Oni - Konrad Modrzejewski - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Oni ebook i audiobook

Konrad Modrzejewski

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

11 osób interesuje się tą książką

Opis

„ONI” to trzecia część przygód komisarza Filipa Schillera. Akcja rozgrywa się w Warszawie, dwa lata po wydarzeniach w Okrze. Po awansie aspiranta Tomasza Niedroszlańskiego rozeszły się ścieżki zawodowe jego i komisarza Schillera. Pewnego dnia przecinają się ponownie, gdy Tomek dostaje sprawę odciętej dłoni, znalezionej w mieszkaniu Poli – tajemniczej młodej dziewczyny – natomiast Filip bada podejrzaną śmierć kolegi z wydziału, którego ciało znaleziono pod ziemią. Dwie sprawy, pozornie nie mające nic wspólnego, powoli zaczynają prowadzić do tej samej, przerażającej prawdy o bezwzględnym bractwie okultystycznym. Kim są „ONI” i jak głęboko do struktur policji sięgają ich macki? Każdy krok śledczych obserwuje płatny zabójca…

To trzeci tom o śledztwach komisarza Filipa Schiller. Polecamy również "Kasztanowo" oraz "Okra".

Konrad Modrzejewski - absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Szczecińskiego, a także obrońca pracy magisterskiej w temacie ochrony praw autorskich, natomiast na co dzień aplikant radcowski przy Okręgowej Izbie Radców Prawnych w Szczecinie. W czasie wolnym, entuzjasta szeroko pojętej muzyki alternatywnej i literatury popularnej. W szczególności wielbiciel kryminałów, thrillerów, literatury grozy i science fiction.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 291

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 14 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Filip Kosior

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Konrad Modrzejewski

Oni

@lindcopl

e-mail: [email protected]

Tytuł oryginału: ONI

Seria: Komisarz Filip Schiller (t. 3)

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody

Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.

Ten e-book jest zgodny z wymogami

Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

Wydanie I, 2026

Opracowanie redakcyjne: kaziki.pl

Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz

(Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI)

Copyright © dla tej edycji:

Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026

ISBN 978-83-67494-38-0

Prolog

Blask świecy wyłonił z mroku nagą postać. Stała przed owalnym zwierciadłem i patrzyła w niebieskie oczy ciemnowłosej kobiety. Trwała tak przynajmniej minutę przed każdym ich spotkaniem. Czekała na dzień, gdy nie będzie mogła poznać tej kobiety. Wtedy odpuści.

Oddychała ciężko, pochylając się do przodu. Już myślała, że to dzisiaj, ale nie. Pamiętała te zuchwale wystające kości policzkowe. Pamiętała te twardo zaciśnięte, martwe usta, które nie potrafiły się otworzyć, kiedy wymagała tego chwila. Zacisnęła pięści i powieki. Wbiła długie, czarne paznokcie tak głęboko w dłoń, aż poczuła piekący ból. Z oczu popłynęły jej dwie gorące łzy. Pragnęła roztrzaskać to lustro własnymi dłońmi. Wzięła głęboki oddech i rozluźniła ręce. Co jeszcze musi zrobić? Jak daleko musi się posunąć, żeby zapomnieć?

Wtem drewniane drzwi na korytarz uchyliły się ze skrzypnięciem. W szparze pojawiła się postać w złotej masce i fioletowej pelerynie. Stała bokiem, tak aby nie patrzeć na kobietę.

– Ce trzydzieści cztery – szepnęła postać. – Zaczynamy.

– Zaraz zejdę – odpowiedziała cicho. – Dajcie mi jeszcze chwilę.

Postać tylko kiwnęła głową. Wycofała się na korytarz i delikatnie zamknęła drzwi.

Kobieta wróciła wzrokiem na taflę lustra. Rytuał połączenia. To było ostatnie, co przychodziło jej na myśl. Największe poświęcenie, jakie potrafiła sobie wyobrazić. Absolutne wyrzeczenie się wszystkiego, co ludzkie. Uśmiercenie własnej duszy. Tej, która i tak już przegniła.

Założyła złotą maskę i narzuciła na ramiona fioletową pelerynę. Teraz się już uśmiechała, ale nie było tego widać pod cienką, beznamiętną twarzą z zimnego metalu.

Zgasiła świecę.

Rozdział 1

Raz… dwa… trzy… cztery – policzyła w myślach, a światło rozbłysło z charakterystycznym kliknięciem. Żarówka zamrugała jeszcze niepewnie, ale to wystarczyło, by ukazać brudny, ponury korytarz z wnęką po lewej stronie. Kiedyś musiało tam być jakieś mieszkanie, o czym świadczył umazany cementem, ceglany prostokąt łypiący na Polę z przeciwległej ściany. Jakby rzucał jej wyzwanie – podejdź, dotknij mnie, chociaż jednym palcem. Uśmiechnęła się krzywo. Karolina straszyła ją, że mieszka tam oślizgły człowiek kret, który zamurował się od wewnątrz, żywi się surowymi szczurami i przemieszczając się tunelami w ścianach, obserwuje Polę przez szpary w panelach i wentylacyjne kratki, aby pewnego dnia przedostać się do jej pokoju i zeskoczyć na nią w nocy z sufitu.

Kochana Karolina. Niech umiera w męczarniach.

Nacisnęła klamkę i weszła do mieszkania. Rzuciła torbę na stos kurtek piętrzących się pod ścianą. Przeszła do sypialni, starając się nie stąpać po płytach, ubraniach i nieskończonych ołówkowych szkicach walających się po podłodze. Westchnęła, gdy w sypialni jeszcze większa lawina ubrań zagrodziła jej drogę do wiklinowego regału. Tak być nie powinno. Wiklinowy regał był, z reguły, istotny. Wychyliła się na swoich długich, chudych nogach obutych w półmetrowe, wiązane kozaki i sięgnęła do poplamionej czerwonym woskiem, złotej podstawki pod świece. Przebrała palcami zalegający tam bajzel. Zakurzone monety, skrawki zdjęć, papierki po cukierkach, pogniecione paragony, zaschnięta niebieska guma. Bingo! Wyłowiła ostrożnie ostatnią niewykorzystaną zapałkę.

Wróciła do salonu i opadła na kanapę. Zrzuciła buty, wyprostowała nogi i zamknęła oczy, uspokajając oddech. Wytrenowanym ruchem wyciągnęła spod kanapy podłużne, oklejone fioletowymi, świecącymi serduszkami bongo. Wydobyła z kieszeni kurtki uśmiechnięty grinder, w którym, zgodnie z jej najszczerszymi nadziejami, powinna być resztka towaru. Dzięki Bogu, była. Wytrzepała ją na kartkę. Z drugiej kieszeni wyciągnęła zmiętoloną paczkę papierosów. Rozgniotła jednego na blacie i nerwowym ruchem ściągnęła tytoń na kartkę. Zmieszała. Wepchnęła w cybuch. Postawiła sobie dzban na kolanach, zbliżyła twarz do ustnika i przeżegnawszy się w myśli, wyciągnęła ze spodni pudełko po zapałkach. Draska była już zjechana, ale nie do przesady. Wybrała najbezpieczniejsze miejsce i pociągnęła.

Zapałka pękła. Chwilę jeszcze patrzyła na sterczącą w jej dłoni drzazgę, zanim opadły jej ręce. Zawiesiła zmęczone spojrzenie na blacie i położyła głowę na oparcie, ale zaraz ją podniosła. Kartka. A w kuchni cztery, bezsprzecznie cudowne, palniki gazowe.

Wstała i chwiejnym krokiem, wymijając ubrania, popędziła do kuchni, ale coś zatrzymało ją niecały metr przed białymi drzwiami. Dźwięk. Jakby ledwo słyszalne bulgotanie. Uniosła brew, zerkając nieufnie na bongo w lewej dłoni. Nie jesteś naćpana – powiedziała sobie w myśli. Jeszcze.

Położyła rękę na klamce, ale zamiast otworzyć, przyłożyła ucho do drzwi. No, kurwa, ewidentnie. Coś się gotowało w środku. Czy była już tak otępiała, by zapomnieć przekręcić gaz przed pracą? Ale czy wtedy chata nie poszłaby już z dymem?

– Bardzo śmieszne, Karolina! – krzyknęła w stronę dziury w suficie. – Przyznaję, że się wystraszyłam! Możesz już zwlec tu swój tłusty zadek i przy okazji zrobić mi herbatę!

Cisza. Ze szczytu drewnianych schodków patrzył na nią tylko mrok.

Przez chwilę wyobrażała sobie, że w ciemności pojawia się nagle czerwony punkcik, a za nim wychodzi obmierzła postać zgarbionego Pana Kreta, który wyciąga w jej kierunku nos i węszy, rozgarniając przestrzeń rozczapierzonymi łapami. Przegięcie – pomyślała, odwracając wzrok i naciskając klamkę.

Podeszła do kuchenki i pochyliła się nad nią.

Bongo wypłynęło jej z ręki i rozbiło się na milion kawałków.

***

Kępka włosów wpadła do zlewu i zniknęła w odpływie, zabrana przez odkręconą wodę. A potem kolejna. I kolejna. I kolejna. Tomek patrzył beznamiętnie w odbicie swoich oczu, goląc się elektryczną maszynką. Gdy skończył, naniósł na głowę piankę i sięgnął po zwykłą jednorazówkę. Teraz już musiał pochylić się nad zlewem. Potem wytarł głowę ręcznikiem. Złożył go w równiutką kostkę i zostawił na brzegu umywalki. Spłukał piankę z prawej dłoni, a lewą, na której miał zamontowaną protezę, spryskał stojącym obok płynem antykorozyjnym. Następnie przetarł ją dokładnie papierem i uniósł na wysokość oczu. Śródręcze stanowiło w zasadzie przenośne lusterko.

Uśmiechnął się na myśl, że wygląda jak jeden z tych chłopaków, którzy kopią piłkę w bramie naprzeciw komisariatu. Cóż… może w końcu przestaną pytać go o dowód?

Podciągnął się kilka razy na drążku i wyszedł z domu, przerzucając kurtkę przez ramię.

Warszawska zima uderzyła go w twarz przyjemnym chłodem. Tak. To był jeden z tych dni. Przejrzyste niebo. Pełne słońce. A jednak mróz smagał poliki. Tak zwana pogoda narciarska, jak zwykła to określać jego mama. Czytaj: najlepsze warunki do oddychania.

Skinął na powitanie pani Hani, która patrzyła na niego z sąsiedniego ganku z szeroko otwartymi ustami. Zbiegł po schodkach i wsiadł do swojego czerwonego sedana. W tym słoneczku wyglądał jak Zygzak McQueen. Brakowało mu tylko szarmanckiego uśmiechu.

Nauczył się już trzymać kierownicę protezą. Ba! Potrafił nawet delikatnie skręcać. Prawa ręka przerzucała biegi i tylko przy ostrzejszych manewrach przychodziła lewej z pomocą. Dwa lata – tyle minęło, od kiedy ostatni raz czuł skórzane obicie obiema dłońmi. A było to, gdy wraz z Filipem jechali na prom do Okry służbowym, hybrydowym mercedesem. Fajne to było auto. Poza tym że łatwo było w nim zasnąć. Sedan nie zapewniał takiej opcji.

– Halo, halo… Baza, baza do terenu… Słychać mnie tam? – zaskrzeczało CB-radio.

Tomek zerknął na siedzenie pasażera i westchnął pod nosem. Nigdy się nie przyzwyczai do podnoszenia tej pieprzonej słuchawki. Po powrocie z Okry jeszcze przez rok szkolił się pod skrzydłami Filipa. I w tym czasie nauczył się wszystkiego o pracy śledczego. Był cierpliwym oraz sumiennym uczniem, który nie zadawał wielu pytań, ale zapamiętywał wszystkie odpowiedzi. W ciągu tego roku przekonał się, że Filip jest wspaniałym detektywem, który kocha swój zawód bardziej niż cokolwiek na świecie. I choć Tomek nigdy nie powiedział tego głośno, a pewnie nie przyzna tego nawet w myślach – Filip mu imponował. Na każdej płaszczyźnie. I ktoś by mógł zakpić, że to tylko dlatego, iż Tomek nigdy nie miał ojca. Ale on po prostu zrozumiał, że pod maską tego cichego, smutnego gliniarza kryje się w istocie najbardziej wrażliwy i spostrzegawczy facet, jakiego kiedykolwiek poznał.

Chyba że zwyczajnie cieszył się, iż ma obok człowieka, do którego może się uśmiechnąć, ale może też przy nim milczeć, nie siląc się na rozmowę o tym, dlaczego wszystko dookoła jest tak strasznie spierdolone.

– Tarchomin. – Podniósł słuchawkę. – Odbiór.

Od poprzedniej zimy jeździł już sam. I nieskromnie twierdził, że nabiera wprawy. „Uczeń przerósł mistrza, co?” – śmiał się Filip, gdy Tomek zamknął swoją pierwszą sprawę w rekordowym czasie trzech i pół doby. Nic nadzwyczajnego. Lokalna szajka amfetaminiarzy. Wystarczyło przyjść z pistoletem na odpowiednie spotkanie. I choć tort na powitanie i uścisk dłoni Karola Derewlanego na oczach całego biura powodowały coś w rodzaju ciepłego przeciągu w klatce piersiowej, Tomek wiedział, że nie dorasta Filipowi do pięt. Tu nie mogło być mowy o porównaniach. Mięśnie i spryt – choć nie wiadomo jak efektownie wykorzystane – nigdy nie zastąpią spokojnego i jednocześnie tak nieznośnie przekonującego wzroku, mówiącego ci, że cokolwiek teraz zrobisz, nie będziesz miał racji.

To właśnie stawiało mistrza ponad uczniem. Choćby ten ział ogniem i skakał na kilometr.

– To świetnie się składa – burknęło radio. – Jakaś kobieta chce towarzystwa. Zapłakana.

Tomek wywrócił oczyma. Kolejna bójka domowa. To coś jak wezwanie do zapłaty dla prawnika. Nie dość, że nudne i mozolne, to rzadko kiedy przyniesie oczekiwany rezultat.

– Mocno się lali? – zapytał dla zasady.

– Będziesz pozytywnie zdumiony – odpowiedział głos z głośnika. – Nikt nie stracił nawet zęba.

– Zatem umieram z ciekawości – przyznał. – Poparzenie zupą? Czy kuna w wentylacji?

– Ręka w garnku – zachrzęściło radio. – Wysyłam ci adres.

***

Gdyby ktoś powiedział mi trzy lata temu, że kiedykolwiek będę jeszcze leżał wyspany, w wypranej pościeli, z kubkiem gorącej kawy i ręką na piersi ukochanej, to chyba nawet bym się uśmiechnął i postawił mu kolejkę brandy. Zamykam oczy. Kawa budzi mnie, mimo że nie muszę dzisiaj nigdzie wstawać. Gdzieś w tle dzwoni telefon.

Niech idzie do diabła.

– Wyłączysz to? – burczy Sara z głową w poduszce. – Czy mam ci to wyłączyć na amen?

Śmiejemy się. Mimo wszystko sięgam po komórkę i od niechcenia przykładam ją do ucha.

– Mhm – witam się.

I nie muszę już niczego więcej mówić. Potok słów wypowiadanych w świetnie mi znanym, bezlitośnie trzeźwym i rzeczowym tonie zalewa mój mózg jak wiadro wody z lodem. Ze spokojem podnoszę się do pozycji siedzącej, ale Sary w ten sposób nie oszukam. Jedno z jej błękitnych oczu jest już otwarte i patrzy na mnie wyczekująco, niczym kot na wersalce.

– Zabójstwo. – Kładę telefon spokojnie na kolanach. – Dzięki. Strasznie dobra była ta kawa.

Przez chwilę jeszcze na mnie patrzy, zanim zamyka oko.

– Jak chcesz – odpowiada. – Ja mam dzisiaj day off.

„Jak chcesz”. Uśmiecham się słabo. Zawsze mnie to zastanawia. Czy z etycznego punktu widzenia mam prawo w ogóle snuć takie rozważania, zważywszy, że gdzieś w krzakach leży ciało człowieka, który już nigdy nie powącha nawet kawy z automatu? Nie muszę tego, rzecz jasna, tłumaczyć Sarze. Ona akurat po prostu ze mną gra, o czym świadczy jej bezczelnie uśmiechnięty kącik ust i palce tańczące na moim udzie nieopodal krocza.

Wyskakuję z łóżka, zanim zamienię miejscami kilka pozycji w moim systemie wartości.

– Dwadzieścia cztery godziny temu nie byłem jeszcze wegetarianinem – wciągam koszulę przez głowę – a już mam wrażenie, że oddałbym rękę za kęs kanapki z szynką i serem.

– Pierwszy tydzień jest najgorszy – mruczy Sara. – Potem zapominasz, że ten syf istnieje.

– Mam nadzieję, że kiedyś docenisz, iż robię to wyłącznie dla ciebie. – Zaciskam krawat.

Rzuca we mnie poduszką, ale znikam już za drzwiami z uśmiechem, który schodzi z mojej twarzy szybciej niż Najman z ringu. Poprawiam mankiety i wzdycham, dziękując sobie w duchu, że nie odebrałem tego połączenia na głośniku. Gdyby Sara usłyszała, kto leży w tych krzakach, z dużą dozą prawdopodobieństwa byłaby już na miejscu zbrodni. Potem mi się za to oberwie, ale nic na to nie poradzę. Zbyt słodko wyglądała.

DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Epilog