cały week­end wiel­ka­nocny i czas, kiedy po­rwano ofiary, spę­dziła ra­zem z mę­żem. Nie ma pod­staw, żeby po­dej­rze­wać ją o kłam­stwo. Mał­żon­ko­wie pro­wa­dzą kwia­ciar­nię w La­iheli, więc nie tylko miesz­kają, ale i pra­cują ra­zem. Eu­fra­sia ra­czej za­uwa­ży­łaby nie­obec­ność męża. Szcze­rze mó­wiąc, Si­lver wy­daje się zu­peł­nie nie­szko­dliwy.

‒ Czy do­wie­dzia­łeś się od nich cze­goś no­wego na te­mat Luny?

‒ Tylko tyle, że przy­cią­gała po­dej­rza­nych ty­pów, któ­rych cza­sami przy­pro­wa­dzała na spo­tka­nia Kręgu, w na­dziei, że zwer­buje wię­cej człon­ków.

Gi­sela wes­tchnęła z re­zy­gna­cją. Miała prze­czu­cie, że sku­piają się na nie­wła­ści­wych oso­bach. Gdyby jed­nak wy­klu­czyli Ra­gnara i wic­can z grona po­dej­rza­nych, stra­ci­liby główny punkt za­cze­pie­nia dla śledz­twa.

Każdy, kogo do­tąd prze­słu­chali, mógł się oka­zać mor­dercą. Chyba że to ktoś, do kogo po­li­cja jesz­cze nie do­tarła.

LI­NUS

Wziął prysz­nic i prze­brał się w mun­dur, po czym po­szedł do wię­zie­nia, gdzie umó­wił się na spo­tka­nie z Alu­ciem, czyli Al­la­nem Ols­so­nem, jak się na­prawdę na­zy­wał.

Straż­nik za­pro­wa­dził Li­nusa do pra­cow­ni­czej sto­łówki, gdzie Al­lan cze­kał już przy sto­liku z fi­li­żanką kawy i wielką ka­napką z jaj­kiem.

‒ Czy nie prze­szka­dza panu, że będę jadł pod­czas roz­mowy? To moja je­dyna prze­rwa dzi­siaj. Kiedy skoń­czę zmianę tu­taj, jadę do aresztu.

‒ Ża­den pro­blem ‒ od­parł Li­nus i usiadł na krze­śle na­prze­ciwko. Wy­jął dłu­go­pis i no­tes, po czym otwo­rzył go na czy­stej stro­nie. ‒ Czy może mi pan jesz­cze raz opo­wie­dzieć, jak po­znał pan Lunę Mån­dot­ter?

‒ Była moją ma­sa­żystką. Za­czą­łem do niej cho­dzić, kiedy prze­pro­wa­dzi­łem się do Va­asy. Jak czło­wiek dużo cho­dzi i stoi w pracy, ciało staje się sztywne i bolą plecy. Luna miała ma­giczne ręce. – Al­lan uśmiech­nął się błogo na wspo­mnie­nie do­tyku rąk Luny.

Jego roz­ma­rzony wy­raz twa­rzy wy­wo­łał u Li­nusa gę­sią skórkę.

‒ Dużo ze sobą roz­ma­wia­li­śmy – kon­ty­nu­ował straż­nik – a kiedy usły­szała, że je­stem nowy w mie­ście, po­le­ciła mi za­bytki i inne atrak­cje. Za­py­ta­łem, czy zna ja­kieś fajne miej­sce, gdzie można po­znać lu­dzi, i wtedy za­pro­po­no­wała, że­bym po­szedł na ce­re­mo­nię księ­ży­cową z jej ko­we­nem.

Al­lan w ostat­nich la­tach kil­ka­krot­nie zmie­niał pracę. Za­nim prze­pro­wa­dził się do Va­asy, pra­co­wał w Hel­sin­kach. Wcze­śniej miesz­kał w Szwe­cji, gdzie mię­dzy in­nymi opie­ko­wał się mło­dzieżą w po­praw­czaku. Ni­gdy nie był żo­naty i nie miał dzieci. Tylko tyle Li­nus zdo­łał się do­wie­dzieć na te­mat jego prze­szło­ści.

‒ In­te­re­so­wał się pan re­li­gią wicca, za­nim po­znał pan Lunę?

‒ Nie, to było dla mnie coś zu­peł­nie no­wego. Cho­dzi­łem na spo­tka­nia Kręgu głów­nie dla­tego, że nie mia­łem nic lep­szego do ro­boty. Poza tym po­do­bało mi się prze­by­wa­nie we wspól­no­cie i na świe­żym po­wie­trzu. Spę­dzam za dużo czasu w za­mknię­ciu, no i at­mos­fera w wię­zie­niu nie za bar­dzo pod­nosi na du­chu.

Wszystko, co po­wie­dział Al­lan, brzmiało wia­ry­god­nie, ale Li­nus mimo to mu nie wie­rzył.

‒ Był pan za­ko­chany w Lu­nie? – spy­tał wprost.

‒ Na po­czątku może i tak – przy­znał Al­lan z nie­śmia­łym uśmie­chem. ‒ Jed­nak dość szybko do mnie do­tarło, że woli ko­biety, a poza tym już się z kimś spo­ty­kała.

‒ I wtedy prze­stał się pan sta­rać o jej względy?

‒ To chyba zro­zu­miałe.

Li­nus odło­żył dłu­go­pis na stół.

‒ Rzecz w tym, że kilku świad­ków twier­dzi, że nie po­go­dził się pan z od­rzu­ce­niem i na­dal nę­kał Lunę. Czy w końcu miał pan dość i po­sta­no­wił, że tak po­wiem, ją uka­rać?

Al­lan prych­nął.

‒ Kto tak po­wie­dział? Ra­gnar? Czy to nie on sie­dzi wła­śnie w aresz­cie pod za­rzu­tem za­mor­do­wa­nia Luny i po­zo­sta­łych ko­biet? Na pana miej­scu nie wie­rzył­bym w ani jedno jego słowo.

Li­nus ob­ser­wo­wał Al­lana, który wy­krzy­wił górną wargę w szy­der­czym uśmie­chu.

‒ Dla­czego po­wie­dział pan Lu­nie o bru­tal­nej prze­szło­ści Ra­gnara? Czy chciał pan skłó­cić lu­dzi w wa­szej wspól­no­cie?

Al­lan od­gryzł ko­lejny kęs ka­napki. Li­nus mu­siał po­cze­kać na od­po­wiedź, aż ten skoń­czy prze­żu­wać.

Na wię­zien­nym spa­cer­niaku osa­dzeni grali w ko­szy­kówkę. Bu­cze­nie i do­pin­gu­jące okrzyki mie­szały się z od­gło­sem od­bi­ja­ją­cej się piłki.

‒ Moim zda­niem Ra­gnar nie za­słu­gi­wał na rolę ar­cy­ka­płana – ode­zwał się w końcu Al­lan. ‒ Uwa­żam, że po­wi­nien nim zo­stać ktoś, kogo reszta może po­dzi­wiać. Dla Ra­gnara to tylko ko­lejny spo­sób na spra­wo­wa­nie wła­dzy nad ludźmi.

‒ A kto pana zda­niem po­wi­nien prze­jąć rolę ar­cy­ka­płana? Może pan?

‒ Dla­czego nie? Przy­naj­mniej po­ma­ga­łem Lu­nie w pla­no­wa­niu ry­tu­ałów i in­nych spraw. Ra­gnar na­wet nie kiw­nął pal­cem. Zo­stał mia­no­wany ar­cy­ka­pła­nem tylko dla­tego, że na­sze święte miej­sce znaj­duje się w po­bliżu jego ob­skur­nej chaty.

‒ Co Luna są­dziła o pana am­bi­cjach, żeby zo­stać ar­cy­ka­pła­nem?

Al­lan spo­chmur­niał i nic nie po­wie­dział.

W Kręgu Księ­życa naj­wy­raź­niej to­czyła się we­wnętrzna walka o wła­dzę. Py­ta­nie tylko, czy to na­prawdę wy­star­cza­jący mo­tyw, żeby ko­goś za­bić.

‒ Czy to pan miał pod­wieźć Lunę do Ra­gnara w po­nie­dzia­łek, dwu­dzie­stego pią­tego marca?

‒ Nie, nie ja.

‒ Co ro­bił pan w ciągu dnia przed ce­re­mo­nią księ­ży­cową?

‒ Pra­co­wa­łem. Mo­że­cie to ła­two spraw­dzić u na­czel­nika wię­zie­nia. Wzią­łem wolne we wto­rek po ce­re­mo­nii, dla­tego pra­co­wa­łem przez cały week­end wiel­ka­nocny, bo pew­nie in­te­re­suje was, gdzie wtedy by­łem.

Al­lan za­czął się de­ner­wo­wać.

‒ Czy był pan kie­dyś w bi­blio­tece miej­skiej w Va­asie? – spy­tał spo­koj­nie Li­nus.

‒ Chyba tak.

‒ Mi­ka­ela Vi­can­der pra­co­wała tam jako bi­blio­te­karka. Czy to tam pan ją po­znał?

‒ Nie znam Mi­ka­eli, przy­naj­mniej nic mi o tym nie wia­domo. Pierw­szy raz usły­sza­łem o niej, jak prze­czy­ta­łem w ga­ze­cie o mor­der­stwach – od­parł Al­lan, ucie­ka­jąc wzro­kiem, co zda­niem Li­nusa świad­czyło o tym, że kła­mie.

‒ A co z Ja­milą Ra­fiq? Jej brat ze­znał, że cho­dziła na spo­tka­nia ka­fejki ję­zy­ko­wej or­ga­ni­zo­wane przez bi­blio­tekę. Wi­dział ją pan tam?

‒ Nie mam nic wspól­nego z tymi ko­bie­tami. Zgo­dzi­łem się z pa­nem po­roz­ma­wiać, po­nie­waż chcę po­móc po­li­cji w schwy­ta­niu mor­dercy, ale je­śli za­mie­rza pan na­dal za­da­wać tego typu py­ta­nia, chcę ad­wo­kata.

‒ Da się to za­ła­twić – rzekł Li­nus. ‒ Mo­żemy kon­ty­nu­ować tę roz­mowę w ko­mi­sa­ria­cie, jak pan woli.

‒ Może in­nym ra­zem. Mu­szę wra­cać do pracy.

Al­lan wstał, wziął tacę z pu­stą fi­li­żanką i ta­le­rzem, odło­żył ją na wó­zek ku­chenny i wy­szedł ze sto­łówki, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Py­ta­nia Li­nusa bez wąt­pie­nia wy­trą­ciły go z rów­no­wagi.

GI­SELA

Ste­fan sie­dział na­prze­ciwko Tu­uli w po­koju prze­słu­chań. Po­ło­żył dło­nie na stole i lekko się nad nim po­chy­lił. Gi­sela ob­ser­wo­wała ich przez pro­sto­kątne okno. Po­li­cjantka sie­działa ple­cami do niej, za to z twa­rzy Ste­fana, zwró­co­nej w stronę Gi­seli, dało się wy­czy­tać każdą re­ak­cję. Było wi­dać, że jest zde­ner­wo­wany. Gi­sela nie po­tra­fiła jed­nak stwier­dzić, czy w ten spo­sób re­ago­wał na prze­słu­cha­nie przez po­li­cję, czy też jego za­cho­wa­nie wy­ni­kało to z tego, że coś ukry­wał. I to ją nie­po­ko­iło.

Jak do­brze znała męż­czy­znę, któ­rego wpu­ściła do swo­jego ży­cia? W cza­sie, gdy nie wi­dy­wała Ste­fana, na­ra­stały w niej wąt­pli­wo­ści.

Tu­ula roz­po­częła prze­słu­cha­nie:

‒ Wcze­śniej ze­znał pan, że tego dnia, kiedy za­gi­nęła Mi­ka­ela, był pan w pracy w szpi­talu cen­tral­nym w Va­asie do dzie­więt­na­stej, a na­stęp­nie zjadł pan ko­la­cję we fran­cu­skiej re­stau­ra­cji w cen­trum mia­sta. Roz­ma­wia­li­śmy z pana współ­pra­cow­ni­kami i zna­jo­mymi, z któ­rymi się pan spo­tkał na ko­la­cji, i wszystko wska­zuje na to, że ze­znał pan zgod­nie z prawdą. Ma pan rów­nież alibi na cały week­end wiel­ka­nocny, po­nie­waż prze­by­wał pan w spa nad je­zio­rem Lap­pa­järvi wraz z na­szą in­spek­torką kry­mi­nalną Gi­selą For­sell. W związku z tym nie jest pan o nic po­dej­rzany. Dzi­siej­sze prze­słu­cha­nie od­bywa się wy­łącz­nie w ce­lach in­for­ma­cyj­nych.

Gi­seli ulżyło, że Ste­fan ma alibi, lecz na­dal bała się, że do­wie się o nim cze­goś, czego jesz­cze nie wie.

‒ Kiedy ostat­nio wi­dział się pan z Mi­ka­elą? – spy­tała Tu­ula.

Ste­fan uni­kał jej spoj­rze­nia i utkwił wzrok w lu­strze we­nec­kim, pa­trząc pro­sto w stronę Gi­seli, zu­peł­nie jakby ją wi­dział. Czuł, że ona tam sie­dzi i na niego pa­trzy.

‒ Roz­sta­li­śmy się ja­kieś sześć lat temu. Od tam­tej pory nie mie­li­śmy ze sobą kon­taktu.

In­spek­torka wy­obra­ziła so­bie scep­tyczny wy­raz twa­rzy Tu­uli. Wie­lo­krot­nie wi­działa tę minę.

‒ Va­asa nie jest du­żym mia­stem. Trudno uwie­rzyć, że nie spo­tkał pan Mi­ka­eli ani razu od roz­sta­nia.

Była to uza­sad­niona wąt­pli­wość.

Ste­fan opu­ścił głowę. Przez kilka mi­nut sie­dział bez słowa. Kiedy w końcu pod­niósł wzrok w stronę Gi­seli, miał wil­gotne oczy.

‒ Wpa­dłem na nią w bi­blio­tece ze­szłej wio­sny. Długo roz­ma­wia­li­śmy, po­tem po­sta­no­wi­li­śmy pójść na lunch. Miło było się spo­tkać po tak dłu­gim cza­sie.

Gi­seli moc­niej za­biło serce.

‒ Czy to było wa­sze ostat­nie spo­tka­nie? – chciała wie­dzieć Tu­ula.

‒ Nie, wi­dzie­li­śmy się jesz­cze dwu­krot­nie. Za dru­gim ra­zem wy­lą­do­wa­li­śmy w łóżku.

Gi­seli zro­biło się czarno przed oczami. Jesz­cze wtedy nie znała Ste­fana, po­znali się do­piero la­tem. Po­wie­dział jej jed­nak, że nie miał żad­nego kon­taktu z Mi­ka­elą od czasu, kiedy ze sobą ze­rwali po­nad sześć lat wcze­śniej. Okła­mał ją. Za­ci­snęła dło­nie w pię­ści.

‒ Co się po­tem wy­da­rzyło? – do­cie­kała Tu­ula.

‒ Nic. Mi­ka­ela za­dzwo­niła i po­wie­działa, że ma męża i dziecko i nie mo­żemy się wię­cej spo­ty­kać.

‒ I pan to za­ak­cep­to­wał?

‒ Tak, oczy­wi­ście. Zo­sta­wi­li­śmy to za sobą. Oboje uzna­li­śmy, że to był błąd. ‒ Spoj­rzał bła­gal­nie w stronę Gi­seli.

‒ Sio­stra pana by­łej part­nerki ze­znała, że Mi­ka­ela wio­sną ubie­głego roku miała ko­chanka i że to dla­tego roz­pa­dło się jej mał­żeń­stwo. Czy to cho­dziło o pana?

Ste­fan roz­ło­żył ręce, wy­glą­da­jąc na zdru­zgo­ta­nego.

‒ Tak są­dzę. To nie trwało długo. Spo­tka­li­śmy się tylko trzy razy.

Tu­ula za­pi­sała coś w no­tat­niku.

‒ Czy to z pa­nem Mi­ka­ela miała się spo­tkać tego wie­czoru, kiedy za­gi­nęła?

‒ Ze mną? Chyba nie my­śli­cie, że skrzyw­dzi­łem Mi­ka­elę? – Ste­fan wy­da­wał się bli­ski za­ła­ma­nia. ‒ Poza tym w tym cza­sie ja­dłem ko­la­cję z Gi­selą, jej przy­ja­ciółką Mo­nicą i no­wym chło­pa­kiem Mo­niki, Tor­björ­nem.

Po ko­la­cji Ste­fan i Gi­sela po­je­chali tak­sówką do niej do domu, więc wie­działa, że nie mógł mieć nic wspól­nego z po­rwa­niem Mi­ka­eli. Wciąż nie da­wało jej jed­nak spo­koju, że choć wy­szedł z pracy punk­tu­al­nie, do­tarł do re­stau­ra­cji spóź­niony i w do­datku w bar­dzo dziw­nym na­stroju.

‒ Czy wie­dział pan, że to pan jest oj­cem dziecka Mi­ka­eli? – kon­ty­nu­owała Tu­ula.

‒ Nie mia­łem po­ję­cia. Za­kła­da­łem, że oj­cem jest jej mąż – od­parł Ste­fan, po­now­nie spo­glą­da­jąc w lu­stro we­nec­kie.

Czy to moż­liwe?, za­sta­na­wiała się Gi­sela. Ste­fan mu­siał prze­cież spo­tkać choćby jed­nego z ich wspól­nych zna­jo­mych w ciągu tych sze­ściu lat, które mi­nęły od roz­sta­nia z Mi­ka­elą. Czy na­prawdę nikt mu nie wspo­mniał o Sa­dze? A gdyby tak było, Ste­fan na pewno się za­sta­na­wiał, czy to nie on jest oj­cem tego dziecka.

Tu­ula od­chy­liła się na krze­śle. Skrzy­żo­wała ręce na piersi.

‒ Kiedy po raz pierw­szy usły­szał pan o Sa­dze?

‒ We wto­rek. Gi­sela mi po­wie­działa. Przy­się­gam, że mó­wię prawdę – za­pew­nił i wy­da­wało się, że jego wy­po­wiedź jest skie­ro­wana bar­dziej do Gi­seli niż do Tu­uli.

‒ Co pan czuje w związku z tym, że to pan może być bio­lo­gicz­nym oj­cem tej dziew­czynki?

Ste­fan wier­cił się na krze­śle.

‒ Nie wiem, co o tym my­śleć. W tej chwili przede wszyst­kim je­stem w szoku. Poza tym na ra­zie nic nie wia­domo. Nie ma jesz­cze wy­ni­ków te­stu DNA.

Tu­ula prze­chy­liła głowę na bok.

‒ Czy wie pan, dla­czego ktoś mógłby chcieć za­bić Mi­ka­elę?

Oczy Ste­fana wy­peł­niły się łzami, które szybko otarł grzbie­tem dłoni.

‒ Mi­ka­ela była cu­downą ko­bietą. Nie ro­zu­miem, dla­czego ktoś to zro­bił.

Gi­sela, choć zda­wała so­bie sprawę, że to ab­sur­dalne, po­czuła lek­kie ukłu­cie za­zdro­ści o zmarłą ko­bietę. Po obej­rze­niu zdjęć Mi­ka­eli, tak szczu­płej i ład­nej, nie mo­gła się na­dzi­wić, co Ste­fan wi­dział w po­li­cjantce, która nie do­rów­ny­wała wy­glą­dem jego by­łej part­nerce.

Ste­fan po­now­nie spoj­rzał w lu­stro w stronę Gi­seli.

‒ Mu­si­cie zna­leźć osobę, która za­biła Mi­ka­elę – po­wie­dział, pa­trząc bła­gal­nym wzro­kiem.

Na­stęp­nie scho­wał głowę w dło­niach.

Gi­sela nie mo­gła znieść wi­doku jego roz­pa­czy. Nie wie­działa, co o tym wszyst­kim my­śleć. Czuła się upo­ko­rzona przed Tu­ulą. Wy­szła z po­koju z pło­ną­cymi ze wstydu po­licz­kami. Nie była w sta­nie słu­chać dal­szej czę­ści prze­słu­cha­nia.

RA­GNAR

Ucisk w piersi rósł. Ra­gnar od­czu­wał silny strach, że nie bę­dzie mógł od­dy­chać. Że w celi na­gle za­brak­nie tlenu i po­woli się udusi. Od­dech sta­wał się co­raz szyb­szy, co zwia­sto­wało zbli­ża­jący się atak pa­niki. Gwał­tow­nie zdjął po­szewkę z po­duszki i przy­ci­snąw­szy ją do twa­rzy, za­czął w nią od­dy­chać. Po­wta­rzał so­bie, że taki atak nie jest groźny i wkrótce mi­nie. Po kilku mi­nu­tach opa­no­wał od­dech i było po wszyst­kim. Wy­czer­pany usiadł na skraju łóżka. Prze­by­wa­nie w za­mknię­ciu przy­wo­łało nie­przy­jemne wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa. Wspo­mnie­nia, które Ra­gnar zwy­kle wy­pie­rał. Mama za­my­kała go w sza­fie, kiedy był nie­po­słuszny albo jak miała zły dzień. Cza­sami go­dzi­nami sie­dział tam po ciemku, bez je­dze­nia ani wody. Na nic zda­wały się jego pła­cze, bła­ga­nia i prośby. Mama nie wy­pusz­czała go, do­póki nie uznała, że otrzy­mał wy­star­cza­jącą karę. Ni­gdy nie wie­dział, ile to po­trwa. Na­wet te­raz naj­więk­szy lęk wzbu­dzała w Ra­gna­rze wi­zja, że zo­sta­nie uwię­ziony bez moż­li­wo­ści ucieczki.

Na­gle usły­szał ko­goś na ko­ry­ta­rzu. Spoj­rzał na ze­gar. Nie była to jesz­cze pora lun­chu. Za­marł, kiedy kroki uci­chły przed jego celą.

Od­su­nięto za­suwę i drzwi otwo­rzyły się z me­ta­licz­nym zgrzy­tem.

‒ Dzień do­bry, Ra­gna­rze, jak tam dzi­siaj u cie­bie? – za­py­tał zna­jomy głos.

Alu­cio spoj­rzał na niego z wy­nio­słym uśmie­chem.

Ra­gnar miał w ustach tak su­cho, że trudno mu było mó­wić.

‒ Czego chcesz? – wy­du­sił z sie­bie.

‒ Znowu przy­szła do mnie po­li­cja – od­parł Alu­cio.

‒ Co ty nie po­wiesz… – rzu­cił Ra­gnar obo­jęt­nym to­nem.

‒ Co im o mnie na­ga­da­łeś?

‒ Prawdę. Że mia­łeś ob­se­sję na punk­cie Luny i nie chcia­łeś jej zo­sta­wić w spo­koju.

Alu­cio za­ci­snął dło­nie w pię­ści.

Ra­gnar do­strze­gał pe­wien po­zy­tywny aspekt śmierci Luny ‒ nie bę­dzie mu­siał wi­dy­wać tego czło­wieka. Był w Kręgu Księ­życa tylko ze względu na nią.

‒ Na twoim miej­scu uwa­żał­bym, co mó­wię po­li­cji – ostrzegł Alu­cio. ‒ Nie za­po­mi­naj, że znam twoje ta­jem­nice.

‒ My­ślisz, że nie wiem, że to przez cie­bie tu sie­dzę? Prze­stań roz­po­wia­dać kłam­stwa na mój te­mat.

Alu­cio prych­nął.

‒ Jak my­ślisz, kogo po­li­cja bę­dzie słu­chać? Sta­rego pi­jaka sie­dzą­cego w aresz­cie, po­dej­rza­nego o za­bój­stwo trzech ko­biet, czy sza­no­wa­nego funk­cjo­na­riu­sza służby wię­zien­nej?

Ra­gnar pró­bo­wał wstać z pry­czy, ale wciąż czuł za­wroty głowy po ataku pa­niki i upadł z po­wro­tem na plecy.

‒ Ojo­joj. Wielki Ra­gnar Li­bra le­dwo trzyma się na no­gach.

‒ Mu­sisz mi po­móc stąd wyjść – bła­gał Ra­gnar. ‒ Nie ra­dzę so­bie w za­mknię­ciu.

‒ Chyba je­steś na­prawdę zde­spe­ro­wany, skoro pro­sisz mnie o po­moc. Nie­stety, nic nie mogę zro­bić. Sam się w to wpa­ko­wa­łeś.

‒ Po­li­cja nie znaj­dzie ni­czego, co łą­czy­łoby mnie z tymi mor­der­stwami. Wtedy będą mu­sieli mnie wy­pu­ścić i roz­po­cząć po­szu­ki­wa­nia no­wego po­dej­rza­nego. Kto twoim zda­niem bę­dzie ich na­stęp­nym ce­lem? Zdaje się, że już mają na cie­bie oko. ‒ Ra­gnar na chwilę za­milkł, by straż­nik zro­zu­miał ostrze­że­nie. ‒ Może znaj­dziemy spo­sób, żeby so­bie na­wza­jem po­móc?

Alu­cio naj­wy­raź­niej roz­wa­żał tę pro­po­zy­cję.

‒ Co pro­po­nu­jesz?

‒ Mu­simy do­pro­wa­dzić do tego, żeby po­li­cja za­częła szu­kać sprawcy poza Krę­giem Księ­życa.

Męż­czy­zna ski­nął głową na znak, że się zga­dza.

TU­ULA

Z prze­sad­nym sku­pie­niem od­wi­nęła z pa­pierka ba­to­nik ener­ge­tyczny. Ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, że jesz­cze nikt nie przy­szedł do ka­biny aku­stycz­nej, od­chy­liła się na cy­try­no­wo­żół­tym krze­śle, po­ło­żyła nogi na stole i za­ja­dała prze­ką­skę. Gi­sela uni­kała jej przez cały dzień. Tu­ula pró­bo­wała z nią po­roz­ma­wiać po prze­słu­cha­niu Ste­fana, ale in­spek­torka twier­dziła, że nie ma czasu. Od tej pory nie wi­działa jej w wy­dziale kry­mi­nal­nym.

Za kilka mi­nut miało się roz­po­cząć po­po­łu­dniowe spo­tka­nie. Gi­sela nie mo­gła się już dłu­żej wy­mi­gi­wać. W każ­dym ra­zie jesz­cze się nie zda­rzyło, żeby nie po­ja­wiła się na spo­tka­niu, które sama zwo­łała. Tu­ula się za­sta­na­wiała, czy jed­nak nie bę­dzie to ten pierw­szy raz.

Li­nus i Freddy przy­szli chwilę po cza­sie, lecz Gi­seli na­dal nie było. Cze­kali na nią po­nad dzie­sięć mi­nut i już mieli od­pu­ścić, kiedy zo­ba­czyli ją pę­dzącą przez otwartą prze­strzeń biura. Już z da­leka było wi­dać, że coś jest nie tak.

‒ Złe wie­ści – rzu­ciła, opa­da­jąc ciężko na krze­sło. ‒ Mu­simy wy­pu­ścić Ra­gnara.

‒ A to dla­czego? – spy­tała Tu­ula.

‒ Przy­szły wy­niki ana­lizy DNA. Ani w piw­nicy, ani w jego Je­epie nie zna­le­ziono śla­dów żad­nej z trzech ofiar. W cha­cie było co prawda DNA Luny, ale można to ła­two wy­ja­śnić, Luna prze­cież by­wała u Ra­gnara przy wielu oka­zjach. Sam nam o tym mó­wił. Nie ist­nieją więc żadne kon­kretne do­wody, które po­twier­dza­łyby, że jest winny. Mamy tylko po­szlaki. Ju­tro mu­simy go wy­pu­ścić.

– Ale prze­cież się przy­znał, że za­mknął swoją byłą w piw­nicy – za­pro­te­sto­wała Tu­ula.

– Tak, ale pro­ku­ra­tor uważa, że nie mo­żemy go prze­trzy­my­wać w aresz­cie, skoro da­lej szu­kamy do­wo­dów na jego ewen­tu­alny udział w tych zbrod­niach.

‒ Mu­sie­li­śmy coś prze­oczyć. Może wię­ził te ko­biety w in­nym miej­scu? Freddy, masz mapę oko­licy, gdzie mieszka Ra­gnar? – Tu­ula nie­cier­pli­wie ma­chała ręką przed twa­rzą ko­legi.

Po­li­cjant wy­jął mapę z jed­nej ze swo­ich te­czek i roz­ło­żył ją na stole. Dom Ra­gnara był za­zna­czony czer­wo­nym krzy­ży­kiem.

‒ Las wo­kół chaty cią­gnie się ki­lo­me­trami. Może ro­bić, co mu się po­doba, bez obawy, że wtrącą się w to wścib­scy są­sie­dzi. Kto wie, czy nie zbu­do­wał w oko­licy wię­cej be­to­no­wych bun­krów. ‒ Tu­ula przez chwilę przy­glą­dała się ma­pie i za­raz po­tem po­ło­żyła pa­lec z po­ma­lo­wa­nym na czer­wono pa­znok­ciem w miej­scu od­da­lo­nym od chaty Ra­gnara o kil­ka­set me­trów w li­nii pro­stej. ‒ Stary szpi­tal psy­chia­tryczny. Czy ten bu­dy­nek na­dal ist­nieje?

‒ Nie są­dzę. Pa­mię­tam, że zbu­rzyli go kilka lat temu – rzekł Freddy, otwie­ra­jąc lap­topa. ‒ Po­cze­kaj. Spraw­dzę. ‒ Przez kilka mi­nut stu­kał w kla­wia­turę i prze­glą­dał różne strony in­ter­ne­towe. ‒ Tak jak my­śla­łem. Stary szpi­tal psy­chia­tryczny zo­stał zbu­rzony po tym, jak zgi­nął tam pe­wien chło­pak.

‒ Jak to się stało? – spy­tał Li­nus.

‒ Miej­scowa mło­dzież przy­cho­dziła tam wie­czo­rami i w nocy. Bu­dy­nek był w złym sta­nie i nie zo­stał od­po­wied­nio za­bez­pie­czony. Chło­pak na­dep­nął na spróch­niałą de­skę pod­ło­gową i spadł tak nie­for­tun­nie, że zgi­nął na miej­scu. Po tym wy­da­rze­niu wła­dze gminy zde­cy­do­wały o wy­bu­rze­niu bu­dynku, żeby za­po­biec po­dob­nym wy­pad­kom – wy­ja­śnił Freddy i zro­bił dra­ma­tyczną pauzę, po czym kon­ty­nu­ował: ‒ A wła­śnie, czy wie­dzie­li­ście, że ten szpi­tal był wy­łącz­nie dla ko­biet? Sześć­dzie­siąt lat temu ko­biety nie­szczę­śliwe w mał­żeń­stwie uwa­żano za neu­ro­tyczne. Le­ka­rze twier­dzili, że po­byt w szpi­talu psy­chia­trycz­nym po­może im na nowo przy­sto­so­wać się do ocze­ki­wa­nej roli żony i matki.

‒ Wy­star­czy, Freddy ‒ prze­rwała szorstko Tu­ula i przy­su­nęła do sie­bie mapę. ‒ Czy nie ma in­nego miej­sca, gdzie Ra­gnar mógłby wię­zić ofiary?

‒ Spójrz tu­taj. ‒ Ko­lega za­brał jej mapę. Na­dal ob­sta­wał przy tym, że miej­scem zbrodni może być szpi­tal psy­chia­tryczny. ‒ Przyj­rzyj się uważ­nie. Na te­re­nie na­le­żą­cym do szpi­tala znaj­duje się opusz­czony schron prze­ciw­lot­ni­czy. W cza­sach, gdy przyj­mo­wano tam pa­cjentki, dbano o obronę prze­ciw­lot­ni­czą lud­no­ści cy­wil­nej, a bu­do­wa­nie schro­nów wy­ku­tych w skale było po­wszechną prak­tyką. Nie ma żad­nych in­for­ma­cji, że bun­kier zo­stał zli­kwi­do­wany. Po­wi­nien tam na­dal być.

Tu­ula po­czuła, że serce za­czyna jej moc­niej bić.

‒ Czy dasz radę zna­leźć plany bu­dyn­ków?

Freddy znów przez chwilę stu­kał w kla­wi­sze lap­topa.

‒ Nie­stety, tak od razu to się nie uda. Chcesz, że­bym szu­kał da­lej?

To nie miało zna­cze­nia. Tu­ula za­mie­rzała spraw­dzić ten schron, nie­za­leż­nie od tego, czy znajdą te plany, czy nie.

‒ Nie, nie ma ta­kiej po­trzeby. To tam Ra­gnar wię­ził te ko­biety – stwier­dziła sta­now­czo Tu­ula. – Mam ta­kie prze­czu­cie. Mu­simy na­tych­miast tam po­je­chać i spraw­dzić ten bun­kier.

Gi­sela unio­sła dłoń.

– Nie tak szybko. Samo prze­czu­cie nie wy­star­czy. Mu­simy po­stę­po­wać zgod­nie z pro­ce­durą, bo ina­czej, je­śli sprawa trafi do sądu, może to zo­stać wy­ko­rzy­stane prze­ciwko nam.

‒ A je­śli są tam prze­trzy­my­wane inne ko­biety?!

‒ Nie zgło­szono żad­nych in­nych za­gi­nięć ko­biet w Ostro­botni w ostat­nim cza­sie. Po­roz­ma­wiam o tym ju­tro z pro­ku­ra­to­rem – oznaj­miła Gi­sela.

Tu­ula wpa­try­wała się w nią z kon­ster­na­cją.

Nie mo­gli prze­cież sie­dzieć bez­czyn­nie i cze­kać na de­cy­zję pro­ku­ra­tora.

Po spo­tka­niu Tu­ula po­de­szła do Li­nusa i upew­niw­szy się, że in­spek­torka ich nie sły­szy, po­wie­działa:

‒ I tak tam te­raz po­jadę. Je­dziesz ze mną?

‒ Nie sły­sza­łaś, co mó­wiła Gi­sela? Mu­simy naj­pierw do­stać po­zwo­le­nie.

‒ To może po­trwać kilka dni. Nie za­mie­rzam cze­kać tak długo. Chcesz je­chać czy nie?

Li­nus przez dłuż­szą chwilę stał w mil­cze­niu, jakby roz­wa­żał różne opcje, po czym od­parł:

‒ Do­bra, jadę.

‒ Su­per, to ru­szajmy.

Li­nus i Tu­ula po raz ko­lejny udali się w kie­runku Vörå, tyle że te­raz skrę­cili w drogę pro­wa­dzącą do sta­rego szpi­tala psy­chia­trycz­nego. Po­ło­żony był w ma­low­ni­czym miej­scu, tuż nad ma­łym je­zio­rem. Strome klify opa­dały stromo do wody. Na te­re­nie obiektu znaj­do­wał się duży park, ale po­nie­waż od wielu lat nikt o niego nie dbał, krzewy zdzi­czały, a żwi­rowe alejki po­ro­sły trawą. Wśród ro­ślin­no­ści można było jed­nak do­strzec fon­tannę i kil­ka­na­ście ła­wek. W tym miej­scu nie­wąt­pli­wie od­po­czy­wały pa­cjentki szpi­tala. Praw­do­po­dob­nie czuły się tu le­piej niż w nie­uda­nych mał­żeń­stwach, po­my­ślała Tu­ula. Dla­czego nikt nie wpadł na to, żeby za­mknąć tu męż­czyzn, któ­rzy uniesz­czę­śli­wiali ko­biety?

Schron mie­ścił się przy kli­fie na skraju lasu. Tu­ula za­par­ko­wała tuż przed nim. Wy­sie­dli z sa­mo­chodu. Żwir chrzę­ścił pod bu­tami.

‒ My­ślisz, że ktoś tam jest? – spy­tała, zbli­ża­jąc się do uchy­lo­nych zie­lo­nych, me­ta­lo­wych drzwi. ‒ Patrz, ktoś mu­siał tu być cał­kiem nie­dawno. Na klamce wisi nowa kłódka. I to otwarta.

Na­gle po­czuła prze­raź­liwy chłód. Oko­lica była opu­sto­szała, a ta­fla je­ziora nie­po­ru­szona i spo­kojna. Z du­żego gniazda na szczy­cie wy­so­kiego drzewa do­bie­gało kra­ka­nie kruka. Ptasi skrzek roz­brzmiał trzy­krot­nie. Raz dla każ­dej ko­biety, po­my­ślała Tu­ula i wstrzą­snął nią dreszcz.

Ogar­nęło ją zło­wiesz­cze prze­czu­cie.

‒ Co ro­bimy? – za­sta­na­wiał się Li­nus.

‒ Je­śli chcesz, to tu zo­stań, ale ja wcho­dzę – oznaj­miła Tu­ula.

Za­wa­hała się tylko przez mo­ment, po czym po­de­szła do wej­ścia. Z jedną ręką na broni w ka­bu­rze, a w dru­giej trzy­ma­jąc la­tarkę, pchnęła drzwi i we­szła do ciem­nego bun­kra. Usły­szała za sobą szu­ra­nie bu­tów Li­nusa.

‒ Halo! Tu­ula Niemi z po­li­cji w Va­asie. Czy jest tu kto? – za­wo­łała.

Mury po­chło­nęły jej słowa.

Prze­su­nęła la­tarką, by spraw­dzić, jak wy­gląda bun­kier od środka. Znaj­do­wali się w pro­sto­kąt­nym przed­sionku, z któ­rego od­cho­dził długi ko­ry­tarz pro­wa­dzący w głąb góry. Wzdłuż ścian cią­gnęły się re­gały, kie­dyś za­pewne pełne za­pa­sów, a te­raz le­żało tam tylko kilka ko­ców i za­rdze­wia­łych pu­szek z kon­ser­wami. W schro­nie było o kilka stopni chłod­niej niż na ze­wnątrz i uno­sił się tu silny za­pach de­ter­gen­tów. Świa­tło la­tarki pa­dło na okrą­gły włącz­nik. Tu­ula na­ci­snęła przy­cisk i na su­fi­cie roz­bły­sły lampy. Ośle­piona na­głym bla­skiem zmru­żyła oczy i skie­ro­wała la­tarkę w dół. Po obu stro­nach ko­ry­ta­rza mie­ściły się trzy pary sta­lo­wych drzwi. Po­li­cjantka otwo­rzyła pierw­sze z nich. Oświe­tliła małe i wą­skie wnę­trze. Do ściany przy­krę­cone było me­ta­lowe łóżko pię­trowe. Na be­to­nie wid­niały krwawe ślady za­dra­pań. Ko­goś tu prze­trzy­my­wano. I to nie­dawno. Za­pach środka czysz­czą­cego mie­szał się z inną, trudną do okre­śle­nia wo­nią. Czyżby tak pach­niał ludzki strach? Tu­ula po­czuła na ple­cach zimny dreszcz.

Za­mknęła oczy. Tępy ból wgry­zał się w klatkę pier­siową. Prze­ra­że­nie uwię­zio­nej tu osoby wy­da­wało się nie­wy­obra­żalne.

‒ Spójrz ‒ zwró­ciła się do Li­nusa, rów­nie wstrzą­śnię­tego jak ona, czu­jąc, że głos więź­nie jej w gar­dle.

‒ Mu­simy to zgło­sić. Nie po­winno nas tu być. Mo­żemy znisz­czyć do­wody ‒ stwier­dził po­li­cjant, wy­co­fu­jąc się do wyj­ścia.

Tu­ula nie po­słu­chała Li­nusa i ru­szyła da­lej w głąb bun­kra. Za dwoj­giem po­zo­sta­łych drzwi za­stała nie­mal to samo co w pierw­szym po­koju.

‒ Luna tu była – stwier­dziła drżą­cym gło­sem. ‒ Ten drań wię­ził tu wszyst­kie trzy ko­biety. Trzeba spraw­dzić, czy nie za­mknął tu ni­kogo wię­cej.

Zo­stało jesz­cze troje drzwi. Tu­ula ostroż­nie sta­wiała kroki. Wa­hała się przed każ­dym na­ci­śnię­ciem klamki i zaj­rze­niem do środka. Trzy po­zo­stałe po­koje były pu­ste, z wy­jąt­kiem kilku bu­te­lek po al­ko­holu i pu­szek po pi­wie po­roz­rzu­ca­nych po ką­tach. Praw­do­po­dob­nie kie­dyś ze schronu ko­rzy­stała miej­scowa mło­dzież, mieli tu kry­jówkę do im­pre­zo­wa­nia pod­czas ciem­nych i zim­nych mie­sięcy.

‒ Mu­simy za­dzwo­nić do Gi­seli i po­wie­dzieć jej, co zna­leź­li­śmy – po­wtó­rzył Li­nus.

Cze­kał na Tu­ulę w przed­sionku, go­towy, by wyjść na ze­wnątrz.

Po­li­cjantka wy­cią­gnęła te­le­fon.

‒ Nie ma za­sięgu. Chodźmy stąd.

Za­nim do­tarli do wyj­ścia, grube me­ta­lowe drzwi za­trza­snęły się z gło­śnym hu­kiem. Rzu­cili się na nie jed­no­cze­śnie, ale nie drgnęły ani o mi­li­metr.

‒ Za­mknęli nas – oznaj­mił Li­nus.

‒ Musi być inne wyj­ście – od­parła Tu­ula na­gle ogar­nięta silną klau­stro­fo­bią.

Po­li­cjantka ro­zej­rzała się po dłu­gim ko­ry­ta­rzu, pró­bu­jąc zna­leźć inną drogę lub przed­miot, któ­rym mo­gliby wy­wa­żyć drzwi.

Jej wzrok padł na róg su­fitu w przed­sionku, gdzie mi­gała czer­wona lampka.

Ktoś ich na­gry­wał.

Prze­szył ją lo­do­waty dreszcz prze­ra­że­nia.

Gdzieś tam na ze­wnątrz ob­ser­wo­wał ich ja­kiś sza­le­niec.

GI­SELA

Za­pa­dał już zmrok, kiedy Gi­sela za­par­ko­wała przed swoim do­mem na cy­plu. Do­pa­dło ją ta­kie zmę­cze­nie, że nie miała siły wy­siąść z sa­mo­chodu. Przez dłuż­szą chwilę sie­działa na fo­telu kie­rowcy, tym­cza­sem tem­pe­ra­tura w au­cie szybko spa­dała, a szyby za­pa­ro­wały. Pod­sko­czyła, sły­sząc gło­śne pu­ka­nie. W oknie po­ja­wiła się za­ma­zana twarz Ste­fana. Gi­sela jęk­nęła w du­chu. Po prze­słu­cha­niu nie za­mie­niła z nim ani słowa i te­raz też nie miała ochoty z nim roz­ma­wiać.

Wy­sia­dła z sa­mo­chodu.

‒ Co ty tu ro­bisz? – spy­tała i żeby nie brzmiało to zbyt oschle, do­dała: ‒ Już późno.

‒ Przez cały dzień pró­bo­wa­łem się z tobą skon­tak­to­wać. Mu­simy po­ga­dać. Cze­kam tu już po­nad go­dzinę.

‒ Masz klucz. Dla­czego nie wsze­dłeś do środka?

‒ Wy­da­wało mi się to nie na miej­scu, pa­trząc na na­sze re­la­cje. Wiem, że słu­cha­łaś, co mó­wi­łem pod­czas prze­słu­cha­nia.

Gi­sela po­tarła skroń.

‒ To był długi dzień. Czy to nie może po­cze­kać?

‒ Nie, czuję się okrop­nie, że od sa­mego po­czątku nie by­łem z tobą szczery co do Mi­ka­eli. Zwłasz­cza je­śli po­my­ślę o tym wszyst­kim, co się te­raz dzieje. Mu­szę ci to wy­ja­śnić.

‒ Do­brze, wejdź.

Kiedy Gi­sela otwo­rzyła drzwi, z przed­po­koju wy­bie­gły koty i od razu ją ob­sko­czyły, do­ma­ga­jąc się je­dze­nia. Naj­pierw mu­siała je na­kar­mić, a do­piero po­tem mo­gła wy­słu­chać wy­ja­śnień Ste­fana. Pod­czas gdy na­kła­dała ka­wałki kur­czaka w ga­la­re­cie do mi­sek, Ste­fan ro­bił ka­napki i pa­rzył her­batę. Czuł się w kuchni Gi­seli tak swo­bod­nie, że wie­dział le­piej niż ona, gdzie co jest. I zde­cy­do­wa­nie bar­dziej dbał o to, żeby lo­dówka była pełna. Dało się za­uwa­żyć, że nie przy­cho­dził tu od po­nad dwóch ty­go­dni. Choć zo­stały tylko ja­kieś resztki, Ste­fa­nowi mimo wszystko udało się przy­go­to­wać coś do je­dze­nia.

‒ Pro­szę, mu­sisz coś zjeść. – Po­sta­wił na stole dwie wy­kwintne ka­napki z se­rem, szynką i musz­tardą, a także ku­bek z her­batą ru­mian­kową dla Gi­seli.

Do­piero te­raz zdała so­bie sprawę, jak bar­dzo jest głodna, i wbiła zęby w kromkę chleba.

Wtedy Ste­fan za­czął mó­wić:

‒ Nie wiem, dla­czego ci nie po­wie­dzia­łem, że rok temu mia­łem z Mi­ka­elą krótki ro­mans. Praw­do­po­dob­nie dla­tego, że spo­tka­li­śmy się tylko kilka razy i nie prze­ro­dziło się to w nic wię­cej. A może dla­tego, że oboje szybko zda­li­śmy so­bie sprawę, że już nic do sie­bie nie czu­jemy. Nie skła­ma­łem świa­do­mie, po pro­stu nie uwa­ża­łem, że warto o tym wspo­mi­nać. Do­piero co cię po­zna­łem i nie chcia­łem roz­ma­wiać o swo­jej by­łej.

‒ Szkoda, że nic nie po­wie­dzia­łeś, kiedy stało się ja­sne, że Mi­ka­ela jest jedną z ofiar i że mo­żesz być oj­cem jej córki – za­uwa­żyła Gi­sela.

‒ Wiem. Mój błąd. Szcze­rze mó­wiąc, nie są­dzi­łem, że to ma ja­kieś zna­cze­nie. Nie mam nic wspól­nego z jej śmier­cią ani ze śmier­cią po­zo­sta­łych ko­biet. Nie wiem też, kto je za­bił ani dla­czego.

‒ Ni­gdy cię nie po­dej­rze­wa­łam – przy­znała Gi­sela i na­tych­miast po­czuła ukłu­cie wy­rzu­tów su­mie­nia. Czyżby w głębi du­szy miała ja­kieś wąt­pli­wo­ści? Szybko ode­pchnęła tę myśl. ‒ Za­sta­nów się, jak się czu­łam, kiedy do­wie­dzia­łam się o twoim prze­lot­nym ro­man­sie z Mi­ka­elą z prze­słu­cha­nia prze­pro­wa­dzo­nego przez jedną z mo­ich śled­czych.

Ste­fan spu­ścił głowę. Ra­miona mu opa­dły.

‒ Od te­raz po pro­stu bądźmy ze sobą szcze­rzy ‒ ode­zwała się ła­god­niej­szym to­nem.

Nie czuła już gniewu. Tę­sk­niła za Ste­fa­nem. Nie chciała się kłó­cić o coś, co się wy­da­rzyło, za­nim się po­znali.

Ste­fan pod­niósł wzrok, a w jego oczach po­ja­wiła się iskierka na­dziei.

‒ Nie masz po­ję­cia, jak bar­dzo się cie­szę, że to mó­wisz. Ba­łem się, że nie bę­dziesz chciała mnie już wię­cej wi­dzieć.

Gi­sela wrzu­ciła kostkę cu­kru do sty­gną­cej her­baty.

‒ Skoro mamy być wo­bec sie­bie szcze­rzy, to za­sta­na­wiam się nad czymś jesz­cze – rze­kła. ‒ Cho­dzi mi to po gło­wie już od ja­kie­goś czasu.

Ste­fan wziął Gi­selę za ręce i spoj­rzał na nią ner­wowo.

‒ Py­taj. Nie mam przed tobą żad­nych ta­jem­nic. Już nie.

‒ Tej nocy, kiedy spo­tka­li­śmy się z Mo­nicą i Tor­björ­nem we fran­cu­skiej re­stau­ra­cji, spóź­ni­łeś się i nie by­łeś sobą.

Ste­fan naj­wy­raź­niej zro­zu­miał, o co jej cho­dzi, po­nie­waż szybko pu­ścił jej dło­nie.

‒ Masz na my­śli wie­czór, kiedy za­gi­nęła Mi­ka­ela – stwier­dził su­cho. ‒ W tam­tym ty­go­dniu po­kłó­ci­łem się z no­wym le­ka­rzem na od­dziale ra­tun­ko­wym. Uzna­łem, że po­peł­nił po­ważny błąd w oce­nie sy­tu­acji, ale on nie lubi, jak pie­lę­gniarz mu coś wy­tyka, i zi­gno­ro­wał moje obawy. Osta­tecz­nie mu­sia­łem in­ter­we­nio­wać na wyż­szym szcze­blu i po­in­for­mo­wać or­dy­na­tora. Dla­tego by­łem w kiep­skiej for­mie, a przez ko­lejne dni w pracy pa­no­wała fa­talna at­mos­fera. Spóź­ni­łem się, bo mu­sia­łem się przejść. Chcia­łem roz­ła­do­wać fru­stra­cję, żeby nie ze­psuć ko­la­cji swoim złym hu­mo­rem. Wy­daje mi się, że nie bar­dzo udało mi się to przed tobą ukryć. Zbyt do­brze mnie znasz.

Gi­sela upiła łyk po­sło­dzo­nej her­baty. Na­dal miała gorzki smak.

‒ Czy coś jesz­cze chcia­ła­byś o mnie wie­dzieć? – rzu­cił ura­żony Ste­fan.

‒ Prze­pra­szam. Mu­sia­łam o to za­py­tać.

‒ Nie wiem, jak mam się za­cho­wy­wać, że­byś mi za­ufała. Czuję się tak, jak­byś tylko cze­kała, aż coś schrza­nię, żeby ze mną ze­rwać. Wię­cej cię nie za­wiodę i obie­cuję, że cię nie zo­sta­wię – za­pew­nił Ste­fan, wsta­jąc od stołu. Na­wet nie tknął ka­napki. – Jest późno. Po­wi­nie­nem już iść.

‒ Nie mo­żesz mi obie­cać, że ni­gdy mnie nie zo­sta­wisz – za­pro­te­sto­wała ci­cho Gi­sela, lecz już wy­cho­dził z domu i jej nie sły­szał.

LI­NUS

Na su­fi­cie była za­mon­to­wana mała ka­mera. Mi­ga­jąca lampka świad­czyła o tym, że urzą­dze­nie jest włą­czone.

‒ Ktoś nas na­grywa – stwier­dził Li­nus i po­czuł, jak skręca mu się żo­łą­dek.

Tu­ula po­de­szła bli­żej ka­mery. Spoj­rzała w obiek­tyw. Po­ło­żyła ręce na bio­drach i ode­zwała się do­no­śnym gło­sem:

‒ Le­piej nas wy­puść. I tak pój­dziesz za to sie­dzieć, i za to, co zro­bi­łeś in­nym.

‒ Gro­że­nie ko­muś po dru­giej stro­nie ka­mery ra­czej w tej sy­tu­acji nam nie po­może – szep­nął Li­nus tak ci­cho, żeby ktoś, kto ich tu za­mknął, nic nie usły­szał.

Tu­ula pod­sko­czyła i strą­ciła ka­merę, którą na­stęp­nie po­de­ptała.

‒ The show is over.

W bun­krze pa­no­wał ziąb i Li­nus się cie­szył, że mimo ład­nej po­gody wło­żył tego dnia grubą kurtkę.

‒ Nie ma za­sięgu – za­uwa­żyła Tu­ula. ‒ Nie damy rady ni­kogo po­in­for­mo­wać, że tu je­ste­śmy.

‒ Jak my­ślisz, kiedy ktoś za­cznie nas szu­kać?

Po­li­cjantka wzięła głę­boki wdech i wy­pu­ściła po­wie­trze no­sem.

‒ Tro­chę to po­trwa. Po­wie­dzia­łam Han­nele, że będę pra­co­wać do późna. Pew­nie po­my­śli, że się za­sie­dzia­łam, i na­wet się nie przej­mie, że mnie nie ma, kiedy się obu­dzi. Za­tę­skni za mną do­piero ju­tro wie­czo­rem, jak wróci z pracy.

‒ Za mną też nikt nie bę­dzie tę­sk­nił – po­wie­dział Li­nus z bó­lem w sercu. ‒ Jo­se­fin jest z dziećmi w tym ty­go­dniu. Ale jak ju­tro nie po­ja­wimy się w pracy, to przy­naj­mniej Gi­sela po­winna się za­cząć za­sta­na­wiać, gdzie się po­dzie­wamy.

‒ Na­prawdę w to wie­rzysz? Pew­nie za­łoży, że je­ste­śmy w te­re­nie i spraw­dzamy tropy. A tak w ogóle nie wy­daje ci się, że ostat­nio jest tro­chę roz­ko­ja­rzona?

‒ Może tro­chę – zgo­dził się Li­nus. ‒ W jej ży­ciu pry­wat­nym dużo się te­raz dzieje. Cho­dzi mi o Ste­fana i tak da­lej.

‒ No wła­śnie. Dla­tego my­ślę, że nie po­winna pro­wa­dzić tego śledz­twa. Jest w to zbyt oso­bi­ście za­an­ga­żo­wana.

‒ I kto to mówi…

Tu­ula się skrzy­wiła i za­częła cho­dzić tam i z po­wro­tem po cia­snym po­miesz­cze­niu, w któ­rym uno­sił się ostry za­pach de­ter­gen­tów.

‒ Po­win­ni­śmy się jak naj­mniej ru­szać, żeby nie znisz­czyć do­wo­dów – zwró­cił jej ostroż­nie uwagę Li­nus. Nie chciał jesz­cze bar­dziej de­ner­wo­wać ko­le­żanki. ‒ Jak my­ślisz, co tu się wy­da­rzyło?

‒ Nic do­brego, tego je­stem pewna – od­parła.

Lampa na su­fi­cie da­wała słabe świa­tło, które nie do­cie­rało do wszyst­kich za­ka­mar­ków. Tu­ula po­now­nie wy­jęła la­tarkę i skie­ro­wała ją na ściany.

‒ Zo­bacz. Krew. Sprawca mu­siał to prze­oczyć pod­czas sprzą­ta­nia.

Li­nus pod­szedł bli­żej. W świe­tle la­tarki plamy krwi były wi­doczne go­łym okiem.

‒ Tech­nicy po­winni być w sta­nie po­brać z tego DNA – za­uwa­żył.

‒ My­ślę, że to tu­taj ścięto te ko­biety – szep­nęła Tu­ula. ‒ I że wszystko za­re­je­stro­wała ka­mera.

Czwar­tek, 18 kwiet­nia 2024 roku

GI­SELA

Kiedy do­tarła do ko­mi­sa­riatu, było już po je­de­na­stej i wielu po­li­cjan­tów wy­bie­rało się na lunch. Miała za sobą dłu­gie spo­tka­nie z pro­ku­ra­to­rem, pod­czas któ­rego przed­sta­wiła teo­rię, że Ra­gnar prze­trzy­my­wał ko­biety w bun­krze przy sta­rym szpi­talu psy­chia­trycz­nym. Po­pro­siła o na­kaz prze­szu­ka­nia i pró­bo­wała prze­ko­nać prze­ło­żo­nego, żeby zo­sta­wić Ra­gnara w aresz­cie do czasu do­kład­nego spraw­dze­nia tego schronu. Pro­ku­ra­tor zgo­dził się na oglę­dziny bun­kra, ale ka­zał Gi­seli wy­pu­ścić po­dej­rza­nego. Bra­ko­wało im wy­star­cza­jąco ob­cią­ża­ją­cych do­wo­dów.

Kiedy in­spek­torka we­szła do wy­działu kry­mi­nal­nego, szmery gwał­tow­nie uci­chły. Naj­wy­raź­niej wia­do­mość o wyj­ściu cza­row­nika na wol­ność do­tarła do ko­mi­sa­riatu szyb­ciej niż sama Gi­sela.

‒ Czy Li­nusa albo Tu­ula tu dzi­siaj byli? – spy­tała obec­nych w po­koju, nie wi­dząc ni­g­dzie ani blond czu­pryny Li­nusa, ani bu­rzy lo­ków Tu­uli.

Wszy­scy w od­po­wie­dzi je­dy­nie po­krę­cili gło­wami. Nikt nie wie­dział, gdzie tych dwoje się po­działo.

‒ Jak ich spo­tka­cie, po­wiedz­cie im, żeby się ze mną skon­tak­to­wali – do­dała, po czym znik­nęła za ścianką dzia­łową i usia­dła za biur­kiem.

Po spo­tka­niu z pro­ku­ra­to­rem pró­bo­wała się do­dzwo­nić i do Li­nusa, i do Tu­uli, żeby po­in­for­mo­wać ich o de­cy­zji prze­ło­żo­nego. Żadne jed­nak nie ode­brało te­le­fonu. Przez chwilę się za­sta­na­wiała, gdzie są i co ro­bią, wkrótce jed­nak po­chło­nęły ją inne sprawy.

Do jej biurka pod­szedł Freddy. Gło­śno chrząk­nął, by zwró­cić jej uwagę, i po­wie­dział:

‒ Udało mi się na­mie­rzyć ta­jem­ni­czego part­nera Mi­ka­eli dzięki apli­ka­cji rand­ko­wej i hi­sto­rii po­łą­czeń. Mam jego imię i ad­res.

‒ Świet­nie. W ta­kim ra­zie od razu po­jadę z nim po­roz­ma­wiać – zde­cy­do­wała Gi­sela, pod­no­sząc się z krze­sła.

Lało jak z ce­bra, kurtka Gi­seli szybko prze­mo­kła. In­spek­torka wo­lała na­wet nie my­śleć o swo­jej fry­zu­rze w tym mo­men­cie, choć stwier­dziła, że praw­do­po­dob­nie nie wy­glą­dała dużo go­rzej niż zwy­kle. Stała na scho­dach przed żół­tym par­te­ro­wym do­mem i cze­kała, aż ktoś jej otwo­rzy. Wła­śnie miała za­dzwo­nić jesz­cze raz, kiedy uchy­liły się drzwi.

‒ Ismo Ka­ta­ila? – spy­tała Gi­sela, po­ka­zu­jąc le­gi­ty­ma­cję po­li­cyjną męż­czyź­nie sto­ją­cemu w ko­ry­ta­rzu.

Ismo zbladł.

‒ O co cho­dzi? – wy­ją­kał.

Cho­ciaż in­spek­torka nie miała kon­kret­nego wy­obra­że­nia o wy­branku Mi­ka­eli, na pewno nie spo­dzie­wała się ko­goś ta­kiego. Spra­wiał wra­że­nie osoby nie­śmia­łej i nie­pew­nej sie­bie, a do tego nie był szcze­gól­nie atrak­cyjny. Zu­peł­nie nie przy­po­mi­nał męż­czy­zny ze zdję­cia pro­fi­lo­wego w apli­ka­cji rand­ko­wej.

‒ Czy mo­żemy po­roz­ma­wiać w środku? Wo­la­ła­bym już dłu­żej nie stać na desz­czu – kon­ty­nu­owała Gi­sela.

Ismo się od­su­nął, wpusz­cza­jąc in­spek­torkę do przed­po­koju, ale nie da­lej. W sła­bym świe­tle lampy su­fi­to­wej, z tylko jedną dzia­ła­jącą świe­tlówką, można było do­strzec półkę na buty, wie­szak i po­nurą ta­petę w czarno-szarą kratę. Wszech­obecny za­pach pa­pie­ro­sów zdra­dzał, że w domu od dawna pa­liło się ty­toń.

Gi­sela roz­pięła koł­nierz kurtki. Zdjęła oku­lary i wy­cią­gnęła z kie­szeni starą chu­s­teczkę, którą wy­tarła kro­ple desz­czu.

‒ Czy do­my­śla się pan, dla­czego tu przy­szłam? – spy­tała.

‒ Nie – od­parł Ismo po chwili, po czym wziął głę­boki wdech, jakby zbie­rał się na od­wagę. ‒ Czy to ma coś wspól­nego z Mi­ka­elą?

‒ Skąd ten po­mysł?

Ismo za­ła­mał ręce. Zdał so­bie sprawę, że Gi­sela za­uwa­żyła jego zde­ner­wo­wa­nie, i scho­wał dło­nie do kie­szeni.

‒ Czy­ta­łem w pra­sie o tych mor­der­stwach. Nie zna­łem wpraw­dzie jej na­zwi­ska, ale prze­szło mi przez myśl, że może jest jedną z ofiar.

In­spek­torka z po­wro­tem za­ło­żyła oku­lary.

‒ Dla­czego nie skon­tak­to­wał się pan z po­li­cją, skoro po­dej­rze­wał pan, że może cho­dzić o Mi­ka­elę? Na­prawdę się na­pra­co­wa­li­śmy, żeby pana od­na­leźć.

Ismo znowu ner­wowo wy­giął ręce.

‒ Wła­ści­wie to jej nie zna­łem. Ni­gdy się nie spo­tka­li­śmy. Nie chcia­łem zo­stać wcią­gnięty w po­li­cyjne śledz­two.

‒ Ale chyba miał się pan z nią spo­tkać w Wielki Czwar­tek, tego sa­mego wie­czoru, kiedy za­gi­nęła? – na­ci­skała Gi­sela.

‒ Tak, umó­wi­li­śmy się w Red Lion, tym an­giel­skim pu­bie w cen­trum, ale nie przy­szła. Cze­ka­łem w ba­rze przez go­dzinę. Sie­dzia­łem tam jak ostatni fra­jer – wy­ja­śnił Ismo z gry­ma­sem.

Na jego twa­rzy po­ja­wiły się dwie czer­wone plamki. Naj­wy­raź­niej na­dal czuł gniew po tym, jak my­ślał, że zo­stał zgho­sto­wany.

‒ Co pan zro­bił po­tem?

‒ Po­sze­dłem do domu.

Gi­sela zer­k­nęła w no­tat­nik.

‒ Z hi­sto­rii po­łą­czeń te­le­fonu Mi­ka­eli wy­nika, że wy­słał jej pan kilka SMS-ów tego dnia i w dniach po­prze­dza­ją­cych wa­szą nie­do­szłą randkę. Jed­nak z tego, co wi­dzę, nie pró­bo­wał się pan z nią skon­tak­to­wać po go­dzi­nie osiem­na­stej, kiedy znik­nęła. Dla­czego?

‒ Wie pani, zro­zu­mia­łem alu­zję. Je­śli ko­bieta, z którą uma­wiam się na randkę, nie przy­cho­dzi, to wiem, że nie jest za­in­te­re­so­wana. To nie pierw­szy raz.

‒ Wie­dział pan, że się nie po­jawi? – do­cie­kała in­spek­torka.

‒ Co pani su­ge­ruje?

Gi­sela nie od­po­wie­działa, tylko za­dała ko­lejne py­ta­nie:

‒ Czy cze­ka­jąc na Mi­ka­elę, coś pan jadł lub pił?

Ismo się za­sta­no­wił.

‒ Wy­pi­łem chyba jedno czy dwa piwa.

‒ Jak pan pła­cił?

‒ Kartą.

‒ Ro­zu­miem, że je­śli spraw­dzę to w re­stau­ra­cji, po­twier­dzą, że był pan tam o tej po­rze?

‒ Nie trzeba, mam pa­ra­gon. ‒ Ismo wy­jął port­fel z tyl­nej kie­szeni spodni i za­czął grze­bać w prze­gród­kach. ‒ Pro­szę – po­wie­dział trium­fal­nie, wy­cią­ga­jąc świ­stek pa­pieru.

‒ Czy mogę go za­brać? – spy­tała Gi­sela.

Pa­ra­gon rze­czy­wi­ście po­twier­dzał, że Ismo za­pła­cił za dwa piwa o osiem­na­stej czter­dzie­ści dwie tego sa­mego wie­czoru, kiedy za­gi­nęła Mi­ka­ela.

‒ Pew­nie. Nie mam nic do ukry­cia – od­parł męż­czy­zna.

Gi­sela wzięła po­kwi­to­wa­nie i scho­wała je do port­fela. Wy­dało jej się dziwne, że Ismo tak długo je prze­cho­wy­wał. Czy na­prawdę wy­pił oba piwa sam, czy też miał to­wa­rzy­stwo? Nie­wy­klu­czone, że Mi­ka­ela jed­nak przy­szła na randkę i zo­stała po­rwana do­piero póź­niej tego wie­czoru. Moż­liwe, że to Ismo ją po­rwał. Gi­sela po­sta­no­wiła od­wie­dzić pub Red Lion, jak tylko znaj­dzie czas.

W sa­mo­cho­dzie po­now­nie pró­bo­wała się do­dzwo­nić do Tu­uli i Li­nusa, jed­nak oboje na­dal nie od­bie­rali.

Gdzie oni się, do cho­lery, po­dzie­wają?, za­sta­na­wiała się po­iry­to­wana. To nie w po­rządku, że jej naj­lepsi śled­czy byli nie­uchwytni, zwłasz­cza te­raz, w sa­mym środku skom­pli­ko­wa­nego śledz­twa w spra­wie mor­der­stwa. Chciała nad­zo­ro­wać ich pracę, żeby nie mar­no­wali czasu na tropy, które pro­wa­dziły do­ni­kąd.

LI­NUS

W nocy zga­sła lampa na su­fi­cie i za­pa­no­wała cał­ko­wita ciem­ność. Kiedy Li­nus i Tu­ula zdali so­bie sprawę, że w naj­bliż­szym cza­sie nikt nie przyj­dzie im z po­mocą, wzięli koce z półki, okryli się nimi i za­snęli na pod­ło­dze, opie­ra­jąc się ple­cami o ścianę. Li­nus otwo­rzył oczy po nie­mal bez­sen­nej nocy na twar­dym be­to­nie. Ziew­nął i wy­cią­gnął ręce w stronę su­fitu. Bur­czało mu w żo­łądku, brzuch bo­lał go z głodu. Obok niego nie­spo­koj­nie spała Tu­ula. Prze­wró­ciła się na bok i le­żała z po­licz­kiem przy­tu­lo­nym do zim­nej po­sadzki. Li­nus zdjął kurtkę i ostroż­nie wło­żył ją pod głowę ko­le­żanki. Po­pra­wił koc, który się z niej zsu­nął. Wstał i na sztyw­nych no­gach kil­ka­krot­nie prze­szedł się po ko­ry­ta­rzu tam i z po­wro­tem. Pod­ska­ki­wał w miej­scu, by po­bu­dzić krą­że­nie. Po­tem znów usiadł na pod­ło­dze i pró­bo­wał za­snąć. Ob­jął się ra­mio­nami, by ogrzać się cie­płem wła­snego ciała. Kiedy na­stęp­nym ra­zem się obu­dził, Tu­ula sie­działa. Nie umiał stwier­dzić, która jest go­dzina ani jak długo spał. Choć pew­nie zdrzem­nął się tylko na chwilę, miał wra­że­nie, że mi­nęła cała wiecz­ność.

‒ Wiesz, że chra­piesz? – ode­zwała się Tu­ula, kiedy za­uwa­żyła, że Li­nus nie śpi.

‒ Jo­se­fin coś o tym wspo­mi­nała – od­parł, przy­po­mi­na­jąc so­bie, jak żona sztur­chała go w nocy, żeby prze­wró­cił się na bok.

‒ A tak w ogóle jak tam sy­tu­acja? – spy­tała po­li­cjantka. – Mam na my­śli se­pa­ra­cję.

‒ Wszystko wska­zuje na to, że się roz­wie­dziemy. – Li­nus po raz pierw­szy wy­ar­ty­ku­ło­wał swoje obawy i serce mu się ści­snęło. ‒ Jo­se­fin chce, że­by­śmy za­częli się spo­ty­kać z in­nymi oso­bami. Coś mi się wy­daje, że już po­znała no­wego męż­czy­znę.

‒ Dla­czego tak my­ślisz?

‒ Zna­la­złem w miesz­ka­niu pu­stą paczkę po pa­pie­ro­sach i za­pal­niczkę. ‒ Ro­ze­śmiał się gorzko, a śmiech od­bił się echem od ścian bun­kra. ‒ Jo­se­fin by się wście­kła, gdy­bym to ja za­czął pa­lić, ale naj­wy­raź­niej nie prze­szka­dza jej, kiedy robi to jej nowy fa­cet.

‒ A może zo­sta­wiła to któ­raś z jej ko­le­ża­nek? – za­su­ge­ro­wała Tu­ula.

‒ Nie są­dzę, żeby za­pra­szała swoje przy­ja­ciółki do tego miesz­ka­nia. Nie jest to, de­li­kat­nie mó­wiąc, od­po­wied­nie miej­sce na spo­tka­nia to­wa­rzy­skie. Przy­po­mina ra­czej pod­upa­dły apar­ta­men­to­wiec w ja­kiejś ko­mu­ni­stycz­nej dyk­ta­tu­rze.

Kiedy Li­nus od­krył ślady obec­no­ści no­wego chło­paka Jo­se­fin, zgniótł opa­ko­wa­nie po pa­pie­ro­sach i wy­rzu­cił je do ko­sza na śmieci, za­pal­niczkę zaś scho­wał głę­boko w jed­nej z ku­chen­nych szu­flad, żeby nie mu­sieć na nią pa­trzeć.

Przez dłuż­szą chwilę Tu­ula i Li­nus sie­dzieli w mil­cze­niu, na­słu­chu­jąc przy­tłu­mio­nych od­gło­sów do­cho­dzą­cych z ze­wnątrz.

Po ja­kimś cza­sie ode­zwała się po­li­cjantka:

‒ Sussi or­ga­ni­zuje ju­tro spo­tka­nie upa­mięt­nia­jące Lunę. Nie wie, kiedy ro­dzina bę­dzie mo­gła po­cho­wać ciało. Luna, jako wy­znaw­czyni wicca, wie­rzyła w re­in­kar­na­cję, dla niej śmierć to tylko etap, kiedy du­sza od­po­czywa przed od­ro­dze­niem się w no­wym wcie­le­niu.

‒ Czy przyjdą tam człon­ko­wie Kręgu Księ­życa?

‒ Przy­pusz­czam, że tak ‒ od­parła Tu­ula. ‒ Nie zna­leź­li­śmy prze­cież ni­czego, co bez­po­śred­nio łą­czy­łoby z mor­der­stwami któ­re­go­kol­wiek z nich.

‒ A ty też pój­dziesz?

‒ Tak, Han­nele na tym za­leży.

Znów za­pa­dła mię­dzy nimi ci­sza. Li­nu­sowi za­schło w gar­dle z pra­gnie­nia i mó­wie­nie spra­wiało mu nie­mal fi­zyczny ból.

Czas wlókł się nie­mi­ło­sier­nie.

Na­gle Li­nus się wzdry­gnął.

Przed bun­krem za­ha­mo­wał sa­mo­chód. Cięż­kie kroki chrzę­ściły na żwi­rze.

‒ Ktoś idzie. – Szturch­nął łok­ciem ko­le­żankę, która na chwilę przy­snęła.

Ze­rwali się na równe nogi.

‒ Co ro­bimy? Nie wiemy, czy to mor­derca, który chce się nas po­zbyć, czy to ktoś, kto za­mie­rza nas ura­to­wać.

‒ Stańmy za drzwiami – za­de­cy­do­wała Tu­ula. ‒ Przy­go­tuj broń. To chyba wię­cej niż jedna osoba.

Kroki zbli­żały się co­raz bar­dziej, aż za­trzy­mały się przed drzwiami.

Li­nus przy­warł ple­cami do ściany. Wy­jął pi­sto­let z ka­bury. Zmru­żył oczy w mroku. Wzrok po­woli przy­zwy­cza­jał się do ciem­no­ści. On i Tu­ula po­winni wi­dzieć le­piej niż osoby wcho­dzące z ze­wnątrz.

Roz­legł się zgrzyt me­talu i prze­ni­kliwy skrze­kot kruka. Na­stęp­nie ktoś na­ci­snął klamkę i gwał­tow­nie otwo­rzyły się drzwi.

GI­SELA

Po po­wro­cie do ko­mi­sa­riatu pod­jęła ko­lejną próbę zna­le­zie­nia Li­nusa i Tu­uli. Ko­niecz­ność wy­pusz­cze­nia Ra­gnara z aresztu z po­wodu braku do­wo­dów uświa­do­miło jej, że trzeba roz­sze­rzyć po­szu­ki­wa­nia mor­dercy. Na­le­żało dzia­łać i nie mieli ani chwili do stra­ce­nia. Szu­kała tych dwojga w ko­mi­sa­ria­cie, pró­bo­wała się do nich do­dzwo­nić, py­tała każ­dego, kogo spo­ty­kała, czy ich wi­dział. W końcu zdała so­bie sprawę, że Li­nus i Tu­ula byli nie­obecni przez cały dzień. Po­now­nie usi­ło­wała skon­tak­to­wać się z nimi te­le­fo­nicz­nie i ko­lejny raz po­łą­czyła się z pocztą gło­sową. Wtedy za­częła po­dej­rze­wać, że coś tu nie gra. Usia­dła przy biurku i za­sta­na­wiała się, gdzie mogą być. Czy na wczo­raj­szym spo­tka­niu pa­dło coś, co mo­głoby sta­no­wić ja­kiś trop? Do­piero wtedy do­tarło do niej, że mo­gli po­je­chać do szpi­tala psy­chia­trycz­nego, by spraw­dzić schron, mimo że ka­zała im się z tym wstrzy­mać. Nie by­łaby to pierw­sza taka sy­tu­acja, kiedy Tu­ula dzia­łała pod wpły­wem im­pulsu i nie za­sto­so­wała się do jej po­le­ceń. Bar­dziej za­sko­czy­łoby ją, gdyby Li­nus dał się w to wcią­gnąć.

Gi­sela ze­rwała się z krze­sła.

‒ Freddy! ‒ za­wo­łała w otwartą prze­strzeń biura.

Po­li­cjant pod­niósł głowę znad ekranu kom­pu­tera.

‒ Po­je­dziesz ze mną ‒ za­rzą­dziła.

W dro­dze do wyj­ścia za­szli do ma­ga­zynu z bro­nią po służ­bowe pi­sto­lety i sprzęt ochronny.

‒ Do­kąd je­dziemy? – spy­tał Freddy.

‒ Spraw­dzić, czy nasi ko­le­dzy nie wpa­dli w ta­ra­paty – od­parła Gi­sela, po­da­jąc mu Glocka czter­dzie­ści pięć oraz ka­mi­zelkę ku­lo­od­porną.

Freddy trzy­mał pi­sto­let mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym, ni­czym pa­skud­nego ro­baka, któ­rego brzy­dził się do­tknąć. Wy­glą­dał na prze­ra­żo­nego. Gi­sela za­kła­dała, że poza strzel­nicą ni­gdy nie uży­wał broni.

Przez całą drogę je­chała na sy­gnale, szyb­ciej, niżby chciała. Niebo się prze­ja­śniło, ale na jezdni po­zo­stały duże ka­łuże. Woda roz­pry­ski­wała się pod opo­nami. Freddy, sie­dzący na miej­scu pa­sa­żera, trzy­mał się kur­czowo obu­rącz klamki od drzwi, jakby się bał, że za­raz zgi­nie. Kiedy do­tarli do znaku wska­zu­ją­cego skręt do sta­rego szpi­tala psy­chia­trycz­nego, Gi­sela wy­łą­czyła sy­reny i zwol­niła. Je­chali po­woli za­ro­śniętą aleją. Z daw­nego, oka­za­łego ka­mien­nego bu­dynku oto­czo­nego par­kiem pra­wie nic nie zo­stało. Nad ru­inami roz­ta­czała się upiorna at­mos­fera. To tu­taj prze­trzy­my­wano ko­biety, które nie pa­so­wały do ów­cze­snego ide­ału ko­bie­co­ści.

Gi­sela za­trzy­mała się przed bun­krem. Wy­łą­czyła sil­nik i wy­sia­dła. Ulewny deszcz tego dnia za­mie­nił zie­mię w błotne grzę­za­wi­sko, przez co praw­do­po­dob­nie zo­stały znisz­czone wszyst­kie do­wody. In­spek­torka spoj­rzała w górę, kiedy roz­legł się po­tworny ha­łas do­cho­dzący z nieba. Stado skrze­czą­cych ła­bę­dzi wzno­siło się na tle ciem­nych desz­czo­wych chmur, po­now­nie nad­cią­ga­ją­cych z pół­nocy.

‒ Weź prze­ci­nak do prę­tów i cze­kaj na mnie przy wej­ściu do schronu, a ja prze­szu­kam oko­licę – roz­ka­zała Gi­sela. ‒ Przy­go­tuj Glocka. Nie wiemy, co nas tam czeka.

Ko­ły­szące się drzewa rzu­cały dłu­gie cie­nie na zie­mię i skrzy­piały na wie­trze. Czarna desz­czowa chmura prze­sło­niła za­cho­dzące słońce, spo­wi­ja­jąc mro­kiem cały te­ren.

Gi­sela miała nie­od­parte wra­że­nie, że ktoś ją ob­ser­wuje. Za­trzy­mała się, obej­rzała i na­słu­chi­wała. Za krza­kiem coś za­sze­le­ściło. Szybko się od­wró­ciła i do­strze­gła za­jąca ucie­ka­ją­cego w kie­runku ruin.

Ru­szyła da­lej w dół, w stronę wody. Trzciny zło­wrogo szu­miały przy brzegu. Z ga­łęzi spa­dały kro­ple desz­czu. Poza tym pa­no­wała ci­sza.

In­spek­torka okrą­żyła opusz­czony park. Fon­tanna już dawno prze­stała try­skać wodą, a je­den z po­są­gów le­żał na ziemi, przy­kryty igli­wiem i brą­zo­wymi li­śćmi brzozy.

Kiedy upew­niła się, że nikt nie ukrywa się za krza­kami, za­wró­ciła w kie­runku bun­kra. Przy­ło­żyła ucho do sta­lo­wych drzwi. Były zbyt grube, żeby mo­gła usły­szeć słowa lub od­głosy do­cho­dzące z wnę­trza.

‒ Prze­tnij kłódkę, Freddy – po­le­ciła, sta­jąc przed drzwiami na sze­roko roz­sta­wio­nych no­gach z unie­sioną bro­nią.

Trzeba było być przy­go­to­wa­nym na wszystko.

Kłódka z hu­kiem upa­dła na zie­mię. Freddy spoj­rzał na in­spek­torkę, po­li­czył do trzech, po czym kop­nął w drzwi.

Naj­pierw Gi­sela nic nie wi­działa. Wpa­try­wała się w czarną prze­strzeń. Wa­hała się, czy wejść do środka, czy po­cze­kać na ze­wnątrz.

‒ Li­nus! Tu­ula! Je­ste­ście tam?! – krzyk­nęła w cze­luść.

‒ Tu je­ste­śmy! – usły­szała chra­pliwy głos.

Se­kundę póź­niej Li­nus i Tu­ula sta­nęli w drzwiach. Mru­żyli oczy i osła­niali je dłońmi przed świa­tłem.

Gi­sela opu­ściła broń.

‒ Czy nie pro­si­łam was, że­by­ście z tym po­cze­kali? – spy­tała nie­po­trzeb­nie szorstko, lecz chciała ukryć przed nimi ulgę, którą w tej chwili po­czuła.

Całą drogę przy­go­to­wy­wała się na naj­gor­sze.

Śled­czy wy­glą­dali na bla­dych i zmę­czo­nych, ale poza tym chyba nic im nie było.

‒ Je­ste­ście cali? – chciała wie­dzieć Gi­sela.

Oboje przy­tak­nęli.

‒ To tam wię­zili te ko­biety, przy­kuli je do łó­żek – oznaj­miła ochry­płym gło­sem Tu­ula. ‒ Na ścia­nach są ślady krwi. Je­stem pewna, że zo­stały tam ścięte. A mor­derca wszystko sfil­mo­wał.

Gi­sela na chwilę za­mknęła oczy. Pró­bo­wała ze­brać siły, by upo­rać się z tą sy­tu­acją.

Ski­nęła głową.

‒ W sa­mo­cho­dzie jest woda i Snic­kersy. Te­raz ja tu do­wo­dzę.

Go­dzinę póź­niej te­ren za­roił się od tech­ni­ków w bia­łych kom­bi­ne­zo­nach, in­nych funk­cjo­na­riu­szy i psów tro­pią­cych.

Le­ka­rze zba­dali Li­nusa i Tu­ulę. Byli od­wod­nieni i wy­czer­pani, ale wła­ści­wie nic im nie do­le­gało. Gi­sela wy­słała ich do domu, żeby od­po­częli. Chciała, by na­stęp­nego dnia mieli siły do pracy. Wie­działa, że w naj­bliż­szym cza­sie żadne z nich nie bę­dzie miało zbyt wiele czasu na od­po­czy­nek.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki