Polowanie na antylopy - Poe Bengtsson Valle Wigers - ebook

Polowanie na antylopy ebook

Poe Bengtsson Valle Wigers

3,6

Opis

Kirsten porzuca dawne życie i wyjeżdża na Bali, żeby przepracować nagłą śmierć rodziców. Gdy ląduje w raju, spotyka Maxa, tajemniczego i pociągającego mężczyznę o mrocznej naturze. Wystarcza kilka spotkań i rodzi się między nimi romans.

Po okropnym wydarzeniu, podczas którego Kirsten musi uciec się do przemocy, by przeżyć, Max pomaga jej wydostać się z tarapatów – pod warunkiem, że zacznie dla niego pracować. Kobieta się zgadza, nieświadoma, jak wysoką cenę przyjdzie jej za to zapłacić. Najmniejszy błąd może kosztować ją życie.

POLOWANIE NA ANTYLOPY kwestionuje moralność i tożsamość. Kto jest ofiarą, a kto oprawcą? Do czego zdolny jest człowiek, by ocalić samego siebie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 241

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,6 (19 ocen)
5
8
1
4
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
darus96

Dobrze spędzony czas

To nie jest tylko thriller – to opowieść o granicach, tożsamości i cenie, jaką płacimy za ocalenie samych siebie. ❓🖤 Kto jest ofiarą, a kto oprawcą? I czy zawsze da się to jednoznacznie ocenić? Jeśli lubicie mroczne, intensywne historie, które zostają z Wami na długo po przeczytaniu ostatniej strony – bardzo polecam.
00
Annku90

Dobrze spędzony czas

#czytam_se "Czy dołączenie do grupy sur­fe­rów naprawdę miało sens? Kir­sten z roz­ba­wie­niem roz­wa­ża­ła, czy jest uro­czo im­pul­syw­na, czy po pro­stu za­bra­kło u niej roz­wi­nię­te­go my­śle­nia przyczynowo-​skutkowego." Całkowity spontan, czy przemyślane decyzje? Ja jakbym zobaczyła na plaży grupę morsujących, to pewnie bym dołączyła, ale surfowanie... no nie wiem. Pierwsza przeczytana przez Ciebie ksiazka w 2026 roku to... U mnie to "Polowanie na antylopy". Książkę zaczęłam czytać w Polsce, ale wiadomo święta, różne inne rzeczy i dokończyłam ją w Szwecji, ale już w ebooku, bo papierowy egzemplarz został u Mamy. Wiecie, na wierzchu, żebym o nim nie zapomniała. Książka to historia Kirsten, która ucieka na Bali po stracie rodziców, by przepracować ich nagłą śmierć. Spotyka tam, a jakże, przystojnego mężczyznę o imieniu Max, i nie wiedząc czemu, znając imię już wiedziałam, że bedą kłopoty. Między tą dwójką szybko rodzi się relacja, a Max staje się pewnego rodzaju anio...
00
smolkosia

Dobrze spędzony czas

Dobry thriller sensacyjno-psychologiczny, dobry na relaks z ksiazka.
00
elakoza

Z braku laku…

Nie dałam rady
00
Lowener

Z braku laku…

nie da siw tego przeczytać do końca
00



POLOWANIE NAANTYLOPY

Przełożył Mateusz Narkiewicz

PEOBENGTSSON

VALLEWIGERS

POLOWANIE NAANTYLOPY

Polowanie na antylopy

Tytuł oryginału: Dit antiloper kommer för att dricka

Text © Peo Bengtsson & Valle Wigers, 2022

Translation © Mateusz Narkiewicz, 2025

BOOKEA POLAND sp. z o.o.

Romana Dmowskiego 3 /9

50-203 Wrocław

www.lavapublishing.pl

ISBN 978-83-68590-09-8

I’m not aware of too many thingsI know what I know, if you know what I meanEdie Brickell

JEDEN

Kirsten przystanęła na skraju chodnika. Z tylnej kieszeni dżinsów wyjęła składany nóż i ukryła go w zaciśniętej dłoni. Jej skronie pulsowały. Z trudem łapała oddech. Kciuk delikatnie spoczywał na metalowym przycisku umiejscowionym na rękojeści noża. Znów zaczęła iść. Nogi wydawały się ciężkie, ale rytmicznie i zdecydowanie poruszały się w kierunku chłopca opartego o ścianę. Zaraz uruchomi mechanizm zwalniający ostrze noża. Nie ma już nadziei.

Zaraz to zrobi. Przebije ostrzem serce, zgasi światło w jeszcze żywych oczach dziecka. Przyrzekła sobie, że dotrzyma mu towarzystwa, gdy życie będzie ulatywać z jego ciała. Usiądzie obok. Policzy z nim oddechy, usłyszy, jak milknie. „Najpierw będzie szok i ból”, pomyślała. Może trochę płaczu. Potem tylko ciemność. Obustronna ulga, gdy to się skończy. Nóż w klatce piersiowej. Głęboko w ciele. Umierające dziecko to nigdy nie jest przyjemny widok. Krew na jej dłoniach.

– Przepraszam – wyszeptała.

DWA

Kirsten odetchnęła, dopiero gdy koła ryczącego samolotu dotknęły asfaltu na lotnisku międzynarodowym w Denpasar. Spędziła w przestrzeni powietrznej Europy i Azji ponad dziesięć burzowych godzin. Turbulencje były okropne.

Od dziecka nienawidziła latać, ale na szczęście ten lot wreszcie dobiegł końca. Znowu stali na stałym lądzie. Kirsten rzuciła okiem na zegarek i zdała sobie sprawę, że minęła prawie doba, odkąd zamknęła o świcie drzwi mieszkania i złapała taksówkę na lotnisko. W tej chwili chciała tylko dotrzeć do hotelu i zasnąć.

Gdy samolot zbliżał się do gate’u, strach zniknął, a w jego miejscu pojawił się dyskomfort, który towarzyszył jej od tygodni. Wyjazd nie pomógł Kirsten pozbyć się tego uczucia. To tak nie działa.

W kolorowym sznurze toreb, które ostentacyjnie i powoli wjeżdżały do hali przylotów, próbowała zlokalizować swoją walizkę Louis Vuitton, w tym samym czasie szukając telefonu w torebce. Włożyła do niej dłoń, wyczuła miękką powierzchnię paszportu i kontur etui na karty kredytowe. Nie znalazła jednak swojego iPhone’a. Pewnie zostawiła go w samolocie, może w kieszeni fotela.

Na dużej tablicy błyskał niebiesko-zielony napis Welcome to Indonesia, tekst na zmianę pojawiał się i gasł.

„Well, thank you”, pomyślała.

Migoczące światło przeniosło ją z powrotem w czasie, do wydarzenia będącego bezpośrednią przyczyną tego, że właśnie znalazła się na Bali – do jej ucieczki, jak to określił Marcus.

Hotel SAS Royal w Kopenhadze. Cały dzień spędziła ze swoim wspólnikiem Marcusem, prowadzili prelekcję o liderstwie przyszłości. Wyświetlacz telefonu bez przerwy migał, dzwonił nieznany numer. W końcu odebrała.

– Rozmawiam z Kirsten Hvitfeldt?

Nie była w stanie dopasować głosu do osoby.

– Słyszy mnie pani?

– Tak, to ja.

Głos mężczyzny nagle stał się znajomy i rzeczywisty. Nie chodziło o tę konkretną osobę, ale rozpoznała charakterystyczny akcent z Hälsinglandu.

– Komisarz Antonsson. Dzwonię, ponieważ jest pani najbliższą krewną Leny i Madsa Hvitfeldtów.

Nie rozumiała, dlaczego policja dzwoni i mówi o jej rodzicach. Wszyscy w wiosce wiedzieli przecież, że Kirsten od wielu lat nie miała z nimi żadnego kontaktu.

Mężczyzna po drugiej stronie słuchawki próbował wziąć się w garść i zachować spokój, ale niezbyt mu się to udawało.

– Nie mogę nic pani powiedzieć przez telefon. Proszę przyjechać do domu – zakomunikował.

Potem lot, wielogodzinna jazda samochodem i powrót do gospodarstwa rodziców po latach nieobecności. Niebieskie światło wirujące w ciemności. Radiowóz zaparkowany niedbale przed domem, rozświetlający fasadę dobrze znanego miejsca. Taśma odgradzająca działkę. Biała poświata wydobywająca się z garażu.

Kirsten wzdrygnęła się. Nadal ją mroziło, gdy przywoływała w pamięci ten widok.

Uczucie odrealnienia znów napływało. Ale to nie była żadna ekipa filmowa nagrywająca nowy szwedzki serial kryminalny na podwórku jej rodziców. To się działo naprawdę.

Komunikat o locie do Singapuru przywrócił ją z powrotem przed taśmę bagażową na lotnisku w Denpasar. Kirsten dalej czuła w ciele efekt turbulencji pod postacią nudności. Ostrożnie rozmasowała pośladek i już nie mogła się doczekać, aż położy się na piaszczystej plaży tuż przy brzegu morza, a szum fal sprawi, że jej dusza z powrotem trafi na swoje miejsce.

Powietrze stało w miejscu. Upał wewnątrz hali przytłaczał, było późne popołudnie, a słońce cały dzień świeciło, nagrzewając ten aluminiowy budynek. Taśma bagażowa zazgrzytała. „Te tropikalne temperatury naprawdę smażą ludzi żywcem”, pomyślała Kirsten. Pociła się mimo klimatyzacji, bluzka lepiła się do skóry, spod pach spływały jej wąskie strużki potu.

Obcy ludzie tłoczyli się wokół niej, prychali i rzucali się na obite bagaże. Niektórzy, niczym dzieci po dostaniu prezentów w wigilijny wieczór, otwierali walizki zaraz obok taśmy, żeby sprawdzić, czy w trakcie szalonej podróży samolotem nie ucierpiała ich zawartość. Jednak bagażu Kirsten nadal nie było widać.

Czekających z uporem i cierpliwością pozostała już zaledwie garstka. Cztery pozostałe walizki zmieniły się w trzy, potem w dwie, potem w jedną. Ostatnia torba w kolorze limonkowej zieleni z naklejkami świadczącymi o tym, że jej właściciel zwiedził większość kontynentów, robiła już trzecie okrążenie.

Dziura w ścianie połączona z ładownią była pusta i przestała wypluwać bagaże. Taśma cały czas się przesuwała, ale nic więcej się nie działo.

– Cholera – wysyczała w pustkę.

Gdzie znajdował się punkt reklamacji? Jak to rozegrać? Stała tam wciąż jak idiotka i liczyła, że walizka może jednak wysunie się na zewnątrz. Było przecież możliwe, że jakiś pracownik rozładunku bagażu nagle znalazł ją przy samolocie i właśnie w tym momencie robił wszystko, by jak najszybciej zwrócić ją prawowitemu właścicielowi.

Czuła, jak wzrasta w niej frustracja, a lepkie powietrze coraz intensywniej opanowuje każdy centymetr jej ciała. Swędziało ją w kroku, a tusz do rzęs spływał po policzkach. Czubkiem języka złapała kilka czarnych słonych kropli.

W walizce miała cały swój dobytek. No może nie cały, ale ten, którego potrzebowała na pewien okres. Na jak długo wystarczyłaby jej zawartość torebki?

Wakacje zaczęły się w najgorszy możliwy sposób, ale liczyła, że walizka w końcu dotrze. „Może przeżyję parę dni bez ubrań?” – pomyślała. Najchętniej chodziłaby nago po bezludnej plaży, ale takie plaże z pewnością rzadko występowały na tak turystycznej wyspie jak Bali.

Czy podróż nie miała czasem na celu zdystansowania się od rzeczywistości? Stroju kąpielowego, kosmetyków, dżinsów, sukienek i… taśmy bagażowej, która się zatrzymała. „Nie ma nic bardziej wymownego, niż gdy taśma na lotnisku w odległym kraju się zatrzymuje, a ty nadal nie masz bagażu”, pomyślała.

– Cholera – wypaliła ponownie i poczuła łzy napływające do oczu.

– Walizka nie przyjechała?

Kirsten rozejrzała się wokół. Mężczyzna w białej koszuli i szortach koloru khaki stał kilka metrów od niej z uśmiechem na ustach. Zdjął duże okulary przeciwsłoneczne i zaciekawiony spojrzał na nią przyjaźnie bez odwracania wzroku.

Przystojny. Opalone nogi. Umięśnione ramiona. „Oczywiście Szwed”, wymamrotała w myślach. Jeśli już ktoś miałby z nią teraz flirtować, to bardziej egzotycznie byłoby, gdyby potencjalny kochanek pochodził z innego kraju. Ale ten pewnie przyleciał tym samym samolotem ze Sztokholmu. Może też nie miał walizki. Pokiwała głową ze zrezygnowaniem i westchnęła.

– Twoja też zaginęła? – spytała.

– Nie.

„Co tu w takim razie robisz?” – chciała odburknąć. Ale tak byłoby niesprawiedliwie, to przecież nie on sprawił, że jej rzeczy wylądowały we Frankfurcie, Krakowie czy Kapsztadzie.

– Wiesz, czy można tu porozmawiać z kimś z obsługi?

– Pomogę ci – odparł przyjaźnie. – Chodź, zgłosimy zaginięcie walizki.

Głos miał zdecydowany i pozbawiony emocji, a spojrzenie pewne siebie i intensywne. Kirsten podążyła za nim do punktu obsługi pasażerów. Pomógł jej wypełnić formularz, a potem przyjął z uśmiechem przeprosiny personelu, który oczywiście zapewnił, że zrobi wszystko, co w ich mocy, by odnaleźć jej bagaż i dostarczyć do hotelu tak szybko, jak to możliwe.

Irytacja Kirsten zelżała odrobinę, ale nie mogła pozbyć się uczucia, że nie uzyskałaby pomocy, gdyby nie ten obcy mężczyzna. Personel zupełnie ją ignorował. Stał tuż obok niej, gdy wpisywała swoje dane, a jego korzenne perfumy wypełniały jej nozdrza, były słodkawe i zupełnie niepasujące do ciepłego klimatu, w jej opinii ciut za ciężkie i zbyt intensywne.

Podobała się jej jednak dumna postawa tego mężczyzny i jego stanowczość – połączenie, które przyspieszało bieg krwi w żyłach. Kirsten uśmiechnęła się dyskretnie pod nosem – nie chciała, żeby zauważył jej dobry humor. „Boże, tak łatwo mnie rozgryźć”, pomyślała.

– Masz nocleg w Melia Bali – powiedział. – Dobry wybór.

Nachylił się ku niej, dużo bliżej, niż było to potrzebne, i nie próbował ukryć, że widzi każdą literę, którą wpisała w formularz. Niezauważenie, ale stanowczo zbliżył się do niej, jak przystało na mężczyznę, który dostaje wszystko, czego tylko chce.

– Dobry? Znasz ten hotel?

– Tak – odpowiedział. – Leży zaraz nad morzem, spodoba ci się.

Kobieta za ladą zapewniła Kirsten, że zrobią wszystko, co w ich mocy, by zlokalizować zaginioną walizkę. Obcy mężczyzna wciąż stał przy niej i stanowczo potakiwał, jakby chciał pokazać, że jest po jej stronie.

Potem podążył wraz z nią, mimo że go o to nie prosiła, i pewną ręką pokierował w stronę kontroli paszportowej. Po drodze personel próbował się z nim witać, a jeden ze strażników podszedł i uścisnęli sobie ręce, wołając przy tym radośnie.

Kontrola paszportowa była nieopodal. Ludzie czekali w długich kolejkach. Gdy nadeszła kolej Kirsten, ta zrobiła krok do przodu i podała paszport kobiecie, która stukała na klawiaturze za pancerną szybą.

Nieznajomy nadal stał zaraz za nią. Chwilę wcześniej w kolejce był blisko niej, a teraz odległość zwiększyła się do kilku metrów. Przy punkcie reklamacji ocierali się o siebie ramionami. Wtedy chciał być tuż obok, teraz już nie. Kirsten zauważyła sygnalizowaną przez niego potrzebę dystansu. Zastanawiała się, co za tym stoi.

W upale każdy ruch oznaczał wysiłek. Próbowała walczyć ze zmęczeniem i ogarnąć się, ale w głowie miała jedno słowo: podporządkowanie. Musiała podporządkować się gorącu i pozwolić ciału zaaklimatyzować się we własnym tempie. Jej organizm robił wszystko, by oszczędzać siły, dlatego działał wolniej. Takie było prawo natury, które zmuszona była zaakceptować. A przyjęcie pomocy od nieznajomego było dobrym sposobem na oszczędzanie energii.

Kirsten obróciła się w kierunku mężczyzny. Szukała palcami guzików bluzki, żeby dostarczyć skórze więcej powietrza, powstrzymała jednak tę pokusę, bo pomyślała, że mogłoby to zostać odebrane jako odpowiedź na jego flirt.

– Przyleciałeś ze Sztokholmu? – spytała Kirsten.

Oczy mężczyzny znów skrywały się za przyciemnionymi szkłami. Kiedy zdążył założyć okulary?

– Nie – odparł. – Jestem tu od dawna.

Przeszła kontrolę, obróciła się i pokazała nieznajomemu, że zaczeka na niego po drugiej stronie. Mężczyzna kiwnął głową, zamienił kilka słów z kobietą za szybą i dostał znak, by iść dalej. W ten sposób do niej dołączył.

Weszli prosto w żar słoneczny i rój ludzi. Przyprawiający o mdłości upał utrudniał oddychanie. Mimo wszystko odpięła guzik bluzki i potrząsnęła materiałem, rozpaczliwie próbując dostarczyć mokrej skórze trochę tlenu. Niewzruszony, spojrzał na jej piersi.

– Ale upał – powiedziała w wymuszony sposób. – Muszę…

– Nie ma sprawy – odparł i musnął jej łokieć.

– W którym hotelu śpisz?

– Żadnym – przeszył ją spojrzeniem. – Witamy na Bali.

Był przewodnikiem? Odbierał turystów z lotów czarterowych i upewniał się, czy dobrze trafili?

– Nie prosili cię o paszport.

Pokręcił głową.

– Znają mnie.

– Pracujesz na lotnisku?

Zaśmiał się krótko i radośnie.

– Prowadzę firmę i często tu bywam.

Kirsten oczekiwała dalszych wyjaśnień. Chwilę patrzyli się na siebie w ciszy, jakby szukając jakiegokolwiek punktu zaczepienia, by rozmowa płynęła dalej. Pokazała gestem, że chciałaby więcej informacji – „jak matka do dziecka”, pomyślała.

– Import, eksport, takie tam – powiedział.

– Gwoździe i śruby czy heroina i kość słoniowa?

Myślała, że trafiła, i miała nadzieję, że się zaśmieje, ale mężczyzna wyglądał na niewzruszonego.

– Trochę tego i tego.

Szybka odpowiedź, dopasowana do jej tonu. Oczywiście, że zajmował się trochę tym i tym.

„Mężczyzna w tajemniczy sposób wzbudzał zaufanie” – tak opisałaby go policji, gdyby miała zeznawać w jego sprawie. Nieznajomy o głębokim głosie, w nieco zbyt ciemnych okularach przeciwsłonecznych. Balansował na granicy bliskości i dystansu. Trudno się nim nie zainteresować. Eh, inaczej – miała za sobą długą podróż i chciała myśleć o czymś innym niż smutek.

– Wybacz, jeśli wydaję się zagubiona… – dopowiedziała, głównie po to, żeby cokolwiek powiedzieć i podtrzymać konwersację przy życiu. – Ale przed chwilą prawie zginęłam w katastrofie lotniczej i nadal się trzęsę. Poza tym zgubiłam telefon.

Przesadzała. Lecieli przez okropną burzę, to prawda, ale samolot ani razu nie był bliski wypadkowi.

– Załatwimy ci nowy. Zaparkowałem tam dalej – odpowiedział i wskazał palcem mniejszy parking zaraz przy lotnisku. – Miałem powiedzieć, że poniosę ci bagaż i podrzucę do hotelu. Ale przecież nie masz bagażu, więc tylko cię podrzucę.

„Tak nie może być”, pomyślała i spróbowała wyostrzyć zmysły pomimo opanowującego ją jetlagu. Intuicja podpowiadała jej, że to błąd – zbieg okoliczności zbyt piękny, by mógł być prawdziwy. Już sobie wyobrażała, jak godzinę później będzie leżała zgwałcona i martwa w rowie wzdłuż autostrady.

– Nie, chyba dostanę się do miasta w inny sposób – odpowiedziała. – Nie musisz się dla mnie wysilać. Ale dzięki za pomoc.

Wyglądał na rozczarowanego. Szczerze zranionego. Na jego ustach pojawił się smutny uśmiech. Jakby rozumiał, w jaki sposób go odbiera, gdy stoją tak w pełnym słońcu. Wywoływał uczucie niepokoju, niepewności, może nawet niebezpieczeństwa. Złudzenie, a może pułapka.

Kirsten również była zawiedziona. Jego usta układały się w słaby uśmiech, ale za to co to były za usta! Zdjął okulary i skierował na nią wzrok. Najbardziej intensywne spojrzenie, jakiego od dawna doświadczyła. Przez jej żołądek przetoczyła się fala. „Powiedz coś, żebym zmieniła zdanie”, pomyślała.

Musiał czytać jej w myślach, bo po chwili odrzekł:

– Nie jestem niebezpieczny – powiedział.

Oboje wiedzieli, że to kłamstwo. Wiedzieli też, że nadejdą kolejne. Ludzie czasem nabierali się, bo chcieli dać się nabrać. Ale intuicja podpowiadała Kirsten, że mężczyzna nie jest niebezpieczny, nie dla niej. Być może dla innych, a nawet z pewnością dla innych, ale nie dla niej.

– To dobrze – odpowiedziała teatralnie i oboje wybuchnęli śmiechem.

Zrobił krok w jej stronę. „Ale te perfumy, kochany, to powinieneś zmienić na jakieś lżejsze”, pomyślała i od razu poczuła się pewniej. Wyciągnął rękę i się przedstawił.

– Przepraszam, zapomniałem się przedstawić. Jestem Max.

– Kirsten.

– Okej, Kirsten. Może się to wydawać dziwne, rozumiem to, ale nie mam zamiaru cię oszukać ani skrzywdzić. Po prostu przypadkowo jadę w twoją stronę i oferuję ci podwózkę, żebyś nie musiała jeździć taksówkami czy autobusami. Możesz odetchnąć i przyjąć moją propozycję bez strachu, że coś ci zrobię. A świat stanie się przy okazji trochę lepszy. Wiesz, niczym trzepot skrzydeł motyla w Chinach, który rozchodzi się po kuli ziemskiej i staje się wiosennym wiatrem.

– Ale z ciebie filozof.

TRZY

Widoki jak z pocztówki. Mogła przewidzieć, że na Bali będzie pięknie, ale i tak zachwyciła się naturą, która rozkwitała, gdzie tylko się jej podobało. Intensywne kolory, gdziekolwiek nie spojrzała. Soczysta zieleń koron drzew i krzewów, niebieskie morze tworzące silne fale, a czerwona ziemia na poboczu jak zaczarowana.

Kirsten opadła do reszty z sił, ale nie mogła pozwolić sobie na odprężenie, jeszcze nie, siedziała w samochodzie z nieznajomym.

„Ty jesteś chora, Kirsten”, pomyślała. „Dlaczego jesteś chora? Bo ufasz mu, gdy mówi, że nie jest niebezpieczny, a to dziwne mówić coś takiego nowo poznanej osobie”.

Chciała przygód, to prawda. Ale czy naprawdę to się musiało tak skończyć? „Ciekawe, czy porywa kobiety”, pomyślała. „Odbiera je z lotniska, a potem to koniec. Jak w kiepskim amerykańskim filmie. Zawsze źle się kończy”.

Wyłowiła z torebki klucze do domu. Trzymała pęk w dłoni, tak by go nie widział. Gdyby uciekł się do przemocy, to mogłaby wsadzić mu je w oko. Jeśli trzeba, to i przez okulary. Albo też zranić go w szyję, gdyby próbował się na niej położyć.

– Fantastycznie, co nie? – spytał i wskazał ręką bezkresny krajobraz, przez który przejeżdżali.

Kirsten skinęła głową.

– Fantastyczny to wyświechtane słowo – powiedziała. – Ale może być, sama bym tego lepiej nie nazwała.

Zaśmiał się.

– Twarda jesteś.

„Brzmi, jakbym mu zaimponowała”, pomyślała. Może i miał rację. Ostatnie wydarzenia zahartowały ducha Kirsten, to prawda.

Westchnęła. Mężczyźni często dawali sobie prawo do przypinania jej łatki, wiedziała to. Wybierali kilka cech i potem trudno było zmienić swój obraz w ich oczach.

– Nie chciałam tak zabrzmieć – powiedziała po chwili.

Słowa zawisły w powietrzu. Musiała coś dodać, inaczej atmosfera pozostałaby niezręczna przez resztę drogi. Jechali w ciszy. Kirsten chciała powiedzieć coś więcej. Zdobyła się na wysiłek:

– Masz rację. Naprawdę jest fantastycznie.

Dotarli do hotelu. Max zatrzymał auto przed głównym wejściem i życzył jej powodzenia. Wysiadła z auta, on również to zrobił i przeszedł na chodnik po jej stronie. Schowała klucze do torebki i przytuliła go, a wtedy poczuła jego ciepłe dłonie na plecach.

Chciała go przytrzymać przez jeszcze jeden oddech, tylko na chwilę, odrobinę dłużej. Była wdzięczna za pomoc. Jego ramiona na jej wyczerpanym ciele wydawały się silne. Rozluźnili jednak uścisk i Kirsten podziękowała za wszystko, z czym jej pomógł.

Uderzyła ją myśl, że powinna zaprosić go na obiad do jakiejś restauracji, ale zmęczenie uniemożliwiało jej koncentrację. Trzydzieści sekund później auto wyjechało na ulicę.

Zdjęcia hotelu w internecie zgadzały się ze stanem faktycznym. „Wygląda nawet lepiej niż na zdjęciach”, pomyślała. Palmy, baseny i personel w białych lnianych ubraniach – wszystko nasycone wszechogarniającym ciepłem, którego nie oddałyby żadne zdjęcia ze strony internetowej.

Tutaj upał nie był już nieprzyjemny czy duszący jak w tłumie na lotnisku, tutaj miała odpoczywać w cieniu i drzemać przy basenie, słuchając w tle cichych rozmów hotelowych gości.

Przez sekundę przeszło jej przez myśl, że musi zadzwonić do domu, do rodziców, i powiedzieć, że wszystko w porządku. Pomyślała o ich ostatnim wspólnym lecie po skończeniu liceum, po napaści, o której nie mogła mówić, bo Jesper był synem szefa jej ojca.

Nie chcieli jej pozwolić na podróże po Europie, ale też nie zabierali jej na swoje wycieczki. Gdy w weekendy schodziła na dół koło dziesiątej, oni już byli w drodze na pchli targ albo zakupy w Hudiksvall. Rodzice coraz częściej spędzali czas w klubie brydżowym lub na spotkaniach koła łowieckiego. Przestali razem grać w karty, tata oddawał się krzyżówkom, a mama szydełkowaniu. Cisza przed telewizorem była ogłuszająca – nawet gdy w wiadomościach pokazali eksplozję autobusu w Jerozolimie, co było przecież tragicznym wypadkiem, który normalnie by skomentowali.

Zastanawiała się, co we wsi mówiło się o tym, że wyjechała za granicę zaraz po pogrzebie. Ludzie na pewno myśleli, że jej żałoba była niewystarczająca.

Tego samego popołudnia leżała pod wentylatorem sufitowym i słuchała bicia serca, zginała palce u stóp, jeden po drugim, najpierw u lewej stopy, potem u prawej. Chciała świadomie poczuć każdą część ciała, na początku serce, następnie krocze, nogi, brzuch i barki.

Miała czas, nigdzie się nie śpieszyła.

Kirsten długo leżała w łóżku i niezbyt chciało jej się otworzyć oczy. Po chwili naszło ją uczucie, którego nie dało się zrozumieć, ale któremu nie można było zapobiec. Napływało falami przez klatkę piersiową i wywoływało odruchy wymiotne. To było uczucie ucieczki. Zdawała sobie z tego sprawę.

Musiała wiedzieć, na jak długo zostanie. „Nie” – stwierdziła. Niczego przecież nie musiała. Potrzebowała czasu. Smutek przejmował ją, ale jej nie paraliżował, co było dużym pocieszeniem. Porzucenie życia po drugiej stronie kuli ziemskiej – tak zwana kapitulacja – okazało się jedynym wyjściem.

Kirsten odłożyła na bok swoje rozważania – przeszkadzały w podróży, która dopiero co się rozpoczęła. Miała w zasięgu ręki werandy, zacienione hamaki i drinki z lodem. Została jej tylko teraźniejszość i to od niej musiała zacząć. Dowlec się na plażę. Poczytać książkę.

Wstała z łóżka i zdjęła z haczyka w łazience gruby szlafrok. Poza sukienką, którą miała na sobie w trakcie lotu, kostium kąpielowy był jedynym ubraniem, jakie posiadała. Gdy meldowała się w hotelu, kupiła w recepcji bikini.

Kirsten zamówiła na werandę nasi goreng, kosz z owocami i wodę mineralną. Usiadła na wiklinowym fotelu i żuła daktyle przy zachodzie słońca. Potem wyciągnęła się na łóżku. Tylko na krótką chwilę. „Muszę zejść do morza”, zdążyła jeszcze pomyśleć, zanim ogarnął ją sen.

Gdy się przebudziła, był już ranek i po raz pierwszy od dawna nie pamiętała, co jej się śniło.

Uznała, że nieco później powinna wybrać się na zakupy. Gdzieś niedaleko, by kupić tylko to, co niezbędne. Sukienkę, albo dwie, i może sarong… Oraz za duży kapelusz dla ochłody, sandały i krem do opalania. Wtedy mogłaby przestać się stresować i poczekać w spokoju na walizkę.

Przypomniało jej się, że Max obiecał załatwić jej nowy telefon. Linia lotnicza zapewniała, że dopilnuje, żeby walizka trafiła do hotelu, jednak ze względu na jej nieznane położenie nie dało się przewidzieć, kiedy to się stanie. Zmartwiła się na myśl o zaginionym bagażu i braku telefonu. Równie dobrze mogła jechać na zakupy już teraz.

Krótki kurs taksówką wystarczył, by bogactwo okazało się pozorne. Było czymś, o czym marzyła, ale czego nigdy nie doświadczyła. Gdy trzasnęła drzwiami samochodu i pomachała kierowcy na pożegnanie, Bali urzeczywistniło się w zupełnie nowy sposób.

Klimatyzacja w aucie odseparowywała ją od reszty świata, lecz gdy wystawiła nogę na zewnątrz, hałas ulicy przykrył spokój, który czuła jeszcze w taksówce. Gdzieś tam w tle było morze, dziś tak samo niebieskie. Sklepiki na ulicy wyglądały zaś na zniszczone i podupadłe.

Przebiegł koło niej szczur, ale zanim pomknął dalej, powąchał jej palce u stopy. Na poboczu leżały zdechłe węże, a kilka dzikich psów szczekało i próbowało się pogryźć w walce o resztki jedzenia leżące obok śmietnika. Sierść miały zmierzwioną, poplamioną, było jej za mało, aby pokryć całą powierzchnię ich wychudzonych ciał.

Przeczytała w przewodniku, że nie powinno się nawiązywać z nimi kontaktu wzrokowego. Atak byłby tragiczny w skutkach, bo wiele z nich chorowało na wściekliznę. Przez jej spowolniony umysł przeszła inna myśl: „Wszędzie trzeba nosić ze sobą bambusowy kij do obrony przed zwierzętami strzegącymi swojego terytorium”.

Wioska składała się w zasadzie z głównej ulicy otoczonej straganami z kolorowymi tkaninami, ze sprzedawcami kokosów i bibelotów oraz stoiskami z owocami. Handlarze dzielnie toczyli walkę z kakofonią grających cykad, ręce mieli obwieszone niezliczoną liczbą towarów niczym choinki obładowane naszyjnikami, broszkami, szalami.

Wszędzie, gdzie spojrzała, wyciągano ku niej dłonie. Wszyscy właściciele sklepików chcieli jej uwagi. Kirsten znalazła stoisko wyglądające bardziej jak drewniany barak, co oznaczało ekskluzywność. Konkurencja nie była zbyt mocna. W ciemności siedziała przyjazna, bardzo stara i cicha kobieta, która pozwalała jej dotykać tkanin we własnym tempie.

Finalnie kupiła trzy sukienki i bikini, które całkiem dobrze powinno na nią pasować. Gdy opuściła barak, od razu zrozumiała, że popełniła strategiczny błąd, odrzucając ofertę bezzębnej staruszki, by kupiła za bezcen porządną materiałową torbę. Papierowe torby, które zamiast tego otrzymała, były zaproszeniem dla ulicznych sprzedawców. Oto kroczyła przed nimi Europejka z bzikiem na punkcie zakupów i nieskończonymi środkami na koncie. Z pewnością da się jej opchnąć cokolwiek. Sklepikarze wzięli ofiarę na celownik, opuścili chwiejne stoliki i prawie poprzewracali wyszczerbione wieszaki na ubrania, chcąc do niej podejść jako pierwsi. Zagradzali jej drogę, kręcili obwieszonymi biżuterią dłońmi i sapali: „Jewellery, gold, handycraft”.

Wykonała szybki zwrot, by znaleźć drogę ucieczki, i wtedy poczuła, jak młody facet wyciąga ku jej piersiom rękę z pierścionkami. Kirsten odtrąciła go i szybko stamtąd zniknęła.

Rozejrzała się dookoła. Szyld w dole ulicy. Café New York, na końcu pasażu. Zaśmiała się. „Café New York” – nazwa z polotem czy właśnie bez polotu? Trudno było stwierdzić.

Potrzebowała ginu z tonikiem, ale zamówiła mrożoną kawę, pora wciąż była wczesna. Opadła na chybotliwe plastikowe krzesło przy równie chybotliwym plastikowym stoliku. Miejsce, do którego trafiła, nie miało w sobie nic autentycznego ani szczerego. Było częścią fasadowej kultury turystycznej, co trochę ją przygnębiło.

„Siedzę tu, na rajskiej wyspie w Azji, z kawą w dłoni i zdążyłam już posmutnieć”, przeszło jej przez myśl. Wtedy usłyszała głos mężczyzny rozmawiającego z barmanem. Obcy, ale trudny do pomylenia. Zauważył ją.

– Już się znudziłaś życiem nad basenem?

Czy Max czekał w ukryciu? Śledził ją? Tak czy inaczej, siedział trzy stoliki dalej z prawie pustą butelką Heinekena przed sobą.

– Mam zamiar kupić sobie bambusowy kij – odpowiedziała na tyle spokojnie, na ile była w stanie. – Żeby odganiać nim psy, gdyby zaszła taka potrzeba.

– Ale znalazłaś też coś innego?

Wskazał na torby, uniósł butelkę jakby do toastu i napił się. Cała jego twarz zdawała się tryskać radością. „Wygląda nieziemsko dobrze, gdy się śmieje”, pomyślała Kirsten. Dobrze znana gra w nieznajomych. Zanim dwóch ludzi się pozna, otwiera się przed nimi nowa historia, oczywiście stara jak świat, ale zupełnie nowa dla dwóch stron ją tworzących.

– No – odpowiedziała. – Tak wyszło.

– Zaciekawiłaś mnie. Tajemnicza kobieta wylądowała na mojej wyspie i zjawia się w moim barze, kim ona jest?

Puścił jej oczko w przerysowany sposób, a Kirsten pomyślała, że jeśli to jego metoda na ironiczne podrywanie kobiet poznanych dzień wcześniej, to raczej słabo mu idzie. Miał na sobie tę samą koszulę co na lotnisku.

– To tutaj przychodzisz, gdy chcesz uniknąć lokalnej ludności? – spytała.

Max wyglądał na urażonego tym pytaniem. Kirsten zrozumiała, że chciał się wtopić w tłum, że ważne było dla niego nie być postrzeganym jako turysta.

– W wiosce nie ma za dużo do wyboru.

– A więc przychodzisz tu dla nieco bardziej międzynarodowej atmosfery?

Wskazała na szyld Café New York.

– Zabawna jesteś, Kirsten.

Sposób, w jaki wymawiał jej imię, sprawiał, że brzmiało jak „Christine”. Może myślał, że tak się nazywa?

Dopił resztkę piwa i zanim Kirsten zdążyła zauważyć, że złożył zamówienie, pojawił się kelner, tym razem z butelką szampana w wiaderku pełnym lodu i z dwoma kieliszkami. Wskazał gestem, by dosiadła się do jego stolika w głębi lokalu. Kirsten wstała z miejsca i podeszła do niego.

– Kelnerzy czytają tutaj w myślach? – powiedziała. – A może zawsze prosisz o dwa kieliszki i liczysz na szczęście?

Czuła się zgryźliwa, ale nie wiedziała dlaczego. Max zlustrował ją spojrzeniem i po raz pierwszy nie wydawał się chętny na szybką odpowiedź. Może naprawdę go zatkało? Postanowiła zachować się przyjaźnie, a nie wrogo. Max przeciągnął ręką po zarośniętym podbródku, a ona usłyszała ten szorstki dźwięk.

– Usiądź – powiedział. – Dotrzymaj mi towarzystwa.

Kelner podgłośnił piosenkę Paula Simona, w której ten śpiewał: „These are the days of miracle and wonder”1, a Kirsten zastanawiała się, czy to prawda, że te dni rzeczywiście mają w sobie coś z cudu. Choć cały czas przepełniały ją mroczne myśli, czuła się ciut lepiej niż wcześniej, więc czemu by nie napić się z nowo poznanym kompanem? Poprosiła, by zaczekał, i poszła do toalety przebrać się w jedno z nowych ubrań.

Obejrzał jej wzorzystą sukienkę i zapalił papierosa. Kirsten też naszła ochota na jednego, chociaż rzuciła palenie całe wieki temu.

– Poczęstujesz jednym?

Wyciągnął rękę i podał jej paczkę.

Gdy wzięła pierwszego bucha, poczuła, jak dym rozchodzi się po najgłębszych zakamarkach jej płuc. Wspomnienie starego znajomego z Enånger, Kennetha, i jego szybko postępującego raka płuc stało się wręcz namacalne. Papieros smakował okropnie. Zgasiła go o kant stołu. Max zignorował jej kaszel.

– Dlaczego „Kirsten”? Jesteś Dunką?

– Ojciec Duńczyk, matka Szwedka.

Max mruknął z uznaniem.

– Dobre połączenie – powiedział. – Czerpiesz to, co najlepsze, z obydwu światów. Mieszkacie w jednym mieście?

Okej, przynajmniej nie podążał zgodnie z żadnym utartym schematem i nie skomentował jej seksownego imienia, które wykrzywiało mu język, gdy próbował poprawnie je wymówić. Jednak skręciło ją w żołądku, gdy zapytał o rodziców. Udało jej się stłumić w głębi duszy wspomnienia, ale jak zawsze – tylko na chwilę. Na moment straciła kontrolę nad lękiem i zaczęła błądzić wzrokiem po lokalu.

Nie było innych klientów, siedzieli zupełnie sami, tylko Kirsten i Max. Ktoś z obsługi znalazł sobie zajęcie, przecierał szklanki za barem, zostawiając ich w spokoju. Opróżniła kieliszek w poszukiwaniu odpowiednich słów.

– Nie, obydwoje nie żyją – odpowiedziała, sięgając po butelkę, by dolać sobie alkoholu.

– Ach, przepraszam. Przykro mi.

Mężczyzna musiał zorientować się, że pytanie wprawiło ją w dyskomfort, bo pokazał dłonią, że nie zamierza naciskać na więcej opowieści. Następnie wstał powoli z krzesła, podszedł do szafy grającej znajdującej się obok drzwi do łazienki i odwrócił się plecami do kobiety.

Dopiero teraz, gdy Max stanął obok, Kirsten zauważyła maszynę. Zabrzęczał drobniakami, wybrał guzikiem kilka utworów i wrócił do stolika.

– Szafa grająca? – powiedziała ze zdziwieniem. – One w ogóle jeszcze istnieją?

– To jedna z rzeczy, dla których tu przychodzę.

– Zatem powiedz mi, Max, co robisz na Bali?

Zmierzył ją wzrokiem.

– Przeprowadziłem się kilka lat temu. Poznałem kobietę.

– Miłość?

– Miłość, tak, jak najbardziej.

– Jak cudownie – podsumowała Kirsten.

Liczyła na to, że udało jej się ukryć niewielkie rozczarowanie, które rozlało się po jej ciele.

– Skończyła się.

„Jak cudownie”, chciała już wypalić. Liczyła na to, że udało jej się ukryć niewielką nadzieję, która ogarnęła jej ciało. Odpowiedziała tylko:

– Oj… Co się stało?

– Nic się nie stało – odparł Max. – Ruszyliśmy w kierunku zachodzącego słońca jak Lucky Luke. W kierunku różnych słońc, rzecz jasna. Rozdzieliliśmy się, żeby nie robić sztucznego tłumu na horyzoncie.

Kirsten uśmiechnęła się i powiedziała, że historia brzmi dramatycznie. Max odparł, że nie przeszkadza mu bycie nieco dramatycznym.

– Brakuje ci jej?

Towarzyszyło jej dziwne odczucie, jakby już dość dobrze go znała, jednocześnie nie mając najbledszego pojęcia, kim w istocie jest. Rozmowa szybko schodziła na najważniejsze tematy.

– Była wzorową dziewczyną – odpowiedział smutny i zamyślony.

– Ładne określenie – powiedziała Kirsten. – Też bym chciała, żeby ktoś tak o mnie kiedyś powiedział.

Max przyglądał się jej znad stołu. Wymamrotał, że z pewnością ona też by taka była. Wznieśli toast, nieco teatralnie unosząc kieliszki do góry. Kirsten wiedziała, że nie powinna więcej pytać o kobietę, z którą był Max – to nie był ani czas, ani miejsce. Czuła się jednak w jego obecności śmiała, gadatliwa i otwarta.

– Wiesz – dodała. – W Szwecji byłam przez jakiś czas w związku i z perspektywy czasu nie mam pojęcia czemu.

– Co nie zagrało?

– Kochałam go bardziej niż on mnie. Stopniowo zaczęłam zdawać sobie z tego sprawę. Chodziło o drobnostki – zbudował własne życie obok naszego wspólnego. W pewien sposób nigdy nie wpuścił mnie do swojego świata.

– Drobnostki.

Rozkoszował się słowami.

– Wspominał o znajomych i opowiadał o odjechanych rzeczach, które wspólnie robili. Wiedziałam, kim są, ale nigdy ich nie poznałam. To taki przykład.

Mówiła o tym bez goryczy w głosie. Koniec końców cieszyła się, że się rozstali.

– Jesteśmy zbyt dobrzy dla tego świata, Kirsten – powiedział Max.

– Dobrze, że mamy siebie – odpowiedziała.

Puścił jej oczko.

– Jak skończył się związek z tamtym chłopakiem?

– Naprawdę chcesz wiedzieć?

– No pewnie, że chcę!

Kirsten udało się zainteresować słuchacza i była z tego faktu zadowolona.

– Zaprosił mnie na kolację. Siedziałam przy kuchennym stole w jego pięknym domu. Miał pełno ciętych kwiatów i designerską kanapę. Jedliśmy bouillabaisse i rozmawialiśmy o Marku Chagallu, którego oboje podziwiamy, a wtedy pomyślałam: „Co jest nie tak z moim życiem? Czemu tak smuci mnie bycie tutaj? Mogę przyjść na kolację, zostać na noc, zjeść rano śniadanie, odzywać się, kiedy mi pasuje, i to może rzeczywiście działać”.

– Ale?

– Pełniłam tam tylko ozdobną funkcję.

– Och – odpowiedział Max. – Rozumiem.

– Zamknęłam więc powieki i spytałam go, jaki mam kolor oczu.

– Co?

– Przerwałam mu tym pytaniem jakiś wywód. Odpowiedział, że mam brązowe.

Max wyglądał na zdezorientowanego.

– Przecież masz zielone oczy.

– No właśnie – odpowiedziała.

Kirsten szczerze się uśmiechnęła. Nie mogła się powstrzymać. Maxowi musiała spodobać się historia, którą opowiedziała, bo roześmiał się i pokręcił głową. Nagle umilkł i spojrzał na nią.

– Chcę ci pokazać mój dom – powiedział zdecydowanym i poważnym tonem. – Idę zapłacić, a ty to przemyśl.

Kirsten patrzyła, jak Max znika w głębi baru. Pomyślała o Marcusie. Zaskoczyło ją, jak bardzo za nim tęskni. Podróżowali ze sobą tak często, że aż stworzyli własny typ humoru – w ten sposób łatwiej było im znieść bańkę, w jakiej się obracali.

Cyrk obwoźny, ekipa z lunaparku tułająca się po północy z bazą w Sztokholmie – do tego zwykle sprowadzała się ich praca. Human Resource Management, czyli cały dzień pełen żywych rozmów i inspirujących gości. Dzień do kosza, w którym nic nowego się nie wydarzyło.

Marcus, tak samo jak Kirsten, miał dość aktorstwa, wiedziała o tym. Po prostu lepiej to ukrywał. Niesłychanie dobrze im płacili, trzeba to przyznać, ale coraz trudniej było jej wytrzymać.