My Chance - Monika Kondas - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

My Chance ebook i audiobook

Kondas Monika

3,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

349 osób interesuje się tą książką

Opis

Poukładane życie Mikaeli rozpada się w jednej chwili. Jej narzeczony wraca z wielomiesięcznej misji wojskowej – i to nie sam, lecz z nową kobietą. Jakby tego było mało, zostaje niespodziewanie zwolniona ze szpitala, w którym pracuje. Bez pracy i perspektyw postanawia wyjechać tysiące kilometrów dalej, by uciec od mężczyzn takich jak jej były.

Na miejscu los stawia na jej drodze kogoś dokładnie takiego samego – osobę, która od pierwszego spotkania jest nią wyraźnie zafascynowana. Na dodatek wszystko wskazuje na to, że będą musieli ze sobą współpracować…

Manolo kilka lat temu odszedł z wojska po zakończeniu misji. Zagubiony, wrócił do domu – miejsca, w którym zawsze czuł się bezpiecznie. Wojna zmieniła jego spojrzenie na świat. Teraz jego celem jest przygotowywanie przyszłych żołnierzy tak, by mogli wracać do swoich rodzin cali i zdrowi. Nie spodziewa się jednak, że na jego drodze stanie uparta lekarka, która nieustannie będzie rzucać mu wyzwanie.

Czy tej dwójce uda się stworzyć coś trwałego?
Czy Mikaela odważy się zaufać na nowo i da miłości drugą szansę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 384

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 42 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Ewa JakubowiczMaciej Motylski

Oceny
3,5 (4 oceny)
1
2
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MistrzManifestacji9

Nie polecam

Nie. „Dlaczego podobało mi się to jak na mnie patrzy. Może to zasługa Brandona i jego zdrady?” Serio? Bohaterka mówi tylko że koniec z żołnierzami a nijak ma to pokrycie w czynach. Nie wygląda na smutna. A poza tym nie lubię wścibskich ludzi którzy chcą innym układać życie i ich swatać.
00
alabomba

Dobrze spędzony czas

Sympatyczne
00
DomiiZaczytana

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna historia którą musicie przeczytać 💛
00
Choco1234

Dobrze spędzony czas

Ale to fajne, takie niezobowiązujące na te letnie popołudnia Polecam 💛
00



Cad­do Mills to praw­dzi­we mia­sto w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, w sta­nie Tek­sas, w hrab­stwie Hunt.

Resz­ta hi­sto­rii jest fik­cyj­na i nie ma z nim nic wspól­ne­go.

Postacie, które należy poznać

Mi­ka­ela Rus­so – le­kar­ka. Po tym, jak na­rze­czo­ny zo­sta­wił ją dla in­nej, po­sta­no­wi­ła zmie­nić swo­je ży­cie. Obie­ca­ła so­bie, że nie zwi­ąże się z żad­nym mężczy­zną. Je­śli trze­ba, po­tra­fi ude­rzyć.

Ma­no­lo McKey – były żo­łnierz. Za­ło­żył ośro­dek szko­le­nio­wy. Jego ży­cio­wą mi­sją jest zdo­by­cie ser­ca upier­dli­wej le­kar­ki, któ­ra ci­ągle mu od­ma­wia. Nie na­le­ży do cier­pli­wych, ale ma w so­bie to coś.

So­nia McKey – le­kar­ka i wła­ści­ciel­ka przy­chod­ni. Wy­bu­cho­wa du­sza. W wy­ni­ku wy­pad­ku po­ru­sza się o la­sce. Ciot­ka Ma­no­la.

Bil­ly McKey – pro­wa­dzi bar. Za­wsze go­to­wy do po­mo­cy, we­so­ły i miły. Jest nie­zwy­kle dum­ny ze swo­je­go syna Ry­ana, ale jed­no­cze­śnie boi się o nie­go. Wuj Ma­no­la.

Da­vid Rus­so – tata Mi­ka­eli. Ge­ne­rał szta­bu, pra­ca za­wsze była dla nie­go naj­wa­żniej­sza. Nie za­uwa­żył, że tym sa­mym za­nie­dbał je­dy­ną cór­kę, ale po­sta­no­wił to na­pra­wić.

Ryan McKey – syn Soni i Bil­ly’ego, ku­zyn Ma­no­la. Ci­ągle prze­by­wa w woj­sku.

Bran­don Da­niels – za­wo­do­wy żo­łnierz. Były na­rze­czo­ny Mi­ka­eli. Typ na tyle bez­czel­ny, że pro­sił o zwrot pie­rścion­ka. Wró­cił do mia­stecz­ka z inną ko­bie­tą.

Nisa Ama­ni – naj­lep­sza przy­ja­ció­łka Mi­ka­eli. Rzad­ko kie­dy po­ka­zu­je swo­je emo­cje. Lubi rzu­cać lap­to­pem.

Adi­sa Wil­liam-Smith – za­mkni­ęta w so­bie ofia­ra po­rwa­nia. Sta­ra się na nowo od­na­le­źć sie­bie.

Finn Col­lins – le­karz woj­sko­wy. Przy­je­żdża do mia­stecz­ka, aby po­móc przy­ja­cie­lo­wi. Wiecz­ny ka­wa­ler, nie po­zwo­li się uwi­ązać.

Tom Smi­thy – sze­ryf. Tro­chę nie­po­rad­ny, ale kie­dy trze­ba, wie, co robi.

Ste­phen Brown – były żo­łnierz. Pra­cu­je w ośrod­ku szko­le­nio­wym Ma­no­la. Stra­cił żonę w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, za­czął pić i przez to zo­stał wy­rzu­co­ny z woj­ska.

Mary Po­well – na­sto­lat­ka, któ­ra od cza­su do cza­su pra­cu­je w re­cep­cji przy­chod­ni. Nie­zwy­kle mądra i uło­żo­na jak na swój wiek.

Hen­ry i Tor­ry McKey­owie – ro­dzi­ce Ma­no­la. Zgi­nęli w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, kie­dy miał pi­ęt­na­ście lat. Często ich wspo­mi­na.

Li­zet­te – ko­bie­ta, dla któ­rej Bran­don zo­sta­wił Mi­ka­elę. Nie lu­bi­my jej.

Prolog

Mika

– Czy ty, kur­wa, ro­bisz so­bie ze mnie jaja?! – wy­da­rłam się na nie­go.

Wi­dok mi­ło­ści mo­je­go ży­cia u boku in­nej ko­bie­ty to ból nie do opi­sa­nia. Wszyst­kie lata, któ­re ze sobą spędzi­li­śmy, były trud­ne nie tyl­ko dla mnie, ale i dla nie­go. Mia­łam jed­nak na­dzie­ję, że nasz zwi­ązek oka­że się tego wszyst­kie­go wart. Zno­si­łam jego ci­ągłe wy­jaz­dy na mi­sje woj­sko­we, bo wie­dzia­łam, że to tyl­ko umoc­ni na­szą re­la­cję. W ten spo­sób chcia­łam mu po­ka­zać, że bez względu na wszyst­ko, za­wsze sta­nę po jego stro­nie.

I co do­sta­łam?

Wy­wa­le­nie wszyst­kie­go, co bu­do­wa­li­śmy przez te lata, na bruk. Nie po­tra­fi­łam zro­zu­mieć, jak do tego do­szło, że zna­le­źli­śmy się w ta­kim punk­cie.

– Prze­pra­szam. Za­ko­cha­łem się – od­po­wie­dział Bran­don i miał w so­bie na tyle przy­zwo­ito­ści, by spu­ścić wzrok.

Stał przede mną z tą ma­ło­la­tą, któ­ra obej­mo­wa­ła go w pa­sie i nic nie ro­bi­ła so­bie z tego, że roz­wa­la­ła na­sze ży­cie. Pa­trzy­ła na mnie wy­zy­wa­jąco, jak­by nie ob­cho­dzi­ły jej moje uczu­cia i jak­by to była nor­mal­na ko­lej rze­czy.

Oni obo­je wszyst­ko znisz­czy­li…

W tym ca­łym sza­le mu­sia­łam przy­znać jed­no: przy­naj­mniej po­le­ciał na moje prze­ci­wie­ństwo. Na bez­mó­zgą ko­bie­tę, któ­ra wy­gląda­ła jak eks­klu­zyw­na pro­sty­tut­ka. Z ta­ni­mi do­cze­pa­mi we wło­sach, wul­gar­nym ma­ki­ja­żem i szpo­na­mi, któ­re inni na­zy­wa­li pa­znok­cia­mi. Jej su­kien­ka błysz­cza­ła jak cho­in­ka w Boże Na­ro­dze­nie, a bu­ta­mi mo­gła­by zro­bić ko­muś krzyw­dę.

– W du­pie mam two­je „prze­pra­szam”! – Nie na­le­ża­łam do po­tul­nych osób i je­śli my­ślał, że nic nie po­wiem, to się gru­bo my­lił. – Cze­ka­łam na cie­bie tyle lat! Wy­je­żdża­łeś co chwi­lę na mi­sje, ale się nie ska­rży­łam, bo wie­dzia­łam, że ko­chasz tę pra­cę. Że to two­je po­wo­ła­nie. A ty zna­la­złeś so­bie inną?! Za­je­bi­ście, kur­wa! – Prze­cze­sa­łam wło­sy pal­ca­mi, czu­jąc, jak emo­cje bio­rą nade mną górę. – Dwa­na­ście lat na cie­bie zmar­no­wa­łam, ty kre­ty­nie!

Po­świ­ęci­łam dla nie­go wszyst­ko, a on to tak ła­two za­prze­pa­ścił!

Naj­lep­sze lata mo­je­go ży­cia po­szły się wa­lić, a to wszyst­ko za spra­wą tej głu­po­ty, jaką jest mi­ło­ść. Plu­łam so­bie w bro­dę, że po­zwa­la­łam na wszyst­ko, cze­go chciał, za­miast za­ka­zać mu wy­jaz­dów i żądać ode­jścia z woj­ska. Zno­si­łam to, bo go ko­cha­łam, ale to uczu­cie przy­nio­sło mi wy­łącz­nie ból.

Mama Bran­do­na po­de­szła do mnie i ob­jęła mnie za ra­mię.

– Mika, uspo­kój się.

Za­wsze była dla mnie do­bra i od­kąd za­częłam się spo­ty­kać z jej sy­nem, przy­jęła mnie jak wła­sną cór­kę. Zży­łam się z nią tak bar­dzo, że po­wie­rzy­ła­bym jej swo­je naj­skryt­sze ta­jem­ni­ce, wie­dząc, że ni­g­dy ich nie zdra­dzi. Taka wła­śnie była. Na­wet nie po­tra­fi­łam so­bie wy­obra­zić, jak się w tej chwi­li czu­ła. Na pew­no była za­wie­dzio­na sy­nem i tym, co zro­bił, ale nie po­win­na się za­dręczać. To Bran­don pod­jął de­cy­zję.

Nie ona.

Wszy­scy wy­da­wa­li się zszo­ko­wa­ni w rów­nym stop­niu. By­łam prze­ko­na­na, że gdy zor­ga­ni­zu­ję dla nie­go przy­jęcie nie­spo­dzian­kę, będzie wnie­bo­wzi­ęty, mo­gąc się ze wszyst­ki­mi zo­ba­czyć. Li­czy­łam też na to, że po­czu­je się, jak­by nic go nie omi­nęło, na­wet je­śli wy­je­chał na je­de­na­ście mie­si­ęcy.

A on wró­cił z inną i po­ja­wił się z nią na swo­im przy­jęciu po­wi­tal­nym.

Nasi zna­jo­mi nie wie­dzie­li, gdzie skie­ro­wać wzrok, a ro­dzi­na Bran­do­na pa­trzy­ła na nie­go z wiel­kim roz­cza­ro­wa­niem. Za­wo­do­wy żo­łnierz, któ­ry oka­zał się nie­wier­ny. Spla­mił mun­dur i to nie tym, czym się zaj­mo­wał w trak­cie mi­sji, ale tym, co zro­bił wła­śnie te­raz. Zdra­dził, a dla tej ro­dzi­ny wier­no­ść była świ­ęto­ścią. Tego na pew­no nikt mu nie po­da­ru­je.

Po­zna­łam go, gdy mia­łam pi­ęt­na­ście lat, ale do­pie­ro w wie­ku sie­dem­na­stu coś się zmie­ni­ło i za­częli­śmy się spo­ty­kać. Szko­ła, stu­dia me­dycz­ne, a po­tem pra­ca, któ­rą pod­jęłam nie­spe­łna kil­ka mie­si­ęcy temu. Wszyst­ko za­pla­no­wa­li­śmy – na­wet we­se­le. Mia­ło się od­być za sie­dem mie­si­ęcy. Czu­łam się szczęśli­wa, że w ko­ńcu po­wie­my so­bie „tak” przed na­szy­mi bli­ski­mi. A te­raz zo­sta­łam z ro­ze­rwa­nym na ka­wa­łki ser­cem…

Jego ro­dzi­ce, wuj­ko­wie i ciot­ki, ku­zyn­ki i ku­zy­ni, do­słow­nie wszy­scy trak­to­wa­li mnie jak człon­ka ro­dzi­ny i oka­zy­wa­li mi to na ka­żdym kro­ku. Tyl­ko dzi­ęki moc­ne­mu uści­sko­wi pani Oli­vii nie roz­pa­dłam się do ko­ńca. Łzy szczy­pa­ły mnie w oczy, ale nie chcia­łam po­ka­zać, jak bar­dzo mnie zra­nił, bo na to nie za­słu­gi­wał.

Nie.

Nie po­zwo­lę mu się zła­mać.

Czu­łam się na tyle sil­na, aby wy­jść z tego domu z wy­so­ko pod­nie­sio­ną gło­wą, i tak też za­mie­rza­łam zro­bić. Na­wet je­śli moje ser­ce krwa­wi­ło i mó­wi­ło mi, że nie tak ła­two będzie się po­zbie­rać.

– Prze­pra­szam pa­nią. – Po­kle­pa­łam ko­bie­tę po dło­ni, nie chcąc nie­po­trzeb­nie jej de­ner­wo­wać. – Chy­ba będzie le­piej, je­śli wyj­dę.

– Ale… Mika? – Tata Bran­do­na do mnie pod­sze­dł. – Nie mu­sisz wy­cho­dzić.

Mężczy­zna sta­nął przede mną, jak­by chciał mnie po­wstrzy­mać, ale na to było zde­cy­do­wa­nie za pó­źno.

Uwiel­bia­łam pana Chri­sa, bo za­wsze miał dla mnie do­bre sło­wo. Czy wi­dzie­li­śmy się wczo­raj, czy kil­ka ty­go­dni wcze­śniej, trak­to­wał mnie tak samo. Miał w so­bie coś z de­li­kat­no­ści, cho­ciaż po­cho­dził z ro­dzi­ny woj­sko­wych. Ze słu­żby od­sze­dł z ho­no­ra­mi, a po­tem, kie­dy Bran­don po­sta­no­wił wstąpić do woj­ska, był nie­zwy­kle dum­ny. Wy­da­wa­ło mi się, że co­kol­wiek jego syn by ro­bił, pan Chris i tak by go wspie­rał. Na­wet je­śli chcia­łby pra­co­wać jako me­cha­nik czy zwy­kły pra­cow­nik biu­ro­wy.

Sądząc po jego mi­nie, miał jed­nak swo­je gra­ni­ce i jed­na z nich zo­sta­ła wła­śnie prze­kro­czo­na. Nie spo­dzie­wał się, że jego syn przy­pro­wa­dzi do domu inną ko­bie­tę. Naj­wy­ra­źniej żad­ne z nas tak na­praw­dę go nie zna­ło.

– Dzi­ęku­ję panu, ale nie mogę. – Le­d­wo uda­ło mi się za­pa­no­wać nad emo­cja­mi.

Dzi­siej­szy dzień był ja­kiś na­wie­dzo­ny i wszyst­ko szło z gór­ki… ale w złym zna­cze­niu. Mia­łam na­dzie­ję, że kie­dy mój na­rze­czo­ny wró­ci do domu, rzu­ci w moją stro­nę do­brą radą. Za­wsze od­zna­czał się spo­ko­jem, w prze­ci­wie­ństwie do mnie, po­ma­gał mi pod­jąć nie­któ­re de­cy­zje. My­śla­łam, że ten dzień nie może stać się gor­szy, ale, jak wi­dać, spo­tka­ła mnie ko­lej­na nie­spo­dzian­ka.

Igno­ru­jąc całe to­wa­rzy­stwo, a zwłasz­cza mo­je­go zdra­dziec­kie­go by­łe­go, przy­tu­li­łam szyb­ko jego ro­dzi­ców, za­pew­nia­jąc, że wszyst­ko będzie w po­rząd­ku, na­wet je­śli my­śla­łam ina­czej. Mach­nęłam nie­po­rad­nie do resz­ty jego ro­dzi­ny i na­szych przy­ja­ciół, po czym za­bra­łam to­reb­kę z bla­tu i wy­szłam z domu, za­my­ka­jąc za sobą ci­cho drzwi. Zi­gno­ro­wa­łam co­raz gło­śniej­sze gło­sy we­wnątrz, a co za tym idzie – zbli­ża­jącą się kłót­nię, bo to już nie był mój pro­blem.

Trzy­ma­łam gło­wę wy­so­ko, nie po­zwa­la­jąc, aby jego zdra­da znisz­czy­ła mnie psy­chicz­nie. To nie było ła­twe, bo zo­sta­wia­łam za sobą całe swo­je ży­cie, a zwłasz­cza przy­szło­ść, któ­rą skru­pu­lat­nie za­pla­no­wa­łam. Wie­dzia­łam jed­nak, że so­bie po­ra­dzę, na­wet je­śli po­cząt­ko­wo będzie mi się wy­da­wać, że to ko­niec wszyst­kie­go. By­łam nie­zwy­kle sil­na i na­uczył mnie tego tata, ale w tej chwi­li mia­łam ocho­tę po pro­stu za­szyć się gdzieś, gdzie nikt mnie nie znaj­dzie.

Ode­tchnęłam głębo­ko, czu­jąc, jak co­raz bar­dziej się roz­kle­jam. Za­częłam ma­chać ręką przed ocza­mi, sta­ra­jąc się po­wstrzy­mać łzy fru­stra­cji, bez­sil­no­ści i wście­kło­ści. Stra­ci­łam nie tyl­ko na­rze­czo­ne­go, ale i pra­cę. Kto by przy­pusz­czał, że ten dzień będzie jesz­cze gor­szy niż za­kła­da­łam.

Mo­głam się spo­dzie­wać, że to się wy­da­rzy. Dy­rek­tor szpi­ta­la, w któ­rym od­by­wa­łam staż, miał nie­zwy­kłą sła­bo­ść do mło­dych stu­den­tek – wy­star­czy­ło pó­jść z nim do łó­żka, aby do­stać po­sa­dę. Z tej szan­sy sko­rzy­sta­ła dziew­czy­na, któ­ra za­częła za­le­d­wie dwa mie­si­ące temu, a te­raz wsko­czy­ła na moje miej­sce. Mia­łam pod­pi­sa­ną umo­wę i zo­bo­wi­ąza­nia, ale naj­wy­ra­źniej nie było to na tyle wa­żne, aby ktoś się tym przej­mo­wał. W jed­nej chwi­li zo­sta­łam z ni­czym.

Chcia­łam wal­czyć o tę po­sa­dę ze wszyst­kich sił, ale sło­wa mężczy­zny spra­wi­ły, że nie po­tra­fi­łam.

„W szpi­ta­lu zda­rza­ją się błędy. Pa­cjen­ci umie­ra­ją. Chy­ba nie chcesz, żeby tra­fi­ło na two­je­go pa­cjen­ta?”

Nie spo­dzie­wa­łam się, że ktoś mógł być tak bez­dusz­ny, by spra­wić, że zo­sta­ła­bym po­zba­wio­na pra­wa do wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du. Wie­dzia­łam, że nie mam szans z dy­rek­to­rem, któ­ry trzy­mał wie­le osób w ga­rści. Po­go­dzi­łam się z po­ra­żką. Jed­na głu­pia le­kar­ka, któ­ra po­sta­no­wi­ła się pu­ścić, po­grze­ba­ła moje szan­se na pra­cę w na­praw­dę pre­sti­żo­wym szpi­ta­lu. Nic mi w tej chwi­li nie po­zo­sta­ło.

– Mi­ka­ela!

Sta­nęłam z ręką na drzwiach sa­mo­cho­du, kie­dy usły­sza­łam jego głos.

Bran­don zmie­rzał w moim kie­run­ku żwa­wym kro­kiem, a na jego twa­rzy ma­ja­czył prze­pra­sza­jący uśmiech. Se­rio, kur­wa? W jed­nej chwi­li roz­trza­skał mój świat i miał czel­no­ść pa­trzeć na mnie, jak­by przed chwi­lą nie znisz­czył na­sze­go ży­cia? Nie­do­cze­ka­nie.

– Cze­go chcesz? – Ota­rłam łzę, któ­ra ze­bra­ła mi się w kąci­ku oka.

Jego wi­dok bo­lał. Li­czy­łam, że w ko­ńcu będzie­my mo­gli cie­szyć się sobą, tym bar­dziej że mie­li­śmy po­roz­ma­wiać o za­ko­ńcze­niu jego ka­rie­ry. Był ode mnie star­szy o pięć lat, więc nie­daw­no ob­cho­dził trzy­dzie­ste czwar­te uro­dzi­ny. Po tak wie­lu wy­jaz­dach bez pro­ble­mu mógł prze­jść na eme­ry­tu­rę, zwłasz­cza że za­ci­ągnął się za­raz po osiem­na­st­ce, więc wy­pra­co­wał już mi­ni­mal­ny okres słu­żby wy­no­szący pi­ęt­na­ście lat.

Nie spo­dzie­wa­łam się jed­nak jego ko­lej­nych słów.

– Czy mo­żesz… – Chrząk­nął, wpa­tru­jąc się w swo­je buty. – Mo­żesz od­dać mi pie­rścio­nek?

Do­pie­ro wte­dy pod­nió­sł na mnie wzrok.

– Co?

– Chcia­łem dać go Li­zet­te – oznaj­mił, pa­trząc na mnie bła­gal­nie.

Co za skur­wy­syn.

My­śla­łam, że po tylu la­tach zdąży­łam go po­znać na wy­lot, ale on ko­lej­ny raz wy­sko­czył z czy­mś ta­kim, że za­sta­na­wia­łam się, jak to mo­żli­we, że wy­trzy­ma­łam z nim tak dłu­go. W tej chwi­li wy­da­wa­ło mi się, że nasz zwi­ązek ni­g­dy nie był praw­dzi­wy.

– Je­steś nie­mo­żli­wy – za­śmia­łam się z ab­sur­du tej sy­tu­acji. Ja prze­ży­wa­łam za­ko­ńcze­nie wszyst­kie­go, na co cze­ka­łam od lat, a on za­py­tał mnie o cho­ler­ny pie­rścio­nek. – Nie – po­wie­dzia­łam sta­now­czo.

– Ale… do­sta­łaś go ode mnie. – Wpra­wi­łam go w zdu­mie­nie.

– Wła­śnie, do­sta­łam. – Otwo­rzy­łam drzwi za­ma­szy­stym ru­chem. – Kup swo­jej Li­zet­te… – po­wie­dzia­łam zja­dli­wie – …coś, co do niej pa­su­je. Może pie­rścio­nek z wi­ze­run­kiem sra­jącej świ­ni? – za­su­ge­ro­wa­łam, ma­jąc nie­zły ubaw z jego skon­ster­no­wa­nej miny.

Nie cze­ka­jąc na jego od­po­wie­dź, wsia­dłam do sa­mo­cho­du i rzu­ci­łam to­reb­kę na fo­tel pa­sa­że­ra. Nie przej­mo­wa­łam się tym, że coś do mnie krzy­czał. Prze­kręci­łam klu­czyk w sta­cyj­ce i ru­szy­łam z pi­skiem opon, aby jak naj­szyb­ciej się od nie­go od­da­lić. Jesz­cze chwi­la, a na­praw­dę nie przej­mo­wa­ła­bym się tym, że mogę wy­lądo­wać w wi­ęzie­niu za roz­je­cha­nie go na krwa­wą mia­zgę.

– Co za ku­tas! – krzyk­nęłam w prze­strzeń.

Spoj­rza­łam na pie­rścio­nek na mo­jej dło­ni. Wi­ęcej łez po­to­czy­ło się po mo­jej twa­rzy, jak­by tama w ko­ńcu pu­ści­ła. Mia­łam dwa­dzie­ścia dzie­wi­ęć lat. My­śla­łam, że nie­dłu­go wyj­dę za mąż, za­ło­żę z Bran­do­nem ro­dzi­nę i wy­bu­du­je­my dom, ale ży­cie po­sta­no­wi­ło po­trak­to­wać mnie nie­spra­wie­dli­we.

Nie wie­dzia­łam, co mnie na­pa­dło, ale pod wpły­wem chwi­li wci­snęłam przy­cisk na drzwiach, aby otwo­rzyć okno, po czym zsu­nęłam z pal­ca pie­rścio­nek za­ręczy­no­wy. Pa­mi­ęta­łam do­kład­nie mo­ment, w któ­rym Bran­don mi się oświad­czył, przy­klęk­nąw­szy na jed­no ko­la­no. Pa­trzył wte­dy na mnie z ta­kim uwiel­bie­niem i mi­ło­ścią, że zgo­dzi­ła­bym się zro­bić dla nie­go wszyst­ko. Za­śmia­łam się szy­der­czo z ab­sur­du tam­tej sy­tu­acji. W tym mo­men­cie pie­rścio­nek nic już dla mnie nie zna­czył, więc bez zbęd­nych uczuć wy­rzu­ci­łam go przez okno, ma­jąc na­dzie­ję, że kto­kol­wiek będzie je­chał tą dro­gą, roz­je­dzie go tak, że nic z nie­go nie zo­sta­nie. Tak samo jak z mo­je­go uczu­cia do by­łe­go na­rze­czo­ne­go.

– Ni­g­dy wi­ęcej nie po­zwól so­bie za­ufać mężczy­źnie. Ni­g­dy wi­ęcej, bo sko­ńczysz ze zła­ma­nym ser­cem. W su­mie nie ufaj żad­ne­mu fa­ce­to­wi, nie­za­le­żnie od tego, czym się zaj­mu­je, a zwłasz­cza żo­łnie­rzom – mó­wi­łam sama do sie­bie.

Ni­g­dy wi­ęcej.

Rozdział 1

Mika

Dwa tygodnie później

Po czter­na­stu dniach wszyst­ko spa­ko­wa­łam do sa­mo­cho­du. Cały mój do­by­tek, któ­ry znaj­do­wał się w miesz­ka­niu. Od tam­te­go fe­ral­ne­go dnia Bran­don się w nim nie po­ja­wił. I bar­dzo do­brze, bo mia­łam czas, aby wszyst­ko upo­rząd­ko­wać i prze­my­śleć. Do­szłam do wnio­sku, że nie chcę miesz­kać w tym sa­mym miej­scu, bo za bar­dzo mi o nas przy­po­mi­na­ło.

Tak więc sprze­da­łam miesz­ka­nie i od­czu­łam ulgę, że tak szyb­ko zna­la­zł się na nie na­byw­ca, któ­ry być może znaj­dzie w nim szczęście. Wte­dy ru­szy­łam w dro­gę.

Tuż po nie­szczęsnym wie­czo­rze wró­ci­łam do domu i upi­łam się całą bu­tel­ką wina. Po­tem włączy­łam lap­to­pa i za­częłam prze­glądać ofer­ty pra­cy. Sama nie wiem, co mnie na­pa­dło, ale za­nim się obej­rza­łam, wy­mie­ni­łam kil­ka wia­do­mo­ści z moim po­ten­cjal­nym pra­co­daw­cą, a kie­dy na­stęp­ne­go dnia za­dzwo­nił te­le­fon, nie wie­dzia­łam, o co cho­dzi. Do­pie­ro kie­dy usły­sza­łam o mo­żli­wo­ści za­trud­nie­nia, wszyst­ko sta­ło się ja­sne. Przy­po­mnia­łam so­bie, jak bar­dzo na­wy­wi­ja­łam. Ta pra­ca spa­dła na mnie nie­spo­dzie­wa­nie, ale po­sta­no­wi­łam iść za cio­sem i od razu ją przy­jęłam.

Po raz pierw­szy po­sta­no­wi­łam zro­bić coś dla sie­bie i nie oglądać się na ni­ko­go. Może to było sza­lo­ne, że tak ra­dy­kal­nie zmie­nia­łam swo­je ży­cie, ale tego wła­śnie po­trze­bo­wa­łam, aby od­ci­ąć się od prze­szło­ści.

Nie­wiel­kie mia­stecz­ko Cad­do Mills – w hrab­stwie Hunt, w Tek­sa­sie. Na­wet nie wie­dzia­łam, że ta­kie ist­nie­je, ale spraw­dzi­łam to w In­ter­ne­cie. Mia­ło le­d­wo ty­si­ąc pi­ęćset miesz­ka­ńców, więc wi­ęk­szo­ść z nich za­pew­ne się zna­ła. Będzie dziw­nie wkro­czyć w ich spo­łecz­no­ść i za­cząć wszyst­ko od po­cząt­ku. Lu­dzie za­pew­ne nie­pręd­ko prze­sta­ną mnie ob­ser­wo­wać i oce­niać, czy się na­da­ję, ale by­łam go­to­wa.

W tam­tej­szej przy­chod­ni bar­dzo pil­nie szu­ka­li le­ka­rza, któ­ry chcia­łby zo­stać z nimi na dłu­żej, bo obec­nie pra­cu­jąca le­kar­ka nie da­wa­ła już rady ze względu na wiek. Czy chcia­łam tam zo­stać na sta­łe? Tego nie wie­dzia­łam, bo całe ży­cie spędzi­łam w Se­at­tle.

Kie­dy jed­nak wje­cha­łam na dro­gę pro­wa­dzącą do mia­stecz­ka, po­czu­łam, że może uda mi się tam zna­le­źć wła­sne miej­sce. Mia­łam wra­że­nie, jak­bym zno­wu je­cha­ła do bab­ci na wieś, jak wte­dy, gdy od­wie­dza­łam ją jako dziec­ko. Spędza­łam tam całe wa­ka­cje. Te chwi­le były dla mnie wy­jąt­ko­we.

Na­wi­ga­cja po­ka­zy­wa­ła, że już nie­dłu­go po­win­nam do­trzeć na miej­sce. Mi­ja­łam roz­ci­ąga­jące się aż po ho­ry­zont pi­ęk­ne pola, od któ­rych nie mo­żna było ode­rwać wzro­ku. Zło­te po­ła­cie zbóż mie­ni­ące się ni­czym sło­ńce i pi­ęk­ne zie­lo­ne łąki, na któ­rych ro­sły dzi­kie kwia­ty. Cu­dow­ny wi­dok.

Im bli­żej by­łam, tym bar­dziej się ba­łam, że nie wpa­su­ję się w kli­mat. Ba­łam się, że lu­dzie będą mie­li mnie za mia­sto­wą, któ­ra dłu­go u nich nie wy­trzy­ma. By­łam jed­nak upar­ta, więc wie­dzia­łam, że wy­trwam na­wet w naj­ci­ęższych wa­run­kach.

Za­trzy­ma­łam się pod ba­rem, tak jak wska­za­ła mi na­wi­ga­cja. Ro­zej­rza­łam się za wol­nym miej­scem i zna­la­złam je do­pie­ro na ko­ńcu par­kin­gu. Wzdy­cha­jąc, za­trzy­ma­łam sa­mo­chód i za­częłam pa­ni­ko­wać. To była dla mnie ca­łko­wi­cie nowa sy­tu­acja, a tych nie­na­wi­dzi­łam naj–bar­dziej. Czu­łam wte­dy, jak robi mi się go­rąco, a dło­nie pocą się ze stre­su.

– Dasz radę – wy­mam­ro­ta­łam, wy­cho­dząc z sa­mo­cho­du.

Od razu ude­rzył we mnie po­dmuch go­rące­go po­wie­trza, na co aż jęk­nęłam. Że też nie po­my­śla­łam o tym, aby spraw­dzić po­go­dę. Prze­cież w Tek­sa­sie na­wet zimą było cie­pło.

Mo­men­tal­nie po­czu­łam spły­wa­jący po ple­cach pot, a je­an­sy przy­lgnęły do nóg. Je­dy­ną roz­sąd­ną de­cy­zją, jaką pod­jęłam, było za­ło­że­nie zwy­kłych tram­pek, a nie szpi­lek czy in­nych dro­ższych bu­tów, bo od razu bym je ubru­dzi­ła py­łem i pia­chem.

Z gło­śnym trza­skiem za­trza­snęłam drzwi sa­mo­cho­du.

– Mi­ka­ela Rus­so? – Ci­chy dam­ski głos spra­wił, że się wzdry­gnęłam.

– Ale mnie pani prze­stra­szy­ła! – Spoj­rza­łam na ko­bie­tę sto­jącą za mną. Od­ru­cho­wo zła­pa­łam za na­szyj­nik w kszta­łce­nie ser­ca, chcąc cho­ciaż tro­chę uspo­ko­ić ko­ła­ta­nie w pier­si. – Pro­szę mi mó­wić Mika – do­da­łam.

– Prze­pra­szam, moja dro­ga. – Po­sła­ła mi skru­szo­ne spoj­rze­nie. – Jak tra­sa?

– Dłu­ga. Trzy­dzie­ści dwie go­dzi­ny sa­mej jaz­dy, a do­dat­ko­wo kil­ka przerw oraz drze­mek. Je­stem wy­ko­ńczo­na – oznaj­mi­łam szcze­rze.

– Ro­zu­miem cię. – Po­ki­wa­ła gło­wą. – Cho­dźmy do środ­ka, bo tu­taj za­raz się ugo­tu­jesz. – Żwa­wo ru­szy­ła w kie­run­ku we­jścia.

Do­go­ni­łam ją w kil­ku kro­kach. Pa­trzy­łam na nią prze­ni­kli­wie i z za­cie­ka­wie­niem, za­sko­czo­na tak cie­płym po­wi­ta­niem. Ko­bie­ta mo­gła być po pi­ęćdzie­si­ąt­ce, więc nie była tak sta­ra, jak mi się wy­da­wa­ło przez te­le­fon. Tyl­ko la­ska, na któ­rej się mo­men­ta­mi opie­ra­ła, po­zwa­la­ła zro­zu­mieć, dla­cze­go nie da­wa­ła już rady pra­co­wać tak, jak do tej pory. Ża­den le­karz nie re­zy­gnu­je z wła­snej woli. Mu­sia­ło być jej ci­ężko.

– Py­taj, Mika, bo wi­dzę, że je­steś cie­ka­wa – po­wie­dzia­ła, wcho­dząc do środ­ka. – A tak w ogó­le, mam na imię So­nia, więc nie ty­tu­łuj mnie „pani”, bo przez to czu­ję się jesz­cze star­sza. – Za­śmia­ła się.

My­śla­łam, że w środ­ku nie spo­tkam zbyt wie­lu osób, ale miło się za­sko­czy­łam. Prak­tycz­nie wszyst­kie miej­sca były za­jęte przez roze­śmia­nych lu­dzi, na­wet te przy ba­rze. Jak tyl­ko we­szły­śmy do po­miesz­cze­nia, roz­mo­wy od razu uci­chły, a wszy­scy za­trzy­ma­li wzrok na mnie. Czu­łam, że mnie oce­nia­ją, dla­te­go nie chcia­łam im się po­ka­zać jako nie­śmia­ła dziew­czy­na z mia­sta. Po­sta­no­wi­łam im udo­wod­nić, że je­stem tak samo od­wa­żna jak oni, dla­te­go prze­ska­no­wa­łam wzro­kiem całe po­miesz­cze­nie.

– A wy na co się pa­trzy­cie? – krzyk­nęła ko­bie­ta, ude­rza­jąc la­ską w podło­gę. – Cho­dźmy. Po­znasz mo­je­go Bil­ly’ego – po­wie­dzia­ła, ci­ągnąc mnie za dłoń w stro­nę baru.

Za­czy­na­łam ją lu­bić, bo była bez­po­śred­nia i otwar­cie mó­wi­ła, co my­śli.

Kie­dy tam do­ta­rły­śmy, So­nia nie przej­mo­wa­ła się sie­dzący­mi na krze­słach mężczy­zna­mi i ka­za­ła im zwol­nić miej­sca. Byli od nas o wie­le wi­ęk­si, ale bez szem­ra­nia spe­łni­li po­le­ce­nie, za­bie­ra­jąc ze sobą ku­fle z pi­wem. Ich miny wy­ra­źnie wska­zy­wa­ły, że z przy­jem­no­ścią od­stąpi­li nam miej­sce. Po­sła­łam im de­li­kat­ny uśmiech, a w od­po­wie­dzi je­den z nich pu­ścił do mnie oczko.

– Jest pani bar­dzo sta­now­cza – po­wie­dzia­łam, sia­da­jąc obok So­nii.

Po tylu go­dzi­nach jaz­dy nie­chęt­nie usia­dłam na sto­łku – chcia­łam tyl­ko oprzeć się cho­ćby o ścia­nę i za­snąć na naj­bli­ższe kil­ka­na­ście go­dzin. Czu­łam się, jak­by roz­je­chał mnie czo­łg, ni­g­dy wcze­śniej nie po­ko­na­łam tak dłu­giej tra­sy.

Wi­dząc jed­nak szczęśli­wą minę ko­bie­ty, nie po­tra­fi­łam tak po pro­stu jej po­wie­dzieć, że po­roz­ma­wia­my pó­źniej. I tak cze­ka­ła na mnie pra­wie dwa ty­go­dnie, więc mo­głam wy­trzy­mać jesz­cze go­dzin­kę czy dwie bez spa­nia.

– A jak! – stwier­dzi­ła. – Mężczy­źni są od tego, aby spe­łniać na­sze za­chcian­ki.

Po­pa­trzy­łam na bar­ma­na za ladą. Miał wło­sy przy­pró­szo­ne si­wi­zną, a na jego twa­rzy przez cały czas wid­niał nie­wiel­ki uśmiech. Prze­nió­sł na mnie pe­łne de­li­kat­no­ści spoj­rze­nie, od któ­re­go od razu zro­bi­ło mi się cie­plej na ser­cu. Było w nim coś, przez co od razu czu­łam, że mo­gła­bym go po­lu­bić, a na­wet z nim jesz­cze nie roz­ma­wia­łam.

– Oczy­wi­ście, ko­cha­nie – od­pa­rł od razu. – Mężczy­źni są od tego, aby spe­łniać wa­sze za­chcian­ki – par­sk­nął.

– Nie par­skaj mi tu. – Po­gro­zi­ła mu pal­cem. – Wie­dzia­łeś, na co się pi­szesz, kie­dy się za mną uga­nia­łeś.

– To ra­czej ty za mną. Po­le­cia­łaś na mój mun­dur. – Mru­gnął do niej i po­chy­lił się w jej stro­nę.

– Może i tak. – Po­sła­ła mu roz­ma­rzo­ne spoj­rze­nie.

Miło było zo­ba­czyć parę, któ­ra, po­mi­mo lat, na­dal pa­trzy­ła na sie­bie tak jak na po­cząt­ku zwi­ąz­ku. Opa­rłam gło­wę na rękach, ob­ser­wu­jąc ich za­chwy­co­na, cho­ciaż już w ta­kie uczu­cia nie wie­rzy­łam.

– Co ci po­dać, ko­cha­na? – za­py­tał mężczy­zna i z tru­dem ode­rwał wzrok od żony.

– Nie prze­szka­dzaj­cie so­bie – wes­tchnęłam.

– Wi­dzisz? – Pac­nął So­nię w rękę. – Taka mło­da dziew­czy­na, a pa­trzy na mnie jak za­ko­cha­na.

– Jaki pan jest uro­czy. – Wy­szcze­rzy­łam się.

Po­tra­fił za­kręcić oso­bą, z któ­rą roz­ma­wiał, i tak się sta­ło ze mną po za­le­d­wie dwóch zda­niach. Co­raz bar­dziej za­czy­na­ło mi się tu po­do­bać.

– A ty ślicz­na. – Mru­gnął do mnie.

– Bil­ly, daj jej coś do je­dze­nia, bo od pra­wie dwóch dni jest w dro­dze. – Klep­nęła męża w ra­mię.

– Roz­kaz, ka­pi­ta­nie. – Za­sa­lu­to­wał i znik­nął za drzwia­mi.

Mia­łam czas, aby ro­zej­rzeć się po wnętrzu. Po­dzi­wia­łam, jak pi­ęk­nie wy­gląda­ło – to pew­nie tym przy­ci­ąga­ło klien­tów. Cały bar utrzy­ma­ny był w ja­snych od­cie­niach brązu, co spra­wia­ło, że oka­zy­wał się o wie­le wi­ęk­szy, niż wy­da­wa­ło się z ze­wnątrz. Nie było tu ja­kiś zbęd­nych do­dat­ków w po­sta­ci bi­be­lo­tów czy ró­żnych an­ty­ków, któ­rych na­wet nie mo­żna do­tknąć. Pa­no­wał mi­ni­ma­lizm, co ja­sno wska­zy­wa­ło na to, że wła­ści­ciel sta­wiał na wy­go­dę go­ści.

Za­sko­czy­ło mnie, że na jed­nej ze ścian w kil­ku rzędach wi­sia­ły zdjęcia mło­dych mężczyzn ubra­nych w stro­je woj­sko­we. Zdo­bi­ły ją ni­czym tro­feum i spra­wia­ły, że nie mo­głam ode­rwać od nich wzro­ku. Było w tym coś pi­ęk­ne­go.

– To ro­bo­ta Bil­ly’ego – szep­nęła do mnie So­nia, gdy za­pa­trzy­łam się na zdjęcia. – Wszy­scy ci chłop­cy tu­taj miesz­ka­li albo na­dal miesz­ka­ją. Mój mąż w ten spo­sób chciał po­ka­zać, że ka­żdy z nas jest z nich dum­ny.

– Pi­ęk­ne. – Po­sła­łam jej ni­kły uśmiech, bo od razu przy­po­mnia­łam so­bie o tej jed­nej oso­bie, o któ­rej sta­ra­łam się za­po­mnieć.

– Ale z ja­kie­goś po­wo­du nie dla cie­bie. – Przyj­rza­ła mi się uwa­żnie, jak­by czy­ta­ła w mo­ich my­ślach. – Inni po­dzi­wia­ją te zdjęcia i mó­wią, że to za­szczyt po­znać twa­rze lu­dzi wal­czących za nasz kraj. A ty, mimo że wi­dać w two­ich oczach po­dziw, ukry­wasz za nim coś wi­ęcej.

Pra­wie mnie roz­gry­zła.

– Jest pani bar­dzo spo­strze­gaw­cza – od­pa­rłam, po­cie­ra­jąc pal­ca­mi dłoń, na któ­rej jesz­cze nie­daw­no znaj­do­wał się pie­rścio­nek za­ręczy­no­wy.

Jej wzrok od razu podążył w tym kie­run­ku. Bia­ły pa­sek od­zna­czał się na mu­śni­ętej sło­ńcem skó­rze ni­czym wiel­ki neon, ale nic w tym dziw­ne­go, sko­ro no­si­łam pie­rścio­nek od do­brych kil­ku lat i bar­dzo rzad­ko go zdej­mo­wa­łam. Nie dało się tego prze­ga­pić, a już wie­dzia­łam, że ko­bie­ta jest bar­dzo by­stra.

– Dłu­go by­li­ście ra­zem? – za­py­ta­ła ze wspó­łczu­ciem.

– Dwa­na­ście lat – wy­zna­łam z go­ry­czą. – Ale je­śli pod­su­mo­wać wszyst­kie jego mi­sje, wy­szło­by tego znacz­nie mniej.

– Cza­sa­mi roz­łąka może spra­wić, że nie­któ­re zwi­ąz­ki nie prze­trwa­ją. Trud­ne jest ży­cie żony woj­sko­we­go. – Po­ki­wa­ła gło­wą, jak­by mó­wi­ła o so­bie.

Z ja­kie­goś po­wo­du wie­dzia­łam, że po­tra­fi­ła­by zro­zu­mieć mój ból, więc chcia­łam jej o tym opo­wie­dzieć. Nie na­le­ża­łam do osób, któ­re ukry­wa­ją praw­dę – tym bar­dziej, że ja nie mia­łam się cze­go wsty­dzić. Wy­bór, któ­re­go do­ko­nał mój były na­rze­czo­ny, spra­wił, że za­częłam pa­trzeć na świat z szer­szej per­spek­ty­wy niż do tej pory. Na czas zwi­ąz­ku z nim pod­po­rząd­ko­wa­łam swo­je ży­cie pod Bran­do­na, ale te­raz mo­głam ro­bić do­słow­nie wszyst­ko i już nikt mnie nie ogra­ni­czał.

– Cze­ka­ła­bym na nie­go na­wet do ko­ńca ży­cia, ale naj­wy­ra­źniej dla nie­go nie mia­ło to zna­cze­nia, i wy­brał inną. – Sta­ra­łam się o tym mó­wić bez emo­cji, ale naj­wy­ra­źniej mi nie wy­szło. Ta rana była zbyt świe­ża, ale wie­dzia­łam, że so­bie z tym po­ra­dzę.

– Przy­kro mi, dziec­ko. – Na­wet nie zda­wa­łam so­bie spra­wy z tego, że Bil­ly przy­słu­chi­wał się na­szej roz­mo­wie. Po­sta­wił przede mną ta­lerz pa­ru­jące­go je­dze­nia. Obok usta­wił szklan­kę z so­kiem i mo­gła­bym się za­ło­żyć, że sa­mo­dziel­nie wy­ci­snął owo­ce. – Fa­cet nie wie­dział, co ma. – Po­chy­lił się w moją stro­nę. – Ale w na­szym mia­stecz­ku jest wie­lu in­nych żo­łnie­rzy i oni będą ci od­da­ni. – Mru­gnął. – Je­śli tyl­ko będziesz chcia­ła.

– Dzi­ęku­ję bar­dzo – par­sk­nęłam, bio­rąc wi­de­lec do ręki. – Ko­niec z fa­ce­ta­mi, a już zwłasz­cza z tymi, co byli w woj­sku.

– Ni­g­dy nie mów ni­g­dy – po­wie­dział, od­cho­dząc do ko­lej­ne­go klien­ta.

Wzi­ęłam kęs so­czy­ste­go ste­ku i aż jęk­nęłam. Ide­al­nie do­pra­wio­ny i w do­dat­ku śred­nio wy­sma­żo­ny, tak jak uwiel­bia­łam naj­bar­dziej. Ten mężczy­zna cza­ro­wał w kuch­ni i dał mi je­dze­nie, któ­rym wprost się za­chwy­ca­łam. Jak­by tego było mało, na ta­le­rzu zna­la­zły się pie­czo­ne ziem­nia­ki i sa­łat­ka z pora, któ­re do­pe­łnia­ły to da­nie. Czu­łam się zmęczo­na, ale roz­ko­szo­wa­łam się ka­żdym gry­zem.

– Wow – wes­tchnęłam, pa­trząc na męża So­nii, któ­ry był nieś­wia­do­my mo­je­go spoj­rze­nia.

Mężczy­zna roz­ma­wiał z przy­ja­ció­łmi. Jego lu­źna po­sta­wa i spo­sób, w jaki kle­pa­li się po ra­mio­nach, mó­wi­ły, że byli ze sobą bli­sko.

– Jest do­brym ku­cha­rzem – rzu­ci­ła So­nia, spo­gląda­jąc na mnie z uśmie­chem.

– Jest mega do­brym ku­cha­rzem – po­pra­wi­łam ją.

By­łam tak głod­na, że po­chło­nęłam cały ta­lerz w ci­ągu kil­ku mi­nut. Pod­ró­żo­wa­łam przez tyle go­dzin, że kar­mi­łam się ka­nap­ka­mi z au­to­ma­tów, prze­kąska­mi w pacz­kach czy owo­ca­mi, aby jak naj­szyb­ciej do­je­chać na miej­sce. Po­pi­ja­łam wła­śnie sok, kie­dy Bil­ly pod­sze­dł do nas z po­wro­tem.

– I jak? – za­py­tał.

– Uwiel­biam pana kuch­nię. – Od­sta­wi­łam szklan­kę ze stuk­ni­ęciem. – Od dzi­siaj przy­cho­dzę tu­taj co­dzien­nie.

– Cie­szy mnie to. – Mru­gnął, za­bie­ra­jąc pu­sty ta­lerz.

Po­pra­wi­łam się na krze­śle, chcąc w ko­ńcu prze­jść do kon­kre­tów, bo sko­ro już się naja­dłam, mo­głam się do­wie­dzieć cze­goś wi­ęcej. Wie­dzia­łam, jaki będzie za­kres mo­ich obo­wi­ąz­ków, a ta­kże ja­kie otrzy­mam wy­na­gro­dze­nie, jed­nak wie­le rze­czy mnie cie­ka­wi­ło. So­nia przez te­le­fon za­pew­ni­ła, że nie mu­szę się ni­czym przej­mo­wać – wy­star­czy, że przy­ja­dę, a ona mi wszyst­ko do­kład­nie wy­tłu­ma­czy.

– Nie że­bym była nie­cier­pli­wa, ale gdzie do­kład­nie będę miesz­kać?

To za­sta­na­wia­ło mnie naj­bar­dziej – i może by­łam kre­tyn­ką, że na po­cząt­ku o to nie za­py­ta­łam, ale moc­niej przej­mo­wa­łam się tym, aby jak naj­szyb­ciej opu­ścić stan Wa­szyng­ton.

– O tu­taj, nie­da­le­ko. – Mach­nęła nie­dba­le ręką. – Przy­szy­ko­wa­li­śmy dla cie­bie do­mek. Będziesz po­trzeb­na tym chłop­com. Ośro­dek musi mieć swo­je­go sta­łe­go le­ka­rza na miej­scu. A kil­ka­na­ście go­dzin w ty­go­dniu będziesz mi po­ma­ga­ła w przy­chod­ni.

– Ja­kim chłop­com? – za­py­ta­łam, nie ro­zu­mie­jąc, o czym ona do mnie mówi.

W ogło­sze­niu nie było nic o tym, że mia­ła­bym wy­ko­ny­wać inną pra­cę niż tę w przy­chod­ni. Może cho­dzi­ło jej o to, że mia­łam sa­mo­dziel­nie je­ździć do pa­cjen­tów? Coś w jej mi­nie mi nie pa­so­wa­ło, po­ja­wi­ła się nie­pew­no­ść.

– Tych, co wła­śnie we­szli. – Kiw­nęła gło­wą w stro­nę drzwi.

Z ja­kie­goś po­wo­du była za­chwy­co­na, a ja czu­łam co­raz wi­ęk­szy mętlik w gło­wie.

Od­wró­ci­łam się we wska­za­nym przez nią kie­run­ku. Pierw­sze, co rzu­ci­ło mi się w oczy, to ich czar­ne ko­szul­ki i spodnie w moro. Na no­gach mie­li buty… kur­wa jego mać, woj­sko­we. Za­czy­na­łam ro­zu­mieć, o czym So­nia mó­wi­ła, i po­czu­łam, jak­by po raz ko­lej­ny ktoś ro­bił so­bie ze mnie żar­ty.

Opu­ści­łam jed­no miej­sce, aby nie pa­trzeć na tego kre­ty­na Bran­do­na, a wpa­dłam w ko­lej­ne, któ­re mo­gło się oka­zać jesz­cze gor­sze. Czu­łam się za­nie­po­ko­jo­na całą sy­tu­acją i wie­dzia­łam, że na pew­no nie będę mo­gła spro­stać wy­ma­ga­niom So­nii. To było dla mnie zde­cy­do­wa­nie za dużo. Chcia­łam za­cząć ukła­dać so­bie ży­cie od nowa, ale nie będę mo­gła tego zro­bić, je­śli po raz ko­lej­ny zo­sta­nę wrzu­co­na w po­dob­ne ba­gno.

– Nie mogę z nimi pra­co­wać. Nie pi­sa­łam się na to!

– Pod­pi­sa­łaś umo­wę na pół roku – wy­tknęła mi.

– W obo­wi­ąz­kach nie wspo­mnia­łaś nic na ten te­mat. – Wska­za­łam ręką mężczyzn.

– To zwy­kła pra­ca. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Kie­dy cię za­trud­nia­łam, nie wie­dzia­łam, że masz awer­sję do żo­łnie­rzy i uni­kasz ich za wszel­ką cenę. Bez obaw, nie będziesz mia­ła przy nich dużo pra­cy, mu­sisz być tyl­ko w po­go­to­wiu. Oni tak ła­two nie dają się zra­nić. – Po­kle­pa­ła mnie po dło­ni, jak­by to było ta­kie pro­ste.

Mu­sia­łam przy­znać jej ra­cję, bo nie mo­gła od­po­wia­dać za coś, o czym kom­plet­nie nie mia­ła po­jęcia. Nie po­win­nam była od razu prze­no­sić na nią tego, że czu­łam się z tą sy­tu­acją źle.

– Mu­szę się na­pić cze­goś moc­niej­sze­go, aby to prze­tra­wić – za­żąda­łam, pa­trząc w stro­nę Bil­la.

– Prze­pra­szam, ko­cha­na, ale je­dziesz sa­mo­cho­dem – przy­po­mniał to, o czym kom­plet­nie za­po­mnia­łam.

– Kur­wa, no… – jęk­nęłam sfru­stro­wa­na.

– I już mó­wisz jak my. – Za­śmiał się. – Chłop­cy! – krzyk­nął w ich stro­nę.

– Co ty ro­bisz? – wark­nęłam ści­szo­nym gło­sem.

Nie by­łam głu­pia. Po­tra­fi­łam ob­ser­wo­wać – w ba­rze prze­wa­ża­li mężczy­źni, więc lo­gicz­ne było, że w tym mie­ście bra­ko­wa­ło płci pi­ęk­nej. Ta­kże to so­bie wy­go­oglo­wa­łam i, je­śli do­brze za­pa­mi­ęta­łam, licz­ba mężczyzn prze­wy­ższa­ła licz­bę ko­biet trzy­krot­nie. Je­śli któ­ry­kol­wiek z nich po­my­ślał, że by­łam ko­lej­ną, któ­ra tu osi­ądzie i za­ło­ży ro­dzi­nę, to bar­dzo szyb­ko wy­pro­wa­dzę go z błędu.

– Mu­sisz się przy­wi­tać, sko­ro masz z nimi pra­co­wać. – Nie­win­ny wzrok Bil­ly’ego ani tro­chę do mnie nie prze­ma­wiał, a tyl­ko utwier­dzał w prze­ko­na­niu, że mężczy­zna chciał na­mie­szać w moim ży­ciu. – Chło­pa­ki! – krzyk­nął gło­śniej. – Do mnie.

Będę mu­sia­ła ich po­znać. Nie mia­łam ani chwi­li spo­ko­ju. Jak­by ży­cie zwró­ci­ło się prze­ciw­ko mnie i po­now­nie wrzu­ca­ło mnie w świat żo­łnie­rzy, cho­ciaż bar­dzo chcia­łam od nie­go uciec. To wy­gląda­ło tak, jak­by wi­sia­ło nade mną ja­kieś fa­tum. Nie mo­żna tego ina­czej wy­tłu­ma­czyć.

– Bil­ly. – Je­den z nich pod­sze­dł do męża So­nii i po­kle­pał po ple­cach.

– Wol­ny dzień? – za­py­tał.

– W ko­ńcu Ma­no­lo dał nam ode­tchnąć. – Ro­ze­śmiał się. – Jed­nak już wiem, dla­cze­go mu­si­my prze­cho­dzić po­now­ne szko­le­nia.

– A tak w ogó­le, gdzie on jest?

Przy­słu­chi­wa­łam się roz­mo­wie, kie­dy obok mnie po­ja­wił się wspo­mnia­ny mężczy­zna.

– Je­stem – oznaj­mił ze spo­ko­jem.

Nie dało się prze­ga­pić tego, z ja­kim re­spek­tem i sza­cun­kiem resz­ta obec­nych na nie­go pa­trzy­ła. Kom­plet­nie nie mia­łam po­jęcia, cze­go do­ty­czy­ła roz­mo­wa i dla­cze­go tak wie­lu żo­łnie­rzy prze­by­wa­ło w tym jed­nym miej­scu, ale czu­łam, że prędzej czy pó­źniej się tego do­wiem. Sko­ro pod­pi­sa­łam umo­wę, to mu­sia­łam się z niej wy­wi­ązać, czy tego chcia­łam, czy nie. Moje do­świad­cze­nia nie po­win­ny na to wpły­wać.

Mężczy­zna wpa­try­wał się we mnie z wiel­kim za­in­te­re­so­wa­niem, ale też z dozą nie­uf­no­ści. Gdy­bym nie wie­dzia­ła, czym się zaj­mu­je, to może i bym się koło nie­go za­kręci­ła, bo był na­wet przy­stoj­ny… cho­ciaż ja­sno obie­ca­łam so­bie, że ko­niec z mężczy­zna­mi. Na­le­ża­łam te­raz do wol­nych ko­biet i mo­głam w pe­łni z tego ko­rzy­stać. No i wie­dzia­łam, czym się zaj­mo­wał, więc od razu mi prze­szło. Obiet­ni­ca to obiet­ni­ca. Ko­niec z żo­łnie­rza­mi.

– Cze­ść. Po­dob­no je­steś na­szą nową le­kar­ką. – Ode­rwa­łam wzrok od mężczy­zny imie­niem Ma­no­lo i prze­nio­słem go na ko­lej­ne­go żo­łnie­rza, któ­ry opa­rł się bio­drem o bar i po­chy­lił nie­znacz­nie w moją stro­nę. – Jaka je­steś ślicz­na. – Wy­ci­ągnął w moją stro­nę dłoń. – Mam na imię Luke.

– Na­wet nie pró­buj – od­pa­rłam bez­na­mi­ęt­nym to­nem, nie po­da­jąc mu ręki. – Gdy­bym od po­cząt­ku wie­dzia­ła, że mam się wami zaj­mo­wać, to bym tu nie przy­je­cha­ła.

– A co jest z nami nie tak? – za­py­tał Ma­no­lo.

Stał z ręka­mi za­ło­żo­ny­mi na pier­si, pa­trząc na mnie prze­ni­kli­wie. Po wcze­śniej­szym za­cie­ka­wie­niu nie było śla­du, za to po­ja­wi­ła się nie­chęć. Czy­li czuł do­kład­nie to samo co ja, kie­dy się do­wie­dzia­łam, że będą się wo­kół mnie kręcić. Nie przej­mo­wa­łam się tym zbyt­nio, bo by­łam po­nad to.

– Chłop­cy, daj­cie jej spo­kój. Wła­śnie zo­sta­wił ją fa­cet, któ­ry był woj­sko­wym. – So­nia ude­rzy­ła ka­żde­go po ko­lei la­ską, by od­su­nąć ich ode mnie.

Wes­tchnęłam ci­cho zła na nią, że tak otwar­cie po­wie­dzia­ła o czy­mś, co było moją pry­wat­ną spra­wą. Mój błąd, bo nie wie­dzia­łam, że wy­ko­rzy­sta te sło­wa. A z dru­giej stro­ny… może to i le­piej, bo dzi­ęki temu nie ze­chcą się ze mną zbyt­nio spo­ufa­lać i będę mo­gła w spo­ko­ju pra­co­wać.

– My je­ste­śmy inni – za­zna­czył Luke, mru­ga­jąc do mnie.

Ca­łko­wi­cie nie przej­mo­wał się moją po­sta­wą, jak­by chwi­lę wcze­śniej nie usły­szał, że wła­śnie za­ko­ńczy­łam zwi­ązek.

– Ta, ja­sne – prych­nęłam, ale nie mia­łam za­mia­ru się z nimi sprze­czać. – Wy rób­cie swo­je, a ja będę ro­bić swo­je. Resz­ta mnie nie ob­cho­dzi.

– Ra­nisz mnie. – Zła­pał się za pie­rś.

Par­sk­nęłam śmie­chem na ten uda­wa­ny prze­kaz. Nic a nic nie było po nim wi­dać, żeby się gnie­wał, ale sko­ro chciał się tak ba­wić, to ja po­sta­no­wi­łam nie być dłu­żna.

– Wiesz co? – Za­trze­po­ta­łam ko­kie­te­ryj­nie rzęsa­mi. – Chy­ba jed­nak zmie­nię zda­nie. – Do­tknęłam dło­nią jego tor­su. Sta­nęłam na pal­cach, zbli­ży­łam się do jego ucha i zmy­sło­wym gło­sem wy­szep­ta­łam: – Jak będziesz grzecz­ny, to może ci po­ka­żę, co cie­ka­we­go mo­żna ro­bić ze ste­to­sko­pem. Będzie za­ba­wa. – Mru­gnęłam do nie­go, śmie­jąc się z jego za­fa­scy­no­wa­nej miny.

– Ej! – Po chwi­li zro­zu­miał, że żar­to­wa­łam. Na­bur­mu­szył się jak dziec­ko. – To nie fair. Nie mówi się cze­goś ta­kie­go fa­ce­to­wi.

– Prze­ży­jesz. – Za­chi­cho­ta­łam, zaj­mu­jąc po­now­nie miej­sce.

Mężczy­źni po­śmia­li się tro­chę z ko­le­gi, któ­re­mu pod­ryw ca­łko­wi­cie nie wy­sze­dł, bo po­rwał się na prze­ciw­ni­ka o wie­le moc­niej­sze­go niż on sam. Śmia­li się wszy­scy z wy­jąt­kiem Ma­no­la, któ­ry w dal­szym ci­ągu nie spusz­czał ze mnie wzro­ku, co za­częło być tro­chę nie­zręcz­ne. Nie wie­dzia­łam, co o tym sądzić, dla­te­go wy­ko­rzy­sta­łam jego broń. Pa­trząc na nie­go z unie­sio­ną brwią, ska­no­wa­łam jego cia­ło. W ko­ńcu za­trzy­ma­łam się na jego twa­rzy, na któ­rej ma­ja­czył nie­wiel­ki uśmiech.

Boże…

Co to był za cu­dow­ny wi­dok. Po­czu­łam prąd prze­szy­wa­jący moje cia­ło. Naj­wy­ra­źniej w mo­men­cie wy­rzu­ce­nia pie­rścion­ka przez okno od­zy­ska­łam wszyst­kie swo­je zmy­sły, a tym sa­mym po­ci­ąg do mężczyzn.

– Ma­no­lo, po­dob­no da­jesz im w kość. – Bil­ly wy­sze­dł zza baru, aby sta­nąć za żoną. – Daj im tro­chę luzu.

– Oni nie po­trze­bu­ją luzu, mają się na­uczyć przy­dat­nych rze­czy, aby prze­żyć – oznaj­mił mężczy­zna.

– Je­steś za­wzi­ęty jak za­wsze. – Bil­ly po­kręcił gło­wą.

– Ty mnie tego na­uczy­łeś, wuju – od­pa­rł mi­ęk­ko.

– Se­rio je­ste­ście ro­dzi­ną? – za­py­ta­łam ci­cho So­nię.

– Je­ste­śmy – od­po­wie­dział za nią Ma­no­lo, dla­te­go prze­nio­słam na nie­go wzrok. Nie zda­wa­łam so­bie spra­wy z tego, że było mnie sły­chać, ale że nie na­le­ża­łam do osób wsty­dli­wych, to nie za­częłam uni­kać jego spoj­rze­nia. – A co? – za­py­tał.

– Oni są mili. – Wska­za­łam ręką na ma­łże­ństwo, jak­by to mia­ło wszyst­ko wy­ja­śnić, ale kie­dy Ma­no­lo spoj­rzał na mnie z wy­so­ko pod­nie­sio­ną brwią, po­sta­no­wi­łam do­pre­cy­zo­wać: – Z ko­lei ty za­cho­wu­jesz się, jak­by coś cię bo­la­ło i sama moja obec­no­ść była ci nie na rękę. Więc za­sta­na­wiam się, jak tak ró­żne oso­by mogą być ze sobą spo­krew­nio­ne – wy­zna­łam do­bit­nie.

Spoj­rza­łam na jego minę – naj­wy­ra­źniej, nie spodo­ba­ła mu się moja od­po­wie­dź.

Rozdział 2

Manolo

Roz­pie­ra­ła mnie duma na samą myśl o tym, co uda­ło mi się stwo­rzyć. Za­pew­nia­łem żo­łnie­rzom od­po­wied­nie szko­le­nia, aby po po­wro­cie na woj­nę mo­gli je wy­ko­rzy­stać. Nic bar­dziej mnie nie wkur­wia­ło niż to, że nas, mło­dych, wrzu­ca­no do woj­ska, a tam tre­no­wa­no jak psy. Ro­zu­mia­łem, że to mia­ło nas na­uczyć dys­cy­pli­ny i wal­ki o prze­trwa­nie, ale tym spo­so­bem nie wy­ko­rzy­sty­wa­li­śmy ca­łe­go na­sze­go po­ten­cja­łu.

Nie było cza­su na to, aby na­uczyć się wszyst­kie­go. Do­pie­ro na woj­nie oka­zy­wa­ło się, jak bar­dzo się my­li­li­śmy co do tego, jak to wszyst­ko wy­gląda. Lu­dzie gi­nęli od przy­ja­ciel­skie­go ognia1, bo byli za mało wy­szko­le­ni. Dla­te­go ten pro­jekt był dla mnie wa­żny.

Zbu­do­wa­na prze­ze mnie pla­ców­ka szko­le­nio­wa mia­ła za za­da­nie na­uczyć mło­dych lu­dzi tego, cze­go nie mie­li cza­su na­uczyć się pod­czas tre­nin­gów pod­sta­wo­we­go szko­le­nia woj­sko­we­go. Szko­li­li­śmy ich od pod­staw, a kie­dy ktoś nie mógł so­bie z czy­mś po­ra­dzić, po­wta­rza­li­śmy to do cza­su, aż za­ła­pał.

To nie był je­dy­ny cel otwo­rze­nia prze­ze mnie pla­ców­ki. Mo­żna było się w niej do­szko­lić, ale rów­nież prze­jść od nowa wszyst­kie te­sty. Kon­tu­zje, nie­od­po­wied­nie za­cho­wa­nia czy nie­sub­or­dy­na­cja spra­wia­ły, że żo­łnie­rze lądo­wa­li tu­taj.

Te­ren uda­ło mi się po­zy­skać dzi­ęki ko­nek­sjom Bil­ly’ego i jego kon­tak­tom w Wa­szyng­to­nie. Bur­mistrz nie miał wte­dy nic do ga­da­nia i mu­siał od­pu­ścić, cho­ciaż rzu­cał mi kło­dy pod nogi. Nie wie­dzia­łem, dla­cze­go nie chciał wy­dać mi po­zwo­le­nia na bu­do­wę, tym bar­dziej że sam wszyst­ko fi­nan­so­wa­łem.

W ko­ńcu się uda­ło. Pra­co­wa­łem na to dnia­mi i nie­prze­spa­ny­mi no­ca­mi. W za­le­d­wie rok po­wstał wy­spe­cja­li­zo­wa­ny ośro­dek za­pew­nia­jący wszyst­ko, cze­go po­trze­bo­wa­li­śmy, po­cząw­szy od si­łow­ni, a sko­ńczyw­szy na strzel­ni­cy. Wszyst­ko przy­go­to­wa­łem na jak naj­wy­ższym po­zio­mie, spe­łni­łem ka­żde wy­ma­ga­nie licz­nych urzęd­ni­ków, bo wie­dzia­łem, że będzie war­to.

Bra­ko­wa­ło nam tyl­ko jed­ne­go, co było ko­lej­nym wa­run­kiem, na któ­re­go spe­łnie­nie mia­łem okre­ślo­ny ter­min. Le­ka­rza, któ­ry za­jąłby się po­wa­żny­mi ra­na­mi, ja­kie od­no­si­li żo­łnie­rze pod­czas szko­le­nia. Moja ciot­ka nie za­wsze mo­gła przy­je­chać od razu po te­le­fo­nie, a to przy­spa­rza­ło nam pro­ble­mów. Za­trud­nie­nie le­ka­rza na miej­scu było do­brym wy­jściem, dla­te­go przy­sta­łem na jej pro­po­zy­cję, cho­ciaż kie­dy usły­sza­łem, że miał przy­je­chać ktoś ze Se­at­tle, za­cząłem się za­sta­na­wiać, czy da radę pra­co­wać w tak ma­łym mia­stecz­ku. U nas nie było licz­nych skle­pów czy ba­rów, więc to może być dla tej oso­by spo­re wy­zwa­nie.

Da­łem chło­pa­kom je­den dzień od­de­chu, a po­tem mie­li­śmy wzi­ąć się ostro do pra­cy. Wła­śnie dla­te­go za­bra­łem ich do baru na­le­żące­go do mo­je­go wuja. We­szli­śmy do środ­ka, a tam cze­ka­ło mnie za­sko­cze­nie. Mój wzrok od razu po­wędro­wał do nie­zna­jo­mej ma­łej blon­dyn­ki z nie­bie­ski­mi ocza­mi. Bar­dzo rzad­ko ktoś spo­za mia­stecz­ka za­glądał do baru – i w do­dat­ku tak cie­pło ubra­ny jak na tę porę roku.

Jak się oka­za­ło pod­czas roz­mo­wy, to nowa le­kar­ka, któ­ra mia­ła dla mnie pra­co­wać, ale o tej wi­zy­cie ciot­ka za­po­mnia­ła mi po­wie­dzieć. Do­brze, że przy­naj­mniej do­mek zo­stał przy­go­to­wa­ny ja­kiś czas temu. A już na pew­no za­po­mnia­ła wspo­mnieć o tym, że przy­je­dzie ko­bie­ta, któ­ra we­dług mnie nie nada­wa­ła się do miesz­ka­nia wśród tylu mężczyzn, mogą przez to wy­nik­nąć pro­ble­my. Stwier­dzi­łem jed­nak, że sko­ro mam nóż na gar­dle, będę przej­mo­wał się tym do­pie­ro wte­dy, kie­dy na­dej­dzie od­po­wied­nia pora. Je­śli w ci­ągu ty­go­dnia nie zna­la­złbym od­po­wied­niej oso­by, ośro­dek mó­głby zo­stać tym­cza­so­wo za­mkni­ęty, a na to nie mo­głem so­bie po­zwo­lić.

Roz­mo­wa szła opor­nie i wła­śnie to mi się w tej ko­bie­cie nie po­do­ba­ło, bo w wi­ęk­szo­ści przy­pad­ków spo­ty­ka­łem się z otwar­to­ścią płci pi­ęk­nej. Do­pie­ro wzmian­ka o tym, że jej eks­fa­cet był woj­sko­wym, dała mi do my­śle­nia i tłu­ma­czy­ła jej za­cho­wa­nie. Z ja­kie­goś po­wo­du wzbra­nia­ła się przed kon­tak­tem nie tyl­ko ze mną, ale i z chło­pa­ka­mi.

– Se­rio je­ste­ście ro­dzi­ną? – wy­szep­ta­ła do mo­jej ciot­ki, za­pew­ne nie zda­jąc so­bie spra­wy, że i tak po­wie­dzia­ła to zbyt gło­śno.

– Je­ste­śmy – od­po­wie­dzia­łem za nią. – A co?

– Oni są mili. – Wska­za­ła ręką na mo­je­go wuja i ciot­kę. – Z ko­lei ty za­cho­wu­jesz się, jak­by coś cię bo­la­ło i sama moja obec­no­ść była ci nie na rękę. Więc za­sta­na­wiam się, jak tak ró­żne oso­by mogą być ze sobą spo­krew­nio­ne.

Nie spo­dzie­wa­łem się po niej ta­kiej szcze­ro­ści.

Za­ci­snąłem moc­no szczęki, aby nie pal­nąć cze­goś głu­pie­go, co znaj­do­wa­ło się na ko­ńcu języ­ka. Ta ko­bie­ta mia­ła cha­rak­te­rek, a sądząc po tym, jak na mnie spoj­rza­ła, będą z nią pro­ble­my. I to licz­ne.

– Ja też je­stem miły – oznaj­mi­łem, aby co­kol­wiek po­wie­dzieć.

Kie­dy chło­pa­ki wy­buch­nęli śmie­chem, ko­bie­ta do nich do­łączy­ła. Mia­ła czy­sty i pi­ęk­ny śmiech, któ­rym ka­żdy by się za­chwy­cił, w tym ja. Mu­sia­łem się otrząsnąć i nie tra­cić zim­nej krwi, bo nie po­trze­bo­wa­łem, aby mie­sza­ła mi w jed­no­st­ce.

– Cho­dźmy, Miko, bo ni­g­dy nie po­roz­ma­wia­my. – So­nia zła­pa­ła ją za dłoń i po­ci­ągnęła w stro­nę sto­łów na środ­ku po­miesz­cze­nia.

– Nie idź jesz­cze – wy­jęczał Luke z za­wie­dzio­ną miną.

– Luke – wark­nąłem. – Sia­daj na du­pie.

Sam za­jąłem miej­sce zwol­nio­ne przed chwi­lą przez moją ciot­kę.

– Co ty taki dra­żli­wy? – Przyj­rzał mi się.

– Zo­ba­czył coś, co mu się spodo­ba­ło. – Bil­ly nie wie­dział, kie­dy le­piej się za­mknąć.

Wzi­ąłem od nie­go piwo, nie przej­mu­jąc się tym, że po­zo­sta­li prze­krzy­ki­wa­li się, żeby za­py­tać o wi­ęcej. Jed­no moje spoj­rze­nie spra­wi­ło, że za­mil­kli. Nie mia­łem naj­mniej­sze­go za­mia­ru wda­wać się z nimi w dys­ku­sję, ale to nie ozna­cza­ło, że sam nie do­py­tam ciot­ki o szcze­gó­ły. Mu­sia­łem wie­dzieć, kogo wpusz­czam do swo­jej jed­nost­ki.

Mika

Usia­dłam przy sto­le z So­nią. Ko­bie­ta rzu­ci­ła mi szyb­kie spoj­rze­nie, niby od nie­chce­nia, ale od razu je wy­ła­pa­łam. Po­chy­li­łam się w jej stro­nę, bo przez har­mi­der w po­miesz­cze­niu trud­no było nam po­roz­ma­wiać.

– Mo­żesz po­wie­dzieć, o co ci cho­dzi? – za­py­ta­łam, bo nie mo­głam się oprzeć.

Po­ło­ży­łam łok­cie na sto­li­ku, cze­ka­jąc na od­po­wie­dź.

Je­śli oznaj­mi, że nie po­do­ba­ło jej się moje za­cho­wa­nie, będzie mu­sia­ła się do tego przy­zwy­cza­ić, bo nie na­le­żę do osób, któ­re trzy­ma­ją w so­bie to, co my­ślą.

– Po­do­basz się Ma­no­lo­wi – stwier­dzi­ła. – A jemu nikt się nie po­do­ba.

– Jak to? – za­py­ta­łam za­cie­ka­wio­na. – Wi­dzę, jak wy­gląda.

Jesz­cze raz na nie­go spoj­rza­łam. Krót­kie brązo­we wło­sy i te cze­ko­la­do­we oczy, mo­żna było od nich stop­nieć. W do­dat­ku cia­ło, któ­re­go po­zaz­dro­ści­łby mu ka­żdy. Ide­al­nie wy­rze­źbio­ne mi­ęśnie, zwłasz­cza te na brzu­chu. Do­strze­głam je, gdy z za­ło­żo­ny­mi ręka­mi stał kil­ka kro­ków ode mnie. A te­raz sie­dział przy ba­rze, pi­jąc piwo pro­sto z bu­tel­ki.

– Ko­bie­ty za­pew­ne lgną do nie­go – stwier­dzi­łam.

– Oj tak, ale to on żad­nej nie po­zwo­lił się do­tknąć.

– Dla­cze­go?

– Nie wiem. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Za­wsze kie­dy ko­bie­ta za bar­dzo się do nie­go zbli­ża, on ją od sie­bie od­su­wa. Mo­men­ta­mi my­śla­łam, że jest ge­jem, bo tyle cza­su spędza w ich to­wa­rzy­stwie. – Kiw­nęła gło­wą w stro­nę mężczyzn.

Wy­buch­nęłam śmie­chem, nie mo­gąc się opa­no­wać. Usły­sze­nie z jej ust cze­goś ta­kie­go roz­wa­li­ło­by ka­żde­go, a tym bar­dziej mnie. Za­kry­łam war­gi dło­nią, pa­trząc na cały wia­nu­szek sie­dzących przy ba­rze fa­ce­tów, któ­rzy nie byli świa­do­mi na­szej roz­mo­wy. Może to i do­brze, bo jesz­cze by się wście­kli. Kto ich tam wie.

– To było do­bre. – Le­d­wo opa­no­wa­łam śmiech i od­wró­ci­łam od nich wzrok, choć to nie było ła­twe. Te­sto­ste­ron aż wy­le­wał się z ka­żde­go ka­wa­łka ich ciał. – Chy­ba świet­nie się zna­cie.

– Całe ży­cie. – Po­pra­wi­ła się na krze­śle. – Ma­no­lo to syn mo­jej sio­stry. Do­bry chło­pak, ale nie wie­dział, co ma w ży­ciu ro­bić, więc wstąpił do woj­ska ra­zem z moim sy­nem.

Od razu do­strze­głam, że trak­to­wa­ła go jak wła­sne dziec­ko. Ta mat­czy­na czu­ło­ść była aż za­nad­to wi­docz­na, przez co na mo­ich ustach ufor­mo­wał się uśmiech.

– A twój syn nie ma za­mia­ru wra­cać? – za­py­ta­łam cie­kaw­sko.

Co mo­głam po­ra­dzić na to, że by­łam jed­ną z tych, któ­re chcia­ły wszyst­ko wie­dzieć? Zwłasz­cza je­śli mia­łam u Ma­no­la pra­co­wać. Na pew­no nie do­wiem się tego od nie­go, bo ja­koś od pierw­sze­go mo­men­tu się nie po­lu­bi­li­śmy, a wo­la­łam po­znać czło­wie­ka, któ­ry był moim pra­co­daw­cą. No, w su­mie w po­ło­wie, bo dzie­lił to mia­no z sie­dzącą na­prze­ciw­ko mnie ko­bie­tą.

– Na ra­zie twier­dzi, że chce ura­to­wać tylu, ilu się da, ale woj­na jest pod­stęp­na.

– Mu­si­cie być z nie­go bar­dzo dum­ni.

– Je­ste­śmy, ale to nie jest ła­twe. – Po­gła­dzi­ła swo­je uda, a na­stęp­nie po­ma­so­wa­ła je po­su­wi­sty­mi ru­cha­mi. – Jest ci­ężko, kie­dy ktoś puka do drzwi, a ty my­ślisz, że to ten mo­ment, w któ­rym mu­sisz się po­że­gnać z dziec­kiem.

– Na pew­no nic ta­kie­go się nie sta­nie. – Po­kle­pa­łam ją po dło­ni. – Do­brze się czu­jesz? – za­py­ta­łam, nie­po­ko­jąc się o nią. Mu­sia­ło ją coś bo­leć, ale z ja­kie­goś po­wo­du sta­ra­ła się to ukry­wać.

– Tak, tak – za­pew­ni­ła mnie. – Od cza­su wy­pad­ku ból cza­sa­mi mi do­ku­cza.

– Było źle? – Spoj­rza­łam na jej nogi.

– Z po­cząt­ku nie wy­gląda­ło to naj­le­piej – przy­zna­ła. – Sko­ńczy­ło się na tym, że te­raz z po­mo­cą la­ski uda­je mi się prze­jść wi­ęk­sze od­le­gło­ści. Dla­te­go Bil­ly tak bar­dzo na­le­gał na to, żeby ko­goś za­trud­nić. – Pa­trzy­ła na mnie bła­gal­nie.

Wie­dzia­łam, co ro­bi­ła, i nie po­do­ba­ło mi się to, że sta­wia­ła mnie pod ścia­ną, ale po­lu­bi­łam ją, więc jak mia­ła­bym jej w tej chwi­li od­mó­wić, sko­ro sama nie da­wa­ła rady. I tak mia­łam pod­pi­sa­ną umo­wę na kil­ka mie­si­ęcy, a na samą myśl, że mia­ła­bym wra­cać do Se­at­tle przez ko­lej­ne kil­ka­dzie­si­ąt go­dzin, mia­łam ocho­tę po pro­stu rwać so­bie wło­sy z gło­wy.

– So­niu – po­wie­dzia­łam ostrze­gaw­czym to­nem. – Ro­zu­miem to, ale po­sta­wi­łaś mnie w nie­cie­ka­wej sy­tu­acji.

– Dla­cze­go?

– Nie­daw­no roz­sta­łam się z na­rze­czo­nym.

Mia­łam mętlik w gło­wie. Nie wie­dzia­łam, jak w ta­kim wy­pad­ku mia­łam pra­co­wać z tymi mężczy­zna­mi. Sam ich wi­dok przy­po­mi­nał mi, jak za­ko­ńczył się mój zwi­ązek. Cho­ciaż nie po­win­nam prze­no­sić swo­ich uczuć na in­nych, bo to nie oni za­wi­ni­li… ale nic nie mo­głam po­ra­dzić na to, że chcia­łam się na nich rzu­cić w zło­ści tyl­ko dla­te­go, że no­si­li mun­dur.

– Ko­cha­na – zła­pa­ła mnie za dłoń – na two­im miej­scu ko­rzy­sta­ła­bym z tego, że je­steś wol­na – po­wie­dzia­ła zna­cząco.

– Czy ty chcesz we­pchnąć mnie w ich ra­mio­na? – za­py­ta­łam z nie­do­wie­rza­niem.

Nor­mal­nie by­łam w szo­ku. Po­zna­łam ją dzi­siaj, a ona już ro­bi­ła coś ta­kie­go. Nie wie­dzia­łam, czy mam się wście­kać, czy ra­czej śmiać z tej sy­tu­acji.

– Nie wszyst­kich oczy­wi­ście.

– Oczy­wi­ście – wy­mam­ro­ta­łam.

– Tyl­ko w ra­mio­na Ma­no­la. – Mru­gnęła do mnie prze­kor­nie.

– So­niu! – pi­snęłam, nie mo­gąc się po­wstrzy­mać. – Je­steś nie­mo­żli­wa.

– Ko­cha­na, po pro­stu ko­rzy­staj z ży­cia. Nikt nie mówi, że masz się z nim od razu wi­ązać i wy­cho­dzić za mąż.

Cho­ciaż świat mó­wił mi, że sko­ro je­stem wol­na, to mogę się za­ba­wić, nie wie­dzia­łam, czy by­ła­bym do tego zdol­na. Przez tyle lat w moim ży­ciu był tyl­ko je­den part­ner. Pa­trząc jed­nak na to, w jaki spo­sób sko­ńczy­łam, mo­żna do­jść do wnio­sku, że to był wła­śnie mój błąd i przy­szła pora coś zmie­nić.

Jej sło­wa dały mi do my­śle­nia, ale to nie ozna­cza­ło, że tak szyb­ko prze­ko­nam się do tego po­my­słu.

Nie­dłu­go pó­źniej po­że­gna­łam się z So­nią i jej mężem, któ­ry nie za­mie­rzał słu­chać o tym, że chcę za co­kol­wiek pła­cić. Przy­tu­li­łam go w po­dzi­ęko­wa­niu i obie­ca­łam, że przyj­dę jesz­cze nie­je­den raz. Przez jego pysz­ne je­dze­nie prędzej czy pó­źniej wpad­nę w na­łóg, ale ży­cie było zbyt krót­kie, by się tym przej­mo­wać.

Na­stęp­ne­go dnia mia­łam za­cząć pra­cę i wdro­żyć się w jej sys­tem. Wie­dzia­łam, że to będzie coś ca­łkiem in­ne­go, tym bar­dziej że So­nia po­krót­ce przed­sta­wi­ła mi, jak dzia­ła jej przy­chod­nia. Do­wie­dzia­łam się, że nie było w niej tak, jak w wie­lu pla­ców­kach, w któ­rych wszyst­ko za­ła­twia­ło się in­ter­ne­to­wo. Tu­taj na­wet re­cep­ty wy­pi­sy­wa­no ręcz­nie ze względu na wiek wie­lu pa­cjen­tów. Ro­zu­mia­łam to i ani tro­chę mi to nie prze­szka­dza­ło.

Nie mo­głam się do­cze­kać, aż za­cznę w ko­ńcu ro­bić to, co ko­cham.

Le­czyć lu­dzi.

Po­ma­gać.

Da­wać na­dzie­ję.

Moim ma­rze­niem było zo­stać chi­rur­giem, ale po zwol­nie­niu ze szpi­ta­la stra­ci­łam taką mo­żli­wo­ść, a moja dal­sza ka­rie­ra za­trzy­ma­ła się, za­nim tak na­praw­dę się roz­pędzi­ła. Nie mo­głam wy­brać na nowo spe­cja­li­za­cji, bo w wi­ęk­szo­ści pla­có­wek miej­sca zo­sta­ły już ob­sa­dzo­ne, więc jak­kol­wiek by na to spoj­rzeć – nie mia­łam wy­jścia. Gdzieś po dro­dze prze­sta­ło mi na tym tak bar­dzo za­le­żeć.

Li­czy­łam na to, że cała ta hi­sto­ria wyj­dzie mi na do­bre i osta­tecz­nie będę o wie­le lep­szym le­ka­rzem. Za­częcie wszyst­kie­go od nowa, w ca­łko­wi­cie ob­cym miej­scu, mia­ło być ko­lej­nym kro­kiem na­przód, a ta­kże spo­so­bem na za­po­mnie­nie o by­łym na­rze­czo­nym.

Z ci­ężkim ser­cem zo­sta­wi­łam nowo po­zna­nych przy­ja­ciół w ba­rze, ale czu­łam, jak do­słow­nie pa­dam na pysk. Chcia­łam tyl­ko się po­ło­żyć i prze­spać resz­tę dnia. Le­d­wo uno­sząc nogi, wpa­ko­wa­łam się do sa­mo­cho­du. Nie zda­wa­łam so­bie spra­wy, że tak pro­za­icz­na rzecz może mnie tak wy­ko­ńczyć.

Prze­kręci­łam klu­czyk w sta­cyj­ce… i nic. Spró­bo­wa­łam po raz ko­lej­ny, ale i tym ra­zem to­tal­ne NIC. Na­wet nie za­świe­ci­ły się kon­tro­l­ki na de­sce roz­dziel­czej. Wy­star­czył mi je­den rzut oka na prze­łącz­nik świa­teł, abym do­zna­ła olśnie­nia i zro­zu­mia­ła, jaka ze mnie idiot­ka.

Zno­wu za­po­mnia­łam wy­łączyć świa­tła, kie­dy wy­sia­da­łam z po­jaz­du. Opa­rłam gło­wę na kie­row­ni­cy i za­częłam bia­do­lić nad swo­im lo­sem. Jak mo­żna być tak nie­roz­gar­ni­ętym i ci­ągle za­po­mi­nać je zga­sić? Gdy­by to zda­rzy­ło się pierw­szy raz, nie by­ła­bym zdzi­wio­na, ale po­wtó­rzy­ło się już kil­ka razy w ci­ągu ostat­nie­go mie­si­ąca. Chy­ba pora umie­ścić na kie­row­ni­cy kart­kę przy­po­mi­na­jącą, bo któ­re­goś dnia zo­sta­wię w sa­mo­cho­dzie klu­czy­ki i już ni­g­dy go nie zo­ba­czę.

Moje au­tko nie było nowe, bo mia­ło sie­dem­na­ście lat, ale je lu­bi­łam. Zwy­kła To­yo­ta, któ­rą mo­głam po­ru­szać się po mie­ście, na tyle wy­god­na, abym czu­ła się w niej kom­for­to­wo. Nie pa­trzy­łam na ba­je­ry typu pod­grze­wa­ne sie­dze­nia czy kom­pu­ter uła­twia­jący par­ko­wa­nie. A jej czar­ny ko­lor nie wy­ró­żniał się tak bar­dzo jak ja­kiś neo­no­wy la­kier. Tyle w zu­pe­łno­ści mi wy­star­cza­ło.

Pu­ka­nie w szy­bę od­su­nęło ode mnie my­śli o tym, że po­win­nam strze­lić so­bie w twarz. Za­uwa­ży­łam przez szy­bę, że Ma­no­lo pa­trzy na mnie z mie­szan­ką kpi­ny i za­do­wo­le­nia. Tym ra­zem mógł my­śleć, że jest górą.

– Pro­ble­my z sa­mo­cho­dem? – za­py­tał z ręka­mi na pier­si.

– Może. – Zmru­ży­łam oczy.

– Wy­sia­daj, może coś na to po­ra­dzi­my – za­pro­po­no­wał.

Zła­pał za klam­kę i otwo­rzył dla mnie drzwi. Po­win­nam za­re­ago­wać, że tak się rządzi, ale po­słusz­nie opu­ści­łam auto.

– A masz aku­mu­la­tor? – za­py­ta­łam z prze­kąsem.

Nie­zra­żo­ny moim za­cho­wa­niem po­chy­lił się do środ­ka i po­ci­ągnął za dźwi­gnię pod kie­row­ni­cą. Od razu roz­le­gło się klik­ni­ęcie. W za­le­d­wie kil­ka se­kund zdo­łał otwo­rzyć ma­skę i pod nią za­nur­ko­wać. Opa­rłam się o bok To­yo­ty, pa­trząc, jak z za­in­te­re­so­wa­niem przy­gląda się wszyst­kim częściom. Nie po­wie­dział nic na te­mat tego, w ja­kim sta­nie one były. Fakt. Mo­głam za­dbać o wy­mia­nę wszyst­kie­go, co trze­ba, ale uni­ka­łam tego tak dłu­go, jak mo­głam. Nie cho­dzi­ło o pie­ni­ądze, ale o czas, któ­re­go nie mia­łam zbyt dużo, będąc cały czas na dy­żu­rach w pra­cy.

– Skąd wiesz, że to aku­mu­la­tor?

– Bo zo­sta­wi­łam włączo­ne świa­tła – od­po­wie­dzia­łam, opie­ra­jąc się moc­niej o drzwi.

Przy­mknęłam oczy, chcąc od­dać się w ten spo­sób zmęcze­niu, któ­re ka­za­ło mi za­snąć na sto­jąco. Mu­sia­łam do­stać się do mo­je­go tym­cza­so­we­go lo­kum, ale oba­wia­łam się, że prędzej po­ło­żę się na tyl­nym sie­dze­niu i po pro­stu pój­dę spać.

– Okej. – Za­mknął z trza­skiem kla­pę. – Te­raz i tak ci w tym nie po­mo­gę, ale po­je­dziesz z nami. Rano to za­ła­twi­my.

– Do­brze. – Nie chcia­ło mi się z nim kłó­cić.

– Żad­ne­go „ale”? – za­py­tał roz­ba­wio­ny.

– Nie mam na to dzi­siaj siły – wes­tchnęłam, otwie­ra­jąc ba­ga­żnik.

Chcia­łam wy­ci­ągnąć tor­bę, ale mi na to nie po­zwo­lił. Od­su­nął mnie i sam ją wy­jął. Po raz ko­lej­ny mnie za­sko­czył – naj­wy­ra­źniej jego po­cząt­ko­we za­cho­wa­nie mnie zmy­li­ło i nie był taki zły. Jak­by było ina­czej, na­wet by nie za­pu­kał w szy­bę i by mnie tu zo­sta­wił.

– Cho­dźmy, bo za­raz nam tu za­śniesz – po­wie­dział, kła­dąc dłoń na mo­ich ple­cach.

Po­czu­łam, jak przez moje cia­ło, od czub­ka gło­wy aż po pla­ce stóp, prze­bie­gł przy­jem­ny dreszcz. Ten fa­cet zwia­sto­wał kło­po­ty i utwier­dza­łam się w tym co­raz bar­dziej. Wma­wia­łam so­bie, że to wszyst­ko przez So­nię i te jej „do­bre rady”, abym za­sza­la­ła.

– Chło­pa­ki, pani je­dzie z nami – oznaj­mił Ma­no­lo.

W od­po­wie­dzi usły­sza­łam grom­kie krzy­ki, a po­tem ka­żdy chciał sie­dzieć obok mnie. Roz­ba­wi­ło mnie to, bo mo­men­ta­mi na­praw­dę za­cho­wy­wa­li się jak dzie­ci, a mo­gli być w moim wie­ku. Naj­wy­ra­źniej nie­któ­rzy mężczy­źni ni­g­dy nie do­ra­sta­li.

Sko­ńczy­ło się na tym, że zo­sta­łam usa­dzo­na po­mi­ędzy dwo­ma mło­dy­mi żo­łnie­rza­mi, któ­rzy tyl­ko nie­znacz­nie się do mnie uśmiech­nęli. Z nich wszyst­kich tyl­ko ci dwaj nic nie mó­wi­li i pa­trzy­li przed sie­bie.

A dro­ga? Dro­ga była bar­dzo krót­ka i nie spo­dzie­wa­łam się, że wje­dzie­my w szcze­re pole. Za­raz po­tem wy­ro­sła przede mną wiel­ka bra­ma, któ­ra otwo­rzy­ła się, gdy tyl­ko pod­je­cha­li­śmy. Otrzy­ma­łam wska­zów­ki od Soni, jak tra­fić do ośrod­ka szko­le­nio­we­go, ale na­praw­dę cie­szy­łam się, że mój sa­mo­chód się ze­psuł, bo nie wie­dzia­ła­bym, jak do­je­chać. Tra­sa wy­da­wa­ła się pro­sta, ale mo­głam się za­ło­żyć, że nie było jej na ma­pie, więc na­wet na­wi­ga­cja w te­le­fo­nie by mi nie po­mo­gła.

Po­dzi­wia­łam ogrom­ne bu­dyn­ki, któ­re w świe­tle za­cho­dzące­go sło­ńca wy­da­ły się wręcz im­po­nu­jące. To nie był zwy­kły ośro­dek szko­le­nio­wy, jak na po­cząt­ku mi się wy­da­wa­ło, a na­praw­dę do­brze pro­spe­ru­jąca jed­nost­ka woj­sko­wa. Za­nim się obej­rza­łam, za­trzy­ma­li­śmy się przy ci­ągnących się je­den obok dru­gie­go dom­kach, któ­re były nie­mal iden­tycz­ne.

Kie­dy je­den z mężczyzn wy­sia­dł, mo­głam wy­do­stać się z sa­mo­cho­du. Spoj­rza­łam na nie­wiel­ki bu­dy­nek i by­łam za­sko­czo­na, że będę miesz­kać w tak pi­ęk­nym miej­scu, po­do­ba­ło mi się. W ko­ńcu po­czu­łam, że to po­czątek cze­goś nie­sa­mo­wi­te­go.

– Nie wie­dzia­łem, czy ci się spodo­ba – oznaj­mił zza mnie Ma­no­lo.

– Jest do­brze. – Po­sła­łam mu wdzi­ęcz­ny uśmiech i wy­ci­ągnęłam dłoń po tor­bę. – Dzi­ęku­ję.

Sta­li­śmy, pa­trząc na sie­bie, a w po­wie­trzu sły­chać było cy­ka­nie świersz­czy. To zu­pe­łnie inny świat, w któ­rym lu­dzie nie spie­szy­li się jak za­klęci, a czas mi­jał nie­sły­cha­nie po­wo­li. Tyle lat naj­pierw stu­dio­wa­łam me­dy­cy­nę, a na­stęp­nie bie­ga­łam po ca­łym szpi­ta­lu byle tyl­ko się wy­ro­bić, a wy­star­czy­ło wy­je­chać do in­ne­go miej­sca i cały stres od razu mi­jał.

Dziw­ne uczu­cie osia­dło na mo­ich bar­kach, gdy nie od­ry­wa­łam od nie­go wzro­ku. Jak­by coś in­ten­syw­ne­go na­kła­nia­ło mnie, by zro­bić krok do przo­du i oprzeć dłoń na jego pier­si. Mu­sia­łam być na­praw­dę zmęczo­na i bra­ko­wa­ło mi sek­su, dla­te­go re­ago­wa­łam na nie­go w taki spo­sób.

Do­pie­ro kie­dy za­trąbił sa­mo­chód, wszyst­ko mo­men­tal­nie znik­nęło.

– Jesz­cze raz dzi­ęku­ję. – Uśmiech­nęłam się sztyw­no, za­bra­łam od nie­go tor­bę i ru­szy­łam w stro­nę dom­ku, by nie zro­bić z sie­bie jesz­cze wi­ęk­szej idiot­ki.

Rozdział 3

Mika

Sta­łam opar­ta o fra­mu­gę okna i ska­no­wa­łam całe oto­cze­nie zmęczo­nym wzro­kiem. Po szyb­kim prysz­ni­cu chcia­łam jesz­cze raz się prze­ko­nać, że to praw­da i znaj­du­ję się w tym miej­scu. Spo­gląda­łam przez szy­bę i chło­nęłam wi­dok z za­par­tym tchem.

Na ze­wnątrz, po­mi­mo tak pó­źnej pory, na­dal kręci­ło się kil­ku mężczyzn. La­tar­nie roz­miesz­czo­ne na dwo­rze da­wa­ły nie­wie­le świa­tła, więc nie wi­dzia­łam za bar­dzo, czy wśród nich byli ci z baru, ale to mało wa­żne. Wa­żniej­sze było to, że chy­ba zwa­rio­wa­łam, chcąc tu zo­stać. Jak mia­ło­by to wy­glądać? Sama wśród tylu fa­ce­tów – i to w do­dat­ku woj­sko­wych.

To nie była pra­ca, któ­rą po­cząt­ko­wo pla­no­wa­łam wy­ko­ny­wać, ale może to do­bry spo­sób, by na­uczyć się po­now­nie ufać mężczy­znom. Kto wie, może przy­ja­źnie, któ­re tu­taj za­wrę, będą zu­pe­łnie inne i mile się za­sko­czę?

– Je­steś głu­pia, Mi­ka­elo – wy­mam­ro­ta­łam do sie­bie.

Przez chwi­lę się za­sta­na­wia­łam, czy mnie po­lu­bią, a prze­cież ni­g­dy nie przej­mo­wa­łam się czy­imś zda­niem. Po­win­nam sku­pić się na pra­cy – nic poza tym. Mu­sia­łam za coś żyć.

Za­sło­ni­łam okno i z wes­tchnie­niem ulgi w ko­ńcu po­ło­ży­łam się do łó­żka. Po­ściel była zim­na, a to wy­du­si­ło jęk z mo­je­go zmęczo­ne­go cia­ła. Ma­te­rac oka­zał się tak przy­jem­ny, że mia­łam wra­że­nie, jak­bym uno­si­ła się w po­wie­trzu.

Czu­łam, że po­wie­ki za­czy­na­ją mi ci­ążyć, ale umy­sł wal­czył, by nie za­snąć. Naj­wi­docz­niej to, że prze­ci­ągnęłam sen, dało mi się we zna­ki.

Ob­ró­ci­łam się na brzuch, żeby wy­god­nie się uło­żyć, a dłoń wpa­ko­wa­łam pod po­dusz­kę. Ci­sza wo­kół po­zwo­li­ła mi od­pły­nąć w spo­koj­ny i dłu­gi sen.

Za­cie­kłe wa­le­nie w drzwi wy­bu­dzi­ło mnie ze snu. Wzdry­gnęłam się i usia­dłam, by ro­zej­rzeć się wo­kół. Obce miej­sce przy­po­mnia­ło mi, że nie znaj­do­wa­łam się w domu, lecz w pla­ców­ce szko­le­nio­wej.

Od­gar­nęłam wło­sy z twa­rzy, prze­ci­ąga­jąc po nich pal­ca­mi. Si­ęga­ły mi do ra­mion, więc bar­dzo ła­two uda­ło mi się je ujarz­mić. Tego sa­me­go nie mo­głam po­wie­dzieć o zmęcze­niu i wy­czer­pa­niu po tak dłu­giej pod­ró­ży.

– Do ja­snej cho­le­ry – wy­mam­ro­ta­łam, gdy ude­rza­nie w drzwi się po­no­wi­ło. – Lu­dzie, daj­cie mi spać. – Z jękiem pod­nio­słam się z wy­god­ne­go łó­żka, bo kto­kol­wiek tam stał, mu­siał mieć po­wód. Cho­ciaż chcia­łam jesz­cze po­spać, nie mia­łam wy­jścia. Je­śli do­wiem się, że to ja­kiś głu­pi żart, po­zna­ją moją praw­dzi­wą twarz.

Za­rzu­ci­łam na ra­mio­na cien­ki swe­ter i wy­szłam z sy­pial­ni, po­włó­cząc no­ga­mi. Cho­ciaż po­go­da była pi­ęk­na, a wpa­da­jące do środ­ka pro­mie­nie sło­ńca ogrze­wa­ły moją syl­wet­kę tak, że wca­le nie po­trze­bo­wa­łam okry­cia, to nie chcia­łam, żeby ktoś wi­dział moje pier­si pod wy­zy­wa­jącą ko­szul­ką. Otu­li­łam się szczel­nie ma­te­ria­łem, prze­cho­dząc przez sa­lon.

Po­do­ba­ło mi się w tym domu to, że prak­tycz­nie wszyst­ko, poza wiel­ką sy­pial­nią i ła­zien­ką do niej przy­le­ga­jącą, było na par­te­rze.

– Halo? – Zza drzwi do­bie­gło mnie gło­śne wo­ła­nie, a po­tem ten ktoś zno­wu za­czął mal­tre­to­wać nie­szczęsne drew­no swo­ją dło­nią. Albo nogą, kto go tam wie.

– Idę! – krzyk­nęłam, otwie­ra­jąc drzwi szarp­ni­ęciem.

By­łam wście­kła za prze­rwa­ny sen. Li­czy­łam na od­po­czy­nek w ci­szy i spo­ko­ju, a do­sta­łam ja­kie­goś nie­dźwie­dzia wa­lące­go do mo­jej oazy. Nie mia­łam po­jęcia, ile go­dzin prze­spa­łam, ale czu­łam się, jak­by mi­nęły do­słow­nie mi­nu­ty. A zmęcze­nie ani tro­chę mi nie prze­szło.

– Dzień do­bry. – W drzwiach sta­ło dwóch mężczyzn. Jed­nym z nich był Luke, któ­ry się przy­wi­tał, z ko­lei dru­gie­go nie zna­łam.

– Nie wiem, czy taki do­bry. – Ły­pa­łam na nich za­spa­na.

– Mamy dla cie­bie kawę – oznaj­mił Luke, wpy­cha­jąc mi w dłoń ku­bek ter­micz­ny. – Chcie­li­śmy zo­ba­czyć, jak miesz­kasz.

Nie przej­mu­jąc się tym, że sta­łam mu na dro­dze, prze­su­nął mnie na bok i wsze­dł do środ­ka. Pa­trzy­łam na nie­go za­sko­czo­na, kie­dy znik­nął w sa­lo­nie, jak­by był u sie­bie. Ta­kie­go za­cho­wa­nia jesz­cze ni­g­dy nie do­świad­czy­łam, dla­te­go nie wie­dzia­łam, jak za­re­ago­wać. Naj­wy­ra­źniej lu­dzie w tym mia­stecz­ku nie przej­mo­wa­li się kon­we­nan­sa­mi i od razu chcie­li się za­przy­ja­źnić.

– Je­stem Max. – Mężczy­zna z de­li­kat­nym uśmie­chem na ustach wy­ci­ągnął w moją stro­nę dłoń. On naj­wy­ra­źniej czuł się tak samo nie­zręcz­nie jak ja.

– Mhm… – od­pa­rłam z usta­mi pe­łny­mi kawy, bo nie mo­głam się oprzeć i wzi­ęłam kil­ka ły­ków.

Mach­nęłam na nie­go ręką, za­pra­sza­jąc do środ­ka, bo sko­ro już tu przy­szli, to nie mo­głam ich tak wy­rzu­cić. Nie by­łam tak nie­wy­cho­wa­na.

– Prze­pra­szam za nie­go, ale on tak się na­kręcił, żeby tu przy­jść, że nie dało się go uspo­ko­ić – po­wie­dział, dra­pi­ąc się po szyi.

– Nic nie szko­dzi – uspo­ko­iłam go, bo naj­wy­ra­źniej nie czuł się z tym do­brze. – Wej­dź, usi­ądź.

– Ale masz faj­ny te­le­wi­zor! – krzyk­nął Luke z sa­lo­nu.

Sta­nęłam w drzwiach, pa­trząc na to, jak roz­sia­dł się wy­god­nie i włączył ja­kiś mecz. Za­sko­czy­ło mnie, że tak szyb­ko zna­la­zł od­po­wied­ni ka­nał, ale jego mina ja­sno wska­zy­wa­ła na to, że był fa­nem fut­bo­lu.

Jego za­do­wo­le­nie mó­wi­ło, że nie mie­li ta­kich atrak­cji na co dzień. Po części zro­bi­ło mi się go szko­da, ale wła­śnie taki był los za­wo­do­we­go żo­łnie­rza. Lu­dzie re­zy­gno­wa­li ze swo­ich pa­sji, ży­cia, a na­wet i ro­dzi­ny tyl­ko po to, aby słu­żyć kra­jo­wi. To jak nie­ko­ńcząca się wal­ka.

– Nie ma­cie te­le­wi­zo­ra? – za­py­ta­łam, sia­da­jąc na brze­gu ka­na­py.

– Mamy tam ja­kiś te­le­wi­zor, ale ka­żdy chce oglądać co in­ne­go i za­nim się na coś zde­cy­du­je­my, czas na roz­ryw­kę do­bie­ga ko­ńca – od­pa­rł wpa­trzo­ny w ekran.

Max za­jął miej­sce obok nie­go, jak­by i on nie po­tra­fił się oprzeć – spo­glądał na ekran, a na jego twa­rzy po­ja­wiał się wa­chlarz emo­cji, gdy z za­par­tym tchem śle­dził grę.

– To lipa – stwier­dzi­łam. – Ale jak chcesz, mo­żesz tu przy­cho­dzić i oglądać, co tyl­ko ze­chcesz.

Mnie to nie prze­szka­dza­ło, a jemu naj­wy­ra­źniej bra­ko­wa­ło tej roz­ryw­ki. Z sze­ro­ko otwar­ty­mi usta­mi oglądał za­ci­ętą roz­gryw­kę na ekra­nie. Było w tym coś fa­scy­nu­jące­go, jak bar­dzo mo­żna zmie­nić fa­ce­ta, je­dy­nie włącza­jąc mu pro­gram spor­to­wy.

– Se­rio?

– Pew­nie. – Wsta­łam. – Ja i tak nie lu­bię te­le­wi­zji, więc mi się nie przy­da.

– Ożeń się ze mną. – Spoj­rzał na mnie za­chwy­co­ny.

Jak na żo­łnie­rza, był nie­zwy­kle po­god­ny i roz­ga­da­ny. Za­śmia­łam się na jego sło­wa, bo miał w so­bie coś ta­kie­go, że od razu dało się go lu­bić. Za­sta­na­wia­łam się, co zde­ter­mi­no­wa­ło go do tego, by się za­ci­ągnąć, bo jak dla mnie był na to wszyst­ko zbyt do­bry.

Wie­le razy wi­dzia­łam, jak lu­dzie wra­ca­li po kil­ku mie­si­ącach z mi­sji, a stres po­ura­zo­wy nisz­czył im ży­cie. Moje pierw­sze prak­ty­ki od­by­wa­łam w szpi­ta­lu woj­sko­wym dzi­ęki ko­nek­sjom mo­je­go taty, ale było to dla mnie zbyt wiel­kie wy­zwa­nie, dla­te­go prze­nio­słam się do zwy­kłe­go szpi­ta­la. Pa­trze­nie na tych wszyst­kich mężczyzn i ko­bie­ty, któ­rzy nie po­tra­fi­li po­ra­dzić so­bie z kon­se­kwen­cja­mi tego, co zro­bi­li, było dla mnie zbyt trud­ne. Ja się po pro­stu do tego nie nada­wa­łam i po­tra­fi­łam to przy­znać.

Chrząk­ni­ęcie w drzwiach spro­wa­dzi­ło Luke’a i Maxa na zie­mię i od razu pod­nie­śli się do pio­nu. Na­wet ja wsta­łam z opar­cia ka­na­py, za­cie­ka­wio­na, co będzie miał do po­wie­dze­nia sto­jący w prze­jściu Ma­no­lo. Nie li­czy­łam na tak szyb­kie spo­tka­nie z nim.

– Mo­że­cie mi wy­ja­śnić, co wy tu ro­bi­cie? – za­py­tał z ręka­mi za ple­ca­mi, pa­trząc na swo­ich żo­łnie­rzy z na­ga­ną.

Jego mina ja­sno wska­zy­wa­ła, że nie miał za­mia­ru tak ła­two im od­pu­ścić.

– Ja ich za­pro­si­łam – od­po­wie­dzia­łam, nie chcąc, żeby mie­li pro­ble­my. I tak pew­nie się im za to obe­rwie, dla­te­go chcia­łam zmi­ni­ma­li­zo­wać szko­dy.

– Ty? – za­py­tał z po­wąt­pie­wa­niem. – A mo­żesz mi po­wie­dzieć, w jaki spo­sób ich za­pro­si­łaś? Bo je­śli po­wiesz mi, że prze­cho­dzi­li obok z kub­kiem kawy z logo na­sze­go ośrod­ka i przy­pad­kiem na cie­bie wpa­dli, to mu­sia­łby to być na­praw­dę cud. – Spo­glądał na moją dłoń.

– Yyy… – No tego to się nie spo­dzie­wa­łam, był zde­cy­do­wa­nie zbyt spo­strze­gaw­czy. Po­sta­no­wi­łam jed­nak uda­wać da­lej, bo przy­zna­nie się do kłam­stwa nie wcho­dzi­ło w grę. – W su­mie to tak. Było tak, jak po­wie­dzia­łeś. – Po­ki­wa­łam gło­wą.

A na ko­niec wy­szcze­rzy­łam się, my­śląc, że to coś da, jed­nak wy­raz jego twa­rzy nie wska­zy­wał na to, by mi uwie­rzył. Sama bym so­bie nie uwie­rzy­ła w tak głu­pie wy­tłu­ma­cze­nie, ale za­sko­czył mnie swo­ją bez­po­śred­nio­ścią.

– Wy­jazd, ale już. – Wska­zał ręką na drzwi.

Luke i Max na­wet się nie za­sta­na­wia­li. Wy­pa­ro­wa­li z mo­je­go domu, jak­by się pa­li­ło. Naj­wy­ra­źniej czu­li re­spekt w sto­sun­ku do Ma­no­la. Chcia­łam mu po­wie­dzieć, że ta­kim za­cho­wa­niem tyl­ko zra­ża do sie­bie lu­dzi, ale przy­po­mnia­łam so­bie, że to on tu rządził.

– Wpad­nij­cie jesz­cze! – krzyk­nęłam za nimi, nie przej­mu­jąc się jego zi­ry­to­wa­ną miną. Naj­wy­ra­źniej nie­źle mi wy­cho­dzi­ło wy­pro­wa­dza­nie go z rów­no­wa­gi. – Mu­sia­łeś ich tak wy­go­nić? – za­py­ta­łam kąśli­wie.

– To żo­łnie­rze, a nie two­je ko­le­żan­ki – wark­nął wy­ra­źnie wku­rzo­ny.

Ktoś tu wstał dzi­siaj lewą nogą.

– Za­pa­mi­ętam, ale te­raz pro­szę, abyś wy­sze­dł. – Po­ka­za­łam mu wy­jście.

Sko­ro on nie był w sto­sun­ku do mnie miły, to i ja nie mia­łam ta­kie­go za­mia­ru. Jak by nie pa­trzeć, był moim pra­co­daw­cą, więc mó­głby za­cho­wy­wać się cho­ciaż tro­chę sto­sow­niej do swo­je­go sta­no­wi­ska, bo te­raz spra­wiał wra­że­nie, jak­bym co naj­mniej zro­bi­ła mu ja­kąś krzyw­dę, a ja tyl­ko za­pro­si­łam z grzecz­no­ści oso­by sto­jące pod mo­imi drze­wa­mi.

– Za­baw­na je­steś. – Po­sta­wił krok w moją stro­nę, nic nie ro­bi­ąc so­bie z mo­ich słów, jak­by do nie­go nie do­cie­ra­ły. Był ode mnie o wie­le wy­ższy, mu­sia­łam za­drzeć gło­wę, aby na nie­go spoj­rzeć. – Je­steś na moim te­re­nie, więc prze­strze­gaj za­sad – mó­wił ta­kim to­nem, jak­by mi roz­ka­zy­wał.

Tyl­ko że nie by­łam jed­nym z jego żo­łnie­rzy. A po­wiedz­my so­bie szcze­rze, ni­g­dy nie na­le­ża­łam do po­słusz­nych.

– A ja­kie one są? – spy­ta­łam za­czep­nie, aby się z nim pod­ra­żnić.

– Nie wcho­dź w bli­ższe re­la­cje z in­ny­mi mężczy­zna­mi na te­re­nie jed­nost­ki – oświad­czył.

– Czy cie­bie też to do­ty­czy? – Stąpa­łam po cien­kim lo­dzie, ale jego re­ak­cja była bez­cen­na. Za­śmia­łam się, wi­dząc, że na­praw­dę się wy­stra­szył, ale ja tyl­ko żar­to­wa­łam. – Nie oba­wiaj się. – Po­kle­pa­łam go po pier­si, sta­ra­jąc się igno­ro­wać na­pi­ęcie, któ­re aż trzesz­cza­ło. – Nic ci z mo­jej stro­ny nie gro­zi. A te­raz prze­pra­szam, ale mu­szę przy­go­to­wać się do pra­cy. – Po­now­nie wska­za­łam mu drzwi.

Mo­men­tal­nie jego oczy zje­cha­ły po moim cie­le, za­trzy­ma­ły się na ko­szul­ce. Skąpa sa­ty­na le­d­wo za­kry­wa­ła pier­si, a kie­dy swe­ter się roz­chy­lił, miał jesz­cze lep­szy wi­dok. W do­dat­ku spoden­ki tyl­ko tro­chę za­kry­wa­ły moje uda, ale by­łam po­nad to i się tym nie przej­mo­wa­łam.

– Wi­dzisz coś, co ci się po­do­ba? – za­py­ta­łam roz­ba­wio­na.

Na­wet gdy­bym ocze­ki­wa­ła od­po­wie­dzi, to i tak bym jej nie do­sta­ła. Za bar­dzo był we mnie wpa­trzo­ny.

Wy­ko­rzy­stu­jąc jego słab­szy mo­ment, po­sta­wi­łam ku­bek na ko­mo­dzie przy wy­jściu i ru­szy­łam na górę, aby się przy­go­to­wać na nad­cho­dzący dzień. Dal­sza roz­mo­wa nie mia­ła sen­su, a wie­dzia­łam, że je­śli będę zwle­kać, zro­bię coś głu­pie­go. Wła­śnie od­kry­łam, że na­dal po­do­bam się mężczy­znom, a to było nie­sa­mo­wi­te uczu­cie.

– Nie myśl so­bie, że tak ła­two od­pusz­czę – od­pa­rł, kie­dy by­łam w po­ło­wie scho­dów. W jego gło­sie wy­brzmie­wa­ła gro­źba.

Od­wró­ci­łam się, ale zo­ba­czy­łam tyl­ko, jak drzwi się za nim za­my­ka­ją. Zna­łam już tego typu cwa­nia­ków, któ­rzy my­śle­li, że wszyst­ko wie­dzą le­piej, i na­praw­dę mia­łam dość ta­kich osób.

To będzie cie­ka­we móc ob­ser­wo­wać i te­sto­wać jego gra­ni­ce, aby na ko­niec po­ka­zać mu, że wca­le nie był taki nie­wzru­szo­ny, ja­kie­go pró­bo­wał uda­wać.

Go­dzi­nę pó­źniej pod­je­cha­łam pod przy­chod­nię swo­im sa­mo­cho­dem, któ­ry, jak się oka­za­ło, stał na pod­je­ździe. Ma­no­lo pod­sta­wił go bez mo­jej wie­dzy i na­wet wy­mie­nił dla mnie aku­mu­la­tor, bo po­przed­ni naj­wy­ra­źniej zde­chł bez­pow­rot­nie.

Nie mia­łam cza­su, żeby mu po­dzi­ęko­wać, ale po­sta­no­wi­łam to zro­bić, jak tyl­ko wró­cę. W do­dat­ku nie omiesz­kam wy­tknąć, że mógł coś po­wie­dzieć, bo sko­ro po­ja­wił się nie­za­po­wie­dzia­ny w moim domu, to za­pew­ne on od­po­wia­dał za na­pra­wę To­yo­ty. Strasz­nie iry­to­wał mnie tym swo­im za­cho­wa­niem.

Wy­sia­dłam z auta i z nie­do­wie­rza­niem pa­trzy­łam na bu­dy­nek, któ­ry miał być przy­chod­nią. Do środ­ka pro­wa­dzi­ły bar­dzo sta­re drzwi, a ele­wa­cja wy­gląda­ła, jak­by mia­ła za­raz od­pa­ść. Chcia­łam wy­ci­ągnąć te­le­fon i za­dzwo­nić do So­nii, by za­py­tać, czy by­łam w do­brym miej­scu, ale za­uwa­ży­łam le­d­wo wi­docz­ny szyld z na­pi­sem „Przy­chod­nia”, z któ­re­go far­ba już daw­no ode­szła.

Jak mo­żna w ta­kich wa­run­kach przyj­mo­wać lu­dzi?

Od razu upo­mnia­łam samą sie­bie, że to nie Se­at­tle, a zwy­kłe małe mia­stecz­ko, któ­re nie po­sia­da­ło za wie­le fun­du­szy. Ci­ężko będzie się prze­sta­wić, bo sko­ro od sa­me­go we­jścia to miej­sce wy­da­wa­ło się za­nie­dba­ne, to mo­głam so­bie tyl­ko wy­obra­zić, jak wy­gląda­ło od środ­ka. Od cze­go są wy­zwa­nia? Sko­ro mia­łam sta­nąć przed jed­nym z nich, to może na­uczę się cze­goś no­we­go.

Od razu po we­jściu zmie­ni­łam zda­nie. Z ze­wnątrz może i nie pre­zen­to­wa­ło się to zbyt do­brze, ale w środ­ku na pierw­szy rzut oka wi­dać było, że ktoś się bar­dzo po­sta­rał, aby miej­sce spra­wia­ło wra­że­nie przy­tul­ne­go: świe­żo po­ma­lo­wa­ne ścia­ny i nowa re­cep­cja.

Na ścia­nach wi­sia­ły wy­ko­na­ne przez dzie­ci ko­lo­ro­we ry­sun­ki, na co na mo­ich ustach po­ja­wił się wiel­ki uśmiech. Jak nic ka­żdy z miesz­ka­ńców do­ło­żył coś od sie­bie, aby to miej­sce sta­ło się cie­płe i przy­ja­zne.

Za­miast krze­seł za­uwa­ży­łam czte­ry wiel­kie ka­na­py, na któ­rych le­ża­ły ko­lo­ro­we po­dusz­ki i koce. Gdy­bym nie wi­dzia­ła wcze­śniej szyl­du, po­my­śla­ła­bym, że był to wiel­ki dom pe­łen sym­pa­tii i mi­ło­ści. Mile się za­sko­czy­łam.

– Dzień do­bry. Wi­ta­my.

Za­nim się obej­rza­łam, sta­nęła przede mną bar­dzo mło­da dziew­czy­na z tecz­ka­mi w rękach. Jej wiel­ki i szcze­ry uśmiech spra­wił, że od razu ją po­lu­bi­łam. Była mniej wi­ęcej mo­je­go wzro­stu, mia­ła brązo­we oczy i si­ęga­jące pasa wło­sy w tym sa­mym ko­lo­rze. Do­sko­czy­ła do mnie za­do­wo­lo­na, a wszyst­kie jej dzia­ła­nia wy­da­wa­ły się pod­szy­te cie­ka­wo­ścią. – Jak się cie­szę, że w ko­ńcu mogę cię po­znać. Je­stem Mary Po­well. – Wy­ci­ągnęła w moją stro­nę dłoń.

– Mika. – Uści­snęłam jej rękę.

– Nie mo­głam się do­cze­kać, kie­dy po­wie­dzie­li, że będzie­my mie­li no­we­go le­ka­rza. Jaka ty je­steś ślicz­na – za­chwy­ca­ła się.

To już ko­lej­na oso­ba, któ­ra po­wie­dzia­ła mi taki kom­ple­ment, więc czu­łam się tro­chę nie­swo­jo.

By­łam po pro­stu zwy­czaj­ną ko­bie­tą z blond wło­sa­mi do ra­mion i nie­bie­ski­mi ocza­mi. Nie wy­ró­żnia­łam się, więc nie ro­zu­mia­łam, dla­cze­go tak się za­chwy­ca­li moim wy­glądem, tym bar­dziej, że nie przej­mo­wa­łam się nim tak bar­dzo. Oczy­wi­ście by­łam wy­spor­to­wa­na, sta­ra­łam się utrzy­mać swo­je cia­ło w for­mie, ale nie ma­lo­wa­łam się zbyt­nio czy nie upi­ęk­sza­łam swo­je­go cia­ła za­bie­ga­mi. Po pro­stu by­łam zwy­czaj­na.

– Dzi­ęku­ję – od­po­wie­dzia­łam po­wo­li.

– Prze­pra­szam, że tak ga­dam, z re­gu­ły je­stem wy­ga­da­na. – Po­ło­ży­ła tecz­ki na bla­cie biur­ka, po czym spoj­rza­ła na mnie pod­eks­cy­to­wa­na. – Go­to­wa do pra­cy?

– Już nie mogę się do­cze­kać. – Na samą myśl o pra­cy, od razu się od­pręży­łam.

– Więc cho­dźmy. – Po­ci­ągnęła mnie w stro­nę pierw­szych drzwi po pra­wej. Nie było tu zbyt wie­le po­miesz­czeń, ale na tylu miesz­ka­ńców na pew­no wy­star­cza­ło. – To będzie twój ga­bi­net. Wiem, że może nie są to wa­run­ki, w ja­kich do tej pory pra­co­wa­łaś, ale tak to już u nas jest. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Po­do­ba mi się – za­pew­ni­łam ją.

Nie chcia­łam, aby czu­ła się przez to źle albo my­śla­ła o mnie jak o snob­ce. Po­tra­fi­łam do­sto­so­wać się do sy­tu­acji i – cho­ciaż nie będzie mi ła­two – po ja­ki­mś cza­sie się do­pa­su­ję.

– To do­brze. – Ode­tchnęła z ulgą.

– Mary, po­wiedz mi, ile masz lat? – za­py­ta­łam cie­kaw­sko. Jak dla mnie wy­gląda­ła zbyt mło­do, żeby uko­ńczyć ja­kieś stu­dia, ale może tyl­ko mi się wy­da­wa­ło. – Prze­pra­szam, je­śli to nie­kom­for­to­we py­ta­nie, ale wy­da­jesz się dość mło­da jak na taką pra­cę – do­da­łam.

– Nie przej­muj się, nie gnie­wam się. – Mach­nęła ręką. – Sko­ńczy­łam do­pie­ro szes­na­ście lat i wiem, że nie po­win­nam tu pra­co­wać, ale jako je­dy­na mam prze­szko­le­nie me­dycz­ne, więc chcia­łam to wy­ko­rzy­stać.

– Je­steś bar­dzo od­po­wie­dzial­na jak na swój wiek – za­uwa­ży­łam.

– Mu­sisz zro­zu­mieć, że nie ma tu­taj wie­lu wy­kszta­łco­nych lu­dzi – mó­wi­ła, kie­dy roz­gląda­łam się po ga­bi­ne­cie. – Wi­ęk­szo­ść to rol­ni­cy, me­cha­ni­cy czy ro­bot­ni­cy. To mia­sto nie daje wi­ęk­szych per­spek­tyw, ale mu­si­my mieć ko­goś, kto będzie mógł nam po­móc. Je­stem mło­da, nie boję się krwi i może kie­dyś do­sta­nę się na stu­dia pie­lęgniar­skie.

Wła­śnie pa­trzy­łam na nie­zwy­kle am­bit­ną, mło­dą ko­bie­tę, któ­ra wie­dzia­ła, cze­go chce od ży­cia.

– Ro­zu­miem.