Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
13 osób interesuje się tą książką
Podczas gdy policjanci z Ostrobotni polują na bezwzględnego zabójcę, Gisela wikła się w kolejną zagadkę kryminalną. W tym samym czasie kobieta odbiera rozpaczliwy telefon od siostry mieszkającej w Szwecji…
„Polowanie na czarownice” to trzyczęściowa seria Sary Önnebo, autorki bestsellerowych kryminałów „Wszyscy jesteśmy martwi” i „Kiedy zapada zmierzch”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 205
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł: Polowanie na czarownice. Część 2
Tytuł oryginału: Häxjakten 2
Przekład z języka szwedzkiego: Karolina Skiba
Copyright © Sara Önnebo, 2026
This edition: © Gyldendal Astra/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt okładki: Damian Niewczyński
Redakcja: Maria Zając
Korekta: Anna Nowak
ISBN 978-91-8076-995-2
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Gyldendal Astra /Gyldendal A/SKlareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.gyldendalastra.pl
Środa, 17 kwietnia 2024 roku
GISELA
Resztki śniegu stopniały, a wiosenny nastrój udzielał się każdemu w Ostrobotni. Światło i ciepło powracały po długiej i ponurej zimie. Giseli powinno się zrobić lżej na duszy, czuła się jednak przytłoczona ogromną odpowiedzialnością związaną z prowadzeniem śledztwa w sprawie mężczyzny, który z premedytacją i wyjątkową brutalnością zamordował trzy kobiety. Luna Måndotter, Mikaela Vicander, Jamila Rafiq oraz ich bliscy zasługiwali na sprawiedliwość.
Olbrzymia presja ze strony przełożonych i opinii publicznej przygniatała Giselę niczym plecak wypchany kamieniami, do którego z każdym dniem trafiał kolejny, potęgując ciężar. Zatrzymano wprawdzie mężczyznę podejrzanego o porwanie i zabójstwo kobiet, lecz inspektorka miała wątpliwości, czy to właściwa osoba.
Minęły dwa tygodnie od aresztowania czarownika Ragnara Libry. Z licznych przesłuchań, w trakcie których nie odpowiedział na niemal żadne pytanie, oraz z rozmów z rodziną i przyjaciółmi wyłonił się obraz tego człowieka. Dzieciństwo Ragnara naznaczone było przemocą fizyczną i psychiczną. Dla śledztwa istotna okazała się informacja, że matka zamykała go w szafie za złe zachowanie. Jako dorosły miał problemy z alkoholem i po wpływem stawał się agresywny, co zeznała jego była partnerka, która ostatecznie odeszła od niego po tym, jak zamknął ją w piwnicy i zostawił tam na ponad dwie doby, bez dostępu do jedzenia ani wody, podczas gdy sam upijał się na mieście.
W przekonaniu krewnych Ragnara to rozstanie skłoniło go do podjęcia walki z alkoholizmem. Dołączył do Anonimowych Alkoholików i zerwał kontakty z dawnymi kumplami od kieliszka, oraz – jak twierdził – od tamtej pory nie tknął alkoholu, co potwierdziło kilka innych osób. Mało kto spoza Kręgu Księżyca miał jakiekolwiek pojęcie o życiu Ragnara od czasu, gdy przeniósł się na odludzie. Z rodziną i dawnymi przyjaciółmi kontaktował się sporadycznie.
Ragnar opowiadał, że szukał czegoś, co zastąpiłoby mu alkohol, i właśnie w religii wicca znalazł punkt zaczepienia. Lubił przebywać na łonie natury i uważał, że większość wyznań narzuca zbyt wiele zasad dotyczących tego, jak należy żyć. Dlatego dołączył do Kręgu Księżyca, o którym dowiedział się od Luny Måndotter, kiedy przypadkiem usiedli obok siebie w autobusie.
Pod wieloma względami życie Ragnara pasowało do profilu sprawcy opracowanego przez policję. Miał trudne dzieciństwo, co prawdopodobnie przyczyniło się do jego alkoholizmu i agresywnego zachowania w późniejszych latach. Dobrze znał okolicę i wprawnie posługiwał się siekierą. Jak zauważył jeden z pozostałych członków Kręgu Księżyca, człowiek żyjący w tak odizolowanym miejscu jak Ragnar, łatwo mógł stracić kontakt z rzeczywistością. Kto wie, czy nie wrócił do picia alkoholu albo nie zaczął stosować innych używek?
Gisela martwiło, że Ragnar trudno było uznać za osobę zorganizowaną, a przecież uprowadzenie trzech kobiet, przetrzymywanie ich w zamknięciu przez kilka dni, następnie zamordowanie ich i pozbycie się ciał wymagało umiejętnego planowania. A w dodatku wszystko się bez wzbudzenia najmniejszych podejrzeń wśród osób z jego otoczenia. Chyba że Ragnar celowo stwarzał pozory niezdolnego do popełnienia tak skomplikowanej zbrodni.
Inspektorka spojrzała na zegarek. Tego dnia Stefan miał się stawić na przesłuchanie, które zaczynało się dopiero o dziewiątej. Postanowiła zatem udać się do komisariatu piechotą. Miała sporo czasu, żeby przygotować się psychicznie do roli obserwatorki, podczas gdy inny śledczy będzie przesłuchiwał jej ukochanego. Cała ta sytuacja była niezręczna dla wszystkich zaangażowanych.
Włożyła kurtkę. Gdy otworzyła drzwi wejściowe, jej trzy koty wymknęły się i ruszyły w pogoń za myszami, które wyprowadziły się z piwnicy wraz z końcem zimy. Na zewnątrz Giselę powitały promienie słońca i ćwierkanie ptaków.
Przez ostatni tydzień pracowała wraz z trojgiem najbliższych śledczych niemal bez przerwy, by zebrać więcej dowodów przeciwko Ragnarowi. Niestety, nie tylko wątpliwości Giseli utrudniały postępy w śledztwie. Na miejscu zbrodni, w chacie i piwnicy ziemnej podejrzanego, nie znaleziono żadnych śladów jednoznacznie łączących go z porwaniami lub morderstwami. Psy przeszukały duży obszar lasu wokół jego gospodarstwa, ale nie wykryły zapachu zwłok. Krew w piwnicy należała do sarny, zgodnie z tym, co zeznał Ragnar.
Śledczy wszystkie nadzieje pokładali w analizie próbek DNA pobranych w chacie, piwnicy i samochodzie domniemanego sprawcy. Policja znalazła starego Jeepa na złomowisku w pobliskiej wsi i na szczęście firma jeszcze nie rozebrała go na części. Gisela spodziewała się wyników z laboratorium lada dzień.
Stanęła w połowie drogi prowadzącej przez most na ląd, by poczuć wiatr we włosach. Tego ranka na wodzie zebrały się setki łabędzi i gęsi. W ciągu ostatniego tygodnia codziennie przylatywało coraz więcej ptaków. Podróżowały na północ, ale zrobiły postój w Vaasie. Był to piękny widok.
Za radą prokuratora Gisela ani nie spotykała się ze Stefanem, ani nie rozmawiała z nim od czasu, gdy w toku śledztwa pojawiło się jego nazwisko. Przerażało ją, że tak bardzo za nim tęskniła. Jednocześnie niepokoiła ją myśl, że mógł być w jakikolwiek sposób zamieszany w sprawę zabójstwa Mikaeli. Nie wierzyła, żeby był zdolny do uprowadzenia kogokolwiek, a tym bardziej odebrania komuś życia, lecz zastanawiała się, czy nieświadomie nie miał w tym swojego udziału. Nic dziwnego, że wiadomość o morderstwie byłej partnerki go zszokowała, Gisela cały czas pamiętała, jak dziwnie się zachowywał tego wieczoru, kiedy Mikaela zniknęła. Spóźnił się na kolację do restauracji, nie podając żadnego sensownego wyjaśnienia, co wcześniej mu się nie zdarzało. Niepokojąca wydała się Giseli również jego reakcja, gdy dowiedział się o Sadze. Bez wątpienia nie chciał się do czegoś przyznać. Nie wiedziała tylko, do czego.
Gisela zeszła z mostu na ląd. Zerknęła na zegarek. Spacer zajął jej mniej czasu niż zwykle. Możliwe, że była w lepszej formie, choć niewykluczone, że po prostu się stresowała i przez to szła szybciej.
Kiedy mijała więzienie, spotkała Linusa, który nadbiegł właśnie od strony swojego domu w dzielnicy Gamla Vasa.
Zwolnił i przez ostatni odcinek drogi szli razem.
‒ Jak wam wczoraj poszło? Czy któryś z mieszkańców Gustavsro rozpoznał samochód Ragnara?
Gisela dzień wcześniej wysłała Linusa, żeby ponownie porozmawiał z ludźmi z okolicy, gdzie ostatni raz widziano Jamilę Rafiq.
‒ Nie, nikt nie kojarzy tego Jeepa.
‒ No cóż, warto było spróbować – skwitowała Gisela.
Wobec braku wyników badań DNA śledczy robili, co w ich mocy, by w inny sposób powiązać Ragnara z Mikaelą i Jamilą.
‒ Starych Jeepów raczej się w mieście nie widuje. Gdyby Ragnar przyjechał nim do Gustavsro, żeby śledzić Jamilę lub czekać na nią przed domem Oskara Karppinena, ktoś na pewno by to zapamiętał – stwierdził Linus. ‒ Poza tym facet od pisanek był pewny, że widział inny samochód odjeżdżający z dużą prędkością z przystanku autobusowego, gdzie ostatnio widziano Jamilę. Nie potrafił opisać modelu, ale powiedział, że to było nowoczesne auto.
Stary Jeep Ragnara miał liczne wgniecenia i zżerała go rdza, a podczas jazdy wszystko w nim grzechotało, zgrzytało i dudniło. Takim samochodem nie dałoby się śledzić ofiar, pozostając niezauważonym.
‒ Trudno mi sobie wyobrazić, że Ragnar samodzielnie popełnił te zbrodnie – rzekła Gisela.
Linus wzruszył ramionami.
‒ Niestety nie udało nam się zidentyfikować żadnych potencjalnych wspólników, a on, jak wiadomo, odmawia współpracy w tej kwestii.
Gisela westchnęła.
‒ Hm, zdaje się, że musimy też skreślić z listy podejrzanych byłego męża Mikaeli. Johan Vicander ma alibi na czas, kiedy, jak zakładamy, doszło do porwań. W jego zeznaniach na temat tego, co robił w weekend wielkanocny, jest co prawda kilka luk. W Wielką Sobotę zjadł lunch z rodziną siostry i poszedł z nimi na ognisko. I to się zgadza z zeznaniami świadków. Wieczorem jednak wrócił do domu i nie podał alibi na czas dokonania morderstw. Niestety to nie wystarczy, bo nie mamy na niego nic ponadto. Poza tym nie znaleźliśmy powiązania między Johanem a Ragnarem. Bardziej prawdopodobne wydaje się więc, że wspólnikiem jest jeden z wiccan.
‒ Zbieramy z Tuulą dodatkowe informacje od wszystkich członków Kręgu Księżyca. Jednak większość z tych ludzi już wykluczyliśmy.
‒ A co z nowicjuszami? Czy to nie dziwne, że Luna zniknęła właśnie wtedy, gdy dołączyli do jej kowenu?
‒ Lavendula i jej partner Gandalf pojechali do Oslo dzień po ceremonii pełni Księżyca, żeby świętować Wielkanoc z rodziną chłopaka. Nawet nie wiedzieli, co się stało, dopóki nie pojawili się na sabacie, w którym uczestniczyliśmy z Tuulą.
‒ Ilu z pozostałych członków to mężczyźni? – spytała Gisela.
Profilerka przedstawiła im dość ogólną charakterystykę sprawcy, ale jednego była pewna – za wszystkimi trzema morderstwami stał mężczyzna.
‒ Tylko dwóch. Alucio i Silver. Alucio dołączył do Kręgu raptem dwa lata temu. Został zwerbowany przez Lunę i zdaniem pozostałych wiccan wykazywał niezdrową fascynację arcykapłanką. To on wyjawił jej szczegóły na temat naznaczonej przemocą przeszłości Ragnara, co doprowadziło do napięć między Luną a czarownikiem. Zapewne celowo chciał ich ze sobą skłócić. Mam wrażenie, że Ragnar i Alucio nienajlepiej się dogadywali.
‒ Po co Alucio miałby podsycać nieufność wśród wiccan?
‒ Właśnie zamierzam to ustalić. Dzisiaj znowu chcę go przesłuchać.
‒ Skąd Alucio wiedział o przeszłości Ragnara? Czy znali się wcześniej?
‒ Jeśli dobrze zrozumiałem, to Silver się wygadał jednego wieczoru, kiedy wypił za dużo wina. Silver i jego żona Eufrasia są członkami Kręgu Księżyca od wielu lat i dobrze znają Ragnara. Najwyraźniej sporo o nim wiedzą. Nawet takie rzeczy, o których inni wiccanie nie mają pojęcia. Na przykład, że Ragnar jest trzeźwym alkoholikiem i wcześniej stosował przemoc wobec kobiet.
‒ Czy Alucio ma alibi? – dociekała Gisela.
‒ Dostałem jego grafik pracy z więzienia i aresztu. Kiedy zaginęła Luna, miał wolne po południu, bo sam też planował pojechać do Ragnara. Z kolei w czasie zniknięcia Mikaeli i Jamili był w pracy. A w Wielką Sobotę pracował na drugą zmianę.
‒ Wydaje się mało prawdopodobne, żeby Alucio i Ragnar działali jako wspólnicy, skoro byli do siebie tak wrogo nastawieni. A co z tym Silverem? Czy przedstawił wiarygodną wersję wydarzeń i alibi?
‒ Silver złożył śluby milczenia w ramach pokuty, po tym, jak wyjawił Aluciemu sekret Ragnara.
‒ Na litość boską, przecież prowadzimy śledztwo w sprawie trzech morderstw! Żadne śluby milczenia nie mogą teraz obowiązywać – zdenerwowała się Gisela.
– Też tak uważam. Niestety Silver nie podziela tej opinii. Poprosił żonę, żeby zeznawała w jego imieniu. Eufrasia upiera się, że cały weekend wielkanocny i czas, kiedy porwano ofiary, spędziła razem z mężem. Nie ma podstaw, żeby podejrzewać ją o kłamstwo. Małżonkowie prowadzą kwiaciarnię w Laiheli, więc nie tylko mieszkają, ale i pracują razem. Eufrasia raczej zauważyłaby nieobecność męża. Szczerze mówiąc, Silver wydaje się zupełnie nieszkodliwy.
‒ Czy dowiedziałeś się od nich czegoś nowego na temat Luny?
‒ Tylko tyle, że przyciągała podejrzanych typów, których czasami przyprowadzała na spotkania Kręgu, w nadziei, że zwerbuje więcej członków.
Gisela westchnęła z rezygnacją. Miała przeczucie, że skupiają się na niewłaściwych osobach. Gdyby jednak wykluczyli Ragnara i wiccan z grona podejrzanych, straciliby główny punkt zaczepienia dla śledztwa.
Każdy, kogo dotąd przesłuchali, mógł się okazać mordercą. Chyba że to ktoś, do kogo policja jeszcze nie dotarła.
LINUS
Wziął prysznic i przebrał się w mundur, po czym poszedł do więzienia, gdzie umówił się na spotkanie z Aluciem, czyli Allanem Olssonem, jak się naprawdę nazywał.
Strażnik zaprowadził Linusa do pracowniczej stołówki, gdzie Allan czekał już przy stoliku z filiżanką kawy i wielką kanapką z jajkiem.
‒ Czy nie przeszkadza panu, że będę jadł podczas rozmowy? To moja jedyna przerwa dzisiaj. Kiedy skończę zmianę tutaj, jadę do aresztu.
‒ Żaden problem ‒ odparł Linus i usiadł na krześle naprzeciwko. Wyjął długopis i notes, po czym otworzył go na czystej stronie. ‒ Czy może mi pan jeszcze raz opowiedzieć, jak poznał pan Lunę Måndotter?
‒ Była moją masażystką. Zacząłem do niej chodzić, kiedy przeprowadziłem się do Vaasy. Jak człowiek dużo chodzi i stoi w pracy, ciało staje się sztywne i bolą plecy. Luna miała magiczne ręce. – Allan uśmiechnął się błogo na wspomnienie dotyku rąk Luny.
Jego rozmarzony wyraz twarzy wywołał u Linusa gęsią skórkę.
‒ Dużo ze sobą rozmawialiśmy – kontynuował strażnik – a kiedy usłyszała, że jestem nowy w mieście, poleciła mi zabytki i inne atrakcje. Zapytałem, czy zna jakieś fajne miejsce, gdzie można poznać ludzi, i wtedy zaproponowała, żebym poszedł na ceremonię księżycową z jej kowenem.
Allan w ostatnich latach kilkakrotnie zmieniał pracę. Zanim przeprowadził się do Vaasy, pracował w Helsinkach. Wcześniej mieszkał w Szwecji, gdzie między innymi opiekował się młodzieżą w poprawczaku. Nigdy nie był żonaty i nie miał dzieci. Tylko tyle Linus zdołał się dowiedzieć na temat jego przeszłości.
‒ Interesował się pan religią wicca, zanim poznał pan Lunę?
‒ Nie, to było dla mnie coś zupełnie nowego. Chodziłem na spotkania Kręgu głównie dlatego, że nie miałem nic lepszego do roboty. Poza tym podobało mi się przebywanie we wspólnocie i na świeżym powietrzu. Spędzam za dużo czasu w zamknięciu, no i atmosfera w więzieniu nie za bardzo podnosi na duchu.
Wszystko, co powiedział Allan, brzmiało wiarygodnie, ale Linus mimo to mu nie wierzył.
‒ Był pan zakochany w Lunie? – spytał wprost.
‒ Na początku może i tak – przyznał Allan z nieśmiałym uśmiechem. ‒ Jednak dość szybko do mnie dotarło, że woli kobiety, a poza tym już się z kimś spotykała.
‒ I wtedy przestał się pan starać o jej względy?
‒ To chyba zrozumiałe.
Linus odłożył długopis na stół.
‒ Rzecz w tym, że kilku świadków twierdzi, że nie pogodził się pan z odrzuceniem i nadal nękał Lunę. Czy w końcu miał pan dość i postanowił, że tak powiem, ją ukarać?
Allan prychnął.
‒ Kto tak powiedział? Ragnar? Czy to nie on siedzi właśnie w areszcie pod zarzutem zamordowania Luny i pozostałych kobiet? Na pana miejscu nie wierzyłbym w ani jedno jego słowo.
Linus obserwował Allana, który wykrzywił górną wargę w szyderczym uśmiechu.
‒ Dlaczego powiedział pan Lunie o brutalnej przeszłości Ragnara? Czy chciał pan skłócić ludzi w waszej wspólnocie?
Allan odgryzł kolejny kęs kanapki. Linus musiał poczekać na odpowiedź, aż ten skończy przeżuwać.
Na więziennym spacerniaku osadzeni grali w koszykówkę. Buczenie i dopingujące okrzyki mieszały się z odgłosem odbijającej się piłki.
‒ Moim zdaniem Ragnar nie zasługiwał na rolę arcykapłana – odezwał się w końcu Allan. ‒ Uważam, że powinien nim zostać ktoś, kogo reszta może podziwiać. Dla Ragnara to tylko kolejny sposób na sprawowanie władzy nad ludźmi.
‒ A kto pana zdaniem powinien przejąć rolę arcykapłana? Może pan?
‒ Dlaczego nie? Przynajmniej pomagałem Lunie w planowaniu rytuałów i innych spraw. Ragnar nawet nie kiwnął palcem. Został mianowany arcykapłanem tylko dlatego, że nasze święte miejsce znajduje się w pobliżu jego obskurnej chaty.
‒ Co Luna sądziła o pana ambicjach, żeby zostać arcykapłanem?
Allan spochmurniał i nic nie powiedział.
W Kręgu Księżyca najwyraźniej toczyła się wewnętrzna walka o władzę. Pytanie tylko, czy to naprawdę wystarczający motyw, żeby kogoś zabić.
‒ Czy to pan miał podwieźć Lunę do Ragnara w poniedziałek, dwudziestego piątego marca?
‒ Nie, nie ja.
‒ Co robił pan w ciągu dnia przed ceremonią księżycową?
‒ Pracowałem. Możecie to łatwo sprawdzić u naczelnika więzienia. Wziąłem wolne we wtorek po ceremonii, dlatego pracowałem przez cały weekend wielkanocny, bo pewnie interesuje was, gdzie wtedy byłem.
Allan zaczął się denerwować.
‒ Czy był pan kiedyś w bibliotece miejskiej w Vaasie? – spytał spokojnie Linus.
‒ Chyba tak.
‒ Mikaela Vicander pracowała tam jako bibliotekarka. Czy to tam pan ją poznał?
‒ Nie znam Mikaeli, przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Pierwszy raz usłyszałem o niej, jak przeczytałem w gazecie o morderstwach – odparł Allan, uciekając wzrokiem, co zdaniem Linusa świadczyło o tym, że kłamie.
‒ A co z Jamilą Rafiq? Jej brat zeznał, że chodziła na spotkania kafejki językowej organizowane przez bibliotekę. Widział ją pan tam?
‒ Nie mam nic wspólnego z tymi kobietami. Zgodziłem się z panem porozmawiać, ponieważ chcę pomóc policji w schwytaniu mordercy, ale jeśli zamierza pan nadal zadawać tego typu pytania, chcę adwokata.
‒ Da się to załatwić – rzekł Linus. ‒ Możemy kontynuować tę rozmowę w komisariacie, jak pan woli.
‒ Może innym razem. Muszę wracać do pracy.
Allan wstał, wziął tacę z pustą filiżanką i talerzem, odłożył ją na wózek kuchenny i wyszedł ze stołówki, nie oglądając się za siebie.
Pytania Linusa bez wątpienia wytrąciły go z równowagi.
GISELA
Stefan siedział naprzeciwko Tuuli w pokoju przesłuchań. Położył dłonie na stole i lekko się nad nim pochylił. Gisela obserwowała ich przez prostokątne okno. Policjantka siedziała plecami do niej, za to z twarzy Stefana, zwróconej w stronę Giseli, dało się wyczytać każdą reakcję. Było widać, że jest zdenerwowany. Gisela nie potrafiła jednak stwierdzić, czy w ten sposób reagował na przesłuchanie przez policję, czy też jego zachowanie wynikało to z tego, że coś ukrywał. I to ją niepokoiło.
Jak dobrze znała mężczyznę, którego wpuściła do swojego życia? W czasie, gdy nie widywała Stefana, narastały w niej wątpliwości.
Tuula rozpoczęła przesłuchanie:
‒ Wcześniej zeznał pan, że tego dnia, kiedy zaginęła Mikaela, był pan w pracy w szpitalu centralnym w Vaasie do dziewiętnastej, a następnie zjadł pan kolację we francuskiej restauracji w centrum miasta. Rozmawialiśmy z pana współpracownikami i znajomymi, z którymi się pan spotkał na kolacji, i wszystko wskazuje na to, że zeznał pan zgodnie z prawdą. Ma pan również alibi na cały weekend wielkanocny, ponieważ przebywał pan w spa nad jeziorem Lappajärvi wraz z naszą inspektorką kryminalną Giselą Forsell. W związku z tym nie jest pan o nic podejrzany. Dzisiejsze przesłuchanie odbywa się wyłącznie w celach informacyjnych.
Giseli ulżyło, że Stefan ma alibi, lecz nadal bała się, że dowie się o nim czegoś, czego jeszcze nie wie.
‒ Kiedy ostatnio widział się pan z Mikaelą? – spytała Tuula.
Stefan unikał jej spojrzenia i utkwił wzrok w lustrze weneckim, patrząc prosto w stronę Giseli, zupełnie jakby ją widział. Czuł, że ona tam siedzi i na niego patrzy.
‒ Rozstaliśmy się jakieś sześć lat temu. Od tamtej pory nie mieliśmy ze sobą kontaktu.
Inspektorka wyobraziła sobie sceptyczny wyraz twarzy Tuuli. Wielokrotnie widziała tę minę.
‒ Vaasa nie jest dużym miastem. Trudno uwierzyć, że nie spotkał pan Mikaeli ani razu od rozstania.
Była to uzasadniona wątpliwość.
Stefan opuścił głowę. Przez kilka minut siedział bez słowa. Kiedy w końcu podniósł wzrok w stronę Giseli, miał wilgotne oczy.
‒ Wpadłem na nią w bibliotece zeszłej wiosny. Długo rozmawialiśmy, potem postanowiliśmy pójść na lunch. Miło było się spotkać po tak długim czasie.
Giseli mocniej zabiło serce.
‒ Czy to było wasze ostatnie spotkanie? – chciała wiedzieć Tuula.
‒ Nie, widzieliśmy się jeszcze dwukrotnie. Za drugim razem wylądowaliśmy w łóżku.
Giseli zrobiło się czarno przed oczami. Jeszcze wtedy nie znała Stefana, poznali się dopiero latem. Powiedział jej jednak, że nie miał żadnego kontaktu z Mikaelą od czasu, kiedy ze sobą zerwali ponad sześć lat wcześniej. Okłamał ją. Zacisnęła dłonie w pięści.
‒ Co się potem wydarzyło? – dociekała Tuula.
‒ Nic. Mikaela zadzwoniła i powiedziała, że ma męża i dziecko i nie możemy się więcej spotykać.
‒ I pan to zaakceptował?
‒ Tak, oczywiście. Zostawiliśmy to za sobą. Oboje uznaliśmy, że to był błąd. ‒ Spojrzał błagalnie w stronę Giseli.
‒ Siostra pana byłej partnerki zeznała, że Mikaela wiosną ubiegłego roku miała kochanka i że to dlatego rozpadło się jej małżeństwo. Czy to chodziło o pana?
Stefan rozłożył ręce, wyglądając na zdruzgotanego.
‒ Tak sądzę. To nie trwało długo. Spotkaliśmy się tylko trzy razy.
Tuula zapisała coś w notatniku.
‒ Czy to z panem Mikaela miała się spotkać tego wieczoru, kiedy zaginęła?
‒ Ze mną? Chyba nie myślicie, że skrzywdziłem Mikaelę? – Stefan wydawał się bliski załamania. ‒ Poza tym w tym czasie jadłem kolację z Giselą, jej przyjaciółką Monicą i nowym chłopakiem Moniki, Torbjörnem.
Po kolacji Stefan i Gisela pojechali taksówką do niej do domu, więc wiedziała, że nie mógł mieć nic wspólnego z porwaniem Mikaeli. Wciąż nie dawało jej jednak spokoju, że choć wyszedł z pracy punktualnie, dotarł do restauracji spóźniony i w dodatku w bardzo dziwnym nastroju.
‒ Czy wiedział pan, że to pan jest ojcem dziecka Mikaeli? – kontynuowała Tuula.
‒ Nie miałem pojęcia. Zakładałem, że ojcem jest jej mąż – odparł Stefan, ponownie spoglądając w lustro weneckie.
Czy to możliwe?, zastanawiała się Gisela. Stefan musiał przecież spotkać choćby jednego z ich wspólnych znajomych w ciągu tych sześciu lat, które minęły od rozstania z Mikaelą. Czy naprawdę nikt mu nie wspomniał o Sadze? A gdyby tak było, Stefan na pewno się zastanawiał, czy to nie on jest ojcem tego dziecka.
Tuula odchyliła się na krześle. Skrzyżowała ręce na piersi.
‒ Kiedy po raz pierwszy usłyszał pan o Sadze?
‒ We wtorek. Gisela mi powiedziała. Przysięgam, że mówię prawdę – zapewnił i wydawało się, że jego wypowiedź jest skierowana bardziej do Giseli niż do Tuuli.
‒ Co pan czuje w związku z tym, że to pan może być biologicznym ojcem tej dziewczynki?
Stefan wiercił się na krześle.
‒ Nie wiem, co o tym myśleć. W tej chwili przede wszystkim jestem w szoku. Poza tym na razie nic nie wiadomo. Nie ma jeszcze wyników testu DNA.
Tuula przechyliła głowę na bok.
‒ Czy wie pan, dlaczego ktoś mógłby chcieć zabić Mikaelę?
Oczy Stefana wypełniły się łzami, które szybko otarł grzbietem dłoni.
‒ Mikaela była cudowną kobietą. Nie rozumiem, dlaczego ktoś to zrobił.
Gisela, choć zdawała sobie sprawę, że to absurdalne, poczuła lekkie ukłucie zazdrości o zmarłą kobietę. Po obejrzeniu zdjęć Mikaeli, tak szczupłej i ładnej, nie mogła się nadziwić, co Stefan widział w policjantce, która nie dorównywała wyglądem jego byłej partnerce.
Stefan ponownie spojrzał w lustro w stronę Giseli.
‒ Musicie znaleźć osobę, która zabiła Mikaelę – powiedział, patrząc błagalnym wzrokiem.
Następnie schował głowę w dłoniach.
Gisela nie mogła znieść widoku jego rozpaczy. Nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Czuła się upokorzona przed Tuulą. Wyszła z pokoju z płonącymi ze wstydu policzkami. Nie była w stanie słuchać dalszej części przesłuchania.
RAGNAR
Ucisk w piersi rósł. Ragnar odczuwał silny strach, że nie będzie mógł oddychać. Że w celi nagle zabraknie tlenu i powoli się udusi. Oddech stawał się coraz szybszy, co zwiastowało zbliżający się atak paniki. Gwałtownie zdjął poszewkę z poduszki i przycisnąwszy ją do twarzy, zaczął w nią oddychać. Powtarzał sobie, że taki atak nie jest groźny i wkrótce minie. Po kilku minutach opanował oddech i było po wszystkim. Wyczerpany usiadł na skraju łóżka. Przebywanie w zamknięciu przywołało nieprzyjemne wspomnienia z dzieciństwa. Wspomnienia, które Ragnar zwykle wypierał. Mama zamykała go w szafie, kiedy był nieposłuszny albo jak miała zły dzień. Czasami godzinami siedział tam po ciemku, bez jedzenia ani wody. Na nic zdawały się jego płacze, błagania i prośby. Mama nie wypuszczała go, dopóki nie uznała, że otrzymał wystarczającą karę. Nigdy nie wiedział, ile to potrwa. Nawet teraz największy lęk wzbudzała w Ragnarze wizja, że zostanie uwięziony bez możliwości ucieczki.
Nagle usłyszał kogoś na korytarzu. Spojrzał na zegar. Nie była to jeszcze pora lunchu. Zamarł, kiedy kroki ucichły przed jego celą.
Odsunięto zasuwę i drzwi otworzyły się z metalicznym zgrzytem.
‒ Dzień dobry, Ragnarze, jak tam dzisiaj u ciebie? – zapytał znajomy głos.
Alucio spojrzał na niego z wyniosłym uśmiechem.
Ragnar miał w ustach tak sucho, że trudno mu było mówić.
‒ Czego chcesz? – wydusił z siebie.
‒ Znowu przyszła do mnie policja – odparł Alucio.
‒ Co ty nie powiesz… – rzucił Ragnar obojętnym tonem.
‒ Co im o mnie nagadałeś?
‒ Prawdę. Że miałeś obsesję na punkcie Luny i nie chciałeś jej zostawić w spokoju.
Alucio zacisnął dłonie w pięści.
Ragnar dostrzegał pewien pozytywny aspekt śmierci Luny ‒ nie będzie musiał widywać tego człowieka. Był w Kręgu Księżyca tylko ze względu na nią.
‒ Na twoim miejscu uważałbym, co mówię policji – ostrzegł Alucio. ‒ Nie zapominaj, że znam twoje tajemnice.
‒ Myślisz, że nie wiem, że to przez ciebie tu siedzę? Przestań rozpowiadać kłamstwa na mój temat.
Alucio prychnął.
‒ Jak myślisz, kogo policja będzie słuchać? Starego pijaka siedzącego w areszcie, podejrzanego o zabójstwo trzech kobiet, czy szanowanego funkcjonariusza służby więziennej?
Ragnar próbował wstać z pryczy, ale wciąż czuł zawroty głowy po ataku paniki i upadł z powrotem na plecy.
‒ Ojojoj. Wielki Ragnar Libra ledwo trzyma się na nogach.
‒ Musisz mi pomóc stąd wyjść – błagał Ragnar. ‒ Nie radzę sobie w zamknięciu.
‒ Chyba jesteś naprawdę zdesperowany, skoro prosisz mnie o pomoc. Niestety, nic nie mogę zrobić. Sam się w to wpakowałeś.
‒ Policja nie znajdzie niczego, co łączyłoby mnie z tymi morderstwami. Wtedy będą musieli mnie wypuścić i rozpocząć poszukiwania nowego podejrzanego. Kto twoim zdaniem będzie ich następnym celem? Zdaje się, że już mają na ciebie oko. ‒ Ragnar na chwilę zamilkł, by strażnik zrozumiał ostrzeżenie. ‒ Może znajdziemy sposób, żeby sobie nawzajem pomóc?
Alucio najwyraźniej rozważał tę propozycję.
‒ Co proponujesz?
‒ Musimy doprowadzić do tego, żeby policja zaczęła szukać sprawcy poza Kręgiem Księżyca.
Mężczyzna skinął głową na znak, że się zgadza.
TUULA
Z przesadnym skupieniem odwinęła z papierka batonik energetyczny. Korzystając z okazji, że jeszcze nikt nie przyszedł do kabiny akustycznej, odchyliła się na cytrynowożółtym krześle, położyła nogi na stole i zajadała przekąskę. Gisela unikała jej przez cały dzień. Tuula próbowała z nią porozmawiać po przesłuchaniu Stefana, ale inspektorka twierdziła, że nie ma czasu. Od tej pory nie widziała jej w wydziale kryminalnym.
Za kilka minut miało się rozpocząć popołudniowe spotkanie. Gisela nie mogła się już dłużej wymigiwać. W każdym razie jeszcze się nie zdarzyło, żeby nie pojawiła się na spotkaniu, które sama zwołała. Tuula się zastanawiała, czy jednak nie będzie to ten pierwszy raz.
Linus i Freddy przyszli chwilę po czasie, lecz Giseli nadal nie było. Czekali na nią ponad dziesięć minut i już mieli odpuścić, kiedy zobaczyli ją pędzącą przez otwartą przestrzeń biura. Już z daleka było widać, że coś jest nie tak.
‒ Złe wieści – rzuciła, opadając ciężko na krzesło. ‒ Musimy wypuścić Ragnara.
‒ A to dlaczego? – spytała Tuula.
‒ Przyszły wyniki analizy DNA. Ani w piwnicy, ani w jego Jeepie nie znaleziono śladów żadnej z trzech ofiar. W chacie było co prawda DNA Luny, ale można to łatwo wyjaśnić, Luna przecież bywała u Ragnara przy wielu okazjach. Sam nam o tym mówił. Nie istnieją więc żadne konkretne dowody, które potwierdzałyby, że jest winny. Mamy tylko poszlaki. Jutro musimy go wypuścić.
– Ale przecież się przyznał, że zamknął swoją byłą w piwnicy – zaprotestowała Tuula.
– Tak, ale prokurator uważa, że nie możemy go przetrzymywać w areszcie, skoro dalej szukamy dowodów na jego ewentualny udział w tych zbrodniach.
‒ Musieliśmy coś przeoczyć. Może więził te kobiety w innym miejscu? Freddy, masz mapę okolicy, gdzie mieszka Ragnar? – Tuula niecierpliwie machała ręką przed twarzą kolegi.
Policjant wyjął mapę z jednej ze swoich teczek i rozłożył ją na stole. Dom Ragnara był zaznaczony czerwonym krzyżykiem.
‒ Las wokół chaty ciągnie się kilometrami. Może robić, co mu się podoba, bez obawy, że wtrącą się w to wścibscy sąsiedzi. Kto wie, czy nie zbudował w okolicy więcej betonowych bunkrów. ‒ Tuula przez chwilę przyglądała się mapie i zaraz potem położyła palec z pomalowanym na czerwono paznokciem w miejscu oddalonym od chaty Ragnara o kilkaset metrów w linii prostej. ‒ Stary szpital psychiatryczny. Czy ten budynek nadal istnieje?
‒ Nie sądzę. Pamiętam, że zburzyli go kilka lat temu – rzekł Freddy, otwierając laptopa. ‒ Poczekaj. Sprawdzę. ‒ Przez kilka minut stukał w klawiaturę i przeglądał różne strony internetowe. ‒ Tak jak myślałem. Stary szpital psychiatryczny został zburzony po tym, jak zginął tam pewien chłopak.
‒ Jak to się stało? – spytał Linus.
‒ Miejscowa młodzież przychodziła tam wieczorami i w nocy. Budynek był w złym stanie i nie został odpowiednio zabezpieczony. Chłopak nadepnął na spróchniałą deskę podłogową i spadł tak niefortunnie, że zginął na miejscu. Po tym wydarzeniu władze gminy zdecydowały o wyburzeniu budynku, żeby zapobiec podobnym wypadkom – wyjaśnił Freddy i zrobił dramatyczną pauzę, po czym kontynuował: ‒ A właśnie, czy wiedzieliście, że ten szpital był wyłącznie dla kobiet? Sześćdziesiąt lat temu kobiety nieszczęśliwe w małżeństwie uważano za neurotyczne. Lekarze twierdzili, że pobyt w szpitalu psychiatrycznym pomoże im na nowo przystosować się do oczekiwanej roli żony i matki.
‒ Wystarczy, Freddy ‒ przerwała szorstko Tuula i przysunęła do siebie mapę. ‒ Czy nie ma innego miejsca, gdzie Ragnar mógłby więzić ofiary?
‒ Spójrz tutaj. ‒ Kolega zabrał jej mapę. Nadal obstawał przy tym, że miejscem zbrodni może być szpital psychiatryczny. ‒ Przyjrzyj się uważnie. Na terenie należącym do szpitala znajduje się opuszczony schron przeciwlotniczy. W czasach, gdy przyjmowano tam pacjentki, dbano o obronę przeciwlotniczą ludności cywilnej, a budowanie schronów wykutych w skale było powszechną praktyką. Nie ma żadnych informacji, że bunkier został zlikwidowany. Powinien tam nadal być.
Tuula poczuła, że serce zaczyna jej mocniej bić.
‒ Czy dasz radę znaleźć plany budynków?
Freddy znów przez chwilę stukał w klawisze laptopa.
‒ Niestety, tak od razu to się nie uda. Chcesz, żebym szukał dalej?
To nie miało znaczenia. Tuula zamierzała sprawdzić ten schron, niezależnie od tego, czy znajdą te plany, czy nie.
‒ Nie, nie ma takiej potrzeby. To tam Ragnar więził te kobiety – stwierdziła stanowczo Tuula. – Mam takie przeczucie. Musimy natychmiast tam pojechać i sprawdzić ten bunkier.
Gisela uniosła dłoń.
– Nie tak szybko. Samo przeczucie nie wystarczy. Musimy postępować zgodnie z procedurą, bo inaczej, jeśli sprawa trafi do sądu, może to zostać wykorzystane przeciwko nam.
‒ A jeśli są tam przetrzymywane inne kobiety?!
‒ Nie zgłoszono żadnych innych zaginięć kobiet w Ostrobotni w ostatnim czasie. Porozmawiam o tym jutro z prokuratorem – oznajmiła Gisela.
Tuula wpatrywała się w nią z konsternacją.
Nie mogli przecież siedzieć bezczynnie i czekać na decyzję prokuratora.
Po spotkaniu Tuula podeszła do Linusa i upewniwszy się, że inspektorka ich nie słyszy, powiedziała:
‒ I tak tam teraz pojadę. Jedziesz ze mną?
‒ Nie słyszałaś, co mówiła Gisela? Musimy najpierw dostać pozwolenie.
‒ To może potrwać kilka dni. Nie zamierzam czekać tak długo. Chcesz jechać czy nie?
Linus przez dłuższą chwilę stał w milczeniu, jakby rozważał różne opcje, po czym odparł:
‒ Dobra, jadę.
‒ Super, to ruszajmy.
Linus i Tuula po raz kolejny udali się w kierunku Vörå, tyle że teraz skręcili w drogę prowadzącą do starego szpitala psychiatrycznego. Położony był w malowniczym miejscu, tuż nad małym jeziorem. Strome klify opadały stromo do wody. Na terenie obiektu znajdował się duży park, ale ponieważ od wielu lat nikt o niego nie dbał, krzewy zdziczały, a żwirowe alejki porosły trawą. Wśród roślinności można było jednak dostrzec fontannę i kilkanaście ławek. W tym miejscu niewątpliwie odpoczywały pacjentki szpitala. Prawdopodobnie czuły się tu lepiej niż w nieudanych małżeństwach, pomyślała Tuula. Dlaczego nikt nie wpadł na to, żeby zamknąć tu mężczyzn, którzy unieszczęśliwiali kobiety?
Schron mieścił się przy klifie na skraju lasu. Tuula zaparkowała tuż przed nim. Wysiedli z samochodu. Żwir chrzęścił pod butami.
‒ Myślisz, że ktoś tam jest? – spytała, zbliżając się do uchylonych zielonych, metalowych drzwi. ‒ Patrz, ktoś musiał tu być całkiem niedawno. Na klamce wisi nowa kłódka. I to otwarta.
Nagle poczuła przeraźliwy chłód. Okolica była opustoszała, a tafla jeziora nieporuszona i spokojna. Z dużego gniazda na szczycie wysokiego drzewa dobiegało krakanie kruka. Ptasi skrzek rozbrzmiał trzykrotnie. Raz dla każdej kobiety, pomyślała Tuula i wstrząsnął nią dreszcz.
Ogarnęło ją złowieszcze przeczucie.
‒ Co robimy? – zastanawiał się Linus.
‒ Jeśli chcesz, to tu zostań, ale ja wchodzę – oznajmiła Tuula.
Zawahała się tylko przez moment, po czym podeszła do wejścia. Z jedną ręką na broni w kaburze, a w drugiej trzymając latarkę, pchnęła drzwi i weszła do ciemnego bunkra. Usłyszała za sobą szuranie butów Linusa.
‒ Halo! Tuula Niemi z policji w Vaasie. Czy jest tu kto? – zawołała.
Mury pochłonęły jej słowa.
Przesunęła latarką, by sprawdzić, jak wygląda bunkier od środka. Znajdowali się w prostokątnym przedsionku, z którego odchodził długi korytarz prowadzący w głąb góry. Wzdłuż ścian ciągnęły się regały, kiedyś zapewne pełne zapasów, a teraz leżało tam tylko kilka koców i zardzewiałych puszek z konserwami. W schronie było o kilka stopni chłodniej niż na zewnątrz i unosił się tu silny zapach detergentów. Światło latarki padło na okrągły włącznik. Tuula nacisnęła przycisk i na suficie rozbłysły lampy. Oślepiona nagłym blaskiem zmrużyła oczy i skierowała latarkę w dół. Po obu stronach korytarza mieściły się trzy pary stalowych drzwi. Policjantka otworzyła pierwsze z nich. Oświetliła małe i wąskie wnętrze. Do ściany przykręcone było metalowe łóżko piętrowe. Na betonie widniały krwawe ślady zadrapań. Kogoś tu przetrzymywano. I to niedawno. Zapach środka czyszczącego mieszał się z inną, trudną do określenia wonią. Czyżby tak pachniał ludzki strach? Tuula poczuła na plecach zimny dreszcz.
Zamknęła oczy. Tępy ból wgryzał się w klatkę piersiową. Przerażenie uwięzionej tu osoby wydawało się niewyobrażalne.
‒ Spójrz ‒ zwróciła się do Linusa, równie wstrząśniętego jak ona, czując, że głos więźnie jej w gardle.
‒ Musimy to zgłosić. Nie powinno nas tu być. Możemy zniszczyć dowody ‒ stwierdził policjant, wycofując się do wyjścia.
Tuula nie posłuchała Linusa i ruszyła dalej w głąb bunkra. Za dwojgiem pozostałych drzwi zastała niemal to samo co w pierwszym pokoju.
‒ Luna tu była – stwierdziła drżącym głosem. ‒ Ten drań więził tu wszystkie trzy kobiety. Trzeba sprawdzić, czy nie zamknął tu nikogo więcej.
Zostało jeszcze troje drzwi. Tuula ostrożnie stawiała kroki. Wahała się przed każdym naciśnięciem klamki i zajrzeniem do środka. Trzy pozostałe pokoje były puste, z wyjątkiem kilku butelek po alkoholu i puszek po piwie porozrzucanych po kątach. Prawdopodobnie kiedyś ze schronu korzystała miejscowa młodzież, mieli tu kryjówkę do imprezowania podczas ciemnych i zimnych miesięcy.
‒ Musimy zadzwonić do Giseli i powiedzieć jej, co znaleźliśmy – powtórzył Linus.
Czekał na Tuulę w przedsionku, gotowy, by wyjść na zewnątrz.
Policjantka wyciągnęła telefon.
‒ Nie ma zasięgu. Chodźmy stąd.
Zanim dotarli do wyjścia, grube metalowe drzwi zatrzasnęły się z głośnym hukiem. Rzucili się na nie jednocześnie, ale nie drgnęły ani o milimetr.
‒ Zamknęli nas – oznajmił Linus.
‒ Musi być inne wyjście – odparła Tuula nagle ogarnięta silną klaustrofobią.
Policjantka rozejrzała się po długim korytarzu, próbując znaleźć inną drogę lub przedmiot, którym mogliby wyważyć drzwi.
Jej wzrok padł na róg sufitu w przedsionku, gdzie migała czerwona lampka.
Ktoś ich nagrywał.
Przeszył ją lodowaty dreszcz przerażenia.
Gdzieś tam na zewnątrz obserwował ich jakiś szaleniec.
GISELA
Zapadał już zmrok, kiedy Gisela zaparkowała przed swoim domem na cyplu. Dopadło ją takie zmęczenie, że nie miała siły wysiąść z samochodu. Przez dłuższą chwilę siedziała na fotelu kierowcy, tymczasem temperatura w aucie szybko spadała, a szyby zaparowały. Podskoczyła, słysząc głośne pukanie. W oknie pojawiła się zamazana twarz Stefana. Gisela jęknęła w duchu. Po przesłuchaniu nie zamieniła z nim ani słowa i teraz też nie miała ochoty z nim rozmawiać.
Wysiadła z samochodu.
‒ Co ty tu robisz? – spytała i żeby nie brzmiało to zbyt oschle, dodała: ‒ Już późno.
‒ Przez cały dzień próbowałem się z tobą skontaktować. Musimy pogadać. Czekam tu już ponad godzinę.
‒ Masz klucz. Dlaczego nie wszedłeś do środka?
‒ Wydawało mi się to nie na miejscu, patrząc na nasze relacje. Wiem, że słuchałaś, co mówiłem podczas przesłuchania.
Gisela potarła skroń.
‒ To był długi dzień. Czy to nie może poczekać?
‒ Nie, czuję się okropnie, że od samego początku nie byłem z tobą szczery co do Mikaeli. Zwłaszcza jeśli pomyślę o tym wszystkim, co się teraz dzieje. Muszę ci to wyjaśnić.
‒ Dobrze, wejdź.
Kiedy Gisela otworzyła drzwi, z przedpokoju wybiegły koty i od razu ją obskoczyły, domagając się jedzenia. Najpierw musiała je nakarmić, a dopiero potem mogła wysłuchać wyjaśnień Stefana. Podczas gdy nakładała kawałki kurczaka w galarecie do misek, Stefan robił kanapki i parzył herbatę. Czuł się w kuchni Giseli tak swobodnie, że wiedział lepiej niż ona, gdzie co jest. I zdecydowanie bardziej dbał o to, żeby lodówka była pełna. Dało się zauważyć, że nie przychodził tu od ponad dwóch tygodni. Choć zostały tylko jakieś resztki, Stefanowi mimo wszystko udało się przygotować coś do jedzenia.
‒ Proszę, musisz coś zjeść. – Postawił na stole dwie wykwintne kanapki z serem, szynką i musztardą, a także kubek z herbatą rumiankową dla Giseli.
Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo jest głodna, i wbiła zęby w kromkę chleba.
Wtedy Stefan zaczął mówić:
‒ Nie wiem, dlaczego ci nie powiedziałem, że rok temu miałem z Mikaelą krótki romans. Prawdopodobnie dlatego, że spotkaliśmy się tylko kilka razy i nie przerodziło się to w nic więcej. A może dlatego, że oboje szybko zdaliśmy sobie sprawę, że już nic do siebie nie czujemy. Nie skłamałem świadomie, po prostu nie uważałem, że warto o tym wspominać. Dopiero co cię poznałem i nie chciałem rozmawiać o swojej byłej.
‒ Szkoda, że nic nie powiedziałeś, kiedy stało się jasne, że Mikaela jest jedną z ofiar i że możesz być ojcem jej córki – zauważyła Gisela.
‒ Wiem. Mój błąd. Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że to ma jakieś znaczenie. Nie mam nic wspólnego z jej śmiercią ani ze śmiercią pozostałych kobiet. Nie wiem też, kto je zabił ani dlaczego.
‒ Nigdy cię nie podejrzewałam – przyznała Gisela i natychmiast poczuła ukłucie wyrzutów sumienia. Czyżby w głębi duszy miała jakieś wątpliwości? Szybko odepchnęła tę myśl. ‒ Zastanów się, jak się czułam, kiedy dowiedziałam się o twoim przelotnym romansie z Mikaelą z przesłuchania przeprowadzonego przez jedną z moich śledczych.
Stefan spuścił głowę. Ramiona mu opadły.
‒ Od teraz po prostu bądźmy ze sobą szczerzy ‒ odezwała się łagodniejszym tonem.
Nie czuła już gniewu. Tęskniła za Stefanem. Nie chciała się kłócić o coś, co się wydarzyło, zanim się poznali.
Stefan podniósł wzrok, a w jego oczach pojawiła się iskierka nadziei.
‒ Nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę, że to mówisz. Bałem się, że nie będziesz chciała mnie już więcej widzieć.
Gisela wrzuciła kostkę cukru do stygnącej herbaty.
‒ Skoro mamy być wobec siebie szczerzy, to zastanawiam się nad czymś jeszcze – rzekła. ‒ Chodzi mi to po głowie już od jakiegoś czasu.
Stefan wziął Giselę za ręce i spojrzał na nią nerwowo.
‒ Pytaj. Nie mam przed tobą żadnych tajemnic. Już nie.
‒ Tej nocy, kiedy spotkaliśmy się z Monicą i Torbjörnem we francuskiej restauracji, spóźniłeś się i nie byłeś sobą.
Stefan najwyraźniej zrozumiał, o co jej chodzi, ponieważ szybko puścił jej dłonie.
‒ Masz na myśli wieczór, kiedy zaginęła Mikaela – stwierdził sucho. ‒ W tamtym tygodniu pokłóciłem się z nowym lekarzem na oddziale ratunkowym. Uznałem, że popełnił poważny błąd w ocenie sytuacji, ale on nie lubi, jak pielęgniarz mu coś wytyka, i zignorował moje obawy. Ostatecznie musiałem interweniować na wyższym szczeblu i poinformować ordynatora. Dlatego byłem w kiepskiej formie, a przez kolejne dni w pracy panowała fatalna atmosfera. Spóźniłem się, bo musiałem się przejść. Chciałem rozładować frustrację, żeby nie zepsuć kolacji swoim złym humorem. Wydaje mi się, że nie bardzo udało mi się to przed tobą ukryć. Zbyt dobrze mnie znasz.
Gisela upiła łyk posłodzonej herbaty. Nadal miała gorzki smak.
‒ Czy coś jeszcze chciałabyś o mnie wiedzieć? – rzucił urażony Stefan.
‒ Przepraszam. Musiałam o to zapytać.
‒ Nie wiem, jak mam się zachowywać, żebyś mi zaufała. Czuję się tak, jakbyś tylko czekała, aż coś schrzanię, żeby ze mną zerwać. Więcej cię nie zawiodę i obiecuję, że cię nie zostawię – zapewnił Stefan, wstając od stołu. Nawet nie tknął kanapki. – Jest późno. Powinienem już iść.
‒ Nie możesz mi obiecać, że nigdy mnie nie zostawisz – zaprotestowała cicho Gisela, lecz już wychodził z domu i jej nie słyszał.
LINUS
Na suficie była zamontowana mała kamera. Migająca lampka świadczyła o tym, że urządzenie jest włączone.
‒ Ktoś nas nagrywa – stwierdził Linus i poczuł, jak skręca mu się żołądek.
Tuula podeszła bliżej kamery. Spojrzała w obiektyw. Położyła ręce na biodrach i odezwała się donośnym głosem:
‒ Lepiej nas wypuść. I tak pójdziesz za to siedzieć, i za to, co zrobiłeś innym.
‒ Grożenie komuś po drugiej stronie kamery raczej w tej sytuacji nam nie pomoże – szepnął Linus tak cicho, żeby ktoś, kto ich tu zamknął, nic nie usłyszał.
Tuula podskoczyła i strąciła kamerę, którą następnie podeptała.
‒ The show is over.
W bunkrze panował ziąb i Linus się cieszył, że mimo ładnej pogody włożył tego dnia grubą kurtkę.
‒ Nie ma zasięgu – zauważyła Tuula. ‒ Nie damy rady nikogo poinformować, że tu jesteśmy.
‒ Jak myślisz, kiedy ktoś zacznie nas szukać?
Policjantka wzięła głęboki wdech i wypuściła powietrze nosem.
‒ Trochę to potrwa. Powiedziałam Hannele, że będę pracować do późna. Pewnie pomyśli, że się zasiedziałam, i nawet się nie przejmie, że mnie nie ma, kiedy się obudzi. Zatęskni za mną dopiero jutro wieczorem, jak wróci z pracy.
‒ Za mną też nikt nie będzie tęsknił – powiedział Linus z bólem w sercu. ‒ Josefin jest z dziećmi w tym tygodniu. Ale jak jutro nie pojawimy się w pracy, to przynajmniej Gisela powinna się zacząć zastanawiać, gdzie się podziewamy.
‒ Naprawdę w to wierzysz? Pewnie założy, że jesteśmy w terenie i sprawdzamy tropy. A tak w ogóle nie wydaje ci się, że ostatnio jest trochę rozkojarzona?
‒ Może trochę – zgodził się Linus. ‒ W jej życiu prywatnym dużo się teraz dzieje. Chodzi mi o Stefana i tak dalej.
‒ No właśnie. Dlatego myślę, że nie powinna prowadzić tego śledztwa. Jest w to zbyt osobiście zaangażowana.
‒ I kto to mówi…
Tuula się skrzywiła i zaczęła chodzić tam i z powrotem po ciasnym pomieszczeniu, w którym unosił się ostry zapach detergentów.
‒ Powinniśmy się jak najmniej ruszać, żeby nie zniszczyć dowodów – zwrócił jej ostrożnie uwagę Linus. Nie chciał jeszcze bardziej denerwować koleżanki. ‒ Jak myślisz, co tu się wydarzyło?
‒ Nic dobrego, tego jestem pewna – odparła.
Lampa na suficie dawała słabe światło, które nie docierało do wszystkich zakamarków. Tuula ponownie wyjęła latarkę i skierowała ją na ściany.
‒ Zobacz. Krew. Sprawca musiał to przeoczyć podczas sprzątania.
Linus podszedł bliżej. W świetle latarki plamy krwi były widoczne gołym okiem.
‒ Technicy powinni być w stanie pobrać z tego DNA – zauważył.
‒ Myślę, że to tutaj ścięto te kobiety – szepnęła Tuula. ‒ I że wszystko zarejestrowała kamera.
Czwartek, 18 kwietnia 2024 roku
GISELA
Kiedy dotarła do komisariatu, było już po jedenastej i wielu policjantów wybierało się na lunch. Miała za sobą długie spotkanie z prokuratorem, podczas którego przedstawiła teorię, że Ragnar przetrzymywał kobiety w bunkrze przy starym szpitalu psychiatrycznym. Poprosiła o nakaz przeszukania i próbowała przekonać przełożonego, żeby zostawić Ragnara w areszcie do czasu dokładnego sprawdzenia tego schronu. Prokurator zgodził się na oględziny bunkra, ale kazał Giseli wypuścić podejrzanego. Brakowało im wystarczająco obciążających dowodów.
Kiedy inspektorka weszła do wydziału kryminalnego, szmery gwałtownie ucichły. Najwyraźniej wiadomość o wyjściu czarownika na wolność dotarła do komisariatu szybciej niż sama Gisela.
‒ Czy Linusa albo Tuula tu dzisiaj byli? – spytała obecnych w pokoju, nie widząc nigdzie ani blond czupryny Linusa, ani burzy loków Tuuli.
Wszyscy w odpowiedzi jedynie pokręcili głowami. Nikt nie wiedział, gdzie tych dwoje się podziało.
‒ Jak ich spotkacie, powiedzcie im, żeby się ze mną skontaktowali – dodała, po czym zniknęła za ścianką działową i usiadła za biurkiem.
Po spotkaniu z prokuratorem próbowała się dodzwonić i do Linusa, i do Tuuli, żeby poinformować ich o decyzji przełożonego. Żadne jednak nie odebrało telefonu. Przez chwilę się zastanawiała, gdzie są i co robią, wkrótce jednak pochłonęły ją inne sprawy.
Do jej biurka podszedł Freddy. Głośno chrząknął, by zwrócić jej uwagę, i powiedział:
‒ Udało mi się namierzyć tajemniczego partnera Mikaeli dzięki aplikacji randkowej i historii połączeń. Mam jego imię i adres.
‒ Świetnie. W takim razie od razu pojadę z nim porozmawiać – zdecydowała Gisela, podnosząc się z krzesła.
Lało jak z cebra, kurtka Giseli szybko przemokła. Inspektorka wolała nawet nie myśleć o swojej fryzurze w tym momencie, choć stwierdziła, że prawdopodobnie nie wyglądała dużo gorzej niż zwykle. Stała na schodach przed żółtym parterowym domem i czekała, aż ktoś jej otworzy. Właśnie miała zadzwonić jeszcze raz, kiedy uchyliły się drzwi.
‒ Ismo Kataila? – spytała Gisela, pokazując legitymację policyjną mężczyźnie stojącemu w korytarzu.
Ismo zbladł.
‒ O co chodzi? – wyjąkał.
Chociaż inspektorka nie miała konkretnego wyobrażenia o wybranku Mikaeli, na pewno nie spodziewała się kogoś takiego. Sprawiał wrażenie osoby nieśmiałej i niepewnej siebie, a do tego nie był szczególnie atrakcyjny. Zupełnie nie przypominał mężczyzny ze zdjęcia profilowego w aplikacji randkowej.
‒ Czy możemy porozmawiać w środku? Wolałabym już dłużej nie stać na deszczu – kontynuowała Gisela.
Ismo się odsunął, wpuszczając inspektorkę do przedpokoju, ale nie dalej. W słabym świetle lampy sufitowej, z tylko jedną działającą świetlówką, można było dostrzec półkę na buty, wieszak i ponurą tapetę w czarno-szarą kratę. Wszechobecny zapach papierosów zdradzał, że w domu od dawna paliło się tytoń.
Gisela rozpięła kołnierz kurtki. Zdjęła okulary i wyciągnęła z kieszeni starą chusteczkę, którą wytarła krople deszczu.
‒ Czy domyśla się pan, dlaczego tu przyszłam? – spytała.
‒ Nie – odparł Ismo po chwili, po czym wziął głęboki wdech, jakby zbierał się na odwagę. ‒ Czy to ma coś wspólnego z Mikaelą?
‒ Skąd ten pomysł?
Ismo załamał ręce. Zdał sobie sprawę, że Gisela zauważyła jego zdenerwowanie, i schował dłonie do kieszeni.
‒ Czytałem w prasie o tych morderstwach. Nie znałem wprawdzie jej nazwiska, ale przeszło mi przez myśl, że może jest jedną z ofiar.
Inspektorka z powrotem założyła okulary.
‒ Dlaczego nie skontaktował się pan z policją, skoro podejrzewał pan, że może chodzić o Mikaelę? Naprawdę się napracowaliśmy, żeby pana odnaleźć.
Ismo znowu nerwowo wygiął ręce.
‒ Właściwie to jej nie znałem. Nigdy się nie spotkaliśmy. Nie chciałem zostać wciągnięty w policyjne śledztwo.
‒ Ale chyba miał się pan z nią spotkać w Wielki Czwartek, tego samego wieczoru, kiedy zaginęła? – naciskała Gisela.
‒ Tak, umówiliśmy się w Red Lion, tym angielskim pubie w centrum, ale nie przyszła. Czekałem w barze przez godzinę. Siedziałem tam jak ostatni frajer – wyjaśnił Ismo z grymasem.
Na jego twarzy pojawiły się dwie czerwone plamki. Najwyraźniej nadal czuł gniew po tym, jak myślał, że został zghostowany.
‒ Co pan zrobił potem?
‒ Poszedłem do domu.
Gisela zerknęła w notatnik.
‒ Z historii połączeń telefonu Mikaeli wynika, że wysłał jej pan kilka SMS-ów tego dnia i w dniach poprzedzających waszą niedoszłą randkę. Jednak z tego, co widzę, nie próbował się pan z nią skontaktować po godzinie osiemnastej, kiedy zniknęła. Dlaczego?
‒ Wie pani, zrozumiałem aluzję. Jeśli kobieta, z którą umawiam się na randkę, nie przychodzi, to wiem, że nie jest zainteresowana. To nie pierwszy raz.
‒ Wiedział pan, że się nie pojawi? – dociekała inspektorka.
‒ Co pani sugeruje?
Gisela nie odpowiedziała, tylko zadała kolejne pytanie:
‒ Czy czekając na Mikaelę, coś pan jadł lub pił?
Ismo się zastanowił.
‒ Wypiłem chyba jedno czy dwa piwa.
‒ Jak pan płacił?
‒ Kartą.
‒ Rozumiem, że jeśli sprawdzę to w restauracji, potwierdzą, że był pan tam o tej porze?
‒ Nie trzeba, mam paragon. ‒ Ismo wyjął portfel z tylnej kieszeni spodni i zaczął grzebać w przegródkach. ‒ Proszę – powiedział triumfalnie, wyciągając świstek papieru.
‒ Czy mogę go zabrać? – spytała Gisela.
Paragon rzeczywiście potwierdzał, że Ismo zapłacił za dwa piwa o osiemnastej czterdzieści dwie tego samego wieczoru, kiedy zaginęła Mikaela.
‒ Pewnie. Nie mam nic do ukrycia – odparł mężczyzna.
Gisela wzięła pokwitowanie i schowała je do portfela. Wydało jej się dziwne, że Ismo tak długo je przechowywał. Czy naprawdę wypił oba piwa sam, czy też miał towarzystwo? Niewykluczone, że Mikaela jednak przyszła na randkę i została porwana dopiero później tego wieczoru. Możliwe, że to Ismo ją porwał. Gisela postanowiła odwiedzić pub Red Lion, jak tylko znajdzie czas.
W samochodzie ponownie próbowała się dodzwonić do Tuuli i Linusa, jednak oboje nadal nie odbierali.
Gdzie oni się, do cholery, podziewają?, zastanawiała się poirytowana. To nie w porządku, że jej najlepsi śledczy byli nieuchwytni, zwłaszcza teraz, w samym środku skomplikowanego śledztwa w sprawie morderstwa. Chciała nadzorować ich pracę, żeby nie marnowali czasu na tropy, które prowadziły donikąd.
LINUS
W nocy zgasła lampa na suficie i zapanowała całkowita ciemność. Kiedy Linus i Tuula zdali sobie sprawę, że w najbliższym czasie nikt nie przyjdzie im z pomocą, wzięli koce z półki, okryli się nimi i zasnęli na podłodze, opierając się plecami o ścianę. Linus otworzył oczy po niemal bezsennej nocy na twardym betonie. Ziewnął i wyciągnął ręce w stronę sufitu. Burczało mu w żołądku, brzuch bolał go z głodu. Obok niego niespokojnie spała Tuula. Przewróciła się na bok i leżała z policzkiem przytulonym do zimnej posadzki. Linus zdjął kurtkę i ostrożnie włożył ją pod głowę koleżanki. Poprawił koc, który się z niej zsunął. Wstał i na sztywnych nogach kilkakrotnie przeszedł się po korytarzu tam i z powrotem. Podskakiwał w miejscu, by pobudzić krążenie. Potem znów usiadł na podłodze i próbował zasnąć. Objął się ramionami, by ogrzać się ciepłem własnego ciała. Kiedy następnym razem się obudził, Tuula siedziała. Nie umiał stwierdzić, która jest godzina ani jak długo spał. Choć pewnie zdrzemnął się tylko na chwilę, miał wrażenie, że minęła cała wieczność.
‒ Wiesz, że chrapiesz? – odezwała się Tuula, kiedy zauważyła, że Linus nie śpi.
‒ Josefin coś o tym wspominała – odparł, przypominając sobie, jak żona szturchała go w nocy, żeby przewrócił się na bok.
‒ A tak w ogóle jak tam sytuacja? – spytała policjantka. – Mam na myśli separację.
‒ Wszystko wskazuje na to, że się rozwiedziemy. – Linus po raz pierwszy wyartykułował swoje obawy i serce mu się ścisnęło. ‒ Josefin chce, żebyśmy zaczęli się spotykać z innymi osobami. Coś mi się wydaje, że już poznała nowego mężczyznę.
‒ Dlaczego tak myślisz?
‒ Znalazłem w mieszkaniu pustą paczkę po papierosach i zapalniczkę. ‒ Roześmiał się gorzko, a śmiech odbił się echem od ścian bunkra. ‒ Josefin by się wściekła, gdybym to ja zaczął palić, ale najwyraźniej nie przeszkadza jej, kiedy robi to jej nowy facet.
‒ A może zostawiła to któraś z jej koleżanek? – zasugerowała Tuula.
‒ Nie sądzę, żeby zapraszała swoje przyjaciółki do tego mieszkania. Nie jest to, delikatnie mówiąc, odpowiednie miejsce na spotkania towarzyskie. Przypomina raczej podupadły apartamentowiec w jakiejś komunistycznej dyktaturze.
Kiedy Linus odkrył ślady obecności nowego chłopaka Josefin, zgniótł opakowanie po papierosach i wyrzucił je do kosza na śmieci, zapalniczkę zaś schował głęboko w jednej z kuchennych szuflad, żeby nie musieć na nią patrzeć.
Przez dłuższą chwilę Tuula i Linus siedzieli w milczeniu, nasłuchując przytłumionych odgłosów dochodzących z zewnątrz.
Po jakimś czasie odezwała się policjantka:
‒ Sussi organizuje jutro spotkanie upamiętniające Lunę. Nie wie, kiedy rodzina będzie mogła pochować ciało. Luna, jako wyznawczyni wicca, wierzyła w reinkarnację, dla niej śmierć to tylko etap, kiedy dusza odpoczywa przed odrodzeniem się w nowym wcieleniu.
‒ Czy przyjdą tam członkowie Kręgu Księżyca?
‒ Przypuszczam, że tak ‒ odparła Tuula. ‒ Nie znaleźliśmy przecież niczego, co bezpośrednio łączyłoby z morderstwami któregokolwiek z nich.
‒ A ty też pójdziesz?
‒ Tak, Hannele na tym zależy.
Znów zapadła między nimi cisza. Linusowi zaschło w gardle z pragnienia i mówienie sprawiało mu niemal fizyczny ból.
Czas wlókł się niemiłosiernie.
Nagle Linus się wzdrygnął.
Przed bunkrem zahamował samochód. Ciężkie kroki chrzęściły na żwirze.
‒ Ktoś idzie. – Szturchnął łokciem koleżankę, która na chwilę przysnęła.
Zerwali się na równe nogi.
‒ Co robimy? Nie wiemy, czy to morderca, który chce się nas pozbyć, czy to ktoś, kto zamierza nas uratować.
‒ Stańmy za drzwiami – zadecydowała Tuula. ‒ Przygotuj broń. To chyba więcej niż jedna osoba.
Kroki zbliżały się coraz bardziej, aż zatrzymały się przed drzwiami.
Linus przywarł plecami do ściany. Wyjął pistolet z kabury. Zmrużył oczy w mroku. Wzrok powoli przyzwyczajał się do ciemności. On i Tuula powinni widzieć lepiej niż osoby wchodzące z zewnątrz.
Rozległ się zgrzyt metalu i przenikliwy skrzekot kruka. Następnie ktoś nacisnął klamkę i gwałtownie otworzyły się drzwi.
GISELA
Po powrocie do komisariatu podjęła kolejną próbę znalezienia Linusa i Tuuli. Konieczność wypuszczenia Ragnara z aresztu z powodu braku dowodów uświadomiło jej, że trzeba rozszerzyć poszukiwania mordercy. Należało działać i nie mieli ani chwili do stracenia. Szukała tych dwojga w komisariacie, próbowała się do nich dodzwonić, pytała każdego, kogo spotykała, czy ich widział. W końcu zdała sobie sprawę, że Linus i Tuula byli nieobecni przez cały dzień. Ponownie usiłowała skontaktować się z nimi telefonicznie i kolejny raz połączyła się z pocztą głosową. Wtedy zaczęła podejrzewać, że coś tu nie gra. Usiadła przy biurku i zastanawiała się, gdzie mogą być. Czy na wczorajszym spotkaniu padło coś, co mogłoby stanowić jakiś trop? Dopiero wtedy dotarło do niej, że mogli pojechać do szpitala psychiatrycznego, by sprawdzić schron, mimo że kazała im się z tym wstrzymać. Nie byłaby to pierwsza taka sytuacja, kiedy Tuula działała pod wpływem impulsu i nie zastosowała się do jej poleceń. Bardziej zaskoczyłoby ją, gdyby Linus dał się w to wciągnąć.
Gisela zerwała się z krzesła.
‒ Freddy! ‒ zawołała w otwartą przestrzeń biura.
Policjant podniósł głowę znad ekranu komputera.
‒ Pojedziesz ze mną ‒ zarządziła.
W drodze do wyjścia zaszli do magazynu z bronią po służbowe pistolety i sprzęt ochronny.
‒ Dokąd jedziemy? – spytał Freddy.
‒ Sprawdzić, czy nasi koledzy nie wpadli w tarapaty – odparła Gisela, podając mu Glocka czterdzieści pięć oraz kamizelkę kuloodporną.
Freddy trzymał pistolet między kciukiem a palcem wskazującym, niczym paskudnego robaka, którego brzydził się dotknąć. Wyglądał na przerażonego. Gisela zakładała, że poza strzelnicą nigdy nie używał broni.
Przez całą drogę jechała na sygnale, szybciej, niżby chciała. Niebo się przejaśniło, ale na jezdni pozostały duże kałuże. Woda rozpryskiwała się pod oponami. Freddy, siedzący na miejscu pasażera, trzymał się kurczowo oburącz klamki od drzwi, jakby się bał, że zaraz zginie. Kiedy dotarli do znaku wskazującego skręt do starego szpitala psychiatrycznego, Gisela wyłączyła syreny i zwolniła. Jechali powoli zarośniętą aleją. Z dawnego, okazałego kamiennego budynku otoczonego parkiem prawie nic nie zostało. Nad ruinami roztaczała się upiorna atmosfera. To tutaj przetrzymywano kobiety, które nie pasowały do ówczesnego ideału kobiecości.
Gisela zatrzymała się przed bunkrem. Wyłączyła silnik i wysiadła. Ulewny deszcz tego dnia zamienił ziemię w błotne grzęzawisko, przez co prawdopodobnie zostały zniszczone wszystkie dowody. Inspektorka spojrzała w górę, kiedy rozległ się potworny hałas dochodzący z nieba. Stado skrzeczących łabędzi wznosiło się na tle ciemnych deszczowych chmur, ponownie nadciągających z północy.
‒ Weź przecinak do prętów i czekaj na mnie przy wejściu do schronu, a ja przeszukam okolicę – rozkazała Gisela. ‒ Przygotuj Glocka. Nie wiemy, co nas tam czeka.
Kołyszące się drzewa rzucały długie cienie na ziemię i skrzypiały na wietrze. Czarna deszczowa chmura przesłoniła zachodzące słońce, spowijając mrokiem cały teren.
Gisela miała nieodparte wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Zatrzymała się, obejrzała i nasłuchiwała. Za krzakiem coś zaszeleściło. Szybko się odwróciła i dostrzegła zająca uciekającego w kierunku ruin.
Ruszyła dalej w dół, w stronę wody. Trzciny złowrogo szumiały przy brzegu. Z gałęzi spadały krople deszczu. Poza tym panowała cisza.
Inspektorka okrążyła opuszczony park. Fontanna już dawno przestała tryskać wodą, a jeden z posągów leżał na ziemi, przykryty igliwiem i brązowymi liśćmi brzozy.
Kiedy upewniła się, że nikt nie ukrywa się za krzakami, zawróciła w kierunku bunkra. Przyłożyła ucho do stalowych drzwi. Były zbyt grube, żeby mogła usłyszeć słowa lub odgłosy dochodzące z wnętrza.
‒ Przetnij kłódkę, Freddy – poleciła, stając przed drzwiami na szeroko rozstawionych nogach z uniesioną bronią.
Trzeba było być przygotowanym na wszystko.
Kłódka z hukiem upadła na ziemię. Freddy spojrzał na inspektorkę, policzył do trzech, po czym kopnął w drzwi.
Najpierw Gisela nic nie widziała. Wpatrywała się w czarną przestrzeń. Wahała się, czy wejść do środka, czy poczekać na zewnątrz.
‒ Linus! Tuula! Jesteście tam?! – krzyknęła w czeluść.
‒ Tu jesteśmy! – usłyszała chrapliwy głos.
Sekundę później Linus i Tuula stanęli w drzwiach. Mrużyli oczy i osłaniali je dłońmi przed światłem.
Gisela opuściła broń.
‒ Czy nie prosiłam was, żebyście z tym poczekali? – spytała niepotrzebnie szorstko, lecz chciała ukryć przed nimi ulgę, którą w tej chwili poczuła.
Całą drogę przygotowywała się na najgorsze.
Śledczy wyglądali na bladych i zmęczonych, ale poza tym chyba nic im nie było.
‒ Jesteście cali? – chciała wiedzieć Gisela.
Oboje przytaknęli.
‒ To tam więzili te kobiety, przykuli je do łóżek – oznajmiła ochrypłym głosem Tuula. ‒ Na ścianach są ślady krwi. Jestem pewna, że zostały tam ścięte. A morderca wszystko sfilmował.
Gisela na chwilę zamknęła oczy. Próbowała zebrać siły, by uporać się z tą sytuacją.
Skinęła głową.
‒ W samochodzie jest woda i Snickersy. Teraz ja tu dowodzę.
Godzinę później teren zaroił się od techników w białych kombinezonach, innych funkcjonariuszy i psów tropiących.
Lekarze zbadali Linusa i Tuulę. Byli odwodnieni i wyczerpani, ale właściwie nic im nie dolegało. Gisela wysłała ich do domu, żeby odpoczęli. Chciała, by następnego dnia mieli siły do pracy. Wiedziała, że w najbliższym czasie żadne z nich nie będzie miało zbyt wiele czasu na odpoczynek.
