Opowieści poronione - Arkadiusz Buczek - ebook

Opowieści poronione ebook

Buczek Arkadiusz

0,0
9,45 zł

lub
Opis

Zbiór 11 opowiadań. Proza, w której jest wiele nocnego życia, alkoholu, papierosów, kobiet lekkiego prowadzenia. Świetne pisarskie rzemiosło, panowanie nad tekstem, przenikliwość, zmysł obserwacji i niepowtarzalny nastrój. Autor ma niewątpliwy talent literacki. Jego twórczość udanie nawiązuje do dokonań Charlesa Bukowskiego i Hermana Hesse. W tle Kraków. Jest to Kraków mroczny, magiczny, nieprzyjazny, czasem złowrogi. Rojący się od zbyt zdolnych alkoholików, artystów bez grosza, sfrustrowanych barmanów, załamanych bezdomnych, złej policji, nieudolnych taksówkarzy, zniechęconych do życia antykwariuszy, gadających psów, morderczych aniołów i umarłych, którzy nie chcą pogodzić się z własną śmiercią. Częstym motywem jest śmierć, którą autor postrzega w sposób bardzo oryginalny czyniąc ją niejako równorzędnym partnerem swoich bohaterów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 117




 

 

 

Arkadiusz Buczek

 

 

 

 

OPOWIEŚCI PORONIONE

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © by Arkadiusz Buczek 2004

Copyright © Estymator Jacek Chołoniewski 2020

ISBN: 978-83-957928-3-0

Spis spis

PODZIĘKOWANIA

BIAŁA KAWA

DRAGOLJUB

DZIEŃ W KTÓRYM ZMARTWYCHWSTAŁ PAN JULEK

POGRZEB

PSIUNIA

TAJEMNICA SAMOBÓJCY Z ULICY L.

TRYPTYK O TRZECH WAŻNYCH RZECZACH

1. KNAJPY

2. KOBIETY

3. GORZAŁA I FAJKI

EPILOG

BRATERSTWO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO

UPADEK I WZLOT ADAMA K.

BAJKA O ZACZAROWANYM PSIE

GÓWNIANE SZCZĘŚCIE

Podziękowania

 

 

 

 

Pragnę złożyć podziękowania paru osobom, które miały swój udział – świadomy bądź nieświadomy – w powstaniu tej książki. Przede wszystkim dziękuję mojej żonie Magdzie za cierpliwość i zrozumienie oraz utrzymywanie mnie w położeniu zbliżonym do równowagi psychicznej. Mojej mamie dziękuję za wsparcie finansowe, bez którego zdechłbym niechybnie z głodu, i dobre słowa. Markowi Węgrzynowi za stałe dostarczanie wrażeń i tematów do pisania, a także za motywację do pracy. Iwonie i Jarkowi Potockim za uratowanie od niewiadomego mojego psa Fausta i wiele pięknych inspirujących chwil. Faustowi za to, że jest moim cieniem i wiernym towarzyszem. Piotrkowi Moskalowi za wszechstronną pomoc techniczną. Andrzejowi Michalikowi za komputer, który ułatwił mi życie. Stacji paliw nr 46 „Orlen S.A. ” za piwo promocyjne, które pomogło przetrwać mi wiele pracowitych bezsennych nocy. Poza tym Wojtkowi, Stefanowi, Michałowi, Marcinowi, Bojanowi, Bananowi, Żubrówce, Kazubowi – za różne rzeczy. Wszystkim znajomym barmankom i barmanom z krakowskiego Kazimierza za cierpliwość w stosunku do mojej osoby i obsługiwanie mnie w stanie wskazującym na spożycie. Więcej osób nie przychodzi mi do głowy, ale dziękuję także tym o których zapomniałem...

 

Autor

BIAŁA KAWA

 

 

 

 

Nie powinienem był wchodzić do tej kawiarenki, czy też raczej knajpki – obecnie na wszystkie lokale mówi się knajpa – jednak powodowany nagłą potrzebą schronienia się gdziekolwiek, wdusiłem do środka oszklone drzwi; przywitał mnie cichy zgrzyt zawiasów. Głupio było mi się wycofać. Wszedłem więc do środka i poczułem niemal fizycznie, jak przechodzę barierę wiosennego chłodu i deszczu. Zostały za drzwiami, z czerwoną tekturową wywieszką ,,OTWARTE”, które natychmiast zatrzasnęły się za moimi plecami.

Stałem tak w progu i przyglądałem się przez chwilę czterem obecnym klientom, zawartości ich szklanek, ścianom i różnym elementom wystroju. Po jaką cholerę tu wlazłem?, pomyślałem. Gdzie mam usiąść? Zamówić kawę czy piwo? Może zwyczajnie odwrócić się i wyjść?

– Co będzie dla pana? – Że niby dla mnie?

Dziewczyna oparta o wysoki bar, obdarzyła mnie ciepłym firmowym uśmiechem. Ładna jest, pomyślałem. Rudzielec – takie imię jej nadałem, oczywiście na własny użytek. Albo na użytek własnych kaprysów.

– To co podać? – Nalegała.

Kawa czy piwo? Kawa czy piwo? Kawa...

– Może kawę... Białą. – Spróbowałem uśmiechnąć się, ale chyba mi nie wyszło. Jakoś dziwnie na mnie spojrzała.

Tak naprawdę nie lubię białej kawy, bo to nie kawa. Piję czarną i najlepiej parzoną. Taką cholernie mocną, z dwóch czubatych łyżek stołowych. Ale jak już wspomniałem, nie byłem tego dnia sobą. Od jednej białej kawy nikt jeszcze nie umarł, pocieszyłem się. Chyba.

Gdy ekspres powoli produkował moją porcję kawy, zdążyłem oglądnąć wszystkie rodzaje kieliszków podwieszonych pod górną listwą baru – o dziwo czysto utrzymanych – i wszystkie butelki z alkoholem na półkach. Wytypowałem te, których napiłbym się w pierwszej kolejności. Trochę tego było...

– Kawa. – Szczęk, jaki wydała filiżanka ustawiona na spodeczku, przerwał moje arcyciekawe obserwacje i sprowadził mnie z powrotem na ziemię.

– Dzięki. – Tym razem uśmiech wyszedł mi chyba lepiej, a przynajmniej tak mi się wydało. Położyłem na barze monetę 5-złotową i poprosiłem o  popielniczkę.

Usiadłem przy stoliku na wprost drzwi. Niewygodne miejsce, ale tylko tu mogłem mieć święty spokój. Od razu wszystko wyłożyłem na blat – kawę, popielniczkę, z kieszeni płaszcza wygrzebałem wygniecioną paczkę niebieskich gauloises'ów i zapalniczkę – i wgapiłem się w ulicę. Dopiero teraz rozpadało się na dobre. Przechodnie skryli się pod parasolami, które na tle mokrej lśniącej ulicy, przypominały wielkie kolorowe kwiaty...

Zapaliłem pierwszego papierosa i zaciągnąłem się głęboko. Wydmuchany dym skupił się nad moją głową na kształt gęstego siwego parasola... Cholera!, wszystko zaczęło kojarzyć mi się z parasolem. Upiłem łyk kawy. Nawet mi smakowała, ale dla efektu wsypałem do niej łyżeczkę cukru i pomieszałem dokładnie, starając się nie „dzwonić” nią o filiżankę. Normalnie nie używam cukru, chociaż lubię słodycze – szczególnie gdy popiję i mój organizm odczuwa niedobór glukozy. Ale cukier? Jakiś koszmar... Hej, facet! Obudź się!

Kolesie siedzący przy stoliku obok, dopili swoje odgazowane piwa i wstali. Co za męczydupy! Ubierając kurtki dyskutowali zawzięcie o jakichś pierdołach, od których przewalały się człowiekowi bebechy. Zupełnie jak ciuchy W automatycznej pralce... Wreszcie byli gotowi do uwolnienia mnie od swojego towarzystwa. Pożegnali się z barmanką i wyszli w deszcz, cały czas ględząc...

Zostałem sam, jeśli nie liczyć Rudowłosej. Może powinienem zainteresować się nią bliżej, ale było mi jakoś głupio. Nie byłem pewny nawet jej wieku. Nie żeby to była jakaś szczególna przeszkoda, ale...

Skupiłem się całkowicie na tej cholernej białej kawie, która zdążyła wystygnąć i papierosie dopalającym się w popielniczce. No i szybie przez którą obserwowałem ulicę... Muzyka która nagle dotarła do wszystkich zakątków mojego mózgu, była słodka i flegmatyczna. Gdybym miał ją zanucić – jako beztalencie muzyczne – zrobiłbym to tak: ta-ta-ta-tara, ta-ta- ta-tara... Coś takiego.

Przed samym oknem przemknęła jakaś starsza kobieta pod czerwoną parasolką W kwiaty... Jakiś przemoczony i zmarznięty facet zniknął W bramie kamienicy naprzeciwko...

Muzyka nieoczekiwanie przyspieszyła, burząc to słodkie lenistwo. Brzmiało to mniej więcej tak: ta-rara, ta-rara... Energicznie, powiedziałbym. I chyba zacząłem śnić... Jeśli kiedykolwiek zdarzyło się wam coś tak niesamowitego, że aż nieprawdopodobnego, to pewnie wiecie o jakim uczuciu mówię.

Tak się właśnie poczułem, gdy zauważyłem, że ludzie zaczęli tłoczniej i szybciej chodzić ulicą – tonącą w deszczu – w takt tej muzyki! Zupełnie jakby wszyscy się zmówili, żeby wspólnie zatańczyć „Deszczową piosenkę”. Albo coś w tym rodzaju. Do tego wszystkiego wymachiwali tymi swoimi kolorowymi parasolami. Rzygać się chciało.

Odwróciłem się do Rudowłosej, żeby upewnić się czy i ona widzi ten cały cyrk na ulicy. Uśmiechała się do mnie szeroko i głupawo, jakby nic takiego się nie działo. Chora czy jak...? A potem po prostu podeszła do małej wieży i zatrzymała płytę...

Kątem oka spojrzałem na ulicę i aż mnie zamurowało. Papieros wypadł mi z ręki na blat stolika wypalając pewnie szpetne znamię. Miałem to gdzieś.

Na ulicy wszyscy ludzie znieruchomieli. Wyglądali teraz jak figury woskowe. Przypomniała mi się scena z jakiegoś czarno-białego filmu o tematyce fantastycznej. Kurwa mać! Co to za czary-mary!? Patrzyłem na jakiegoś gościa, który stał z podniesioną nogą. Ktoś inny wyglądał jakby właśnie robił jaskółkę. Facet w samochodzie ciągle przypalał sobie papierosa, a dziewczyna siedząca w pizzerii trzymała przy ustach kawałek ciasta. Krople deszczu zastygły W powietrzu – jakby nie były pewne, w którym miejscu mają spaść na chodnik. Wszystko było jednakowo nieruchome, martwe...

Patrzyłem na to wszystko osłupiały nie mniej, niż zając światłami samochodu. Przerosło mnie to.

– No i co, koleś? – Usłyszałem za plecami głos Rudowłosej. Jak to co? Mnie pyta?

Już miałem powiedzieć jej, co myślę o tych głupich żartach, ale zacząłem dusić się...

– ...i nic w tym dziwnego, bo leżałem pyskiem w kałuży. Zaraz zostałem przewrócony na plecy, ale dużo to nie zmieniło. Krawężnik uwierał mnie w kręgosłup, krople deszczu – drobniutkie jak igiełki – padały centralnie na moją twarz, zmuszając mnie do mrużenia oczu...

– No i co? – Spytał gliniarz pochylając się nade mną. – Lepiej?

– Dam ci dobrą radę – powiedział drugi. – Nie chlej tyle, koleś, bo się przekręcisz...

Nie chlać!? Co on pierdolił!? Nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio porządnie pochlałem... Zaraz. Właściwie to niczego nie mogłem sobie przypomnieć... Co się W ogóle dzieje? – Bierzemy gnoja? – To pytanie z pewnością nie było do mnie.

– Bierzemy. – Usłyszałem odpowiedź. – Co ma tak leżeć...

Chciałem zapytać gdzie chcą mnie wziąć, ale tylko coś wybełkotałem, a może wycharczałem. Beznadziejna sprawa. Pozwoliłem żeby wzięli mnie pod ręce, podnieśli i powlekli po mokrym chodniku do radiowozu.

No i proszę! Mówiłem że nigdy nie piję białej kawy. A już na pewno z cukrem...

DRAGOLJUB

 

 

 

 

Kiedy zauważyłem tego faceta pierwszy raz, siedział na murku przy K-ckiej i pił bez większego skrępowania tanie wino prosto z butelki. Zatrzymałem wzrok na jego osobie tylko na ułamek sekundy, ale zapadły mi w pamięć te siwe włosy i zielona wełniana czapka, a także gęsta broda wystająca nad kołnierz brudnej wojskowej kurtki. Widziałem jak mrużył z lubością oczy, gdy przechylał butelkę... Zaraz jednak o nim zapomniałem, śpiesząc się do domu.

Nie minęły nawet dwa dni, gdy znowu napatoczył się na mnie. Właśnie kiedy wracałem do domu po ostrej imprezie. Nie przewracałem się, ale równowagi też za bardzo nie mogłem utrzymać. Jakoś jednak posuwałem się do przodu, chociaż ulica K-cka ma pewną wadę – jest monotonna do tego stopnia, że wydaje się nie mieć końca.

Gość dosłownie wyrósł przede mną. Mało nie dostałem zawału. Pewnie stał w bramie, a ja go w tej ciemności nie mogłem zobaczyć – prawdę mówiąc i w mdłym świetle wystaw sklepowych niewiele widziałem. Podszedł do mnie, grzecznie przeprosił że zaczepia i spytał, czy mógłbym go poczęstować papierosem. Mogłem... Poza tym byłem nieźle wystraszony całą sytuacją. Wyobraźcie sobie że ktoś – jeszcze z tak nieciekawym, wręcz odpychającym, wyglądem – zaczepia was w środku nocy na opustoszałej ulicy, prosząc o papierosa czy drobne... Wyobraźcie sobie, że rozkłada was od środka spokojne ciepło niedawno wypitego alkoholu tak, że myślicie tylko o swoim łóżku i śnie... Ze jesteście już tak blisko domu... Że możecie nie mieć możliwości odmowy... No. Spróbujcie sobie to wszystko wyobrazić.

Podczas gdy nerwowo przetrząsałem kieszenie płaszcza w poszukiwaniu fajek – co pewnie nie umknęło uwadze faceta – dotarła do mnie jego łamana polszczyzna ze śmiesznym akcentem. I kiedy wreszcie znalazłem i wyciągnąłem w jego stronę paczkę pall malli, w miarę dokładnie przyjrzałem się tej niecodziennej postaci. Trochę upiornie wyglądał w żółtawym świetle reklamy biura turystycznego, ale w sumie źle nie patrzyło mu z oczu. Albo taką miałem nadzieję.

– Ty... nie jesteś... stąd? – Spytałem łamanym polskim z pijackim akcentem.

Zaprzeczył ruchem głowy i uśmiechnął się trochę przepraszająco. Ciekawe dlaczego było mu przykro? Ja zawsze lepiej czułem się w obcych miejscach, wśród obcych ludzi. Zarówno Słowacy jak i Czesi akceptowali mnie takiego, jakim byłem. Nikogo nie raziło moje nadmierne picie, dziwaczne zachowanie w wielu normalnych aż do bólu sytuacjach... Odrobina dekadencji, ekscentryzmu i anonimowości przy okazji...

– Z Jugosławii – powiedział. – No... z Belgradu.

– A... – Wydusiłem. – Długo tutaj?

– Będzie – zastanawiał się – pięć... lat.

Właściwie nie wiedziałem, dlaczego w ogóle wdałem się w rozmowę z tym Jugolem. Ale sami rozumiecie, że człowiek na dużej bani jest szczególnie otwarty na nowe znajomości i kontaktowy – prawdziwy lew salonowy. Skoro już zacząłem tą bezsensowną gadkę, pomyślałem, to trzeba ją jakoś skończyć i spieprzać...

– Masz jakieś... imię?

– No pewnie. – Znowu się uśmiechnął – Mówią na mnie Dragoljub.

– Fajne masz... to imię... Dra-gol-jub... Dziwne.

Dziwne było też to, że cały czas miętosił W palcach papierosa, którym go poczęstowałem. Nie miał ognia? A może czekał na pozwolenie? Albo raczej na koniec tej głupawej rozmowy? W sumie wała mnie to obchodziło. Podałem mu pudełko zapałek, na którym niedawno siedziałem. Podpalił papierosa – na krótką chwilę płomień oświetlił jego twarz i wyglądała naprawdę drapieżnie – i rzucił na chodnik zapałkę, która potoczyła się kawałek, ciągnąć za sobą maleńką smużkę dymu. Nie wiedząc co mogę lepszego zrobić, sam też zapaliłem. Przyglądałem mu się w milczeniu, on uśmiechał się. Czułem się okropnie niezręcznie...

– Muszę... już iść... Dragoljub – powiedziałem gasząc butem peta, którego rzuciłem na chodnik. – Może się jeszcze... kiedyś spotkamy...

Nic nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko tajemniczo. A może wydawało mi się. Ale kiedy przeszedłem zaledwie parę kroków i odwróciłem się, nigdzie go nie było. Nie uderzyło mnie to jakoś szczególnie, bo stan w jakim trwałem od wielu godzin, nie dopuszczał już przeżywania mocnych wrażeń. Znieczulica...

Chyba właśnie wtedy urwał mi się film, ale odżałowałem resztę rolki... Tak bywa. Tak to już jest.

 

Jak to najczęściej bywa ze znajomymi w tym pięknym mieście rozrywki K-wie, nie upłynęło dużo gorzały, gdy ponownie spotkałem Dragoljuba. Tym razem obok u wylotu S-skiej, gdzie siedział na ławce. Nie byłem nawet zbytnio zdziwiony, gdy do mnie pomachał. To było po prostu miłe.

– Witam. – Uśmiechnąłem się. – Co słychać?

– Dzięki – powiedział. – Wszystko jak dawniej... A u ciebie?

– Szara rzeczywistość.

– Siadaj – zaproponował Dragoljub wskazując ławkę. – Napijemy się.

– Tutaj?

– A znasz inne miejsce?

– Z tysiąc, ale... A co tam!

Machnąłem ręką na straż miejską. Czasu także miałem pod dostatkiem, nie mogłem więc narzekać. Dodatkowy odpoczynek jeszcze nikomu nie zaszkodził, kieliszek więcej też nikogo nie zabił...

Tak chyba to wszystko się zaczęło. Siedzieliśmy sobie na P-tach wśród szumiących pięknie drzew i srających na spacerowiczów, z zadziwiającą celnością, gołębi. Popijaliśmy słodką wiśnióweczkę Dragoljuba i rozmawialiśmy – ale z rzadka. Facet okazał się bardzo oczytany – wiadomo: „Nie szata zdobi człowieka” – i naprawdę nieźle gadało mi się z nim na różne dziwaczne tematy. Może powinienem był walnąć banię i pożegnać się, ale Dragoljub zaskoczył mnie dobrą znajomością literatury a w szczególności zaś poezji współczesnej, której przedstawicielem – bądź co bądź – byłem... Posiadał wiedzę tak zadziwiającą, że wielu profesorów naszej szacownej uczelni podrapałoby się w zadumie po uczonej głowie, nie mogąc dociec skąd taki łazęga i pijus ma tak tęgi łeb. Mógłbym pokusić się nawet o stwierdzenie, że uzupełnialiśmy się – no, może nie dosłownie...

Przez następne dwa tygodnie widywaliśmy się codziennie – niby przypadkowo. Razem włóczyliśmy się bez większego celu po K-wie; razem podziwialiśmy takie miejsca, których przeciętny mieszkaniec tego miasta nie dostrzegał – może nawet nie chciał widzieć, choć pewnie przechodził codziennie obok; razem odgniataliśmy sobie łokcie od barów – jak urodzone ćmy – gdy do białego rana męczyliśmy wódkę. Gdy było nam mało, dobijaliśmy się tanim winem... I wtedy wszystko było już jednakowo piękne!

Z czasem przestały przeszkadzać mi jego różne dziwactwa – bo dziwny to on był! Starałem się akceptować je najlepiej, jak potrafiłem. Nie zwracałem uwagi na wygląd Dragoljuba, nie było ważne to, że facet wiecznie sprawiał wrażenie obdartego i brudnego. Przestałem zwracać uwagę na jego – zaskakujące często – zachowanie, jakąś wrogość w stosunku do obcych mu ludzi i stek bluzgów, jaki potrafił z siebie niekiedy wyrzucić. Picie z gwinta i niepojętą dla mnie manierę odrywania filtrów z – nawet najlepszych – fajek... Dla mnie ważne było to, że każdego dnia czymś mnie zaskakiwał, czymś nowym. Cieszyłem się, jakbym złapał samego Boga za nogi. Mój świat gwałtownie zawęził swoje horyzonty...