Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
36 osób interesuje się tą książką
Mieszkańcy malowniczej Ostrobotni przygotowują się do Świąt Wielkanocnych. Pogodną i beztroską atmosferę zaburza jednak makabryczne odkrycie. W dymiących popiołach ogniska leży bowiem zwęglone ciało kobiety. Jakby tego było mało, nazajutrz tubylcy odnajdują zwłoki kolejnych ofiar.
Gisela Forsell robi wszystko, by ująć sprawcę potwornych morderstw. Trudne śledztwo okazuje się mieć nieoczekiwane konsekwencje dla jej prywatnego życia…
„Polowanie na czarownice” to trzyczęściowa seria Sary Önnebo, autorki bestsellerowych kryminałów „Wszyscy jesteśmy martwi” i „Kiedy zapada zmierzch”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 206
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł: Polowanie na czarownice. Część 1
Tytuł oryginału: Häxjakten 1
Przekład z języka szwedzkiego: Karolina Skiba
Copyright © Sara Önnebo, 2026
This edition: © Gyldendal Astra/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt okładki: Damian Niewczyński
Redakcja: Maria Zając
Korekta: Anna Nowak
ISBN 978-91-8076-674-6
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Gyldendal Astra /Gyldendal A/SKlareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.gyldendalastra.pl
Poniedziałek, 25 marca 2024 roku
LUNA
Dzień, w którym porwano Lunę Måndotter, zaczął się jak każdy inny. Rano przeprowadziła sesję uzdrawiania online, a po południu pochłonęły ją przygotowania związane z obchodami zbliżającej się pełni Księżyca.
Lunę rozpierała duma, że jest czarownicą, a właściwie wiccanką, jak wolały się nazywać współczesne wiedźmy. Wywodziła się z rodu utalentowanych czarownic, którego korzenie sięgały wielu pokoleń wstecz, aż do końca siedemnastego wieku, kiedy doszło do jednego z ostatnich przypadków spalenia na stosie kobiety praktykującej czary, Vilhelminy Månsson.
O północy członkowie kowenu zwanego Kręgiem Księżyca mieli odprawić tradycyjną ceremonię związaną z celebrowaniem pełni Księżyca i jak zwykle było wiele do zrobienia. Luna czuła się trochę zestresowana. Nie potrafiła odnaleźć w sobie spokoju. Jako arcykapłanka odpowiadała za wszystkie zakupy i planowanie. Ragnar, arcykapłan Kręgu, był w tej kwestii zupełnie bezużyteczny, ale przynajmniej zapewniał im przestrzeń do odprawiania rytuałów i celebrowania świąt wiccańskich.
Na liście zakupów Luny znalazły się między innymi kadzidła i świece oraz sól i woda do oczyszczenia miejsca i uczestników Kręgu, a także wino na imprezę po zakończeniu ceremonii. Wino wydawało się niemal najważniejsze, przynajmniej dla niektórych wiccan. Musiała też kupić nową tunikę, bo te, które miała, były już stare i zniszczone. Bardzo chciała powitać pełnię Księżyca w pełnej harmonii wyglądu i ducha. Spakowała do plecaka wszystkie rytualne akcesoria: kielich, obosieczny sztylet i różdżkę. Ragnar obiecał, że narąbie drewna na palenisko w miejscu ceremonii i na całą noc do kominka w chacie pozbawionej odpowiedniej izolacji. Po zachodzie słońca temperatura wewnątrz spadała poniżej zera.
Do ich kowenu dołączyli nowi członkowie zwerbowani przez Lunę, dlatego musiała pamiętać o spisaniu przebiegu rytuałów i wcześniej przedstawić im właściwą kolejność, żeby nowicjusze wiedzieli, co robić i mówić w różnych momentach ceremonii.
Luna obejrzała się, wychodząc z budynku, w którym mieszkała ze swoją dziewczyną Sussi. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że jest obserwowana. W ciągu minionego tygodnia wielokrotnie jej się wydawało, że ktoś ją śledzi. Choć było to tylko przeczucie, od narastającego niepokoju przeszły ją ciarki. Omiotła wzrokiem ulicę, nie zauważyła jednak nic szczególnego. Wzdłuż drogi stały samochody, ruch uliczny toczył się w naturalnym tempie, piesi kulili się, chroniąc przed lodowatym wiatrem.
Luna stłumiła nieprzyjemne uczucie. Naciągnęła czapkę na uszy. Na wietrze szeleściły kolorowe wstążki zdobiące nagie gałęzie. Ziemię nadal pokrywała warstwa śniegu. Centrum miasta było oddalone od mieszkania Luny raptem o kilkaset metrów. Weszła do sklepu Alko i po kilku minutach wyszła z kartonem wina. Przecięła Hovrättsesplanaden i doszła do rynku, pośrodku którego stała olbrzymich rozmiarów pisanka, umieszczona tam najwyraźniej niedawno przez radnych miasta Vaasa. Kiedy Luna ostatnio tędy przechodziła, jeszcze go tam nie widziała. Minęła grupkę dzieci podziwiających tę dekorację. Mimowolnie się uśmiechnęła, słysząc, jak dziewczynka z żółtymi piórkami we włosach pyta kogoś, czy to jajko jest z czekolady.
Następnie udała się do galerii handlowej Rewell. Zatrzymała się przed drzwiami obrotowymi. Rozejrzała się po rynku. Potarła kark, gładząc zjeżone na nim włoski. Nikt nie chce mnie skrzywdzić, to tylko wyobraźnia, przekonywała samą siebie i wróciła do załatwiania swoich spraw, a miała ich jeszcze kilka. Każde wykonane zadanie odhaczała z listy.
W sklepach w galerii handlowej znalazła wszystko, czego szukała. Pozostało jej jeszcze sporo czasu, żeby dotrzeć na miejsce, skąd o szesnastej miała zostać odebrana.
Ostatni raz się obejrzała, po czym wyszła na rynek, niosąc w obu rękach torby z zakupami. Spojrzała w niebo. Było bezchmurne, co dobrze wróżyło wieczornemu spotkaniu. Liczyła, że uda im się w nocy wyraźnie zobaczyć Księżyc w pełni. Choć miała sporo do niesienia, postanowiła pójść na miejsce spotkania pieszo. Nie miała daleko. Poza tym spacer dałby jej czas na uspokojenie i zebranie myśli oraz zwizualizowanie wieczornej ceremonii.
Przeniosła się w myślach na leśną polanę, gdzie stała wraz z innymi członkami Kręgu Księżyca, zarówno starymi, jak i nowymi. Utworzyli rytualny krąg i wpatrywali się w magiczny Księżyc w pełni na czarnym nocnym niebie. Ponad nimi szumiały korony drzew, a płomienie świec tańczyły wśród pni. Ogień w palenisku wyrzucał iskry w powietrze. Luna zwróciła się do Bogini, dziękując jej za wszystko oraz prosząc o błogosławieństwo i obdarowanie miłością, zdrowiem, radością i mądrością. O ochronę przed wszelkim złem. Modliła się o pomoc w rozwoju osobistym i jako wiccanka.
Luna minęła zacumowany przy moście statek z restauracją Faros, po czym ruszyła w kierunku wyspy Vasklot. Szła mostem pod wiatr, który z każdą chwilą przybierał na sile, twarz niemal jej drętwiała.
Miała nieodparte wrażenie, że ktoś ją śledzi, ogarniało ją coraz silniejsze przeczucie, że wydarzy się coś strasznego. Przystanęła i się rozejrzała. Poza nią nie było tu innych przechodniów. Po chwili wahania skręciła w boczną drogę prowadzącą z mostu na wyspę Sandö. Nie widziała żadnego samochodu na dużym parkingu przy plaży. Osoba, z którą się umówiła, jeszcze po nią nie przyjechała.
Latem ten popularny teren rekreacyjny tętnił życiem. Jednak o tej porze roku wyspa wyglądała jak wymarła. Luna się zastanawiała, dlaczego chciał się z nią spotkać właśnie tutaj. Wybór tego miejsca wydał jej się dziwny. Spojrzała na zegarek. Pozostało jeszcze kilka minut. Serce z podekscytowania biło jej coraz szybciej, jak zwykle, gdy zbliżała się ceremonia. Pragnęła jak najszybciej znów być ze wspólnotą. Było w tym coś magicznego, kiedy wszyscy razem stali w blasku boskiego Księżyca, otwierali serca dla Matki Ziemi i czuli jedność z naturą.
Luna doświadczyła wielu pełni Księżyca, i zawsze tak samo fascynowała ją jego moc i otaczająca to wydarzenie aura tajemniczości. Zgodnie z wierzeniami wiccan Bogini objawiała się w trzech fazach Księżyca, kolejno jako Dziewica, Matka i Starucha. Luna uważała, że Księżyc symbolizuje dobro, choć z drugiej strony miała świadomość, że to ciało niebieskie może również ożywić złe moce.
Pogrążona w myślach niemal nie zauważyła samochodu, który zatrzymał się obok niej. Ktoś silnymi rękami chwycił ją od tyłu, a do jej twarzy przycisnął szmatkę nasączoną jakimś środkiem chemicznym. Wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Nie zdążyła zareagować i nagle zrobiło jej się ciemno przed oczami, a świat wokół niej zniknął.
GISELA
Gisela gwałtownym ruchem odpędziła komara, który siadł na kołnierzyku jej koszuli. Nagranie wreszcie dobiegło końca. Postanowiła, że więcej nie wystąpi w dokumencie true crime. Nieważne, jak silną presję wywrą na nią przełożeni, będą musieli znaleźć kogoś innego, kto zechce udzielić wywiadu. Na przykład mogliby poprosić Tuulę. W przeciwieństwie do Giseli uwielbiała być w centrum uwagi. Zbrodnie, do których doszło zeszłej jesieni w okresie halloweenowym, miały w sobie wszystkie elementy, by przyciągnąć żądnych sensacji widzów, a komendant policji nalegał, żeby to właśnie Gisela, jako osoba odpowiedzialna za śledztwo, wypowiedziała się w tej sprawie.
Producent uniósł palec wskazujący i zakreślił nim w powietrzu małe kółko.
‒ Mamy to!
Rozległy się pojedyncze, niemrawe oklaski ekipy filmowej, które szybko ucichły.
Prowadzący program wstał z turkusowego aksamitnego fotela i uścisnął dłoń Giseli.
‒ Dziękujemy, że zechciała pani po raz kolejny uczestniczyć w naszym programie. Otrzymaliśmy bardzo pozytywny odzew na temat pani wystąpienia w filmie dokumentalnym o morderstwach bożonarodzeniowych. Widzowie postrzegają panią jako sympatyczną i szczerą osobę. Uważają również, że pani skański dialekt jest czarujący. Miejmy nadzieję, że czeka nas więcej interesujących śledztw w sprawie morderstw – rzekł, obdarzając ją olśniewającym uśmiechem prezentera.
Gisela jednak nie odwzajemniła uśmiechu. Uważała bowiem za niesmaczne wykorzystywanie ludzkiego cierpienia na potrzeby rozrywki i żałowała, że wzięła w tym udział.
Do pomieszczenia wszedł stażysta, pchając przed sobą wózek z tradycyjnym szwedzkim wielkanocnym napojem påskmust w plastikowych kubkach oraz miską oblanych czekoladą pianek w kształcie kurczaczków.
‒ O, jak miło, trochę słodkości, żeby uczcić kolejną udaną produkcję. – Producent rozpostarł ręce z entuzjazmem godnym dyrektora cyrku, prezentującego brawurowe akrobacje na trapezie.
Z uwagi na sukces pierwszej serii dokumentów producenci mogli się bardziej postarać i poczęstować gości czymś lepszym niż napój bezalkoholowy i pianki, pomyślała Gisela. Mimo to nie odmówiła. Postanowiła chwilę zostać i porozmawiać z pozostałymi członkami ekipy filmowej. Następnie przeprosiła wszystkich, tłumacząc, że musi iść, gdyż czeka na nią prawdziwa praca w komisariacie.
Kwadrans później Gisela była z powrotem w wydziale kryminalnym. Czuła się lekko zdezorientowana, ilekroć przekraczała próg jednostki. Zimą budynek policji przeszedł gruntowny remont, między innymi zainstalowano nowsze komputery i wprowadzono otwartą przestrzeń. Temu drugiemu Gisela sprzeciwiała się od samego początku. Nikt jednak się tym nie przejął i nie słuchał jej postulatów w kwestii prywatności i spokoju w pracy. Zdaniem firmy konsultingowej, zatrudnionej do opracowania koncepcji, nowa aranżacja przestrzeni sprzyjała komunikacji między zespołami i ułatwiała przepływ informacji.
Gisela przemykała zygzakiem między biurkami, co chwilę się zatrzymując, by odpowiedzieć na pytania dotyczące nagrania i wysłuchać komentarzy na temat swojego wyglądu. Nadal miała na twarzy pełny telewizyjny makijaż, a jej włosy układały się w delikatne fale, w niczym nieprzypominające ptasiego gniazda, z jakim zwykle chodziła. Wreszcie dotarła do swojego miejsca pracy, gdzie znajdowało się jej biurko, które odgrodziła od pozostałych ruchomymi ściankami działowymi, usiłując zapewnić sobie w tym kącie więcej prywatności. Była ona jednak tylko pozorna. Jeśli naprawdę chciało się pracować w spokoju, należało założyć słuchawki z redukcją szumów. Żeby zaś omówić poufne informacje, trzeba było zarezerwować znajdujące się pośrodku biura, oszklone dźwiękoszczelne pomieszczenie, albo kabinę, jak je wszyscy nazywali.
Gisela głośno westchnęła, czytając podsumowanie ich najnowszej sprawy. Grupa młodych mężczyzn – po zdecydowanie zbyt wielu drinkach wypitych podczas wieczoru kawalerskiego – uznała, że dobrym pomysłem będzie zorganizowanie prawdziwego polowania na wielkanocne zające. Panowie zabrali ze sobą strzelby i udali się do lasu strzelać do niewinnych zwierząt. Prawdziwych, takich, które można było podać na wielkanocny obiad. Nie dość, że sezon polowań na szaraki w tym roku już się skończył, to na dodatek jeden z mężczyzn przypadkowo postrzelił przyszłego pana młodego. Wódka, broń i faceci buzujący testosteronem rzadko tworzyli udane połączenie. Gisela przydzieliła sprawę Linusowi.
Wyjrzała przez ścianki działowe, by zapytać Linusa o aktualne informacje na temat stanu rannego mężczyzny. Kiedy ostatnio rozmawiali o tej sprawie, poszkodowany przebywał na oddziale intensywnej terapii. Obawiała się, że wypadek trzeba będzie potraktować jako sprawę o zabójstwo lub nieumyślne spowodowanie śmierci. Krzesło Linusa stało puste. Gisela przypomniała sobie, że wyszedł wcześniej, by odebrać bliźniaków z przedszkola, mimo że w tym tygodniu dzieci były pod opieką Josefin.
LINUS
Kiedy Linus wszedł do przedszkola, przyjęcie wielkanocne w grupie Biedronek trwało w najlepsze. Czekał w szatni wraz z dwojgiem innych rodziców wpatrzonych w komórki. Ze świetlicy dochodziły radosne głosy dzieci. Bliźniacy przez cały poprzedni tydzień bez przerwy rozmawiali o tym dniu. Najpierw mieli malować pisanki, potem zjeść wielkanocne ciasto upieczone przez przedszkolaki. Zgodnie z tradycją uroczystość zakończyła się tańcem wokół wielkanocnych gałązek, które dzieci zebrały na przedszkolnym podwórku i ozdobiły własnoręcznie wykonanymi dekoracjami. Malte i Max chodzili w kółko, śpiewając różne piosenki z wymyślonymi tekstami związanymi z Wielkanocą do melodii popularnych dziecięcych utworów. Wychowawcy byli naprawdę kreatywni. Linusowi tak te wielkanocne przyśpiewki utkwiły w głowie, że złapał się w pracy na tym, jak je nuci.
W sali dzieci śpiewały na całe gardło zabawnie zmienioną wersję znanej kolędy. Kiedy ucichły ostatnie dźwięki, tłum wybuchnął oklaskami i okrzykami radości.
Jedna z opiekunek głośno zagwizdała, by przebić się przez gwar i ponownie przyciągnąć uwagę przedszkolaków.
‒ Dzieci, które nie idą do domu po przyjęciu wielkanocnym, mogą wyjść na dwór się pobawić i tam poczekać na rodziców.
Po chwili do szatni wbiegło kilkanaścioro podekscytowanych maluchów i zaczęło zakładać kurtki i spodnie przeciwdeszczowe. Malte i Max ze śladami po farbach na rękach, ubraniach i twarzach jednocześnie rzucili się na Linusa z taką siłą, że o mało go nie przewrócili.
‒ Dobrze się bawiliście? – spytał.
‒ Taaak! – krzyknęli chórem bliźniacy i kilkoro innych dzieci.
Wychowawczyni przebrana za kurczaka zaraz dołączyła do przedszkolaków, by pomóc najmłodszym się ubrać.
‒ Jedziemy do domu – rzekł Linus.
‒ Czy to tydzień z mamą czy z tobą? – zastanawiał się Malte.
‒ Z mamą. Odwiozę was do domu. Mama już tam na was czeka.
Dwadzieścia minut później Linus zatrzymał się w dzielnicy Gamla Vasa przed czerwonym drewnianym domem, który kupił wraz z Josefin, gdy się dowiedzieli, że jest w ciąży z Lailą, najstarszą z ich czworga dzieci. Bliźniacy radośnie wyskoczyli z samochodu i pobiegli do drzwi wejściowych, gdzie czekała na nich mama z wyciągniętymi ramionami. Uściskała synków, po czym chłopcy prędko wślizgnęli się do środka.
‒ Cześć – przywitał się Linus.
‒ Cześć – odparła Josefin.
‒ Czy Laila i Harri są w domu?
Kiedy nie był z dziećmi, tęsknił za nimi tak bardzo, że pękało mu serce.
‒ Nie, niestety. Harri jest u kolegi, a Laila prosto po szkole miała iść na trening pływacki. Niedługo po nią pojedziemy – wyjaśniła Josefin, spoglądając na zegarek.
‒ Może chcesz, żebym odebrał Lailę i odwiózł ją do domu? W ten sposób nie będziesz musiała zabierać ze sobą Maltego i Maxa.
‒ Dziękuję, to miło z twojej strony, ale już odebrałeś bliźniaków z przedszkola, mimo że to mój tydzień z dziećmi.
‒ To żaden kłopot. To są też moje dzieci. Lubię spędzać z nimi czas.
Josefin skrzyżowała ręce na piersi.
‒ Naprawdę? Inaczej to wyglądało, kiedy mieszkaliśmy razem. Wolałeś pracować, niż spędzać czas z rodziną.
Linus ugryzł się w język.
‒ Proszę, Josefin, nie kłóćmy się teraz o to. Wiem, że nie byłem najlepszym ojcem, ale kocham nasze dzieci… I kocham ciebie.
Wstrzymał oddech, czekając na odpowiedź Josefin, która w tym momencie luźno opuściła ręce wzdłuż ciała.
‒ Nie zaczynaj znowu. Potrzebuję więcej czasu.
Linus chciał zapytać, ile dokładnie czasu jej potrzeba, ale wiedział, że lepiej tego nie robić.
‒ Spokojnie, poczekam – odparł, usiłując nie okazać frustracji.
Separacja była pomysłem Josefin. Linus nie miał nic do powiedzenia. Choć miało to być tylko tymczasowe rozwiązanie, z każdym dniem rosły w nim obawy, że przerodzi się to w coś trwałego.
Twarz Josefin złagodniała.
‒ Pomyślałam, że w sobotę moglibyśmy pojechać razem, całą rodziną, na ognisko wielkanocne do Kråklundy. O ile nie masz innych planów, oczywiście.
‒ Bardzo chętnie ‒ ucieszył się Linus, czując, że nadzieja, którą utracił, ożyła w nim na nowo.
Uczucie to towarzyszyło mu przez całą drogę powrotną, lecz zniknęło, gdy tylko przekroczył próg niewielkiego mieszkania w południowej części Vaasy, w którym mieszkał na zmianę z Josefin. Co drugi tydzień, kiedy Josefin opiekowała się dziećmi w domu w Gamla Vasa, Linus wprowadzał się tutaj. Następnie przenosił się do ich willi. Celem takiego układu było pozostawienie dzieci w ich dotychczasowym domu. To również wymyśliła Josefin. Słyszała, że nowy trend w rozwodach, zwany pieczą gniazdową czy z angielskiego birdnesting, stanowił dobre rozwiązanie na proces przejściowy – z myślą o potrzebach dzieci.
Linus zastanawiał się, do czego ma prowadzić ten proces przejściowy. Gdyby to on decydował, wszyscy mieszkaliby cały czas razem w jednym domu.
LUNA
Czuła każdy mięsień, głowa tętniła bólem. Ręce miała związane za plecami. Sznur wbijał się w nadgarstki. Kopała i rzucała się w każdą stronę, usiłując się uwolnić. Jednak trzymający ją rozwścieczeni mężczyźni okazali się zbyt silni. Zakryli jej głowę, przez co nic nie widziała i oddychała z trudem. Nie miała pojęcia, gdzie jest ani dokąd ją zabierają. Wiedziała tylko, że nie wyjdzie z tego żywa.
Nagle porywacze ją puścili, a wtedy nogi się pod nią ugięły i zaczęła się chwiać na boki, ledwo utrzymując równowagę.
‒ Czarownica musi umrzeć – wysyczał jej wtem do ucha oprawca wściekłym głosem.
Ktoś mocno popchnął ją w plecy i przewróciła się na ziemię.
Wpadła w bezdenną otchłań. Spadające ciało wydawało się nieważkie. Ból ustąpił. Myśli oderwały się od rzeczywistości. Czekała, aż uderzy o ziemię, ale upadek nie nastąpił.
Luna usiadła, ciężko dysząc. Znów miała koszmar. Sny o jej przodkini Vilhelminie Månsson stały się w ostatnich dniach intensywniejsze. Kobieta została stracona na Häxberget, Górze Czarownic, w prowincji Ångermanland dwudziestego marca tysiąc sześćset siedemdziesiątego szóstego roku, w najświętszy dzień w roku, kiedy następuje równowaga między ciemnością a światłem. Według rodzinnej legendy Vilhelminie zarzucono zabranie dzieci i wnuków na sabat czarownic do Blåkulli, gdzie mieli uczestniczyć w diabelskiej uczcie. Jej sąsiadów i rodzinę zostali zmuszeni, by zeznawać przeciwko niej pod groźbą tortur. Jeden zawistny krewny oskarżył Vilhelminę o czary. Przodkini Luny była wdową, a krewny chciał przejąć gospodarstwo, które odziedziczyła po mężu. W tamtych czasach czary uznawano za najgorsze przestępstwo, jakiego mogła się dopuścić kobieta, a oskarżoną niemal zawsze palono na stosie. Vilhelmina zaprzeczyła zarzutom o praktykowanie czarów i spółkowanie z diabłem. Wtedy poddano ją próbie wody. Mówiono, że czarownice nie toną, ponieważ wyrzekły się chrztu. Łowca czarownic i jego pomocnicy związali Vilhelminie ręce za plecami i wrzucili ją do rzeki. Kobieta przeżyła próbę, jednak wówczas spalono ją na stosie po uprzednim ścięciu głowy.
Luna, wciąż oszołomiona po koszmarnym śnie, przesunęła dłonią po karku, jakby chciała się upewnić, że głowa nadal trzyma się szyi. Na drugiej ręce miała kajdanki przypięte krótkim łańcuchem do wezgłowia łóżka. Luna bez przekonania pociągnęła za łańcuch.
Najpierw próbowała się uwolnić. Szarpała za łańcuch, kopała w łóżko i drapała ścianę, aż połamała wszystkie paznokcie, a palce pokryły się krwią. Teraz straciła już wolę walki.
Pomieszczenie, w którym się znajdowała, było małe i bez okien. Leżała na dolnej pryczy piętrowego łóżka z metalową ramą przykręconą do ściany. Z sufitu zwisała goła żarówka dająca słabe światło. Łańcuch był na tyle długi, że Luna mogła dosięgnąć drugiej ściany w tym wąskim pokoju, nie dawała jednak rady dojść do drzwi. W kącie stało wiadro, gdzie mogła załatwiać swoje potrzeby, a na podłodze ktoś zostawił butelkę wody. Sięgnęła po nią i choć męczyło ją pragnienie, wzięła tylko kilka łyków. Bała się, że jak woda się skończy, nikt więcej nie doniesie. Opadła z powrotem na łóżko. Poczuła ogromne osłabienie. Ponieważ nie było okien, nie miała pojęcia, która jest godzina, czy jest dzień, czy noc.
Ponownie zamknęła oczy i odmówiła po cichu modlitwę do Bogini. Próbowała się odprężyć i oczyścić umysł ze wszystkich zmartwień. Wyobraziła sobie Księżyc w pełni, świecący jasno na czarnym niebie. Skupiła się na oddechu, mimo że nie była w stanie go kontrolować. Kurz i pleśń w celi utrudniały oddychanie. Łóżko aż się zatrzęsło, kiedy dostała ostrego ataku kaszlu. Pragnęła poczuć, jak energia przepływa przez jej ciało, lecz miała wręcz wrażenie, że wewnętrzna moc powoli ją opuszcza. Otworzyła oczy i rozejrzała się po ciemnej przestrzeni, gdzie cienie tańczyły na ścianach w migoczącym świetle żarówki. Pełnia Księżyca symbolizuje śmierć, pomyślała ponuro.
Nie wierzyła, że uda jej się wyjść stąd cało.
Wielki Czwartek, 28 marca 2024 roku
MIKAELA
Mały różowy plecak leżał już spakowany. Saga była ubrana i gotowa do wyjścia do przedszkola. Mikaela po raz ostatni sprawdziła, czy zabrała wszystkie rzeczy potrzebne na zajęcia plastyczne w przedszkolu, na które zaproszono rodziców: rolkę papieru toaletowego, patyczki do lodów, kłębek starej zielonej włóczki i słoik. Chciała uczestniczyć w warsztatach, ale tym razem nie mogła się zerwać z pracy. Po południu w bibliotece zaplanowano spotkanie autorskie, a ona miała je moderować.
Zostawiła Sagę w rękach kompetentnych wychowawców i udała się do biblioteki miejskiej, gdzie od ponad dziesięciu lat pracowała jako bibliotekarka. Zwykle zostawiała samochód obok przedszkola córki, by nie tracić czasu na szukanie miejsca parkingowego w centrum miasta, i szła pieszo do pracy. Nie miała daleko.
Chodnik był śliski. Musiała ostrożnie stawiać kroki w wysokich obcasach, żeby się nie przewrócić. Choć dni były coraz dłuższe, wiosna wydawała się odległa. Mikaela jeszcze raz owinęła się szalikiem wokół szyi i wyjęła rękawiczki z kieszeni. Zanim je włożyła, upuściła jedną z nich na ziemię. Kiedy się schyliła, by ją podnieść, dostrzegła samochód jadący tuż za nią ‒ ten sam, który rano stał przed jej domem. Poruszał się powoli, mimo że droga była niemal pusta. W ciągu ostatnich dni widziała to auto kilkakrotnie, nie miała co do tego wątpliwości. Znów ogarnęło ją nieprzyjemne uczucie.
Rozejrzała się. Poza starszą panią z psem, która właśnie skręcała za róg, w pobliżu nie było żywej duszy.
Mikaela przyspieszyła kroku. Samochód również zwiększył prędkość. Odwróciła lekko głowę, próbując dostrzec tablicę rejestracyjną. Ostatnim razem zapamiętała cyfry i litery. Było to rzeczywiście to samo auto.
Już prawie ją dogoniło. Jechało tak blisko, że przez lekko przyciemniane szyby widziała sylwetkę kierowcy. Opuścił szybę. To, co zobaczyła, zmroziło jej krew w żyłach. Mężczyzna miał kominiarkę zakrywającą niemal całą twarz, a na rękach czarne rękawiczki.
Serce podeszło jej do gardła.
Nie mogła pozwolić, by ogarnęła ją panika. Prawdopodobnie przesadzała. Naoglądała się w telewizji za dużo filmów z gatunku true crime. Vaasa było małym miastem. Często wpadało się na znajomych. Widywało się te same samochody.
Być może kierowca chciał tylko zapytać ją o drogę? Wolała jednak nie ryzykować.
Szybko skręciła w jednokierunkową ulicę, dzięki czemu czarny samochód nie mógł za nią pojechać. Prawie biegła. Z trudem łapała oddech i co chwilę zerkała za siebie. Budynki stawały się coraz mniej wyraźne, drzewa i krzewy zlewały się ze sobą.
Wygrzebała z torebki telefon, by mieć go pod ręką na wypadek, gdyby musiała wezwać pomoc.
Kiedy dotarła do skrzyżowania na końcu ulicy, stanęła jak wryta.
Czarne auto czekało na nią na rogu.
Odwróciła się i puściła biegiem w przeciwnym kierunku.
SUSSI
Stukot jej obcasów po błyszczącej podłodze rozbrzmiewał w hali odlotów lotniska Arlanda. Rosły mężczyzna w koszulce piłkarskiej wszedł prosto na nią. Upuściła telefon, który potoczył się kilka metrów po posadzce. Facet nawet nie przystanął, żeby przeprosić, tylko szedł dalej w kierunku wyjścia, ciągnąc za sobą dużą walizkę na kółkach. Sussi odetchnęła z ulgą, widząc, że urządzenie się nie zepsuło. Znowu wybrała numer Luny, chyba po raz setny od poniedziałku, ale teraz dziewczyna także nie odebrała.
Sussi spędziła cały tydzień w biurze w Sztokholmie, pracując nad wspólnym planem komunikacji dla nowego projektu, który firma miała jesienią wprowadzić w krajach nordyckich. Oprócz niej byli tam również specjaliści do spraw komunikacji z Oslo, Malmö, Reykjaviku i Kopenhagi. Zespół pracował całymi dniami, a wieczorami odbywały się kolacje i inne wydarzenia firmowe, w których Sussi musiała uczestniczyć. Dopiero teraz mogła wyjechać ze Sztokholmu. Właściwie tego wieczoru też miała pójść na kolację zorganizowaną przez firmę z okazji świąt wielkanocnych. Byłaby to dobra okazja do omówienia strategii produktowej z prezesem. Sussi jednak zrezygnowała, tłumacząc, że musi wcześniej wrócić do domu ze względów rodzinnych.
Miała nadzieję, że Lunie nic się nie stało.
Kolejka do kontroli bezpieczeństwa wiła się bez końca i posuwała bardzo wolno. Wielu ludzi wybierało się na Wielkanoc do swoich bliskich. Sussi przeklinała w duchu, gdy utknęła za dużą rodziną obładowaną bagażami. Miała wrażenie, że minęły całe wieki, zanim wszystkie walizki dzieci odjechały na taśmociągu i wreszcie mogła położyć na nim swój laptop i torbę podróżną. Już wcześniej przygotowała się do kontroli, zdjęła kurtkę i wyjęła plastikową torebkę z kosmetykami. Gdy tylko zgarnęła swoje rzeczy z taśmy, ponownie zadzwoniła do Luny.
Tym razem też odezwała się poczta głosowa. Sussi poczuła narastający niepokój. Choć Luna często chodziła z głową w chmurach, zazwyczaj można się było z nią bez trudu skontaktować. Minęło już kilka dni, od kiedy ostatnio rozmawiały. Obawy Sussi przybrały na sile.
Chodziła tam i z powrotem przy bramce, czekając na wejście na pokład samolotu, i omal nie straciła panowania nad sobą, gdy się okazało, że lot jest opóźniony z powodu problemów technicznych.
Przez całą podróż do Vaasy myślała tylko o Lunie. I o tym, że pewnie coś jej się stało.
LINUS
W drodze na komisariat Linus zajechał do szpitala centralnego w Vaasie, by zamienić kilka słów z postrzelonym panem młodym, zanim poszkodowany dostanie wypis. Kiedy wszedł do sali, młody mężczyzna siedział na łóżku. Był półnagi i miał duży opatrunek na klatce piersiowej. Zaschnięta krew zabarwiła bandaż na rdzawobrązowy kolor.
‒ Jak się pan czuje? – spytał Linus.
‒ Ja świetnie, moja narzeczona ma się gorzej. Jest wściekła na moich kumpli. Uważa, że to ich wina, że musieliśmy przełożyć ślub – wytłumaczył przyszły pan młody.
‒ W sumie ma rację – stwierdził policjant, który wyobraził sobie, jak Josefin zareagowałaby w podobnej sytuacji. ‒ Wybraliście już nową datę?
‒ Ślub odbędzie się jesienią.
‒ Może następnym razem niech pan sobie odpuści wieczór kawalerski – zasugerował Linus.
Mężczyzna się zaśmiał, ale zaraz przerwał, gdy ból w klatce piersiowej dał o sobie znać. Skrzywił się i zmrużył oczy.
‒ Pewnie tak będzie najlepiej – zgodził się. ‒ Myślę, że moja narzeczona sama wyciągnęłaby strzelbę, gdybym znowu wpadł na ten pomysł.
Linus się uśmiechnął.
‒ Przyjechałem tutaj, żeby zapytać, czy chciałby pan wnieść oskarżenie przeciwko osobie, która pana postrzeliła.
‒ Nie. To był wypadek. Prawdopodobnie sam jestem sobie winien. To ja chciałem polować na prawdziwego zająca.
‒ Dobrze, wobec tego zamkniemy dochodzenie.
Przyszły żonkoś skinął głową.
‒ W takim razie życzę szybkiego powrotu do zdrowia. I następnym razem proszę ostrożniej obchodzić się z bronią – rzekł Linus i wyszedł na korytarz.
Jedna z pielęgniarek pchała wózek inwalidzki z wątłym staruszkiem. Lekarz pocieszał młodą kobietę, najwyraźniej tuż po przekazaniu jej złych wieści. Linus szybko się stamtąd oddalił. Nie lubił szpitali. Ponieważ miał czworo dzieci, które z różnych powodów ciągle trafiały na pogotowie, pobyt w szpitalu kojarzył mu się z poczuciem silnego lęku i bezradności.
Na parterze prawie wpadł na Stefana, nowego chłopaka Giseli. Choć chyba już nie tak nowego. Stefan i Gisela spotykali się od przeszło pół roku i, z tego, co Linus się orientował, ich związek stawał się coraz poważniejszy. Martin, mąż Giseli, kilka lat wcześniej zmarł na raka. Linus go nie poznał, jednak widział, że bardzo przeżyła jego śmierć. Tuula opowiadała, że kiedy Martin żył, Gisela była zupełnie inną osobą, i odkąd pojawił się Stefan, ta dawna Gisela powoli wracała.
‒ Cześć, Stefan ‒ przywitał się Linus.
Pielęgniarz aż podskoczył, spoglądając na Linusa w taki sposób, jakby nie miał pojęcia, kim on jest, mimo że już wielokrotnie się spotkali.
‒ Ach, Linus! – odezwał się w końcu. ‒ Nie poznałem cię! Nigdy nie widziałem cię w mundurze. Wybacz mi.
‒ Wszystko w porządku?
Stefan sprawiał wrażenie bardzo zabieganego.
‒ Tak, tak. Po prostu mamy lekkie urwanie głowy. Niestety nie mam czasu, żeby pogadać. Muszę lecieć – odparł, po czym szybko się oddalił.
Nie skręcił jednak w stronę oddziału ratunkowego, gdzie pracował, tylko przeszedł przez hol i wyszedł na parking.
Linus uniósł brwi w zdziwieniu, ale nie zastanawiał się dłużej nad dziwnym zachowaniem Stefana.
MIKAELA
W pracy Mikaela ochłonęła i nie czuła już paniki. Coraz bardziej była przekonana, że po prostu uroiła sobie poranne wydarzenia. Odbieranie książek i pogawędki z innymi pracownikami biblioteki pozwoliły jej niemal zapomnieć o tym strasznym doświadczeniu. Rano przyszła tu cała klasa, by wybrać książki do czytania na lekcji języka szwedzkiego. Mikaela pytała dzieci o ich zainteresowania i o to, co lubią robić w wolnym czasie, żeby polecić im lektury, które jej zdaniem mogłyby im się spodobać. Po południu zabrała się za przygotowania do wizyty pisarza. Sala nie była używana od czasu, gdy lokalny weterynarz odwiedził bibliotekę, by porozmawiać o tym, jak najlepiej dbać o czworonożnych członków rodziny. Wyrzuciła stos ulotek po tym spotkaniu i wyłożyła nowe z informacjami o dzisiejszym gościu. Popołudnie minęło szybko i zanim się spostrzegła, ściskała dłoń zaproszonego autora, brodatego pana w tweedowej marynarce. Podobnie jak w poprzednich książkach, akcja jego najnowszej powieści historycznej rozgrywała się podczas fińskiej wojny domowej. Wojna, zwana również wojną o wolność, rozpoczęła się piętnastego maja tysiąc dziewięćset osiemnastego roku i toczyła pomiędzy siłami „czerwonych”, socjalistów, i „białych”, konserwatywnych ugrupowań wspierających rządzący senat.
Na sali siedziało kilku emerytowanych wojskowych i dziennikarzy kulturalnych, a także przyjaciele i rodzina pisarza. Rozmowa z autorem była interesująca, a publiczność zadawała wiele pytań.
Kiedy ostatnia książka została podpisana, Mikaela zaczęła sprzątać krzesła. Jedna z bibliotekarek zaoferowała, że pomoże.
‒ Udało się? – spytała.
‒ Tak, zdecydowanie. Sala była prawie pełna. Myślę, że zaproszę go również jesienią.
‒ Czyli powtarzamy całą akcję? – dopytywała koleżanka.
‒ Koniecznie.
‒ To dzisiaj idziesz na tę randkę?
‒ Tak, spotykam się z nim zaraz po pracy.
‒ Super. Nie mogę się doczekać, jak mi jutro o wszystkim opowiesz.
‒ Dziwnie umawiać się z kimś, kogo się nigdy nie widziało – stwierdziła Mikaela.
‒ E tam, wszyscy tak robią w dzisiejszych czasach, poza tym przecież piszecie ze sobą od jakiegoś czasu, prawda?
‒ Tak, od kilku tygodni. Wydaje się bardzo miły, ale oczywiście nigdy nic nie wiadomo. Poprzedni facet, z którym się umawiałam, też na początku wydawał się sympatyczny, a potem okazał się wyjątkowo odpychający.
‒ Tamtego też poznałaś przez internet?
‒ Nie, w knajpie – odparła Mikaela.
‒ Będzie super, zobaczysz. Jeśli ten koleś okaże się słaby, to przecież masz całą masę innych facetów do wyboru – przekonywała koleżanka, która była na tyle młoda, że bez problemu nawiązywała nowe znajomości za pośrednictwem różnych aplikacji.
Mikaela nagle poczuła się potwornie stara. Ostatni raz była singielką, kiedy miała jakieś dwadzieścia lat. Stefana, swoją pierwszą wielką miłość, poznała już na studiach. Byli ze sobą piętnaście lat. Niemal zaraz po rozstaniu zaczęła się spotykać z innym mężczyzną, który potem został jej mężem. Od rozwodu z Johanem minęło raptem sześć miesięcy. Dla świeżo rozwiedzionej samotnej matki poszukiwanie miłości stanowiło nie lada wyzwanie. Już prawie zapomniała, jak to jest chodzić na randki, i była tak samo zdenerwowana jak wtedy, gdy Stefan po raz pierwszy zaprosił ją na kolację.
Cały dzień biła się z myślami, czy nie odwołać tego spotkania. Doszła jednak do wniosku, że pójdzie, skoro załatwiła już opiekunkę do dzieci.
Włożyła kurtkę i razem z koleżanką wyszły z biblioteki.
‒ W którą stronę idziesz? – spytała Mikaela.
‒ Jadę autobusem z Bangatan.
‒ Ja idę w drugą stronę. Do zobaczenia jutro.
Koleżanka ją uściskała.
‒ Baw się dobrze dziś wieczorem – rzuciła i pospieszyła w kierunku przystanku, przy którym właśnie zatrzymywał się autobus.
Mikaela już wcześniej postanowiła zostawić samochód na parkingu przed przedszkolem, wiedziała bowiem, że na pewno skusi się na lampkę wina lub dwie. Do domu mogła wrócić taksówką. A jeśli randka się uda, kto wie, może nawet pójdzie do niego do domu. Saga miała nocować u jej siostry, więc nie musiała się spieszyć.
Jeśli nie wróci wieczorem do domu, nikt nie będzie jej szukał.
LUNA
Zimna woda wdarła się do gardła. Wypełniła płuca aż po brzegi. Wodorosty oplotły jej stopy, usiłując wciągnąć ją w głębinę. Sól drażniła nos, paliła w przełyku.
Luna obudziła się, nie mogąc złapać tchu. Usiadła na brudnym materacu. Prześcieradło było przesiąknięte potem. Wzięła kilka głębokich wdechów, wciągając zatęchłe powietrze, cuchnące strachem i odchodami.
We śnie o mały włos nie utonęła. Teraz była w pełni przytomna, jednak czuła się niemal tak źle jak podczas snu. Oddychanie stawało się coraz trudniejsze. Oczy ją swędziały, jej ciałem szarpał uporczywy kaszel. Gdyby tylko miała leki na alergię…
Spojrzała w ciemność, mrużąc powieki. Czuła ciężar kajdanek na nadgarstku. Z każdym dniem jej zmysły coraz bardziej się wyostrzały i zdała sobie sprawę, że znajduje się pod ziemią. Najdotkliwiej odczuwała przytłaczającą, gęstą ciszę. Brak odgłosów, wilgoć, zapach gleby. Ilekroć otwierały się drzwi do jej podziemnego więzienia, do środka docierały dźwięki z zewnątrz. Szum drzew na wietrze, ćwierkanie ptaków. Raz usłyszała nawet szczekanie psów w oddali.
Luna wołała o pomoc. Krzyczała tak, że aż bolały ją płuca. Jednak nikt nie przychodził jej na ratunek. Na próżno próbowała stłumić panikę i podtrzymywać nadzieję. Nieustannie czuła strach. Stopniowo traciła wiarę w to, że wszystko dobrze się skończy, ale jeszcze nie mogła się poddać.
Sussi pewnie już za nią tęskniła i musiała zgłosić jej zaginięcie. Policja z pewnością zaczęła jej szukać. Mogła tylko mieć nadzieję, że ją znajdą, zanim będzie za późno.
Wzdrygnęła się, słysząc dochodzący z zewnątrz odgłos. Ciężkie drzwi się otworzyły. Kroki odbijały się echem od betonowej podłogi. To mężczyzna, który ją porwał. Luna rozpoznała go po tym, jak stawiał stopy. Ubrany na czarno, zamaskowany, przychodził raz dziennie, by opróżnić wiadro i dać jej jedzenie i wodę. W ten sposób mierzyła czas. Oprawca był u niej już trzykrotnie. Zawsze, gdy się zjawiał, błagała go, by ją wypuścił albo przynajmniej dał jej tabletki na alergię, które miała w plecaku. On jednak nawet na nią nie patrzył. Bez słowa wykonywał swoje zadania.
Do jej uszu dotarł tupot jego ciężkich butów. Ku swemu przerażeniu usłyszała też coś jeszcze. Zbliżający się w mroku cichy jęk. Jakby mężczyzna coś lub kogoś ciągnął.
Drzwi obok jej celi otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Rozległ się głuchy łomot, gdy coś ciężkiego – być może ludzkie ciało – upadło na beton.
Luna wstrzymała oddech. Czekała na swoją kolej. Kilka minut później klucz w zamku się przekręcił i ktoś nacisnął klamkę. Drzwi powoli się uchyliły i do pokoju wszedł rosły mężczyzna.
‒ Kogo tam zamknąłeś? Porwałeś kolejną kobietę? – spytała łamiącym się głosem.
Kiedy ją zignorował, rzuciła się w jego stronę, ale nie mogła go dosięgnąć, bo łańcuch był zbyt krótki. Zawyła z bólu, gdy kajdanki wbiły się jej w nadgarstek.
‒ Co zamierzasz ze mną zrobić?! – krzyknęła.
Porywacz zastygł w pół ruchu. Luna miała wrażenie, że uśmiecha się pod maską. Przez chwilę stał nieruchomo. Potem się zamachnął i kopnął ją w brzuch. Kobieta z jękiem opadła z powrotem na łóżko.
Mężczyzna niskim głosem kazał jej się odwrócić. Miała patrzeć w ścianę, gdzie krwawe ślady od drapania paznokciami tworzyły przerażający wzór. Wykonała jego polecenie, ale nie mogła się oprzeć i dyskretnie się obejrzała. Oprawca stał przy drzwiach jej celi, odwrócony do niej plecami, i majstrował przy czymś na suficie. Luna nie widziała, co robi.
Musiał wyczuć, że go obserwuje. Nie odwracając się, ryknął:
‒ Oczy w ścianę, suko!
Przerażona odwróciła spojrzenie. Pochyliła brodę ku piersi, objęła nogi rękami i zwinęła się w kulkę. Oddech świszczał i rzęził jej w płucach. Siedziała tak, dopóki mężczyzna nie wyszedł. Dopiero wtedy odważyła się odwrócić, by zobaczyć, czym się zajmował.
Światło żarówki słabło z każdym dniem. Kiedy jednak Luna wytężyła wzrok, dostrzegła małą czerwoną lampkę migającą wysoko pod sufitem. Porywacz zainstalował kamerę.
Gdzieś tam na zewnątrz ktoś ją obserwował.
Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach i zadrżała na całym ciele.
Skuliła się jeszcze bardziej.
Nie miała gdzie się ukryć.
TUULA
‒ Długo jeszcze? – spytała zestresowana Hannele.
Tuula i Hannele stały obok siebie przed lustrem w łazience.
‒ Daj mi pięć minut – poprosiła Tuula.
Tego wieczoru w sklepie Hannele z artykułami wyposażenia wnętrz odbywał się wernisaż wystawy fotograficznej, będącej częścią cyklu wydarzeń artystycznych w Ostrobotni. Fotografka dzwoniła już trzy razy z pytaniem, czy już wyjechały z domu.
Dzwonek telefonu Hannele rozbrzmiał ponownie. Przewróciła oczami i poszła do kuchni odebrać połączenie.
‒ Lepiej bądź gotowa, kiedy ja po raz kolejny skończę uspokajać fotografkę. W przeciwnym razie nie ręczę za to, co ona ci zrobi – rzuciła Hannele przez ramię, wychodząc z łazienki.
Rozmowa trwała dość długo, więc Tuula się domyśliła, że jej dziewczyna nie rozmawia z fotografką. Nie docierały do niej słowa, lecz wyraźnie słyszała poważny ton głosu. Kiedy Hannele wróciła do łazienki, Tuula się przesunęła, by zrobić jej miejsce przed lustrem. W odbiciu zobaczyła zmartwione spojrzenie swojej partnerki.
‒ Kto dzwonił? – spytała.
‒ Sussi. Podobno Luna zniknęła i martwi się, że coś jej się stało.
Hannele dawniej spotykała się z Sussi, a po rozstaniu nadal utrzymywały kontakt. Tuula raz poszła nawet razem z Hannele, Sussi i jej nową dziewczyną Luną na piwo. Nie mogła pojąć, jak te dwie kobiety na siebie trafiły. Sussi pracowała jako specjalistka do spraw komunikacji w dużej korporacji, z kolei Luna była hipiską bez normalnej pracy. Zajmowała się wszystkim, co wiązało się z medycyną alternatywną i innymi pseudonaukami. Tuula nie darzyła sympatią tego typu ludzi i z trudem przychodziło jej prowadzenie rzeczowej rozmowy z Luną.
‒ Od kiedy nie ma kontaktu z Luną? – dociekała Tuula.
‒ Od poniedziałku. Nie odpowiada ani na maile, ani na telefony od Sussi. Połączenia są przekierowywane prosto na pocztę głosową. Sussi obdzwoniła wszystkich znajomych Luny, ale nikt, z kim do tej pory rozmawiała, nic nie wie.
‒ Pokłóciły się? – spytała, odkręcając nakrętkę podkładu należącego do Hannele.
Tuula rzadko się malowała na co dzień, a kiedy raz na jakiś czas się na to decydowała, pożyczała kosmetyki od Hannele, która kupowała najlepsze marki i najnowsze produkty.
‒ Sussi twierdzi, że nie. Wyjechała służbowo. Dzisiaj wróciła do domu i spodziewała się, że Luna tam będzie. Ostatni raz rozmawiała z nią w poniedziałek. Wtedy Luna wybierała się do miasta na zakupy przed rytuałem księżycowym.
‒ Jakim rytuałem? – zdziwiła się Tuula.
‒ Księżycowym – powtórzyła Hannele, machając ręką, i wyjaśniała dalej: ‒ Ma to coś wspólnego z tym, że Bogini zstępuje na ziemię w czasie pełni Księżyca czy jakoś tak. Nie wiem dokładnie. Nieważne. Sussi nie zmartwiła się specjalnie, kiedy Luna nie odbierała we wtorek. Rytuały księżycowe często trwają całą noc, więc pomyślała, że jej dziewczyna pewnie śpi i ma wyłączony telefon. Jednak wczoraj przez cały dzień też nie mogła się z nią skontaktować, dlatego postanowiła wrócić wcześniej. Właśnie przyjechała z lotniska. Wydaje jej się, że Luny nie było w domu przez cały tydzień. Teraz Sussi naprawdę zaczęła się martwić.
‒ Czy zgłosiła zaginięcie Luny na policję? – chciała wiedzieć Tuula.
‒ Jeszcze nie. Chyba chciała najpierw sprawdzić jeszcze w kilku miejscach.
‒ Czy Luna nie jest przypadkiem czarownicą? Może pojechała na zlot czarownic do Blåkulli? – zażartowała Tuula.
Hannele szturchnęła ją w bok.
‒ Jest wiccanką, to nie to samo. Chociaż może tak, nie wiem.
‒ Ale wiccanie chyba też obchodzą Wielkanoc, prawda?
‒ Świętują równonoc wiosenną, która często przypada w okresie Wielkanocy. Większość wiccan obchodzi ten dzień po Wielkanocy, żeby spędzić święta z rodziną.
‒ Matko, ile ty o tym wiesz.
Hannele spojrzała na nią z ukosa.
‒ Luna przecież tłumaczyła nam to już tyle razy. Nie słuchasz, jak ktoś o czymś opowiada?
‒ Przepraszam, skarbie, to wszystko jest dla mnie zbyt odjechane. Jednym uchem wpada, drugim wypada – podsumowała Tuula i odłożyła pędzel do makijażu. ‒ Skończyłam. Idziemy?
Hannele stała, wpatrując się w lustro.
‒ To do Luny niepodobne, żeby tak zniknąć, nie informując o tym Sussi – stwierdziła zmartwiona.
Tuula zmarszczyła czoło.
‒ To rzeczywiście niepokojące. Zadzwoń do Sussi i powiedz jej, żeby jutro skontaktowała się z policją i zgłosiła zaginięcie, jeśli nadal nie uda jej się skontaktować z Luną.
GISELA
Gisela odwróciła się, słysząc zbliżające się szybkie kroki. To Stefan próbował ją dogonić.
‒ Przepraszam za spóźnienie – powiedział zdyszany od szybkiego marszu, kiedy był już przy niej.
Wydawał się dziwnie czymś poruszony. Uciekał wzrokiem na boki, unikając jej spojrzenia.
‒ Czy coś się stało? – spytała Gisela.
Stefan raczej nigdy się nie spóźniał. Zwykle to Gisela przychodziła zziajana lub odwoływała spotkanie. Tym razem jednak to ona na niego czekała. Przez ponad kwadrans stała przed wielką pisanką na rynku, trzęsąc się z zimna. Nie odbierał telefonu, dlatego postanowiła pójść do restauracji bez niego.
‒ To tylko praca. Nic się nie martw – rzekł Stefan i pocałował ją w czubek nosa, a nie w usta, jak to zwykle robił.
Gisela uważnie mu się przyjrzała. Osobliwie się zachowywał. Wyglądał na wyjątkowo spiętego. Może po prostu było mu zimno?
‒ Chodźmy – zarządził Stefan ‒ żebyśmy nie spóźnili się jeszcze bardziej i nie zamarzli na śmierć.
Monica i jej najnowsza sympatia czekali w ustronnym miejscu przy stoliku we francuskim bistro. Kiedy Gisela i Stefan weszli do restauracji, Monica radośnie do nich pomachała, a mężczyzna siedzący obok niej wstał, by uścisnąć im dłonie.
‒ Cześć, jestem Torbjörn. Cieszę się, że w końcu mogę poznać przyjaciół Moniki – rzekł, odsuwając krzesło dla Giseli.
Torbjörn był po pięćdziesiątce, miał zadbaną brodę i najbłękitniejsze oczy, jakie Gisela w życiu widziała, oraz ciemne włosy przyprószone siwizną na skroniach. Innymi słowy, przystojny mężczyzna, który dodatkowo sprawiał wrażenie prawdziwego dżentelmena.
Stefan i Torbjörn od razu wdali się w dyskusję o piłce nożnej, a Monica skorzystała z okazji i zwróciła się do Giseli:
‒ No i co o nim myślisz?
‒ Wydaje się miły. Jak długo się znacie?
‒ Prawie dwa miesiące.
‒ Dwa miesiące?! Jak to możliwe, że o nim nie słyszałam?
Monica się zarumieniła.
‒ Naprawdę go lubię. Nie chciałam nic mówić, bo nie miałam pewności, czy on czuje to samo do mnie. Wiesz przecież, jak było w przypadku Mattiasa…
Ostatni raz, kiedy Monica zakochała się w mężczyźnie, skończyło się to tragicznie. Mattias był jedną z ofiar głośnych morderstw bożonarodzeniowych.
Gisela ścisnęła dłoń przyjaciółki.
‒ Podziwiam cię. Nie przestałaś wierzyć, że znajdziesz miłość.
‒ Torbjörn przedstawił mnie nawet swoim dzieciom.
‒ Brzmi obiecująco. Ile mają lat?
‒ Och, są dorośli i już dawno wyprowadzili się z domu. Jego córka ma nawet własne dzieci.
‒ To znaczy, że Torbjörn jest dziadkiem? – spytała Gisela z uśmiechem.
‒ Czy to dziwne, że wydaje mi się to seksowne?
‒ Ależ skąd. Ty mnie już chyba niczym nie zaskoczysz.
Dyskusja o piłce nożnej ucichła.
‒ O czym rozmawiacie? – zagaił Stefan.
‒ O niczym – odparła enigmatycznie Monica. ‒ Zamawiamy?
Torbjörn zatrzymał kelnera. Poprosili o zestaw dań dla czterech osób z oferty wielkanocnej. W menu najpierw był tatar z łososia, następnie polędwiczka jagnięca w sosie rozmarynowym i pieczonymi ziemniakami. Na koniec ‒ fondant czekoladowy, ulubiony deser Giseli. Cieszyła się, że w tej restauracji nie serwowano nowoczesnej wersji tradycyjnego fińskiego deseru wielkanocnego, mämmi, przyrządzanego z mąki żytniej i podawanego z cukrem i nieubitą śmietaną. Mimo wielu lat spędzonych w Vaasie nadal nie doceniała tego ukochanego przysmaku Finów.
Kiedy kelner się oddalił, Monica nagle zakryła usta dłonią.
‒ Ach! Zupełnie zapomniałam zapytać, jak poszło z tym programem dokumentalnym.
Gisela odchrząknęła.
‒ Ostatni dzień zdjęciowy był w poniedziałek. Nareszcie koniec.
‒ Kiedy premiera?
‒ Chyba jakoś w maju.
‒ Nie możemy tego przegapić. Musisz zrobić imprezę, jak wyemitują pierwszy odcinek! – wykrzyknęła entuzjastycznie Monica.
Gisela nie zaprotestowała, choć zdecydowanie nie planowała zapraszać do domu ani kolegów z pracy, ani innych znajomych, żeby oglądali przy niej, jak robi z siebie idiotkę w telewizji.
Podano przystawkę i przy stole zapadła cisza. Wszyscy delektowali się tatarem z łososia, perfekcyjnie zbalansowanym pod względem smaku ‒ kwaskowatym, a jednocześnie delikatnie tłustym.
Nagle Torbjörn pochylił się nad talerzem i wskazał głową w stronę Stefana.
‒ Już wiem, gdzie cię widziałem! – wykrzyknął.
‒ Nie sądzę, żebyśmy się spotkali, chyba że kiedyś trafiłeś na SOR. Tylu ludzi się przewija przez szpital, że rzadko ich pamiętam po wypisie.
‒ Nie, nie, poznaliśmy się na jednej imprezie. Wiedziałem, że cię skądś znam, jak tylko cię zobaczyłem, ale chwilę mi zajęło, zanim sobie przypomniałem skąd.
‒ Gdzie to było? – spytał Stefan z niepewną miną.
‒ Na grillu w Västervik, strasznie dawno temu, ale zapamiętałem cię, bo opowiadałeś historię o zabawnym zdarzeniu na SOR-ze. Chodziło o faceta, który zgłosił się z pęcherzami na stopach. Lekarz zalecił mu noszenie sandałów, dopóki pęcherze się nie zagoją, powiedział mu, żeby w drodze do domu zaszedł do sklepu obuwniczego. Byłem wtedy z Lindą.
‒ Lindą Vainio? Kuzynką Mikaeli? – spytał Stefan.
‒ Zgadza się – odparł triumfalnie Torbjörn, unosząc widelec.
Stefan niespokojnie wiercił się na krześle, zerkając na Giselę. Nie lubił rozmawiać przy niej o Mikaeli, która wcześniej była miłością jego życia. Początkowo oboje byli bardzo otwarci w kwestii swoich poprzednich związków, ale kiedy zaczęli myśleć o sobie poważnie, zawarli ciche porozumienie, żeby nie wspominać o Mikaeli i Martinie częściej, niż to absolutnie konieczne.
‒ Kiedy zerwaliście z Mikaelą? Myślałem, że chcieliście się pobrać.
‒ Nie widziałem jej od lat. Teraz jestem z Giselą – rzekł Stefan przesadnie ostrym tonem.
Położył rękę na oparciu jej krzesła, jakby na potwierdzenie swoich słów.
Uśmiech zniknął z twarzy Torbjörna, a przy stole dało się wyczuć lekkie napięcie. Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał.
‒ O, niosą główne danie! – wykrzyknął Stefan, wyraźnie odetchnąwszy z ulgą, że w końcu może przerwać krępującą ciszę.
Reszta kolacji przebiegła spokojnie, a rozmowy ograniczały się do bezpiecznych tematów: planów na Wielkanoc i seriali na Netfliksie.
