Pamiętniki żołnierzy batalionu AK "Parasol" -  - ebook

Pamiętniki żołnierzy batalionu AK "Parasol" ebook

0,0
59,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

O zamachu na Kutscherę czy Koppego napisano wiele, powołano też do życia wiele filmów. W tej książce po raz pierwszy zabierają głos sami uczestnicy tych legendarnych akcji oraz ich bliscy. Bohaterowie stają się czytelnikowi wyjątkowo bliscy – ukazywani jako zwykli ludzie, którzy mimo ogromnego strachu o życie swoje i rodzin, potrafili go pokonać, by walczyć za wolną Polskę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 438

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



PAMIĘTNIKI ŻOŁNIERZY

BATALIONU AK

„PARASOL”

Redakcja i korektaAndrzej Ryba

Projekt okładki Piotr M. Rogalski

Skład oraz przygotowanie do druku  Piotr M. Rogalski

Fotografie  Archiwum Akt Nowych, Warszawa

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

All rights reserved / Wszelkie prawa zastrzeżone Copyright © by Fundacja historia.pl

ISBN DRUK: 978-83-65678-38-6 ISBN E-PUB:  978-83-65678-49-2

Wydanie I Gdańsk 2019

Wydawca: Fundacja historia.pl 80-855 Gdańsk, Wały Piastowskie 1/1508 tel.: (+48) 509 750 116 

Wstęp

TO nie jest książka naukowa. Nie ma tu przypisów, które dawałyby większą wiedzę na temat uczestników zdarzeń, czy przebiegu akcji. Nie chciałem jednak zakłócać narracji wspomnień i rozbijać ten ładunek emocjonalny, który uderza w nas z kart tej książki. O słynnych zamachach na Kutscherę czy Koppego Grup Szturmowych, z których rekrutował się „Parasol”, napisano przecież tak wiele artykułów, czy prac naukowych, nakręcono też filmy. Dziś każdą informację o bohaterach książki można sprawdzić też w Internecie. Nie będziemy więc ich tu powielać. W końcu, tyle lat po wojnie, po raz pierwszy oddajemy głos uczestnikom tamtych akcji i ich bliskim! Młodzi ludzie, mający swoje marzenia, ciekawi świata, pragnący rozwijać swoje zainteresowania, w końcu chcący kochać i być kochanym, nagle w sposób zupełnie świadomy porzucają wszystko to, co było dla nich tak ważne i składają swoje życie na stos dla jednej sprawy której na imię Polska. Bronek-Lot, dowódca zamachu na Kutscherę stwierdza, że swoje życie złożył w ofierze dla Polski już wtedy, gdy podjął decyzję o wstąpieniu do Grup Szturmowych. Chce żyć jak każdy człowiek, ale z drugiej strony zdaje sobie sprawę z tego, że jego szanse na przeżycie są bliskie zeru. Co ciekawe, Grupy Szturmowe wcale nie wywodziły się ze środowisk wojskowych. To byli ideowi chłopcy, inteligenci, którzy w normalnych warunkach nie myśleliby w ogóle o wojsku. A ich kariera wojskowa wcale nie wiązała się ze stażem wojskowym czy wykształceniem zdobytym w tym kierunku. Przykładem tego jest Rafał, wykładowca i guru młodzieży, który zostaje dowódcą oddziału nie dlatego, że ma jakieś specjalne umiejętności czy wiedzę wojskową, ale ze względu na swój autorytet wśród młodzieży. Grupy Szturmowe były jednostką ideową, która realizowała cele wojskowe. Chłopcy musieli się nauczyć zabijać. Często wbrew sobie. Przykładem tego jest Ali, który panicznie bał się krwi. Jak można do kogoś  strzelać, mając taką fobię? Pokonać  strach – czasem  pojawia się ten motyw we wspomnieniach, gdzieś nieśmiało, na drugim planie. Ale są też wspomnienia, które mówią jasno: bał się każdy. I wtedy ci spiżowi bohaterowie stają się dla nas tacy ludzcy, normalni. Pokonać strach, to była przecież najwyższego lotu odwaga. Wszyscy bali się śmierci – swojej i bliskich. Co czuł ojciec Lota, odbierając rozkaz przekazany przez kuriera dla syna o terminie rozpoczęcia zamachu na Kutscherę? Wiedział przecież co to może oznaczać dla jego syna. Wiedział, że już za chwilę, następnego dnia może stracić ukochane dziecko. A jednak ojciec przekazuje ten rozkaz – wbrew sobie, z rozpaczą, której wyraz daje na kartach tej książki, nawet po latach. Jeremi, najlepszy przyjaciel Lota odbija go ze szpitala, gdzie przeprowadzono na nim ciężką operację, aby go uchronić przed aresztowaniem Gestapo. Siostra, która widzi jak go zabierają, mówi mu: „on nie przeżyje”. Rozpacz Jeremiego nagle znajduje ujście, gdy wynoszą go ze szpitala i wsadzaja do karetki: „Dajcie mu poduszkę pod głowę! Wszak niesiecie bohatera!”. Gdy odbiera telefon powiadamiający go o śmierci Lota, zmienia się nie do poznania. ogarnia go jedna tylko idea: „Pomścić Lota”. Po jednym z udanych zamachów powraca do domu, gdzie powie tylko siostrze:  „Jeden włos Bronka został pomszczony”. Droga młodych ludzi z „Parasola” była prosta: grupy samokształceniowe, „mały sabotaż”, Grupy Szturmowe i w końcu „Parasol”. Powstanie Warszawskie to osobny rozdział. Tam gdzie było najciężej, na Starówce czy Powiślu, posyłano „Parasol”. Tam gdzie inni nie wytrzymywali na stanowiskach i się cofali, tam „Parasol” je odbijał. Tu giną najlepsi z najlepszych – Rafał i Jeremi. Zawsze szli na czele swoich oddziałów. Ich śmierć była jedynie kwestią czasu. To właśnie Ziutek, żołnierz „Parasola” napisze całą prawdę o Powstaniu w dramatycznym, niezwykle emocjonalnym wierszu „Czekamy na ciebie czerwona zarazo”. Ta książka oddaje hołd wszystkim znanym i mniej znanym bohaterom „małego sabotażu”, Grup Szturmowych czy „Parasola”.

Chciałbym bardzo serdecznie podziękować Mariuszowi olczakowi z Archiwum Akt Nowych za udostępnienie materiałów i wsparcie merytoryczne. Bez niego ta książka by się nie ukazała.

Andrzej Ryba

OKUPACJA PIERWSZE AKCJE

JANINA LENCZEWSKA – ŻABA 

ŻOLIBORZ

ŻOLIBORZ to dzielnica Warszawy tętniąca życiem całego miasta i organicznie z nią związana, ale posiadająca swoją własną odrębną specyfikę. Położona na północ od Śródmieścia, pomiędzy Starówką a Bielanami, nie styka się z nimi bezpośrednio, a oddzielona jest terenami wolnymi od zabudowy. od południa ociera się o tereny kolejowe Dworca Gdańskiego, a od północy o na wpółwiejskie zabudowania Słodowca i Marymontu. Na wschodzie kończy się nadwiślańskimi łachami za Wisłostradą i cytadelą, a na zachodzie pustkowiem ciągnącym się aż do Powązek. Ze Śródmieściem łączy ją wątła nitka komunikacyjna jedynej linii tramwajowej.Tradycjami swoimi sięga Żoliborz czasów królowej Marysieńki, która mu nawet nazwę nadała, ale przed I wojną światową nie był zamieszkały, stanowiąc przedpole fortyfikacji obronnych carskiej cytadeli. Życie nań weszło i bujnie zaczęło się rozrastać dopiero z chwilą odzyskania niepodległości i zlikwidowania „ukazu” zabraniającego budowy. Była to więc w czasie wojny jedna z najmłodszych dzielnic Warszawy. Nie było tu typowych dla Śródmieścia, czy Pragi kamienic czynszowych o ciasnych, pełnych zakamarków i pozbawionych słońca podwórkach. Nie było tu gazowych latarni, szacownych zabytków, wąskich zaułków i mrocznych sieni. Było słońce, zieleń i pędzący szerokimi ulicami tumany piasku – wiatr. Zabudowa rozwijała się dwutorowo. Kwartały pomiędzy ulicami Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego i Wojska Polskiego zabudowywały się szybko wielkimi blokami licznych spółdzielni mieszkaniowych lub państwowymi. Na obrzeżach narastały szerokim pasem pojedyncze wille, lub skromne szeregowe domki jednorodzinne. Na starych fortyfikacjach zazieleniły się parki i ogrody. Zamieszkiwali tu ludzie ustabilizowani i na ogół zamożni, choć nie koniecznie bogaci. Poza blokami ZUS-u i wojska oraz paroma prywatnymi kamieniczkami, przeważało budownictwo spółdzielcze i indywidualne. W spółdzielniach, którym przodowała W.S.M., za odłożone z codziennych zarobków pieniądze, kupowała sobie mieszkanie przeważnie szara brać urzędnicza, zamożniejsi robotnicy i rzemieślnicy. Indywidualnie budowały się wolne zawody i również urzędnicy. Skład socjalny mieszkańców był więc prawie jednolity – inteligencki charakter nadawał postępowy, socjalistyczny obraz Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, utrzymujący szkołę i przedszkole RTPD, oraz kino i świetlicę. Dla przeciwwagi istniała także szkoła zakonna sióstr Zmartwychwstanek oraz państwowe szkoły i inne instytucje użyteczności publicznej. W działaniach wrześniowych Żoliborz ucierpiał niewiele. Ludność wypędzona na wędrówkę lub chroniąca się w Śródmieściu wróciła do swoich domów. Ze zburzonej Warszawy i z prowincji przybyło trochę nowych mieszkańców, parę gmachów zajęli Niemcy, ale w zasadzie niewiele się zmieniło i życie za okupacji było dalszym ciągiem życia sprzed wojny. Urzędnicze zarobki przestały jednak wystarczać na utrzymanie. Bardziej obrotni założyli jakieś sklepiki czy przedsiębiorstwa, ale tych było niewiele. Reszta ratowała się jak mogła. W co drugim mieszkaniu był jakiś warsztat chałupniczy. Wypiek pieczywa, wyrób cukierków lub mydła, wyrób drewniaków, rękawiczek, szalików itp. W ogródkach, a nawet w piwnicach hodowano ptactwo i króliki, rozrosły się ogródki działkowe, wykorzystano każdy kawałek ziemi. Trawniki na ulicach zaorano i zasadzono kartofle, pomidory, marchew i buraki. Nieliczni zajęli się pośrednictwem handlowym i szmuglem, ale wielka fala handlu i okupacyjnej spekulacji ominęła na ogół Żolibórz. Środowisko żoliborskie znało się i było zżyte w typowy dla inteligenckiego środowiska sposób. Nie było to zbiorowe współżycie ludzi biednych, gdzie każdy o każdym wszystko wie i gdzie cała kamienica żyje razem, podrzuca sobie dzieci pod opiekę, dzień cały żyje przy otwartych drzwiach, a wieczorami spotyka się w bramie na plotkach. Ale nie była to także wyniosła izolacja ludzi bogatych. Pozornie nie interesowano się sobą i nie wkraczano w cudze życie, ale istniała jakaś więź, która tych ludzi łączyła i kazała im w chwilach niedoli pomagać sobie. Nie zapomnę nigdy, jak w czerwcu 45 r., po powrocie z Ravensbrück, gdy wraz z rodziną znalazłam się zupełnie bez środków do życia, z pomocą pospieszyli nam ludzie, których nie zawsze znałam nawet z nazwiska. Podobne fakty miały miejsce w czasie powstania. Przeżycia okupacyjne i codzienne wspólne dla wszystkich troski zacieśniały tę więź. Stanie w kolejkach, praca na działkach, kontakty handlowe sprzyjały nawiązywaniu znajomości pomiędzy sąsiadami. Wszystkich łączyły dzieci i młodzież, która bawiła się razem, wychowywała i uczyła w tych samych szkołach, miała podobne zainteresowania i zajęcia. Poza pracą i nauką, a uczyli się właściwie wszyscy, młodzi zajęli się dostępną rozrywką, sportem i konspiracją. Konspirował cały Żoliborz. Konspirował w różny sposób i na różnym stopniu tajności. Na terenie WSM odbywały się nielegalne dyskusje i odczyty, na Marymoncie ksiądz Truszyński prowadził akcję charytatywną i co niedziela wygłaszał w małym kościółku płomienne, patriotyczne kazania. Profesorowie gimnazjum organizowali komplety tajnego nauczania, wszystkie prawie domy zaopatrzone były w prasę podziemną, drużyny harcerskie nadal prowadziły swoją działalność zmieniwszy jedynie jej charakter i wszystko to wszystkim było wiadome. Konsolidację społeczeństwa może dobrze zilustrować następujący fakt: w domu gdzie mieszkali rodzice Bronka-Lota, przy ul. Słowackiego 56, przebywały przez cały okres okupacji dwie panie żydowskiego pochodzenia, o czym wiedzieli wszyscy mieszkańcy tegoż domu, a także i sąsiednich. Kobiety te nie ukrywały się wcale, narodowość ich była publiczną tajemnicą, a nazwiska brzmiące typowo i znane w Warszawie. Żyły w swoim przedwojennym mieszkaniu i dotrwały tam do końca powstania. Penetracja niemiecka była utrudniona tym, że oprócz skoszarowanego w paru punktach wojska, dzielnica była całkowicie wolna od Niemców, którzy się na Żoliborzu nie osiedlali. Tak więc mimo owej półjawności, życie podziemne od tej strony było mało zagrożone. od wewnątrz zabezpieczała je solidarność i zwartość społeczeństwa. Zdarzały się co prawda osoby lekkomyślne, a nawet zdrajcy, ale byli oni wyizolowani i wypadki takie jak ujawnienie i zlikwidowanie mieszkającego w naszym domu przy ul. Krechowieckiej nr 6 agenta, zdarzały się niesłychanie rzadko i nie decydowały o okupacyjnym obliczu Żoliborza. Istniały w owym czasie w naszej dzielnicy najróżnorodniejsze ugrupowania. Można to było zauważyć po licznych i łatwo dostępnych gazetkach o odmiennych programach politycznych, a ujawniło się to całkowicie w czasie powstania. Grupy te żyły obok siebie i chociaż nie wszystkie formalnie współpracowały ze sobą, to kontaktowały się. Pamiętam, że w akcjach małego sabotażu organizowanego przez „Wawer”, do którego zostałam skierowana z „Petu”, brały udział dziewczęta z PPS-u, z harcerstwa i innych organizacji. Kiedyś znowu Bronek pokazywał mi pistolety pożyczone do celów szkoleniowych od znajomych z PPR-u. Trzeba jednak przyznać, że właściwa działalność różnych grup była dobrze zakonspirowana i dopiero podczas powstania dowiadywaliśmy się o swoich znajomych nieraz bardzo ciekawych rzeczy. To współżycie może się wydać z perspektywy czasu dziwne, a nawet biorąc pod uwagę różnice światopoglądowe i polityczne nieprawdopodobne. Trzeba jednak skonstatować fakt, który był umożliwiony specyficznymi właściwościami życia młodzieży żoliborskiej. Młodzież tą łączyło wszystko, dzieliły jedynie różnice w nieskrystalizowanych jeszcze poglądach i charakterach. Pochodzenie, miejsce pracy i sytuacja materialna rodziców były podobne. Wspólne były organizowane na podwórkach gry sportowe, wspólna dzika plaża nad Wisłą, wspólny park im. Żeromskiego wyrosły na fortach razem z nimi. Z różnych ulic i szkół trafiali wszyscy do tych samych gimnazjów: żeńskiego im. Piłsudskiej na placu Inwalidów i męskiego im. Poniatowskiego przy ulicy Lisa-Kuli. Spotykali się w jednym z dwóch kin, jedli ciastka u Pomianowskiego, lub w małej cukierence w domu pod Matką Boską na Mickiewicza, jeździli tym samym tramwajem i znali się prawie wszyscy nie tylko z widzenia. Czasy okupacji wykazały, że wychowanie jakie dały im szkoła i dom, przepojone było patriotyzmem. Wszystkich łączyła chęć walki. Znali się w różnych ugrupowaniach, kierowani tą samą naczelną ideą odzyskania niepodległości i nienawiścią do wroga. Najbardziej myślący wybierali świadomie, inni poprzestali na przypadku, ale wszystkim przyświecał wspólny, doraźny cel – walka z okupantem. Symbolem uczuć były często składane na miejscu straceń w cytadeli kwiaty, a udokumentowaniem walka i śmierć wielu z nich w czasie okupacji i powszechny udział w powstaniu.

Łódź, dn. 10.4.1957 

DIETRICH 

PIERWSZA AKCJA MEGAFONOWA

Aby dać świadectwo prawdzie i zetrzećFałsz miotany przez oszczerców….. Pamięci moich poległych kolegów, których Poświęcenie i honor po śmierci opluto I sponiewierano – to wspomnienie poświęcam

MAJ przed 13-tu laty. Człowiek wychodzący rano do pracy nie zawsze wiedział czy wieczorem wróci do domu. Umundurowana Zbrodnia z trupimi czaszkami na furażerkach i „Bóg z nami” na klamrach pasów hulała po ulicach Warszawy. Przeciwko szalejącym bezkarnie germańskim bandytom d-two A.K. na terenie Warszawy od około roku zaczęło przygotowywać sztylet, którym miano wkrótce zadawać błyskawiczne ciosy w decydujące sprężyny, w kierownicze jednostki eksterminacyjnej machiny SS, dążącej do wymordowania naszego narodu. Tym sztyletem były „Plutony Egzekucyjne”. Wywodziły się one z „Szarych Szeregów” – harcerstwa, dowódcami byli przeważnie przedwojenni harcerze, szeregowcy – to w większości chłopcy ze Starówki i Żoliborza. Pojedynek „Plutony Egzekucyjne” kontra SS – Gestapo trwał nieprzerwanie aż do powstania, do którego plutony egzekucyjne weszły pod kryptonimem batalionu „Parasol”.Nieliczne jednostki z naszego grona wyniosły całą głowę z krwawych akcji ulicznych i powstania, lecz i esesowskich kanalii zginęło nie mało. Takie akcje jak: „Dodatek Nadzwyczajny”, odbicie więźniów pod Arsenałem, wykolejenie „Urlaubzugu” za Żyrardowem, wykonanie wyroku na Bürcklu, na gen. Kutscherze, zdobycie pieniędzy przez „Zośkę”, dwie akcje megafonowe, akcja na Alei Szucha i przy ulicy Daniłowiczowskiej, „Celestynów” i wiele innych wstrząsały Warszawą, wlewały otuchy ludziom w serca, podtrzymywały ducha oporu i wprawiały we wściekłość Niemców. Świat widział, że Warszawa powalona żyje, na cios odpowiada ciosem, na terror terrorem.

Już rok blisko upływał jak zaczęliśmy swoją działalność. Najpierw wykłady, później praktyka. W lokalu omówienia akcji, na ulicy jej wykonanie. Zaczęliśmy „niewinnie”, w ramach „Małego Sabotażu”, rysowaliśmy kotwice na ścianach, żółwie, malowaliśmy szyby u Meinla, podrzucaliśmy ulotki propagandowe na klatkach schodowych, 2–3 osobowe grupy przerywały seanse w kinach, rozlewając żrące i cuchnące płyny. Ta „sucha zaprawa” była potrzebna, wyrabiała zimną krew, opanowanie i szybką orientację w różnych sytuacjach. Najszczegółowiej i z całą rozwagą przygotowana akcja nie przebiegała nigdy całkowicie zgodnie z planem – życie ma swoje prawa i niespodzianki. Zbliżała się rocznica 3-go maja. Po odprawie Jeremi (Jerzy Zborowski) kazał mi zostać (zginął w powstaniu). Wiedział, że jestem z zawodu teletechnikiem. Zaczął rozpytywać w jaki sposób można by mówić przez „kubeł” (głośnik) na ulicy. W krótkich słowach objaśniłem mu na czym rzecz polega, że do tego trzeba dość skomplikowanej aparatury – wzmacniacza radiowego. Przy następnych spotkaniach powracał do tego tematu, aż wreszcie zapytał wprost czy mógłbym się podjąć wykonania takiego wzmacniacza.Byłem zaskoczony; nie miałem praktyki, dopiero niedawno ukończyłem liceum telekomunikacyjne. Dał mi do namysłu dwa dni. W ciągu tego czasu miałem mu dać definitywną odpowiedź: tak lub nie. Jeśli tak, to mam przedstawić konkretny plan wykonania i żądanej pomocy. Nikt z mojej sekcji nie miał o niczym wiedzieć. Zasada ta była przestrzegana przez cały czas do powstania, gdy grupa wykonawcza składała się z członków różnych sekcji, reszta kolegów z danej sekcji nie biorących udziału w akcji o niczym nie wiedziała. Po dwóch dniach przedstawiłem Jeremiemu następujący plan: Przede wszystkim muszę „skombinować” schemat elektryczny wzmacniacza, bo nie wpada mi do głowy żaden pomysł otrzymania gotowego. W uzyskaniu schematu liczyłem na pomoc kolegi szkolnego Zygmunta Turobińskiego (utopił się na krótko przed powstaniem), pracującego w P.I.T. Mając schemat, należało wystarać się o części składowe, takie jak transformator, lampy, elektrolity, opory itd. Całość należało „skleić” do kupy i wypróbować. Jeremi plan zaakceptował. Ustaliliśmy, że z powodu niewielkiej mocy, jaką będzie miał wzmacniacz, uruchomimy tylko jedną „szczekaczkę”. Przygotowanie linii napowietrznej miało mnie nic nie obchodzić. Z Zygmuntem T. dogadałem się w kilku słowach. Aczkolwiek do żadnej organizacji nie należał, był całą duszą „nasz”, umiał milczeć. Był bezinteresowny, ofiarny i bardzo koleżeński. okazał mi wielką pomoc przy montażu wzmacniacza dla tej audycji, a w parę miesięcy później dla drugiej i przy przygotowaniu transportu broni do Krakowa na rozprawę z ober-draniem gen. Koppe. Po kilku dniach Zygmunt przyniósł schemat „życiowego” wzmacniacza, tzn. takiego, który kiedyś tam był wykonany i wypróbowany praktycznie przez dobrych inżynierów w P.I.T-cie i działał dobrze. Następnie zabraliśmy się do gromadzenia całego „barachła” potrzebnego do montażu. Najpoważniejszym „dostawcą” był P.I.T. – gdzie pracował Zygmunt i „Stellwerks-Inspektion”, gdzie pracowałem ja.

Montaż robiliśmy u Alego (Stanisław Huskowski – zginął w odwrocie z akcji na Koppego) na Żoliborzu, trwało to kilka dni. W ciągu dnia, jak wiadomo, Niemcy kazali wyłączać dla oszczędności w domach światło. W tym celu w każdym domu w piwnicy przy mufie kablowej kazali założyć centralny wyłącznik dla wszystkich mieszkań, a klucz miał od tego „przybytku” i był za niego odpowiedzialny przed „współczesnością” dozorca. Nam do ogrzewania kolby lutowniczej i próbowania rodzącego się „grata” potrzebny był prąd. Nie wiem, jakich argumentów użył Ali, aby przekonać swego kluczodzierżcę o konieczności przestawienia na parę godzin dźwigni włącznika w pozycję „załączono”, w każdym razie dostawę prądu mieliśmy regularną. Cały czas montażu byłem pełen obaw, a im bardziej robota zbliżała się ku końcowi, tym większy niepokój ogarniał mnie, czy nasze „monstrum” przemówi. Zygmunt zapewniał mnie, że schemat został wypróbowany praktycznie nie przez takich jak my „fachowców”, tylko przez inżynierów z długoletnią praktyką, ku ich zadowoleniu; cała mądrość polegała tylko na dokładnym zestawieniu elementów do kupy i na nie pomyleniu się w montażu. Podczas pracy przyszedł raz Jeremi z Lotem (Bronisławem Pietraszewiczem – moim bezpośrednim dowódcą – zginął w akcji na Kutscherę) zobaczyć jak postępuje montaż. Interesowali się szczegółami i pytali kiedy skończymy. Widząc nasze nietęgie miny, dodawali nam otuchy, że nie trzeba aby „szczekaczka” ryczała zbyt głośno, wystarczy aby głos z siebie wydobyła, efekt i tak będzie. Dodatkowym kłopotem było zdobycie mikrofonu. Mimo uporczywych poszukiwań efekt był negatywny. Wtedy postanowiliśmy użyć sposobu aczkolwiek nie eleganckiego technicznie, jednak nie mniej niekiedy stosowanego – a mianowicie zamiast mikrofonu użyć małego głośniczka. Głośnik nie jest w samych swych założeniach przeznaczony do tego rodzaju pracy, ale z braku laku… obawialiśmy się, że może teraz zmaleć zrozumiałość słów wypowiadanych przez naszą „szczekaczkę”, ale nie było rady.

Końcowe próby, mimo naszych obaw, wypadły nieźle, a próbny głośnik przykryty kocami i poduszkami (ze względu na sąsiadów) wraz z głową słuchającego, odtwarzał znośnie. Teraz pozostała sprawa przygotowania linii – do której nie zostałem dopuszczony.  Jeremi oświadczył kategorycznie, że przygotowaniem linii zajmie się on z Lotem, że mają nawet gotowy plan, a o wyborze szczekaczki dowiem się przed samą akcją. 2-go maja w mieszkaniu Lota nastąpiło omówienie samej akcji. obecny był też facet, którego uprzednio ani później nie widziałem – pracownik telefonów miejskich (nazwijmy go np. Panem B.). Plan był następujący: z punktu X (jak się później dowiedziałem, z mieszkania Alego, gdzie wykonaliśmy montaż wzmacniacza), miejską linią telefoniczną, po odjęciu telefonu a załączeniu zacisków wyjściowych wzmacniacza popłynie prąd do szafy kablowej stojącej na placu Wilsona (przy domu będącym obecnie w odbudowie na wprost przystanku autobusowego 110). Moje zadanie polegało na odłączeniu na kilka minut przed audycją w szafie kablowej paru przewodów idących z punku X i połączeniu ich z przewodami przygotowanymi zawczasu, idącymi od głośnika i schowanymi za szafą. Po zakończeniu audycji miałem ponownie przewody rozłączyć, głośnikowe wrzucić za szafę, a abonenckie umocować śrubkami jak uprzednio, aby nie było śladu, że którekolwiek były ruszane. Pozostawienie przewodów abonenckich połączonych z drutami do szczekaczki lub nie przykręcenie ich na swoje miejsce, naprowadziłoby panów z Gestapo na punkt X. No a skutki wiadome. Z panem B. spotkałem się nazajutrz około godz. 15.00 na przystanku tramwajowym przy placu Wilsona. Podeszliśmy do stojącej w pobliżu szafy kablowej, pan B. otworzył ją odpowiednim kluczem i pokazał interesującą nas parę śrubek na jednej z głowic kablowych, po czym zamknął ją i odeszliśmy. Przed rozejściem się dał mi klucz od szafy, śrubokręt, cęgi do cięcia drutu (na wszelki wypadek) i swoją czapkę pracownika poczty. Godzina 17.00 była dobrze wybraną porą ze względu na liczne audytorium. Tramwaje co chwilę wyrzucały nowe tłumy ludzi, wiele osób od kilku minut oczekiwało co nowego nakłamie „oberkomando der Wehrmacht”. W tłumie widziałem kilku kolegów. Dowódcą obstawy był Bronek Lot. Zawsze imponował nam swoim spokojem i żelaznymi nerwami, stał między ludźmi o parę metrów ode mnie. Inni koledzy, nie pamiętam dokładnie ilu i kto, rozstawili się w półkole. o ile sobie przypominam byli wśród nich Robert (Wiesław Raciborski), Marian  Cichy (Marian Senger – zginął w akcji na Kutscherę), Ali, Janek Żbik (Jan Kordulski), Gieniek Czarny (Eugeniusz Koziarski). Ja broni nie miałem żadnej, natomiast oni – obstawa – byli wyekwipowani odpowiednio. Działać mieli tylko wyjątkowo, gdy groziłoby mi niebezpieczeństwo ze strony jakiegoś konfidenta z tłumu, lub w wypadku innego jawnego zagrożenia. Na ulicy panowała atmosfera moralnego okupacyjnego popołudnia. Gdzieniegdzie pokazał się mundur „feldgrau”, mignął samochód ciężarowy naładowany „brązowymi kołnierzami” (policja), to znów przeszło kilku lotników… ot nic nadzwyczajnego. A pod głośnikiem tłum ludzi. Grupy takie zbierały się w godzinach komunikatów w wielu punktach miasta. Przygodny przechodzień nie dostrzegał w tym nic nadzwyczajnego. Nam, stojącym w coraz bardziej powiększającym się tłumie, serca biły mocno; jak się „to” zacznie, jaki będzie mieć przebieg i zakończenie, jakie wyskoczą niespodzianki? Strach ma wielkie oczy, „na złodzieju czapka gore” – każdy z nas w otaczającym nas tłumie widział wrogów. Zdawało się nam, że oczy wszystkich ludzi zwrócone są właśnie na nas, że za chwilę w moją stronę lub w kierunku któregoś z kolegów wysunie się ręka szpicla z rewolwerem, a może zza rogu wyjdzie „streifa” (patrol) i będą chcieli rewidować. Tak jak było nakazane, utrzymywaliśmy łączność wzrokową. Jeden widział w oczach drugiego napięcie i skupienie, mimo że każdy starał się zachować jak najnormalniej. Cóż! To był nasz pierwszy „występ” publiczny w dzień, do tej pory działaliśmy pod osłoną ciemności. Na cztery minuty przed piątą doszedłem do szafy, klucz zgrzytnął w zamku i otworzyłem metalowe drzwi. Wyjąłem zza szafy zapas zwiniętego drutu dwużyłowego. odliczyłem szybko właściwą głowicę kablową, na niej wyszukałem pokazaną mi uprzednio przez pana B. parę. Śrubokrętem zluzowałem śruby i wyciągnąłem spod nich końce przewodów. Żyły kabelka skręciłem z przewodami wyjętymi zza szafy, rozsunąłem je daleko od siebie aby nie było zwarcia i delikatnie zamknąłem szafę. Podczas tych manipulacji byłem odwrócony plecami do tłumu, musiałem skupić całą uwagę na wyszukaniu właściwej pary śrubek spośród wielu rzędów takich samych. Ta prosta czynność kosztowała mnie wiele nerwów. Starałem się specjalnie nie śpieszyć, zbytni pośpiech wydałby się podejrzany stojącym za plecami ludziom. Miałem przecież sprawiać wrażenie normalnego montera – telefoniarza. Powtarzałem sobie w duchu, że przecież tam w tłumie nad moim bezpieczeństwem czuwa kilka „rozpylaczy”, że przewaga jest po naszej stronie, że w razie czego Bronek i koledzy nie opuszczą mnie. A jednak miałem wrażenie, że w wypadku pomyłki będę musiał szafę ponownie otwierać, powtarzać manipulację i sytuacja może się wtedy skomplikować. Za dwie minuty piąta miał zostać nadany sygnał kontrolny stwierdzający, że linia i głośnik jest w porządku i można zacząć audycję. Sygnałem miało być dotknięcie palcem igły adaptera. Jeśli będzie wszystko w porządku, to wzmacniacz wzmocni ten impuls, popłynie on kabelkiem do szafy i na druty do głośnika – głośnik zachrypi. Jeżeli w tym czasie sygnału nie będzie, to Janka (Janina Trojanowska – córka gen. Trojanowskiego – zginęła w powstaniu), która miała zegarek dokładnie wyregulowany, pobiegnie na punkt X aby sprawdzili połączenie ze wzmacniaczem, a ja otworzę ponownie szafę i sprawdzę czy nie pomyliłem się co do kolejności pary, ewentualnie czy nie zwarły się przewody. Zamknąłem szafę i odszedłem od niej kilka kroków. Zdawało mi się, że spojrzenia najbliższych moich sąsiadów są jakby trochę zdziwione i że przyglądają mi się.

Czułem się fatalnie, jak mysz w pułapce. Ach! Żeby tak stać się niewidzialnym, albo w jakikolwiek inny sposób zejść z oczu tym ludziom – niech się oni na mnie nie patrzą! Nie wierzcie ludziom, którzy twierdzą, że się nigdy niczego nie bali lub nie boją. Nie boi się jedynie pijak lub wariat, każdy przeciętny człowiek boi się bólu, zranienia, bicia, śmierci. Żaden z moich kolegów żyjących jeszcze, czy poległych w rozmowach przed i po akcjach nie wypierał się strachu ani nie uważał za tchórza innego kolegi, który strach swój ukrywał niezbyt zręcznie. Sekundy wlokły się nieznośnie wolno. Czy te dwie minuty się nie skończą? A może to na punkcie X nawalił zegarek? Dlaczego nie zgodził się Jeremi żebym ja tam był? Czyżby mi nie dowierzał? Pewnie poplątali coś w podłączeniu adaptera i głośniczka-mikrofonu. Myśli jak szalone biegały po głowie. Nareszcie! W głośniku zachrobotało. Raz, drugi, trzeci… Kamień mi spadł z serca. Linia cała! No i ta nasza pokraka też pracuje! Tylko jaka będzie zrozumiałość? Znów cisza… Za chwilę zaczną nadawać! Żeby tylko nie zaszło coś, czego nie ma w „programie”, np. jakaś „streifa”, czy inna „draka”. Nagle – na wszystkich twarzach zdziwienie. Z głośnika płynie nie „Heili, heilo”, ani „Lili Marlen” lecz… „Jeszcze Polska”… Żebyście widzieli twarze ludzi stojących w tłumie! W ich twarzach wyczytalibyście wszystko: zdziwienie, radość, niedowierzanie i… strach. Nasze chłopaki w tłumie zdejmują czapki, stają na baczność, za nimi inni mężczyźni robią to samo, niektórzy – ci lękliwsi – czynią to oglądając się trwożliwie dokoła; kilku tych „najostrożniejszych” odchodzi w ogóle, oni w tym udziału nie biorą, oni z tym nie chcą mieć nic wspólnego.

Oni zdają się nie wiedzieć, że za godzinę lub jutro i za „niewinność” też mogą być rozwaleni pod własnym domem, lub co gorsza miesiącami konać w oświęcimiu. Melodia nie słyszana od czterech lat płynie nad stojącym na baczność tłumem… Co za ironia – niemiecka szczekaczka gra polski hymn narodowy. Umilkły ostatnie takty mazurka Dąbrowskiego. Czapki wróciły na głowy. Znów rozlega się głos. Nie pamiętam już dziś kto przemawiał – zdaje mi się, że „Delegant Rządu Na Kraj”, nie pamiętam też dosłownie o czym mówił. Lata zatarły szczegóły. Słowa padały wolno, jak odmierzane. Mówiły o walce narodu, o tej przegranej, toczącej się obecnie i o przyszłej. Oddawały hołd pomordowanym ofiarom, zagrzewały do wytrwałości, do oporu, groziły zbirom i zapowiadały karę zdrajcom własnego narodu. Nagle co to? Od Wisły, ulicą Krasickiego wyjeżdża dobrze znana „buda”, tylko że otwarta. Duży ciężarowy samochód pełen „Schupo” (policji) wtacza się na plac Wilsona. A więc taki „klops”! Jakie są ich zamiary, czy znaleźli się tam tylko przypadkowo, czy przyjechali na „robotę”? Jeśli są przypadkowo – nie wolno ich prowokować bo można narobić niepotrzebnie „mięsa”, niech sobie jadą do nagłej śmierci dalej. Ale… jeśli mają względem nas „zamiary” – to… nie wolno wypuścić ani jednej kanalii na ziemię, bo stanie się to stokroć bardziej niebezpieczne. Jeśli tylko zatrzymają samochód i będą chcieli zeskakiwać na ziemię, trzeba z miejsca zamienić w krwawą drgającą miazgę te zielone kukły z czerwonymi spasionymi mordami.

Chłopaki od razu muszą sypnąć w nich filipinkami i rozszczekać się muszą steny, w przeciwnym wypadku, gdy zejdą na ziemię – to żywa noga stąd nie ujdzie. Czy Bronek o tym wie, czy zdaje sobie sprawę, czy tak rozumuje jak ja w tej chwili, czy nie przepuści decydującej chwili? Spokojna głowa! Przecież on ma większe doświadczenie niż ja! Jeden rzut oka na niego przekonuje, że on doskonale widzi sytuację. Wyraz twarzy drapieżny jak u sępa, oczami bez przerwy ogarnia swoich chłopaków i budę, prawą ręką nieznacznie odpina guziki płaszcza, pod którym wisi na smyczy sten i wis. Chłopaki zrozumieli go. Najbliższy, którego dobrze widzę, Ali, wsunął prawą rękę do kieszeni spodni – złapał pewnie filipinkę, lewą ręką powoli także odpina płaszcz. Słyszę łomot własnego serca. Tłum lekko faluje, lecz nie ma żadnej paniki. oby tylko ktoś nie zaczął w popłochu uciekać! To by ich mogło sprowokować! Buda wolniutko mija tłum. Tępe przekrwione ślepia ślizgają się po stojących pod głośnikiem ludziach. Nikną w dali… Z głośnika w dalszym ciągu padają słowa, przez tłum przebiega jakby westchnienie ulgi. Na zakończenie jakiś marsz. Koniec. Tłum jeszcze chwilę stoi nieruchomo, ludzi zatkało. Kilka wolnych kroków, jestem przy szafie. Nie mogę pohamować mimo wysiłku nerwów, szybkimi ruchami rozłączam druty. Kabelek podkładam pod dobrze widoczne teraz bo trochę wykręcone i pozbawione drutów śrubki. Jeszcze jeden ruch i kabelek przybiera kształt taki jak sąsiadujące z nim. Teraz niech szukają, wpierw diabła zjedzą niż coś znajdą. Drut wiszący od głośnika okręcam na ręku, kawał obcinam i ciskam za szafę. Reszta dynda się nad szafą. Odchodzę ulicą Krasickiego w dół do Wisły, czuję na plecach spojrzenia ludzi; tak, teraz oni nie mają wątpliwości… Ten telefoniarz w tym palce maczał… Jest mi głupio. Staram się iść naturalnym krokiem, nie oglądając się. Wiem, że gdyby ktoś się mną zainteresował, Bronek i inni go nie puszczą i będą z daleka pilnować mnie tak długo, aż uzyskają pewność, że nic mi nie grozi. Jednak nie mogę się opanować i po odejściu kawałka drogi, oglądam się kątem oka. Przegrupowali się. W rzedniejącym tłumie przesunęli się do bliższego mnie krańca, z rękami w kieszeniach niby obojętnie spoglądając na ludzi. Poszedłem do domu, zostawiłem płaszcz i za półtorej godziny stawiłem się do mieszkania Bronka Lota. W teczce przywiozłem czapkę pana B., cęgi i śrubokręt. Bronek i Jeremi byli uśmiechnięci. opowiadaliśmy sobie nasze wrażenia. Teraz Jeremi opowiedział mi jaką przygodę mieli obaj z Bronkiem ubiegłej nocy przy szykowaniu linii do głośnika. Dość późno w nocy poszli na plac Wilsona. Zgasili latarnię na której był głośnik. Bronek, który był zwinny jak kot, przy pomocy z początku Jeremiego, a potem paska od spodni, na stopach wdrapał się po okrągłym śliskim słupie latarni aż pod głośnik. Przeciął druty od naszej szczekaczki, zawiązał na supeł oba końce linii megafonowej aby nie opadły na ziemię. Dosztukował drut do naszej szczekaczki, koniec rzucił Jeremiemu i miał już schodzić, gdy usłyszeli warkot samochodów. Byli zbyt zajęci swoimi czynnościami i nie zauważyli ich zawczasu. Autokolumna była blisko. Jeremi uskoczył w bok i wtulił się w jakiś załomek muru. Bronek natomiast objął mocna kubeł i starał się stopić z nim w jedną całość w niezbyt doskonałej ciemności. Dołem sunęła autokolumna. Errr… Nie chciałbym być wtedy w jego skórze i przeżywać tego, co on wówczas przeżył. Po tej drace szkopy pozamykali wszystkie szafy kablowe na kłódki. Niewiele im to pomogło. W parę miesięcy później zrobiliśmy większy wzmacniacz i większą drakę – taką na kilka szczekaczek.

Warszawa w maju 1956 r.

KRUSZYNKA 

WPADKA NA ŚMIAŁEJ

3 LISTOPADA 1943 R. AKCJA na konfidentów nie udała się. Wyszli inną furtką. Widać, że są przebiegli. Dietrych, Kędzior i Kruszynka wracają ze spuszczonymi nosami. Jeden drugiego pociesza jak może. Winy w tym przecież nikt nie ponosi. Mimo jednak tej świadomości byli niepocieszeni. Wieczór był kompletnie zepsuty. Dojeżdżając do Placu Zamkowego tramwajem, wysiadają i kierują się w stronę Starego Miasta na lokal Sokoła, gdzie oczekuje ich już gromadka kolegów. Jest tu Seta, Zapiewajło, Kruk, Mruczek, Żbik, który dopiero co wrócił ze szpitala z amputowaną ręką i Sokół. Jak na konspirację, to stanowczo za dużo. Z chwilą gdy weszli Dietrych, Kędzior i Kruszynka, zewsząd padły pytania. Z min jednakże wyczytali, że nic z tego, że akcja nie powiodła się. Za chwilę posypało się w stronę nieszczęśników mnóstwo docinków z tytułu, że to była wyprawa na „świętoszków”. Panowała miła atmosfera, żarty, wybuchy śmiechu mieszały się ze śpiewem. Zupełnie jakby nie było Niemców. Minuty leciały z zawrotną szybkością. Żbika oglądano ze szczególnym zaciekawieniem. Był to dopiero pierwszy ranny w naszym pierwszym plutonie. Trzymał się dobrze, nic a nic nie przejmował się i opowiadał ze zwykłą sobie lekkością całe zajście.

Czas jednak już do domu. Godzina policyjna zbliża się. ostatnie kielichy z winem powędrowały w górę, zadzwoniło szkło, a z wszystkich ust popłynęła piosenka: „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród – Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. Przy słowach tych oczy chłopców zaiskrzyły się. Słowa nabrały mocy. Zadrgała mocno struna żałości i buntu. Za chwilę szykują się do odejścia, mocna wymiana uścisku i za chwilę kolejno wynoszą się z lokalu. ostatni wychodzą: Mruczek, Kędzior i Kruszynka. Umawiają się na jutrzejszy dzień na spotkanie z Rysiem (Lot). Mruczek objaśnia, że spotkanie będzie o godzinie 7-mej rano na ul. Śmiałej. Zwykle nasze spotkania odbywały się w ogródkach na działkach na Żoliborzu. Wyjątkowo jednakże miejsce to nie było na ten dzień aktualne, z powodu przeprowadzonych tam rewizji. Wkrótce żegnają się. Każdy idzie szybkim krokiem w swoją stronę. 

4 LISTOPADA 1943 R. NA UMÓWIONYM miejscu kręcą się: Ryś (Lot), Kędzior, Mruczek i Kruszynka. Prowadzone są cicho rozmowy. Ryś (Lot) bierze najpierw Kędziora. omawiają akcję już nową. Chodzą po jednej stronie, w międzyczasie Kruszynka z Mruczkiem po drugiej. Wkrótce zjawia się Antoś (orliński). Podchodzi do Lota. Ma źródło kupna broni. Podchodzi potem do Kruszynki i omawia z nim sprawę odbioru. Po chwili żegna się. od Rysia (Lota) odchodzi Kędzior, przechodzi do Kruszynki. Do Lota idzie Mruczek. Kierujemy się przez Śmiałą w stronę Gen. Zajączka. Dochodzi godzina ósma. Wtem na zakręcie widać czarne, wielkie auto z gestapowcami. Jest ich sześciu. Peemy sterczą po obydwóch stronach samochodu. Skręcają w naszą stronę. Jadą wolno, nawet bardzo wolno, mocno nas obserwując. Sytuacja jest nader nieprzyjemna. W kieszeniach pustki, naprzeciw pięć pistoletów. Przykro myśleć. Czyżby to był koniec naszej tak zwanej kariery konspiracyjnej . Chyba tak. W okamgnieniu stanął przed oczyma wczorajszy wieczór. Śmiechy, żarty, śpiewy, a dziś… Mijają nas i rozlega się to powszechnie znane: „Halt! Hände hoch!” I już są przy nas z pistoletami wymierzonymi w nasze piersi. Do Lota podbiegło trzech gestapowców, do Kruszynki i Kędziora dwóch. Jeden pozostaje w samochodzie. Żądają dowodów. Sięgamy do kieszeni. Kędzior daje pierwszy. Przeglądają, pytają gdzie mieszka. Kędzior powiada, że na Powązkach. – A ty? – zwraca się do Kruszynki najczystszą polszczyzną. – Na Starym Mieście – brzmiała odpowiedź. Następnie pyta o drogę, dokąd i po co idziemy. Kędzior mówi, że idzie do szkoły, a Kruszynka do pracy. – Ach tak! Ty mieszkasz na Powązkach – Ty na Starym Mieście. – Ty idziesz do szkoły, Ty znów do pracy i spotykacie się całkiem przypadkowo aż na Żoliborzu o godzinie 7-mej i spacerujecie sobie trzy kwadranse. Bujać było trudno, gdyż mieliśmy swoje prawdziwe papiery. Z drugiej strony przezornie nie podawaliśmy dokładnego adresu. Nadal penetrują w dowodach Kędziora. Kruszynka trzyma swoje w ręku, wysoko wzniesione nad głową. W międzyczasie po drugiej stronie ulicy rewidują Rysia (Lot) i Mruczka. Przy Mruczku nic nie znajdują. Wszystkie dowody są w porządku. Kolej teraz na Rysia. Wsadzają mu rękę do jednej kieszeni, znajdują kilka „lipnych” dowodów na chłopców. Zaglądają do małej kieszonki w spodniach, wyciągają meldunki i rozkazy, pisane zresztą szyfrem. W kieszeni w marynarce znajdują tajne pisemko „Żołnierza Polskiego”. Sprawa jest więc jasna. Los z góry był już przesądzony. Radosne a zarazem dzikie błyski zapłonęły w oczach rewidujących. Nie przyjechali więc daremnie. Znów mają sowity połów. Dowódca całej tej „wyprawy”, po znalezieniu tylu dowodów obciążających, zażądał przeprowadzenie Kędziora i Kruszynki na drugą stronę. Wszyscy stoimy teraz razem. Sytuacja jest bez wyjścia. Grupka nasza, otoczona pięcioma automatami jest stracona. Pozornie zachowują się najzupełniej spokojnie. Żadnego ruchu. Wykonują każdy rozkaz. Zdawać by się mogło, że pogodzili się z losem. W pewnej chwili gestapowiec, stojący tuż przy Kruszynce krzyczy, by ten siadał do samochodu. Sam zakłada pistolet maszynowy na plecy, wyjmuje colta siódemkę, przykłada mu do pleców i popycha w stronę samochodu, który stoi kilka zaledwie kroków opodal. Kruszynka bez wielkiego pośpiechu odwraca się i idzie. Tuż obok niego kroczy jeszcze jeden gestapowiec z rozpylaczem. Z tyłu drugi gestapowiec, trzymając colta przy plecach Kruszynki. Już są tuż przy samochodzie. Tu stała się rzecz, której gestapowcy nigdy by nie przypuszczali. Kruszynka, idący dotychczas spokojnie, i który już miał stawiać nogi na stopniu, raptem ręce, które dotychczas miał w górze błyskawicznie opuszcza w dół, uderza silnie rękę gestapowca. Pistolet wypala, ale w bok, uderza gestapowca idącego obok i zaczyna uciekać wprost, t.j. w stronę Placu Inwalidów. Rozlegają się strzały. Chcą wziąć go żywcem, celują więc w nogi. W zdenerwowaniu jednak chybiają. Widząc, że Kruszynka odbiegł już kilka metrów i nie pada, zaczynają strzelać wszyscy. Całą uwagę zwrócili na uciekającego. Ryś (Lot) orientuje się w sytuacji. Wie, że jak teraz nic nie zrobi, to wszystko już przepadło. Wykorzystuje moment, gdy uwaga skierowana jest na Kruszynkę, chwyta stojącego obok gestapowca za klapy płaszcza, popycha całą siłą na drugiego. Robi się straszne zamieszanie, z którego Lot korzysta i ucieka w przeciwnym kierunku, to jest w stronę Generała Zajączka. Teraz gestapowcy zupełnie pogłupieli. Jedni strzelają za Kruszynką, który pędząc niesamowicie dobiega prawie do zakrętu. Mruczek i Kędzior, widząc wielki zamęt, próbują także szczęścia. Jeden ucieka za Kruszynką, drugi za Lotem. Mruczek mniej ma szczęścia od Kruszynki. Niedaleko odbiegł, gdy trafiły go kule wroga. Legł ciężko ranny. Kędzior, biegnący za Lotem, dostaje w nogę, kuleje lecz znika za zakrętem. Wściekłość gestapowców nie ma granic. Część biegnie do leżącego Mruczka, część za znikającym Kędziorem. Doskakują do Mruczka i z bezsilnej wściekłości prawie konającemu wybijają szczękę i pastwią się nad nim. Niedługo na szczęście, gdyż zaraz skonał. Część gestapowców, która pobiegła za rannym Kędziorem, wraca z nim. okazało się, że Ukraińcy schwytali go i przytrzymali. Dostaje też solidną porcję [bicia]. Głowę zwiesił, na nic nie reaguje. Nie prosi litości. Wrzucają go do samochodu. odjeżdżają. Grupka ludzi szeroko komentuje zajście. W tym takiego wielkiego młodzieńca, który biegnąc przez Plac Inwalidów krzyczał: „Uciekać, mordują, obława!” i spowodował szalony popłoch nie tylko na Placu Inwalidów, ale prawie na całym Żoliborzu, bowiem wieść, że obława, powpędzała wszystkich prawie do domów. Naturalnie, że popłoch taki mocno przydał się Kruszynce, który zmieszawszy się z tłumem, razem już ze wszystkimi uciekał. W pół godziny po zajściu, prawie cały pluton był na nogach. 

KOPEĆ 

NIEUDANY ZAMACH NA AGENTKĘ WYWIADU

W KOŃCU listopada miała miejsce nieudana akcja wymierzona w szefa wywiadu – kobietę. Rozpoznanie prowadzone przez Rajskiego stwierdziło, że pani ta przyjeżdża do Warszawy z pewnej miejscowości pod Warszawą, gdzie prawdopodobnie spędzała urlop, na Dworzec Główny, o godzinie 11.30. Stąd prawdopodobnie dorożką miała udać się do swego mieszkania przy Alei Szucha 8. Nazajutrz o godzinie 7.10 rano miała wyjechać na dalszą pracę do Lwowa, gdzie jadąc do pewnej rodziny wojskowej (polskiej) niczego się nie domyślającej, miała sparaliżować tamtejszą pracę podziemną. Jeździła w towarzystwie swej córki (5–7 lat). Była to bardzo ładna i elegancka kobieta, blondynka (włosy farbowane) o inteligentnej twarzy, w wieku do 30 lat. Rano wyjeżdżając do Lwowa, miała spotkać się na peronie ze swym kolegą, też szefem wywiadu, powracającym z Berlina. Wykonanie akcji powierzył dowódca Kopciowi. Ponieważ nie było czasu na zorganizowanie akcji z udziałem samochodu, gdyż wiadomość o jej przyjeździe przyszła o godzinie 10-tej tego dnia, w akcji miało wziąć udział tylko dwóch ludzi, uzbrojonych w broń krótką (po 2 pistolety, każdy po 2 magazynki). Drugim, który miał wziąć udział w akcji był Kalina, którego pojechała zawiadomić Scarlet (łączniczka). W razie nie złapania Kaliny w domu, udział w akcji miał wziąć Graf.Jak się później okazało, Kalina na wyznaczone spotkanie na godzinę 11-tą przed hotelem Polonia nie przybył, gdyż zawiadomiony przez łączniczkę Scarlet, by zdążyć na czas wsiadł w rykszę, którą jechał przez plac Napoleona ze Świętojerskiej. Został jednak zatrzymany w łapance przez żandarmerię i w kilkanaście dni później w publicznej egzekucji rozstrzelany (prawdopodobnie miał przy sobie amunicję). Akcję miał wykonać Kopeć z Grafem. o godzinie 11.30 vis a vis dworca, stała ryksza z łączniczką Jenny, która w teczce miała dla nas broń. Przed dworcem kręcili się: Rajski ze swoją wywiadowczynią Ireną i Kopeć, któremu Rajski miał wskazać ofiarę. Przyjazd pociągu wyrzucił z dworca falę ludzi wraz z kobietą. Uważnie się rozglądając, przeszła przez jezdnię Alei Jerozolimskiej, jedną ręką trzymając swą córeczkę za rękę, w drugiej miała teczkę i torebkę damską. Cała nasza trójka ruszyła za nią. Nie dochodząc do rogu Marszałkowskiej, wywiadowczyni Rajskiego kiwnęła głową i rzekła stanowczo „to ona”. Rajski z Kopciem doszli jeszcze do rogu Nowogrodzkiej i Marszałkowskiej i skończyli na tym swoje zadanie. Za Kopciem szedł Graf, jezdnią wolno jechała Jenny rykszą z bronią. Kobieta ta szła bardzo ostrożnie. Może coś przeczuwała, gdyż często oglądała się uważnie dookoła. Pogoda była bardzo ładna, zanosiło się więc na to, że do samego domu zajdą piechotą. Kopeć układa plan, który wygląda następująco: wsiąść do rykszy, dogonić ją, nie wzbudzając podejrzeń, otworzyć w międzyczasie teczkę i broń przełożyć do kieszeni. Następnie wyskoczyć z rykszy i kilkoma strzałami w głowę wykonać akcję, zabierając teczkę i torebkę. Wycofanie Wspólną do Kruczej, gdzie na rogu Wilczej stała Scarlet z rykszą, która miała od nas odebrać broń lub wyjść z rykszy, my zaś byśmy odjechali, w zależności od wytworzonej sytuacji. Pech jednak chciał, że podczas wsiadania do rykszy i przejmowania od Jenny teczki z bronią, na chwilę straciliśmy ją z oczu. Ponieważ wsiadaliśmy w odległości około 20 metrów od niej, a na ulicy był duży ruch, więc najprawdopodobniej odeszła dalej. Postanowiliśmy ją dogonić, jednak dojechaliśmy rykszą do ulicy Hożej i jej nie widzieliśmy. Tu z rykszy wysiedliśmy i w bramie na Marszałkowskiej przy Hożej oczekiwaliśmy na nią, mając pod obserwacją drugą stronę ulicy, przystanek tramwajowy i jezdnię tak, że musielibyśmy ją zauważyć, gdyby jechała rykszą czy dorożką. Tak czekaliśmy 45 minut, po czym wróciliśmy do lokalu. Było przypuszczenie, że zorientowała się w sytuacji, weszła do sklepu, przeczekała nasz przejazd i inną drogą wróciła. Akcja nieudana w tym dniu, została odłożona do jutra. Tego dnia miały być wykonane przez nasz oddział dwie akcje. Jedna to w dalszym ciągu kobieta, która z domu jechała na dworzec, druga wykonywana przez pluton pierwszy, akcja przed dworcem głównym na szefa wywiadu. Miejscem akcji miał być róg Marszałkowskiej i Koszykowej. Mogła jechać dwiema drogami: Marszałkowską lub Alejami Ujazdowskimi, Koszykową i Marszałkowską. Do dyspozycji mieliśmy mieć samochód półciężarowy Chevrolet. Udział w akcji: Kopeć, Żegota – wykonawcy, obaj broń krótka, Mirski i orkan, uzbrojeni w pistolety maszynowe mieli wziąć udział w akcji w przypadku koniecznym w ubezpieczeniu (do ostatniej chwili). Wieczorem na odprawie z dowódcą, na której był Rajski i dowódca I plutonu Bronek – Lot, który był równocześnie dowódcą akcji na szefa wywiadu przy dworcu głównym, otrzymano ostatnie dyspozycje, przy czym Kopeć uzgodnił i umówił się z Bronkiem celem przejęcia samochodu. Nazajutrz o godzinie 6-tej rano przyszedł Kopeć na lokal I-go plutonu, gdzie Bronek robił odprawę przed akcją z uczestnikami: Kruszynką i szoferem Bruno, ponieważ nasz szofer Niemira spóźnił się, a miał przejąć samochód, Kopeć uzgodnił z Bronkiem w razie zgłoszenia się Niemiry, podstawienie wozu na godzinę 6.40 na róg Marszałkowskiej i Piusa. Samochód ten przewidziany był do ewentualnej pogoni za dorożką, którą miała jechać kobieta, i do odwrotu. Jednak Niemira, mieszkając zbyt daleko (daleki Mokotów), na tyle się spóźnił, że dowódca I plutonu Bronek, uważając, że nam nie będzie już potrzebny, użył Niemirę wraz z samochodem do swojej akcji jako samochód zapasowy.Ruch się zwiększał na Marszałkowskiej, gdy z kierunku Placu Zbawiciela ukazała się dorożka. Kopeć z Żegotą na przystanku przy Koszykowej, przy nich wywiadowczyni Rajskiego. Rajski odszedł już na dworzec (akcja Bronka). Mirski i orkan po drugiej stronie ulicy w bramie. Na przystanku w kierunku Placu Zbawiciela czekało 4–5 żandarmów na wolno zbliżający się tramwaj. Jednocześnie z dorożką przybiega Dewajtis z wiadomością, że pani ta wyjechała z domu. Przy Koszykowej w kierunku Marszałkowskiej – jest ryksza czekająca na nas. Przed 5-cioma minutami przejechał samochodem patrol żandarmerii bardzo wolno ul. Piusa, przecinając Marszałkowską. W zbliżającej się dorożce były 4 osoby: na siedzeniu tylnym siedziały dwie starsze kobiety, które widać było już z odległości 25 m. ona z córką siedziała tyłem do dorożkarza, tak, że dopiero można było ją zauważyć, gdy przejeżdżała koło nas. Gdy dała nam znak wywiadowczyni, ona już przejechała. Mogliśmy ją jeszcze dogonić biegiem, lecz mając na przystanku żandarmów i żadnego środka lokomocji do odskoku (samochodu), wsiedliśmy do rykszy, by ją dogonić i zastrzelić. Zanim jednak ryksza się rozpędziła, dorożka odjechała już daleko. Gdy ona wychodziła na dworzec główny, do kas biletowych, my dopiero przyjechaliśmy pod dworzec. Kopeć z Żegotą weszli do hallu dworca. Kupowała bilety. Jednak rozkaz dowódcy brzmiał, by akcję wykonać najdalej od rogu Marszałkowskiej i Al. Jerozolimskich, gdyż na dworcu wykonywana będzie inna akcja. Kopeć wychodzi z hali dworcowej i melduje dowódcy, stojącemu przed dworcem z Rajskim, o niepowodzeniu, z zapytaniem, czy robić ją teraz. Cała hala dworcowa była prawie pusta. Dowódca odrzekł, że mają się spotkać na peronie, więc Kopeć z Żegotą ma się podporządkować rozkazom Bronka. Plan akcji Bronka uległ zmianie, gdyż zamiast robić swego przed dworcem, będzie robił go na peronie podczas ich rozmowy. Kopeć z Żegotą mieli robić ją w dalszym ciągu, ponieważ jednak samochód, który Bronek miał do dyspozycji, mógł pomieścić pięciu ludzi z szoferem, więc Kopeć z Żegotą mieli wycofywać się piechotą. Było to posunięcie bardzo ryzykowne. W ostatniej chwili zaplanowana akcja na peronie, dawała dużo pewności w zlikwidowaniu obojga, ale samo wycofanie się z peronu na ulicę do samochodu (stał na ul. Pankiewicza zwrócony w kierunku Al. Jerozolimskich na gazie), przy stosunkowo małej ilości broni maszynowej (Kopeć i Żegota w ogóle nie mieli pistoletów maszynowych) było przedsięwzięciem bardzo ryzykownym, które mogło udać się tylko przy szalonym tempie akcji i zaskoczeniu. Wycofanie się na piechotę Kopcia i Żegoty tym bardziej nie wróżyło nic dobrego, wziąwszy pod uwagę rozstawienie posterunków na dworcu (w hallach) i po wyjściu z dworca, a więc 50 metrów w stronę Marszałkowskiej – dworzec wojskowy, posterunek na ul. Pankiewicza, w Al. Jerozolimskich 79 (Wojsk. Inst. Kartograf). Jednak po dwóch nieudanych próbach, Kopeć z Żegotą postanowili raczej zginąć, a wykonać akcję. Kobieta zeszła na peron. Kopeć z Żegotą, jak również Bronek ze swoimi ludźmi zaopatrzyli się w bilety do najbliższej stacji, by móc spokojnie przejść koło biletera. oczekiwany przez Bronka agent nie przyjechał. Może nie mieli się spotkać, gdyż kobieta wsiadła do pociągu. Dowódca odwołał akcję. Bronek wycofał swych ludzi, jak również dał znak odjazdu Bruno i Niemirze, stojącym z samochodem na placu Starynkiewicza przy Żelaznej. Akcję tę mieliśmy wykonać jeszcze we Lwowie. Na wyjazd w dalszym ciągu przewidziany był Kopeć, lecz zamiary spełzły na niczym. W parę miesięcy później kobieta ta zachorowała na jakąś zakaźną chorobę, i jak podawał nasz wywiad, umarła. 

ROBERT 

MEGAFONY I WPADKA

W KILKANAŚCIE minut po ostatnich przygotowaniach dała się słyszeć muzyka z płyt oraz trzykrotne zapowiedzi o nadaniu „komunikatu specjalnego”. Potem został odegrany marsz generalski. Wygłoszone zostało też przemówienie o charakterze informacyjno -patriotycznym. Na zakończenie odegrano hymn: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Audycja trwała 15 minut. Z chwilą przerwania taktów muzyki, publiczność zainteresowana widocznie wznowieniem audycji w tym głośniku i zapowiedzią „komunikatu specjalnego”, zaczęła się dość licznie przy nim zbierać. Podczas trwania audycji zebrał się bardzo liczny tłum. Niemcy, którzy kwaterowali w sąsiednim domu, ostentacyjnie pozamykali okna. Na przystanku tramwajowym stał oficer SS przez cały czas trwania audycji. Czy nie zrozumiał o co chodzi, czy też nie chciał się w to mieszać? W każdym razie nic nie zrobił. Podczas hymnu, gdy wszyscy mężczyźni odkryli głowy a młodsi stali nawet „na baczność”, przejeżdżały bardzo wolno ze względu na tłum ludzi dwa auta z Niemcami. Jedno z nich nawet się zatrzymało. Z ich strony nie było też żadnej reakcji. Po zakończeniu audycji ludzie spokojnie się rozeszli. Wielki sukces pierwszej audycji zachęcił nas do przeprowadzenia następnej na większą skalę. Przeprowadziliśmy rozpoznanie. okazało się, że opanować centralę jest rzeczą niemożliwą, gdyż mieściła się w okolicy Pałacu Brühla. Głośniki były połączone szeregowo i równolegle, tak że można było nadawać zarówno dla jednego głośnika jak i dla kilku, zależnie od miejsca. Myśmy chcieli nadać na jak największą ich ilość. Zasadnicza trudność polegała na zdobyciu wzmacniacza o odpowiedniej mocy. Chcieliśmy zdjąć wzmacniacz z któregoś z dworców, ale przy bliższym rozpatrzeniu sprawy okazało się to niemożliwe. W rezultacie zdobyliśmy się na wyprodukowanie wzmacniacza, mogącego obsłużyć 3 głośniki. Druga trudność polegała na otworzeniu skrzynki telefonicznej, gdyż po pierwszej akcji wszystkie skrzynki zostały oprócz klucza zamknięte jeszcze na kłódkę, i te kłódki nie były jednakowe. Próbowaliśmy dopasować kluczyk, ale nie udało się, tak samo jak nie udało się zdjąć kłódkę bez uszkodzenia (i dorobienie klucza) i zawieszenie jej na odpowiedniej skrzynce. Trzeba się było zdecydować na zerwanie kłódki na dzień przed audycją. Lokal został wybrany przy ul. Miodowej 7. Planowaliśmy podłączenie się do 3 głośników (pl. Teatralny, Miodowa – Senatorska, plac Krasińskich). Tym razem akcja nie powiodła się. Ze względu na wyłączanie światła w domu z którego mieliśmy nadawać, trzeba było w dzień akcji rozwalać kłódkę od piwnicy i zrywać plombę przed podłączeniem. Przy przełącznikach było jednak coś nie w porządku (bardzo iskrzyły). Gdy manipulowaliśmy przy nich, powstało krótkie spięcie i zupełnie przestał płynąć prąd. Podczas naszej obecności w piwnicy był mały incydent z dozorcą, który jednak dobrze się skończył.

W czerwcu szedłem z Ryśkiem na przegląd jednej sekcji IV plutonu. Lokal mieścił się przy ul. Hożej (2–3 domy od placu Trzech Krzyży). Na piątym piętrze, wejście od podwórza. Rysiek wszedł pierwszy. Gdy tylko tam wszedłem, zamknęły się za mną drzwi, zaraz kazano mi podnieść ręce do góry i momentalnie zrewidowano nas. Było ich czterech, ubrania cywilne, jeden mówił po polsku. W chwili gdy weszliśmy, było już aresztowanych siedmiu mężczyzn i jedna kobieta. Siedzieli oni po turecku, twarzą do ściany.Przy rewizji znaleziono u mnie notatki dotyczące produkcji stenów. Gdy tylko je przeczytano, zaraz wzięto mnie do kuchni na przesłuchanie. Ponieważ nie przyznawałem się do niczego, co ich bardzo złościło, dostałem parę razy po twarzy. Kazano mi w końcu usiąść razem z pozostałymi. Z kolei wzięto Ryśka na przesłuchanie. Potem sprowadzono go do nas. Nastrój nasz był fatalny. Każdy zdawał sobie sprawę z tego, że trzeba coś zrobić, żeby jakoś się wydostać, ale nie wiadomo jak. W pół godziny po nas przychodzi Gustaw, z którym rano się widziałem. Przynosi moją teczkę, którą zostawiłem. Było tam też trochę kompromitujących papierów, ale w skrytce, tak że ich nie zauważono. Sytuacja była coraz gorsza. Czuję, że inicjatywa powinna należeć do mnie, gdyż siedząc najbliżej drzwi, powinienem pierwszy coś zacząć. Chciałem skoczyć do drzwi do przedpokoju, otworzyć je i dalej uciekać na klatkę schodową. Musiałem się upewnić, że wszyscy pójdą. Będą straty, no ale nie wszyscy zginiemy i nie jak barany. Niestety, po zastanowieniu się, musiałem zrezygnować, bo nie wiedziałem, jak te drzwi otwierać (byłem w tym lokalu pierwszy raz). Za chwilę przyszedł Murzyn, stały bywalec tego lokalu. Przy otwieraniu drzwi zorientował się o co chodzi. Ucieka. Za nim jeden z Niemców rusza w pogoń, drugi staje w oknie. Gdy Murzyn ukazał się na podwórzu, oddaje kilka strzałów, ale chybia. Murzyn uciekł, co prawda po drodze złamał sobie obojczyk, ale uciekł. W chwili jego ucieczki zrobiło się pewnego rodzaju zamieszanie. Początkowo nie zorientowaliśmy się o co chodzi, później przeszło nam przez myśl, że może by teraz, ale wobec zdecydowanej postawy dwóch pozostałych Niemców, wszystko ucichło. W kilkanaście minut po tym incydencie jeden z nich kładzie kapelusz i wychodzi. Zdajemy sobie sprawę z tego, że poszedł po samochód. Pozostali trzej trochę nas zaczęli lekceważyć. Jeden siedział w kuchni, drugi z tyłu za nami na fotelu, trzeci chodził, często przystawał w drzwiach, tuż koło mnie. Miał rozpiętą marynarkę i za pasem Visa. Postanowiłem skorzystać z okazji gdy stał koło mnie i wyciągnąć mu tego Visa. Jedną z okazji przegapiłem, a właściwie nie mogłem zdecydować się na akcję. Za chwilę zdarzyła się druga. Stanął w drzwiach, jedną ręką trzymał papierosa, drugą gładził się po włosach. W tym właśnie momencie uniosłem się trochę na jednej ręce, drugą sięgnąłem po pistolet, schwyciłem go, szarpnąłem gwałtownie, przewracając się na plecy pociągnąłem Niemca na siebie. (Ten w ułamek sekundy również chwycił za pistolet oburącz). W tej pozycji zacząłem pistolet wyrywać, a lufę kierować mu do brzucha. okazało się, że pistolet był niezarepetowany. Po dalszych wysiłkach udało mi się zarepetować pistolet i zastrzelić go. Moje przewidywania całkowicie się sprawdziły, gdyż zaraz po mnie wszyscy się zerwali. Część jeńców mi pomagała, a część zajęła się likwidowaniem dwóch pozostałych. odbyło się to następująco: ten, który siedział na fotelu, tak zgłupiał, że nie zdążył się zdobyć na żaden akt obrony, więc tłuczono go jakimś krzesłem, a wykończono własnym pistoletem. Drugi w chwili krytycznej był w kuchni. Skoczył tam Gustaw i usiłował go wyrzucić za okno, ale ponieważ był słabszy, tamten odepchnął go, i już wydobywał pistolet by go zastrzelić. Wtedy wpadł Rysiek, uderzył Niemca w rękę, wytrącając mu pistolet, następnie przychwycił go i oddał dwa strzały do Niemca, raniąc go w brzuch. Niemiec zachwiał się, upadł na zlew, po czym jeszcze parę razy dostał kolbą po głowie od Ryśka. Potem Rysiek i Gustaw wybiegli na schody i dalej. Gdy ja uporałem się ze swoim Niemcem, również skierowałem się w stronę schodów i w drzwiach wejściowych spotkałem się z Niemcem ranionym przez Ryśka. Zaczęła się między nami wymiana strzałów, w następstwie czego zostałem ranny w prawy bark, a on w okolice brzucha. Niemiec stracił chwilowo przytomność, przewrócił się i spadł po schodach na półpiętro. Tam oprzytomniał i w dalszym ciągu chciał do mnie strzelać ale mu już sił nie starczyło i po raz drugi się przewrócił. Ja już nie strzelałem, gdyż zabrakło mi amunicji do pistoletu. Zbiegłem do niego, zabrałem mu pistolet i wybiegłem na ulicę. Tam z jednym kolegą (nie pamiętam z którym) wszedłem do dorożki i pojechaliśmy do znajomych, gdzie zrobiono mi opatrunek. W kilka minut potem na miejsce zajechało auto po nas. Na trzeci dzień poszedł tam nasz patrol odpowiednio ostrożnie. Lokal zastał opieczętowany i na pewno zabrano wszystkie nasze dowody. Żadnych rewizji ani żadnych konsekwencji potem nie było.

KRUSZYNKA 

KĘDZIOR PLAN ODBICIA

D. c. 3-go listopada Kruszynka