Polowanie na czarownice. Część 1 - Sara Önnebo - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Polowanie na czarownice. Część 1 ebook i audiobook

Sara Önnebo

3,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

36 osób interesuje się tą książką

Opis

Mieszkańcy malowniczej Ostrobotni przygotowują się do Świąt Wielkanocnych. Pogodną i beztroską atmosferę zaburza jednak makabryczne odkrycie. W dymiących popiołach ogniska leży bowiem zwęglone ciało kobiety. Jakby tego było mało, nazajutrz tubylcy odnajdują zwłoki kolejnych ofiar.

Gisela Forsell robi wszystko, by ująć sprawcę potwornych morderstw. Trudne śledztwo okazuje się mieć nieoczekiwane konsekwencje dla jej prywatnego życia…

„Polowanie na czarownice” to trzyczęściowa seria Sary Önnebo, autorki bestsellerowych kryminałów „Wszyscy jesteśmy martwi” i „Kiedy zapada zmierzch”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 206

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 4 godz. 43 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Bartosz Głogowski

Oceny
3,0 (3 oceny)
0
0
3
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
elakoza

Całkiem niezła

Ta zmiana narratora co dwie strony mnie zmęczyła. Dalszą część sobie daruję.
00
Lost70

Całkiem niezła

Taka sobie
00



Fragment

Ty­tuł: Po­lo­wa­nie na cza­row­nice. Część 1

Ty­tuł ory­gi­nału: Häxjak­ten 1

Prze­kład z ję­zyka szwedz­kiego: Ka­ro­lina Skiba

Co­py­ri­ght © Sara Ön­nebo, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt okładki: Da­mian Nie­wczyń­ski

Re­dak­cja: Ma­ria Za­jąc

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8076-674-6

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Gyl­den­dal Astra /Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

Po­nie­dzia­łek, 25 marca 2024 roku

LUNA

Dzień, w któ­rym po­rwano Lunę Mån­dot­ter, za­czął się jak każdy inny. Rano prze­pro­wa­dziła se­sję uzdra­wia­nia on­line, a po po­łu­dniu po­chło­nęły ją przy­go­to­wa­nia zwią­zane z ob­cho­dami zbli­ża­ją­cej się pełni Księ­życa.

Lunę roz­pie­rała duma, że jest cza­row­nicą, a wła­ści­wie wic­canką, jak wo­lały się na­zy­wać współ­cze­sne wiedźmy. Wy­wo­dziła się z rodu uta­len­to­wa­nych cza­row­nic, któ­rego ko­rze­nie się­gały wielu po­ko­leń wstecz, aż do końca sie­dem­na­stego wieku, kiedy do­szło do jed­nego z ostat­nich przy­pad­ków spa­le­nia na sto­sie ko­biety prak­ty­ku­ją­cej czary, Vil­hel­miny Måns­son.

O pół­nocy człon­ko­wie ko­wenu zwa­nego Krę­giem Księ­życa mieli od­pra­wić tra­dy­cyjną ce­re­mo­nię zwią­zaną z ce­le­bro­wa­niem pełni Księ­życa i jak zwy­kle było wiele do zro­bie­nia. Luna czuła się tro­chę ze­stre­so­wana. Nie po­tra­fiła od­na­leźć w so­bie spo­koju. Jako ar­cy­ka­płanka od­po­wia­dała za wszyst­kie za­kupy i pla­no­wa­nie. Ra­gnar, ar­cy­ka­płan Kręgu, był w tej kwe­stii zu­peł­nie bez­u­ży­teczny, ale przy­naj­mniej za­pew­niał im prze­strzeń do od­pra­wia­nia ry­tu­ałów i ce­le­bro­wa­nia świąt wic­cań­skich.

Na li­ście za­ku­pów Luny zna­la­zły się mię­dzy in­nymi ka­dzi­dła i świece oraz sól i woda do oczysz­cze­nia miej­sca i uczest­ni­ków Kręgu, a także wino na im­prezę po za­koń­cze­niu ce­re­mo­nii. Wino wy­da­wało się nie­mal naj­waż­niej­sze, przy­naj­mniej dla nie­któ­rych wic­can. Mu­siała też ku­pić nową tu­nikę, bo te, które miała, były już stare i znisz­czone. Bar­dzo chciała po­wi­tać peł­nię Księ­życa w peł­nej har­mo­nii wy­glądu i du­cha. Spa­ko­wała do ple­caka wszyst­kie ry­tu­alne ak­ce­so­ria: kie­lich, obo­sieczny szty­let i różdżkę. Ra­gnar obie­cał, że na­rą­bie drewna na pa­le­ni­sko w miej­scu ce­re­mo­nii i na całą noc do ko­minka w cha­cie po­zba­wio­nej od­po­wied­niej izo­la­cji. Po za­cho­dzie słońca tem­pe­ra­tura we­wnątrz spa­dała po­ni­żej zera.

Do ich ko­wenu do­łą­czyli nowi człon­ko­wie zwer­bo­wani przez Lunę, dla­tego mu­siała pa­mię­tać o spi­sa­niu prze­biegu ry­tu­ałów i wcze­śniej przed­sta­wić im wła­ściwą ko­lej­ność, żeby no­wi­cju­sze wie­dzieli, co ro­bić i mó­wić w róż­nych mo­men­tach ce­re­mo­nii.

Luna obej­rzała się, wy­cho­dząc z bu­dynku, w któ­rym miesz­kała ze swoją dziew­czyną Sussi. Nie mo­gła po­zbyć się wra­że­nia, że jest ob­ser­wo­wana. W ciągu mi­nio­nego ty­go­dnia wie­lo­krot­nie jej się wy­da­wało, że ktoś ją śle­dzi. Choć było to tylko prze­czu­cie, od na­ra­sta­ją­cego nie­po­koju prze­szły ją ciarki. Omio­tła wzro­kiem ulicę, nie za­uwa­żyła jed­nak nic szcze­gól­nego. Wzdłuż drogi stały sa­mo­chody, ruch uliczny to­czył się w na­tu­ral­nym tem­pie, piesi ku­lili się, chro­niąc przed lo­do­wa­tym wia­trem.

Luna stłu­miła nie­przy­jemne uczu­cie. Na­cią­gnęła czapkę na uszy. Na wie­trze sze­le­ściły ko­lo­rowe wstążki zdo­biące na­gie ga­łę­zie. Zie­mię na­dal po­kry­wała war­stwa śniegu. Cen­trum mia­sta było od­da­lone od miesz­ka­nia Luny rap­tem o kil­ka­set me­trów. We­szła do sklepu Alko i po kilku mi­nu­tach wy­szła z kar­to­nem wina. Prze­cięła Ho­vrät­t­se­spla­na­den i do­szła do rynku, po­środku któ­rego stała ol­brzy­mich roz­mia­rów pi­sanka, umiesz­czona tam naj­wy­raź­niej nie­dawno przez rad­nych mia­sta Va­asa. Kiedy Luna ostat­nio tędy prze­cho­dziła, jesz­cze go tam nie wi­działa. Mi­nęła grupkę dzieci po­dzi­wia­ją­cych tę de­ko­ra­cję. Mi­mo­wol­nie się uśmiech­nęła, sły­sząc, jak dziew­czynka z żół­tymi piór­kami we wło­sach pyta ko­goś, czy to jajko jest z cze­ko­lady.

Na­stęp­nie udała się do ga­le­rii han­dlo­wej Re­well. Za­trzy­mała się przed drzwiami ob­ro­to­wymi. Ro­zej­rzała się po rynku. Po­tarła kark, gła­dząc zje­żone na nim wło­ski. Nikt nie chce mnie skrzyw­dzić, to tylko wy­obraź­nia, prze­ko­ny­wała samą sie­bie i wró­ciła do za­ła­twia­nia swo­ich spraw, a miała ich jesz­cze kilka. Każde wy­ko­nane za­da­nie od­ha­czała z li­sty.

W skle­pach w ga­le­rii han­dlo­wej zna­la­zła wszystko, czego szu­kała. Po­zo­stało jej jesz­cze sporo czasu, żeby do­trzeć na miej­sce, skąd o szes­na­stej miała zo­stać ode­brana.

Ostatni raz się obej­rzała, po czym wy­szła na ry­nek, nio­sąc w obu rę­kach torby z za­ku­pami. Spoj­rzała w niebo. Było bez­chmurne, co do­brze wró­żyło wie­czor­nemu spo­tka­niu. Li­czyła, że uda im się w nocy wy­raź­nie zo­ba­czyć Księ­życ w pełni. Choć miała sporo do nie­sie­nia, po­sta­no­wiła pójść na miej­sce spo­tka­nia pie­szo. Nie miała da­leko. Poza tym spa­cer dałby jej czas na uspo­ko­je­nie i ze­bra­nie my­śli oraz zwi­zu­ali­zo­wa­nie wie­czor­nej ce­re­mo­nii.

Prze­nio­sła się w my­ślach na le­śną po­lanę, gdzie stała wraz z in­nymi człon­kami Kręgu Księ­życa, za­równo sta­rymi, jak i no­wymi. Utwo­rzyli ry­tu­alny krąg i wpa­try­wali się w ma­giczny Księ­życ w pełni na czar­nym noc­nym nie­bie. Po­nad nimi szu­miały ko­rony drzew, a pło­mie­nie świec tań­czyły wśród pni. Ogień w pa­le­ni­sku wy­rzu­cał iskry w po­wie­trze. Luna zwró­ciła się do Bo­gini, dzię­ku­jąc jej za wszystko oraz pro­sząc o bło­go­sła­wień­stwo i ob­da­ro­wa­nie mi­ło­ścią, zdro­wiem, ra­do­ścią i mą­dro­ścią. O ochronę przed wszel­kim złem. Mo­dliła się o po­moc w roz­woju oso­bi­stym i jako wic­canka.

Luna mi­nęła za­cu­mo­wany przy mo­ście sta­tek z re­stau­ra­cją Fa­ros, po czym ru­szyła w kie­runku wy­spy Va­sklot. Szła mo­stem pod wiatr, który z każdą chwilą przy­bie­rał na sile, twarz nie­mal jej drę­twiała.

Miała nie­od­parte wra­że­nie, że ktoś ją śle­dzi, ogar­niało ją co­raz sil­niej­sze prze­czu­cie, że wy­da­rzy się coś strasz­nego. Przy­sta­nęła i się ro­zej­rzała. Poza nią nie było tu in­nych prze­chod­niów. Po chwili wa­ha­nia skrę­ciła w boczną drogę pro­wa­dzącą z mo­stu na wy­spę Sandö. Nie wi­działa żad­nego sa­mo­chodu na du­żym par­kingu przy plaży. Osoba, z którą się umó­wiła, jesz­cze po nią nie przy­je­chała.

La­tem ten po­pu­larny te­ren re­kre­acyjny tęt­nił ży­ciem. Jed­nak o tej po­rze roku wy­spa wy­glą­dała jak wy­marła. Luna się za­sta­na­wiała, dla­czego chciał się z nią spo­tkać wła­śnie tu­taj. Wy­bór tego miej­sca wy­dał jej się dziwny. Spoj­rzała na ze­ga­rek. Po­zo­stało jesz­cze kilka mi­nut. Serce z pod­eks­cy­to­wa­nia biło jej co­raz szyb­ciej, jak zwy­kle, gdy zbli­żała się ce­re­mo­nia. Pra­gnęła jak naj­szyb­ciej znów być ze wspól­notą. Było w tym coś ma­gicz­nego, kiedy wszy­scy ra­zem stali w bla­sku bo­skiego Księ­życa, otwie­rali serca dla Matki Ziemi i czuli jed­ność z na­turą.

Luna do­świad­czyła wielu pełni Księ­życa, i za­wsze tak samo fa­scy­no­wała ją jego moc i ota­cza­jąca to wy­da­rze­nie aura ta­jem­ni­czo­ści. Zgod­nie z wie­rze­niami wic­can Bo­gini ob­ja­wiała się w trzech fa­zach Księ­życa, ko­lejno jako Dzie­wica, Matka i Sta­ru­cha. Luna uwa­żała, że Księ­życ sym­bo­li­zuje do­bro, choć z dru­giej strony miała świa­do­mość, że to ciało nie­bie­skie może rów­nież oży­wić złe moce.

Po­grą­żona w my­ślach nie­mal nie za­uwa­żyła sa­mo­chodu, który za­trzy­mał się obok niej. Ktoś sil­nymi rę­kami chwy­cił ją od tyłu, a do jej twa­rzy przy­ci­snął szmatkę na­są­czoną ja­kimś środ­kiem che­micz­nym. Wszystko wy­da­rzyło się bar­dzo szybko. Nie zdą­żyła za­re­ago­wać i na­gle zro­biło jej się ciemno przed oczami, a świat wo­kół niej znik­nął.

GI­SELA

Gi­sela gwał­tow­nym ru­chem od­pę­dziła ko­mara, który siadł na koł­nie­rzyku jej ko­szuli. Na­gra­nie wresz­cie do­bie­gło końca. Po­sta­no­wiła, że wię­cej nie wy­stąpi w do­ku­men­cie true crime. Nie­ważne, jak silną pre­sję wy­wrą na nią prze­ło­żeni, będą mu­sieli zna­leźć ko­goś in­nego, kto ze­chce udzie­lić wy­wiadu. Na przy­kład mo­gliby po­pro­sić Tu­ulę. W prze­ci­wień­stwie do Gi­seli uwiel­biała być w cen­trum uwagi. Zbrod­nie, do któ­rych do­szło ze­szłej je­sieni w okre­sie hal­lo­we­eno­wym, miały w so­bie wszyst­kie ele­menty, by przy­cią­gnąć żąd­nych sen­sa­cji wi­dzów, a ko­men­dant po­li­cji na­le­gał, żeby to wła­śnie Gi­sela, jako osoba od­po­wie­dzialna za śledz­two, wy­po­wie­działa się w tej spra­wie.

Pro­du­cent uniósł pa­lec wska­zu­jący i za­kre­ślił nim w po­wie­trzu małe kółko.

‒ Mamy to!

Roz­le­gły się po­je­dyn­cze, nie­mrawe okla­ski ekipy fil­mo­wej, które szybko uci­chły.

Pro­wa­dzący pro­gram wstał z tur­ku­so­wego ak­sa­mit­nego fo­tela i uści­snął dłoń Gi­seli.

‒ Dzię­ku­jemy, że ze­chciała pani po raz ko­lejny uczest­ni­czyć w na­szym pro­gra­mie. Otrzy­ma­li­śmy bar­dzo po­zy­tywny od­zew na te­mat pani wy­stą­pie­nia w fil­mie do­ku­men­tal­nym o mor­der­stwach bo­żo­na­ro­dze­nio­wych. Wi­dzo­wie po­strze­gają pa­nią jako sym­pa­tyczną i szczerą osobę. Uwa­żają rów­nież, że pani skań­ski dia­lekt jest cza­ru­jący. Miejmy na­dzieję, że czeka nas wię­cej in­te­re­su­ją­cych śledztw w spra­wie mor­derstw – rzekł, ob­da­rza­jąc ją olśnie­wa­ją­cym uśmie­chem pre­zen­tera.

Gi­sela jed­nak nie od­wza­jem­niła uśmie­chu. Uwa­żała bo­wiem za nie­smaczne wy­ko­rzy­sty­wa­nie ludz­kiego cier­pie­nia na po­trzeby roz­rywki i ża­ło­wała, że wzięła w tym udział.

Do po­miesz­cze­nia wszedł sta­ży­sta, pcha­jąc przed sobą wó­zek z tra­dy­cyj­nym szwedz­kim wiel­ka­noc­nym na­po­jem påsk­must w pla­sti­ko­wych kub­kach oraz mi­ską ob­la­nych cze­ko­ladą pia­nek w kształ­cie kur­czacz­ków.

‒ O, jak miło, tro­chę słod­ko­ści, żeby uczcić ko­lejną udaną pro­duk­cję. – Pro­du­cent roz­po­starł ręce z en­tu­zja­zmem god­nym dy­rek­tora cyrku, pre­zen­tu­ją­cego bra­wu­rowe akro­ba­cje na tra­pe­zie.

Z uwagi na suk­ces pierw­szej se­rii do­ku­men­tów pro­du­cenci mo­gli się bar­dziej po­sta­rać i po­czę­sto­wać go­ści czymś lep­szym niż na­pój bez­al­ko­ho­lowy i pianki, po­my­ślała Gi­sela. Mimo to nie od­mó­wiła. Po­sta­no­wiła chwilę zo­stać i po­roz­ma­wiać z po­zo­sta­łymi człon­kami ekipy fil­mo­wej. Na­stęp­nie prze­pro­siła wszyst­kich, tłu­ma­cząc, że musi iść, gdyż czeka na nią praw­dziwa praca w ko­mi­sa­ria­cie.

Kwa­drans póź­niej Gi­sela była z po­wro­tem w wy­dziale kry­mi­nal­nym. Czuła się lekko zdez­o­rien­to­wana, ile­kroć prze­kra­czała próg jed­nostki. Zimą bu­dy­nek po­li­cji prze­szedł grun­towny re­mont, mię­dzy in­nymi za­in­sta­lo­wano now­sze kom­pu­tery i wpro­wa­dzono otwartą prze­strzeń. Temu dru­giemu Gi­sela sprze­ci­wiała się od sa­mego po­czątku. Nikt jed­nak się tym nie prze­jął i nie słu­chał jej po­stu­la­tów w kwe­stii pry­wat­no­ści i spo­koju w pracy. Zda­niem firmy kon­sul­tin­go­wej, za­trud­nio­nej do opra­co­wa­nia kon­cep­cji, nowa aran­ża­cja prze­strzeni sprzy­jała ko­mu­ni­ka­cji mię­dzy ze­spo­łami i uła­twiała prze­pływ in­for­ma­cji.

Gi­sela prze­my­kała zyg­za­kiem mię­dzy biur­kami, co chwilę się za­trzy­mu­jąc, by od­po­wie­dzieć na py­ta­nia do­ty­czące na­gra­nia i wy­słu­chać ko­men­ta­rzy na te­mat swo­jego wy­glądu. Na­dal miała na twa­rzy pełny te­le­wi­zyjny ma­ki­jaż, a jej włosy ukła­dały się w de­li­katne fale, w ni­czym nie­przy­po­mi­na­jące pta­siego gniazda, z ja­kim zwy­kle cho­dziła. Wresz­cie do­tarła do swo­jego miej­sca pracy, gdzie znaj­do­wało się jej biurko, które od­gro­dziła od po­zo­sta­łych ru­cho­mymi ścian­kami dzia­ło­wymi, usi­łu­jąc za­pew­nić so­bie w tym ką­cie wię­cej pry­wat­no­ści. Była ona jed­nak tylko po­zorna. Je­śli na­prawdę chciało się pra­co­wać w spo­koju, na­le­żało za­ło­żyć słu­chawki z re­duk­cją szu­mów. Żeby zaś omó­wić po­ufne in­for­ma­cje, trzeba było za­re­zer­wo­wać znaj­du­jące się po­środku biura, oszklone dźwię­kosz­czelne po­miesz­cze­nie, albo ka­binę, jak je wszy­scy na­zy­wali.

Gi­sela gło­śno wes­tchnęła, czy­ta­jąc pod­su­mo­wa­nie ich naj­now­szej sprawy. Grupa mło­dych męż­czyzn – po zde­cy­do­wa­nie zbyt wielu drin­kach wy­pi­tych pod­czas wie­czoru ka­wa­ler­skiego – uznała, że do­brym po­my­słem bę­dzie zor­ga­ni­zo­wa­nie praw­dzi­wego po­lo­wa­nia na wiel­ka­nocne za­jące. Pa­no­wie za­brali ze sobą strzelby i udali się do lasu strze­lać do nie­win­nych zwie­rząt. Praw­dzi­wych, ta­kich, które można było po­dać na wiel­ka­nocny obiad. Nie dość, że se­zon po­lo­wań na sza­raki w tym roku już się skoń­czył, to na do­da­tek je­den z męż­czyzn przy­pad­kowo po­strze­lił przy­szłego pana mło­dego. Wódka, broń i fa­ceci bu­zu­jący te­sto­ste­ro­nem rzadko two­rzyli udane po­łą­cze­nie. Gi­sela przy­dzie­liła sprawę Li­nu­sowi.

Wyj­rzała przez ścianki dzia­łowe, by za­py­tać Li­nusa o ak­tu­alne in­for­ma­cje na te­mat stanu ran­nego męż­czy­zny. Kiedy ostat­nio roz­ma­wiali o tej spra­wie, po­szko­do­wany prze­by­wał na od­dziale in­ten­syw­nej te­ra­pii. Oba­wiała się, że wy­pa­dek trzeba bę­dzie po­trak­to­wać jako sprawę o za­bój­stwo lub nie­umyślne spo­wo­do­wa­nie śmierci. Krze­sło Li­nusa stało pu­ste. Gi­sela przy­po­mniała so­bie, że wy­szedł wcze­śniej, by ode­brać bliź­nia­ków z przed­szkola, mimo że w tym ty­go­dniu dzieci były pod opieką Jo­se­fin.

LI­NUS

Kiedy Li­nus wszedł do przed­szkola, przy­ję­cie wiel­ka­nocne w gru­pie Bie­dro­nek trwało w naj­lep­sze. Cze­kał w szatni wraz z dwoj­giem in­nych ro­dzi­ców wpa­trzo­nych w ko­mórki. Ze świe­tlicy do­cho­dziły ra­do­sne głosy dzieci. Bliź­niacy przez cały po­przedni ty­dzień bez prze­rwy roz­ma­wiali o tym dniu. Naj­pierw mieli ma­lo­wać pi­sanki, po­tem zjeść wiel­ka­nocne cia­sto upie­czone przez przed­szko­laki. Zgod­nie z tra­dy­cją uro­czy­stość za­koń­czyła się tań­cem wo­kół wiel­ka­noc­nych ga­łą­zek, które dzieci ze­brały na przed­szkol­nym po­dwórku i ozdo­biły wła­sno­ręcz­nie wy­ko­na­nymi de­ko­ra­cjami. Malte i Max cho­dzili w kółko, śpie­wa­jąc różne pio­senki z wy­my­ślo­nymi tek­stami zwią­za­nymi z Wiel­ka­nocą do me­lo­dii po­pu­lar­nych dzie­cię­cych utwo­rów. Wy­cho­wawcy byli na­prawdę kre­atywni. Li­nu­sowi tak te wiel­ka­nocne przy­śpiewki utkwiły w gło­wie, że zła­pał się w pracy na tym, jak je nuci.

W sali dzieci śpie­wały na całe gar­dło za­baw­nie zmie­nioną wer­sję zna­nej ko­lędy. Kiedy uci­chły ostat­nie dźwięki, tłum wy­buch­nął okla­skami i okrzy­kami ra­do­ści.

Jedna z opie­ku­nek gło­śno za­gwiz­dała, by prze­bić się przez gwar i po­now­nie przy­cią­gnąć uwagę przed­szko­la­ków.

‒ Dzieci, które nie idą do domu po przy­ję­ciu wiel­ka­noc­nym, mogą wyjść na dwór się po­ba­wić i tam po­cze­kać na ro­dzi­ców.

Po chwili do szatni wbie­gło kil­ka­na­ścioro pod­eks­cy­to­wa­nych ma­lu­chów i za­częło za­kła­dać kurtki i spodnie prze­ciw­desz­czowe. Malte i Max ze śla­dami po far­bach na rę­kach, ubra­niach i twa­rzach jed­no­cze­śnie rzu­cili się na Li­nusa z taką siłą, że o mało go nie prze­wró­cili.

‒ Do­brze się ba­wi­li­ście? – spy­tał.

‒ Ta­aak! – krzyk­nęli chó­rem bliź­niacy i kil­koro in­nych dzieci.

Wy­cho­waw­czyni prze­brana za kur­czaka za­raz do­łą­czyła do przed­szko­la­ków, by po­móc naj­młod­szym się ubrać.

‒ Je­dziemy do domu – rzekł Li­nus.

‒ Czy to ty­dzień z mamą czy z tobą? – za­sta­na­wiał się Malte.

‒ Z mamą. Od­wiozę was do domu. Mama już tam na was czeka.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej Li­nus za­trzy­mał się w dziel­nicy Gamla Vasa przed czer­wo­nym drew­nia­nym do­mem, który ku­pił wraz z Jo­se­fin, gdy się do­wie­dzieli, że jest w ciąży z La­ilą, naj­star­szą z ich czworga dzieci. Bliź­niacy ra­do­śnie wy­sko­czyli z sa­mo­chodu i po­bie­gli do drzwi wej­ścio­wych, gdzie cze­kała na nich mama z wy­cią­gnię­tymi ra­mio­nami. Uści­skała syn­ków, po czym chłopcy prędko wśli­zgnęli się do środka.

‒ Cześć – przy­wi­tał się Li­nus.

‒ Cześć – od­parła Jo­se­fin.

‒ Czy La­ila i Harri są w domu?

Kiedy nie był z dziećmi, tę­sk­nił za nimi tak bar­dzo, że pę­kało mu serce.

‒ Nie, nie­stety. Harri jest u ko­legi, a La­ila pro­sto po szkole miała iść na tre­ning pły­wacki. Nie­długo po nią po­je­dziemy – wy­ja­śniła Jo­se­fin, spo­glą­da­jąc na ze­ga­rek.

‒ Może chcesz, że­bym ode­brał La­ilę i od­wiózł ją do domu? W ten spo­sób nie bę­dziesz mu­siała za­bie­rać ze sobą Mal­tego i Maxa.

‒ Dzię­kuję, to miło z two­jej strony, ale już ode­bra­łeś bliź­nia­ków z przed­szkola, mimo że to mój ty­dzień z dziećmi.

‒ To ża­den kło­pot. To są też moje dzieci. Lu­bię spę­dzać z nimi czas.

Jo­se­fin skrzy­żo­wała ręce na piersi.

‒ Na­prawdę? Ina­czej to wy­glą­dało, kiedy miesz­ka­li­śmy ra­zem. Wo­la­łeś pra­co­wać, niż spę­dzać czas z ro­dziną.

Li­nus ugryzł się w ję­zyk.

‒ Pro­szę, Jo­se­fin, nie kłóćmy się te­raz o to. Wiem, że nie by­łem naj­lep­szym oj­cem, ale ko­cham na­sze dzieci… I ko­cham cie­bie.

Wstrzy­mał od­dech, cze­ka­jąc na od­po­wiedź Jo­se­fin, która w tym mo­men­cie luźno opu­ściła ręce wzdłuż ciała.

‒ Nie za­czy­naj znowu. Po­trze­buję wię­cej czasu.

Li­nus chciał za­py­tać, ile do­kład­nie czasu jej po­trzeba, ale wie­dział, że le­piej tego nie ro­bić.

‒ Spo­koj­nie, po­cze­kam – od­parł, usi­łu­jąc nie oka­zać fru­stra­cji.

Se­pa­ra­cja była po­my­słem Jo­se­fin. Li­nus nie miał nic do po­wie­dze­nia. Choć miało to być tylko tym­cza­sowe roz­wią­za­nie, z każ­dym dniem ro­sły w nim obawy, że prze­ro­dzi się to w coś trwa­łego.

Twarz Jo­se­fin zła­god­niała.

‒ Po­my­śla­łam, że w so­botę mo­gli­by­śmy po­je­chać ra­zem, całą ro­dziną, na ogni­sko wiel­ka­nocne do Kråklundy. O ile nie masz in­nych pla­nów, oczy­wi­ście.

‒ Bar­dzo chęt­nie ‒ ucie­szył się Li­nus, czu­jąc, że na­dzieja, którą utra­cił, ożyła w nim na nowo.

Uczu­cie to to­wa­rzy­szyło mu przez całą drogę po­wrotną, lecz znik­nęło, gdy tylko prze­kro­czył próg nie­wiel­kiego miesz­ka­nia w po­łu­dnio­wej czę­ści Va­asy, w któ­rym miesz­kał na zmianę z Jo­se­fin. Co drugi ty­dzień, kiedy Jo­se­fin opie­ko­wała się dziećmi w domu w Gamla Vasa, Li­nus wpro­wa­dzał się tu­taj. Na­stęp­nie prze­no­sił się do ich willi. Ce­lem ta­kiego układu było po­zo­sta­wie­nie dzieci w ich do­tych­cza­so­wym domu. To rów­nież wy­my­śliła Jo­se­fin. Sły­szała, że nowy trend w roz­wo­dach, zwany pie­czą gniaz­dową czy z an­giel­skiego bird­ne­sting, sta­no­wił do­bre roz­wią­za­nie na pro­ces przej­ściowy – z my­ślą o po­trze­bach dzieci.

Li­nus za­sta­na­wiał się, do czego ma pro­wa­dzić ten pro­ces przej­ściowy. Gdyby to on de­cy­do­wał, wszy­scy miesz­ka­liby cały czas ra­zem w jed­nym domu.

LUNA

Czuła każdy mię­sień, głowa tęt­niła bó­lem. Ręce miała zwią­zane za ple­cami. Sznur wbi­jał się w nad­garstki. Ko­pała i rzu­cała się w każdą stronę, usi­łu­jąc się uwol­nić. Jed­nak trzy­ma­jący ją roz­wście­czeni męż­czyźni oka­zali się zbyt silni. Za­kryli jej głowę, przez co nic nie wi­działa i od­dy­chała z tru­dem. Nie miała po­ję­cia, gdzie jest ani do­kąd ją za­bie­rają. Wie­działa tylko, że nie wyj­dzie z tego żywa.

Na­gle po­ry­wa­cze ją pu­ścili, a wtedy nogi się pod nią ugięły i za­częła się chwiać na boki, le­dwo utrzy­mu­jąc rów­no­wagę.

‒ Cza­row­nica musi umrzeć – wy­sy­czał jej wtem do ucha oprawca wście­kłym gło­sem.

Ktoś mocno po­pchnął ją w plecy i prze­wró­ciła się na zie­mię.

Wpa­dła w bez­denną ot­chłań. Spa­da­jące ciało wy­da­wało się nie­waż­kie. Ból ustą­pił. My­śli ode­rwały się od rze­czy­wi­sto­ści. Cze­kała, aż ude­rzy o zie­mię, ale upa­dek nie na­stą­pił.

Luna usia­dła, ciężko dy­sząc. Znów miała kosz­mar. Sny o jej przod­kini Vil­hel­mi­nie Måns­son stały się w ostat­nich dniach in­ten­syw­niej­sze. Ko­bieta zo­stała stra­cona na Häxber­get, Gó­rze Cza­row­nic, w pro­win­cji Ån­ger­man­land dwu­dzie­stego marca ty­siąc sześć­set sie­dem­dzie­sią­tego szó­stego roku, w naj­święt­szy dzień w roku, kiedy na­stę­puje rów­no­waga mię­dzy ciem­no­ścią a świa­tłem. We­dług ro­dzin­nej le­gendy Vil­hel­mi­nie za­rzu­cono za­bra­nie dzieci i wnu­ków na sa­bat cza­row­nic do Blåkulli, gdzie mieli uczest­ni­czyć w dia­bel­skiej uczcie. Jej są­sia­dów i ro­dzinę zo­stali zmu­szeni, by ze­zna­wać prze­ciwko niej pod groźbą tor­tur. Je­den za­wistny krewny oskar­żył Vil­hel­minę o czary. Przod­kini Luny była wdową, a krewny chciał prze­jąć go­spo­dar­stwo, które odzie­dzi­czyła po mężu. W tam­tych cza­sach czary uzna­wano za naj­gor­sze prze­stęp­stwo, ja­kiego mo­gła się do­pu­ścić ko­bieta, a oskar­żoną nie­mal za­wsze pa­lono na sto­sie. Vil­hel­mina za­prze­czyła za­rzu­tom o prak­ty­ko­wa­nie cza­rów i spół­ko­wa­nie z dia­błem. Wtedy pod­dano ją pró­bie wody. Mó­wiono, że cza­row­nice nie toną, po­nie­waż wy­rze­kły się chrztu. Łowca cza­row­nic i jego po­moc­nicy zwią­zali Vil­hel­mi­nie ręce za ple­cami i wrzu­cili ją do rzeki. Ko­bieta prze­żyła próbę, jed­nak wów­czas spa­lono ją na sto­sie po uprzed­nim ścię­ciu głowy.

Luna, wciąż oszo­ło­miona po kosz­mar­nym śnie, prze­su­nęła dło­nią po karku, jakby chciała się upew­nić, że głowa na­dal trzyma się szyi. Na dru­giej ręce miała kaj­danki przy­pięte krót­kim łań­cu­chem do wez­gło­wia łóżka. Luna bez prze­ko­na­nia po­cią­gnęła za łań­cuch.

Naj­pierw pró­bo­wała się uwol­nić. Szar­pała za łań­cuch, ko­pała w łóżko i dra­pała ścianę, aż po­ła­mała wszyst­kie pa­znok­cie, a palce po­kryły się krwią. Te­raz stra­ciła już wolę walki.

Po­miesz­cze­nie, w któ­rym się znaj­do­wała, było małe i bez okien. Le­żała na dol­nej pry­czy pię­tro­wego łóżka z me­ta­lową ramą przy­krę­coną do ściany. Z su­fitu zwi­sała goła ża­rówka da­jąca słabe świa­tło. Łań­cuch był na tyle długi, że Luna mo­gła do­się­gnąć dru­giej ściany w tym wą­skim po­koju, nie da­wała jed­nak rady dojść do drzwi. W ką­cie stało wia­dro, gdzie mo­gła za­ła­twiać swoje po­trzeby, a na pod­ło­dze ktoś zo­sta­wił bu­telkę wody. Się­gnęła po nią i choć mę­czyło ją pra­gnie­nie, wzięła tylko kilka ły­ków. Bała się, że jak woda się skoń­czy, nikt wię­cej nie do­nie­sie. Opa­dła z po­wro­tem na łóżko. Po­czuła ogromne osła­bie­nie. Po­nie­waż nie było okien, nie miała po­ję­cia, która jest go­dzina, czy jest dzień, czy noc.

Po­now­nie za­mknęła oczy i od­mó­wiła po ci­chu mo­dli­twę do Bo­gini. Pró­bo­wała się od­prę­żyć i oczy­ścić umysł ze wszyst­kich zmar­twień. Wy­obra­ziła so­bie Księ­życ w pełni, świe­cący ja­sno na czar­nym nie­bie. Sku­piła się na od­de­chu, mimo że nie była w sta­nie go kon­tro­lo­wać. Kurz i pleśń w celi utrud­niały od­dy­cha­nie. Łóżko aż się za­trzę­sło, kiedy do­stała ostrego ataku kaszlu. Pra­gnęła po­czuć, jak ener­gia prze­pływa przez jej ciało, lecz miała wręcz wra­że­nie, że we­wnętrzna moc po­woli ją opusz­cza. Otwo­rzyła oczy i ro­zej­rzała się po ciem­nej prze­strzeni, gdzie cie­nie tań­czyły na ścia­nach w mi­go­czą­cym świe­tle ża­rówki. Peł­nia Księ­życa sym­bo­li­zuje śmierć, po­my­ślała po­nuro.

Nie wie­rzyła, że uda jej się wyjść stąd cało.

Wielki Czwar­tek, 28 marca 2024 roku

MI­KA­ELA

Mały ró­żowy ple­cak le­żał już spa­ko­wany. Saga była ubrana i go­towa do wyj­ścia do przed­szkola. Mi­ka­ela po raz ostatni spraw­dziła, czy za­brała wszyst­kie rze­czy po­trzebne na za­ję­cia pla­styczne w przed­szkolu, na które za­pro­szono ro­dzi­ców: rolkę pa­pieru to­a­le­to­wego, pa­tyczki do lo­dów, kłę­bek sta­rej zie­lo­nej włóczki i słoik. Chciała uczest­ni­czyć w warsz­ta­tach, ale tym ra­zem nie mo­gła się ze­rwać z pracy. Po po­łu­dniu w bi­blio­tece za­pla­no­wano spo­tka­nie au­tor­skie, a ona miała je mo­de­ro­wać.

Zo­sta­wiła Sagę w rę­kach kom­pe­tent­nych wy­cho­waw­ców i udała się do bi­blio­teki miej­skiej, gdzie od po­nad dzie­się­ciu lat pra­co­wała jako bi­blio­te­karka. Zwy­kle zo­sta­wiała sa­mo­chód obok przed­szkola córki, by nie tra­cić czasu na szu­ka­nie miej­sca par­kin­go­wego w cen­trum mia­sta, i szła pie­szo do pracy. Nie miała da­leko.

Chod­nik był śli­ski. Mu­siała ostroż­nie sta­wiać kroki w wy­so­kich ob­ca­sach, żeby się nie prze­wró­cić. Choć dni były co­raz dłuż­sze, wio­sna wy­da­wała się od­le­gła. Mi­ka­ela jesz­cze raz owi­nęła się sza­li­kiem wo­kół szyi i wy­jęła rę­ka­wiczki z kie­szeni. Za­nim je wło­żyła, upu­ściła jedną z nich na zie­mię. Kiedy się schy­liła, by ją pod­nieść, do­strze­gła sa­mo­chód ja­dący tuż za nią ‒ ten sam, który rano stał przed jej do­mem. Po­ru­szał się po­woli, mimo że droga była nie­mal pu­sta. W ciągu ostat­nich dni wi­działa to auto kil­ka­krot­nie, nie miała co do tego wąt­pli­wo­ści. Znów ogar­nęło ją nie­przy­jemne uczu­cie.

Ro­zej­rzała się. Poza star­szą pa­nią z psem, która wła­śnie skrę­cała za róg, w po­bliżu nie było ży­wej du­szy.

Mi­ka­ela przy­spie­szyła kroku. Sa­mo­chód rów­nież zwięk­szył pręd­kość. Od­wró­ciła lekko głowę, pró­bu­jąc do­strzec ta­blicę re­je­stra­cyjną. Ostat­nim ra­zem za­pa­mię­tała cy­fry i li­tery. Było to rze­czy­wi­ście to samo auto.

Już pra­wie ją do­go­niło. Je­chało tak bli­sko, że przez lekko przy­ciem­niane szyby wi­działa syl­wetkę kie­rowcy. Opu­ścił szybę. To, co zo­ba­czyła, zmro­ziło jej krew w ży­łach. Męż­czy­zna miał ko­mi­niarkę za­kry­wa­jącą nie­mal całą twarz, a na rę­kach czarne rę­ka­wiczki.

Serce po­de­szło jej do gar­dła.

Nie mo­gła po­zwo­lić, by ogar­nęła ją pa­nika. Praw­do­po­dob­nie prze­sa­dzała. Na­oglą­dała się w te­le­wi­zji za dużo fil­mów z ga­tunku true crime. Va­asa było ma­łym mia­stem. Czę­sto wpa­dało się na zna­jo­mych. Wi­dy­wało się te same sa­mo­chody.

Być może kie­rowca chciał tylko za­py­tać ją o drogę? Wo­lała jed­nak nie ry­zy­ko­wać.

Szybko skrę­ciła w jed­no­kie­run­kową ulicę, dzięki czemu czarny sa­mo­chód nie mógł za nią po­je­chać. Pra­wie bie­gła. Z tru­dem ła­pała od­dech i co chwilę zer­kała za sie­bie. Bu­dynki sta­wały się co­raz mniej wy­raźne, drzewa i krzewy zle­wały się ze sobą.

Wy­grze­bała z to­rebki te­le­fon, by mieć go pod ręką na wy­pa­dek, gdyby mu­siała we­zwać po­moc.

Kiedy do­tarła do skrzy­żo­wa­nia na końcu ulicy, sta­nęła jak wryta.

Czarne auto cze­kało na nią na rogu.

Od­wró­ciła się i pu­ściła bie­giem w prze­ciw­nym kie­runku.

SUSSI

Stu­kot jej ob­ca­sów po błysz­czą­cej pod­ło­dze roz­brzmie­wał w hali od­lo­tów lot­ni­ska Ar­landa. Ro­sły męż­czy­zna w ko­szulce pił­kar­skiej wszedł pro­sto na nią. Upu­ściła te­le­fon, który po­to­czył się kilka me­trów po po­sadzce. Fa­cet na­wet nie przy­sta­nął, żeby prze­pro­sić, tylko szedł da­lej w kie­runku wyj­ścia, cią­gnąc za sobą dużą wa­lizkę na kół­kach. Sussi ode­tchnęła z ulgą, wi­dząc, że urzą­dze­nie się nie ze­psuło. Znowu wy­brała nu­mer Luny, chyba po raz setny od po­nie­działku, ale te­raz dziew­czyna także nie ode­brała.

Sussi spę­dziła cały ty­dzień w biu­rze w Sztok­hol­mie, pra­cu­jąc nad wspól­nym pla­nem ko­mu­ni­ka­cji dla no­wego pro­jektu, który firma miała je­sie­nią wpro­wa­dzić w kra­jach nor­dyc­kich. Oprócz niej byli tam rów­nież spe­cja­li­ści do spraw ko­mu­ni­ka­cji z Oslo, Malmö, Rey­kja­viku i Ko­pen­hagi. Ze­spół pra­co­wał ca­łymi dniami, a wie­czo­rami od­by­wały się ko­la­cje i inne wy­da­rze­nia fir­mowe, w któ­rych Sussi mu­siała uczest­ni­czyć. Do­piero te­raz mo­gła wy­je­chać ze Sztok­holmu. Wła­ści­wie tego wie­czoru też miała pójść na ko­la­cję zor­ga­ni­zo­waną przez firmę z oka­zji świąt wiel­ka­noc­nych. By­łaby to do­bra oka­zja do omó­wie­nia stra­te­gii pro­duk­to­wej z pre­ze­sem. Sussi jed­nak zre­zy­gno­wała, tłu­ma­cząc, że musi wcze­śniej wró­cić do domu ze wzglę­dów ro­dzin­nych.

Miała na­dzieję, że Lu­nie nic się nie stało.

Ko­lejka do kon­troli bez­pie­czeń­stwa wiła się bez końca i po­su­wała bar­dzo wolno. Wielu lu­dzi wy­bie­rało się na Wiel­ka­noc do swo­ich bli­skich. Sussi prze­kli­nała w du­chu, gdy utknęła za dużą ro­dziną ob­ła­do­waną ba­ga­żami. Miała wra­że­nie, że mi­nęły całe wieki, za­nim wszyst­kie wa­lizki dzieci od­je­chały na ta­śmo­ciągu i wresz­cie mo­gła po­ło­żyć na nim swój lap­top i torbę po­dróżną. Już wcze­śniej przy­go­to­wała się do kon­troli, zdjęła kurtkę i wy­jęła pla­sti­kową to­rebkę z ko­sme­ty­kami. Gdy tylko zgar­nęła swoje rze­czy z ta­śmy, po­now­nie za­dzwo­niła do Luny.

Tym ra­zem też ode­zwała się poczta gło­sowa. Sussi po­czuła na­ra­sta­jący nie­po­kój. Choć Luna czę­sto cho­dziła z głową w chmu­rach, za­zwy­czaj można się było z nią bez trudu skon­tak­to­wać. Mi­nęło już kilka dni, od kiedy ostat­nio roz­ma­wiały. Obawy Sussi przy­brały na sile.

Cho­dziła tam i z po­wro­tem przy bramce, cze­ka­jąc na wej­ście na po­kład sa­mo­lotu, i omal nie stra­ciła pa­no­wa­nia nad sobą, gdy się oka­zało, że lot jest opóź­niony z po­wodu pro­ble­mów tech­nicz­nych.

Przez całą po­dróż do Va­asy my­ślała tylko o Lu­nie. I o tym, że pew­nie coś jej się stało.

LI­NUS

W dro­dze na ko­mi­sa­riat Li­nus za­je­chał do szpi­tala cen­tral­nego w Va­asie, by za­mie­nić kilka słów z po­strze­lo­nym pa­nem mło­dym, za­nim po­szko­do­wany do­sta­nie wy­pis. Kiedy wszedł do sali, młody męż­czy­zna sie­dział na łóżku. Był pół­nagi i miał duży opa­tru­nek na klatce pier­sio­wej. Za­schnięta krew za­bar­wiła ban­daż na rdza­wo­brą­zowy ko­lor.

‒ Jak się pan czuje? – spy­tał Li­nus.

‒ Ja świet­nie, moja na­rze­czona ma się go­rzej. Jest wście­kła na mo­ich kum­pli. Uważa, że to ich wina, że mu­sie­li­śmy prze­ło­żyć ślub – wy­tłu­ma­czył przy­szły pan młody.

‒ W su­mie ma ra­cję – stwier­dził po­li­cjant, który wy­obra­ził so­bie, jak Jo­se­fin za­re­ago­wa­łaby w po­dob­nej sy­tu­acji. ‒ Wy­bra­li­ście już nową datę?

‒ Ślub od­bę­dzie się je­sie­nią.

‒ Może na­stęp­nym ra­zem niech pan so­bie od­pu­ści wie­czór ka­wa­ler­ski – za­su­ge­ro­wał Li­nus.

Męż­czy­zna się za­śmiał, ale za­raz prze­rwał, gdy ból w klatce pier­sio­wej dał o so­bie znać. Skrzy­wił się i zmru­żył oczy.

‒ Pew­nie tak bę­dzie naj­le­piej – zgo­dził się. ‒ My­ślę, że moja na­rze­czona sama wy­cią­gnę­łaby strzelbę, gdy­bym znowu wpadł na ten po­mysł.

Li­nus się uśmiech­nął.

‒ Przy­je­cha­łem tu­taj, żeby za­py­tać, czy chciałby pan wnieść oskar­że­nie prze­ciwko oso­bie, która pana po­strze­liła.

‒ Nie. To był wy­pa­dek. Praw­do­po­dob­nie sam je­stem so­bie wi­nien. To ja chcia­łem po­lo­wać na praw­dzi­wego za­jąca.

‒ Do­brze, wo­bec tego za­mkniemy do­cho­dze­nie.

Przy­szły żon­koś ski­nął głową.

‒ W ta­kim ra­zie ży­czę szyb­kiego po­wrotu do zdro­wia. I na­stęp­nym ra­zem pro­szę ostroż­niej ob­cho­dzić się z bro­nią – rzekł Li­nus i wy­szedł na ko­ry­tarz.

Jedna z pie­lę­gnia­rek pchała wó­zek in­wa­lidzki z wą­tłym sta­rusz­kiem. Le­karz po­cie­szał młodą ko­bietę, naj­wy­raź­niej tuż po prze­ka­za­niu jej złych wie­ści. Li­nus szybko się stam­tąd od­da­lił. Nie lu­bił szpi­tali. Po­nie­waż miał czworo dzieci, które z róż­nych po­wo­dów cią­gle tra­fiały na po­go­to­wie, po­byt w szpi­talu ko­ja­rzył mu się z po­czu­ciem sil­nego lęku i bez­rad­no­ści.

Na par­te­rze pra­wie wpadł na Ste­fana, no­wego chło­paka Gi­seli. Choć chyba już nie tak no­wego. Ste­fan i Gi­sela spo­ty­kali się od prze­szło pół roku i, z tego, co Li­nus się orien­to­wał, ich zwią­zek sta­wał się co­raz po­waż­niej­szy. Mar­tin, mąż Gi­seli, kilka lat wcze­śniej zmarł na raka. Li­nus go nie po­znał, jed­nak wi­dział, że bar­dzo prze­żyła jego śmierć. Tu­ula opo­wia­dała, że kiedy Mar­tin żył, Gi­sela była zu­peł­nie inną osobą, i od­kąd po­ja­wił się Ste­fan, ta dawna Gi­sela po­woli wra­cała.

‒ Cześć, Ste­fan ‒ przy­wi­tał się Li­nus.

Pie­lę­gniarz aż pod­sko­czył, spo­glą­da­jąc na Li­nusa w taki spo­sób, jakby nie miał po­ję­cia, kim on jest, mimo że już wie­lo­krot­nie się spo­tkali.

‒ Ach, Li­nus! – ode­zwał się w końcu. ‒ Nie po­zna­łem cię! Ni­gdy nie wi­dzia­łem cię w mun­du­rze. Wy­bacz mi.

‒ Wszystko w po­rządku?

Ste­fan spra­wiał wra­że­nie bar­dzo za­bie­ga­nego.

‒ Tak, tak. Po pro­stu mamy lek­kie urwa­nie głowy. Nie­stety nie mam czasu, żeby po­ga­dać. Mu­szę le­cieć – od­parł, po czym szybko się od­da­lił.

Nie skrę­cił jed­nak w stronę od­działu ra­tun­ko­wego, gdzie pra­co­wał, tylko prze­szedł przez hol i wy­szedł na par­king.

Li­nus uniósł brwi w zdzi­wie­niu, ale nie za­sta­na­wiał się dłu­żej nad dziw­nym za­cho­wa­niem Ste­fana.

MI­KA­ELA

W pracy Mi­ka­ela ochło­nęła i nie czuła już pa­niki. Co­raz bar­dziej była prze­ko­nana, że po pro­stu uro­iła so­bie po­ranne wy­da­rze­nia. Od­bie­ra­nie ksią­żek i po­ga­wędki z in­nymi pra­cow­ni­kami bi­blio­teki po­zwo­liły jej nie­mal za­po­mnieć o tym strasz­nym do­świad­cze­niu. Rano przy­szła tu cała klasa, by wy­brać książki do czy­ta­nia na lek­cji ję­zyka szwedz­kiego. Mi­ka­ela py­tała dzieci o ich za­in­te­re­so­wa­nia i o to, co lu­bią ro­bić w wol­nym cza­sie, żeby po­le­cić im lek­tury, które jej zda­niem mo­głyby im się spodo­bać. Po po­łu­dniu za­brała się za przy­go­to­wa­nia do wi­zyty pi­sa­rza. Sala nie była uży­wana od czasu, gdy lo­kalny we­te­ry­narz od­wie­dził bi­blio­tekę, by po­roz­ma­wiać o tym, jak naj­le­piej dbać o czwo­ro­noż­nych człon­ków ro­dziny. Wy­rzu­ciła stos ulo­tek po tym spo­tka­niu i wy­ło­żyła nowe z in­for­ma­cjami o dzi­siej­szym go­ściu. Po­po­łu­dnie mi­nęło szybko i za­nim się spo­strze­gła, ści­skała dłoń za­pro­szo­nego au­tora, bro­da­tego pana w twe­edo­wej ma­ry­narce. Po­dob­nie jak w po­przed­nich książ­kach, ak­cja jego naj­now­szej po­wie­ści hi­sto­rycz­nej roz­gry­wała się pod­czas fiń­skiej wojny do­mo­wej. Wojna, zwana rów­nież wojną o wol­ność, roz­po­częła się pięt­na­stego maja ty­siąc dzie­więć­set osiem­na­stego roku i to­czyła po­mię­dzy si­łami „czer­wo­nych”, so­cja­li­stów, i „bia­łych”, kon­ser­wa­tyw­nych ugru­po­wań wspie­ra­ją­cych rzą­dzący se­nat.

Na sali sie­działo kilku eme­ry­to­wa­nych woj­sko­wych i dzien­ni­ka­rzy kul­tu­ral­nych, a także przy­ja­ciele i ro­dzina pi­sa­rza. Roz­mowa z au­to­rem była in­te­re­su­jąca, a pu­blicz­ność za­da­wała wiele py­tań.

Kiedy ostat­nia książka zo­stała pod­pi­sana, Mi­ka­ela za­częła sprzą­tać krze­sła. Jedna z bi­blio­te­ka­rek za­ofe­ro­wała, że po­może.

‒ Udało się? – spy­tała.

‒ Tak, zde­cy­do­wa­nie. Sala była pra­wie pełna. My­ślę, że za­pro­szę go rów­nież je­sie­nią.

‒ Czyli po­wta­rzamy całą ak­cję? – do­py­ty­wała ko­le­żanka.

‒ Ko­niecz­nie.

‒ To dzi­siaj idziesz na tę randkę?

‒ Tak, spo­ty­kam się z nim za­raz po pracy.

‒ Su­per. Nie mogę się do­cze­kać, jak mi ju­tro o wszyst­kim opo­wiesz.

‒ Dziw­nie uma­wiać się z kimś, kogo się ni­gdy nie wi­działo – stwier­dziła Mi­ka­ela.

‒ E tam, wszy­scy tak ro­bią w dzi­siej­szych cza­sach, poza tym prze­cież pi­sze­cie ze sobą od ja­kie­goś czasu, prawda?

‒ Tak, od kilku ty­go­dni. Wy­daje się bar­dzo miły, ale oczy­wi­ście ni­gdy nic nie wia­domo. Po­przedni fa­cet, z któ­rym się uma­wia­łam, też na po­czątku wy­da­wał się sym­pa­tyczny, a po­tem oka­zał się wy­jąt­kowo od­py­cha­jący.

‒ Tam­tego też po­zna­łaś przez in­ter­net?

‒ Nie, w knaj­pie – od­parła Mi­ka­ela.

‒ Bę­dzie su­per, zo­ba­czysz. Je­śli ten ko­leś okaże się słaby, to prze­cież masz całą masę in­nych fa­ce­tów do wy­boru – prze­ko­ny­wała ko­le­żanka, która była na tyle młoda, że bez pro­blemu na­wią­zy­wała nowe zna­jo­mo­ści za po­śred­nic­twem róż­nych apli­ka­cji.

Mi­ka­ela na­gle po­czuła się po­twor­nie stara. Ostatni raz była sin­gielką, kiedy miała ja­kieś dwa­dzie­ścia lat. Ste­fana, swoją pierw­szą wielką mi­łość, po­znała już na stu­diach. Byli ze sobą pięt­na­ście lat. Nie­mal za­raz po roz­sta­niu za­częła się spo­ty­kać z in­nym męż­czy­zną, który po­tem zo­stał jej mę­żem. Od roz­wodu z Jo­ha­nem mi­nęło rap­tem sześć mie­sięcy. Dla świeżo roz­wie­dzio­nej sa­mot­nej matki po­szu­ki­wa­nie mi­ło­ści sta­no­wiło nie lada wy­zwa­nie. Już pra­wie za­po­mniała, jak to jest cho­dzić na randki, i była tak samo zde­ner­wo­wana jak wtedy, gdy Ste­fan po raz pierw­szy za­pro­sił ją na ko­la­cję.

Cały dzień biła się z my­ślami, czy nie od­wo­łać tego spo­tka­nia. Do­szła jed­nak do wnio­sku, że pój­dzie, skoro za­ła­twiła już opie­kunkę do dzieci.

Wło­żyła kurtkę i ra­zem z ko­le­żanką wy­szły z bi­blio­teki.

‒ W którą stronę idziesz? – spy­tała Mi­ka­ela.

‒ Jadę au­to­bu­sem z Ban­ga­tan.

‒ Ja idę w drugą stronę. Do zo­ba­cze­nia ju­tro.

Ko­le­żanka ją uści­skała.

‒ Baw się do­brze dziś wie­czo­rem – rzu­ciła i po­spie­szyła w kie­runku przy­stanku, przy któ­rym wła­śnie za­trzy­my­wał się au­to­bus.

Mi­ka­ela już wcze­śniej po­sta­no­wiła zo­sta­wić sa­mo­chód na par­kingu przed przed­szko­lem, wie­działa bo­wiem, że na pewno skusi się na lampkę wina lub dwie. Do domu mo­gła wró­cić tak­sówką. A je­śli randka się uda, kto wie, może na­wet pój­dzie do niego do domu. Saga miała no­co­wać u jej sio­stry, więc nie mu­siała się spie­szyć.

Je­śli nie wróci wie­czo­rem do domu, nikt nie bę­dzie jej szu­kał.

LUNA

Zimna woda wdarła się do gar­dła. Wy­peł­niła płuca aż po brzegi. Wo­do­ro­sty oplo­tły jej stopy, usi­łu­jąc wcią­gnąć ją w głę­binę. Sól draż­niła nos, pa­liła w prze­łyku.

Luna obu­dziła się, nie mo­gąc zła­pać tchu. Usia­dła na brud­nym ma­te­racu. Prze­ście­ra­dło było prze­siąk­nięte po­tem. Wzięła kilka głę­bo­kich wde­chów, wcią­ga­jąc za­tę­chłe po­wie­trze, cuch­nące stra­chem i od­cho­dami.

We śnie o mały włos nie uto­nęła. Te­raz była w pełni przy­tomna, jed­nak czuła się nie­mal tak źle jak pod­czas snu. Od­dy­cha­nie sta­wało się co­raz trud­niej­sze. Oczy ją swę­działy, jej cia­łem szar­pał upo­rczywy ka­szel. Gdyby tylko miała leki na aler­gię…

Spoj­rzała w ciem­ność, mru­żąc po­wieki. Czuła cię­żar kaj­da­nek na nad­garstku. Z każ­dym dniem jej zmy­sły co­raz bar­dziej się wy­ostrzały i zdała so­bie sprawę, że znaj­duje się pod zie­mią. Naj­do­tkli­wiej od­czu­wała przy­tła­cza­jącą, gę­stą ci­szę. Brak od­gło­sów, wil­goć, za­pach gleby. Ile­kroć otwie­rały się drzwi do jej pod­ziem­nego wię­zie­nia, do środka do­cie­rały dźwięki z ze­wnątrz. Szum drzew na wie­trze, ćwier­ka­nie pta­ków. Raz usły­szała na­wet szcze­ka­nie psów w od­dali.

Luna wo­łała o po­moc. Krzy­czała tak, że aż bo­lały ją płuca. Jed­nak nikt nie przy­cho­dził jej na ra­tu­nek. Na próżno pró­bo­wała stłu­mić pa­nikę i pod­trzy­my­wać na­dzieję. Nie­ustan­nie czuła strach. Stop­niowo tra­ciła wiarę w to, że wszystko do­brze się skoń­czy, ale jesz­cze nie mo­gła się pod­dać.

Sussi pew­nie już za nią tę­sk­niła i mu­siała zgło­sić jej za­gi­nię­cie. Po­li­cja z pew­no­ścią za­częła jej szu­kać. Mo­gła tylko mieć na­dzieję, że ją znajdą, za­nim bę­dzie za późno.

Wzdry­gnęła się, sły­sząc do­cho­dzący z ze­wnątrz od­głos. Cięż­kie drzwi się otwo­rzyły. Kroki od­bi­jały się echem od be­to­no­wej pod­łogi. To męż­czy­zna, który ją po­rwał. Luna roz­po­znała go po tym, jak sta­wiał stopy. Ubrany na czarno, za­ma­sko­wany, przy­cho­dził raz dzien­nie, by opróż­nić wia­dro i dać jej je­dze­nie i wodę. W ten spo­sób mie­rzyła czas. Oprawca był u niej już trzy­krot­nie. Za­wsze, gdy się zja­wiał, bła­gała go, by ją wy­pu­ścił albo przy­naj­mniej dał jej ta­bletki na aler­gię, które miała w ple­caku. On jed­nak na­wet na nią nie pa­trzył. Bez słowa wy­ko­ny­wał swoje za­da­nia.

Do jej uszu do­tarł tu­pot jego cięż­kich bu­tów. Ku swemu prze­ra­że­niu usły­szała też coś jesz­cze. Zbli­ża­jący się w mroku ci­chy jęk. Jakby męż­czy­zna coś lub ko­goś cią­gnął.

Drzwi obok jej celi otwo­rzyły się z gło­śnym skrzyp­nię­ciem. Roz­legł się głu­chy ło­mot, gdy coś cięż­kiego – być może ludz­kie ciało – upa­dło na be­ton.

Luna wstrzy­mała od­dech. Cze­kała na swoją ko­lej. Kilka mi­nut póź­niej klucz w zamku się prze­krę­cił i ktoś na­ci­snął klamkę. Drzwi po­woli się uchy­liły i do po­koju wszedł ro­sły męż­czy­zna.

‒ Kogo tam za­mkną­łeś? Po­rwa­łeś ko­lejną ko­bietę? – spy­tała ła­mią­cym się gło­sem.

Kiedy ją zi­gno­ro­wał, rzu­ciła się w jego stronę, ale nie mo­gła go do­się­gnąć, bo łań­cuch był zbyt krótki. Za­wyła z bólu, gdy kaj­danki wbiły się jej w nad­gar­stek.

‒ Co za­mie­rzasz ze mną zro­bić?! – krzyk­nęła.

Po­ry­wacz za­stygł w pół ru­chu. Luna miała wra­że­nie, że uśmie­cha się pod ma­ską. Przez chwilę stał nie­ru­chomo. Po­tem się za­mach­nął i kop­nął ją w brzuch. Ko­bieta z ję­kiem opa­dła z po­wro­tem na łóżko.

Męż­czy­zna ni­skim gło­sem ka­zał jej się od­wró­cić. Miała pa­trzeć w ścianę, gdzie krwawe ślady od dra­pa­nia pa­znok­ciami two­rzyły prze­ra­ża­jący wzór. Wy­ko­nała jego po­le­ce­nie, ale nie mo­gła się oprzeć i dys­kret­nie się obej­rzała. Oprawca stał przy drzwiach jej celi, od­wró­cony do niej ple­cami, i maj­stro­wał przy czymś na su­fi­cie. Luna nie wi­działa, co robi.

Mu­siał wy­czuć, że go ob­ser­wuje. Nie od­wra­ca­jąc się, ryk­nął:

‒ Oczy w ścianę, suko!

Prze­ra­żona od­wró­ciła spoj­rze­nie. Po­chy­liła brodę ku piersi, ob­jęła nogi rę­kami i zwi­nęła się w kulkę. Od­dech świsz­czał i rzę­ził jej w płu­cach. Sie­działa tak, do­póki męż­czy­zna nie wy­szedł. Do­piero wtedy od­wa­żyła się od­wró­cić, by zo­ba­czyć, czym się zaj­mo­wał.

Świa­tło ża­rówki sła­bło z każ­dym dniem. Kiedy jed­nak Luna wy­tę­żyła wzrok, do­strze­gła małą czer­woną lampkę mi­ga­jącą wy­soko pod su­fi­tem. Po­ry­wacz za­in­sta­lo­wał ka­merę.

Gdzieś tam na ze­wnątrz ktoś ją ob­ser­wo­wał.

Zimny dreszcz prze­biegł jej po ple­cach i za­drżała na ca­łym ciele.

Sku­liła się jesz­cze bar­dziej.

Nie miała gdzie się ukryć.

TU­ULA

‒ Długo jesz­cze? – spy­tała ze­stre­so­wana Han­nele.

Tu­ula i Han­nele stały obok sie­bie przed lu­strem w ła­zience.

‒ Daj mi pięć mi­nut – po­pro­siła Tu­ula.

Tego wie­czoru w skle­pie Han­nele z ar­ty­ku­łami wy­po­sa­że­nia wnętrz od­by­wał się wer­ni­saż wy­stawy fo­to­gra­ficz­nej, bę­dą­cej czę­ścią cy­klu wy­da­rzeń ar­ty­stycz­nych w Ostro­botni. Fo­to­grafka dzwo­niła już trzy razy z py­ta­niem, czy już wy­je­chały z domu.

Dzwo­nek te­le­fonu Han­nele roz­brzmiał po­now­nie. Prze­wró­ciła oczami i po­szła do kuchni ode­brać po­łą­cze­nie.

‒ Le­piej bądź go­towa, kiedy ja po raz ko­lejny skoń­czę uspo­ka­jać fo­to­grafkę. W prze­ciw­nym ra­zie nie rę­czę za to, co ona ci zrobi – rzu­ciła Han­nele przez ra­mię, wy­cho­dząc z ła­zienki.

Roz­mowa trwała dość długo, więc Tu­ula się do­my­śliła, że jej dziew­czyna nie roz­ma­wia z fo­to­grafką. Nie do­cie­rały do niej słowa, lecz wy­raź­nie sły­szała po­ważny ton głosu. Kiedy Han­nele wró­ciła do ła­zienki, Tu­ula się prze­su­nęła, by zro­bić jej miej­sce przed lu­strem. W od­bi­ciu zo­ba­czyła zmar­twione spoj­rze­nie swo­jej part­nerki.

‒ Kto dzwo­nił? – spy­tała.

‒ Sussi. Po­dobno Luna znik­nęła i mar­twi się, że coś jej się stało.

Han­nele daw­niej spo­ty­kała się z Sussi, a po roz­sta­niu na­dal utrzy­my­wały kon­takt. Tu­ula raz po­szła na­wet ra­zem z Han­nele, Sussi i jej nową dziew­czyną Luną na piwo. Nie mo­gła po­jąć, jak te dwie ko­biety na sie­bie tra­fiły. Sussi pra­co­wała jako spe­cja­listka do spraw ko­mu­ni­ka­cji w du­żej kor­po­ra­cji, z ko­lei Luna była hi­pi­ską bez nor­mal­nej pracy. Zaj­mo­wała się wszyst­kim, co wią­zało się z me­dy­cyną al­ter­na­tywną i in­nymi pseu­do­nau­kami. Tu­ula nie da­rzyła sym­pa­tią tego typu lu­dzi i z tru­dem przy­cho­dziło jej pro­wa­dze­nie rze­czo­wej roz­mowy z Luną.

‒ Od kiedy nie ma kon­taktu z Luną? – do­cie­kała Tu­ula.

‒ Od po­nie­działku. Nie od­po­wiada ani na ma­ile, ani na te­le­fony od Sussi. Po­łą­cze­nia są prze­kie­ro­wy­wane pro­sto na pocztę gło­sową. Sussi ob­dzwo­niła wszyst­kich zna­jo­mych Luny, ale nikt, z kim do tej pory roz­ma­wiała, nic nie wie.

‒ Po­kłó­ciły się? – spy­tała, od­krę­ca­jąc na­krętkę pod­kładu na­le­żą­cego do Han­nele.

Tu­ula rzadko się ma­lo­wała na co dzień, a kiedy raz na ja­kiś czas się na to de­cy­do­wała, po­ży­czała ko­sme­tyki od Han­nele, która ku­po­wała naj­lep­sze marki i naj­now­sze pro­dukty.

‒ Sussi twier­dzi, że nie. Wy­je­chała służ­bowo. Dzi­siaj wró­ciła do domu i spo­dzie­wała się, że Luna tam bę­dzie. Ostatni raz roz­ma­wiała z nią w po­nie­dzia­łek. Wtedy Luna wy­bie­rała się do mia­sta na za­kupy przed ry­tu­ałem księ­ży­co­wym.

‒ Ja­kim ry­tu­ałem? – zdzi­wiła się Tu­ula.

‒ Księ­ży­co­wym – po­wtó­rzyła Han­nele, ma­cha­jąc ręką, i wy­ja­śniała da­lej: ‒ Ma to coś wspól­nego z tym, że Bo­gini zstę­puje na zie­mię w cza­sie pełni Księ­życa czy ja­koś tak. Nie wiem do­kład­nie. Nie­ważne. Sussi nie zmar­twiła się spe­cjal­nie, kiedy Luna nie od­bie­rała we wto­rek. Ry­tu­ały księ­ży­cowe czę­sto trwają całą noc, więc po­my­ślała, że jej dziew­czyna pew­nie śpi i ma wy­łą­czony te­le­fon. Jed­nak wczo­raj przez cały dzień też nie mo­gła się z nią skon­tak­to­wać, dla­tego po­sta­no­wiła wró­cić wcze­śniej. Wła­śnie przy­je­chała z lot­ni­ska. Wy­daje jej się, że Luny nie było w domu przez cały ty­dzień. Te­raz Sussi na­prawdę za­częła się mar­twić.

‒ Czy zgło­siła za­gi­nię­cie Luny na po­li­cję? – chciała wie­dzieć Tu­ula.

‒ Jesz­cze nie. Chyba chciała naj­pierw spraw­dzić jesz­cze w kilku miej­scach.

‒ Czy Luna nie jest przy­pad­kiem cza­row­nicą? Może po­je­chała na zlot cza­row­nic do Blåkulli? – za­żar­to­wała Tu­ula.

Han­nele szturch­nęła ją w bok.

‒ Jest wic­canką, to nie to samo. Cho­ciaż może tak, nie wiem.

‒ Ale wic­ca­nie chyba też ob­cho­dzą Wiel­ka­noc, prawda?

‒ Świę­tują rów­no­noc wio­senną, która czę­sto przy­pada w okre­sie Wiel­ka­nocy. Więk­szość wic­can ob­cho­dzi ten dzień po Wiel­ka­nocy, żeby spę­dzić święta z ro­dziną.

‒ Matko, ile ty o tym wiesz.

Han­nele spoj­rzała na nią z ukosa.

‒ Luna prze­cież tłu­ma­czyła nam to już tyle razy. Nie słu­chasz, jak ktoś o czymś opo­wiada?

‒ Prze­pra­szam, skar­bie, to wszystko jest dla mnie zbyt od­je­chane. Jed­nym uchem wpada, dru­gim wy­pada – pod­su­mo­wała Tu­ula i odło­żyła pę­dzel do ma­ki­jażu. ‒ Skoń­czy­łam. Idziemy?

Han­nele stała, wpa­tru­jąc się w lu­stro.

‒ To do Luny nie­po­dobne, żeby tak znik­nąć, nie in­for­mu­jąc o tym Sussi – stwier­dziła zmar­twiona.

Tu­ula zmarsz­czyła czoło.

‒ To rze­czy­wi­ście nie­po­ko­jące. Za­dzwoń do Sussi i po­wiedz jej, żeby ju­tro skon­tak­to­wała się z po­li­cją i zgło­siła za­gi­nię­cie, je­śli na­dal nie uda jej się skon­tak­to­wać z Luną.

GI­SELA

Gi­sela od­wró­ciła się, sły­sząc zbli­ża­jące się szyb­kie kroki. To Ste­fan pró­bo­wał ją do­go­nić.

‒ Prze­pra­szam za spóź­nie­nie – po­wie­dział zdy­szany od szyb­kiego mar­szu, kiedy był już przy niej.

Wy­da­wał się dziw­nie czymś po­ru­szony. Ucie­kał wzro­kiem na boki, uni­ka­jąc jej spoj­rze­nia.

‒ Czy coś się stało? – spy­tała Gi­sela.

Ste­fan ra­czej ni­gdy się nie spóź­niał. Zwy­kle to Gi­sela przy­cho­dziła zzia­jana lub od­wo­ły­wała spo­tka­nie. Tym ra­zem jed­nak to ona na niego cze­kała. Przez po­nad kwa­drans stała przed wielką pi­sanką na rynku, trzę­sąc się z zimna. Nie od­bie­rał te­le­fonu, dla­tego po­sta­no­wiła pójść do re­stau­ra­cji bez niego.

‒ To tylko praca. Nic się nie martw – rzekł Ste­fan i po­ca­ło­wał ją w czu­bek nosa, a nie w usta, jak to zwy­kle ro­bił.

Gi­sela uważ­nie mu się przyj­rzała. Oso­bli­wie się za­cho­wy­wał. Wy­glą­dał na wy­jąt­kowo spię­tego. Może po pro­stu było mu zimno?

‒ Chodźmy – za­rzą­dził Ste­fan ‒ że­by­śmy nie spóź­nili się jesz­cze bar­dziej i nie za­mar­zli na śmierć.

Mo­nica i jej naj­now­sza sym­pa­tia cze­kali w ustron­nym miej­scu przy sto­liku we fran­cu­skim bi­stro. Kiedy Gi­sela i Ste­fan we­szli do re­stau­ra­cji, Mo­nica ra­do­śnie do nich po­ma­chała, a męż­czy­zna sie­dzący obok niej wstał, by uści­snąć im dło­nie.

‒ Cześć, je­stem Tor­björn. Cie­szę się, że w końcu mogę po­znać przy­ja­ciół Mo­niki – rzekł, od­su­wa­jąc krze­sło dla Gi­seli.

Tor­björn był po pięć­dzie­siątce, miał za­dbaną brodę i naj­błę­kit­niej­sze oczy, ja­kie Gi­sela w ży­ciu wi­działa, oraz ciemne włosy przy­pró­szone si­wi­zną na skro­niach. In­nymi słowy, przy­stojny męż­czy­zna, który do­dat­kowo spra­wiał wra­że­nie praw­dzi­wego dżen­tel­mena.

Ste­fan i Tor­björn od razu wdali się w dys­ku­sję o piłce noż­nej, a Mo­nica sko­rzy­stała z oka­zji i zwró­ciła się do Gi­seli:

‒ No i co o nim my­ślisz?

‒ Wy­daje się miły. Jak długo się zna­cie?

‒ Pra­wie dwa mie­siące.

‒ Dwa mie­siące?! Jak to moż­liwe, że o nim nie sły­sza­łam?

Mo­nica się za­ru­mie­niła.

‒ Na­prawdę go lu­bię. Nie chcia­łam nic mó­wić, bo nie mia­łam pew­no­ści, czy on czuje to samo do mnie. Wiesz prze­cież, jak było w przy­padku Mat­tiasa…

Ostatni raz, kiedy Mo­nica za­ko­chała się w męż­czyź­nie, skoń­czyło się to tra­gicz­nie. Mat­tias był jedną z ofiar gło­śnych mor­derstw bo­żo­na­ro­dze­nio­wych.

Gi­sela ści­snęła dłoń przy­ja­ciółki.

‒ Po­dzi­wiam cię. Nie prze­sta­łaś wie­rzyć, że znaj­dziesz mi­łość.

‒ Tor­björn przed­sta­wił mnie na­wet swoim dzie­ciom.

‒ Brzmi obie­cu­jąco. Ile mają lat?

‒ Och, są do­ro­śli i już dawno wy­pro­wa­dzili się z domu. Jego córka ma na­wet wła­sne dzieci.

‒ To zna­czy, że Tor­björn jest dziad­kiem? – spy­tała Gi­sela z uśmie­chem.

‒ Czy to dziwne, że wy­daje mi się to sek­sowne?

‒ Ależ skąd. Ty mnie już chyba ni­czym nie za­sko­czysz.

Dys­ku­sja o piłce noż­nej uci­chła.

‒ O czym roz­ma­wia­cie? – za­gaił Ste­fan.

‒ O ni­czym – od­parła enig­ma­tycz­nie Mo­nica. ‒ Za­ma­wiamy?

Tor­björn za­trzy­mał kel­nera. Po­pro­sili o ze­staw dań dla czte­rech osób z oferty wiel­ka­noc­nej. W menu naj­pierw był ta­tar z ło­so­sia, na­stęp­nie po­lę­dwiczka ja­gnięca w so­sie roz­ma­ry­no­wym i pie­czo­nymi ziem­nia­kami. Na ko­niec ‒ fon­dant cze­ko­la­dowy, ulu­biony de­ser Gi­seli. Cie­szyła się, że w tej re­stau­ra­cji nie ser­wo­wano no­wo­cze­snej wer­sji tra­dy­cyj­nego fiń­skiego de­seru wiel­ka­noc­nego, mämmi, przy­rzą­dza­nego z mąki żyt­niej i po­da­wa­nego z cu­krem i nie­ubitą śmie­taną. Mimo wielu lat spę­dzo­nych w Va­asie na­dal nie do­ce­niała tego uko­cha­nego przy­smaku Fi­nów.

Kiedy kel­ner się od­da­lił, Mo­nica na­gle za­kryła usta dło­nią.

‒ Ach! Zu­peł­nie za­po­mnia­łam za­py­tać, jak po­szło z tym pro­gra­mem do­ku­men­tal­nym.

Gi­sela od­chrząk­nęła.

‒ Ostatni dzień zdję­ciowy był w po­nie­dzia­łek. Na­resz­cie ko­niec.

‒ Kiedy pre­miera?

‒ Chyba ja­koś w maju.

‒ Nie mo­żemy tego prze­ga­pić. Mu­sisz zro­bić im­prezę, jak wy­emi­tują pierw­szy od­ci­nek! – wy­krzyk­nęła en­tu­zja­stycz­nie Mo­nica.

Gi­sela nie za­pro­te­sto­wała, choć zde­cy­do­wa­nie nie pla­no­wała za­pra­szać do domu ani ko­le­gów z pracy, ani in­nych zna­jo­mych, żeby oglą­dali przy niej, jak robi z sie­bie idiotkę w te­le­wi­zji.

Po­dano przy­stawkę i przy stole za­pa­dła ci­sza. Wszy­scy de­lek­to­wali się ta­ta­rem z ło­so­sia, per­fek­cyj­nie zba­lan­so­wa­nym pod wzglę­dem smaku ‒ kwa­sko­wa­tym, a jed­no­cze­śnie de­li­kat­nie tłu­stym.

Na­gle Tor­björn po­chy­lił się nad ta­le­rzem i wska­zał głową w stronę Ste­fana.

‒ Już wiem, gdzie cię wi­dzia­łem! – wy­krzyk­nął.

‒ Nie są­dzę, że­by­śmy się spo­tkali, chyba że kie­dyś tra­fi­łeś na SOR. Tylu lu­dzi się prze­wija przez szpi­tal, że rzadko ich pa­mię­tam po wy­pi­sie.

‒ Nie, nie, po­zna­li­śmy się na jed­nej im­pre­zie. Wie­dzia­łem, że cię skądś znam, jak tylko cię zo­ba­czy­łem, ale chwilę mi za­jęło, za­nim so­bie przy­po­mnia­łem skąd.

‒ Gdzie to było? – spy­tał Ste­fan z nie­pewną miną.

‒ Na grillu w Väste­rvik, strasz­nie dawno temu, ale za­pa­mię­ta­łem cię, bo opo­wia­da­łeś hi­sto­rię o za­baw­nym zda­rze­niu na SOR-ze. Cho­dziło o fa­ceta, który zgło­sił się z pę­che­rzami na sto­pach. Le­karz za­le­cił mu no­sze­nie san­da­łów, do­póki pę­che­rze się nie za­goją, po­wie­dział mu, żeby w dro­dze do domu za­szedł do sklepu obuw­ni­czego. By­łem wtedy z Lindą.

‒ Lindą Va­inio? Ku­zynką Mi­ka­eli? – spy­tał Ste­fan.

‒ Zga­dza się – od­parł trium­fal­nie Tor­björn, uno­sząc wi­de­lec.

Ste­fan nie­spo­koj­nie wier­cił się na krze­śle, zer­ka­jąc na Gi­selę. Nie lu­bił roz­ma­wiać przy niej o Mi­ka­eli, która wcze­śniej była mi­ło­ścią jego ży­cia. Po­cząt­kowo oboje byli bar­dzo otwarci w kwe­stii swo­ich po­przed­nich związ­ków, ale kiedy za­częli my­śleć o so­bie po­waż­nie, za­warli ci­che po­ro­zu­mie­nie, żeby nie wspo­mi­nać o Mi­ka­eli i Mar­ti­nie czę­ściej, niż to ab­so­lut­nie ko­nieczne.

‒ Kiedy ze­rwa­li­ście z Mi­ka­elą? My­śla­łem, że chcie­li­ście się po­brać.

‒ Nie wi­dzia­łem jej od lat. Te­raz je­stem z Gi­selą – rzekł Ste­fan prze­sad­nie ostrym to­nem.

Po­ło­żył rękę na opar­ciu jej krze­sła, jakby na po­twier­dze­nie swo­ich słów.

Uśmiech znik­nął z twa­rzy Tor­björna, a przy stole dało się wy­czuć lek­kie na­pię­cie. Przez dłuż­szą chwilę nikt się nie od­zy­wał.

‒ O, niosą główne da­nie! – wy­krzyk­nął Ste­fan, wy­raź­nie ode­tchnąw­szy z ulgą, że w końcu może prze­rwać krę­pu­jącą ci­szę.

Reszta ko­la­cji prze­bie­gła spo­koj­nie, a roz­mowy ogra­ni­czały się do bez­piecz­nych te­ma­tów: pla­nów na Wiel­ka­noc i se­riali na Net­flik­sie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki