Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Nie każdy, kto znika w mroku, jest ofiarą.
Jan Stelmach budzi się na pustej drodze wśród beskidzkich lasów. Jest zakrwawiony. Jego żona i córeczka zniknęły bez śladu, a on nie ma pojęcia, co się stało.
W ciągu kilku godzin staje się głównym podejrzanym nie tylko o uprowadzenie najbliższych, ale również o brutalne zabójstwo obcego mężczyzny.
Podwójne śledztwo prowadzi coraz głębiej w krainę Oszastu – najbardziej odludnego obszaru Beskidu Żywieckiego. Tu urywają się wszystkie szlaki. Mówi się o tajemniczych zaginięciach, a według legend beskidzkie ścieżki spływają krwią.
Ktoś ukrywa się w sercu nieprzeniknionego, dzikiego rezerwatu… Ten las od lat strzeże pradawnych zwyczajów i historii, o których ludzie nie chcą pamiętać.
Grzegorz Mirosław – pisarz, miłośnik gór. Każdą wolną chwilę spędza przemierzając beskidzkie szlaki i zgłębiając tradycję i folklor Żywiecczyzny. Autor dwóch powieści kryminalnych: Diablak (2024) i Eutymia (2024). Prywatnie mąż i ojciec dwójki dzieci.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 318
Data ważności licencji: 3/25/2031
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Grzegorz Mirosław
Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
Projekt okładki
Daniel Rusiłowicz
Grafika na okładce i w książce
© andyvi | Adobe Stock
Zdjęcie autora
Ewelina Mirosław
Wydawczyni
Olga Orzeł-Wargskog
Redaktorka prowadząca
Wiktoria Wermińska
Opieka redakcyjna
Sylwia Stojak
Redakcja
Agata Ługowska
Adiustacja
Małgorzata Tarnowska
Korekta
Magdalena Wołoszyn-Cępa | Obłędnie Bezbłędnie, Kinga Kosiba
Łamanie
Piotr Poniedziałek
Opieka produkcyjna
Karolina Korbut, Dawid Kwoka
Opieka promocyjna
Julia Duda
ISBN 978-83-8427-421-7
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569
e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Dla mojej kochanej żony Eweliny oraz dzieci Liliany i Oliwiera
Wpatrywał się w zaschniętą krew na swoich dłoniach. Niczego nie pamiętał. Siedział na poboczu wąskiej asfaltowej drogi otoczonej lasem. Oddychał ciężko i nierówno. Serce waliło mu jak oszalałe, a ręce drżały. Dostrzegł krew na ubraniu. Instynktownie zbadał ciało. Mógł poruszać rękami i nogami. Był obolały, ale nie wyczuł poważniejszych obrażeń. Przesunął palcami po czole i odkrył ranę na łuku brwiowym. Sięgnął do karku, przekręcił głowę. Coś chrupnęło, ale poczuł ulgę.
Nie miał pojęcia, gdzie jest ani co się stało.
Słońce przebijało się gdzieniegdzie przez korony drzew i leniwie docierało do ziemi. Poranek był rześki, a on trząsł się z zimna.
„Czy to wszystko dzieje się naprawdę? Może to tylko koszmar?” – pomyślał.
Czuł, że coś jest nie tak. Nie wiedział, gdzie się znajduje, a co ważniejsze: jak tu trafił. Góry? Las?
Zamknął oczy, próbując przypomnieć sobie cokolwiek.
Nic.
Pustka.
Rozejrzał się. Las wydawał się zupełnie obcy. Straszny. Złowrogi szum wiatru, trzask łamanych gałązek…
Co się dzieje?
Z trudem podniósł się z ziemi. Zakręciło mu się w głowie. Mdłości ścisnęły żołądek. Oparł się o pobliskie drzewo, próbując złapać równowagę. Serce biło coraz szybciej, jakby ostrzegało go przed czymś, czego nie pamiętał. Jakaś niewidzialna siła pchała go do działania, choć nie rozumiał dlaczego. Chwiejnym krokiem ruszył przed siebie.
Nagle w jego uszach rozbrzmiał nieznośny pisk.
Zatrzymał się i zachwiał na nogach. Zatkał uszy dłońmi, próbując stłumić wiercący, przeszywający dźwięk. Zacisnął powieki.
Urywki pamięci.
Noc. Światła. Krzyk kobiety. Płacz dziecka.
Serce zabiło mu mocniej. Włosy na ciele stanęły dęba. Pot spłynął mu po skroni.
Pisk ustał.
Otworzył oczy. Stał na środku drogi. Wprost na niego pędził samochód, a on zdążył tylko ponownie zamknąć powieki.
Gdybym był ptakiem, wzbiłbym się wysoko i poszybował nad bezkresnym morzem świerków i buków falujących na beskidzkich stokach. Z góry widziałbym krainę niemal nietkniętą ludzką ręką, przestrzeń, w której czas płynie inaczej, a cisza ma własny głos.
Gdybym był wilkiem, przemierzałbym te lasy w nieskończonym biegu, pośród olbrzymich paproci wyrastających w nienaturalny sposób, strzelistych buków sięgających samego nieba oraz borówczyny tworzącej nieprzebyte morze, w którym można utonąć niczym w majaku.
Gdybym był jeleniem w dawnych, głodnych czasach, nie przeżyłbym tutaj zimy, bo śniegi grzebały wszystko pod białym całunem, a wilki i ludzie ścigali każde żywe stworzenie.
Zapytacie: gdzie znajduje się to miejsce, pełne dzikości i tajemnic?
To kraina, w której natura nieustannie igra z wyobraźnią, zaciera granice pomiędzy snem a jawą. To Oszast. Szczyt, rezerwat i górska enklawa, jeden z najbardziej odludnych zakątków Beskidu Żywieckiego. Jeden z ostatnich skrawków pierwotnej Puszczy Karpackiej. Chronił zbójników, przemytników z czasów PRL-u, a jego mroczne knieje wciąż skrywają niejedną tajemnicę.
Oszast. Niemy świadek zła.
Podobno nie ufa się ludziom, którzy wstają po pierwszym dzwonku budzika, bo kto wie, do czego jeszcze są zdolni. Ostra, heavymetalowa gitara zdążyła zabrzmieć ledwie przez kilka sekund, gdy mocny cios dłoni omal nie strącił budzika z nocnej szafki. Anka otworzyła oczy i wzięła kilka głębokich wdechów. Czwarta trzydzieści. Latem zawsze wstawała o tej porze. Zeskoczyła z łóżka, rozciągnęła się, a potem zaczęła robić pompki. Szybkie, rytmiczne i zakończone klaśnięciem w powietrzu przy dwudziestym powtórzeniu. Sięgnęła po gumkę do włosów i jednym ruchem związała kruczoczarne pasma w ciasny koński ogon, który zaraz opadł na kark. Odwróciła się na pięcie w stronę lustra zamontowanego na przesuwnych drzwiach szafy. Skrzywiła się, patrząc w swoje lekko przymrużone brązowe oczy. Tego w sobie nie lubiła. Choć mężczyźni twierdzili inaczej, ona była przekonana, że przez ten wyraz twarzy wygląda, jakby ciągle była na rauszu, a przecież stroniła od alkoholu. Zsunęła z ramion podkoszulek i sięgnęła po strój do biegania. Chwyciła się za brzuch i pomyślała, że musi ograniczyć słodycze. Odbicie w lustrze ukazywało jednak coś zupełnie innego – szczupłą sylwetkę wysportowanej kobiety. Zmarszczyła brwi i niskim głosem, naśladując ulubionego strongmana, którego śledziła na Facebooku, mruknęła:
– Czy słońce pali, czy śnieg sypie, czy deszcz leje, ciepło czy mróz, nie ma zmiłuj, tylko zapierda…
Nie dokończyła. Uśmiech rozciągnął jej usta. Pięć minut później, już w dresie, mieszała swój poranny eliksir. Kurkuma ze szczyptą pieprzu, imbir, łyżka octu jabłkowego i sok z połówki cytryny rozpuszczone w letniej wodzie perfekcyjnie oczyszczały jej jelita ze złogów i przyspieszały metabolizm. Wypiła jednym haustem, a potem wyszła na zewnątrz. Czekał tam na nią spokojny poranek.
Dom, odziedziczony po mamie, stał na wzniesieniu na końcu wsi. Przed jej oczami rozpościerały się beskidzkie stoki, gdzie ciemne świerki sterczały niczym strażnicy nocy, toczący skazaną na porażkę walkę z ciepłym, złocistopomarańczowym światłem wschodzącego słońca. Kontrast między mrokiem iglastych borów a jasnością nowego dnia zapierał dech i sprawiał, że świeże, rześkie powietrze samo wypełniało płuca. Na drodze wciąż lśniły kałuże, a miękkie błoto nosiło ślady nocnej burzy. Wiedziała, że przebiegnięcie pięciokilometrowej górskiej pętli w takich warunkach mogłoby być wyzwaniem dla niejednego człowieka, ale nie dla niej. Uśmiechnęła się lekko i ruszyła w stronę lasu. Jeszcze tylko dziki, nieoznaczony szlak, kilka podbiegów, a potem z górki i będzie mogła wziąć prysznic i spokojnie pojechać do pracy.
Godzinę później zaparkowała swój motocykl crossowy przed komisariatem w Rajczy. Oficer dyżurny, którego minęła w drodze do swojego biura, instynktownie wciągnął brzuch na jej widok i przywitał ją szerokim uśmiechem.
– Dzień dobry, pani aspirant. – Podał jej kubek z kawą i dodał: – Czarna. Taka jak lubisz.
Znali się od lat, a starszy kolega zawsze pozwalał sobie na tego typu żarty. Anka chwyciła za kubek i oboje się roześmiali.
– Oj, Jędruś, nie musiałeś… – rzuciła zachrypniętym głosem.
Przeszła obok niego i poczuła jego wzrok na swoim tyłku. Przywykła. Nie był szkodliwy ani nachalny, a w jego wieku mógł sobie już chyba tylko popatrzeć. Zresztą nie był osamotniony w podziwianiu figury i pewności siebie koleżanki. Każdy, kogo mijała, łącznie z kobietami, przyglądał się jej, jakby była modelką na wybiegu. A była tylko zwykłą dzielnicową przygranicznych sołectw: Ujsoł, Soblówki, Glinki i Złatnej. Ale kiedy się poruszała, miało się wrażenie, że wszystko wokół zwalnia, a aura, jaka ją otaczała, sprawiała, że ludzie ją zapamiętywali i darzyli sympatią.
Weszła do swojego biura, postawiła kubek z kawą na biurku i usiadła. Uruchomiła komputer, stukając nerwowo palcami o blat. Jej wzrok co chwilę uciekał w stronę szuflady, a potem ku niedomkniętym drzwiom. Koledzy powoli zaczynali schodzić się do pracy. W końcu otworzyła szufladę i wyjęła z niej batonik nadziewany orzechami i karmelem. Miała ograniczyć, ale co tam. Bieganie po górach o poranku skutecznie zabijało jej poczucie winy. Wyznawała zasadę: „Biegam, żeby móc jeść więcej ciastków”.
Gdy tylko poczuła na języku smak słodkiego przysmaku, usłyszała niski, chropowaty głos dochodzący z korytarza. Od razu go rozpoznała. Komendant Gibek przybył na komisariat. Zerwała się z krzesła i stanęła w wejściu do biura. Niewysoki, otyły starszy mężczyzna zdartym głosem instruował podwładnych mijanych po drodze i zbliżał się do niej.
– Dzień dobry, panie komendancie – zagaiła policjantka.
– Czego chcesz, Anka? – odpowiedział Gibek, który znał swoich ludzi jak własną kieszeń, a maślane oczy i ładna buzia aspirantki nie robiły na nim żadnego wrażenia.
– Jakieś wieści?
– W jakiej sprawie? – Komendant przewrócił oczami, domyślając się, o co pyta podwładna. Nie wiadomo, czy z grzeczności, czy przez zadyszkę, ale przystanął przy niej.
– Chodzi o sprawę z Oszastu.
– IPN i antropolodzy z UJ się tym zajmują. Takie rzeczy trwają miesiącami, jak nie latami – rzucił i bezradnie rozłożył ręce.
– Dzisiaj mija dokładnie pięć miesięcy.
– Anka, dziecko, na co ty liczysz?
– W sumie to sama nie wiem. Zwykła ludzka ciekawość. Byłam tam, kiedy technicy wyciągali te wszystkie szczątki.
– Bóg jeden wie, jak długo te kości tam leżały.
– Wygrzebali ich dziesiątki, jeśli nie setki. – Anka zadrżała na to wspomnienie. – Kto by pomyślał, że ten stary las może skrywać tak mroczny sekret.
– Po mojemu to jakaś stara, zbiorowa mogiła z czasów wojny. Egzekucja? Nie wiem. – Podrapał się po głowie. – Badania antropologiczne i ekspertyza pokażą. Nam nic do tego – dodał, po czym spojrzał na batonik, który Anka trzymała w dłoni, i z niedowierzaniem rzucił na odchodne: – Jak ty to robisz? Talia osy, a co cię widzę, to wcinasz coś słodkiego.
– To proste. Trzeba więcej spalać, niż spożywać – odparła, a kątem oka dostrzegła dyżurnego czającego się za plecami komendanta.
– Czego chcesz, Jędrek? – zapytał Gibek, nawet się nie odwracając.
– Ja do Anki. Jest wezwanie w jej rejonie.
– A co z Dzikiem? – zapytała policjantka.
– Wrócił od weterynarza. Stoi i czeka na ciebie na parkingu. – Jędrek się uśmiechnął, kręcąc na palcu kluczykami do służbowego Nissana Patrola.
Komendant popatrzył spod byka na podwładnych i odszedł. Anka złapała kluczyki i ruszyła na dół.
– Trzi pęta krwiyżoki, wedzono szynka i królicok. Syćko swojskie, bez żodnyj chemije – powiedział starszy góral, ładując plastikową skrzynię wypełnioną żywnością do bagażnika starego Jeepa.
– No i super. Dzisiaj to sklepowe żarcie to rak w pudełku. Jeszcze raz dziękuję, panie Mietku. Odliczone i zgodne. – Młody mężczyzna w stroju leśniczego podał starszemu gotówkę.
Mietek wsunął pieniądze do kieszeni, po czym niepewnie zdjął kaszkiet. Rozejrzał się po obejściu, a potem przeszył wzrokiem leśnika, który od niedawna mieszkał w okolicy. Gadano, że przenieśli go tu spod Warszawy za karę, że niby coś przeskrobał, ale Mietka to obchodziło tyle co zeszłoroczny śnieg. Na tych ziemiach ludzie od wieków żyli z wyrębu lasów, a urząd leśnika cieszył się poważaniem. Miejscowi mawiali, że we wsi to trzecia persona, zaraz po księdzu i wójcie. A z takimi lepiej żyć w zgodzie, bo zawsze warto mieć odpowiednie znajomości.
Mietek ścisnął kaszkiet w dłoni, przestąpił z nogi na nogę i ciężko westchnął. W końcu przełamał się i odezwał cicho:
– Panie Szczepanie, przepraszom za wczoraj. Syćko mioł przygotowone, ale coś mi się w robocie zawaliło.
– A, nic się nie stało, panie Mietku. – Szczepan machnął ręką. – Kuzyn z żoną i tak się nie zjawili. Mieli być w drodze na Słowację, ale pewnie coś im wypadło.
– Aha, no to się dobrze składo. – Mietek wyraźnie poczuł ulgę. – Dzicyznę bydę mioł na dniach. Nikaj pan takij nie dostaniesz.
Leśnik się uśmiechnął.
– Po ile?
– Dogodomy się.
– No to wezmę – odpowiedział ściszonym głosem Szczepan, wsiadając do samochodu.
– No i piknie. Z panem Bogiem – pożegnał się Mietek.
Szczepan zamachał na do widzenia i odpalił silnik leciwego Jeepa. Opuścił zaniedbane gospodarstwo szutrową drogą. Potem wjechał na asfaltówkę, która pięła się w górę i wiła niczym wąż pełzający przełęczą pomiędzy górami.
Mimo wczesnej pory słońce powoli budziło się do życia. Szczepan sięgnął po papierosa, potem zaczął szukać zapalniczki. Znalazł ją w schowku, ale nie chciała odpalić. Potrząsnął nią kilkukrotnie, uderzył o dłoń. W końcu się udało – malutki płomyk rozbłysnął, a papieros zapłonął czerwonym żarem.
– Kurwa mać! – wrzasnął nagle, wciskając hamulec i gwałtownie odbijając kierownicą.
Nie wiadomo skąd, jakby wyrósł spod ziemi, na środku drogi pojawił się człowiek. Serce podeszło Szczepanowi do gardła, w ostatniej chwili udało mu się wyminąć postać. Auto wpadło w poślizg, ale zdołał je opanować. Zatrzymał się i spojrzał we wsteczne lusterko.
Środkiem jezdni powoli szedł mężczyzna. Wyglądał jak zombie. Coś z nim było nie tak.
Szczepan wyskoczył z auta i podbiegł do niego. Facet miał zaschniętą krew na twarzy, dłoniach i ubraniu. Szczepana nieco to zaniepokoiło, ale nie przeraził się.
– Halo, proszę pana – odezwał się, niepewnie chwytając go za ramię.
Nie było żadnej reakcji. Obcy wpatrywał się w dal, miał sine usta, drżał.
– Co się stało? – spróbował ponownie.
Mężczyzna się zatrzymał. Spojrzał na Szczepana, ale nie odezwał się ani słowem. Wzrok miał rozbiegany, błądził nim chaotycznie, jakby nie był do końca świadomy, gdzie się znajduje. Szczepan przyjrzał się mu uważniej. Coś w tej twarzy wydało mu się znajome. Nagle poczuł, jak krew odpływa mu do nóg.
– Kurwa… Janek? – wyszeptał z niedowierzaniem. – Janek, to ty?
To był jego kuzyn. Ten sam, który miał poprzedniego wieczoru przyjechać z żoną w drodze na urlop do Słowacji. Nie widzieli się od dawna, ale to był on. Jan Stelmach.
Jan zadrżał na dźwięk swojego imienia. Spojrzał na Szczepana, jakby próbował go rozpoznać, ale w jego oczach wciąż była pustka.
– Janek, co się z tobą dzieje, człowieku? Gdzie Asia? Gdzie twoja żona? – Szczepan chwycił kuzyna za ramiona.
Janek zaczął się szarpać, wydając z siebie nieartykułowane dźwięki.
– Spokojnie, spokojnie. – Szczepan ledwo go utrzymał. – Chodź, tam stoi mój samochód. Mam termos z ciepłą herbatą i telefon. Musimy zadzwonić po pomoc.
Kuzyn był kompletnie zdezorientowany, ale w końcu uległ i pozwolił Szczepanowi zaprowadzić się do Jeepa.
Sierpniowe słońce z trudem przedzierało się przez gęstwinę świerków i buków, które zwartym murem otaczały wąską, górską drogę. Trasa z komisariatu w Rajczy prowadziła przez Ujsoły i Glinkę – wsie przycupnięte w dolinie górnej Soły, osłoniętej przez beskidzkie szczyty. Domy ciągnęły się wzdłuż szosy, ale dalej zaczynał się już tylko las, ciemny i głuchy. Droga wspinała się stromo ku granicy ze Słowacją, a Dzik toczył się po asfalcie jak zwierzę gotowe do skoku. Anka wsłuchiwała się w rytm pracy silnika, polując na znajomy metaliczny stukot, który jeszcze przed dwoma dniami dobijał się spod kół. Cisza. Mechanik musiał znać się na rzeczy, bo nie słyszała już żadnych hałasów. W głębi duszy wiedziała, że winę za awarię ponosi ona sama. Napęd na cztery koła i mocny, dieslowski silnik dawały poczucie bezkarności. Nissan, wierny swojemu przydomkowi, radził sobie wszędzie i w każdych warunkach. W błocie, na kamieniach, w śniegu. Tydzień temu puściła się nim w pościg za dwoma quadowcami, którzy rozdzierali ciszę gór swoimi maszynami. Rzadko miała okazję do takich akcji, bo zwykle służba sprowadzała się do rozmów z miejscowymi. Wtedy jednak nie chciała odpuścić. Zbyt mocno docisnęła gaz, nie wyrobiła się na zakręcie i uderzyła w głaz sterczący z ziemi jak kły uśpionej bestii. Skończyło się na poważnej awarii zawieszenia, choć równie dobrze mogła runąć w przepaść. Quadowcy zniknęli, a ona aż do wczoraj była skazana na jazdę w teren na swoim crossie.
W Ujsołach zatrzymała się na moment przy małym sklepiku. Wysiadła, by uzupełnić zapas batoników, które zawsze miała przy sobie. Jeden wylądował od razu w kieszeni spodni, reszta w schowku. Odpaliła silnik, minęła dawny kamieniołom, który gmina przerobiła na park linowy i baseny, i znowu wjechała między drzewa. Po prawej rozciągał się gęsty las porastający strome beskidzkie zbocza. Była to dzika, niemal nietknięta ludzką ręką kraina. Pustkowie nazywane przez miejscowych Oszastem. Ciarki przebiegły jej po plecach. To właśnie w czeluściach tej niemal pierwotnej puszczy pięć miesięcy temu doszło do makabrycznego odkrycia. Wzdrygnęła się na to wspomnienie. Z zamyślenia wyrwał ją jednak widok karetki i starego Jeepa stojących na poboczu drogi prowadzącej na przełęcz Glinka. Anka wrzuciła papierek po kolejnym tego dnia czekoladowym batoniku do schowka i wyłączyła silnik. Postanowiła, że do wieczora nie sięgnie już po słodycze. W przeciwnym razie jutro będzie musiała przebiec zdecydowanie dłuższy dystans.
– Dzień dobry. Aspirant sztabowa Anna Kocoń – przedstawiła się zaraz po wyjściu z radiowozu.
– Zależy dla kogo dobry – przywitał się w specyficzny sposób lekarz, który wyszedł jej naprzeciw.
– Co się dzieje? – Anka skinęła głową w stronę mężczyzny siedzącego w karetce.
– Mężczyzna. Trzeźwy. Wyziębiony. W szoku – wyrecytował lekarz bez emocji. Wyglądał na zmęczonego. Podkrążone oczy świadczyły o tym, że musiał być po nocnym dyżurze. Albo dwóch.
– Skąd ta krew na jego ubraniu i ciele?
– Paskudnie rozcięty łuk brwiowy, ale wystarczył klej chirurgiczny.
– Jakieś inne obrażenia?
– Tylko siniaki i zadrapania na całym ciele. Wykluczyłem wstrząśnienie mózgu. Teoretycznie pacjent nie wymaga hospitalizacji.
– Teoretycznie?
– Facet nie pamięta, skąd się tu wziął.
– Amnezja?
– Tak, ale myślę, że to chwilowe. Dostał diazepam.
– To przywróci mu pamięć?
– Nie. To na uspokojenie. Amnezja zazwyczaj cofa się samoistnie, gdy mózg odzyskuje stabilność.
– Czy ktoś mógł mu to zrobić? – Anka przesunęła palcem po brwi.
– Niewykluczone, ale raczej to on porządnie o coś przywalił głową.
– Czyli nie zabieracie go na obserwację?
– Mógłbym, nawet chciałem, ale nic na siłę.
– Nie chce?
– Nie ma bezpośredniego zagrożenia życia, więc podpisze nam papier i nasza rola się tu kończy. – Lekarz ziewnął, przeciągnął się i dodał: – Pani autograf też się przyda.
– Miał przy sobie jakieś dokumenty?
– Tak. Dowód osobisty – powiedział lekarz i przekazał go policjantce.
– Jan Stelmach – przeczytała na głos. – Mówił coś?
– Niewiele, ale zapyta pani leśniczego. On go znalazł. Może jemu powiedział coś więcej. – Lekarz wskazał na młodego mężczyznę stojącego po drugiej stronie drogi. Nerwowo przestępował z nogi na nogę i wpatrywał się w ekran telefonu.
Anka podeszła do niego.
– Hej, Szczepan.
– Witam naszą panią dzielnicową. – Szczepan niemrawo się uśmiechnął, a Anka od razu zauważyła, że coś go trapi.
Znali się dobrze. Można by nawet rzec, że się przyjaźnili. Wszystko zaczęło się, gdy trzy lata temu Szczepan przeniósł się w Beskid Żywiecki. Zatrzymała go, przyczepiła się wtedy do stanu technicznego jego Jeepa i zmusiła do wydania niemałej kwoty na mechanika.
– Ty go znalazłeś?
– Znalazłem? Prawie go rozjechałem. Szedł jak zombie środkiem drogi. – Szczepan zawahał się, po czym dodał ciszej: – Anka, to mój kuzyn.
– Jak to kuzyn? – Policjantka uniosła brwi.
– Jan Stelmach. Mój kuzyn. Miał wczoraj przyjechać do mnie z żoną i córką. Nie zjawił się, a dziś znalazłem go w takim stanie.
Anka spojrzała na rannego, który właśnie wyszedł z karetki i zaczął nerwowo gestykulować. Miał około trzydziestu pięciu lat, jakieś sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Barczysty. Włosy lekko kręcone, sięgające ramion. Ubrany był w oliwkowe bojówki, buty trekkingowe i granatową bluzę z logiem FC Barcelony. „Wolę Real Madryt” – pomyślała.
Mężczyzna wyglądał coraz bardziej niespokojnie i chyba właśnie zaczęło do niego docierać, co się stało.
– Moja żona… Moja żona i córeczka były ze mną. Wypadek… Musimy tam jechać! – W jego oczach malowało się przerażenie.
Szczepan zbladł i ruszył w stronę kuzyna.
– Janek! Janek, to ja, Szczepan! Co się stało z Asią i Mają?
Jan spojrzał na leśnika, jakby tym razem już go rozpoznawał, ale wciąż był zdezorientowany.
– Szczepan? Boże! One mogą potrzebować pomocy!
Anka zbliżyła się do nich i zmrużyła oczy.
– Wypadek? Gdzie? – Zacisnęła usta, myśląc intensywnie. Nie powinna zabierać go do radiowozu, ale nie miała wyjścia. Jeśli rzeczywiście zdarzył się wypadek, każda sekunda mogła być na wagę życia. W takich sytuacjach żałowała, że nie ma przydzielonego partnera, tylko sama patroluje te rejony. – Szczepan, wskakuj, jedziesz z nami – zdecydowała. – A wy – zwróciła się do ratowników – czekajcie tu w gotowości. Jeśli Stelmach mówi prawdę, możecie być potrzebni.
Lekarz przewrócił oczami, ale skinął głową.
– Jeśli nie dostaniemy wezwania gdzieś indziej, to możemy zaczekać, ale nie dłużej niż kwadrans – zastrzegł, wręczając jej wizytówkę. – Jak coś, proszę dzwonić.
– Dzięki – odparła Anka, po czym wsiadła do radiowozu i odpaliła silnik.
Policyjny SUV powoli wspinał się krętą, górską drogą. Pnie rosły jeden przy drugim, ściśnięte niczym ludzie w zatłoczonym kościele, a ciężkie świerkowe gałęzie zwisały nisko, tworząc naturalne zielone sklepienie. Anka nie chciała niczego przegapić. Uważnie rozglądała się dookoła. Znała ten teren jak własną kieszeń. Patrolowała go przecież regularnie.
We wsiach poniżej znała każdy dom i każdego mieszkańca. Wiedziała, kto kłusuje, kto pędzi bimber, a kto zatrudnia na czarno. Jej spojrzenie, skupione na rozmówcy, i błysk ciemnych oczu, gdy głośno i zaraźliwie się śmiała, sprawiały, że miejscowi ją lubili. Życie tutaj różniło się od tego w mieście. Nie było tu pędu ani pośpiechu. Przyjezdny mógłby pomyśleć, że mieszkańcy żyją tu w harmonii z naturą. Nic bardziej mylnego. Większość z nich zajmowała się wyrębem lasów. Kiedyś te tereny słynęły też z pasterstwa, ale dzisiaj to przemysł drzewny stanowił główne źródło utrzymania lokalnej społeczności. Turystyka nie była tu tak mocno rozwinięta jak w innych częściach Beskidów.
Z uważnej obserwacji otoczenia Ankę wyrwał nagle głos Szczepana. Nie dała po sobie poznać, że nie słyszała początku opowieści.
– …i jak ostatnio byłem u Macieja i Maciejowej, to wpadłem na Głomczaka. Ty wiesz, który to? – zapytał, patrząc na Ankę. Policjantka nieznacznie skinęła głową, w skupieniu obserwując drogę. Leśnik wyraźnie próbował zagłuszyć ciszę i skierować myśli na inne tory. – My się jakoś dobrze nie znamy, więc mi tego nie powiedział, ale podobno Maciejową już kilka razy przed tą kobietą ostrzegał. Gadał, że szpieguje, że to zły omen i jeszcze kłopoty na okolicę ściągnie. Maciejowa, jak to ona, już oczywiście przejęta, pacierze klepie – kontynuował, mimo że ani Anka, ani Jan wcale go nie słuchali. – Łazi baba po chałupach, rozpytuje o jakiegoś znachora. Nie wiadomo w ogóle, o co jej chodzi. Mnie się wydaje, że jak tu wszyscy wszystkich znają, to nikt nic nie ma do ukrycia. Bo jakby miał, to już by i tak wyszło.
Anka mruknęła coś pod nosem i powiedziała nieco zniecierpliwiona:
– Wiesz co, Szczepan, może pogadamy o tym innym razem? Ja żadnej obcej, co by po domach chodziła, nie widziałam – powiedziała, zbywając przyjaciela. – Jest pan pewien, że to było tutaj? – zapytała mężczyznę siedzącego na miejscu pasażera.
Ten nerwowo obgryzał skórki przy paznokciach i co jakiś czas przecierał twarz, jakby dopiero co się obudził.
– Tak – odpowiedział Stelmach i spojrzał na kuzyna. – Przegapiłem zjazd do Soblówki. Zorientowałem się, dopiero jak minąłem Ujsoły i Glinkę. Pamiętałem, że przed granicą jest parking. Chciałem tam zawrócić.
Anka kątem oka dostrzegła, że Szczepan nagle zamilkł i przyglądał się kuzynowi. Widziała, że chce mu pomóc, ale jedyne, co mógł teraz zrobić, to wpatrywać się w leśne zarośla po obu stronach jezdni.
– Wypadłem z drogi – kontynuował Stelmach. – Może samochód leży gdzieś w tych krzakach albo, nie daj Boże, spadł w przepaść.
– Ale tu nie ma żadnych przepaści – stwierdziła policjantka, bacznie obserwując go kątem oka. Wyglądał na zestresowanego. Nic dziwnego, jeśli faktycznie doszło do wypadku, a w samochodzie były jego żona i córka. Wcisnęła mocniej pedał gazu.
– Przepaści nie ma, ale po prawej jest całkiem strome urwisko. W dole płynie potok Glinka – wtrącił Szczepan.
– Bądźmy dobrej myśli. – Anka próbowała uspokoić zdenerwowanego mężczyznę i rzuciła leśnikowi karcące spojrzenie.
– Słuchaj, Janek – powiedział cicho Szczepan, kładąc dłoń na oparciu fotela kuzyna. – Wiem, że to dla ciebie piekło, ale będzie dobrze. Znajdziemy je.
Jan tylko skinął głową.
– Za dwa kilometry granica ze Słowacją – dodał Szczepan, próbując zmienić temat.
– Ale to było przed… – upierał się Stelmach.
– Droga prowadzi przez las po obu stronach granicy. Odkąd jesteśmy w Schengen… – Anka urwała, mając w głowie, że facet jest w szoku i coś mogło mu się pomieszać.
– Tak, wiem, ale przecież są tablice. Zauważyłbym, jakbym przekroczył granicę!
– Co w ogóle pamiętasz? – zapytał cicho Szczepan.
– Była noc. Burza. W zasadzie nawałnica. – Stelmach zamyślił się i umilkł. W jego oczach pojawił się szklisty błysk.
– Co było dalej?
– Zza zakrętu wyjechał jakiś baran… wprost na mnie. – Głos Stelmacha zaczął się łamać. – Odbiłem, żeby uniknąć czołówki, wyleciałem z drogi, a potem… potem… – Zamknął oczy, a po policzku spłynęła łza. – Kurwa! Jeśli coś im się stało? Nie wybaczę sobie tego!
– Spokojnie, Janek – powiedział Szczepan, wyciągając rękę i kładąc ją na ramieniu kuzyna. – Pamiętasz, jak kiedyś spadłeś z tego dębu u babci? Myśleliśmy, że złamałeś nogę, a okazało się, że to tylko stłuczenie. Czasami rzeczy wydają się gorsze, niż są w rzeczywistości.
– Widział pan markę samochodu? – dociekała Anka.
– Pyta pani o tego idiotę, który zjechał na mój pas?
– Wiem, że było ciemno i padał deszcz, ale może jakiś szczegół utkwił panu w pamięci?
– Nic. Pamiętam tylko oślepiające światła. Zareagowałem instynktownie. Potem pustka. Nie wiem nawet, jak znalazłem się w tamtym miejscu, z którego mnie zabraliście.
– Był pan w szoku. Ludzie w takim stanie często nie pamiętają, co się działo. A tak w ogóle dokąd pan jechał? – Anka nie przestawała pytać.
– Na Słowację.
– Domyślam się. Tą drogą nigdzie indziej pan nie zajedzie. Pytam o cel podróży.
– Urlop na Wielkiej Fatrze.
– Jak ma na imię pana żona?
– Joanna… A córeczka Majka. – odpowiedział, a łzy ponownie napłynęły mu do oczu. Wyglądał na załamanego.
– Ile lat ma córka?
– Pół roku.
– Jakim samochodem pan jechał? Kolor?
– Q7… Czarne Audi Q7.
Nagle siedzący z tyłu Szczepan gwałtownie odwrócił głowę w stronę szyby.
– Stój!
– Co się stało? – Anka instynktownie nacisnęła hamulec.
– Ślady hamowania! – Leśnik wskazał na jezdnię i wyskoczył z radiowozu.
Policjantka i Stelmach ruszyli za nim. Przystanęli i uważnie przyjrzeli się asfaltowi.
Rzeczywiście. Nawierzchnia zdążyła już wyschnąć po wczorajszej burzy, a czarne smugi spalonych opon były teraz wyraźnie widoczne. Puszcza otaczała ich z obu stron. Krzaki, chaszcze i młode świerki tworzyły zwarty mur zieleni. Jeden szczegół od razu przykuł ich uwagę. Ogromna wyrwa w tym naturalnym murze. Ziemia na poboczu była zryta, krzewiny połamane, a kilka młodszych drzew zostało niemal ściętych u podstawy.
Wszystko wskazywało na to, że intuicje Stelmacha były słuszne, a jego samochód faktycznie zjechał z drogi i wbił się w leśny ostęp. Z miejsca, w którym stali, nie mogli jednak dostrzec żadnego wraku. Prawdopodobnie dlatego, że tuż za linią drzew rozpoczynało się strome zbocze. To by tłumaczyło, dlaczego przypadkowi podróżni mogli przejechać obok, nie zauważywszy nawet miejsca wypadku.
– To… musiało… być tu – wystękał Stelmach.
Przez chwilę cała trójka stała w miejscu, wpatrując się w wyrwę. Policjantka ze Szczepanem ruszyli zdecydowanym krokiem. Jan Stelmach niepewnie podążył za nimi.
– Janek, zostań tutaj – powiedział Szczepan, obracając się w jego stronę. – Pójdę pierwszy sprawdzić.
– Nie! – krzyknął Jan, ożywiając się nagle. – To moja rodzina!
– Właśnie dlatego – odparł spokojnie Szczepan. – Jesteś w szoku. Pozwól, że najpierw my spojrzymy.
Wkroczyli między drzewa i podeszli do skarpy. Te kilkanaście metrów wydawało się nieskończoną drogą. Stanęli na skraju stromego zbocza i dostrzegli na dnie niewielkiego wąwozu rozbite czarne Audi Q7. Tył pojazdu, poza drobnymi wgnieceniami i porysowanym lakierem, sprawiał wrażenie niemal nienaruszonego. Z przodem było dużo gorzej. Stelmach zachwiał się na nogach, zatoczył i omal nie upadł. Anka w porę go podtrzymała, a Szczepan powoli i ostrożnie ruszył w dół wąwozu. Stelmach usiadł. Oddychał ciężko, trzymając się za serce.
– Wszystko w porządku? – zapytała Anka.
Nie doczekała się jednak żadnej odpowiedzi. Mężczyzna zaczął szlochać jak dziecko. Anka widziała, jak strach i rozpacz go przygniatają, jak świat wali się na jego oczach. W jego zachowaniu kryły się wstyd i paraliżujący lęk. Nie potrafił ruszyć w dół zbocza, nie potrafił zmierzyć się z tym, co mogło tam czekać. Czemu sam czuł się winny.
– Nie dam rady… – wyszeptał.
– Dasz radę – powiedziała cicho Anka. – Bo musisz. Dla nich.
Ślady w ziemi, mokrej od wczorajszej burzy, nie pozostawiały wątpliwości. Audi zjechało z drogi, połamało krzaki i młode świerki, po czym stoczyło się w głąb wąwozu. Nie dachowało. Stało przechylone pod ostrym kątem, oparte o ścianę jaru. Ugrzęzło w błocie i było ustawione do nich tyłem. Z tej perspektywy trudno było dostrzec, czy ktoś znajduje się w środku. Anka spojrzała na Szczepana, pędzącego w dół stromego zbocza, i krzyknęła:
– Stój!
Leśnik poślizgnął się i z impetem upadł na tyłek, a aspirantka stuknęła się w czoło i wrzasnęła:
– Zwariowałeś? To miejsce wypadku. Wracaj. I to już!
– Kurwa, Anka, przecież one mogą potrzebować pomocy – warknął Szczepan, zerkając na kuzyna.
Stelmach siedział na skraju zbocza, wpatrzony w rozbity samochód. Wyglądał jak siedem nieszczęść. Policjantka sięgnęła po krótkofalówkę i połączyła się z oficerem dyżurnym:
– Zero-zero-jeden, tu zero-zero-trzy.
Po chwili w głośniku zaskrzypiał męski głos:
– Słucham cię, zero-zero-trzy.
– Potrzebuję chłopaków z drogówki i holownik na drogę prowadzącą do granicy – rzuciła. Potem podała leśnikowi wizytówkę lekarza, który opatrywał Stelmacha. – Dzwoń. Może jeszcze się nie zawinęli.
– Gdzie dokładnie? – zapytał głos w eterze.
– Na przełęcz Glinka. Jak zobaczą Dzika na drodze, to będą na miejscu.
– Zrozumiałem.
Anka wypuściła powietrze. Nie było czasu do stracenia, chociaż z góry założyła najczarniejszy scenariusz. Właśnie dlatego zatrzymała Szczepana. Nie ze względu na procedury związane z wypadkami. Chciała po prostu oszczędzić mu widoku, jaki mógł zastać we wnętrzu wraku. Sama ruszyła w dół.
– Nie ma zasięgu! – krzyknął leśnik.
– To wejdź wyżej! – odparła, spoglądając jeszcze na załamanego Stelmacha. – I zajmij się… – Urwała, bo nogi zapadły jej się po łydki w grząskim podłożu.
Cały jar był wypełniony grubą warstwą błota. Wczorajsza burza zrobiła swoje. To dobry znak. Błoto i solidna konstrukcja pojazdu zamortyzowały upadek. „Mieli cholerne szczęście – pomyślała. – Może jednak jest nadzieja?”
Marsz w tym terenie okazał się cholernie trudny, bo z każdym krokiem nogi zapadały się w błotnistej mazi. W końcu dotarła do przechylonego auta. Przetarła spocone czoło i próbowała zajrzeć do środka. Jednak z tej pozycji wciąż nic nie widziała. Musiała obejść wrak. Serce waliło jej w piersi. Może i była twardą kobietą, ale była też zwykłą dzielnicową, a przede wszystkim – człowiekiem. Nie przywykła do takich sytuacji. Przeczuwała, że widok nie będzie należał do najprzyjemniejszych. Co prawda widywała już w swoim życiu trupy, ale obawiała się, że zwłoki w samochodzie mogą być zmasakrowane. Wiedziała też, że w środku było półroczne dziecko. Gdyby pracowała w wydziale kryminalnym albo chociaż w drogówce, byłaby obyta z takimi obrazkami.
Wstrzymała oddech i zrobiła jeszcze kilka kroków, opierając się o karoserię samochodu. Kolana lekko się pod nią ugięły, gdy zaglądała do środka. Odetchnęła z ulgą. W pojeździe na szczęście nie było nikogo. Zbadała wzrokiem wnętrze. Ślady krwi znalazła głównie po stronie kierowcy. Stelmach musiał faktycznie nieźle przydzwonić. Ale nie było żadnego fotelika. To zdziwiło ją bardziej niż cokolwiek innego. Czy żona Stelmacha zdołała wydostać się z auta i zabrać stąd córeczkę? Anka skrzywiła się lekko, wpatrując się w puste siedzenie z tyłu samochodu. Potem szybko oceniła sytuację. Przód auta był zmiażdżony aż po połowę maski. Przednia szyba rozsypała się w drobny mak, poduszki powietrzne wystrzeliły. Drzwi kierowcy były uszkodzone, ale otwarte. „Co tu dużo mówić. Mieli farta” – pomyślała, a potem krzyknęła w stronę mężczyzn:
– Pusto! W środku nie ma nikogo!
Nawet z tej odległości dostrzegła, jak z piersi Stelmacha spada ciężar, który jeszcze chwilę temu go przygniatał. A potem jakby coś w nim pękło. Jakaś niewidzialna siła pchnęła go naprzód. Rzucił się biegiem w dół i chwilę później stał już przy Ance, zaglądając do samochodu. Nie zdziwiło jej to. Chciał na własne oczy zobaczyć, że w środku nie ma jego żony i córki. Przez chwilę widać było ulgę na jego twarzy, ale krótko po tym zaczął nerwowo się rozglądać, a potem biegać wokół wraku, krzycząc:
– Gdzie one mogą być?
– Spokojnie. Może ktoś im pomógł, a może same wydostały się z samochodu. – Anka zbliżyła się do niego i położyła mu rękę na ramieniu.
– A jeśli są w szoku?
– Niekoniecznie. Żona, albo ktoś, kto im pomógł, musiała wypiąć nosidełko z córką. Gdyby była w szoku, nie zrobiłaby tego.
Stelmach jeszcze raz zajrzał do wnętrza auta. Faktycznie, po nosidełku nie było śladu. Anka wciąż próbowała go uspokoić.
– Niech pan spojrzy. Tylko poduszka kierowcy jest zakrwawiona. Na fotelu pasażera ani z tyłu nie ma śladów krwi. Musiały z tego wyjść cało. Znajdą się. Może są gdzieś we wsi i pana szukają. Jedno jest pewne… – Spojrzała w stronę stromego zbocza. – Jakiś anioł stróż czuwa nad pana rodziną. Zaraz zapytam dyżurnego, czy ktoś nie zgłaszał wypadku. Może żona dzwoniła na numer alarmowy. A teraz niech się pan skupi. Może przypomni pan sobie coś więcej. Zacznijmy od początku.
Jan zmrużył oczy, próbując odtworzyć w myślach wydarzenia z poprzedniej nocy.
Anka założyła ręce na piersi i uważnie wsłuchiwała się w opowieść Stelmacha. Kobieca intuicja w połączeniu z policyjnym doświadczeniem podpowiadały jej, że coś tu się nie zgadza. Jako dzielnicowa nauczyła się czytać ludzi i rozpoznawać, kiedy kłamali. Unikanie spojrzeń, zmiana tonu głosu, nerwowe ruchy – każdy z tych drobnych szczegółów bywał sygnałem. U Stelmacha zaobserwowała tylko jeden taki gest: na przemian pocierał dłonie i dotykał twarzy. Mogło to oznaczać kłamstwo, ale równie dobrze być skutkiem podanych przez lekarza środków uspokajających albo wyrazem stresu czy zwyczajnej troski o rodzinę. A może nawet wszystkim naraz.
Mówił szybko, głos mu drżał, a w jego słowach pobrzmiewała niechęć do tłumaczeń. Rozglądał się po wąwozie, jakby szukał ratunku w otaczającym ich krajobrazie. I choć unikał jej spojrzenia, Anka wierzyła, że mówi prawdę.
– Pamiętam, że zerwała się straszna ulewa… – zaczął i wziął głęboki wdech.
Wycieraczki z trudem zbierały wodę z przedniej szyby, przez co podróż beskidzkimi drogami stawała się prawdziwym utrapieniem. Potężny wiatr szarpał korony drzew, wyginając je do granic wytrzymałości. Wąska górska droga wiła się niczym wąż skąpany w deszczu i mroku. Nagle oślepiający błysk pioruna rozdarł nocne niebo, a zaraz potem rozległ się potężny grzmot. Tuż po nim wnętrze samochodu przeszył dźwięk przychodzącego połączenia. Trzydziestokilkuletnia blondynka siedząca na miejscu pasażera bez wahania szybkim ruchem odrzuciła połączenie.
– Oszalałaś? To szef dzwonił – oburzył się kierowca.
– Ja oszalałam? Janek, jest środek nocy… Masz urlop, ten czas miał być tylko dla nas. Skup się na drodze, już przegapiłeś zjazd do Szczepana.
– Tutaj jest zbyt niebezpiecznie. Zawrócę na parkingu przed granicą – rzucił, zerkając na żonę z irytacją.
Mimo że kobieta miała rację, narastająca od dawna frustracja dawała o sobie znać. Był wściekły na siebie, że źle ocenił sytuację i zmienił trasę. To nie był dobry pomysł. Zasięg zanikał, nawigacja co chwilę się zawieszała, a jazda w tych warunkach pogodowych stawała się coraz bardziej ryzykowna. Wpatrywał się w drogę, próbując unikać karcącego wzroku żony. Ostatnio czepiała się o wszystko. Każda rozmowa kończyła się kłótnią. Miał wrażenie, że żona kompletnie go nie rozumie.
Przecież musiał odebrać. Nikt w firmie nie znał projektu realizowanego w Ameryce Południowej tak dobrze jak on. To było jego dziecko, jego szansa na awans. Nie robił tego dla siebie. Poświęcał się dla rodziny, ale jego kochana żona najwyraźniej tego nie doceniała. Zacisnął dłonie na kierownicy i spojrzał we wsteczne lusterko. W odbiciu zobaczył niewinną i słodką twarz Majeczki. Leżała w foteliku i smacznie spała. Jej widok koił nerwy i pomagał przetrwać trudne chwile szarej codzienności.
– Gdzie my w ogóle jesteśmy? – zapytała Joanna, nerwowo wpatrując się w ciemność rozcinaną przez światła reflektorów.
Nie odpowiedział. Zmrużył tylko oczy i skupił się na drodze. Wystarczyłaby chwila nieuwagi, by wylądować w rowie albo wbić się w drzewa rosnące na poboczu. Dłonie zaczęły mu się pocić. Deszcz padał coraz mocniej, a wiatr szarpał gałęziami, których fragmenty spadały na asfalt. Tylko czekać, aż jakieś drzewo runie i zagrodzi im przejazd. Albo, nie daj Boże, zmiażdży samochód. Krople potu pojawiły się na jego czole.
– Jak zwykle inżynier Stelmach mądrzejszy od GPS-a! Co cię pokusiło, żeby zjechać z głównej drogi? – czepiała się kobieta, stukając w deskę rozdzielczą, a sposób, w jaki to robiła, mocno go irytował. Ostatnio oboje działali na siebie jak płachta na byka.
– Aśka, daj spokój… – westchnął w końcu. Chciał jeszcze coś dodać, ale nie zdążył.
Nagły ryk klaksonu i oślepiające światła samochodu, który pojawił się nie wiadomo skąd, sprawiły, że serca podeszły im do gardła. Gdyby nie pasy bezpieczeństwa, z pewnością podskoczyliby w fotelach. Pojazd widmo wyprzedził ich, niemal ocierając się o bok ich auta, po czym zniknął za ostrym zakrętem.
– Idiota! – wrzasnął Janek i uderzył dłonią w kierownicę, próbując zatrąbić. Nie trafił jednak w klakson.
Płacz dziecka rozdarł wnętrze samochodu. Nawet deszcz dudniący o dach nie był w stanie go zagłuszyć. Joanna odwróciła się do córeczki i zaczęła ją uspokajać.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Prolog
Rozdział 1
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Meritum publikacji
