Polowanie na czarownice. Część 2 - Sara Önnebo - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Polowanie na czarownice. Część 2 ebook i audiobook

Sara Önnebo

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Podczas gdy policjanci z Ostrobotni polują na bezwzględnego zabójcę, Gisela wikła się w kolejną zagadkę kryminalną. W tym samym czasie kobieta odbiera rozpaczliwy telefon od siostry mieszkającej w Szwecji…

„Polowanie na czarownice” to trzyczęściowa seria Sary Önnebo, autorki bestsellerowych kryminałów „Wszyscy jesteśmy martwi” i „Kiedy zapada zmierzch”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 205

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 4 godz. 45 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Bartosz Głogowski

Oceny
4,5 (50 ocen)
35
10
3
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Annku90

Dobrze spędzony czas

#czytam_se "‒ Po­my­śla­łam, że w so­botę mo­gli­by­śmy po­je­chać ra­zem, całą ro­dziną, na ogni­sko wiel­ka­nocne do Kråklun­dy. O ile nie masz in­nych pla­nów, oczy­wi­ście." U nas raczej ognisk wielkanocnych nie ma, ale za to szykujemy się na Noc Walpurgi, która już w czwartek. Wtedy właśnie rozpala się wielkie ogniska w celu odstraszenia czarownic i złych duchów. Słyszeliście o tym? W Malmö ogniska bedą w kilku miejscach. W książce, która jest podzielona na 3 części (co nie do końca mi pasowało, ponieważ musiałam na ostatnią trochę czekać) spotykamy się ze znaną nam policjantką Giselą Forsell. Mieszkańcy szukują się do Świąt Wielkanocnych, ale piękne świętowanie zostaje zastąpione trasznym odkryciem. W popiołach ogniska mieszkańcy Ostrobotni znajdują zwęglone szczątki ciał. Gisela natychmiast rusza ze śledztwem. Szczątki rozstają rozpoznane, ale walka toczy się dalej, ponieważ zaginęły kolejne osoby. Czy zdąży na czas, zanim ktoś znowu zabawi sie w Boga i odbierze im życi...
00
babka12

Dobrze spędzony czas

ok
00
Matoszek123

Nie oderwiesz się od lektury

dobra i juz czytam nastepną
00
Gelardo

Dobrze spędzony czas

Przeszłość powraca do Gizeli. Mamy kolejne morderstwo I co najmniej dwie osoby, które mogły je popełnić. Tymczasem śledztwo idzie policji i powoli
00
carolina_84

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
00

Popularność




Fragment

Ty­tuł: Po­lo­wa­nie na cza­row­nice. Część 2

Ty­tuł ory­gi­nału: Häxjak­ten 2

Prze­kład z ję­zyka szwedz­kiego: Ka­ro­lina Skiba

Co­py­ri­ght © Sara Ön­nebo, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt okładki: Da­mian Nie­wczyń­ski

Re­dak­cja: Ma­ria Za­jąc

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8076-995-2

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Gyl­den­dal Astra /Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

Środa, 17 kwiet­nia 2024 roku

GI­SELA

Resztki śniegu stop­niały, a wio­senny na­strój udzie­lał się każ­demu w Ostro­botni. Świa­tło i cie­pło po­wra­cały po dłu­giej i po­nu­rej zi­mie. Gi­seli po­winno się zro­bić lżej na du­szy, czuła się jed­nak przy­tło­czona ogromną od­po­wie­dzial­no­ścią zwią­zaną z pro­wa­dze­niem śledz­twa w spra­wie męż­czy­zny, który z pre­me­dy­ta­cją i wy­jąt­kową bru­tal­no­ścią za­mor­do­wał trzy ko­biety. Luna Mån­dot­ter, Mi­ka­ela Vi­can­der, Ja­mila Ra­fiq oraz ich bli­scy za­słu­gi­wali na spra­wie­dli­wość.

Ol­brzy­mia pre­sja ze strony prze­ło­żo­nych i opi­nii pu­blicz­nej przy­gnia­tała Gi­selę ni­czym ple­cak wy­pchany ka­mie­niami, do któ­rego z każ­dym dniem tra­fiał ko­lejny, po­tę­gu­jąc cię­żar. Za­trzy­mano wpraw­dzie męż­czy­znę po­dej­rza­nego o po­rwa­nie i za­bój­stwo ko­biet, lecz in­spek­torka miała wąt­pli­wo­ści, czy to wła­ściwa osoba.

Mi­nęły dwa ty­go­dnie od aresz­to­wa­nia cza­row­nika Ra­gnara Li­bry. Z licz­nych prze­słu­chań, w trak­cie któ­rych nie od­po­wie­dział na nie­mal żadne py­ta­nie, oraz z roz­mów z ro­dziną i przy­ja­ciółmi wy­ło­nił się ob­raz tego czło­wieka. Dzie­ciń­stwo Ra­gnara na­zna­czone było prze­mocą fi­zyczną i psy­chiczną. Dla śledz­twa istotna oka­zała się in­for­ma­cja, że matka za­my­kała go w sza­fie za złe za­cho­wa­nie. Jako do­ro­sły miał pro­blemy z al­ko­ho­lem i po wpły­wem sta­wał się agre­sywny, co ze­znała jego była part­nerka, która osta­tecz­nie ode­szła od niego po tym, jak za­mknął ją w piw­nicy i zo­sta­wił tam na po­nad dwie doby, bez do­stępu do je­dze­nia ani wody, pod­czas gdy sam upi­jał się na mie­ście.

W prze­ko­na­niu krew­nych Ra­gnara to roz­sta­nie skło­niło go do pod­ję­cia walki z al­ko­ho­li­zmem. Do­łą­czył do Ano­ni­mo­wych Al­ko­ho­li­ków i ze­rwał kon­takty z daw­nymi kum­plami od kie­liszka, oraz – jak twier­dził – od tam­tej pory nie tknął al­ko­holu, co po­twier­dziło kilka in­nych osób. Mało kto spoza Kręgu Księ­życa miał ja­kie­kol­wiek po­ję­cie o ży­ciu Ra­gnara od czasu, gdy prze­niósł się na od­lu­dzie. Z ro­dziną i daw­nymi przy­ja­ciółmi kon­tak­to­wał się spo­ra­dycz­nie.

Ra­gnar opo­wia­dał, że szu­kał cze­goś, co za­stą­pi­łoby mu al­ko­hol, i wła­śnie w re­li­gii wicca zna­lazł punkt za­cze­pie­nia. Lu­bił prze­by­wać na ło­nie na­tury i uwa­żał, że więk­szość wy­znań na­rzuca zbyt wiele za­sad do­ty­czą­cych tego, jak na­leży żyć. Dla­tego do­łą­czył do Kręgu Księ­życa, o któ­rym do­wie­dział się od Luny Mån­dot­ter, kiedy przy­pad­kiem usie­dli obok sie­bie w au­to­bu­sie.

Pod wie­loma wzglę­dami ży­cie Ra­gnara pa­so­wało do pro­filu sprawcy opra­co­wa­nego przez po­li­cję. Miał trudne dzie­ciń­stwo, co praw­do­po­dob­nie przy­czy­niło się do jego al­ko­ho­li­zmu i agre­syw­nego za­cho­wa­nia w póź­niej­szych la­tach. Do­brze znał oko­licę i wpraw­nie po­słu­gi­wał się sie­kierą. Jak za­uwa­żył je­den z po­zo­sta­łych człon­ków Kręgu Księ­życa, czło­wiek ży­jący w tak od­izo­lo­wa­nym miej­scu jak Ra­gnar, ła­two mógł stra­cić kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią. Kto wie, czy nie wró­cił do pi­cia al­ko­holu albo nie za­czął sto­so­wać in­nych uży­wek?

Gi­sela mar­twiło, że Ra­gnar trudno było uznać za osobę zor­ga­ni­zo­waną, a prze­cież upro­wa­dze­nie trzech ko­biet, prze­trzy­my­wa­nie ich w za­mknię­ciu przez kilka dni, na­stęp­nie za­mor­do­wa­nie ich i po­zby­cie się ciał wy­ma­gało umie­jęt­nego pla­no­wa­nia. A w do­datku wszystko się bez wzbu­dze­nia naj­mniej­szych po­dej­rzeń wśród osób z jego oto­cze­nia. Chyba że Ra­gnar ce­lowo stwa­rzał po­zory nie­zdol­nego do po­peł­nie­nia tak skom­pli­ko­wa­nej zbrodni.

In­spek­torka spoj­rzała na ze­ga­rek. Tego dnia Ste­fan miał się sta­wić na prze­słu­cha­nie, które za­czy­nało się do­piero o dzie­wią­tej. Po­sta­no­wiła za­tem udać się do ko­mi­sa­riatu pie­chotą. Miała sporo czasu, żeby przy­go­to­wać się psy­chicz­nie do roli ob­ser­wa­torki, pod­czas gdy inny śled­czy bę­dzie prze­słu­chi­wał jej uko­cha­nego. Cała ta sy­tu­acja była nie­zręczna dla wszyst­kich za­an­ga­żo­wa­nych.

Wło­żyła kurtkę. Gdy otwo­rzyła drzwi wej­ściowe, jej trzy koty wy­mknęły się i ru­szyły w po­goń za my­szami, które wy­pro­wa­dziły się z piw­nicy wraz z koń­cem zimy. Na ze­wnątrz Gi­selę po­wi­tały pro­mie­nie słońca i ćwier­ka­nie pta­ków.

Przez ostatni ty­dzień pra­co­wała wraz z troj­giem naj­bliż­szych śled­czych nie­mal bez prze­rwy, by ze­brać wię­cej do­wo­dów prze­ciwko Ra­gna­rowi. Nie­stety, nie tylko wąt­pli­wo­ści Gi­seli utrud­niały po­stępy w śledz­twie. Na miej­scu zbrodni, w cha­cie i piw­nicy ziem­nej po­dej­rza­nego, nie zna­le­ziono żad­nych śla­dów jed­no­znacz­nie łą­czą­cych go z po­rwa­niami lub mor­der­stwami. Psy prze­szu­kały duży ob­szar lasu wo­kół jego go­spo­dar­stwa, ale nie wy­kryły za­pa­chu zwłok. Krew w piw­nicy na­le­żała do sarny, zgod­nie z tym, co ze­znał Ra­gnar.

Śled­czy wszyst­kie na­dzieje po­kła­dali w ana­li­zie pró­bek DNA po­bra­nych w cha­cie, piw­nicy i sa­mo­cho­dzie do­mnie­ma­nego sprawcy. Po­li­cja zna­la­zła sta­rego Je­epa na zło­mo­wi­sku w po­bli­skiej wsi i na szczę­ście firma jesz­cze nie ro­ze­brała go na czę­ści. Gi­sela spo­dzie­wała się wy­ni­ków z la­bo­ra­to­rium lada dzień.

Sta­nęła w po­ło­wie drogi pro­wa­dzą­cej przez most na ląd, by po­czuć wiatr we wło­sach. Tego ranka na wo­dzie ze­brały się setki ła­bę­dzi i gęsi. W ciągu ostat­niego ty­go­dnia co­dzien­nie przy­la­ty­wało co­raz wię­cej pta­ków. Po­dró­żo­wały na pół­noc, ale zro­biły po­stój w Va­asie. Był to piękny wi­dok.

Za radą pro­ku­ra­tora Gi­sela ani nie spo­ty­kała się ze Ste­fa­nem, ani nie roz­ma­wiała z nim od czasu, gdy w toku śledz­twa po­ja­wiło się jego na­zwi­sko. Prze­ra­żało ją, że tak bar­dzo za nim tę­sk­niła. Jed­no­cze­śnie nie­po­ko­iła ją myśl, że mógł być w ja­ki­kol­wiek spo­sób za­mie­szany w sprawę za­bój­stwa Mi­ka­eli. Nie wie­rzyła, żeby był zdolny do upro­wa­dze­nia ko­go­kol­wiek, a tym bar­dziej ode­bra­nia ko­muś ży­cia, lecz za­sta­na­wiała się, czy nie­świa­do­mie nie miał w tym swo­jego udziału. Nic dziw­nego, że wia­do­mość o mor­der­stwie by­łej part­nerki go zszo­ko­wała, Gi­sela cały czas pa­mię­tała, jak dziw­nie się za­cho­wy­wał tego wie­czoru, kiedy Mi­ka­ela znik­nęła. Spóź­nił się na ko­la­cję do re­stau­ra­cji, nie po­da­jąc żad­nego sen­sow­nego wy­ja­śnie­nia, co wcze­śniej mu się nie zda­rzało. Nie­po­ko­jąca wy­dała się Gi­seli rów­nież jego re­ak­cja, gdy do­wie­dział się o Sa­dze. Bez wąt­pie­nia nie chciał się do cze­goś przy­znać. Nie wie­działa tylko, do czego.

Gi­sela ze­szła z mo­stu na ląd. Zer­k­nęła na ze­ga­rek. Spa­cer za­jął jej mniej czasu niż zwy­kle. Moż­liwe, że była w lep­szej for­mie, choć nie­wy­klu­czone, że po pro­stu się stre­so­wała i przez to szła szyb­ciej.

Kiedy mi­jała wię­zie­nie, spo­tkała Li­nusa, który nad­biegł wła­śnie od strony swo­jego domu w dziel­nicy Gamla Vasa.

Zwol­nił i przez ostatni od­ci­nek drogi szli ra­zem.

‒ Jak wam wczo­raj po­szło? Czy któ­ryś z miesz­kań­ców Gu­sta­vsro roz­po­znał sa­mo­chód Ra­gnara?

Gi­sela dzień wcze­śniej wy­słała Li­nusa, żeby po­now­nie po­roz­ma­wiał z ludźmi z oko­licy, gdzie ostatni raz wi­dziano Ja­milę Ra­fiq.

‒ Nie, nikt nie ko­ja­rzy tego Je­epa.

‒ No cóż, warto było spró­bo­wać – skwi­to­wała Gi­sela.

Wo­bec braku wy­ni­ków ba­dań DNA śled­czy ro­bili, co w ich mocy, by w inny spo­sób po­wią­zać Ra­gnara z Mi­ka­elą i Ja­milą.

‒ Sta­rych Je­epów ra­czej się w mie­ście nie wi­duje. Gdyby Ra­gnar przy­je­chał nim do Gu­sta­vsro, żeby śle­dzić Ja­milę lub cze­kać na nią przed do­mem Oskara Karp­pi­nena, ktoś na pewno by to za­pa­mię­tał – stwier­dził Li­nus. ‒ Poza tym fa­cet od pi­sa­nek był pewny, że wi­dział inny sa­mo­chód od­jeż­dża­jący z dużą pręd­ko­ścią z przy­stanku au­to­bu­so­wego, gdzie ostat­nio wi­dziano Ja­milę. Nie po­tra­fił opi­sać mo­delu, ale po­wie­dział, że to było no­wo­cze­sne auto.

Stary Jeep Ra­gnara miał liczne wgnie­ce­nia i zże­rała go rdza, a pod­czas jazdy wszystko w nim grze­cho­tało, zgrzy­tało i dud­niło. Ta­kim sa­mo­cho­dem nie da­łoby się śle­dzić ofiar, po­zo­sta­jąc nie­zau­wa­żo­nym.

‒ Trudno mi so­bie wy­obra­zić, że Ra­gnar sa­mo­dziel­nie po­peł­nił te zbrod­nie – rze­kła Gi­sela.

Li­nus wzru­szył ra­mio­nami.

‒ Nie­stety nie udało nam się zi­den­ty­fi­ko­wać żad­nych po­ten­cjal­nych wspól­ni­ków, a on, jak wia­domo, od­ma­wia współ­pracy w tej kwe­stii.

Gi­sela wes­tchnęła.

‒ Hm, zdaje się, że mu­simy też skre­ślić z li­sty po­dej­rza­nych by­łego męża Mi­ka­eli. Jo­han Vi­can­der ma alibi na czas, kiedy, jak za­kła­damy, do­szło do po­rwań. W jego ze­zna­niach na te­mat tego, co ro­bił w week­end wiel­ka­nocny, jest co prawda kilka luk. W Wielką So­botę zjadł lunch z ro­dziną sio­stry i po­szedł z nimi na ogni­sko. I to się zga­dza z ze­zna­niami świad­ków. Wie­czo­rem jed­nak wró­cił do domu i nie po­dał alibi na czas do­ko­na­nia mor­derstw. Nie­stety to nie wy­star­czy, bo nie mamy na niego nic po­nadto. Poza tym nie zna­leź­li­śmy po­wią­za­nia mię­dzy Jo­ha­nem a Ra­gna­rem. Bar­dziej praw­do­po­dobne wy­daje się więc, że wspól­ni­kiem jest je­den z wic­can.

‒ Zbie­ramy z Tu­ulą do­dat­kowe in­for­ma­cje od wszyst­kich człon­ków Kręgu Księ­życa. Jed­nak więk­szość z tych lu­dzi już wy­klu­czy­li­śmy.

‒ A co z no­wi­cju­szami? Czy to nie dziwne, że Luna znik­nęła wła­śnie wtedy, gdy do­łą­czyli do jej ko­wenu?

‒ La­ven­dula i jej part­ner Gan­dalf po­je­chali do Oslo dzień po ce­re­mo­nii pełni Księ­życa, żeby świę­to­wać Wiel­ka­noc z ro­dziną chło­paka. Na­wet nie wie­dzieli, co się stało, do­póki nie po­ja­wili się na sa­ba­cie, w któ­rym uczest­ni­czy­li­śmy z Tu­ulą.

‒ Ilu z po­zo­sta­łych człon­ków to męż­czyźni? – spy­tała Gi­sela.

Pro­fi­lerka przed­sta­wiła im dość ogólną cha­rak­te­ry­stykę sprawcy, ale jed­nego była pewna – za wszyst­kimi trzema mor­der­stwami stał męż­czy­zna.

‒ Tylko dwóch. Alu­cio i Si­lver. Alu­cio do­łą­czył do Kręgu rap­tem dwa lata temu. Zo­stał zwer­bo­wany przez Lunę i zda­niem po­zo­sta­łych wic­can wy­ka­zy­wał nie­zdrową fa­scy­na­cję ar­cy­ka­płanką. To on wy­ja­wił jej szcze­góły na te­mat na­zna­czo­nej prze­mocą prze­szło­ści Ra­gnara, co do­pro­wa­dziło do na­pięć mię­dzy Luną a cza­row­ni­kiem. Za­pewne ce­lowo chciał ich ze sobą skłó­cić. Mam wra­że­nie, że Ra­gnar i Alu­cio nie­naj­le­piej się do­ga­dy­wali.

‒ Po co Alu­cio miałby pod­sy­cać nie­uf­ność wśród wic­can?

‒ Wła­śnie za­mie­rzam to usta­lić. Dzi­siaj znowu chcę go prze­słu­chać.

‒ Skąd Alu­cio wie­dział o prze­szło­ści Ra­gnara? Czy znali się wcze­śniej?

‒ Je­śli do­brze zro­zu­mia­łem, to Si­lver się wy­ga­dał jed­nego wie­czoru, kiedy wy­pił za dużo wina. Si­lver i jego żona Eu­fra­sia są człon­kami Kręgu Księ­życa od wielu lat i do­brze znają Ra­gnara. Naj­wy­raź­niej sporo o nim wie­dzą. Na­wet ta­kie rze­czy, o któ­rych inni wic­ca­nie nie mają po­ję­cia. Na przy­kład, że Ra­gnar jest trzeź­wym al­ko­ho­li­kiem i wcze­śniej sto­so­wał prze­moc wo­bec ko­biet.

‒ Czy Alu­cio ma alibi? – do­cie­kała Gi­sela.

‒ Do­sta­łem jego gra­fik pracy z wię­zie­nia i aresztu. Kiedy za­gi­nęła Luna, miał wolne po po­łu­dniu, bo sam też pla­no­wał po­je­chać do Ra­gnara. Z ko­lei w cza­sie znik­nię­cia Mi­ka­eli i Ja­mili był w pracy. A w Wielką So­botę pra­co­wał na drugą zmianę.

‒ Wy­daje się mało praw­do­po­dobne, żeby Alu­cio i Ra­gnar dzia­łali jako wspól­nicy, skoro byli do sie­bie tak wrogo na­sta­wieni. A co z tym Si­lve­rem? Czy przed­sta­wił wia­ry­godną wer­sję wy­da­rzeń i alibi?

‒ Si­lver zło­żył śluby mil­cze­nia w ra­mach po­kuty, po tym, jak wy­ja­wił Alu­ciemu se­kret Ra­gnara.

‒ Na li­tość bo­ską, prze­cież pro­wa­dzimy śledz­two w spra­wie trzech mor­derstw! Żadne śluby mil­cze­nia nie mogą te­raz obo­wią­zy­wać – zde­ner­wo­wała się Gi­sela.

– Też tak uwa­żam. Nie­stety Si­lver nie po­dziela tej opi­nii. Po­pro­sił żonę, żeby ze­zna­wała w jego imie­niu. Eu­fra­sia upiera się, że cały week­end wiel­ka­nocny i czas, kiedy po­rwano ofiary, spę­dziła ra­zem z mę­żem. Nie ma pod­staw, żeby po­dej­rze­wać ją o kłam­stwo. Mał­żon­ko­wie pro­wa­dzą kwia­ciar­nię w La­iheli, więc nie tylko miesz­kają, ale i pra­cują ra­zem. Eu­fra­sia ra­czej za­uwa­ży­łaby nie­obec­ność męża. Szcze­rze mó­wiąc, Si­lver wy­daje się zu­peł­nie nie­szko­dliwy.

‒ Czy do­wie­dzia­łeś się od nich cze­goś no­wego na te­mat Luny?

‒ Tylko tyle, że przy­cią­gała po­dej­rza­nych ty­pów, któ­rych cza­sami przy­pro­wa­dzała na spo­tka­nia Kręgu, w na­dziei, że zwer­buje wię­cej człon­ków.

Gi­sela wes­tchnęła z re­zy­gna­cją. Miała prze­czu­cie, że sku­piają się na nie­wła­ści­wych oso­bach. Gdyby jed­nak wy­klu­czyli Ra­gnara i wic­can z grona po­dej­rza­nych, stra­ci­liby główny punkt za­cze­pie­nia dla śledz­twa.

Każdy, kogo do­tąd prze­słu­chali, mógł się oka­zać mor­dercą. Chyba że to ktoś, do kogo po­li­cja jesz­cze nie do­tarła.

LI­NUS

Wziął prysz­nic i prze­brał się w mun­dur, po czym po­szedł do wię­zie­nia, gdzie umó­wił się na spo­tka­nie z Alu­ciem, czyli Al­la­nem Ols­so­nem, jak się na­prawdę na­zy­wał.

Straż­nik za­pro­wa­dził Li­nusa do pra­cow­ni­czej sto­łówki, gdzie Al­lan cze­kał już przy sto­liku z fi­li­żanką kawy i wielką ka­napką z jaj­kiem.

‒ Czy nie prze­szka­dza panu, że będę jadł pod­czas roz­mowy? To moja je­dyna prze­rwa dzi­siaj. Kiedy skoń­czę zmianę tu­taj, jadę do aresztu.

‒ Ża­den pro­blem ‒ od­parł Li­nus i usiadł na krze­śle na­prze­ciwko. Wy­jął dłu­go­pis i no­tes, po czym otwo­rzył go na czy­stej stro­nie. ‒ Czy może mi pan jesz­cze raz opo­wie­dzieć, jak po­znał pan Lunę Mån­dot­ter?

‒ Była moją ma­sa­żystką. Za­czą­łem do niej cho­dzić, kiedy prze­pro­wa­dzi­łem się do Va­asy. Jak czło­wiek dużo cho­dzi i stoi w pracy, ciało staje się sztywne i bolą plecy. Luna miała ma­giczne ręce. – Al­lan uśmiech­nął się błogo na wspo­mnie­nie do­tyku rąk Luny.

Jego roz­ma­rzony wy­raz twa­rzy wy­wo­łał u Li­nusa gę­sią skórkę.

‒ Dużo ze sobą roz­ma­wia­li­śmy – kon­ty­nu­ował straż­nik – a kiedy usły­szała, że je­stem nowy w mie­ście, po­le­ciła mi za­bytki i inne atrak­cje. Za­py­ta­łem, czy zna ja­kieś fajne miej­sce, gdzie można po­znać lu­dzi, i wtedy za­pro­po­no­wała, że­bym po­szedł na ce­re­mo­nię księ­ży­cową z jej ko­we­nem.

Al­lan w ostat­nich la­tach kil­ka­krot­nie zmie­niał pracę. Za­nim prze­pro­wa­dził się do Va­asy, pra­co­wał w Hel­sin­kach. Wcze­śniej miesz­kał w Szwe­cji, gdzie mię­dzy in­nymi opie­ko­wał się mło­dzieżą w po­praw­czaku. Ni­gdy nie był żo­naty i nie miał dzieci. Tylko tyle Li­nus zdo­łał się do­wie­dzieć na te­mat jego prze­szło­ści.

‒ In­te­re­so­wał się pan re­li­gią wicca, za­nim po­znał pan Lunę?

‒ Nie, to było dla mnie coś zu­peł­nie no­wego. Cho­dzi­łem na spo­tka­nia Kręgu głów­nie dla­tego, że nie mia­łem nic lep­szego do ro­boty. Poza tym po­do­bało mi się prze­by­wa­nie we wspól­no­cie i na świe­żym po­wie­trzu. Spę­dzam za dużo czasu w za­mknię­ciu, no i at­mos­fera w wię­zie­niu nie za bar­dzo pod­nosi na du­chu.

Wszystko, co po­wie­dział Al­lan, brzmiało wia­ry­god­nie, ale Li­nus mimo to mu nie wie­rzył.

‒ Był pan za­ko­chany w Lu­nie? – spy­tał wprost.

‒ Na po­czątku może i tak – przy­znał Al­lan z nie­śmia­łym uśmie­chem. ‒ Jed­nak dość szybko do mnie do­tarło, że woli ko­biety, a poza tym już się z kimś spo­ty­kała.

‒ I wtedy prze­stał się pan sta­rać o jej względy?

‒ To chyba zro­zu­miałe.

Li­nus odło­żył dłu­go­pis na stół.

‒ Rzecz w tym, że kilku świad­ków twier­dzi, że nie po­go­dził się pan z od­rzu­ce­niem i na­dal nę­kał Lunę. Czy w końcu miał pan dość i po­sta­no­wił, że tak po­wiem, ją uka­rać?

Al­lan prych­nął.

‒ Kto tak po­wie­dział? Ra­gnar? Czy to nie on sie­dzi wła­śnie w aresz­cie pod za­rzu­tem za­mor­do­wa­nia Luny i po­zo­sta­łych ko­biet? Na pana miej­scu nie wie­rzył­bym w ani jedno jego słowo.

Li­nus ob­ser­wo­wał Al­lana, który wy­krzy­wił górną wargę w szy­der­czym uśmie­chu.

‒ Dla­czego po­wie­dział pan Lu­nie o bru­tal­nej prze­szło­ści Ra­gnara? Czy chciał pan skłó­cić lu­dzi w wa­szej wspól­no­cie?

Al­lan od­gryzł ko­lejny kęs ka­napki. Li­nus mu­siał po­cze­kać na od­po­wiedź, aż ten skoń­czy prze­żu­wać.

Na wię­zien­nym spa­cer­niaku osa­dzeni grali w ko­szy­kówkę. Bu­cze­nie i do­pin­gu­jące okrzyki mie­szały się z od­gło­sem od­bi­ja­ją­cej się piłki.

‒ Moim zda­niem Ra­gnar nie za­słu­gi­wał na rolę ar­cy­ka­płana – ode­zwał się w końcu Al­lan. ‒ Uwa­żam, że po­wi­nien nim zo­stać ktoś, kogo reszta może po­dzi­wiać. Dla Ra­gnara to tylko ko­lejny spo­sób na spra­wo­wa­nie wła­dzy nad ludźmi.

‒ A kto pana zda­niem po­wi­nien prze­jąć rolę ar­cy­ka­płana? Może pan?

‒ Dla­czego nie? Przy­naj­mniej po­ma­ga­łem Lu­nie w pla­no­wa­niu ry­tu­ałów i in­nych spraw. Ra­gnar na­wet nie kiw­nął pal­cem. Zo­stał mia­no­wany ar­cy­ka­pła­nem tylko dla­tego, że na­sze święte miej­sce znaj­duje się w po­bliżu jego ob­skur­nej chaty.

‒ Co Luna są­dziła o pana am­bi­cjach, żeby zo­stać ar­cy­ka­pła­nem?

Al­lan spo­chmur­niał i nic nie po­wie­dział.

W Kręgu Księ­życa naj­wy­raź­niej to­czyła się we­wnętrzna walka o wła­dzę. Py­ta­nie tylko, czy to na­prawdę wy­star­cza­jący mo­tyw, żeby ko­goś za­bić.

‒ Czy to pan miał pod­wieźć Lunę do Ra­gnara w po­nie­dzia­łek, dwu­dzie­stego pią­tego marca?

‒ Nie, nie ja.

‒ Co ro­bił pan w ciągu dnia przed ce­re­mo­nią księ­ży­cową?

‒ Pra­co­wa­łem. Mo­że­cie to ła­two spraw­dzić u na­czel­nika wię­zie­nia. Wzią­łem wolne we wto­rek po ce­re­mo­nii, dla­tego pra­co­wa­łem przez cały week­end wiel­ka­nocny, bo pew­nie in­te­re­suje was, gdzie wtedy by­łem.

Al­lan za­czął się de­ner­wo­wać.

‒ Czy był pan kie­dyś w bi­blio­tece miej­skiej w Va­asie? – spy­tał spo­koj­nie Li­nus.

‒ Chyba tak.

‒ Mi­ka­ela Vi­can­der pra­co­wała tam jako bi­blio­te­karka. Czy to tam pan ją po­znał?

‒ Nie znam Mi­ka­eli, przy­naj­mniej nic mi o tym nie wia­domo. Pierw­szy raz usły­sza­łem o niej, jak prze­czy­ta­łem w ga­ze­cie o mor­der­stwach – od­parł Al­lan, ucie­ka­jąc wzro­kiem, co zda­niem Li­nusa świad­czyło o tym, że kła­mie.

‒ A co z Ja­milą Ra­fiq? Jej brat ze­znał, że cho­dziła na spo­tka­nia ka­fejki ję­zy­ko­wej or­ga­ni­zo­wane przez bi­blio­tekę. Wi­dział ją pan tam?

‒ Nie mam nic wspól­nego z tymi ko­bie­tami. Zgo­dzi­łem się z pa­nem po­roz­ma­wiać, po­nie­waż chcę po­móc po­li­cji w schwy­ta­niu mor­dercy, ale je­śli za­mie­rza pan na­dal za­da­wać tego typu py­ta­nia, chcę ad­wo­kata.

‒ Da się to za­ła­twić – rzekł Li­nus. ‒ Mo­żemy kon­ty­nu­ować tę roz­mowę w ko­mi­sa­ria­cie, jak pan woli.

‒ Może in­nym ra­zem. Mu­szę wra­cać do pracy.

Al­lan wstał, wziął tacę z pu­stą fi­li­żanką i ta­le­rzem, odło­żył ją na wó­zek ku­chenny i wy­szedł ze sto­łówki, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Py­ta­nia Li­nusa bez wąt­pie­nia wy­trą­ciły go z rów­no­wagi.

GI­SELA

Ste­fan sie­dział na­prze­ciwko Tu­uli w po­koju prze­słu­chań. Po­ło­żył dło­nie na stole i lekko się nad nim po­chy­lił. Gi­sela ob­ser­wo­wała ich przez pro­sto­kątne okno. Po­li­cjantka sie­działa ple­cami do niej, za to z twa­rzy Ste­fana, zwró­co­nej w stronę Gi­seli, dało się wy­czy­tać każdą re­ak­cję. Było wi­dać, że jest zde­ner­wo­wany. Gi­sela nie po­tra­fiła jed­nak stwier­dzić, czy w ten spo­sób re­ago­wał na prze­słu­cha­nie przez po­li­cję, czy też jego za­cho­wa­nie wy­ni­kało to z tego, że coś ukry­wał. I to ją nie­po­ko­iło.

Jak do­brze znała męż­czy­znę, któ­rego wpu­ściła do swo­jego ży­cia? W cza­sie, gdy nie wi­dy­wała Ste­fana, na­ra­stały w niej wąt­pli­wo­ści.

Tu­ula roz­po­częła prze­słu­cha­nie:

‒ Wcze­śniej ze­znał pan, że tego dnia, kiedy za­gi­nęła Mi­ka­ela, był pan w pracy w szpi­talu cen­tral­nym w Va­asie do dzie­więt­na­stej, a na­stęp­nie zjadł pan ko­la­cję we fran­cu­skiej re­stau­ra­cji w cen­trum mia­sta. Roz­ma­wia­li­śmy z pana współ­pra­cow­ni­kami i zna­jo­mymi, z któ­rymi się pan spo­tkał na ko­la­cji, i wszystko wska­zuje na to, że ze­znał pan zgod­nie z prawdą. Ma pan rów­nież alibi na cały week­end wiel­ka­nocny, po­nie­waż prze­by­wał pan w spa nad je­zio­rem Lap­pa­järvi wraz z na­szą in­spek­torką kry­mi­nalną Gi­selą For­sell. W związku z tym nie jest pan o nic po­dej­rzany. Dzi­siej­sze prze­słu­cha­nie od­bywa się wy­łącz­nie w ce­lach in­for­ma­cyj­nych.

Gi­seli ulżyło, że Ste­fan ma alibi, lecz na­dal bała się, że do­wie się o nim cze­goś, czego jesz­cze nie wie.

‒ Kiedy ostat­nio wi­dział się pan z Mi­ka­elą? – spy­tała Tu­ula.

Ste­fan uni­kał jej spoj­rze­nia i utkwił wzrok w lu­strze we­nec­kim, pa­trząc pro­sto w stronę Gi­seli, zu­peł­nie jakby ją wi­dział. Czuł, że ona tam sie­dzi i na niego pa­trzy.

‒ Roz­sta­li­śmy się ja­kieś sześć lat temu. Od tam­tej pory nie mie­li­śmy ze sobą kon­taktu.

In­spek­torka wy­obra­ziła so­bie scep­tyczny wy­raz twa­rzy Tu­uli. Wie­lo­krot­nie wi­działa tę minę.

‒ Va­asa nie jest du­żym mia­stem. Trudno uwie­rzyć, że nie spo­tkał pan Mi­ka­eli ani razu od roz­sta­nia.

Była to uza­sad­niona wąt­pli­wość.

Ste­fan opu­ścił głowę. Przez kilka mi­nut sie­dział bez słowa. Kiedy w końcu pod­niósł wzrok w stronę Gi­seli, miał wil­gotne oczy.

‒ Wpa­dłem na nią w bi­blio­tece ze­szłej wio­sny. Długo roz­ma­wia­li­śmy, po­tem po­sta­no­wi­li­śmy pójść na lunch. Miło było się spo­tkać po tak dłu­gim cza­sie.

Gi­seli moc­niej za­biło serce.

‒ Czy to było wa­sze ostat­nie spo­tka­nie? – chciała wie­dzieć Tu­ula.

‒ Nie, wi­dzie­li­śmy się jesz­cze dwu­krot­nie. Za dru­gim ra­zem wy­lą­do­wa­li­śmy w łóżku.

Gi­seli zro­biło się czarno przed oczami. Jesz­cze wtedy nie znała Ste­fana, po­znali się do­piero la­tem. Po­wie­dział jej jed­nak, że nie miał żad­nego kon­taktu z Mi­ka­elą od czasu, kiedy ze sobą ze­rwali po­nad sześć lat wcze­śniej. Okła­mał ją. Za­ci­snęła dło­nie w pię­ści.

‒ Co się po­tem wy­da­rzyło? – do­cie­kała Tu­ula.

‒ Nic. Mi­ka­ela za­dzwo­niła i po­wie­działa, że ma męża i dziecko i nie mo­żemy się wię­cej spo­ty­kać.

‒ I pan to za­ak­cep­to­wał?

‒ Tak, oczy­wi­ście. Zo­sta­wi­li­śmy to za sobą. Oboje uzna­li­śmy, że to był błąd. ‒ Spoj­rzał bła­gal­nie w stronę Gi­seli.

‒ Sio­stra pana by­łej part­nerki ze­znała, że Mi­ka­ela wio­sną ubie­głego roku miała ko­chanka i że to dla­tego roz­pa­dło się jej mał­żeń­stwo. Czy to cho­dziło o pana?

Ste­fan roz­ło­żył ręce, wy­glą­da­jąc na zdru­zgo­ta­nego.

‒ Tak są­dzę. To nie trwało długo. Spo­tka­li­śmy się tylko trzy razy.

Tu­ula za­pi­sała coś w no­tat­niku.

‒ Czy to z pa­nem Mi­ka­ela miała się spo­tkać tego wie­czoru, kiedy za­gi­nęła?

‒ Ze mną? Chyba nie my­śli­cie, że skrzyw­dzi­łem Mi­ka­elę? – Ste­fan wy­da­wał się bli­ski za­ła­ma­nia. ‒ Poza tym w tym cza­sie ja­dłem ko­la­cję z Gi­selą, jej przy­ja­ciółką Mo­nicą i no­wym chło­pa­kiem Mo­niki, Tor­björ­nem.

Po ko­la­cji Ste­fan i Gi­sela po­je­chali tak­sówką do niej do domu, więc wie­działa, że nie mógł mieć nic wspól­nego z po­rwa­niem Mi­ka­eli. Wciąż nie da­wało jej jed­nak spo­koju, że choć wy­szedł z pracy punk­tu­al­nie, do­tarł do re­stau­ra­cji spóź­niony i w do­datku w bar­dzo dziw­nym na­stroju.

‒ Czy wie­dział pan, że to pan jest oj­cem dziecka Mi­ka­eli? – kon­ty­nu­owała Tu­ula.

‒ Nie mia­łem po­ję­cia. Za­kła­da­łem, że oj­cem jest jej mąż – od­parł Ste­fan, po­now­nie spo­glą­da­jąc w lu­stro we­nec­kie.

Czy to moż­liwe?, za­sta­na­wiała się Gi­sela. Ste­fan mu­siał prze­cież spo­tkać choćby jed­nego z ich wspól­nych zna­jo­mych w ciągu tych sze­ściu lat, które mi­nęły od roz­sta­nia z Mi­ka­elą. Czy na­prawdę nikt mu nie wspo­mniał o Sa­dze? A gdyby tak było, Ste­fan na pewno się za­sta­na­wiał, czy to nie on jest oj­cem tego dziecka.

Tu­ula od­chy­liła się na krze­śle. Skrzy­żo­wała ręce na piersi.

‒ Kiedy po raz pierw­szy usły­szał pan o Sa­dze?

‒ We wto­rek. Gi­sela mi po­wie­działa. Przy­się­gam, że mó­wię prawdę – za­pew­nił i wy­da­wało się, że jego wy­po­wiedź jest skie­ro­wana bar­dziej do Gi­seli niż do Tu­uli.

‒ Co pan czuje w związku z tym, że to pan może być bio­lo­gicz­nym oj­cem tej dziew­czynki?

Ste­fan wier­cił się na krze­śle.

‒ Nie wiem, co o tym my­śleć. W tej chwili przede wszyst­kim je­stem w szoku. Poza tym na ra­zie nic nie wia­domo. Nie ma jesz­cze wy­ni­ków te­stu DNA.

Tu­ula prze­chy­liła głowę na bok.

‒ Czy wie pan, dla­czego ktoś mógłby chcieć za­bić Mi­ka­elę?

Oczy Ste­fana wy­peł­niły się łzami, które szybko otarł grzbie­tem dłoni.

‒ Mi­ka­ela była cu­downą ko­bietą. Nie ro­zu­miem, dla­czego ktoś to zro­bił.

Gi­sela, choć zda­wała so­bie sprawę, że to ab­sur­dalne, po­czuła lek­kie ukłu­cie za­zdro­ści o zmarłą ko­bietę. Po obej­rze­niu zdjęć Mi­ka­eli, tak szczu­płej i ład­nej, nie mo­gła się na­dzi­wić, co Ste­fan wi­dział w po­li­cjantce, która nie do­rów­ny­wała wy­glą­dem jego by­łej part­nerce.

Ste­fan po­now­nie spoj­rzał w lu­stro w stronę Gi­seli.

‒ Mu­si­cie zna­leźć osobę, która za­biła Mi­ka­elę – po­wie­dział, pa­trząc bła­gal­nym wzro­kiem.

Na­stęp­nie scho­wał głowę w dło­niach.

Gi­sela nie mo­gła znieść wi­doku jego roz­pa­czy. Nie wie­działa, co o tym wszyst­kim my­śleć. Czuła się upo­ko­rzona przed Tu­ulą. Wy­szła z po­koju z pło­ną­cymi ze wstydu po­licz­kami. Nie była w sta­nie słu­chać dal­szej czę­ści prze­słu­cha­nia.

RA­GNAR

Ucisk w piersi rósł. Ra­gnar od­czu­wał silny strach, że nie bę­dzie mógł od­dy­chać. Że w celi na­gle za­brak­nie tlenu i po­woli się udusi. Od­dech sta­wał się co­raz szyb­szy, co zwia­sto­wało zbli­ża­jący się atak pa­niki. Gwał­tow­nie zdjął po­szewkę z po­duszki i przy­ci­snąw­szy ją do twa­rzy, za­czął w nią od­dy­chać. Po­wta­rzał so­bie, że taki atak nie jest groźny i wkrótce mi­nie. Po kilku mi­nu­tach opa­no­wał od­dech i było po wszyst­kim. Wy­czer­pany usiadł na skraju łóżka. Prze­by­wa­nie w za­mknię­ciu przy­wo­łało nie­przy­jemne wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa. Wspo­mnie­nia, które Ra­gnar zwy­kle wy­pie­rał. Mama za­my­kała go w sza­fie, kiedy był nie­po­słuszny albo jak miała zły dzień. Cza­sami go­dzi­nami sie­dział tam po ciemku, bez je­dze­nia ani wody. Na nic zda­wały się jego pła­cze, bła­ga­nia i prośby. Mama nie wy­pusz­czała go, do­póki nie uznała, że otrzy­mał wy­star­cza­jącą karę. Ni­gdy nie wie­dział, ile to po­trwa. Na­wet te­raz naj­więk­szy lęk wzbu­dzała w Ra­gna­rze wi­zja, że zo­sta­nie uwię­ziony bez moż­li­wo­ści ucieczki.

Na­gle usły­szał ko­goś na ko­ry­ta­rzu. Spoj­rzał na ze­gar. Nie była to jesz­cze pora lun­chu. Za­marł, kiedy kroki uci­chły przed jego celą.

Od­su­nięto za­suwę i drzwi otwo­rzyły się z me­ta­licz­nym zgrzy­tem.

‒ Dzień do­bry, Ra­gna­rze, jak tam dzi­siaj u cie­bie? – za­py­tał zna­jomy głos.

Alu­cio spoj­rzał na niego z wy­nio­słym uśmie­chem.

Ra­gnar miał w ustach tak su­cho, że trudno mu było mó­wić.

‒ Czego chcesz? – wy­du­sił z sie­bie.

‒ Znowu przy­szła do mnie po­li­cja – od­parł Alu­cio.

‒ Co ty nie po­wiesz… – rzu­cił Ra­gnar obo­jęt­nym to­nem.

‒ Co im o mnie na­ga­da­łeś?

‒ Prawdę. Że mia­łeś ob­se­sję na punk­cie Luny i nie chcia­łeś jej zo­sta­wić w spo­koju.

Alu­cio za­ci­snął dło­nie w pię­ści.

Ra­gnar do­strze­gał pe­wien po­zy­tywny aspekt śmierci Luny ‒ nie bę­dzie mu­siał wi­dy­wać tego czło­wieka. Był w Kręgu Księ­życa tylko ze względu na nią.

‒ Na twoim miej­scu uwa­żał­bym, co mó­wię po­li­cji – ostrzegł Alu­cio. ‒ Nie za­po­mi­naj, że znam twoje ta­jem­nice.

‒ My­ślisz, że nie wiem, że to przez cie­bie tu sie­dzę? Prze­stań roz­po­wia­dać kłam­stwa na mój te­mat.

Alu­cio prych­nął.

‒ Jak my­ślisz, kogo po­li­cja bę­dzie słu­chać? Sta­rego pi­jaka sie­dzą­cego w aresz­cie, po­dej­rza­nego o za­bój­stwo trzech ko­biet, czy sza­no­wa­nego funk­cjo­na­riu­sza służby wię­zien­nej?

Ra­gnar pró­bo­wał wstać z pry­czy, ale wciąż czuł za­wroty głowy po ataku pa­niki i upadł z po­wro­tem na plecy.

‒ Ojo­joj. Wielki Ra­gnar Li­bra le­dwo trzyma się na no­gach.

‒ Mu­sisz mi po­móc stąd wyjść – bła­gał Ra­gnar. ‒ Nie ra­dzę so­bie w za­mknię­ciu.

‒ Chyba je­steś na­prawdę zde­spe­ro­wany, skoro pro­sisz mnie o po­moc. Nie­stety, nic nie mogę zro­bić. Sam się w to wpa­ko­wa­łeś.

‒ Po­li­cja nie znaj­dzie ni­czego, co łą­czy­łoby mnie z tymi mor­der­stwami. Wtedy będą mu­sieli mnie wy­pu­ścić i roz­po­cząć po­szu­ki­wa­nia no­wego po­dej­rza­nego. Kto twoim zda­niem bę­dzie ich na­stęp­nym ce­lem? Zdaje się, że już mają na cie­bie oko. ‒ Ra­gnar na chwilę za­milkł, by straż­nik zro­zu­miał ostrze­że­nie. ‒ Może znaj­dziemy spo­sób, żeby so­bie na­wza­jem po­móc?

Alu­cio naj­wy­raź­niej roz­wa­żał tę pro­po­zy­cję.

‒ Co pro­po­nu­jesz?

‒ Mu­simy do­pro­wa­dzić do tego, żeby po­li­cja za­częła szu­kać sprawcy poza Krę­giem Księ­życa.

Męż­czy­zna ski­nął głową na znak, że się zga­dza.

TU­ULA

Z prze­sad­nym sku­pie­niem od­wi­nęła z pa­pierka ba­to­nik ener­ge­tyczny. Ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, że jesz­cze nikt nie przy­szedł do ka­biny aku­stycz­nej, od­chy­liła się na cy­try­no­wo­żół­tym krze­śle, po­ło­żyła nogi na stole i za­ja­dała prze­ką­skę. Gi­sela uni­kała jej przez cały dzień. Tu­ula pró­bo­wała z nią po­roz­ma­wiać po prze­słu­cha­niu Ste­fana, ale in­spek­torka twier­dziła, że nie ma czasu. Od tej pory nie wi­działa jej w wy­dziale kry­mi­nal­nym.

Za kilka mi­nut miało się roz­po­cząć po­po­łu­dniowe spo­tka­nie. Gi­sela nie mo­gła się już dłu­żej wy­mi­gi­wać. W każ­dym ra­zie jesz­cze się nie zda­rzyło, żeby nie po­ja­wiła się na spo­tka­niu, które sama zwo­łała. Tu­ula się za­sta­na­wiała, czy jed­nak nie bę­dzie to ten pierw­szy raz.

Li­nus i Freddy przy­szli chwilę po cza­sie, lecz Gi­seli na­dal nie było. Cze­kali na nią po­nad dzie­sięć mi­nut i już mieli od­pu­ścić, kiedy zo­ba­czyli ją pę­dzącą przez otwartą prze­strzeń biura. Już z da­leka było wi­dać, że coś jest nie tak.

‒ Złe wie­ści – rzu­ciła, opa­da­jąc ciężko na krze­sło. ‒ Mu­simy wy­pu­ścić Ra­gnara.

‒ A to dla­czego? – spy­tała Tu­ula.

‒ Przy­szły wy­niki ana­lizy DNA. Ani w piw­nicy, ani w jego Je­epie nie zna­le­ziono śla­dów żad­nej z trzech ofiar. W cha­cie było co prawda DNA Luny, ale można to ła­two wy­ja­śnić, Luna prze­cież by­wała u Ra­gnara przy wielu oka­zjach. Sam nam o tym mó­wił. Nie ist­nieją więc żadne kon­kretne do­wody, które po­twier­dza­łyby, że jest winny. Mamy tylko po­szlaki. Ju­tro mu­simy go wy­pu­ścić.

– Ale prze­cież się przy­znał, że za­mknął swoją byłą w piw­nicy – za­pro­te­sto­wała Tu­ula.

– Tak, ale pro­ku­ra­tor uważa, że nie mo­żemy go prze­trzy­my­wać w aresz­cie, skoro da­lej szu­kamy do­wo­dów na jego ewen­tu­alny udział w tych zbrod­niach.

‒ Mu­sie­li­śmy coś prze­oczyć. Może wię­ził te ko­biety w in­nym miej­scu? Freddy, masz mapę oko­licy, gdzie mieszka Ra­gnar? – Tu­ula nie­cier­pli­wie ma­chała ręką przed twa­rzą ko­legi.

Po­li­cjant wy­jął mapę z jed­nej ze swo­ich te­czek i roz­ło­żył ją na stole. Dom Ra­gnara był za­zna­czony czer­wo­nym krzy­ży­kiem.

‒ Las wo­kół chaty cią­gnie się ki­lo­me­trami. Może ro­bić, co mu się po­doba, bez obawy, że wtrącą się w to wścib­scy są­sie­dzi. Kto wie, czy nie zbu­do­wał w oko­licy wię­cej be­to­no­wych bun­krów. ‒ Tu­ula przez chwilę przy­glą­dała się ma­pie i za­raz po­tem po­ło­żyła pa­lec z po­ma­lo­wa­nym na czer­wono pa­znok­ciem w miej­scu od­da­lo­nym od chaty Ra­gnara o kil­ka­set me­trów w li­nii pro­stej. ‒ Stary szpi­tal psy­chia­tryczny. Czy ten bu­dy­nek na­dal ist­nieje?

‒ Nie są­dzę. Pa­mię­tam, że zbu­rzyli go kilka lat temu – rzekł Freddy, otwie­ra­jąc lap­topa. ‒ Po­cze­kaj. Spraw­dzę. ‒ Przez kilka mi­nut stu­kał w kla­wia­turę i prze­glą­dał różne strony in­ter­ne­towe. ‒ Tak jak my­śla­łem. Stary szpi­tal psy­chia­tryczny zo­stał zbu­rzony po tym, jak zgi­nął tam pe­wien chło­pak.

‒ Jak to się stało? – spy­tał Li­nus.

‒ Miej­scowa mło­dzież przy­cho­dziła tam wie­czo­rami i w nocy. Bu­dy­nek był w złym sta­nie i nie zo­stał od­po­wied­nio za­bez­pie­czony. Chło­pak na­dep­nął na spróch­niałą de­skę pod­ło­gową i spadł tak nie­for­tun­nie, że zgi­nął na miej­scu. Po tym wy­da­rze­niu wła­dze gminy zde­cy­do­wały o wy­bu­rze­niu bu­dynku, żeby za­po­biec po­dob­nym wy­pad­kom – wy­ja­śnił Freddy i zro­bił dra­ma­tyczną pauzę, po czym kon­ty­nu­ował: ‒ A wła­śnie, czy wie­dzie­li­ście, że ten szpi­tal był wy­łącz­nie dla ko­biet? Sześć­dzie­siąt lat temu ko­biety nie­szczę­śliwe w mał­żeń­stwie uwa­żano za neu­ro­tyczne. Le­ka­rze twier­dzili, że po­byt w szpi­talu psy­chia­trycz­nym po­może im na nowo przy­sto­so­wać się do ocze­ki­wa­nej roli żony i matki.

‒ Wy­star­czy, Freddy ‒ prze­rwała szorstko Tu­ula i przy­su­nęła do sie­bie mapę. ‒ Czy nie ma in­nego miej­sca, gdzie Ra­gnar mógłby wię­zić ofiary?

‒ Spójrz tu­taj. ‒ Ko­lega za­brał jej mapę. Na­dal ob­sta­wał przy tym, że miej­scem zbrodni może być szpi­tal psy­chia­tryczny. ‒ Przyj­rzyj się uważ­nie. Na te­re­nie na­le­żą­cym do szpi­tala znaj­duje się opusz­czony schron prze­ciw­lot­ni­czy. W cza­sach, gdy przyj­mo­wano tam pa­cjentki, dbano o obronę prze­ciw­lot­ni­czą lud­no­ści cy­wil­nej, a bu­do­wa­nie schro­nów wy­ku­tych w skale było po­wszechną prak­tyką. Nie ma żad­nych in­for­ma­cji, że bun­kier zo­stał zli­kwi­do­wany. Po­wi­nien tam na­dal być.

Tu­ula po­czuła, że serce za­czyna jej moc­niej bić.

‒ Czy dasz radę zna­leźć plany bu­dyn­ków?

Freddy znów przez chwilę stu­kał w kla­wi­sze lap­topa.

‒ Nie­stety, tak od razu to się nie uda. Chcesz, że­bym szu­kał da­lej?

To nie miało zna­cze­nia. Tu­ula za­mie­rzała spraw­dzić ten schron, nie­za­leż­nie od tego, czy znajdą te plany, czy nie.

‒ Nie, nie ma ta­kiej po­trzeby. To tam Ra­gnar wię­ził te ko­biety – stwier­dziła sta­now­czo Tu­ula. – Mam ta­kie prze­czu­cie. Mu­simy na­tych­miast tam po­je­chać i spraw­dzić ten bun­kier.

Gi­sela unio­sła dłoń.

– Nie tak szybko. Samo prze­czu­cie nie wy­star­czy. Mu­simy po­stę­po­wać zgod­nie z pro­ce­durą, bo ina­czej, je­śli sprawa trafi do sądu, może to zo­stać wy­ko­rzy­stane prze­ciwko nam.

‒ A je­śli są tam prze­trzy­my­wane inne ko­biety?!

‒ Nie zgło­szono żad­nych in­nych za­gi­nięć ko­biet w Ostro­botni w ostat­nim cza­sie. Po­roz­ma­wiam o tym ju­tro z pro­ku­ra­to­rem – oznaj­miła Gi­sela.

Tu­ula wpa­try­wała się w nią z kon­ster­na­cją.

Nie mo­gli prze­cież sie­dzieć bez­czyn­nie i cze­kać na de­cy­zję pro­ku­ra­tora.

Po spo­tka­niu Tu­ula po­de­szła do Li­nusa i upew­niw­szy się, że in­spek­torka ich nie sły­szy, po­wie­działa:

‒ I tak tam te­raz po­jadę. Je­dziesz ze mną?

‒ Nie sły­sza­łaś, co mó­wiła Gi­sela? Mu­simy naj­pierw do­stać po­zwo­le­nie.

‒ To może po­trwać kilka dni. Nie za­mie­rzam cze­kać tak długo. Chcesz je­chać czy nie?

Li­nus przez dłuż­szą chwilę stał w mil­cze­niu, jakby roz­wa­żał różne opcje, po czym od­parł:

‒ Do­bra, jadę.

‒ Su­per, to ru­szajmy.

Li­nus i Tu­ula po raz ko­lejny udali się w kie­runku Vörå, tyle że te­raz skrę­cili w drogę pro­wa­dzącą do sta­rego szpi­tala psy­chia­trycz­nego. Po­ło­żony był w ma­low­ni­czym miej­scu, tuż nad ma­łym je­zio­rem. Strome klify opa­dały stromo do wody. Na te­re­nie obiektu znaj­do­wał się duży park, ale po­nie­waż od wielu lat nikt o niego nie dbał, krzewy zdzi­czały, a żwi­rowe alejki po­ro­sły trawą. Wśród ro­ślin­no­ści można było jed­nak do­strzec fon­tannę i kil­ka­na­ście ła­wek. W tym miej­scu nie­wąt­pli­wie od­po­czy­wały pa­cjentki szpi­tala. Praw­do­po­dob­nie czuły się tu le­piej niż w nie­uda­nych mał­żeń­stwach, po­my­ślała Tu­ula. Dla­czego nikt nie wpadł na to, żeby za­mknąć tu męż­czyzn, któ­rzy uniesz­czę­śli­wiali ko­biety?

Schron mie­ścił się przy kli­fie na skraju lasu. Tu­ula za­par­ko­wała tuż przed nim. Wy­sie­dli z sa­mo­chodu. Żwir chrzę­ścił pod bu­tami.

‒ My­ślisz, że ktoś tam jest? – spy­tała, zbli­ża­jąc się do uchy­lo­nych zie­lo­nych, me­ta­lo­wych drzwi. ‒ Patrz, ktoś mu­siał tu być cał­kiem nie­dawno. Na klamce wisi nowa kłódka. I to otwarta.

Na­gle po­czuła prze­raź­liwy chłód. Oko­lica była opu­sto­szała, a ta­fla je­ziora nie­po­ru­szona i spo­kojna. Z du­żego gniazda na szczy­cie wy­so­kiego drzewa do­bie­gało kra­ka­nie kruka. Ptasi skrzek roz­brzmiał trzy­krot­nie. Raz dla każ­dej ko­biety, po­my­ślała Tu­ula i wstrzą­snął nią dreszcz.

Ogar­nęło ją zło­wiesz­cze prze­czu­cie.

‒ Co ro­bimy? – za­sta­na­wiał się Li­nus.

‒ Je­śli chcesz, to tu zo­stań, ale ja wcho­dzę – oznaj­miła Tu­ula.

Za­wa­hała się tylko przez mo­ment, po czym po­de­szła do wej­ścia. Z jedną ręką na broni w ka­bu­rze, a w dru­giej trzy­ma­jąc la­tarkę, pchnęła drzwi i we­szła do ciem­nego bun­kra. Usły­szała za sobą szu­ra­nie bu­tów Li­nusa.

‒ Halo! Tu­ula Niemi z po­li­cji w Va­asie. Czy jest tu kto? – za­wo­łała.

Mury po­chło­nęły jej słowa.

Prze­su­nęła la­tarką, by spraw­dzić, jak wy­gląda bun­kier od środka. Znaj­do­wali się w pro­sto­kąt­nym przed­sionku, z któ­rego od­cho­dził długi ko­ry­tarz pro­wa­dzący w głąb góry. Wzdłuż ścian cią­gnęły się re­gały, kie­dyś za­pewne pełne za­pa­sów, a te­raz le­żało tam tylko kilka ko­ców i za­rdze­wia­łych pu­szek z kon­ser­wami. W schro­nie było o kilka stopni chłod­niej niż na ze­wnątrz i uno­sił się tu silny za­pach de­ter­gen­tów. Świa­tło la­tarki pa­dło na okrą­gły włącz­nik. Tu­ula na­ci­snęła przy­cisk i na su­fi­cie roz­bły­sły lampy. Ośle­piona na­głym bla­skiem zmru­żyła oczy i skie­ro­wała la­tarkę w dół. Po obu stro­nach ko­ry­ta­rza mie­ściły się trzy pary sta­lo­wych drzwi. Po­li­cjantka otwo­rzyła pierw­sze z nich. Oświe­tliła małe i wą­skie wnę­trze. Do ściany przy­krę­cone było me­ta­lowe łóżko pię­trowe. Na be­to­nie wid­niały krwawe ślady za­dra­pań. Ko­goś tu prze­trzy­my­wano. I to nie­dawno. Za­pach środka czysz­czą­cego mie­szał się z inną, trudną do okre­śle­nia wo­nią. Czyżby tak pach­niał ludzki strach? Tu­ula po­czuła na ple­cach zimny dreszcz.

Za­mknęła oczy. Tępy ból wgry­zał się w klatkę pier­siową. Prze­ra­że­nie uwię­zio­nej tu osoby wy­da­wało się nie­wy­obra­żalne.

‒ Spójrz ‒ zwró­ciła się do Li­nusa, rów­nie wstrzą­śnię­tego jak ona, czu­jąc, że głos więź­nie jej w gar­dle.

‒ Mu­simy to zgło­sić. Nie po­winno nas tu być. Mo­żemy znisz­czyć do­wody ‒ stwier­dził po­li­cjant, wy­co­fu­jąc się do wyj­ścia.

Tu­ula nie po­słu­chała Li­nusa i ru­szyła da­lej w głąb bun­kra. Za dwoj­giem po­zo­sta­łych drzwi za­stała nie­mal to samo co w pierw­szym po­koju.

‒ Luna tu była – stwier­dziła drżą­cym gło­sem. ‒ Ten drań wię­ził tu wszyst­kie trzy ko­biety. Trzeba spraw­dzić, czy nie za­mknął tu ni­kogo wię­cej.

Zo­stało jesz­cze troje drzwi. Tu­ula ostroż­nie sta­wiała kroki. Wa­hała się przed każ­dym na­ci­śnię­ciem klamki i zaj­rze­niem do środka. Trzy po­zo­stałe po­koje były pu­ste, z wy­jąt­kiem kilku bu­te­lek po al­ko­holu i pu­szek po pi­wie po­roz­rzu­ca­nych po ką­tach. Praw­do­po­dob­nie kie­dyś ze schronu ko­rzy­stała miej­scowa mło­dzież, mieli tu kry­jówkę do im­pre­zo­wa­nia pod­czas ciem­nych i zim­nych mie­sięcy.

‒ Mu­simy za­dzwo­nić do Gi­seli i po­wie­dzieć jej, co zna­leź­li­śmy – po­wtó­rzył Li­nus.

Cze­kał na Tu­ulę w przed­sionku, go­towy, by wyjść na ze­wnątrz.

Po­li­cjantka wy­cią­gnęła te­le­fon.

‒ Nie ma za­sięgu. Chodźmy stąd.

Za­nim do­tarli do wyj­ścia, grube me­ta­lowe drzwi za­trza­snęły się z gło­śnym hu­kiem. Rzu­cili się na nie jed­no­cze­śnie, ale nie drgnęły ani o mi­li­metr.

‒ Za­mknęli nas – oznaj­mił Li­nus.

‒ Musi być inne wyj­ście – od­parła Tu­ula na­gle ogar­nięta silną klau­stro­fo­bią.

Po­li­cjantka ro­zej­rzała się po dłu­gim ko­ry­ta­rzu, pró­bu­jąc zna­leźć inną drogę lub przed­miot, któ­rym mo­gliby wy­wa­żyć drzwi.

Jej wzrok padł na róg su­fitu w przed­sionku, gdzie mi­gała czer­wona lampka.

Ktoś ich na­gry­wał.

Prze­szył ją lo­do­waty dreszcz prze­ra­że­nia.

Gdzieś tam na ze­wnątrz ob­ser­wo­wał ich ja­kiś sza­le­niec.

GI­SELA

Za­pa­dał już zmrok, kiedy Gi­sela za­par­ko­wała przed swoim do­mem na cy­plu. Do­pa­dło ją ta­kie zmę­cze­nie, że nie miała siły wy­siąść z sa­mo­chodu. Przez dłuż­szą chwilę sie­działa na fo­telu kie­rowcy, tym­cza­sem tem­pe­ra­tura w au­cie szybko spa­dała, a szyby za­pa­ro­wały. Pod­sko­czyła, sły­sząc gło­śne pu­ka­nie. W oknie po­ja­wiła się za­ma­zana twarz Ste­fana. Gi­sela jęk­nęła w du­chu. Po prze­słu­cha­niu nie za­mie­niła z nim ani słowa i te­raz też nie miała ochoty z nim roz­ma­wiać.

Wy­sia­dła z sa­mo­chodu.

‒ Co ty tu ro­bisz? – spy­tała i żeby nie brzmiało to zbyt oschle, do­dała: ‒ Już późno.

‒ Przez cały dzień pró­bo­wa­łem się z tobą skon­tak­to­wać. Mu­simy po­ga­dać. Cze­kam tu już po­nad go­dzinę.

‒ Masz klucz. Dla­czego nie wsze­dłeś do środka?

‒ Wy­da­wało mi się to nie na miej­scu, pa­trząc na na­sze re­la­cje. Wiem, że słu­cha­łaś, co mó­wi­łem pod­czas prze­słu­cha­nia.

Gi­sela po­tarła skroń.

‒ To był długi dzień. Czy to nie może po­cze­kać?

‒ Nie, czuję się okrop­nie, że od sa­mego po­czątku nie by­łem z tobą szczery co do Mi­ka­eli. Zwłasz­cza je­śli po­my­ślę o tym wszyst­kim, co się te­raz dzieje. Mu­szę ci to wy­ja­śnić.

‒ Do­brze, wejdź.

Kiedy Gi­sela otwo­rzyła drzwi, z przed­po­koju wy­bie­gły koty i od razu ją ob­sko­czyły, do­ma­ga­jąc się je­dze­nia. Naj­pierw mu­siała je na­kar­mić, a do­piero po­tem mo­gła wy­słu­chać wy­ja­śnień Ste­fana. Pod­czas gdy na­kła­dała ka­wałki kur­czaka w ga­la­re­cie do mi­sek, Ste­fan ro­bił ka­napki i pa­rzył her­batę. Czuł się w kuchni Gi­seli tak swo­bod­nie, że wie­dział le­piej niż ona, gdzie co jest. I zde­cy­do­wa­nie bar­dziej dbał o to, żeby lo­dówka była pełna. Dało się za­uwa­żyć, że nie przy­cho­dził tu od po­nad dwóch ty­go­dni. Choć zo­stały tylko ja­kieś resztki, Ste­fa­nowi mimo wszystko udało się przy­go­to­wać coś do je­dze­nia.

‒ Pro­szę, mu­sisz coś zjeść. – Po­sta­wił na stole dwie wy­kwintne ka­napki z se­rem, szynką i musz­tardą, a także ku­bek z her­batą ru­mian­kową dla Gi­seli.

Do­piero te­raz zdała so­bie sprawę, jak bar­dzo jest głodna, i wbiła zęby w kromkę chleba.

Wtedy Ste­fan za­czął mó­wić:

‒ Nie wiem, dla­czego ci nie po­wie­dzia­łem, że rok temu mia­łem z Mi­ka­elą krótki ro­mans. Praw­do­po­dob­nie dla­tego, że spo­tka­li­śmy się tylko kilka razy i nie prze­ro­dziło się to w nic wię­cej. A może dla­tego, że oboje szybko zda­li­śmy so­bie sprawę, że już nic do sie­bie nie czu­jemy. Nie skła­ma­łem świa­do­mie, po pro­stu nie uwa­ża­łem, że warto o tym wspo­mi­nać. Do­piero co cię po­zna­łem i nie chcia­łem roz­ma­wiać o swo­jej by­łej.

‒ Szkoda, że nic nie po­wie­dzia­łeś, kiedy stało się ja­sne, że Mi­ka­ela jest jedną z ofiar i że mo­żesz być oj­cem jej córki – za­uwa­żyła Gi­sela.

‒ Wiem. Mój błąd. Szcze­rze mó­wiąc, nie są­dzi­łem, że to ma ja­kieś zna­cze­nie. Nie mam nic wspól­nego z jej śmier­cią ani ze śmier­cią po­zo­sta­łych ko­biet. Nie wiem też, kto je za­bił ani dla­czego.

‒ Ni­gdy cię nie po­dej­rze­wa­łam – przy­znała Gi­sela i na­tych­miast po­czuła ukłu­cie wy­rzu­tów su­mie­nia. Czyżby w głębi du­szy miała ja­kieś wąt­pli­wo­ści? Szybko ode­pchnęła tę myśl. ‒ Za­sta­nów się, jak się czu­łam, kiedy do­wie­dzia­łam się o twoim prze­lot­nym ro­man­sie z Mi­ka­elą z prze­słu­cha­nia prze­pro­wa­dzo­nego przez jedną z mo­ich śled­czych.

Ste­fan spu­ścił głowę. Ra­miona mu opa­dły.

‒ Od te­raz po pro­stu bądźmy ze sobą szcze­rzy ‒ ode­zwała się ła­god­niej­szym to­nem.

Nie czuła już gniewu. Tę­sk­niła za Ste­fa­nem. Nie chciała się kłó­cić o coś, co się wy­da­rzyło, za­nim się po­znali.

Ste­fan pod­niósł wzrok, a w jego oczach po­ja­wiła się iskierka na­dziei.

‒ Nie masz po­ję­cia, jak bar­dzo się cie­szę, że to mó­wisz. Ba­łem się, że nie bę­dziesz chciała mnie już wię­cej wi­dzieć.

Gi­sela wrzu­ciła kostkę cu­kru do sty­gną­cej her­baty.

‒ Skoro mamy być wo­bec sie­bie szcze­rzy, to za­sta­na­wiam się nad czymś jesz­cze – rze­kła. ‒ Cho­dzi mi to po gło­wie już od ja­kie­goś czasu.

Ste­fan wziął Gi­selę za ręce i spoj­rzał na nią ner­wowo.

‒ Py­taj. Nie mam przed tobą żad­nych ta­jem­nic. Już nie.

‒ Tej nocy, kiedy spo­tka­li­śmy się z Mo­nicą i Tor­björ­nem we fran­cu­skiej re­stau­ra­cji, spóź­ni­łeś się i nie by­łeś sobą.

Ste­fan naj­wy­raź­niej zro­zu­miał, o co jej cho­dzi, po­nie­waż szybko pu­ścił jej dło­nie.

‒ Masz na my­śli wie­czór, kiedy za­gi­nęła Mi­ka­ela – stwier­dził su­cho. ‒ W tam­tym ty­go­dniu po­kłó­ci­łem się z no­wym le­ka­rzem na od­dziale ra­tun­ko­wym. Uzna­łem, że po­peł­nił po­ważny błąd w oce­nie sy­tu­acji, ale on nie lubi, jak pie­lę­gniarz mu coś wy­tyka, i zi­gno­ro­wał moje obawy. Osta­tecz­nie mu­sia­łem in­ter­we­nio­wać na wyż­szym szcze­blu i po­in­for­mo­wać or­dy­na­tora. Dla­tego by­łem w kiep­skiej for­mie, a przez ko­lejne dni w pracy pa­no­wała fa­talna at­mos­fera. Spóź­ni­łem się, bo mu­sia­łem się przejść. Chcia­łem roz­ła­do­wać fru­stra­cję, żeby nie ze­psuć ko­la­cji swoim złym hu­mo­rem. Wy­daje mi się, że nie bar­dzo udało mi się to przed tobą ukryć. Zbyt do­brze mnie znasz.

Gi­sela upiła łyk po­sło­dzo­nej her­baty. Na­dal miała gorzki smak.

‒ Czy coś jesz­cze chcia­ła­byś o mnie wie­dzieć? – rzu­cił ura­żony Ste­fan.

‒ Prze­pra­szam. Mu­sia­łam o to za­py­tać.

‒ Nie wiem, jak mam się za­cho­wy­wać, że­byś mi za­ufała. Czuję się tak, jak­byś tylko cze­kała, aż coś schrza­nię, żeby ze mną ze­rwać. Wię­cej cię nie za­wiodę i obie­cuję, że cię nie zo­sta­wię – za­pew­nił Ste­fan, wsta­jąc od stołu. Na­wet nie tknął ka­napki. – Jest późno. Po­wi­nie­nem już iść.

‒ Nie mo­żesz mi obie­cać, że ni­gdy mnie nie zo­sta­wisz – za­pro­te­sto­wała ci­cho Gi­sela, lecz już wy­cho­dził z domu i jej nie sły­szał.

LI­NUS

Na su­fi­cie była za­mon­to­wana mała ka­mera. Mi­ga­jąca lampka świad­czyła o tym, że urzą­dze­nie jest włą­czone.

‒ Ktoś nas na­grywa – stwier­dził Li­nus i po­czuł, jak skręca mu się żo­łą­dek.

Tu­ula po­de­szła bli­żej ka­mery. Spoj­rzała w obiek­tyw. Po­ło­żyła ręce na bio­drach i ode­zwała się do­no­śnym gło­sem:

‒ Le­piej nas wy­puść. I tak pój­dziesz za to sie­dzieć, i za to, co zro­bi­łeś in­nym.

‒ Gro­że­nie ko­muś po dru­giej stro­nie ka­mery ra­czej w tej sy­tu­acji nam nie po­może – szep­nął Li­nus tak ci­cho, żeby ktoś, kto ich tu za­mknął, nic nie usły­szał.

Tu­ula pod­sko­czyła i strą­ciła ka­merę, którą na­stęp­nie po­de­ptała.

‒ The show is over.

W bun­krze pa­no­wał ziąb i Li­nus się cie­szył, że mimo ład­nej po­gody wło­żył tego dnia grubą kurtkę.

‒ Nie ma za­sięgu – za­uwa­żyła Tu­ula. ‒ Nie damy rady ni­kogo po­in­for­mo­wać, że tu je­ste­śmy.

‒ Jak my­ślisz, kiedy ktoś za­cznie nas szu­kać?

Po­li­cjantka wzięła głę­boki wdech i wy­pu­ściła po­wie­trze no­sem.

‒ Tro­chę to po­trwa. Po­wie­dzia­łam Han­nele, że będę pra­co­wać do późna. Pew­nie po­my­śli, że się za­sie­dzia­łam, i na­wet się nie przej­mie, że mnie nie ma, kiedy się obu­dzi. Za­tę­skni za mną do­piero ju­tro wie­czo­rem, jak wróci z pracy.

‒ Za mną też nikt nie bę­dzie tę­sk­nił – po­wie­dział Li­nus z bó­lem w sercu. ‒ Jo­se­fin jest z dziećmi w tym ty­go­dniu. Ale jak ju­tro nie po­ja­wimy się w pracy, to przy­naj­mniej Gi­sela po­winna się za­cząć za­sta­na­wiać, gdzie się po­dzie­wamy.

‒ Na­prawdę w to wie­rzysz? Pew­nie za­łoży, że je­ste­śmy w te­re­nie i spraw­dzamy tropy. A tak w ogóle nie wy­daje ci się, że ostat­nio jest tro­chę roz­ko­ja­rzona?

‒ Może tro­chę – zgo­dził się Li­nus. ‒ W jej ży­ciu pry­wat­nym dużo się te­raz dzieje. Cho­dzi mi o Ste­fana i tak da­lej.

‒ No wła­śnie. Dla­tego my­ślę, że nie po­winna pro­wa­dzić tego śledz­twa. Jest w to zbyt oso­bi­ście za­an­ga­żo­wana.

‒ I kto to mówi…

Tu­ula się skrzy­wiła i za­częła cho­dzić tam i z po­wro­tem po cia­snym po­miesz­cze­niu, w któ­rym uno­sił się ostry za­pach de­ter­gen­tów.

‒ Po­win­ni­śmy się jak naj­mniej ru­szać, żeby nie znisz­czyć do­wo­dów – zwró­cił jej ostroż­nie uwagę Li­nus. Nie chciał jesz­cze bar­dziej de­ner­wo­wać ko­le­żanki. ‒ Jak my­ślisz, co tu się wy­da­rzyło?

‒ Nic do­brego, tego je­stem pewna – od­parła.

Lampa na su­fi­cie da­wała słabe świa­tło, które nie do­cie­rało do wszyst­kich za­ka­mar­ków. Tu­ula po­now­nie wy­jęła la­tarkę i skie­ro­wała ją na ściany.

‒ Zo­bacz. Krew. Sprawca mu­siał to prze­oczyć pod­czas sprzą­ta­nia.

Li­nus pod­szedł bli­żej. W świe­tle la­tarki plamy krwi były wi­doczne go­łym okiem.

‒ Tech­nicy po­winni być w sta­nie po­brać z tego DNA – za­uwa­żył.

‒ My­ślę, że to tu­taj ścięto te ko­biety – szep­nęła Tu­ula. ‒ I że wszystko za­re­je­stro­wała ka­mera.

Czwar­tek, 18 kwiet­nia 2024 roku

GI­SELA

Kiedy do­tarła do ko­mi­sa­riatu, było już po je­de­na­stej i wielu po­li­cjan­tów wy­bie­rało się na lunch. Miała za sobą dłu­gie spo­tka­nie z pro­ku­ra­to­rem, pod­czas któ­rego przed­sta­wiła teo­rię, że Ra­gnar prze­trzy­my­wał ko­biety w bun­krze przy sta­rym szpi­talu psy­chia­trycz­nym. Po­pro­siła o na­kaz prze­szu­ka­nia i pró­bo­wała prze­ko­nać prze­ło­żo­nego, żeby zo­sta­wić Ra­gnara w aresz­cie do czasu do­kład­nego spraw­dze­nia tego schronu. Pro­ku­ra­tor zgo­dził się na oglę­dziny bun­kra, ale ka­zał Gi­seli wy­pu­ścić po­dej­rza­nego. Bra­ko­wało im wy­star­cza­jąco ob­cią­ża­ją­cych do­wo­dów.

Kiedy in­spek­torka we­szła do wy­działu kry­mi­nal­nego, szmery gwał­tow­nie uci­chły. Naj­wy­raź­niej wia­do­mość o wyj­ściu cza­row­nika na wol­ność do­tarła do ko­mi­sa­riatu szyb­ciej niż sama Gi­sela.

‒ Czy Li­nusa albo Tu­ula tu dzi­siaj byli? – spy­tała obec­nych w po­koju, nie wi­dząc ni­g­dzie ani blond czu­pryny Li­nusa, ani bu­rzy lo­ków Tu­uli.

Wszy­scy w od­po­wie­dzi je­dy­nie po­krę­cili gło­wami. Nikt nie wie­dział, gdzie tych dwoje się po­działo.

‒ Jak ich spo­tka­cie, po­wiedz­cie im, żeby się ze mną skon­tak­to­wali – do­dała, po czym znik­nęła za ścianką dzia­łową i usia­dła za biur­kiem.

Po spo­tka­niu z pro­ku­ra­to­rem pró­bo­wała się do­dzwo­nić i do Li­nusa, i do Tu­uli, żeby po­in­for­mo­wać ich o de­cy­zji prze­ło­żo­nego. Żadne jed­nak nie ode­brało te­le­fonu. Przez chwilę się za­sta­na­wiała, gdzie są i co ro­bią, wkrótce jed­nak po­chło­nęły ją inne sprawy.

Do jej biurka pod­szedł Freddy. Gło­śno chrząk­nął, by zwró­cić jej uwagę, i po­wie­dział:

‒ Udało mi się na­mie­rzyć ta­jem­ni­czego part­nera Mi­ka­eli dzięki apli­ka­cji rand­ko­wej i hi­sto­rii po­łą­czeń. Mam jego imię i ad­res.

‒ Świet­nie. W ta­kim ra­zie od razu po­jadę z nim po­roz­ma­wiać – zde­cy­do­wała Gi­sela, pod­no­sząc się z krze­sła.

Lało jak z ce­bra, kurtka Gi­seli szybko prze­mo­kła. In­spek­torka wo­lała na­wet nie my­śleć o swo­jej fry­zu­rze w tym mo­men­cie, choć stwier­dziła, że praw­do­po­dob­nie nie wy­glą­dała dużo go­rzej niż zwy­kle. Stała na scho­dach przed żół­tym par­te­ro­wym do­mem i cze­kała, aż ktoś jej otwo­rzy. Wła­śnie miała za­dzwo­nić jesz­cze raz, kiedy uchy­liły się drzwi.

‒ Ismo Ka­ta­ila? – spy­tała Gi­sela, po­ka­zu­jąc le­gi­ty­ma­cję po­li­cyjną męż­czyź­nie sto­ją­cemu w ko­ry­ta­rzu.

Ismo zbladł.

‒ O co cho­dzi? – wy­ją­kał.

Cho­ciaż in­spek­torka nie miała kon­kret­nego wy­obra­że­nia o wy­branku Mi­ka­eli, na pewno nie spo­dzie­wała się ko­goś ta­kiego. Spra­wiał wra­że­nie osoby nie­śmia­łej i nie­pew­nej sie­bie, a do tego nie był szcze­gól­nie atrak­cyjny. Zu­peł­nie nie przy­po­mi­nał męż­czy­zny ze zdję­cia pro­fi­lo­wego w apli­ka­cji rand­ko­wej.

‒ Czy mo­żemy po­roz­ma­wiać w środku? Wo­la­ła­bym już dłu­żej nie stać na desz­czu – kon­ty­nu­owała Gi­sela.

Ismo się od­su­nął, wpusz­cza­jąc in­spek­torkę do przed­po­koju, ale nie da­lej. W sła­bym świe­tle lampy su­fi­to­wej, z tylko jedną dzia­ła­jącą świe­tlówką, można było do­strzec półkę na buty, wie­szak i po­nurą ta­petę w czarno-szarą kratę. Wszech­obecny za­pach pa­pie­ro­sów zdra­dzał, że w domu od dawna pa­liło się ty­toń.

Gi­sela roz­pięła koł­nierz kurtki. Zdjęła oku­lary i wy­cią­gnęła z kie­szeni starą chu­s­teczkę, którą wy­tarła kro­ple desz­czu.

‒ Czy do­my­śla się pan, dla­czego tu przy­szłam? – spy­tała.

‒ Nie – od­parł Ismo po chwili, po czym wziął głę­boki wdech, jakby zbie­rał się na od­wagę. ‒ Czy to ma coś wspól­nego z Mi­ka­elą?

‒ Skąd ten po­mysł?

Ismo za­ła­mał ręce. Zdał so­bie sprawę, że Gi­sela za­uwa­żyła jego zde­ner­wo­wa­nie, i scho­wał dło­nie do kie­szeni.

‒ Czy­ta­łem w pra­sie o tych mor­der­stwach. Nie zna­łem wpraw­dzie jej na­zwi­ska, ale prze­szło mi przez myśl, że może jest jedną z ofiar.

In­spek­torka z po­wro­tem za­ło­żyła oku­lary.

‒ Dla­czego nie skon­tak­to­wał się pan z po­li­cją, skoro po­dej­rze­wał pan, że może cho­dzić o Mi­ka­elę? Na­prawdę się na­pra­co­wa­li­śmy, żeby pana od­na­leźć.

Ismo znowu ner­wowo wy­giął ręce.

‒ Wła­ści­wie to jej nie zna­łem. Ni­gdy się nie spo­tka­li­śmy. Nie chcia­łem zo­stać wcią­gnięty w po­li­cyjne śledz­two.

‒ Ale chyba miał się pan z nią spo­tkać w Wielki Czwar­tek, tego sa­mego wie­czoru, kiedy za­gi­nęła? – na­ci­skała Gi­sela.

‒ Tak, umó­wi­li­śmy się w Red Lion, tym an­giel­skim pu­bie w cen­trum, ale nie przy­szła. Cze­ka­łem w ba­rze przez go­dzinę. Sie­dzia­łem tam jak ostatni fra­jer – wy­ja­śnił Ismo z gry­ma­sem.

Na jego twa­rzy po­ja­wiły się dwie czer­wone plamki. Naj­wy­raź­niej na­dal czuł gniew po tym, jak my­ślał, że zo­stał zgho­sto­wany.

‒ Co pan zro­bił po­tem?

‒ Po­sze­dłem do domu.

Gi­sela zer­k­nęła w no­tat­nik.

‒ Z hi­sto­rii po­łą­czeń te­le­fonu Mi­ka­eli wy­nika, że wy­słał jej pan kilka SMS-ów tego dnia i w dniach po­prze­dza­ją­cych wa­szą nie­do­szłą randkę. Jed­nak z tego, co wi­dzę, nie pró­bo­wał się pan z nią skon­tak­to­wać po go­dzi­nie osiem­na­stej, kiedy znik­nęła. Dla­czego?

‒ Wie pani, zro­zu­mia­łem alu­zję. Je­śli ko­bieta, z którą uma­wiam się na randkę, nie przy­cho­dzi, to wiem, że nie jest za­in­te­re­so­wana. To nie pierw­szy raz.

‒ Wie­dział pan, że się nie po­jawi? – do­cie­kała in­spek­torka.

‒ Co pani su­ge­ruje?

Gi­sela nie od­po­wie­działa, tylko za­dała ko­lejne py­ta­nie:

‒ Czy cze­ka­jąc na Mi­ka­elę, coś pan jadł lub pił?

Ismo się za­sta­no­wił.

‒ Wy­pi­łem chyba jedno czy dwa piwa.

‒ Jak pan pła­cił?

‒ Kartą.

‒ Ro­zu­miem, że je­śli spraw­dzę to w re­stau­ra­cji, po­twier­dzą, że był pan tam o tej po­rze?

‒ Nie trzeba, mam pa­ra­gon. ‒ Ismo wy­jął port­fel z tyl­nej kie­szeni spodni i za­czął grze­bać w prze­gród­kach. ‒ Pro­szę – po­wie­dział trium­fal­nie, wy­cią­ga­jąc świ­stek pa­pieru.

‒ Czy mogę go za­brać? – spy­tała Gi­sela.

Pa­ra­gon rze­czy­wi­ście po­twier­dzał, że Ismo za­pła­cił za dwa piwa o osiem­na­stej czter­dzie­ści dwie tego sa­mego wie­czoru, kiedy za­gi­nęła Mi­ka­ela.

‒ Pew­nie. Nie mam nic do ukry­cia – od­parł męż­czy­zna.

Gi­sela wzięła po­kwi­to­wa­nie i scho­wała je do port­fela. Wy­dało jej się dziwne, że Ismo tak długo je prze­cho­wy­wał. Czy na­prawdę wy­pił oba piwa sam, czy też miał to­wa­rzy­stwo? Nie­wy­klu­czone, że Mi­ka­ela jed­nak przy­szła na randkę i zo­stała po­rwana do­piero póź­niej tego wie­czoru. Moż­liwe, że to Ismo ją po­rwał. Gi­sela po­sta­no­wiła od­wie­dzić pub Red Lion, jak tylko znaj­dzie czas.

W sa­mo­cho­dzie po­now­nie pró­bo­wała się do­dzwo­nić do Tu­uli i Li­nusa, jed­nak oboje na­dal nie od­bie­rali.

Gdzie oni się, do cho­lery, po­dzie­wają?, za­sta­na­wiała się po­iry­to­wana. To nie w po­rządku, że jej naj­lepsi śled­czy byli nie­uchwytni, zwłasz­cza te­raz, w sa­mym środku skom­pli­ko­wa­nego śledz­twa w spra­wie mor­der­stwa. Chciała nad­zo­ro­wać ich pracę, żeby nie mar­no­wali czasu na tropy, które pro­wa­dziły do­ni­kąd.

LI­NUS

W nocy zga­sła lampa na su­fi­cie i za­pa­no­wała cał­ko­wita ciem­ność. Kiedy Li­nus i Tu­ula zdali so­bie sprawę, że w naj­bliż­szym cza­sie nikt nie przyj­dzie im z po­mocą, wzięli koce z półki, okryli się nimi i za­snęli na pod­ło­dze, opie­ra­jąc się ple­cami o ścianę. Li­nus otwo­rzył oczy po nie­mal bez­sen­nej nocy na twar­dym be­to­nie. Ziew­nął i wy­cią­gnął ręce w stronę su­fitu. Bur­czało mu w żo­łądku, brzuch bo­lał go z głodu. Obok niego nie­spo­koj­nie spała Tu­ula. Prze­wró­ciła się na bok i le­żała z po­licz­kiem przy­tu­lo­nym do zim­nej po­sadzki. Li­nus zdjął kurtkę i ostroż­nie wło­żył ją pod głowę ko­le­żanki. Po­pra­wił koc, który się z niej zsu­nął. Wstał i na sztyw­nych no­gach kil­ka­krot­nie prze­szedł się po ko­ry­ta­rzu tam i z po­wro­tem. Pod­ska­ki­wał w miej­scu, by po­bu­dzić krą­że­nie. Po­tem znów usiadł na pod­ło­dze i pró­bo­wał za­snąć. Ob­jął się ra­mio­nami, by ogrzać się cie­płem wła­snego ciała. Kiedy na­stęp­nym ra­zem się obu­dził, Tu­ula sie­działa. Nie umiał stwier­dzić, która jest go­dzina ani jak długo spał. Choć pew­nie zdrzem­nął się tylko na chwilę, miał wra­że­nie, że mi­nęła cała wiecz­ność.

‒ Wiesz, że chra­piesz? – ode­zwała się Tu­ula, kiedy za­uwa­żyła, że Li­nus nie śpi.

‒ Jo­se­fin coś o tym wspo­mi­nała – od­parł, przy­po­mi­na­jąc so­bie, jak żona sztur­chała go w nocy, żeby prze­wró­cił się na bok.

‒ A tak w ogóle jak tam sy­tu­acja? – spy­tała po­li­cjantka. – Mam na my­śli se­pa­ra­cję.

‒ Wszystko wska­zuje na to, że się roz­wie­dziemy. – Li­nus po raz pierw­szy wy­ar­ty­ku­ło­wał swoje obawy i serce mu się ści­snęło. ‒ Jo­se­fin chce, że­by­śmy za­częli się spo­ty­kać z in­nymi oso­bami. Coś mi się wy­daje, że już po­znała no­wego męż­czy­znę.

‒ Dla­czego tak my­ślisz?

‒ Zna­la­złem w miesz­ka­niu pu­stą paczkę po pa­pie­ro­sach i za­pal­niczkę. ‒ Ro­ze­śmiał się gorzko, a śmiech od­bił się echem od ścian bun­kra. ‒ Jo­se­fin by się wście­kła, gdy­bym to ja za­czął pa­lić, ale naj­wy­raź­niej nie prze­szka­dza jej, kiedy robi to jej nowy fa­cet.

‒ A może zo­sta­wiła to któ­raś z jej ko­le­ża­nek? – za­su­ge­ro­wała Tu­ula.

‒ Nie są­dzę, żeby za­pra­szała swoje przy­ja­ciółki do tego miesz­ka­nia. Nie jest to, de­li­kat­nie mó­wiąc, od­po­wied­nie miej­sce na spo­tka­nia to­wa­rzy­skie. Przy­po­mina ra­czej pod­upa­dły apar­ta­men­to­wiec w ja­kiejś ko­mu­ni­stycz­nej dyk­ta­tu­rze.

Kiedy Li­nus od­krył ślady obec­no­ści no­wego chło­paka Jo­se­fin, zgniótł opa­ko­wa­nie po pa­pie­ro­sach i wy­rzu­cił je do ko­sza na śmieci, za­pal­niczkę zaś scho­wał głę­boko w jed­nej z ku­chen­nych szu­flad, żeby nie mu­sieć na nią pa­trzeć.

Przez dłuż­szą chwilę Tu­ula i Li­nus sie­dzieli w mil­cze­niu, na­słu­chu­jąc przy­tłu­mio­nych od­gło­sów do­cho­dzą­cych z ze­wnątrz.

Po ja­kimś cza­sie ode­zwała się po­li­cjantka:

‒ Sussi or­ga­ni­zuje ju­tro spo­tka­nie upa­mięt­nia­jące Lunę. Nie wie, kiedy ro­dzina bę­dzie mo­gła po­cho­wać ciało. Luna, jako wy­znaw­czyni wicca, wie­rzyła w re­in­kar­na­cję, dla niej śmierć to tylko etap, kiedy du­sza od­po­czywa przed od­ro­dze­niem się w no­wym wcie­le­niu.

‒ Czy przyjdą tam człon­ko­wie Kręgu Księ­życa?

‒ Przy­pusz­czam, że tak ‒ od­parła Tu­ula. ‒ Nie zna­leź­li­śmy prze­cież ni­czego, co bez­po­śred­nio łą­czy­łoby z mor­der­stwami któ­re­go­kol­wiek z nich.

‒ A ty też pój­dziesz?

‒ Tak, Han­nele na tym za­leży.

Znów za­pa­dła mię­dzy nimi ci­sza. Li­nu­sowi za­schło w gar­dle z pra­gnie­nia i mó­wie­nie spra­wiało mu nie­mal fi­zyczny ból.

Czas wlókł się nie­mi­ło­sier­nie.

Na­gle Li­nus się wzdry­gnął.

Przed bun­krem za­ha­mo­wał sa­mo­chód. Cięż­kie kroki chrzę­ściły na żwi­rze.

‒ Ktoś idzie. – Szturch­nął łok­ciem ko­le­żankę, która na chwilę przy­snęła.

Ze­rwali się na równe nogi.

‒ Co ro­bimy? Nie wiemy, czy to mor­derca, który chce się nas po­zbyć, czy to ktoś, kto za­mie­rza nas ura­to­wać.

‒ Stańmy za drzwiami – za­de­cy­do­wała Tu­ula. ‒ Przy­go­tuj broń. To chyba wię­cej niż jedna osoba.

Kroki zbli­żały się co­raz bar­dziej, aż za­trzy­mały się przed drzwiami.

Li­nus przy­warł ple­cami do ściany. Wy­jął pi­sto­let z ka­bury. Zmru­żył oczy w mroku. Wzrok po­woli przy­zwy­cza­jał się do ciem­no­ści. On i Tu­ula po­winni wi­dzieć le­piej niż osoby wcho­dzące z ze­wnątrz.

Roz­legł się zgrzyt me­talu i prze­ni­kliwy skrze­kot kruka. Na­stęp­nie ktoś na­ci­snął klamkę i gwał­tow­nie otwo­rzyły się drzwi.

GI­SELA

Po po­wro­cie do ko­mi­sa­riatu pod­jęła ko­lejną próbę zna­le­zie­nia Li­nusa i Tu­uli. Ko­niecz­ność wy­pusz­cze­nia Ra­gnara z aresztu z po­wodu braku do­wo­dów uświa­do­miło jej, że trzeba roz­sze­rzyć po­szu­ki­wa­nia mor­dercy. Na­le­żało dzia­łać i nie mieli ani chwili do stra­ce­nia. Szu­kała tych dwojga w ko­mi­sa­ria­cie, pró­bo­wała się do nich do­dzwo­nić, py­tała każ­dego, kogo spo­ty­kała, czy ich wi­dział. W końcu zdała so­bie sprawę, że Li­nus i Tu­ula byli nie­obecni przez cały dzień. Po­now­nie usi­ło­wała skon­tak­to­wać się z nimi te­le­fo­nicz­nie i ko­lejny raz po­łą­czyła się z pocztą gło­sową. Wtedy za­częła po­dej­rze­wać, że coś tu nie gra. Usia­dła przy biurku i za­sta­na­wiała się, gdzie mogą być. Czy na wczo­raj­szym spo­tka­niu pa­dło coś, co mo­głoby sta­no­wić ja­kiś trop? Do­piero wtedy do­tarło do niej, że mo­gli po­je­chać do szpi­tala psy­chia­trycz­nego, by spraw­dzić schron, mimo że ka­zała im się z tym wstrzy­mać. Nie by­łaby to pierw­sza taka sy­tu­acja, kiedy Tu­ula dzia­łała pod wpły­wem im­pulsu i nie za­sto­so­wała się do jej po­le­ceń. Bar­dziej za­sko­czy­łoby ją, gdyby Li­nus dał się w to wcią­gnąć.

Gi­sela ze­rwała się z krze­sła.

‒ Freddy! ‒ za­wo­łała w otwartą prze­strzeń biura.

Po­li­cjant pod­niósł głowę znad ekranu kom­pu­tera.

‒ Po­je­dziesz ze mną ‒ za­rzą­dziła.

W dro­dze do wyj­ścia za­szli do ma­ga­zynu z bro­nią po służ­bowe pi­sto­lety i sprzęt ochronny.

‒ Do­kąd je­dziemy? – spy­tał Freddy.

‒ Spraw­dzić, czy nasi ko­le­dzy nie wpa­dli w ta­ra­paty – od­parła Gi­sela, po­da­jąc mu Glocka czter­dzie­ści pięć oraz ka­mi­zelkę ku­lo­od­porną.

Freddy trzy­mał pi­sto­let mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym, ni­czym pa­skud­nego ro­baka, któ­rego brzy­dził się do­tknąć. Wy­glą­dał na prze­ra­żo­nego. Gi­sela za­kła­dała, że poza strzel­nicą ni­gdy nie uży­wał broni.

Przez całą drogę je­chała na sy­gnale, szyb­ciej, niżby chciała. Niebo się prze­ja­śniło, ale na jezdni po­zo­stały duże ka­łuże. Woda roz­pry­ski­wała się pod opo­nami. Freddy, sie­dzący na miej­scu pa­sa­żera, trzy­mał się kur­czowo obu­rącz klamki od drzwi, jakby się bał, że za­raz zgi­nie. Kiedy do­tarli do znaku wska­zu­ją­cego skręt do sta­rego szpi­tala psy­chia­trycz­nego, Gi­sela wy­łą­czyła sy­reny i zwol­niła. Je­chali po­woli za­ro­śniętą aleją. Z daw­nego, oka­za­łego ka­mien­nego bu­dynku oto­czo­nego par­kiem pra­wie nic nie zo­stało. Nad ru­inami roz­ta­czała się upiorna at­mos­fera. To tu­taj prze­trzy­my­wano ko­biety, które nie pa­so­wały do ów­cze­snego ide­ału ko­bie­co­ści.

Gi­sela za­trzy­mała się przed bun­krem. Wy­łą­czyła sil­nik i wy­sia­dła. Ulewny deszcz tego dnia za­mie­nił zie­mię w błotne grzę­za­wi­sko, przez co praw­do­po­dob­nie zo­stały znisz­czone wszyst­kie do­wody. In­spek­torka spoj­rzała w górę, kiedy roz­legł się po­tworny ha­łas do­cho­dzący z nieba. Stado skrze­czą­cych ła­bę­dzi wzno­siło się na tle ciem­nych desz­czo­wych chmur, po­now­nie nad­cią­ga­ją­cych z pół­nocy.

‒ Weź prze­ci­nak do prę­tów i cze­kaj na mnie przy wej­ściu do schronu, a ja prze­szu­kam oko­licę – roz­ka­zała Gi­sela. ‒ Przy­go­tuj Glocka. Nie wiemy, co nas tam czeka.

Ko­ły­szące się drzewa rzu­cały dłu­gie cie­nie na zie­mię i skrzy­piały na wie­trze. Czarna desz­czowa chmura prze­sło­niła za­cho­dzące słońce, spo­wi­ja­jąc mro­kiem cały te­ren.

Gi­sela miała nie­od­parte wra­że­nie, że ktoś ją ob­ser­wuje. Za­trzy­mała się, obej­rzała i na­słu­chi­wała. Za krza­kiem coś za­sze­le­ściło. Szybko się od­wró­ciła i do­strze­gła za­jąca ucie­ka­ją­cego w kie­runku ruin.

Ru­szyła da­lej w dół, w stronę wody. Trzciny zło­wrogo szu­miały przy brzegu. Z ga­łęzi spa­dały kro­ple desz­czu. Poza tym pa­no­wała ci­sza.

In­spek­torka okrą­żyła opusz­czony park. Fon­tanna już dawno prze­stała try­skać wodą, a je­den z po­są­gów le­żał na ziemi, przy­kryty igli­wiem i brą­zo­wymi li­śćmi brzozy.

Kiedy upew­niła się, że nikt nie ukrywa się za krza­kami, za­wró­ciła w kie­runku bun­kra. Przy­ło­żyła ucho do sta­lo­wych drzwi. Były zbyt grube, żeby mo­gła usły­szeć słowa lub od­głosy do­cho­dzące z wnę­trza.

‒ Prze­tnij kłódkę, Freddy – po­le­ciła, sta­jąc przed drzwiami na sze­roko roz­sta­wio­nych no­gach z unie­sioną bro­nią.

Trzeba było być przy­go­to­wa­nym na wszystko.

Kłódka z hu­kiem upa­dła na zie­mię. Freddy spoj­rzał na in­spek­torkę, po­li­czył do trzech, po czym kop­nął w drzwi.

Naj­pierw Gi­sela nic nie wi­działa. Wpa­try­wała się w czarną prze­strzeń. Wa­hała się, czy wejść do środka, czy po­cze­kać na ze­wnątrz.

‒ Li­nus! Tu­ula! Je­ste­ście tam?! – krzyk­nęła w cze­luść.

‒ Tu je­ste­śmy! – usły­szała chra­pliwy głos.

Se­kundę póź­niej Li­nus i Tu­ula sta­nęli w drzwiach. Mru­żyli oczy i osła­niali je dłońmi przed świa­tłem.

Gi­sela opu­ściła broń.

‒ Czy nie pro­si­łam was, że­by­ście z tym po­cze­kali? – spy­tała nie­po­trzeb­nie szorstko, lecz chciała ukryć przed nimi ulgę, którą w tej chwili po­czuła.

Całą drogę przy­go­to­wy­wała się na naj­gor­sze.

Śled­czy wy­glą­dali na bla­dych i zmę­czo­nych, ale poza tym chyba nic im nie było.

‒ Je­ste­ście cali? – chciała wie­dzieć Gi­sela.

Oboje przy­tak­nęli.

‒ To tam wię­zili te ko­biety, przy­kuli je do łó­żek – oznaj­miła ochry­płym gło­sem Tu­ula. ‒ Na ścia­nach są ślady krwi. Je­stem pewna, że zo­stały tam ścięte. A mor­derca wszystko sfil­mo­wał.

Gi­sela na chwilę za­mknęła oczy. Pró­bo­wała ze­brać siły, by upo­rać się z tą sy­tu­acją.

Ski­nęła głową.

‒ W sa­mo­cho­dzie jest woda i Snic­kersy. Te­raz ja tu do­wo­dzę.

Go­dzinę póź­niej te­ren za­roił się od tech­ni­ków w bia­łych kom­bi­ne­zo­nach, in­nych funk­cjo­na­riu­szy i psów tro­pią­cych.

Le­ka­rze zba­dali Li­nusa i Tu­ulę. Byli od­wod­nieni i wy­czer­pani, ale wła­ści­wie nic im nie do­le­gało. Gi­sela wy­słała ich do domu, żeby od­po­częli. Chciała, by na­stęp­nego dnia mieli siły do pracy. Wie­działa, że w naj­bliż­szym cza­sie żadne z nich nie bę­dzie miało zbyt wiele czasu na od­po­czy­nek.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki