Wydawca: Wydawnictwo Nowy Świat Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 218 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Park osobliwości - Zdzisław Piątkowski

Park osobliwości – bohater to człowiek o ogromnej wrażliwości, dostrzegający piękno zwyczajności, a jednocześnie snujący intelektualne rozważania na tematy egzystencjalne. Wykształcony i, wydawałoby się, zawsze opanowany idzie przez życie nie będąc wolny od uczuć smutku i radości, strachu i euforii, miłości i nienawiści. Ale stara się być sobą.
Książka napisana znakomitą prozą, zmusza czytelnika do przemyśleń nad fenomenem życia i prawami uniwersalnymi. Rzecz godna polecenia dla czytelników, którzy cenią sobie coś więcej niż zwykłą komercję.

Zdzisław Piątkowski jest autorem książek: Uciekający mężczyzna, Maski, a także opowiadań: Guru i Pod gwiazdami.



Opinie o ebooku Park osobliwości - Zdzisław Piątkowski

Cytaty z ebooka Park osobliwości - Zdzisław Piątkowski

mieszkania i ruszyliśmy do szpitala. Przechodząc obok kościoła, który wyglądał pięknie w świetle grudniowego dnia, żona zwróciła się do mnie: – Wejdź do kościoła i pomódl się, żeby Pan Bóg czuwał w szpitalu nad tobą. – Nie potrzebny mi kościół ani jego pośrednicy!
Myślałem, nie pragnąłem ciała obcej kobiety. Lecz gdyby nie ta przeklęta i nieuleczalna choroba uczyniłbym wszystko, by wąchać jej kwiatuszek pod tkaniną spódnicy... i zobaczyć jej ciało, wyciągnięte obok mojego... by zakryć ją sobą z czułością, którą pragnąłem przeżyć... Tak głupio myślałem...
że jechaliśmy nadać realny kształt iluzjom. Maciek oderwał rękę od kierownicy i podrapał się w tył ogolonej głowy, mówiąc: – W rozmowie z nimi, musimy się tak zabezpieczyć, abyśmy potem przez nich, kiedy będzie założona uczelnia, nie zostali odstawieni na boczny tor. – Panie Maćku, mamy przygotowany scenariusz, który w rozmowie z nimi, przedstawimy. Zobaczymy wtedy, co z tego wyniknie. Jedno jest pewne, że bez udziału Instytutu nie założymy uczelni.

Fragment ebooka Park osobliwości - Zdzisław Piątkowski

Zdzisław Piątkowski

park osobliwości

Warszawa 2015

© Copyright by Zdzisław Piątkowski, 2007

© Copyright by Wydawnictwo Nowy Świat, 2007

Ilustracja na okładce:

Maria Kapustina

ISBN 978-83-7386-206-7

ebook ISBN 978-83-7386-855-7

Wydanie II

Warszawa 2015

Wydawnictwo Nowy Świat

ul. Kopernika 30, 00-336 Warszawa

tel. 22 826-25-43 faks 22 826-25-47

Internet: www.nowy-swiat.pl

Osoby i akcja książki są zmyślone.

Wszelkie podobieństwo z jakąś żyjącą lub zmarłą osobą jest tylko sprawą przypadku.

POKONAĆ KOSZMAR

1. Zapadał październikowy zmrok. Północno-wschodni wiatr przynosił do okna zapachy spalin. Czoło miałem przylepione do szyby i spoglądałem w dal. Widziałem, jak drzewa rosnące nad rzeką, wyłaniały się w szarogranatowej poświacie.

Oderwałem się od szyby i skierowałem ku bocznej ścianie pokoju. Włączyłem telewizor i spojrzałem na zegar, którego wskazówki były rozwarte, niby mewa przechylająca się pod wiatr. Po chwili przyszedł ze swojego pokoju syn, który czekał na przyjście matki. Dla niego wyczekiwanie na jej powrót stało się katorgą. Nie mogłem znieść jego zewnętrznych objawów tęsknoty.

Rozległo się trzykrotne dzwonienie do drzwi. Syn otworzył i pocałowali się. Ruszył przed nią korytarzem, gdy usłyszałem, jak żona mówiła:

– Dlaczego dzieciak nie przebrał się jeszcze, tylko jest w ubraniu, w którym jutro pójdzie do szkoły! Nie mogę wciąż prać tego wszystkiego. Uszanujcie moją pracę. Dlaczego on tylko ogląda telewizję, zamiast odrabiać lekcje?! Dlaczego ty mu na to pozwalasz!?

– Przed chwilą odrobił, więc o co ci chodzi!?

Czułem chłód, zwielokrotniony przez szybkość wiatru w labiryncie ulic, który wniosła żona. Nie słuchałem co dalej mówiła, tylko podszedłem do okna. Wzrok skierowałem przez szybę, gdzieś ponad dachami budynków, ku ciemnoniebieskiemu niebu.

Noc była jako mocniejsza intensywność świateł okien, ulicznych latarni oraz reflektorów samochodowych. Myślałem o ciałach niebieskich, które zapowiadały nadejście nocy: Księżyc i prawie że niewidoczne gwiazdy. Szukałem w pamięci dla określenia absolutnej ciemności, innych ciał niebieskich, i nie mogłem ich znaleźć. Bez logicznego związku, przypomniałem sobie, jak jechaliśmy z żoną tramwajem. Nie pamiętałem, dlaczego powiedziałem: „Śmierć wszystkich zrównuje”. Żona odparła: „Jeśli jest życie po życiu, to nie sądzę, aby i tam papież był równy żebrakowi! To jest niemożliwe!”. Powiedziała to tak sugestywnie, że nie zaoponowałem.

– Nikt nie wie, jak tam jest – rzekłem do siebie.

Ponownie oparłem czoło o szybę. Ujrzałem kobietę z dzieckiem, którzy przechodzili przez ulicę, ni to biegnąc, ni to podskakując. Widziałem jeszcze tramwaj i grupkę ludzi na przystanku. W to wszystko wcinała się myśl, która od pewnego czasu tkwiła w mojej świadomości.

Postanowiłem amputować obsesję.

2. Nazajutrz, kiedy żona była w pracy, a syn w szkole, wyszedłem z mieszkania. Patrzyłem na miasto przez pryzmat obsesji. Przy kiosku z gazetami jakiś stary facet, stojący nieruchomo z rękami w kieszeniach, patrzył jak go mijałem i przechodziłem na drugą stronę ulicy.

Przeszedłem boczną uliczką w kierunku skrótu, który prowadził do celu. Doznawałem wrażenia, że to wszystko się powtarzało, że już raz to przeżyłem i muszę przeżyć znowu... Czas mijał. Uczucie niepokoju wciąż tkwiło we mnie. Minąłem jeszcze zakład fryzjerski, dwa gabinety dentystyczne, kilka kolejnych wystaw sklepowych i znalazłem się na miejscu.

Zapłaciłem za usługę i usiadłem na krześle. Oparłem głowę o ścianę i na pół przymknąłem oczy. Kątem oka zobaczyłem na okładce czasopisma leżącego na stoliku, fragment kolorowej sceny miłosnej. Zza drzwi dochodziły głosy. Zaintrygowały mnie strzępy rozmowy.

Otworzyły się drzwi. Ukazała się niezbyt wysoka kobieta. Była ubrana w skórzaną, krótką kurtkę i obcisłe dżinsy oraz długie buty. Miała proporcjonalną twarz oraz niebieskie oczy. Wyniosła z sobą specyficzny zapach. Za nią ukazał się wysoki, brodaty mężczyzna, w którego pulchnej twarzy, ujrzałem dymnoniebieskie, ruchliwe oczy. Zaprosił mnie do gabinetu.

Nastąpiły rutynowe pytania i czynności. Przygotowanie do badań trwało krótko. Nagle mężczyzna oderwał badawcze oczy od komputera i zwrócił je ku mojej twarzy. Łuki jego warg uśmiechały się wraz z krawędziami białych, połyskujących zębów, kiedy spytał:

– Dlaczego lekarz skierował pana na badania?

– Czasami odczuwam bóle z prawej strony brzucha, lecz lekarz nic nie stwierdził. Poprosiłem go dla uspokojenia siebie, o skierowanie na USG jamy brzusznej.

– No dobrze, zobaczymy... w górnej części prawej nerki są zmiany...

– Może kamyki?

– Nie, kamyki tak nie wyglądają... nerka będzie musiała być leczona, a nawet usunięta...

– Rak?

– Wszystko na to wskazuje... ale usuną panu nerkę, i jeszcze będzie mógł pan pożyć. Znam osoby, które z jedną nerką są w znakomitej formie.

– Mój ojciec też miał nowotwór prawej nerki, którą mu usunięto. Niedługo potem nastąpiły przerzuty i szybko się zabrał.

Lekarz wykonał gest sygnalizujący chęć przerwania dialogu i patrząc w komputer, przystąpił do opisu wyników badań.

– Na szczęście dla pana, w pozostałych narządach nie stwierdzam zmian – rzekł lekarz.

Doznawałem wrażenia, że to wszystko, czego się obawiałem, przyjęło realny kształt. Lekarz przekazując mi opis przeprowadzonych badań, powiedział:

– Niech pan szybko idzie do urologa, ale na przyjęcie do niego długo się czeka. Najlepiej pan zrobi, jak z tym wynikiem zgłosi się do szpitala.

– Żebym wiedział, że jestem chory, nie zmieniałbym pracy. Przeszedłem na uczelnię... taka ciekawa praca ze studentami...

– Niech pan zostawi pracę! Najważniejsze jest ratowanie życia!

– No dobrze... – i podniosłem torbę z podłogi.

– Pan się pomylił – rzekł lekarz. – To moja torba.

– Przepraszam! Przez to wszystko, tracę głowę.

– Nie szkodzi. Niech się pan uspokoi i nie denerwuje.

Wyszedłem szybko z jego gabinetu. Po chwili znalazłem się w korytarzu, w którym był półmrok. Kiedy wyszedłem na zewnątrz, oślepiło mnie światło dnia i zobaczyłem ulicę, a wzdłuż niej domy i ich okna, nad którymi były białe obłoki i bladobłękitne niebo. Czułem się zagubiony między tym niebem a sekwencjami zdarzeń ulicy. Zapach spalin jadących samochodów i autobusów, zgrzyt tramwajów pędzących po torach oraz zmęczenie po badaniach – wszystko to razem – zmąciło mi wzrok i myśli. Zrozumiałem, że straciłem wewnętrzną równowagę oraz radość z codziennego życia. Wydawało mi się, że słyszałem tylko własne, złowieszcze i zrezygnowane krzyki.

I była to, jakby smutna melodia o bilecie w jedną stronę...

3. Wróciłem do domu. Myślałem, stało się to zbyt nagle, abym mógł wydać jakiś sąd. Czułem się tak, jakbym utracił łączność między dniem wczorajszym i dzisiejszym, dzisiejszym i jutrzejszym...

Zatelefonowałem do żony.

– Co się stało? – spytała żona.

– Właśnie wróciłem od lekarza, gdzie zrobiono mi badania USG narządów jamy brzusznej.

– No i jak?

– Ano tak. W górnej połowie prawej nerki jest rak. Wielki jak pięść! – Zaniepokoił mnie brak reakcji żony.

– Halo! Jesteś tam? – spytałem.

– Tak! Tak! Słucham cię, cały czas...

– Trzeba jak najszybciej iść do szpitala, żeby usunęli mi chorą nerkę. Innego wyjścia nie ma. Im szybciej, tym lepiej.

– Tak się nie poddawaj jego sugestii. Najlepiej będzie, jak powtórzysz sobie badania u innego lekarza.

– Myślę, że tak trzeba będzie zrobić.

Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę. Po czym pożegnaliśmy się i odłożyliśmy słuchawki. Siedziałem na krześle zupełnie nieruchomo. Zbierałem w ustach ślinę i połykałem. Gdy powtórzyłem to kilka razy, ślina stała się lepka jak klej i utkwiła w gardle. Wpatrując się w okno, ujrzałem przed sobą abstrakcyjny i zagadkowy widok... Od której strony miałem zacząć, do diabła, rozwiązywanie tego problemu, pełnego niewiadomych. Ze zmęczenia i rozmyślań świadomość moja stała się nieświadomością.

4. Mijały dni. Zachowywałem się tak, jakby nic się nie stało. Nie przejmowałem się, skoro czułem się doskonale. Nawet tego wieczora, kiedy wracałem z wykładów, czułem się lepiej niż kiedykolwiek.

Był to piękny, jesienny wieczór, ciepły nad miastem, wilgotny nad rzeką. Niebo było ciemne na zachodzie, a światła niezliczonych okien świeciły słabo. Szedłem prawą stroną ulicy. Widać było, jak przez przeszklone ściany, połyskiwało wnętrze dworca kolejowego. Ludzi było mało: miasto oglądało telewizję. Spojrzałem ku gwiazdom, które błyszczały nad szeroką ulicą, niemal przyćmione świetlnymi reklamami. Byłem zadowolony, ponieważ zostałem dowartościowany przez studentów. Delektowałem się ciszą i pięknem wieczoru oraz miastem w nocy.

Wszedłem w wąską uliczkę, pustą o tej porze. Gwiazdy było widać przelotnie pomiędzy jedną a drugą latarnią. Przechodząc naprzeciw stacji paliw, czułem jak poczucie swej wartości, wypełniało mi świadomość. Przeżycie, które odzwierciedlało się na mojej twarzy wydawało mi się wspaniałe. Kiedy miałem przejść na drugą stronę ulicy, rozległ się za mną krzyk. Zdumiony odwróciłem się gwałtownie, ale nie było nikogo. Przyspieszyłem kroku i znowu usłyszałem krzyk za plecami, jak gdyby dochodził z okna budynku, który minąłem. Szedłem coraz szybciej. Krzyk ucichł, ale słyszałem go jeszcze wyraźnie za sobą, idący znikąd. Jednocześnie poczułem, że byłem spocony od stóp do czaszki, a serce biło mi szybko. W nie do opisania strachu pomyślałem, zostanę pozbawiony życia, w którym byłem szczęśliwy. Niebo chmurzyło się na wschodzie i gwiazdy znikały jedna po drugiej. Szybkim krokiem wracałem do domu...

5. Wszedłem do mieszkania.

– Co tak późno wracasz? – spytała żona. – Syn nie mógł się ciebie doczekać i cały czas płakał.

– Przecież przez sześć godzin pracowałem gardłem – odparłem. – A ostatni wykład i tak skróciłem.

– Nigdy nie rób tego, bo jeszcze z uczelni cię wyrzucą.

– Na razie nie mam powodów do obaw. A gdzie dzieciak?

– Śpi już.

Zajrzałem do syna i słysząc jego spokojny oddech, poprawiłem na nim kołdrę i wyszedłem. Rozebrałem się i wziąłem prysznic. Wycierając się, wyszeptałem: „Nie, to niemożliwe, to nie może być to...”.

Niedługo potem leżałem w łóżku, ale nie mogłem usnąć. Wydawało mi się, jakby zbliżała się śmierć, niby nałożone na siebie obrazy: abstrakcyjna śmierć, a w niej grobowiec zmarłego ojca. Ale ta śmierć nie była moją śmiercią, nawet jeśli jej niewyczuwalny zapach emanował z domniemanego nowotworu na prawej nerce.

Miałem wrażenie, że to było jak koszmarny sen, a jednocześnie syn powracał w mej świadomości, jak gdyby dopingował mnie do zmiany kierunku mego przeznaczenia.

Nadal leżałem i nie mogłem zasnąć. Grał telewizor, ale dźwięk był przyciszony. Jakiś facet w krawacie o dużej łysinie wypowiadał się o „pokoleniu moralności”. Nie trafiało mi to do przekonania.

Zadzwonił telefon, który odebrała żona.

– Do ciebie – powiedziała, przekazując mi słuchawkę.

– Słucham? – rzekłem i wstałem z łóżka.

– Dobry wieczór, panie doktorze, mówi Maciek Pasztowt. Nie przeszkadzam?

– Skądże znowu. Przecież czekam na pański odzew.

– I co pan załatwił?

– Wszystko, co należało zrobić! Jutro jesteśmy umówieni o dwunastej z dyrektorem Instytutu.

– Świetnie! W takim razie jutro o pół do dwunastej jestem przed pańskim domem.

– Do zobaczenia.

Odłożyłem słuchawkę. Nie byłem w stanie się poruszać ani oglądać telewizji.

– Co on chciał? – spytała żona.

– Dzwonił w sprawie założenia uczelni – odrzekłem. – Jutro w tej sprawie mamy spotkać się z dyrektorem Instytutu.

– Daj sobie spokój z tym biznesmenem od siedmiu boleści!

– Ostatecznie właściciel sieci parkingów i restauracji.

– Rzeczywiście restauracji, do których zaglądają kloszardzi! Cha! Cha! Ty już mi nie mów o tych biznesmenach... już ja znam ich wartość!

– No, tak. Myśli, że jak dzięki mnie został inżynierem, to jeszcze raz po moich plecach dojdzie do godności rektora. Ale na razie nic nie tracę, więc można spróbować. Nic się nie stanie, jak pojedziemy i niezobowiązująco porozmawiamy.

– Przestań! Zamiast tracić czas na walkę z wiatrakami, to lepiej weź się za pisanie habilitacji. Rób to, z czego będziesz miał chleb. Przedtem też biegałeś po schodach Konfederacji Polski Niepodległej, i pisałeś jej posłom-osłom ekspertyzy, i nic z tego nie miałeś. A gdybyś nie rozmieniał się na drobne, to już dawno napisałbyś i obronił habilitację, i byłbyś profesorem! Byłbyś kimś! A tak!?

Pomyślałem, z jaką pewnością to powiedziała. Przez chwilę widziałem ją inną. Widziałem jak jej niebieskie cienie pod oczyma powiększają się, a policzki zapadają i różowieją. To była twarz doradcy. Dojrzeć doradcę w żonie, oznaczało zrezygnować z utopijnych pomysłów. Westchnąłem tylko, i z powrotem położyłem się do łóżka.

Leżałem bezsennie, a moje myśli gnały jak szalone. Potem nie mogłem się powstrzymać i zacząłem myśleć o synu i żonie, i wszystko poza tym zniknęło. Myślałem, jak odejdę raz na zawsze, to będzie im ciężko w życiu. Nagle pomyślałem, może nie będzie tak źle jak sądziłem. Poczułem ulgę i leżałem słuchając zgrzytu tramwajów, które przejeżdżały ulicą. Wreszcie usnąłem.

6. Obudziłem się, kiedy syna i żony nie było. Miałem kilka dni wolnych od wykładów, więc poczułem się cudownie. Usłyszałem, że na korytarzu koś się awanturował. Nadstawiłem ucha i wydawało mi się, że słyszałem znajomy głos. Włożyłem szlafrok i podszedłem do drzwi. Dozorca coś mówił przy zsypie. Był bardzo rozzłoszczony. Dosłyszałem, że jeden z mieszkańców powiedział: skurwysynów można zabijać jak szczury, bez uprzedzenia!

Przestałem nasłuchiwać. Zrobiłem sobie poranną toaletę. Zjadłem na śniadanie zupę mleczną, a potem czytałem „Podróż do kresu nocy”.

Zatelefonował Maciek, czeka przed moim blokiem. Szybko się ubrałem, wziąłem torbę, którą zawiesiłem na ramieniu i wyszedłem. Patrzyłem na drugą stronę ulicy, gdzie budki z artykułami spożywczymi i owocowo-warzywnymi wybiegały do skraju chodnika. Obok jednej z nich, ktoś zamachał do mnie ręką. Nie mogłem dojrzeć, kto to taki, ponieważ byłem krótkowidzem. Nie nosiłem okularów, gdyż wstydziłem się oraz mnie postarzały. A i tak wyglądałem na więcej lat niż miałem. Podszedłem bliżej i rozpoznałem Maćka. Kiedy zbliżyłem się do niego, przywitaliśmy się. Podczas krótkiej wymiany zdań, patrzyłem mu w oczy, które wydawały się zupełnie płaskie.

Jechaliśmy do Instytutu z półgodzinnym opóźnieniem na skutek spraw, które Maciek musiał jeszcze załatwić z dwoma podejrzanymi typami. Patrzyłem na ulicę. Długie szeregi samochodów rysowały się w świetle dnia. Na ulicy równoległej do parku pokazała się karetka pogotowia na sygnale. Chmurzyło się znowu. Pod drzewami w parku było ciemno. Na samym końcu ulicy odbiliśmy od ronda w prawo i wjechaliśmy na most. Poniżej płynęła rzeka. Była wezbrana od deszczu, czarna i gładka. Wzdłuż jej brzegów ciemniały drzewa. Przyglądałem się temu widokowi. Maciek prowadził samochód i patrzył przed siebie. Było mi przyjemnie, że coś się działo, i że jechaliśmy nadać realny kształt iluzjom.

Maciek oderwał rękę od kierownicy i podrapał się w tył ogolonej głowy, mówiąc:

– W rozmowie z nimi, musimy się tak zabezpieczyć, abyśmy potem przez nich, kiedy będzie założona uczelnia, nie zostali odstawieni na boczny tor.

– Panie Maćku, mamy przygotowany scenariusz, który w rozmowie z nimi, przedstawimy. Zobaczymy wtedy, co z tego wyniknie. Jedno jest pewne, że bez udziału Instytutu nie założymy uczelni.

– To jest fakt. Ale chciałbym, żeby pan był rektorem. A ja prowadziłbym sprawy finansowo-administracyjne.

– Zobaczymy. Wszystko to będzie zależało od tego, jak już wielokrotnie mówiłem, jaki obrót przyjmie rozmowa z dyrektorem Instytutu.

Maciek charknął i wypluł flegmę przez uchyloną szybę w samochodzie. Wciąż analizowaliśmy problem, wielokrotnie się powtarzając. Mieliśmy jeszcze kłopoty z odszukaniem Instytutu, więc błądziliśmy w labiryncie ulic. Byłem śmiertelnie zmęczony. Czułem jak strużki potu spływały mi po plecach, a koszula była mokra. Nagle przeraziłem się, że może nowotwór na nerce się uaktywniał. W końcu dojechaliśmy. Dyrektor był już umówiony z inną osobą, na którą czekał. Poprosił nas na moment do swego gabinetu. Po czym z chłodną, pełną ciekawości wyższością, patrząc na nas, powiedział:

– Powiedzcie panowie coś o sobie, kim jesteście?

– Przecież Owdziak panu mówił o nas – odparłem zaskoczony.

– Tak, referował mi kwestię możliwości nawiązania współpracy z uczelnią.

– To jeden z możliwych wariantów przyszłych działań – powiedziałem. – Teraz wychodzimy z inną propozycją. Ja wykładam na uczelni, a kolega jest biznesmenem z kapitałem, który chciałby zainwestować w proponowanym przedsięwzięciu, które myślę, że z panem dyrektorem podejmiemy do realizacji.

Nagle poczułem wirowanie w głowie i czułem, że za moment zemdleję. Siłą woli próbowałem z tym walczyć. Ale nie mogłem przezwyciężyć słabości, więc przeprosiłem i wyszedłem do toalety. Wsadziłem głowę pod kran z zimną wodą, ale nic nie pomagało.

Wróciłem z powrotem i siadając w fotelu, powiedziałem, że słabo się czuję.

– Zaraz będzie tu docent z Akademii Medycznej, więc na pewno coś panu pomoże – rzekł dyrektor.

Po chwili zjawił się on i natychmiast zajął się mną. Pot zalewał mi oczy i kapał z czubka nosa.

– Ale pan blady, doktorze – rzekł Maciek do mnie.

Nie chciałem, mimo nieprzemożonej chęci, zamknąć oczu. Nie wolno mi tego zrobić, myślałem. Sądziłem, że mój opór pozwoli mi przezwyciężyć słabość.

Docent podejrzewał zawał serca, więc skierował mnie do Akademii. Wcześniej przedzwonił do jednego z lekarzy, że przyjdzie facet z podejrzeniem zawału. Dyrektor chciał, żeby zawiózł mnie jego kierowca. Nie zgodziłem się, mówiąc że zrobi to Maciek.

Kiedy jechaliśmy do Akademii, czułem się fatalnie.

– Panie Maćku, przedzwoni pan do żony w pracy, i powie jej co się stało oraz żeby odebrała syna ze świetlicy w szkole.

– Pan się nie martwi, doktorze. Wszystko załatwię. Tylko spoko!

– Niech pan to zrobi, bo ze mnie już nic nie będzie.

– Wszystko będzie dobrze, zobaczy pan. Jeszcze założymy uczelnię. Głowa do góry!

Spojrzałem na prawą stronę ulicy, by zorientować się, gdzie byliśmy.

– Panie Maćku, łapią mnie wymioty – powiedziałem nagle.

Maciek zatrzymał, na ulicy w ruchu, samochód i pobiegł do bagażnika po torebkę plastykową. Po chwili dojrzałem jakby we mgle blade światło nad głową. I leżałem na rozłożonym siedzeniu w samochodzie, obok kałuży wymiotów.

Kiedy zajechaliśmy, na rozłożonym siedzeniu, wyglądałem jak karp na stole. Słyszałem tylko głos Maćka: „Człowiek z zawałem serca! Szybciej! Lekarza, szybciej!”. Nikt nie reagował. Wreszcie zjawiły się białe kitle. Potem jak na ekranie w kinie, tylko w zwolnionym tempie, prowadzono ze mną wywiad: dlaczego tu trafiłem, kto mnie skierował, co mi dolega... No i badania specjalistyczną aparaturą. Na szczęście dla mnie, nie stwierdzili zawału serca. Po badaniach jeden z lekarzy zapytał mnie:

– Jak pan się czuje?

– Dobrze, i myślę, że tu nie zostanę.

– Już pan został.

Długo szukano mi pokoju z wolnym łóżkiem. W końcu dostałem swoje miejsce. I znowu to samo, tylko z innym lekarzem: jak?, co?, gdzie?, dlaczego? I pobrano mi krew na badania.

Wciąż nie mogłem się pogodzić z tym, że tu trafiłem. Wyczerpany i zmęczony zasnąłem. Kiedy się obudziłem, poczułem się lepiej. Postanowiłem stąd wyjść. Opuściłem Akademię Medyczną, pomimo protestu lekarza, na własną prośbę.

Taxi wróciłem do domu.