Pieśń dzwonów - Zdzisław Piątkowski, Maria Nowak, Adam Drygalski, Urszula Wasilewska - ebook
Opis

„PIEŚŃ DZWONÓW” – unikatowy kolaż wątków – barwny i intrygujący oraz zmuszający do zastanowienia i refleksji. Książka wprowadza nas w jądro wirtualnej podróży, której towarzyszą plastyczne opisy, umiejętność tworzenia napięcia oraz generuje klimat realizmu magicznego.
Polecamy lekturę „PIEŚNI DZWONÓW”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 146

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Zdzisław Piątkowski, Maria Nowak, Adam Drygalski, Urszula Wasilewska

pieśń dzwonów

Wydawnictwo Nowy Świat

© Copyright by Zdzisław Piątkowski, Maria Nowak, Adam Drygalski, Urszula Wasilewska, 2015

Projekt okładki: Nowy Świat

druk ISBN 978-83-7386-611-9

ebook ISBN 978-83-7386-860-1

Wydanie IWarszawa 2015

Wydawnictwo Nowy Świat

ul. Kopernika 30, 00-336 Warszawa

tel. 22 826 25 43

internet: www.nowy-swiat.pl

księgarnia: www.poczytajka.pl

PIEŚŃ DZWONÓW

1. Dom sztywny i kanciasty na tle wieczornego nieba wyłaniał się z brzozowego zagajnika. Ptak, niewidoczny i tajemniczy, gdzieś w pobliżu, zaśpiewał i ucichł. Spoza zasłony krzaków otaczających dom, mężczyzna z blizną patrzył w światło okna. Widział jak dziewczyna pozbywała się pantofli. Schyliła się, ściągając pończochy. Następnie zdejmowała sukienkę. Zrzuciła biustonosz, opuściła do kolan, potem do stóp majtki. Wyszła ze zrolowanych nogawek i prawą stopą zmiotła je pod łóżko.

Ptak znów zaśpiewał, powtórzone nuty. Dźwięki emanujące z ciszy, być może odgradzające to miejsce od świata, wywoływały osobliwy nastrój. Doleciał warkot samochodu, stopniowo zamierając w dali.

Mężczyzna z blizną otoczony gęstwiną bzów i głogów, porzeczek i agrestów, oświetlonych anemicznym światłem okna, patrzył zauroczony owłosionym trójkątem dziewczyny. Wściekłość i wstyd, oburzenie i złość oraz śmieszne i bolesne sztywnienie jego penisa, kazały mu zapomnieć przez chwilę po co tu przyszedł.

Obecny w pokoju mężczyzna zerwał się z łóżka i rzucił ku niej. Przyjęła go swoimi włosami. Zanurzył w nich twarz, smakując jej soki. Zaśmiała się i chciała go odciągnąć. Ale coraz bardziej ją zagarniał. Dziewczyna śmiała się nadal.

Mężczyzna z blizną czuł pieszczotliwy dotyk gałęzi krzaków, a w uszach brzmiał mu okrzyk zabitego brata; Zabijajcie, bracia! Żaden nie jest niewinny, ani ten co żyje, ani ten, co się narodzi. Zniszczcie ich raz na zawsze. Zabijajcie, bracia! Bez litości!

Jak oszalały wybił szybę w oknie. Strzelał, strzelał... piękni kochankowie znieruchomieli, z oczami okrągłymi z osłupienia. Nie myśleli, ze będą umierać w samym akcie rozkoszy i pożądania.

Mężczyzna z blizną rozpłynął się w gęstwinie trzcin i wierzb.

2. Źródło wytryskiwało przy korzeniach topoli i odpływało fałdując i rzeźbiąc, piaszczyste podłoże. Otaczała je gęstwina trzcin i wierzb, oświetlonych słonecznym blaskiem.

Guru obserwował i podsłuchiwał ważkę, która siadła na jednej z trzcin. Miała ubarwienie niebieskie, z metalicznym połyskiem, duże oczy, krótki tułów i silnie wydłużony odwłok. Zalecała się do niego, rzucając cienie, które niewspółmiernie do rozpiętości jej skrzydeł pokrywały, zapełniały i powiększały je drganiami trzcin, na których siadała.

Gra świateł i cieni oraz rozbrzmiewające między ważką a nim jej bzykanie, dawały radość życia.

Przyjemnie w samotności, milczeć i medytować Wieczność, myślał Guru, niedługo połączę się z Nią i nie uważam, że Bóg jest taki jak sądzą kapłani. Bóg AbsolutnąBezczasowością, Jego nie dotyczy żadne teraz i tutaj. Wniknę w tą Bezczasowość, nieograniczoną, wyzwalającą, szczęśliwą. Zniknę w Ciszy i osobliwym związku, i w tej Nicości zatraci się równość i nierówność. Zatracę sam siebie, tam, gdzie nie ma ani dzieła, ani obrazu.

Bicie dzwonów zakłócało rozmyślania. Zobaczył jak zachodzące słońce zalewało wody promieniami pozłacanego światła. Setki wróbli świergotało w gałęziach pobliskich głogów. Z daleka słychać było swoisty hałas pędzących po szosie samochodów. Komary bzyczały przy uchu, ostrzegając, że zamierzają atakować...

Ogarniając spojrzeniem krajobraz, Guru powiedział do siebie:

– Zamiast smakować życie, tracę czas na spekulacje metafizyczne.

Uśmiechnął się zagadkowo.

3. Wokół unosiła się woń jeziora, rzeki i pobliskiego trzęsawiska. Mokro – słodki aromat drzew i kwiatów zmieszany z lekko zgniłym zapachem bagiennej trawy i mętnej wody, ledwie pomarszczonej falą rozpływał się wokoło. Księżyc był w połowie nieba, wklejony w niezliczone gwiazdy. Patrzyłem jak sina smuga niknie w księżycowym blasku.

Wyszedłem na zewnątrz. Przede mną, niczym ogromne usta, rozwarła się bezkresna przestrzeń nieba. Nie potrafiłem zapanować nad emocjami. Czułem, że moje życie weszło w nową fazę. Co zostało za mną? Widziałem nieduże punkty; wysoki dom na skrzyżowaniu ulic, park i jeziorko, żonę sprawdzającą lekcje syna, Guru nauczającego uczniów, i jeszcze coś, a może nic. Może się myliłem? Może komuś udało się wygrać wielką wygraną na loterii?

Serce biło mi jak oszalałe. Huczało jak górski potok. Skoncentrowałem się w sobie, aby nie zostać zaskoczonym przez niepewność.

Wspominałem mnogość historii wydarzeń, nigdy z sobą nie połączonych. Wypiłem resztki piwa ze szklanki i zblazowany wyszedłem. Długo stałem nieruchomo na chodniku, zadając sobie pytanie; Jak to się stało, że psychicznie mnie ujarzmiła? Zamyślony, nie zauważyłem jak na pasach dla pieszych, samochód potrącił staruszkę. Patrząc na plamy krwi i zbiegowisko ludzi na chodniku, przypomniałem sobie marcowy ranek, mróz przenikał do szpiku kości. Wśród klaksonów, w uszach dźwięczących, dowiedziałem się, że z mojego zespołu śmierć wzięła pracownika, przez życie sączącego piwo w barze. Na pytanie, czy idę na pogrzeb, odparłem, broniłem go przed zwolnieniem, teraz nie wskrzeszę pijaczka.

Medytując zlasowanym mózgiem, poszedłem przed siebie.

Cień koron drzew ukazał się na drodze i przeniosłem się w przyszłość i słyszałem bicie dzwonów. Siedziałem na trawie oparty o pień brzozy i słuchałem ich symfonii, kojącej świadomość. Wypłynąłem prosto z siebie, zza skraju wszystkich zapachów kwiatów na łące. Maki i chabry, stokrotki i mlecze. Było to jak śmierć, jak stan, z którego umysł był wyłączony.

Wszystko wokoło nieograniczoną przestrzenią. Na dużej lipie siedziała sójka i mgła wśród innych drzew. I szum wiatru w ich koronach i bicie dzwonów. Słyszane razem, łączące przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, między dniem a nocą. A fale wiatru uderzały w dzwony i osaczyły mnie wspomnienia.

–Dlaczego chce go pan wykastrować? – spytał lekarz weterynarz.

– Mieszka w klatce ze swoją mamą. Nie chcę go oddać w obce ręce, i nie chcę, żeby się rozmnażali.

Piękny, wykastrowany samczyk, milczący, więdnący jak jesienne kwiaty. Zastygł bez ruchu. Gdziekres bicia dzwonów. Milczące ich słuchanie. Kiedy zachorowała jego mama, nieustannie przy niej czuwał. Nie było kresu jego bezgłośnych kwileń. Któregoś dnia wróciłem z pracy, a synek samczyk wsparty o pręty klatki, stojąc na dwu nóżkach, wzywał mnie na pomoc, w swoim języku, swojej chorej mamie. Potęgowanie się bólu w dźwiękach bijących dzwonów. Nic nie mogłem mu pomóc w wyleczeniu jego chorej mamy. Po jej śmierci cierpiał i tęsknił, tęsknił i cierpiał. Byłem za niego odpowiedzialny, naiwnego i słabego zwierzaczka, który dla przeciwstawienia się zagrożeniu, miał cztery drobne nóżki.

Pieśń bijących dzwonów przepływała nade mną. W słoneczny dzień przeżywałem jego samotność i tęsknotę. Wśród wielu myśli, trudno to było znieść spokojnie. Tylko pieśń dzwonów dochodziła z krańców beznamiętności, że jej nie słyszałem, ponieważ byłem tą skargą. Samczyk gdy znalazł się u kresu życia, dzielnie znosił swoje wielkie cierpienie. Nie żalił się na swój los, ponieważ czuwając przy swojej mamie, zdobył doświadczenie w umieraniu.

Pod rozłożystą lipą zaćwierkał ptak, jak gdyby mnie żegnając, i w biciu dzwonów się rozpłynął. Pieśń niewidocznego dzwonu, teraz i tutaj, tutaj i zawsze, słyszalnego w ciszy, między odgłosami karetki na sygnale.

5. W mieszkaniach zapalały się światła okien. Kontury drzew i spadziste dachy wcinały się w niebo. Stamtąd emanował blask i w górnych rejonach łączył się z ciemnością. Cienie na ziemi, skąpane w niebieskiej fosforescencji, rozpraszały się. Przebłyski nocy, refleksem oświetlały ulicę, migając nad domem okrytym zielonym bluszczem. Z daleka grupka pijanych mężczyzn znikała w ciemnościach wypełnionych nadrzeczną mgłą.

Mężczyzna z blizną zszedł ku rzece. Był niespokojny, ale panował nad sobą. Pomyślał, osobliwe uczucie, poznaję po rytmie serca, trudno oddychać, jakby oddychało się mózgiem. Na zakręcie ścieżki, w wyłomie zakola rzeki, pełnego drzew i zarośli, szarzejących w mgle ukazały się postacie. Myślał, czy to może być, żeby w mieście, skąd jego bracia oczekiwali wybawienia od zła, panowała godzina policyjna. Nie śmiał już biec. Jeżeli miasto nie było tym, za co każdy z nich je uważał, wszyscy jego bracia byli skazani na śmierć. I Konrad. I on. Nareszcie znalazł się we wnętrzu statku, stojącego przy nadbrzeżu. Niedługo potem wyszedł z głębin w mrok nocy. Ktoś gdzieś zawołał. Głos napełnił sobą całą noc, uosabiając przerażenie. Mężczyzna z blizną uświadomił sobie, że może unieść stąd życie. Skręcił na lewo, wykonując jakiś gest. Znowu w lewo. Znał wszystkie ulice.

Myślał, żeby tylko nadjechało, trafić pod nie. Odblaski świateł miasta we mgle, przenikające przez szyby. Odbłyski przylegające do wilgotnych szyn, nikły z chwili na chwilę.

Mglista noc, miała być jego ostatnią. Poczuł się zadowolony. Rozpłynie się w wybuchu, który rozświetli na sekundę ulicę. Pokryje mury domów krwią. Pomyślał, sam postanawiam, sam wykonuję, dzieło przechodzi w mistykę, nadaje sens zagładzie i nadziei. Wszystko, co było poza jego działaniem, poza decyzją śmierci, rozpływało się w ciemności. Ulice nie całkiem opustoszałe, zaaferowani przechodnie. Niemota kroków przemieniała ich w fantasmagorię. Przykuły jego uwagę cienie, znikające niewytłumaczalnym, niezmiennym ruchem. Wydawało mu się, że w głębi ulicy, anonsy świetlne i szyldy, ledwo dostrzegalne nad ciemnościami nocy, wyglądały jak wrota śmierci. Z tej ciemności wyłaniała się limuzyna. Trzy pojazdy zakorkowały nagle ulicę. Jadąca limuzyna zwolniła biegu.

Mężczyzna z blizną usiłował opanować oddech. Od limuzyny emanowała potęga. Pomyślał, jeśli nie zadziałam, będę czekał, to zrezygnuję mimo woli. Podbiegł w ekstazie, rzucając się pod koła z zamkniętymi oczami.

Nagły błysk rozjaśnił noc. Kolumna samochodów zatrzymała się. Krzyki i wezwania. Kilka samochodów stanęło w ogniu, nieprzytomnie biegali ochraniarze.

– Spieprzajmy, będzie eksplozja łańcuchowa!

– A ochraniarze za nami. Podniosą alarm!

– Gówno! Z naszymi odznakami! Szybko! Bo polecimy do Wieczności!

Wyskoczyli, wpadając w ramiona zaskoczonego ochraniarza, który coś bełkotał, wskazując palące się samochody.

– Koniec świata! – odpowiedzieli.

Ochroniarz histerycznie się zaśmiał i odbiegł. Oni biegli ze wszystkich sił. Jakiś inny ochroniarz wywrzaskiwał rozkazy. Kierowcy próbowali wycofać swe samochody. Jeden z nich zarzucił i stanął w poprzek ulicy. Zamieszanie sięgnęło szczytu. Biegnąc w stronę drzew, dostrzegli dwóch przechodniów, nawet ich nie omijając.

W tym momencie potworny wybuch wszystko zagłuszył. Otwarły się wrota piekieł. Podmuch palącego powietrza o sile tsunami dopadł ich. W promieniu stu metrów nikt nie mógł umknąć temu piekielnemu gorącu. Eksplozje łańcuchowe, kawałki samochodów, szczątki ludzkie, szyby i futryny z okien leciały w niebo i opadały, zaścielając ulicę...