Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
215 osób interesuje się tą książką
Mediolan skrywa mroczne sekrety, o których nie pisze się w kolorowych magazynach.
Między światłem wybiegów mody a cieniem mafijnych układów istnieje labirynt, w którym diamenty błyszczą najjaśniej wtedy, gdy są zabrudzone krwią.
Luna Kowalska, pół-Polka, pół-Włoszka – obiecująca projektantka biżuterii – trafia do tego świata za sprawą swojego talentu. A może… dokładnie tak, jak ktoś zaplanował. Jej życie zmienia się w chwili, gdy spotyka Maxa Karolewa: niebezpiecznie spokojnego, eleganckiego bossa mediolańskiego podziemia, który patrzy na nią tak, jakby była jego własnością, choć dopiero co poznał jej imię.
Max składa Lunie propozycję, która brzmi jak wybawienie. Dzięki pracy w świecie mody pod jego skrzydłami będzie mogła pomóc ciężko chorej matce. Luna trafia do królestwa mężczyzny: luksusowego pałacu, gdzie kontroluje się wszystko i wszystkich i gdzie szybko można się poczuć jak w klatce. I wkrótce staje się pionkiem w grze, w której władza pachnie drogimi perfumami, a namiętność ma smak strachu.
Między nią a Maxem zaczyna rodzić się coś, czego żadne z nich nie chciało nazwać. Coś intensywnego. Niebezpiecznego. Toksycznego.
Coś, co może ich ocalić albo zniszczyć.
Gdy w Mediolanie rozpoczyna się wojna o wpływy, Luna odkrywa, że jej życie, jej kariera, jej rodzina… mogą kryć znacznie więcej tajemnic, niż kiedykolwiek się spodziewała. A Max?
Max wydaje się wiedzieć wszystko.
I nie zamierza pozwolić jej odejść.
Diamentowy książę to mroczny, zmysłowy dark romance z elementami thrillera psychologicznego. Opowieść o obsesji, manipulacji i grze, w której miłość jest bronią, a prawda – największym zagrożeniem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 325
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Kto by zawżdy i wszędzie tylko dobrychuczynków był zwolennikiem, ten wśródmnóstwa złych ludzi musi upaść.
Niccolò Machiavelli, Książę, rozdział XV 1
22 lata wcześniej
W życiu prawdziwego mężczyzny są takie chwile, gdy może pozwolić sobie na łzy: kiedy rodzi mu się syn i kiedy ginie jego matka.
Moja matka, Chiara Karolewa, zginęła miesiąc temu, a wraz z nią mój młodszy brat. Wiozła go na przyjęcie urodzinowe.
Stracili życie tylko dlatego, że mój ojciec postawił się Morettim. Nie zgodził się na współpracę, bo dobrze wiedział, że proponowane przez Morettich warunki umowy za transfer krwawych diamentów na Wschód są nieakceptowalne. Nie byliśmy pierwszą lepszą bandą przemytników. Znaliśmy swoją wartość. Ojciec pochodził z Tambowa, był jednym z najważniejszych awtoritietów2 i rezydentem na włoskiej ziemi.
Ale Moretti tego nie rozumieli. Uznali to za zdradę, a Sycylijczycy nie wybaczają.
Być może…
Za to Chłopcy z Tambowa potrafią się mścić.
Uniosłem skrępowane ciało Morettiego i cisnąłem je na podłogę.
Tąpnęło głucho.
– Popełniasz wielki błąd, synu… – wycharczał, plując krwią. – Sycylia ci tego nie zapomni.
– Nie jestem, kurwa, twoim synem! – ryknąłem, chwytając go za przód przepoconej koszuli, i wymierzyłem cios prosto w szczękę. A potem następny. I następny. Patrzyłem, jak jego twarz staje się tak zniekształcona, że nawet bliscy mieliby problem, by go zidentyfikować.
– Za to Sycylia zapomni o tobie, Moretti! – krzyknąłem, mimo iż stracił przytomność.
Wykorzystałem moment, kiedy Salvatore odbierał swoją córeczkę z lotniska. Proste zadanie. Ochrona w ułamku sekundy zdjęta przez moich ludzi. Nie zapomnę przerażenia na jego twarzy, kiedy wsiadłem do jego limuzyny na fotel kierowcy i wymierzyłem broń w głowę dziewczynki.
Triumfowałem.
Machiavelli twierdził, że krzywdy powinny być wyrządzone raz na zawsze. I tak poważne, by druga strona nie miała szansy się zemścić.
Tak więc oto stałem nad dogorywającym Salvatore. Capo famiglia – aż parsknąłem śmiechem. Chciałbym zobaczyć minę Morettich, kiedy dotrze do nich, jaki zapanuje chaos. I byłem ciekaw, jak to rozegrają.
Wtedy dobiegł mnie cichy dziecięcy płacz. Zerknąłem w kierunku córki tego skurwysyna, na oko trzyletniej ciemnowłosej dziewczynki. Zamknąłem oczy i zacisnąłem dłonie w pięści. Sztylet w ręku ciążył, domagając się użycia.
Wypruję mu flaki i zrobię z nich zasłonkę!
Wet za wet.
Mała znów zapłakała.
Podszedłem do niej w momencie, kiedy Moretti zaczął odzyskiwać przytomność, jęcząc przy tym z bólu. Pomyślałem o mamie. O moim bracie.
– Max… – rzekł ostrzegawczo Vittore, trzymający dziecko. W jego oczach błysnął strach.
W ogóle mnie to nie dziwiło. W końcu za chwilę jego starszy brat, głowa rodziny Morettich, capo di tutti capi3, miał zginąć z mojej ręki. Famiglia nie będzie sobie mogła pozwolić na to, by ujawnić śmierć Salvatore. Straciliby szacunek wszystkich liczących się sycylijskich mafijnych rodzin, a tym samym miejsce przy stole donów. A Vittore Moretti był bardzo podobny do brata. Nadawał się idealnie na fałszywego przywódcę. I od początku wiedział, na co się pisze. Nigdy nie ukrywałem swoich zamiarów. No, może z wyjątkiem tego, że zamierzałem zabić także jego bratanicę. Ale on miał zyskać to, czego zazdrościł Salvatore od początku: władzę.
Mój ojciec stał z boku i spokojnie na to patrzył.
– Jak mogłeś… Vittore… – wycharczał starszy Moretti, a kiedy jego młodszy brat odwrócił spojrzenie, zwrócił się do mnie: – To nie ja wydałem wyrok. Przysięgam na życie swojej córki.
– Za długo to ona nie pożyje – zadrwiłem.
Podszedłem do niego i wbiłem mu nóż w okolice wątroby. Zawył.
– Śmierć za śmierć. Najpierw zajebię ciebie, a potem bachora – wyszeptałem tak, żeby tylko on to słyszał.
Załkał. Wówczas jednym ruchem rozpłatałem mu brzuch.
Dyszałem ciężko. Obróciłem się i wbiłem dzikie spojrzenie w dziewczynkę. Zrobiłem krok w jej stronę.
– Zastanów się, to jeszcze dziecko – odezwał się po raz pierwszy ojciec.
Nie Vittore.
Mój ojciec.
– Rodia też był dzieckiem! – ryknąłem, nie kryjąc drżenia w głosie.
Chwyciłem dziewczynkę za włosy i szarpnąłem. W moich wielkich łapskach była niczym kukiełka.
– Jej życie równa się dostępowi do Czarnego Kanału – stwierdził.
Zacisnąłem szczęki. Ostrze drgnęło mi w dłoni, bo ojciec miał rację. Mieliśmy Vittore w garści, ale miałem wrażenie, że to w istocie śliski wąż, którego także będzie trzeba w przyszłości sprzątnąć.
– Wiesz, czego nauczyli mnie Sycylijczycy? – mruknąłem po chwili chłodno. – Jeśli chcesz kogoś ukarać, najpierw odbierz mu wszystko, co kocha.
– Właśnie, synu… Pamiętaj, że zemsta wraz z upływem czasu smakuje jeszcze lepiej.
Zerknąłem na dziewczynkę. Zmoczyła się. Uśmiechnąłem się kpiąco i ponownie szarpnąłem ją za włosy. Następnie przycisnąłem do siebie, jakby miała się stać moją tarczą. Była taka drobna, że tak naprawdę nie mogłaby mnie osłonić, ale chciałem, żeby widziała swojego ojca jęczącego na podłodze jak pizda. Z wnętrznościami na wierzchu. Drżała z przerażenia i kwiliła cicho. Pieprzony Salvatore Moretti uniósł jeszcze wzrok i wyszeptał:
– Vittore… powiedz coś…
Ale jego młodszy brat milczał.
– Karolew. Błagam. Jeśli… jeśli masz serce, oszczędź moją małą Lunę…
– Serce? – Zaśmiałem się w głos. – Max Karolew nie ma serca.
Przyłożyłem ostrze do jej twarzy. Oddychałem ciężko. Serce dudniło mi w uszach, domagało się zemsty. Krwi Morettich.
– Max… – syknął ojciec, usłyszałem w jego głosie zawoalowaną przestrogę.
Ale czułem tylko metaliczną woń posoki, odór strachu i potu. Ostrze ciążyło w zaciśniętych palcach.
Krew za krew.
Życie za życie.
Ja straciłem dwa.
A potem wykonałem szybkie cięcie.
1 Wszystkie cytaty z Księcia Niccola Machiavellego pochodzą z opracowania wersji elektronicznej (MASTERLAB, 2013).
2Awtoritiet (ros.) – dosł. autorytet, boss mafijny zarządzający danym terenem, nadzorujący podporządkowaną mu grupę przestępczą.
3Capo di tutti capi (wł.) – szef wszystkich szefów, mafijny boss.
Ludzie snadnej zapominają śmierć ojca niż utratę majątku.
Niccolò Machiavelli, Książę, rozdział XVII
Mediolan, 2 lipca 2025, godzina 19:30
Moje wysokie szpilki, które kupiłam w zwykłej sieciówce, stukały o marmurową posadzkę Galerii Wiktora Emanuela II. Brzmiało to jak odliczanie, choć nie umiałam powiedzieć do czego – wiedziałam jednak, że dzisiaj moje życie może się całkowicie odmienić. Słońce właśnie zniknęło za linią dachów, zostawiając na niebie smugę brzoskwiniowego światła, jakby ktoś rozciągnął tam jedwab. Kiedy tu wchodziłam, po prawej stronie minęłam katedrę – monumentalny gotycki marmurowy budynek, który nieustannie obiecywałam sobie zwiedzić, ale odkąd przyleciałam do Włoch, nie miałam czasu, aby wejść na dach świątyni i spojrzeć na to miasto z góry. Piękno tego miejsca było prawie nieprzyzwoite.
Pokręciłam głową, zerknęłam na zegarek i poprawiłam mankiet marynarki. Prosty krój, głęboka czerń. Nie planowałam się zbytnio wyróżniać – nie tutaj, gdzie każda kobieta wyglądała, jakby urodziła się w atelier domu mody. Mimo to i tak czułam na sobie spojrzenia. Te grzeczne i te… zbyt intensywne.
Mogłam o sobie powiedzieć, że jestem ładną dziewczyną. Za kilka miesięcy, w grudniu, kończyłam dwadzieścia pięć lat. Miałam sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, proste czarne włosy do połowy pleców, równo przyciętą grzywkę, a po mamie pełne usta, lekko garbaty nos i przenikliwe niebieskie oczy. Włosy zaczesywałam na lewą stronę, gdyż na policzku, tuż przy uchu, miałam bliznę, której nabawiłam się w dzieciństwie. Będąc świadoma swoich atutów, umiałam z nich korzystać, by uzyskać to, na czym mi zależało. Byłam zgrabna i kobieca, chociaż uważałam, że gdybym spożywała nieco mniej panettone i tiramisu zapijanych espresso, może moja pupa wyglądałaby lepiej.
Ale w sumie miałam to gdzieś, dobrze się czułam w swoim ciele i nie zamierzałam odmawiać sobie drobnych przyjemności.
W dłoni ściskałam kopertówkę – oczywiście zbyt drogą, jak na mój skromny budżet, wypożyczoną z showroomu firmy. W mieście przebywałam służbowo. Reprezentowałam polską markę biżuteryjną Aural, która dzięki jednemu dobrze ustawionemu kontraktowi trafiła na pokaz Farella Milano. I dzięki przypadkowi – a może właśnie nie – to właśnie moja kolekcja, Czarne Linie, miała dzisiaj zabłysnąć.
Weszłam do Fundacji Prada umiejscowionej w galerii. To tutaj na piętrze odbywał się pokaz, a potem raut, na który także zostałam zaproszona. Wciągnęłam głęboko powietrze. Ostry zapach perfum, szampana i skóry. Tysiące odcieni piękna. Setki par oczu.
Ale to jedno spojrzenie przebiło się przez wszystko inne.
Zatrzymałam się. Poczułam dziwne mrówki wędrujące po karku. Skanowałam wzrokiem tłum, ale nie dostrzegłam niczego podejrzanego. Potrząsnęłam głową i sięgnęłam do torebki po zaproszenie, bo już podchodził do mnie elegancki konsjerż. Sprawdził, czy moje nazwisko znajduje się na liście.
– Luna Kowalska – powiedział nie bez trudu. – Aural Company.
Bez słowa pokiwałam głową.
– Zapraszamy najpierw na poczęstunek, prezentacja rozpocznie się za pół godziny.
– Dziękuję – odparłam po włosku i weszłam do przestronnej lustrzanej sali.
Byłam ciekawa, czy moja tutejsza partnerka już jest. Rozejrzałam się wokół. Wszędzie roiło się od eleganckich mężczyzn w drogich garniturach lub, dla odmiany, casualowych marynarkach, przykrótkich spodniach bez skarpet i w drogich skórzanych półbutach. Kobiety miały na sobie albo długie suknie, albo małe czarne. Dostrzegłam także kilka pań w garniturach lub spodniumach. Na szczęście nie byłam odosobniona w doborze garderoby. Miałam na sobie srebrny top, czarne spodnie, czarną marynarkę i wysokie szpilki. Czułam się dobrze, choć zdawałam sobie sprawę, że wszystko to, co dziś włożyłam, nie kosztowało nawet jednej trzeciej wartości torebki należącej do przechodzącej obok mnie olśniewająco pięknej blondynki. Ale nie zważałam na to. Nigdy nie przywiązywałam wagi do rzeczy materialnych.
W dzieciństwie mieszkałam na wrocławskim Trójkącie, w domu się nam nie przelewało. Mama wychowywała mnie sama. Ojca nie znałam. Wiedziałam, że byłam owocem jednorazowej przygody. Mama jako dwudziestotrzylatka przyjechała do Mediolanu. Poznała ojca w jednym z klubów, spędzili ze sobą tydzień, a potem wróciła do Polski i okazało się, że jest w ciąży. Próbowała się z nim skontaktować, ale on wyraźnie nie chciał być poinformowany o tym, że będzie miał dziecko. Mama była zawsze dumna i postanowiła, że wychowa mnie sama. Pomagała jej babcia, a kiedy ta odeszła, gdy chodziłam już do liceum, zostałyśmy same.
Potem studiowałam na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu i pracowałam na infolinii jednego z banków, a gdy byłam na czwartym roku, trafiłam do firmy Aural Company. Wzięłam udział w konkursie na projekt biżuterii wieczorowej i wygrałam. W ciągu roku stałam się jedną z czołowych projektantek nowej linii i dzisiaj miałam okazję i przyjemność zaprezentować się jako autorka projektu Czarne Linie.
W końcu podeszła do mnie moja włoska mentorka i opiekunka, Bianca Caruso. Wyglądała na niesamowicie czymś podekscytowaną. Przywitała mnie pocałunkiem w powietrze tuż koło ucha i nie zważając na nic, pociągnęła w stronę barku.
– Musimy to oblać! Chodź, kochanie!
– Ale… zaraz zaczyna się pokaz.
– Tak, tak! – Pokazała barmanowi dwa palce i tonem nieznoszącym sprzeciwu zażądała: – Negroni.
– Bianca – zaczęłam, ale ogniście rudowłosa kobieta spojrzała na mnie uważnie spod doczepianych, przesadnie długich rzęs.
– Luna. Nie uwierzysz! Twoja cała kolekcja… cała linia projektowa… została sprzedana! – Chwyciła mnie za dłonie i ścisnęła.
Miałam wrażenie, że właśnie oznajmiła mi, że chyba rzuci pracę oraz mieszkanie w Mediolanie i zamknie się w klasztorze. Zaparło mi dech w piersi.
Sprzedano całą moją kolekcję?
– J-jak to? – wydusiłam z niedowierzaniem. To brzmiało jak sen, nieprawdopodobny sen.
– Ano tak to!
Barman postawił obok dwie niskie szklanki do whisky, w których duże kostki lodu przykrywał rubinowy płyn, a z krawędzi każdego naczynia zwisała ozdobna skórka pomarańczy. Bianca chwyciła swój koktajl i lekko stuknęła w moją szklankę.
– Za twój sukces, kochanie. – Upiła odrobinę.
Również wzięłam do ręki drinka i zwilżyłam wargi.
– Nadal mi nie powiedziałaś, kto ją kupił.
– Bo to takie nieprawdopodobne! – zapiszczała. – Kupił ją… uwaga… – Rozejrzała się i szepnęła konspiracyjnie: – ON!
– Aha, super. – Oparłam dłoń na biodrze. – Czyli kto?
– Właściciel tego budynku… – Powiodła wzrokiem po sali. – I kilkunastu klubów, i domu mody, i niezliczonej ilości firm oraz nieruchomości w całych Włoszech.
Poczułam, jak zimno rozlewa mi się po plecach. W Mediolanie był tylko jeden człowiek, który pasował do tego opisu. Upiłam odrobinę drinka, by zamaskować drżenie w głosie.
– A coś więcej? – Westchnęłam, udając głupią.
– To…
Bianca nie skończyła, bo organizatorka i przedstawicielka firmy Farella zaczęła przez mikrofon zapraszać do zajęcia miejsc.
– Chodźmy. – Caruso ruszyła przed siebie.
Zerwałam się z hokera, by za nią pójść. Zwłaszcza że rozbudziła moją ciekawość i chciałam dopytać, o co chodzi z tym kupnem.
– Za niesamowite piękno…
Drgnęłam, słysząc niski, przyjemny dla ucha głos.
Zerknęłam przez ramię i nie mogłam się ruszyć, zahipnotyzowana intensywną zielenią oczu, które uważnie mi się przypatrywały. Zadrżałam. Mężczyzna uniósł swoją whisky i dodał:
– …i za widok, który zwala z nóg.
Uśmiechnęłam się, czując na policzkach lekki rumieniec, i obróciłam w stronę nieznajomego.
– Zgadzam się z panem, prezentowane tu kolekcje są oszałamiające… jedyne w swoim rodzaju – odparłam i upiłam odrobinę koktajlu.
Wtedy on pochylił się w moją stronę tak, że dotarł do mnie jego zapach: lasu, drzewa sandałowego i czegoś jeszcze… Niebezpieczeństwa? Znów zadrżałam, a wówczas dodał niskim półszeptem:
– A kto powiedział, że miałem na myśli biżuterię?
Zaniemówiłam, totalnie skonfundowana, a on uśmiechnął się krzywo. W jego oczach błysnęło coś drapieżnego. Przez moment nie potrafiłam wydobyć z siebie głosu, a moje policzki zrobiły się jeszcze bardziej czerwone. I kiedy już zbierałam się w sobie, by odpowiedzieć, w mojej torebce zawibrowała komórka. Zerknęłam, kto dzwoni, i poczułam strach. Spojrzałam na mężczyznę i odezwałam się cicho:
– Przepraszam, to ważne. Muszę odebrać.
Mrugnął tylko do mnie i odszedł. Podążyłam za nim wzrokiem i dostrzegłam Biancę, machającą mi ręką i rozcapierzającą palce. Zrozumiałam komunikat: „Masz pięć minut!”. Uniosłam kciuk, na co się obróciła i dla odmiany pomachała jakiemuś wysokiemu blondynowi. Podszedł do niej z szerokim uśmiechem, a wtedy zaczęła się z nim wylewnie witać.
Ruszyłam w kierunku korytarza prowadzącego do toalet. Serce biło mi coraz szybciej. Bałam się, za każdym razem panicznie się bałam, że dzwonią tylko po to, by mnie poinformować, że nie ma już nadziei. Kiedy zyskałam pewność, że nikt mnie nie usłyszy, wzięłam pokrzepiający wdech i odebrałam:
– Tak, Asiu? – Nie potrafiłam zakamuflować drżenia w głosie.
– Mama ma się dobrze. – Te słowa sprawiły, że z powodu zalewającej mnie ulgi aż złapałam się ściany, by nie upaść. – Chemia chyba zaczyna działać. Jest słaba, ale…
– To świetnie – rzuciłam pospiesznie. – Właśnie wchodzę na pokaz.
– Trzymamy za ciebie kciuki, kochanie.
– Dziękuję. Zadzwonię jutro, bo dzisiaj pewnie wszystko skończy się późno.
– Dobrze, olśnij ten Mediolan swoim wewnętrznym blaskiem, Luno.
– Taki właśnie mam zamiar.
Zanim się rozłączyłam, uśmiechnęłam się sama do siebie. Asia Wolańczyk była przyjaciółką mamy i teraz, gdy ta zachorowała, a ja musiałam wyjechać, opiekowała się nią. Nie miałam wyboru. Lekarze rozkładali ręce, a choroba postępowała. Znalazłam w Szwajcarii prywatną klinikę, która prowadziła eksperymentalne leczenie, ale to kosztowało. Dużo pieniędzy. Zamierzałam je zarobić tu, w Mediolanie. Byłam zdeterminowana, choć ograniczał nas czas. Ale wiedziałam, że się uda.
Musi się udać!
– Musi! – szepnęłam.
Mama była moją jedyną rodziną. Poza nią nie miałam na tym świecie nikogo.
Ścisnęłam w dłoni telefon i odwróciłam się gwałtownie, by wrócić do sali, gdzie zaraz miała rozpocząć się impreza. I w tym momencie zderzyłam się z czymś… kimś… twardym i wysokim. Na skutek uderzenia telefon wypadł mi z dłoni, a ja ledwo utrzymałam równowagę. Uniosłam głowę i zamarłam.
Przede mną stał mężczyzna w ciemnografitowym garniturze, śnieżnobiałej koszuli, bez krawata, za to z rozpiętymi dwoma górnymi guzikami. Na nogach miał eleganckie, zapewne horrendalnie drogie mokasyny. Pachniał oszałamiająco, a kiedy złapał mnie za ramiona, na jego lewym nadgarstku błysnął srebrny zegarek.
– Oj, przepraszam… – jęknęłam, czując wdzięczność do nieznajomego, że mnie przytrzymał, bo niechybnie bym upadła na fantazyjną, marmurową posadzkę.
– Jest pani cała? – Miał niski głos o przyjemnym brzmieniu. Mówił po włosku z nieznacznym wschodnim akcentem.
Przeniosłam spojrzenie wyżej i…
O ja pierdolę!
Czy jego ojcem jest Michał Anioł?
Myślałam, że takich mężczyzn widuje się tylko na obrazkach wygenerowanych przez sztuczną inteligencję, ewentualnie na wybiegach mediolańskich domów mody. Wysoki, z niesamowicie ciemnymi, prawie czarnymi oczami. Oliwkowa cera. Ciemnobrązowe włosy tu i ówdzie przeplatały rozjaśnione słońcem pasemka. Wysokie kości policzkowe i jednodniowy ślad zarostu na kwadratowej szczęce dodawały mu surowości. Nos miał prosty, długi, a ładnie wykrojone usta wyglądały, jakby były stworzone do całowania.
Cholera, o czym ja myślę! – skarciłam się w duchu, ale i tak nie zdołałam powstrzymać mimowolnego westchnienia.
A on… patrzył na mnie. Natarczywie…
Dreszcz przebiegł mi po karku, kiedy dotarło do mnie, że tak wygląda spojrzenie drapieżnika, który właśnie zapędził swoją zdobycz w pułapkę.
Nie wierzyłem w przypadki.
Niccolò Machiavelli uważał, że przede wszystkim należy polegać na umiejętności strategicznego działania i być przygotowanym na zmienne okoliczności. Wszystko jest konstrukcją – precyzyjną, matematyczną, przemyślaną w każdym najdrobniejszym detalu. Jak czyste złoto w ogniu.
Z wyższej loży, zza przyciemnianego szkła, obserwowałem ruch tłumu jak grę na planszy. Widziałem twarze, które były mi doskonale znane: mediolańskich notabli, influencerek z milionami followersów, polityków z powiązaniami, projektantów, którzy szyli dla watykańskich kardynałów i szwajcarskich gangsterów.
I ją.
Wiedziałem o niej wszystko. I chociaż dziewczyna nie miała jeszcze pojęcia o moim istnieniu, to było jasne, że dzisiaj wszystko się zmieni, a w jej życiu już nic nie będzie takie samo.
Do tej pory była tylko informacją, którą karmiłem się od lat – zbierając, katalogując, chowając w plikach komputera i czytając podczas samotnych nocy. Informacje są jak szkice. A dzisiaj wreszcie miałem okazję zobaczyć obraz na żywo.
Była dokładnie taka, jak chciałem. Mimo że doskonale wiedziałem, jak wygląda, to zrobiła dziś na mnie wrażenie. Piękna. Na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie spokojnej, jakby przywykła do takich imprez, ale dostrzegłem jej lekko drżące dłonie. Widziałem, jak przełyka szampana, jak oblizuje pełne wargi.
Niezbyt ostentacyjna, ale w pełni obecna. Nieświadoma swojej wartości – i tego, że właśnie stała się pionkiem w rozgrywce, która zaczęła się na długo przed jej urodzeniem. Niewinna, trochę bezczelna, bardzo niepewna jutra, ale jednocześnie silna i pełna determinacji.
Znałem ją lepiej, niż ona samą siebie. Jakby była… moja? Kurwa, ona była moja. A ja… musiałem ją dzisiaj poczuć. Dlatego poszedłem za nią w stronę toalet i zainicjowałem nasze spotkanie, a właściwie zderzenie. Moment, w którym dotknąłem jej ciała… Naprawdę miałem wrażenie, jakbym właśnie dostał pieprzony prezent w postaci głowy gnoja, który mnie zdradził albo okradł. W takich sytuacjach także czułem tę niezwykłą ekscytację, podniecenie. I oczekiwanie.
Tak, czekałem, aż Luna się zorientuje, że przyjeżdżając do Mediolanu, wpadła prosto w moje łapy, wniknęła do mojego mrocznego świata.
Wcześniej zleciłem Ianowi, który był moim przyjacielem i najbliższym współpracownikiem, zakup wszystkich prac jej autorstwa. Po pierwsze, chciałem tym zwrócić jej uwagę. Po drugie, biżuteria projektu dziewczyny była naprawdę piękna. Po trzecie, musiałem wcielić w życie cały mój misterny plan, który przygotowywałem od dwóch dekad.
Uśmiechnąłem się lekko.
– Witaj, krasotko4, czekałem na ciebie.
4Krasotka (ros.) – ślicznotka.
Nasuwa się tu pytanie, co lepiej: czybyć kochanym, czy też bojaźń wzniecać? Według mnie jedno i drugie jest dobre, lecz gdy ich połączenie trudnościom podlega, a jednego niedostaje, bezpieczniej jest lęk niż miłość sprawiać.
Niccolò Machiavelli, Książę, rozdział XVII
Drgnęłam, słysząc obcobrzmiące słowo. Dobrze wiedziałam, że to rosyjski. Na studiach miałam współlokatorkę, która była na rusycystyce. Przygotowując się do kolokwiów, często powtarzała słówka na głos, a że mam pamięć do języków, chłonęłam je razem z nią. Po wybuchu wojny w Ukrainie była hejtowana. Ludzie uprzykrzali jej życie do tego stopnia, że zastanawiała się nad zmianą kierunku.
„Czekałem na ciebie” – te słowa ścisnęły mnie za gardło.
Czekał. A więc to…
– Max Karolew. – Ujął moją rękę i musnął wargami jej wierzch, po czym z drapieżnym błyskiem w oku dodał: – Cała przyjemność zdecydowanie po mojej stronie.
Przestałam na moment oddychać.
Zaczęło się, przemknęło mi przez myśl. Wiedziałam, że to kiedyś nastąpi. Nie sądziłam tylko, że właśnie dziś.
Mroczne spojrzenie nieznajomego poruszyło coś w moim podbrzuszu, a skórę na całym ciele pokryły ciarki. Nie nazwałabym tego strachem, był to raczej kuszący niepokój.
– Luna. – Uśmiechnęłam się z trudem, wyciągając dłoń. Nie musiałam nawet udawać zaniepokojenia. – Luna Kowalska.
Cofnęłam się o krok, zachowawczo, ale wówczas jego wzrok złagodniał. Wypuścił moją dłoń, a potem się pochylił i podniósł coś z podłogi.
– To chyba twoje, Luno. – Podał mi złoty telefon. – Wypadł, kiedy na ciebie wpadłem.
Zamrugałam. Dopiero po chwili do mnie dotarło, że to przecież mój iPhone, który chwilę wcześniej upuściłam.
Luna, błagam! Przystojny facet, a ty już zapominasz o tym, co było minutę temu!
Ale dobrze wiedziałam, że wcale nie chodziło o jego niezaprzeczalny urok. Tylko o to, kim był. Max Karolew. Mój cel i jeden z powodów mojego pobytu w Mediolanie.
– Dziękuję – wydusiłam zawstydzona.
Kiedy odbierałam od niego urządzenie, musnął przypadkowo moje palce. Poczułam dziwny prąd przepływający przez ciało i nagle odniosłam wrażenie, że temperatura wokół nas gwałtownie wzrosła. Mężczyzna ani na sekundę nie spuszczał ze mnie wzroku.
Wtedy z sali dobiegły pierwsze dźwięki fortepianu.
– O cholera, zaczyna się – jęknęłam. – Przepraszam, muszę iść.
– Również na pokaz? – zainteresował się.
– Tak.
– To świetnie się składa. Z chęcią cię odprowadzę.
Jako ambasadorka marki miałam miejsce w pierwszym rzędzie. Mijając dwa pozostałe rzędy, czułam na sobie spojrzenia wszystkich gości. Nigdy nie lubiłam być w centrum uwagi, a domyślałam się, że zostanę zmuszona do wyjścia na środek jako projektantka Czarnych Linii. Bez problemu odnalazłam swoje eleganckie, tapicerowane krzesło. Ledwo usiadłam, a wtedy ostatnie wolne miejsce obok zajął Karolew. Zatchnęło mnie, kiedy znów dotarła do mnie woń jego perfum: róża, jaśmin, szafran i drzewo sandałowe.
Matko jedyna!
Rozpoznałam ten zapach – Haute Luxe of Roja Parfums. Prezentowano nam go na jednym ze szkoleń. Jeśli miałabym go opisać w dwóch słowach, byłyby to: władczy i hipnotyzujący. Dokładnie jak facet, który chwilę temu stał przede mną. A teraz siedział obok.
I kosztował fortunę. Zapach, nie facet… chociaż…
A niech mnie!
Karolew był bogaty. I wpływowy.
– No proszę… – Usłyszałam jego cichy głos tuż przy uchu. Ciepło oddechu połaskotało mój kark. – Coś mi się wydaje, że mam wyjątkowe szczęście, krasotka…
Zaschło mi w gardle i nie mogłam oderwać od niego spojrzenia. Wiedziałam, że Włosi chętnie flirtują i komplementują kobiety, ale on nawet nie musiał nic mówić. Wystarczy, że patrzył, a już cierpła mi skóra na całym ciele. A najgorsze w tym wszystkim było to, że mi się to podobało. I z przyjemnością sobie na to pozwoliłam. Tak było mi o wiele łatwiej być Luną Kowalską – dziewczyną z Wrocławia, projektantką, nikim ważnym.
W momencie, kiedy główne światła przygasły, a dźwięki fortepianu zmieniły się z forte na pianissimo, mieszając się ze stukotem szpilek, z ociąganiem odsunął się nieco ode mnie.
Na środku pojawiła się kobieta. Jej smukłe ciało opinała czarna, prosta suknia. Szyję, uszy i lewy nadgarstek zdobiła elegancka biżuteria Aural. Nawet gdybym nie wiedziała, że to nasza marka będzie prezentowana jako pierwsza, zorientowałabym się po charakterystycznych trzech ogniwach zdobiących naszyjnik tuż przy eleganckim wisiorze w kształcie łzy. To był nasz znak rozpoznawczy.
– Signore e signori – zaczęła po włosku. – Witamy w Galerii Wiktora Emanuela II. W miejscu, gdzie czas zwalnia, by przenieść państwa do zupełnie innego świata. Do krainy luksusu, szyku i zmysłowej elegancji. Gdzie światło i mrok łączą się niczym najżarliwsi kochankowie za sprawą jednej z najznamienitszych kolekcji biżuterii, jaką kiedykolwiek dane mi było przedstawiać. Marka Aural od lat króluje na rynku, wyróżniając się nieszablonowym stylem, ale to właśnie kolekcja Czarne Linie otwiera jej drogę do wielkiego świata.
Konferansjerka powtórzyła jeszcze swoje słowa w języku angielskim i usunęła się w cień. Wtedy oczom wszystkich ukazał się iście sensualny spektakl świateł i cieni przedstawiający moją biżuterię, okraszony subtelnymi dźwiękami fortepianowej muzyki. Poczułam wzruszenie, kiedy modelki poruszając się delikatnie niczym duchy wydobywały z zaprojektowanej przeze mnie biżuterii to, co najistotniejsze.
Piękno i szyk.
Punktowe światła skierowano tak, by uwydatniały subtelność z dodatkiem drapieżnej nuty, charakteryzujące całą kolekcję Czarnych Linii. Odnosiło się wrażenie, że każdy naszyjnik, bransoletka czy kolczyki to żywe istoty. Niczym wróżki, które potrzebują człowieka tylko po to, by ich zjawiskowość stała się jeszcze doskonalsza.
Dla mnie pokaz trwał kilka minut, więc kiedy światła znów zmieniły intensywność, spojrzałam na zegarek i z zaskoczeniem odkryłam, że minęło ponad pół godziny.
– Widzę, że państwo są w równie wielkim szoku jak i ja. Ta kolekcja łamie wszelkie konwenanse i z pewnością jest futurystyczną zapowiedzią zmian, za którymi będziemy chcieli podążać. To nowy kierunek, jaki wyznaczył właśnie Aural. A teraz chciałabym zaprosić na scenę osobę odpowiedzialną za to niecodzienne widowisko. Przed państwem Luna Kowalska.
Poczułam na sobie ciężar spojrzeń dziesiątek par oczu. A szczególnie tych jednych – ciemnych jak noc. Nie ośmieliłam się spojrzeć w lewo, gdzie siedział Max. I bez intensywności czającej się w jego wzroku moja twarz przybrała kolor purpury. Mimo iż tego typu pokazy organizowane były dla wąskiej grupy gości, rzekłabym wręcz, że elit – a ja spodziewałam się przecież, że trafię na wybieg – najchętniej teraz udawałabym, że mnie tam nie ma. Niestety prowadząca uparcie się we mnie wpatrywała. Wolałam działać w cieniu, nie w błysku fleszy. Podniosłam się jednak z krzesła i nagle poczułam palce oplatające mój nadgarstek. Zerknęłam na siedzącego obok mnie mężczyznę.
– Nie dość, że piękna, to jeszcze pełna niespodzianek. – Znów ucałował moją rękę, po czym dodał: – Mam nadzieję, że będziesz moją towarzyszką na dzisiejszym raucie, Luno. – I dopiero wówczas mnie puścił.
Ostrożnie pokonywałam stopnie prowadzące na podwyższenie, bo nogi mi drżały. Cała się trzęsłam i w sumie nie wiedziałam, czy to przez niego… czy przez to, że właśnie zaczynała się gra, w której stawką byłam ja.
Rybka połknęła haczyk.
To było prostsze, niż zakładałem. I zapowiadało świetną zabawę. Moje pierwsze słowa ją zaintrygowały. Widziałem to w jej oczach: ciekawość. Okazała się bardzo podatna na mój urok. Z tego, co zaobserwowałem, wynikało, że cechuje ją raczej nieufność i ostrożność w kontaktach z mężczyznami. A może po prostu trafiała dotąd na palantów, którzy nie mieli pojęcia, jak zainteresować sobą kobietę. Za jakie sznurki pociągnąć, by rozbudzić w niej ukryte pragnienia.
Rozsiadłem się wygodnie i obserwowałem, jak dziewczyna wchodzi na wybieg. Wyprostowana, lecz spięta, niepewna. Nie lubiła być w centrum uwagi, a teraz musiała zabłysnąć. Odwróciła się przodem do mnie, a jej śliczną twarz rozświetlił nieśmiały uśmiech.
Szkoda takiego talentu.
I takiej zjawiskowej urody.
Życie jest pełne drapieżników i ofiar. Miała pecha, że ja okazałem się tym pierwszym.
Wkrótce Luna wróciła na miejsce, rozpromieniona i podekscytowana. Obejrzeliśmy jeszcze trzy pokazy innych kolekcji, ale żadna nie wywołała takiego poruszenia jak Czarne Linie. Cieszyłem się, że udało mi się ją kupić, nim ktokolwiek inny się zorientował, jak jest cenna.
Konferansjerka podziękowała nam za poświęcony czas i zaprosiła na raut w sali lustrzanej, chyba najbardziej ekskluzywnej przestrzeni w całej galerii. Luna poderwała się z krzesła, a wtedy chwyciłem jej łokieć, by ją zatrzymać. Popatrzyła na mnie skonfundowana. Wysunąłem ramię. Spojrzała mi w oczy, a potem na rękę i zamrugała onieśmielona.
– Nalegam, Luno.
– A co, jeśli odmówię?
– A co, jeśli jestem człowiekiem, któremu się nie odmawia? – odbiłem piłeczkę.
W jej oczach na moment błysnęło zawahanie. Uciekła wzrokiem w bok, by zaraz ponownie odszukać moje spojrzenie. W końcu ostrożnie objęła palcami mój biceps i pozwoliła się poprowadzić. Kiedy wkroczyliśmy do sali pełnej luster, od razu zwróciłem uwagę na nasze odbicie. Prezentowaliśmy się razem idealnie – i ona chyba również to dostrzegła, bo na moment zwolniła kroku, skupiając się na lustrzanej tafli.
– Podoba ci się to, co widzisz? – spytałem, nachylając się tak, by te słowa trafiły tylko do jej ucha.
Nie zaprzeczyła. Nie mogła.
– Mogę prosić państwa o uśmiech? – rozległ się głos podekscytowanego fotografa. Dostrzegłem zwieszoną na jego szyi legitymację prasową.
Objąłem Lunę w talii i wykorzystując element zaskoczenia, przyciągnąłem bliżej siebie. W lustrze za plecami dziennikarza widziałem, że wyglądamy jak para. Perfekcyjnie. Cel poczuje się zdezorientowany. Dokładnie tak, jak planowałem.
Byłem przekonany, że nasze wspólne zdjęcie trafi jutro na pierwsze strony gazet. Staniemy się kulturalną pożywką dla pismaków.
Prasa lubi ładnych ludzi.
Świat mody lubi ładnych ludzi.
A my we dwoje przyciągaliśmy spojrzenia. Czułem je na sobie.
Poprowadziłem dziewczynę do szwedzkiego stołu, w międzyczasie zatrzymałem kelnera i wziąłem dwa kieliszki szampana. Jeden z nich podałem Lunie.
– Za twój sukces. – Uniosłem szkło w geście toastu. – Niesamowita kolekcja.
– Dziękuję. – Zarumieniła się i pospiesznie wypiła zawartość. – To wszystko… Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje – przyznała, po czym dodała: – I jeszcze… ponoć ktoś wykupił całą moją kolekcję jeszcze przed pokazem.
– Szczęściarz – skomentowałem, nie mogąc się doczekać jej reakcji, kiedy się dowie, że to ja. – Na co masz ochotę? – Wskazałem stół uginający się od przekąsek, począwszy od miniaturowych kanapeczek, a na wykwintnych daniach kuchni włoskiej skończywszy.
Wskazała palcem tiramisu. Podałem jej talerzyk, sam również wziąłem porcję dla siebie. Tymi gestami roztaczałem wokół niej aurę pozornej troski, czułości i adoracji. Działało. Każde moje skrupulatnie przemyślane działanie skutkowało odbijającą się w jej oczach dozgonną wdzięcznością. Jakby nikt nigdy wcześniej nie okazał jej zainteresowania, na jakie w pełni zasługiwała. Mogłem ją uważać za swój środek do celu, ale nie potrafiłem nie docenić jej nieszablonowej urody, którą z pewnością zawdzięczała włoskim korzeniom.
– Panie Karolew. – Bianca Caruso podeszła do nas z uśmiechem. – Zgodnie z życzeniem private viewing jest już przygotowane. Jeśli pan pozwoli, wskażę panu drogę.
Zauważyłem, jak mruga porozumiewawczo do Luny. Była jej mentorką.
– Z chęcią – odparłem, po czym zwróciłem się do dziewczyny: – Mam nadzieję, że będziesz mi towarzyszyć.
– Ja? – zdziwiła się. – J-ja nigdy nie byłam na takim zamkniętym pokazie.
– Tym bardziej powinnaś do mnie dołączyć.
Mimo niepewności w końcu się zgodziła. Ciekawość okazała się silniejsza od rozsądku. Widziałem, że ma coraz więcej wątpliwości, choć jest też coraz bardziej zaintrygowana.
Private viewing, czyli zamknięta prezentacja po pokazie, miało miejsce w małej sali. Zgodnie z moim życzeniem przygotowano dwa krzesła. Zależało mi na prezentacji tylko jednego naszyjnika: srebrnej zawieszki w kształcie łzy zdobionej diamencikami i zatopionej w niej czarnej linii z zaschniętej żywicy z dodatkiem mikropopiołu. Złoty łańcuszek, na którym była zawieszona, kończył się charakterystycznymi dla marki Aural trzema ogniwami, pomiędzy którymi umieszczono maleńkie czarne perły.
Zajęliśmy miejsca. Zamiast żywej muzyki z głośników sączyło się Le Vent Francesca Taskayalego. Prezentująca biżuterię modelka miała na sobie tylko cielistą bieliznę, a punktowe światło skupione było dokładnie na interesującym mnie naszyjniku. Był najpiękniejszy z całej kolekcji. Ja jednak nie koncentrowałem się na pokazie, lecz uważnie obserwowałem emocje malujące się na twarzy Luny. Była wzruszona.
Idealnie.
Kiwnąłem palcem na modelkę, a ona posłusznie się do mnie zbliżyła. Podniosłem się z krzesła i stanąłem tuż za jej plecami. Zdjąłem biżuterię z szyi kobiety, po czym podszedłem do Luny i spytałem:
– Pozwolisz?
Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia.
– J-ja? – wyjąkała.
– To najpiękniejszy naszyjnik, jaki kiedykolwiek powstał, więc powinna go nosić najpiękniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek spotkałem – wytłumaczyłem, a to wprawiło ją w jeszcze większe zakłopotanie.
W jej oczach pojawił się błysk zrozumienia i zasłoniła usta dłonią, ale po chwili z trudem wydusiła:
– To… to ty wykupiłeś całą kolekcję, prawda?
– Tak.
– Dlaczego?
– Bo uważam, tak jak prowadząca dzisiejszy pokaz, że zapoczątkowałaś nowy trend. Czarne Linie to powiew świeżości. Coś, co inni będą próbowali nieudolnie naśladować. A ja lubię kolekcjonować unikatowe rzeczy. Jedną z nich chcę podarować tobie.
– Nie mogę tego przyjąć – zaoponowała.
Wówczas stanąłem za nią, nachyliłem się i szepnąłem:
– Ale ja nie przyjmuję odmowy, krasotka.
Bezceremonialnie odgarnąłem włosy Luny na bok, przełożyłem naszyjnik przez głowę i zapiąłem łańcuszek. Pozwoliłem sobie przejechać kciukami po jej karku. To było dosłownie delikatne muśnięcie, ale momentalnie pokryło skórę dziewczyny ciarkami.
Moja dłoń niespodziewanie zastygła. Na ułamek sekundy, ale… przecież ja nigdy wcześniej się nie zawahałem. Zamarłem w momencie, kiedy zauważyłem bliznę w kształcie półksiężyca po lewej stronie policzka. TĘ BLIZNĘ! Sięgała aż do ucha, a mnie coś boleśnie ścisnęło w piersi na myśl o tym, jak niewiele brakowało, bym…
Opanuj się!
Luna drgnęła, zrobiła ruch, jakby chciała się zasłonić, ale szybko odzyskałem rezon i nie pozwoliłem jej na to.
– Co to? – spytałem cicho. Lekko musnąłem wierzchem palca wskazującego delikatną skórę. Poczułem, że ponownie zadrżała, ale teraz z całkiem innego powodu.
– Wypadek… właściwie upadek z huśtawki. Kiedy miałam trzy latka, ale nie pamiętam tego.
– Księżycowa dziewczyna. – Uśmiechnąłem się.
Zamrugała zaskoczona, a jej policzki znów się zaróżowiły. Onieśmielałem ją.
Dobrze.
Bardzo dobrze…
To znaczyło, że wpadała w moje sidła niczym niespodziewające się niczego zwierzątko. Mysz, która nieopatrznie weszła w zasięg wzroku kota. Pozostało tylko czekać, aż stanie się jego kolacją.
Wyciągnąłem do Luny dłoń i pomogłem jej wstać, po czym wróciliśmy do sali lustrzanej. Srebrna łza niemal zlewała się z topem, który dziewczyna miała na sobie, ale biegnąca przez środek czarna linia sprawiała, że każdy, kogo mijaliśmy, właśnie na niej skupiał wzrok.
Z zaskoczeniem odkryłem, że z Luną dobrze mi się rozmawia. Była inteligentna i oczytana, ale jednocześnie łatwa do kontrolowania. Naszyjnik był tylko pretekstem. Testem, na ile mogę sobie pozwolić. Jak widać, na wiele. Zyskałem pewność, że gdybym się postarał, tej nocy skończyłaby w moim łóżku. Nie powiem, ta opcja jawiła się kusząco, jeśli jednak chciałem osiągnąć sukces, musiałem stawiać małe kroczki. A nawet częściej się cofać, niż postępować naprzód. Wiedziałem, że cierpliwość się opłaci.
Etap pierwszy: zaliczony.
Już mi się nie wymkniesz, Księżycowa Dziewczyno.
© Copyright by Paulina Jurga, 2026
© Copyright by Agnieszka Lingas-Łoniewska, 2026
© Copyright by Wydawnictwo JakBook, 2026
Wydanie I
ISBN: 978-83-68535-40-2
Redakcja: Beata Kostrzewska
Korekta: Dominika Kamyszek – Opiekunka Słowa
Skład: Monika Pirogowicz
Okładka: Maciej Sysio
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl
Fotografia na okładce:
Zdjęcie wygenerowane przez OpenAI
Wydawnictwo JakBook
ul. Lipowa 61, 55-020 Mnichowice
www.wydawnictwojakbook.pl
