Oslo Plaza 1995 - Magdalena Kostka - ebook + książka

Oslo Plaza 1995 ebook

Kostka Magdalena

5,0

Opis

Czasami największe potwory czają się w naszych najbliższych

Po narodzinach syna małżeństwo Iana i Zoi przechodzi poważny kryzys. Ian – dotąd czuły i oddany – z dnia na dzień staje się oschły oraz zdystansowany. W styczniu 1995 roku Zoja wbrew własnej woli opuszcza rodzinę i na polecenie męża wyrusza na niebezpieczną misję do Moskwy. Jej zadanie jest proste tylko z pozoru: przeniknąć do świata Aleksandra Ibragimova… a potem go zabić.

Od Londynu przez Moskwę i Petersburg aż po Oslo – w obcym mieście, pod przybraną tożsamością, Zoja musi stać się kimś zupełnie innym. Jednak im dłużej trwa misja, tym trudniej oddzielić grę od prawdziwych emocji.

Dwadzieścia siedem lat przed wydarzeniami z „London Fairytales” rozgrywa się historia, która na zawsze przypieczętowała los Jamesa Walkera.

Powieść inspirowana jedną z najbardziej tajemniczych i do dziś niewyjaśnionych spraw kryminalnych lat dziewięćdziesiątych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 358

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Krzysztof_Reszczyk

Nie oderwiesz się od lektury

Witajcie, Uważam, że każda dobra książka powinna budzić emocje i sprawiać, że czytelnik wraca do niej myślami jeszcze długo po odłożeniu jej na półkę. A jeśli kanwą opowieści są rzeczywiste wydarzenia, powinna również skłaniać do poszukiwania dodatkowych informacji i porównywania literackiej wizji autora z faktami obecnymi w przestrzeni publicznej. „Oslo Plaza 1995” Magdaleny Kostki jest pozycją wyjątkową. Bez wahania mogę polecić ją każdemu, kto ceni twórczość Johna le Carré czy Vincenta V. Severskiego. Jednocześnie chcę podkreślić, że zestawiam autorkę z tymi nazwiskami z pełną świadomością — stworzyła bowiem książkę tak dobrą, że w pełni na takie porównanie zasługuje. Historia rozpoczyna się od poznania głównej bohaterki — Zoi, płatnej zabójczyni należącej wraz z mężem do tajemniczej agencji. Bezgranicznie zakochana w swoim partnerze i będąca matką kilkumiesięcznego dziecka, Zoja ma udać się do Moskwy, by zlikwidować cel — biznesmena Ibragimova. Jej największymi atutami w tej mi...
00



Magdalena Kostka

Oslo Plaza 1995

Inspirowane prawdziwymi wydarzeniami

Ian był najcudowniejszym mężczyzną, jakiego Zoja kiedykolwiek spotkała. Był w jej oczach tak idealny, że postanowiła zignorować wątpliwą moralnie profesję, którą się zajmował. Przyszło jej to z zaskakującą łatwością, a z czasem mroczny świat Iana wciągnął także ją. Wbrew pozorom to nie była zmiana na gorsze, ta decyzja tylko ich zbliżyła. Wiedli razem życie, o jakim Zoja zawsze marzyła. Miłość ją uskrzydlała, a duma w jego oczach, kiedy widział, jak dobrze sobie radzi, sprawiała, że codziennie budziła się spełniona i szczęśliwa. Wiadomość o ciąży na moment zburzyła idylliczne chwile. Zoja miała obawy, czy ich styl życia pozwala na powiększenie rodziny, ale Ian zapewniał, że sobie poradzą, i wydawał się podekscytowany perspektywą ojcostwa. Wtedy Zoja pozbyła się wszelkich wątpliwości. Postanowiła urodzić i szczerze się cieszyła, że zostanie matką.

W takich okolicznościach pewnego upalnego sierpniowego popołudnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego roku na świat przyszedł ich syn James. Wyjeżdżając ze szpitala z małym chłopcem na rękach i ukochanym mężczyzną u boku, Zoja czuła, że teraz z całą pewnością nie może być szczęśliwsza.

A potem wszystko się zmieniło.

Rozdział 1

22 stycznia 1995 roku

– Załatwiłem ci pracę – oświadczył Ian, siadając przy stole. Zoja podniosła oczy znad książki. James spał, więc miała chwilę dla siebie.

– Jaką pracę?

Ian wzruszył ramionami.

– Taką jak zwykle – odparł z nieudolnie maskowaną irytacją. – Trzeba się pozbyć jednego faceta.

Popatrzyła na niego wyczekująco, ale nie doczekała się rozwinięcia.

– Jakiego? – spytała w końcu zniecierpliwionym głosem. Od pewnego czasu taki ton przeważał w ich rozmowach.

– To jakiś miliarder. Nie znam szczegółów.

– Kiedy miałabym się tym zająć?

– Wkrótce – odparł Ian zdawkowo. – Sam wiem niewiele więcej od ciebie.

Zoja znów przeniosła wzrok na książkę, jednak nie po to, by czytać, ale żeby nie patrzeć na męża. Na początku poczuła złość, ale szybko doszła do wniosku, że być może jedno małe zlecenie dobrze jej zrobi. Wyrwałaby się na chwilę z domu, a James mógłby przecież zostać z Ianem. W ostateczności wynajęłaby opiekunkę, chociaż oboje nie lubili obcych w swoim domu. Tylko jeśli cel był bogaty, to sprawa wcale nie była taka prosta. Zanim przystąpi do eliminacji, będzie musiała rozpracować ochronę, wszelkie zabezpieczenia, lepiej mu się przyjrzeć… Praca na wiele dni. O ile nie tygodni.

Głos Iana wyrwał ją z rozmyślań.

– W każdym razie pojedziesz do Rosji.

– Do Rosji?! – Zoja nigdy nie była gwałtowna, ale tym razem zerwała się z krzesła, w ostatniej chwili je łapiąc, żeby nie upadło na podłogę.

– O co ci chodzi? – Ian patrzył na żonę obojętnym spojrzeniem i nie wydawał się przejęty jej reakcją. Czuła chłód, jaki od niego bił, ale zdążyła już do niego przywyknąć.

Odetchnęła, próbując się uspokoić.

– Mamy półroczne dziecko – powiedziała powoli.

– Myślisz, że będziesz dłużej siedzieć tutaj i nic nie robić?

– Chętnie wrócę do pracy – zaczęła pojednawczo. – Ale wolałabym zająć się czymś, co wymaga mniej czasu i zaangażowania. Przede wszystkim czymś na miejscu – dodała z naciskiem.

– Gdyby było coś na miejscu, załatwiłbym coś na miejscu – odpowiedział Ian, wzruszając ramionami.

Wątpię. Po prostu masz już dość i chcesz się mnie pozbyć – pomyślała, ale nie powiedziała tego na głos. Nie miała ochoty na gorszą kłótnię, tym bardziej kiedy James wreszcie zasnął.

– Ian, do cholery, przecież w Londynie i okolicach co chwilę jest ktoś do usunięcia. Naprawdę nie mogę się zająć takimi sprawami?

Ian nie odpowiedział. Wstał, otworzył lodówkę i wyjął z niej butelkę jakiegoś absurdalnie drogiego szampana. Zoja patrzyła, jak nalewa jasnożółty płyn do wysokiego kieliszka, bąbelki gazu szybowały ku górze. Nienawidziła, kiedy ją ignorował.

– Nie może tego zrobić ktoś inny? – zapytała z rezygnacją i usiadła.

– Nie. – Tym razem ją usłyszał. – To praca wywiadowcza. Musisz zbliżyć się do celu, zebrać informacje i dopiero później go unieszkodliwić.

Zoja westchnęła. Jeśli w grę wchodził wywiad, to było zlecenie na miesiące.

– Jak miałoby to wyglądać? – spytała, siląc się na obojętny ton.

Zaczęła się bawić wystającą z książki zakładką, musiała zająć czymś ręce. Czuła, że w przeciwnym razie mogłaby go w złości uderzyć.

– Zatrudnisz się u niego i zyskasz dostęp do wszystkich ważnych papierów.

– Nie lepiej wysłać kogoś, kto… Hmmm… Powiedzmy… nie jest matką?

– Jako jedyna znasz rosyjski.

– O tyle, o ile – mruknęła, po raz pierwszy przeklinając swoje zdolności językowe. Do tej pory były wyłącznie atutem w tej pracy.

– Wystarczy – odezwał się Ian ostrym tonem. – Nie mamy w tym momencie nikogo, kto znałby go lepiej od ciebie. Poza tym do tego zlecenia potrzebna jest atrakcyjna kobieta.

– Aha. Czyli mam być dziwką?

– Dziwka nie dowie się tego, na czym zależy klientowi, pracownica już tak. Ale nie ma przeciwwskazań, żebyś trochę się wokół niego zakręciła i namieszała mu w głowie. Byle umiejętnie, nie możesz wzbudzić podejrzeń.

Zoja poczuła niemiłe ukłucie w sercu, a smutek i żal, które od tygodni próbowała ignorować, znów wzięły ją w swoje ciasne objęcia. Jeśli Ian bez chwili wahania uprzedmiotawiał ją w ten sposób, ich małżeństwo nie miało najmniejszego sensu.

– Nie mogę jechać do Rosji – powtórzyła z uporem. – Kto zajmie się Jamesem, gdy tam będę? Ty?

Wreszcie spojrzał na nią z innymi emocjami na twarzy niż obojętność. W jego brązowych oczach błysnęła złość.

– Sugerujesz, że nie umiem się zająć własnym synem?

– Sugeruję, że mam wątpliwości, czy będziesz umiał zająć się nim sam przez tak długi czas. Nie będzie mnie kilka miesięcy!

Na twarzy Iana znów zagościły spokój i obojętność. Widząc to, Zoja zapragnęła ponownie czymś go sprowokować, żeby tylko zedrzeć mu tę maskę opanowania. Mimo to nie odezwała się więcej, a on także nie skomentował jej słów.

Dyskusja była skończona.

***

– Powinnaś zacząć więcej ćwiczyć.

Zoja wzdrygnęła się, słysząc głos męża. Całą siłę woli skoncentrowała na tym, żeby się nie zakryć.

Stała przed lustrem w łazience w samej bieliźnie i lekkim szlafroku narzuconym niedbale na ramiona. Mierzyła swoją sylwetkę krytycznym spojrzeniem od stóp do czubka głowy. Zawsze była szczupła, w ciąży także nie przytyła dużo. Nawet za mało, jak mówiła jej lekarka. Teraz również nie wyglądała źle, chociaż być może brzuch wymagał powrotu do regularnych treningów.

– Wydawało mi się, że do tej pracy potrzebny jest ktoś atrakcyjny – powiedziała, patrząc na Iana odbijającego się w dużym, podświetlonym lustrze. Stał oparty o futrynę, z rękami założonymi na piersi.

Z irytacją dostrzegła, że dobrze wyglądał. Sam trenował dużo i kładł ogromny nacisk na swój wygląd. Jego brązowe włosy nie potrzebowały niczego więcej poza niedbałym przeczesaniem palcami, żeby idealnie się układać.

– Jesteś atrakcyjna – stwierdził łaskawie. – Masz ładną twarz. Ale mogłabyś zacząć więcej ćwiczyć.

– Nie mogę się odchudzać, kiedy karmię. To może zaszkodzić Jamesowi – powiedziała ze złością, tym razem się nie powstrzymując. Gwałtownym ruchem zasłoniła się połami szlafroka i zawiązała pasek tak mocno, że boleśnie wpił się w jej ciało.

– Po prostu się tym zajmij – oświadczył Ian i wyszedł.

Nie sprecyzował, czym konkretnie. Zoja mogła dowolnie zapełnić to puste pole którymkolwiek ze swoich kompleksów. Najlepiej wszystkimi.

Miała ochotę rzucić w niego czymś ciężkim, koniecznie szklanym. Zamiast tego zacisnęła mocno pięści i powieki. Odetchnęła głęboko kilka razy, a kiedy otworzyła oczy, nie było w nich ani śladu łez.

Rozdział 2

Zoja nie była pewna, w którym momencie wszystko się popsuło. Nie wiedziała też, co właściwie do tego doprowadziło.

Nie sądziła, żeby Ian ją zdradzał. Przynajmniej nic takiego nie udało jej się wyśledzić, a w końcu była w tym całkiem dobra.

Chodziło o Jamesa? Może myślał, że nie jest jego dzieckiem? Wątpiła w to, Ian wydawał się szczęśliwy i podekscytowany narodzinami syna. Traktował go bardziej jak zabawkę, którą odkładał, gdy już mu się znudziła, ale jednocześnie Zoja nie mogła powiedzieć, że był złym ojcem. Wiedziała, że starał się na tyle, na ile potrafił.

Dlatego nie miała pojęcia i zupełnie nie rozumiała, co się między nimi stało, chociaż nieustannie zadawała sobie to pytanie. Po prostu pewnego dnia zaczął ją nienawidzić.

***

Na spotkanie z Anthonym, ich wspólnym szefem, poszli razem, chociaż Zoja wolałaby iść sama.

Weszli do wysokiego budynku o gładkich, szarych ścianach przez ciężkie, zabytkowe drzwi. W głównej części, na parterze, znajdował się bank, o tej porze cichy i prawie pusty, nie licząc dwóch czy trzech osób załatwiających coś przy oddalonych od siebie okienkach. Zoja i Ian przeszli bocznym korytarzem, oddzielonym od głównej hali masywnymi kolumnami, a potem pokonali jeszcze kilkoro drzwi i kilka innych korytarzy. W końcu znaleźli się na tyłach budynku, z daleka od banku i ciekawskich spojrzeń. Weszli do przestronnej windy wyłożonej lustrami, Zoja spojrzała na swoje odbicie. Czarny obcisły golf i czarne spodnie podkreślały jej bladą twarz, która w ostatnim czasie zbladła jeszcze bardziej. W milczeniu pokonywali kolejne piętra, w większości wypełnione pustymi, niezagospodarowanymi w żaden sposób pomieszczeniami. Pokoje agencji zaczynały się dopiero na piętnastym z osiemnastu pięter.

Winda się zatrzymała.

Zoja nie ruszyła się z miejsca, patrzyła tylko, jak jej mąż wychodzi na pusty korytarz. Miała nadzieję, że po prostu zniknie, a ona będzie mogła zjechać z powrotem na parter i opuścić ten nieprzyjemny gmach.

Ian zatrzymał się, wyraźnie na nią czekając. W tym świetle w jego brązowych tęczówkach dało się zauważyć zielone plamki. Kiedyś uwielbiała spoglądać mu w oczy, teraz najczęściej uciekała wzrokiem, gdy tylko na nią patrzył. O ile patrzył.

W końcu Zoja westchnęła i oderwała plecy od metalowej barierki. Opuściła windę, drzwi zasunęły się za nią z cichym szumem. Nie było drogi odwrotu.

Ruszyli przez cichy, szeroki hol. Ich kroki poniosły się echem w pustej przestrzeni.

Nagle Ian wyciągnął rękę w jej stronę. Chciała zignorować ten gest, ale ostatecznie chwyciła jego dłoń. Była ciepła i miło kontrastowała z chłodem jej własnej. Na jego serdecznym palcu, obok obrączki, jak zwykle błyszczał złoty sygnet z czarnym kamieniem. Nigdy się nie przyznał, skąd właściwie go ma.

Stanęli przed dwuskrzydłowymi, zdobionymi drzwiami. Zoja poczuła, że Ian ściska mocniej jej dłoń, jakby chciał dodać jej otuchy. Miała ochotę prychnąć głośno. Jego dotyk już dawno przestał dawać jej poczucie bezpieczeństwa.

***

Gabinet był jasny i przestronny, promienie zimowego słońca wpadały przez wysokie okna i odbijały się od marmurowych posadzek. Naprzeciwko drzwi stało duże biurko, za którym rozciągał się rząd regałów i znajdowały się kolejne drzwi, podobne do tych wejściowych, ale nieco mniejsze. Prowadziły do prywatnych pokoi, do których nikt poza ich szefem nie miał wstępu.

Zoja i Ian zajęli dwa fotele przed biurkiem, za którym siedział Anthony Rosenberg. Prawdopodobnie nie było to jego prawdziwe nazwisko, ale w tym środowisku nigdy nie miało się pewności, czy ktoś posługuje się prawdziwymi personaliami.

Anthony był starszym mężczyzną w nieokreślonym wieku, z idealnie przyciętą siwą brodą, w równie idealnie skrojonym garniturze. Gdy na jego twarzy pojawiał się uśmiech, sprawiał wrażenie miłego. Wrażenie to znikało, kiedy tylko się odezwał, ponieważ w przyciszonym, łagodnym głosie zawsze dało się wyczuć nutę, która sprawiała, że człowiek czuł się niekomfortowo.

Wymienili szybkie powitania i natychmiast przeszli do rzeczy. Na wypolerowanym blacie pojawiła się biała teczka. Zoja otworzyła ją powoli i spostrzegła, że jej dłonie drżą. Zacisnęła je szybko, mając nadzieję, że nikt więcej tego nie zauważył.

W teczce znajdowała się tylko jedna, oszczędnie zadrukowana kartka z przyczepionym zdjęciem. Przedstawiało mężczyznę, którego wiek oceniła na jakieś trzydzieści pięć lat. Fotografia była niewyraźna, ale ukazywała człowieka o poważnej minie, ciemnych, praktycznie czarnych włosach i jasnoniebieskich oczach, mocno kontrastujących z resztą twarzy. Zoja przyjrzała mu się uważnie, a potem przeniosła wzrok na kartkę. Widniało na niej zaledwie kilka podstawowych informacji:

Aleksander Nikołaj Ibragimov

21.11.1960

Moskwa, Federacja Rosyjska

Zebranie informacji. Likwidacja.

Krótko i zwięźle.

– Kiedy miałabym zacząć? – spytała, odkładając teczkę.

– Nie ma na co czekać. Klient się niecierpliwi, a pełne wykonanie zlecenia i tak zajmie trochę czasu – odezwał się Mauro, nieprzystępny mężczyzna o spalonej od słońca, pokrytej bliznami po ospie twarzy. Z jakiegoś powodu zaskarbił sobie sympatię Anthony’ego i od dawna był jego prawą ręką, czego nie mógł przeżyć Ian.

Zoja też go nie lubiła. Wydawał się węszyć wszędzie, jakby na każdym kroku doszukiwał się zdrady i spisku. Miała wrażenie, że gdyby mógł, założyłby każdemu z nich permanentny podsłuch. W tym samemu sobie, na wszelki wypadek. Mogła się założyć, że w zaciszu nory, w której mieszkał, biczował się za każdą myśl, która nie wyrażała podziwu dla szefa i wszystkiego, co robił. Wstrętny typ.

– „Trochę czasu”, to znaczy ile?

– Szacujemy, że około pół roku.

Zoja poczuła, że mimo golfu i grubego płaszcza zrobiło jej się zimno. Spodziewała się takiego przedziału czasowego, ale po raz pierwszy ktoś wypowiedział jej podejrzenia na głos.

– Przypominam, że mój rosyjski wcale nie jest idealny. – Powtarzała ten argument z uporem, chociaż był całkiem bezużyteczny.

– Jest wystarczający – odezwał się Anthony. – Poza tym znasz niemiecki i wiele innych języków, a tak się składa, że Ibragimov potrzebuje nowego tłumacza. Sam mówi po angielsku, więc ewentualne niedociągnięcia z twojej strony w niczym nie przeszkadzają.

– Zrobiliśmy już miejsce na tym stanowisku i zadbaliśmy, żebyś je dostała – uściślił Mauro.

Zoja doskonale wiedziała, co to znaczy, że zrobili miejsce, i mimowolnie się wzdrygnęła. Ktoś stracił życie, ktoś zupełnie niewinny.

Wcześniej nawet by się nad tym nie zastanawiała. Jej praca polegała na zabijaniu, a jedno zabójstwo mniej czy więcej nie robiło żadnej różnicy, zwłaszcza jeśli to nie ona brudziła sobie ręce, ale po urodzeniu dziecka chyba zrobiła się bardziej wrażliwa.

– Chciałabym dostać jakieś zlecenie na miejscu – powiedziała, żeby zmienić temat. Nie mogła dłużej słuchać o swoim wyjeździe. Wystarczyło, że ciągle o nim myślała. – Wyszłam trochę z wprawy, przydałoby mi się coś na rozgrzewkę.

– Właśnie. Czy to na pewno dobry pomysł, żeby Zoja zajęła się tym zleceniem? Musimy pamiętać, że miała kilkumiesięczną przerwę – odezwał się Mauro sceptycznie, obrzucając ją podejrzliwym spojrzeniem.

Tak – ucieszyła się Zoja w duchu, chociaż normalnie to by ją zirytowało. Podważaj moje kompetencje jeszcze bardziej!

Kątem oka zobaczyła, że Ian, do tej pory rozluźniony i zadowolony, już nabiera powietrza, żeby zaprotestować. Posłała mu piorunujące spojrzenie, chociaż i tak nie dałaby rady go uciszyć.

– Da sobie radę – uciął Anthony, zanim jej mąż zdążył otworzyć usta, i przeniósł spojrzenie na Zoję. – Nie potrzebujesz treningu, wiem, że jesteś dobra. Poza tym nie możemy dłużej tego odkładać. Klient się niecierpliwi.

Zoja nie pamiętała dalszej części rozmowy, która po tych słowach zeszła na zupełnie inny temat. Wpatrywała się w widok za oknem, ostentacyjnie odwracając głowę od trójki mężczyzn. Jej los został przypieczętowany. Następnego dnia poleci do Brukseli, a stamtąd prosto do Moskwy.

***

– Nie rób takiej nieszczęśliwej miny – odezwał się Ian, gdy wrócili do domu. Nie rozmawiali ze sobą, odkąd wyszli z gabinetu Anthony’ego. – Wiesz, ile na tym zarobimy?

– Mamy dość pieniędzy – mruknęła. Odłożyła torbę z zakupami na kuchenną wyspę.

– Naprawdę nie rozumiem, dlaczego tak przeżywasz. James musi się nauczyć przebywać bez ciebie.

Zoja obróciła się gwałtownie.

– Musi się nauczyć przebywać beze mnie? – powtórzyła z niedowierzaniem. – Ian, czy ty, kurwa, do końca postradałeś zmysły? To małe dziecko. Ma dopiero pół roku!

– Nie krzycz. Wystraszysz go – upomniał ją mąż.

Zoja spojrzała na syna, którego Ian trzymał w ramionach. Chłopiec wpatrywał się w nią szeroko otwartymi brązowymi oczami, podobnymi do oczu jego ojca.

Pokonała kilka dzielących ich kroków i zabrała dziecko.

– Przepraszam. Nie chciałam – powiedziała.

– W porządku. Ale nie podoba mi się, że jesteś tak strasznie emocjona…

– Nie mówiłam do ciebie – syknęła nad głową Jamesa, a potem zdecydowanym krokiem opuściła kuchnię.

***

Zoja pochylała się nad wielką walizką, do której przy odrobinie wysiłku sama mogłaby się zmieścić. Przepastna szafa stała otworem, a na fotelu pod oknem piętrzyła się sterta ubrań. Nie miała pojęcia, co ze sobą zabrać, w końcu miało jej nie być aż cztery miesiące. Na początek.

W domu panował spokój. James leżał na łóżku i próbując się podnosić, obserwował ją z zaciekawieniem. Ian unikał jej, odkąd pokłócili się po powrocie, czyli od jakichś dwóch godzin. Nie było to nic nowego, opanowali sprawne mijanie się między pomieszczeniami, tak aby w żadnym nie przebywać razem dłużej niż kilkanaście sekund. Dlatego Zoja zdziwiła się ogromnie, gdy mąż pojawił się nagle w drzwiach sypialni. Akurat próbowała upchnąć w walizce jeszcze jedno futro.

– Pomogę ci – powiedział, podchodząc bliżej.

Pozwoliła, żeby wyjął spory kawałek puchatego materiału i złożył go w ciasną kostkę. Futro od razu zajęło mniej miejsca i bez problemu zmieściło się w walizce. Potem Ian przez chwilę przyglądał się Zoi bez słowa.

– Spakowałaś broń? – zapytał, przerywając pełną napięcia ciszę.

Kiwnęła głową.

– Tak – odparła krótko.

– Masz wystarczającą ilość nabojów? Mogę pojechać i dokupić.

– Potrzebuję na Ibragimova tylko jednego naboju – odparła Zoja sucho. – Nie musisz się fatygować.

Zdziwiło ją nagłe zainteresowanie Iana, chociaż dostrzegała w tym raczej próbę kontroli niż miły gest. Odwróciła się w stronę szafy i udała, że zastanawia się, co jeszcze zabrać.

– Nie wycięłaś metki – odezwał się Ian ponownie, wskazując na szarą marynarkę, która leżała na szczycie sterty ubrań. Najwyraźniej nie był zniechęcony jej lakonicznymi odpowiedziami.

– Nie da się jej wyciąć – powiedziała obojętnie, rzucając mężowi przelotne spojrzenie przez ramię. – Nie chcę zniszczyć całej podszewki.

Ian w odpowiedzi mruknął coś niezrozumiałego.

– Przyszedłeś kłócić się przy dziecku? Poczekaj, aż położę go spać. – Zoja nie mogła się powstrzymać. Może Ian chciał być miły, ale ona wciąż była w bojowym nastroju. Nie zamierzała tak szybko wybaczyć mu tego, w co ją wpakował.

– Nie przyszedłem się kłócić – odpowiedział spokojnie, siadając na brzegu łóżka. – Naprawdę nie rozumiem, dlaczego robisz taką aferę.

– Może pora przyjąć do wiadomości, że wiem trochę więcej o rozwoju i psychice dziecka niż ty – powiedziała, dorzucając do i tak pełnej walizki jeszcze jeden sweter. Z zajętymi rękami nieco łatwiej było jej się opanować.

– Nic mu nie będzie. Niedługo wrócisz i wszystko będzie jak zwykle – stwierdził Ian niemal kojącym tonem. Zoja ugryzła się w język i nie skomentowała, jak wygląda ich „jak zwykle”. Nie powiedziała, że codziennie budzi się z poczuciem, że coś zrobiła źle, ale nie ma najmniejszego pojęcia co. Że przez niego czuje się wybrakowana i niewystarczająca. Rozpoczynanie tego tematu nie miało sensu.

Wyjęła z szafy wieszak z sukienką, obcisłą, z długimi rękawami. Czarny materiał błyszczał lekko za sprawą pojedynczych srebrnych nitek. Zoja odwiesiła ją na drzwiach i podeszła do walizki. Musiała zwolnić trochę miejsca, dlatego wyjęła parę spodni. Starannie odłożyła je na półkę i zdjęła sukienkę z wieszaka. Ian śledził każdy jej ruch.

– Będzie ci potrzebna? – zapytał.

Zoja wzruszyła ramionami.

– Mam się wokół niego zakręcić i namieszać mu w głowie – odparła beznamiętnie. – Sam tak powiedziałeś – dodała i widząc jego spojrzenie, dołożyła do walizki jeszcze jedną sukienkę, długą, odważnie odsłaniającą plecy.

Ian pogłaskał Jamesa po głowie, a potem powoli podniósł się z łóżka i podszedł do Zoi. Ku jej zaskoczeniu złapał ją za ręce i popatrzył jej głęboko w oczy. Atmosfera nagle zgęstniała, a Zoja poczuła się onieśmielona. Dawno nie byli tak blisko siebie i nie wiedziała, co jej mąż chce osiągnąć tym niecodziennym zachowaniem. Nie odzywała się, czekając, co powie, ale on milczał, jakby sam czekał na jej ruch.

Sekundy ciągnęły się w nieskończoność. Dotyk Iana palił jej skórę, ale po raz pierwszy od dawna to uczucie było dla niej przyjemne. Nagle drgnął i nieznacznie pochylił się w jej stronę. Zoja miała wrażenie, że jeszcze chwila i ją pocałuje.

W tym momencie James wybuchł płaczem, więc szybko uwolniła dłonie z uścisku Iana i pospieszyła do syna.

***

Zoja od dwóch godzin czuwała przy Jamesie i patrzyła, jak śpi. Gdy został nakarmiony i wykąpany, po jego wieczornym złym humorze nie zostało ani śladu. Zasnął szybko, a ona siedziała na podłodze i przez szczeble łóżeczka przyglądała się jego spokojnej twarzy.

Nie mogła ruszyć się z miejsca. Myśl, że za chwilę zostaną rozdzieleni, skutecznie spędzała jej sen z powiek, mimo że powinna się wyspać przed długim lotem.

Zoja westchnęła. Zawsze powtarzała, że Ian i James to najlepsze, co jej się przytrafiło w życiu. Teraz nie była pewna, czy rzeczywiście tyczyło się to Iana, ale bez niego nie miałaby Jamesa. A syna kochała z całego serca.

Był uroczym dzieckiem. Takim, nad jakimi roztkliwiają się wszystkie babcie, ciocie i inni członkowie rodziny. Gdyby się miało rodzinę oczywiście. Ona i Ian właściwie nie mieli. Byli tylko we troje.

Po dziwnej sytuacji, która zaistniała między nimi kilka godzin wcześniej, Ian przestał się do niej odzywać. Może poczuł się odrzucony, ale Zoja nie była do końca pewna, co odrzuciła. Jeśli chciał poprawić ich stosunki, to potrzebowała czegoś więcej niż złapanie za ręce i głębokie spojrzenie w oczy. Coś takiego działało na samym początku, a nie teraz, gdy byli ze sobą niemal osiem lat i mieli dziecko, a on, zarządzając nią jak towarem, wysłał ją do Rosji na co najmniej cztery miesiące.

Kiedy Zoja kolejny raz upewniła się, że James na pewno śpi spokojnie, podniosła się z podłogi i poszła do sypialni. Dom był cichy i spokojny, nigdzie nie świeciło się światło, Ian położył się spać jakiś czas wcześniej. Nie powiedział jej tego, ale słyszała jego wieczorną krzątaninę. Teraz od progu pokoju widziała jego sylwetkę. Leżał zawinięty kołdrą pod samą szyję i oddychał spokojnie. Przez chwilę zastanawiała się, czy go nie obudzić, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Nie wiedziała, o czym mieliby rozmawiać.

Położyła się, chłodna kołdra przykryła jej ciało. Była pewna, że nie zaśnie, ale gdy jej głowa dotknęła poduszki, odpłynęła momentalnie.

Rozdział 3

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Oslo Plaza 1995

ISBN: 978-83-8423-385-6

© Magdalena Kostka i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

KOREKTA: MAQ PROJECTS

OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek