Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
92 osoby interesują się tą książką
Nieśmiertelność to dopiero początek problemów.
Outlander spotyka Grę o Tron w spektakularnym otwarciu serii fantasy od Ilony Andrews, duetu autorów ze szczytu listy bestsellerów „New York Timesa”.
Kiedy Maggie budzi się w rynsztoku, zmarznięta, brudna i naga, od razu rozpoznaje miasto, do którego trafiła. To Kair Toren, znane jej z kart kultowego, niedokończonego cyklu mrocznej fantasy – czytała go obsesyjnie przez lata, czekając na ostatni tom, lecz ten nigdy nie nadszedł.
Jak poradzi sobie w brutalnym świecie rywalizujących rodów, magii i chaosu? Dzięki encyklopedycznej znajomości tej historii: fabuły, świata, bohaterów, ich ambicji i przeznaczenia. Szybko odkryje też jeszcze jedno: nie sposób jej zabić (choć wielu spróbuje!)… niestety jednak śmiertelni są ludzie, których zaczyna kochać.
U jej boku stanie nieoczywista drużyna: szlachecka służka, groźny skrytobójca, osobliwe magiczne istoty czy niebezpiecznie pociągający żołnierz. Niewiele czasu trzeba, by Maggie przestała szukać drogi powrotnej do domu, a wplątała się w sieć intryg, przyciągając uwagę rywalizujących książąt, lordów i potworów w ludzkiej skórze. Jej celem staje się ocalenie królestwa Rellas przed losem, którego finał doskonale zna – katastrofalną wojną.
To królestwo mnie nie zabije zabierze fanów Samanthy Shannon, Danielle L. Jensen i Sarah J. Maas oraz miłośników isekai i fantasy portalowego w epicką przygodę!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 815
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla Hordy Pożeraczy Książek i wszystkich innych czytelników, którzy marzyli o zatraceniu się w lekturze
Szósty dzień Miesiąca Siewu
Deszcz zalał miasto, zimny i nieubłagany. Wypłukał wszelkie kolory ze średniowiecznych budynków, aż świat poszarzał, i przesiąknął przez brudną szmatę, w którą się owinęłam. Kwaśny smród, wydobywający się z uświnionych fałd, był iście epicki. Nie czułam palców stóp, a palce rąk mi zdrętwiały.
Trzypiętrowe budynki górowały nad alejką niczym ściany kamiennego kanionu, zdawały się mnie więzić. Gdzieś między wczorajszym wieczorem a dzisiejszym rankiem żołądek zamienił mi się w bolesną, bezdenną otchłań. Nie jadłam od trzech dni. Już nawet nie trzęsłam się z zimna. Ciału zabrakło energii.
Kolejny raz sprawdziłam swój kamień. Leżał w kałuży u moich stóp, beżowy odłamek muru wielkości dużego grejpfruta. Gdyby był większy, nie dałoby się go chwycić jedną ręką. Znalazłam go dziś rano i niosłam w deszczu przez dwie godziny, aż trafiłam na właściwy most.
Kamień wciąż tu był. Trąciłam go stopą, tak dla pewności. Wydawał się solidny i prawdziwy.
Oderwałam się od muru i lekko pochyliłam, żeby wyjrzeć z alejki. Przede mną wąski kamienny most spinał brzegi wezbranej deszczem rzeki. Po drugiej stronie majaczyła kolejna ściana średniowiecznych budynków. Za nimi wznosiła się wieża, iglica mająca niemal dwieście metrów, odcinająca się na tle owładniętego burzą nieba i zwieńczona ogromnym kwiatem z przezroczystego mlecznego szkła. Płatki były zwinięte w pąk wokół tarasu widokowego, by uchronić go przed nawałnicą. Co kilka sekund przez zaczarowane szkło przenikały świetliste złote iskry.
Tuzin ciemnych kształtów krążył wokół kwiatu, szybując na dzikich prądach powietrza. Mój mózg doszukiwał się w nich ptaków, ale one mają tylko jedną parę skrzydeł, nie dwie. Poczucie, że coś jest nie tak, przytłaczało.
Tak, Wieża Magów i dziwaczne ptakopodobne stworzenia też tu były.
Przycupnęłam przy ścianie.
Nie mogłam dotknąć Wieży Magów, ale wiedziałam, że jest prawdziwa. Przede wszystkim wyobrażałam ją sobie inaczej. W mojej głowie wyglądała jak nieskazitelna blada igła, elegancka, niemal delikatna. Gdybym miała do czynienia z halucynacją, zobaczyłabym coś pasującego do tego obrazu, ale rzeczywistość okazała się inna. Wieża mierzyła wyzywająco w niebo, jej ściany były zniszczone, ale mocne, jakby wyrosła ze skały. I wydawała się pradawna. Jakby stała tam od tysiącleci i miała stać tak przez kolejne, ponadczasowa i obojętna, podczas gdy miasto wokół niej rozpadało się w pył, odbudowywało i ponownie rozpadało.
Nie, to było prawdziwe, jak ten niekończący się deszcz, jak ból w zmarzniętych bosych stopach i jak kąsanie w żołądku.
W oddali czterokrotnie zabrzmiał dzwon. Czwarta po południu.
Już niedługo.
Stwierdzenie, że nie tak wyobrażałam sobie spędzenie niedzieli, byłoby karygodnym niedopowiedzeniem. Dziś miałabym swój jedyny dzień wolny. Powinnam go spędzić na oglądaniu Netflixa, podjadaniu pizzy i czytaniu, a wszystko to robiłabym, wylegując się na kanapie w moim małym mieszkaniu, w cieplutkich, miękkich i suchych spodniach dresowych. A nie owinięta w ohydną szmatę, trzęsąca się w brudnej uliczce, podczas gdy niebo litrami zrzucało mi na głowę zimny deszcz.
Przez większość dzieciństwa nie byłam molem książkowym, ale kiedy miałam szesnaście lat, zerwał ze mną pierwszy poważny chłopak. To było piekło. Mój mózg wciąż przywoływał każdy moment tego związku w najdrobniejszych szczegółach. Pewnego popołudnia, gdy leżałam w łóżku i się nad sobą użalałam, mama przyniosła mi grubą książkę fantasy, a ponieważ kręciłam nosem, stwierdziła: „Maggie, musisz pomieszkać trochę w cudzej głowie”.
Pomyślałam, że przeczytam kilka stron. Kiedy pięć godzin później wróciłam do rzeczywistości, moje rozstanie stało się nieistotne. Na pierwszej stronie wydarzyło się kilka naprawdę pokręconych rzeczy i musiałam się dowiedzieć, co będzie dalej. Jakoś pod koniec tych pięciu godzin książka przeczołgała mnie emocjonalnie. Mogłam znów radzić sobie z życiem.
Od tamtej pory próbowałam wszystkich konwencji, ale to fantasy została moją ulubioną. Było coś takiego w mieczach i magii, co mnie urzekało. Śmiertelnie groźni mistrzowie ostrza, złodzieje czyhający na oświetlonych blaskiem księżyca ulicach, wojownicze księżniczki, pozbawieni sumienia szlachcice, majestatyczne smoki i szkaradne potwory – wszystko to kochałam. Wystarczył przystojny facet w zbroi i z mieczem na okładce, a mnie błyszczały już oczy i ręka sama sięgała do przycisku KUP, diabli niech wezmą budżet.
Przeczytałam tyle powieści fantasy, że mogłabym nimi wypełnić bibliotekę, ale ten pierwszy cykl miał szczególne miejsce w moim sercu. Akcja toczyła się w Kair Toren, stolicy królestwa Rellas; fabuła skupiała się na walkach o władzę pomiędzy ośmioma rodzinami szlacheckimi. Obfitowała w tyle klasycznych motywów, że można by uznać ją za banalną, a jednak znakomite pióro autora sprawiło, że wyszła poza schemat prosto w kanon. Postaci wydawały się tak realistyczne, że praktycznie wyskakiwały ze stron.
Cykl składał się z dwóch tomów: Złodziei z Północy i Władców ze Wschodu. Trzecia część nigdy się nie ukazała.
Przez ostatnią dekadę czytałam te książki wielokrotnie. Jeżeli życie stawało się zbyt trudne, zdejmowałam je z półki i zawsze udawało im się wyciągnąć mnie z dołka, w który akurat wpadłam. Mogłam cytować ich fragmenty z pamięci. Z fanatycznym zacięciem śledziłam opuszczoną stronę internetową autora w poszukiwaniu jakiejkolwiek wskazówki co do daty kolejnej premiery. Nawiedzałam grupy fanowskie, złakniona plotek, i poddawałam się zbiorowej frustracji. Autor cyklu, Adrian Latour, zawsze był zagadką. Nie korzystał z social mediów, nie pokazywał się publicznie, a jego biografię, z pustym miejscem na zdjęcie, stanowiło jedno zdanie: „Adrian Latour, marzyciel i kronikarz”. Wyglądało na to, że po ukazaniu się drugiego tomu zapadł się pod ziemię. Nigdy już niczego nie stworzył ani też nie wyjaśnił, dlaczego przestał pisać. Historia po prostu się urwała. Jeden z moich ulubionych bohaterów stanął na skrzynce z pętlą na szyi i tkwił tak od dekady.
Trzy noce temu, po długim dniu dostarczania ludziom zakupów, położyłam się spać w moim mieszkaniu na południe od Austin. I obudziłam się w Kair Toren.
Po swojej lewej dostrzegłam jakiś ruch i odwróciłam się w tamtą stronę. Coś małego skradało się ku mnie w deszczu. Otarłam twarz z wody.
Z zalanej deszczem alejki wyszło czerwone, futrzaste stworzenie i bez mrugnięcia wpatrywało się we mnie ciemnymi oczami. Miało okrągłą głowę, stojące prosto kunie uszy o zaokrąglonych szczytach, nos jak guzik i wyjątkowo długie wąsy. Zamiast chodzić, skradało się; długie ciało opierało na czterech krótkich łapach z błoną pławną, wyposażonych w ostre, chowane pazury. Wyglądało to tak, jakby wydra i kot rasy ragdoll mieli dziecko i zafarbowali je na czerwono.
Stelka. Samica. Samce mają pędzelki na uszach.
Stelki opanowały Kair Toren i jego pięć rzek: łapały ryby i szczury, wyjadały śmieci, plądrowały piwnice, kradły wszystko, czego nie przybito do ziemi – ogólnie były uciążliwe. Przypominały nazbyt sprytne lisy, z tą różnicą, że normalne lisy przynajmniej się zawahają, nim rzucą się gryźć kogoś pięć razy większego od nich. Wczorajszej nocy, wyczerpana i zdesperowana, zasnęłam pod rozwalonymi skrzyniami, a dzisiejszego poranka jeden z tych czerwonych dupków mnie obudził, bo postanowił wgryźć mi się w nogę.
Stelka otworzyła pysk i pokazała ostre, białe zęby.
To niemożliwe.
Przykucnęłam i przechyliłam głowę, by lepiej się przyjrzeć.
Była tam: biała plama na piersi stelki, wyglądająca jak krzywy półksiężyc. Widziałam tuzin tych stworzeń podczas błąkania się po mieście i tylko jedna miała taką samą plamę. Musiałam być wyjątkowo smaczna.
– Śledziłaś mnie. – Mój głos brzmiał, jakbym wyczołgała się z grobu.
Stelka wlepiła we mnie wzrok.
– O nie. Nie ma mowy.
Niewielkie stworzenie zrobiło krok w moją stronę.
Pokazałam mu swój kamień.
Kolejny krok.
Złapałam kamień i uderzyłam nim o bruk.
Bestyjka cofnęła się i syknęła.
Powietrze nad nami przeciął przenikliwy pisk. Spojrzałam w górę. Jeden z dziwnych ptaków zapikował ku wieży w samobójczej próbie i uderzył w płatki.
Na moment cały kwiat zgasł, ledwo widoczny w deszczu.
O cholera.
Pączek zaczął pulsować bladym światłem. Z płatków wystrzeliły ku napastnikom złote języki błyskawic. Latające stwory w panice rzuciły się do ucieczki, lecz błyskawice ścigały je i trafiały w ich skrzydła. Jeden wrzasnął, runął z nieba i z hukiem uderzył o mokry bruk między mną a stelką. Był wielkości orła, z długim ogonem przypominającym bicz zwieńczony wachlarzem ciemnych piór. Miał szerokie skrzydła, tylne kończyny porośnięte piórami, a wszystkie cztery łapy zakończone ostrymi szponami.
Lorsse. Te długie szczęki przywodzące na myśl pterozaura były oczywistą wskazówką. A więc tak wyglądały te stworzenia. W książkach pojawiały się podczas burzy i przyciągała je magia.
Zwierzę zamknęło paszczę pełną igłowatych zębów i spróbowało się podnieść. Stelka rzuciła się naprzód i wgryzła w jego szyję. Pióra zalała krew, a Lorsse zwiotczał. Czerwona bestia warknęła na mnie, wciąż z ofiarą w pysku, po czym zarzuciła sobie martwe stworzenie na grzbiet – było większe od niej – i umknęła w zaułek, z którego przyszła.
Tak jest. I nie wracaj.
Ponownie oparłam się o ścianę. Kair Toren w pigułce. W jednej chwili szybujesz wysoko i wrzeszczysz na świat, a w drugiej ktoś przegryza ci gardło i zawleka w ciemną uliczkę. To szaleństwo, ale czułam niemal żal, że stelka odeszła. Przez ostatnie trzy dni tylko ta mała bestia uznała moje istnienie.
Czytałam już wcześniej tego typu historie. To portal fantasy, podgatunek, który zyskał ostatnio dużą popularność w powieściach fantasy z wątkiem romantycznym. W co drugiej książce styrana pracownica biurowa w moim wieku zostaje potrącona przez autobus albo pada z wyczerpania i trafia do fikcyjnego świata. Doskonale wiedziałam, jak powinny potoczyć się sprawy. Oto zjawiam się w tym świecie jako niewiasta z proroctwa, wyposażona w święte magiczne moce, aby uwolnić królestwo od klątwy bądź zarazy. Spotkałabym pewnie księcia albo jakiegoś wysoko postawionego, oszałamiającego szlachcica i po heroicznym pokazie moich zdolności stałabym się lokalną gwiazdą; podążałaby za mną grupa niedorzecznie przystojnych mężczyzn, przysięgających mi wierność i błagających, bym się nie przemęczała.
A jeśli nie, to mogłabym obudzić się w ciele głównej bohaterki, zazwyczaj panny ze znanego szlacheckiego rodu, która akurat rzuciłaby się do jeziora z rozpaczy, zostawiona przez nikczemnego księcia, i umarła – wygodnie zwalniając ciało, tak bym ja mogła je przejąć. Udawałabym, że cierpię na amnezję, podczas gdy armia pokojówek usługiwałaby mi na każdym kroku, i knułabym zemstę; przy okazji adorowałby mnie niebezpieczny, lodowaty z natury arystokrata, który w mojej obecności zamieniałby się w potulnego szczeniaczka.
Alternatywnie mogłabym obudzić się w ciele złoczyńczyni – zazwyczaj kolejnej panny ze znanego rodu – po tym, jak rzuciła się do jeziora i tak dalej, i tak dalej, rozpacz, śmierć, pokojówki, usługiwanie, a potem przekonałabym wszystkich, że po prostu źle mnie zrozumieli, i zdobyłabym niebezpiecznego mężczyznę o lodowatym usposobieniu, który porzuciłby dla mnie tę właściwą bohaterkę.
A gdyby nie główna bohaterka ani czarny charakter, mogłabym być ich najlepszą przyjaciółką. Młodszą siostrą. Szlachcianką niższego stanu. Pokojówką. Z radością wzięłabym tę pieprzoną pokojówkę i opróżniała nocniki.
Nic z tego.
Dostałam pobudkę z dławieniem się deszczówką w błotnistym rowie. Naga. Bez żadnych sekretnych mocy.
Kiedy wreszcie wykaszlałam cały szlam, wyczołgałam się z rowu i ujrzałam Wieżę Magów górującą nad miastem z jej magicznymi szklanymi płatkami, pomyślałam, że mi odbiło. Świt Kair Toren nie był historią o pięknej księżniczce jeżdżącej na jednorożcu. Znalazłam podarty koc, o którym ktoś zapomniał w deszczu, i owinęłam się nim, mimo że zajeżdżał moczem. Gdybym tego nie zrobiła, ktoś by mnie napadł, zamordował, sprzedał lub zmusił do znoszenia innych potwornych rzeczy spotykających nagie kobiety biegające samotnie po mieście. Musiałam wyglądać jak żebraczka; im mniej uwagi na siebie zwracałam, tym lepiej.
W naszym świecie istniały schroniska dla bezdomnych, posterunki policji, izby przyjęć. Mogłabym wejść do każdego z tych miejsc i powiedzieć: „Mam amnezję, pomóżcie mi”. I otrzymałabym pomoc.
W Kair Toren nie mogłam na to liczyć. Gdybym wpadła na posterunek straży owinięta w brudną szmatę, wyrzuciliby mnie z powrotem na ulicę i kazali dziękować losowi, że nie spotkało mnie nic gorszego.
Miasto było ogromne, pełne wysokich kamiennych budynków z solidnymi drzwiami i zakratowanymi oknami. Ulewa zagnała wszystkich do domów, sklepy pozamykano. Kradzież nie wchodziła w grę. Nie mogłam nawet żebrać, bo za samą próbę bym oberwała. Żebracy z Kair Toren byli brutalni i znani z tego, że nie dzielą się terytorium. Pierwszego wieczoru wpadłam na genialny pomysł, żeby spróbować szczęścia w świątyni, i natknęłam się na nich, walczących przed wejściem. W życiu nie widziałam, by ludzie się tak publicznie okładali. Ostatni raz oglądałam bójkę w liceum i polegała głównie na tym, że dwóch gości tarzało się po ziemi. Ci tutaj dosłownie walczyli na śmierć i życie kamieniami i deptali po leżących – nikt się nimi nie przejmował. Uciekłam stamtąd tak szybko, jak tylko mogłam.
Kiedy czułam pragnienie, piłam deszczówkę i modliłam się, żeby nie dostać czerwonki. Kiedy musiałam się wysikać, kucałam w zaułkach. Wydarłam w kocu dwie dziury na ręce i porządnie go zawiązałam, tak by w razie potrzeby móc się prędko ulotnić. Kryłam się po kątach, by przespać choć parę godzin w ciągu tych trzech nocy – przez resztę czasu musiałam odpierać ataki magicznych wydrolisów. Pierwszego dnia nie chciałam w to wszystko uwierzyć i czekałam, aż koszmar się skończy, drugiego byłam zdesperowana i przerażona, teraz pozostała mi tylko ponura determinacja. Poświęciłam tym przeklętym książkom tygodnie swojego życia. Znałam je od deski do deski. Kair Toren mnie nie zabije. Nie dam mu tej satysfakcji.
Ostatniej nocy natknęłam się na duży plac z niebieskim obeliskiem pośrodku; w książkach nazywano go Błękitnym Placem. Przy obelisku znajdowała się tablica, na której wywieszano rządowe obwieszczenia. Gdy ją znalazłam, dowiedziałam się dwóch rzeczy: potrafię czytać w języku rellasiańskim, a wczoraj był piąty dzień Miesiąca Siewu, ostatniego miesiąca wiosny roku 3044.
Znajdowałam się w pierwszym tomie, pod koniec pierwszego rozdziału. Dziś po czwartej po południu mężczyzna zwany Lecke miał przejść przez Most Estret. Był podłym, mazgajowatym dupkiem, takim typem postaci, co to przez całą książkę czekasz, aż kamień spadnie jej na głowę i roztrzaska czaszkę.
Kiedy Lecke miał osiemnaście lat, jego rodzice zginęli w pożarze młyna. To nie on podłożył ogień, ale tragedia idealnie przysłużyła się jego celom. Chciał na jakiś czas wyrwać się ze wsi, a teraz wreszcie mógł sprzedać wszystko, co posiadali, i ruszyć na poszukiwanie lepszego życia. Niefortunnie dla niego dwaj młodsi bracia, dziesięcio- i siedmioletni, nie zginęli z rodzicami, Lecke udusił ich więc we śnie, ciała wrzucił do najbliższego wąwozu, a we wsi powiedział, że chłopcy zamieszkali z nieistniejącym wujostwem. To był jedynie początek jego kariery, która z czasem stawała się coraz gorsza. Teraz zarabiał jako paser: kupował i sprzedawał splamioną krwią biżuterię i inne kosztowności, przynoszone późną nocą do jego domu przez ludzi, którym źle z oczu patrzyło.
Dzisiaj Lecke miał przy sobie sakiewkę pieniędzy ze szczególnie udanej kradzieży. Musiałam zdobyć ten łup.
Przyjrzałam się swojemu kamieniowi. Zwykle człowiek o takiej profesji miałby ochroniarza, ale Lecke nikomu nie ufał. Zamiast tego nosił nóż i biegle się nim posługiwał. Próbować go zaatakować z głową pękającą z głodu i kamieniem w ręku było samobójstwem. Ale nie miałam wyboru.
Jak na zawołanie ktoś wyłonił się z końca ulicy po drugiej stronie rzeki i wszedł na most. Estret był jednym z węższych mostów w mieście – miał około trzydziestu metrów długości, ale tylko pięć szerokości, a do tego kamienną balustradę sięgającą bioder. Najlepszą opcją wydawało mi się działanie przez zaskoczenie. Musiałam złapać sakiewkę i zwiać, bo jeśli Lecke mnie dorwie, to będzie koniec.
Zebrałam garść błota spod ściany najbliższego budynku i wysmarowałam nim twarz. Jeśli uda mi się uciec, nikt mnie potem nie rozpozna.
Postać szła dalej, bez pośpiechu, nie zważając na deszcz.
Chwyciłam kamień, poprawiłam podarty koc i wyszłam na otwartą przestrzeń. Palce bosych stóp już dawno zmieniły mi się w sople. Wcale nie szłam, tylko chwiałam się jak zombie.
Weź sakiewkę, weź sakiewkę, weź sakiewkę…
Odległość między nami malała, kurtyna deszczu rzedła, gdy się do siebie zbliżaliśmy. Teraz widziałam jego płaszcz w kolorze ciemnej myśliwskiej zieleni. Tak, to był mój człowiek.
W najgorszym razie mogłam chwycić sakiewkę i wskoczyć do rzeki. Od najmłodszych lat w każde wakacje pływałam w oceanie.
Wyjrzałam przez barierkę. Poniżej burzyła się ciemnobrązowa od mułu woda rzeki Koreg.
Prawdopodobnie bym przeżyła. Prawdopodobnie.
Potykając się, przeszłam na drugą stronę mostu, jakbym unikała Leckego. Niczym nie zdradził, że mnie zauważył.
Sześć metrów. Trzy metry. Dwa.
Świat stał się raptem przeraźliwie wyraźny. Minęliśmy się po przeciwnych stronach mostu jak dwa statki w nocy.
Odwróciłam się i rzuciłam na niego, wymachując kamieniem.
Musiał wyczuć nadchodzący atak, ponieważ się obrócił, ale niewystarczająco szybko. Mój kamień trafił go w czaszkę. Lecke się potknął. Skoczyłam na niego i wsunęłam ręce pod jego płaszcz. Palce zacisnęły się na grubym płótnie, a coś wewnątrz wydało metaliczny brzęk.
Użyłam całej swojej siły i ciężaru ciała, by wyrwać mu sakiewkę. W końcu ją wyszarpnęłam.
Udało mi się!
Lecke się na mnie rzucił. Coś ostrego i zimnego wbiło mi się w bok i zobaczyłam przeciwnika z bliska; głęboko osadzone świńskie oczy, twarz wykrzywioną gniewem.
Dźgnął mnie.
Zimne ostrze wbijało się we mnie raz po raz, przecinając wnętrzności. Próbowałam się cofnąć, lecz kamienna balustrada napierała mi na pośladki, a on był taki szybki.
Lecke chwycił swoją własność i szarpnął mocno.
– Puszczaj! – warknął.
Ściskałam kurczowo tę cholerną sakiewkę i żadna siła we wszechświecie nie mogła sprawić, żebym puściła.
Zakrwawiony nóż przeciął powietrze przed moimi oczami i zostawił lodowatą linię na mojej szyi. Poczułam ciepło na skórze. Jasna, szokująca czerwień zalała twarz i płaszcz pasera.
Poderżnął mi gardło. Zabił mnie. Koniec ze zwijaniem się w kłębek pod kocem i czytaniem. Koniec z Netflixem. Nigdy już nie zobaczę rodziców ani brata. Moje marzenia i nadzieje, rzeczy, których nie zdążyłam zrobić, wszystko się skończyło. Moje małe wygodne życie dobiegło końca właśnie tutaj.
Lecke nie zabierze mi tych pieniędzy, nawet jeśli zatrzymanie ich to ostatnia rzecz, jaką zrobię przed śmiercią. Chwyciłam mocniej płócienną sakiewkę i ostatkiem sił rzuciłam się do tyłu, przez barierkę, do rzeki. Szare, burzowe niebo rozwarło się nade mną, zachwiało, a potem zimna, ciemna woda zalała mi twarz i pochłonęła mnie całą.
This Kingdom Will Not Kill Me
Text Copyright © 2026 by Ilona Andrews Inc.
Published by arrangement with Tor Publishing Group. All rights reserved.
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026
Copyright © for the Polish translation by Magdalena Świerczek-Gryboś 2026
Redakcja – Katarzyna Myszkorowska
Korekta – Julia Młodzińska, Anna Strożek
Projekt typograficzny i skład – Kasia Kotynia
Adaptacja okładki – Paweł Szczepanik / BookOne.pl
Ilustracja na okładce – Andrew Davis
Mapa – Jennifer Hanover
All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek
inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana
elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu
bez pisemnej zgody wydawcy.
Drogi Czytelniku,
niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.
Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.
Dziękujemy!
Ekipa Wydawnictwa SQN
Wydanie I, Kraków 2025
ISBN epub: 9788384062753
ISBN mobi: 9788384062746
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:
Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia
Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska
Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Magdalena Ignaciuk-Rakowska, Martyna Całusińska, Aleksandra Doligalska
Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga
E-commerce i IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz
Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec
Finanse: Karolina Żak
Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak
www.wsqn.pl
www.sqnstore.pl
www.labotiga.pl
