Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Na działkach w Komorowie odkryto zwłoki – ojca, matki i ich dorosłego syna. Brutalna zbrodnia wstrząsa całą okolicą. Policjanci z pruszkowskiej komendy wszczynają śledztwo, które coraz bardziej się komplikuje, a kłopoty kadrowe sprawiają, że sprawę przejmuje podkomisarz Malwina Lewandowska – młoda i niedoświadczona, ale bardzo ambitna. Szybko kompletuje wyjątkowo długą listę podejrzanych – okazuje się, że niemal wszyscy sąsiedzi mieli powód, by nienawidzić Boguckich. Jedyna ocalała z rodziny córka plącze się w zeznaniach, a sielskie z pozoru ogrody działkowe skrywają tajemnice mroczniejsze, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.
Przydzielony Malwinie do pomocy komisarz Robert Laurentowicz wciąż zmaga się z demonami poprzedniej sprawy, ale jego doświadczenie może okazać się kluczowe w prowadzonym śledztwie.
Czy duet o tak różnych temperamentach zdoła rozwikłać zagadkę, zanim kolejny trup zagrzebany na działkach ujrzy światło dzienne?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 292
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: Normalne życie
Redakcja
Tomasz Rabsztyn
Korekta
Helena Motyl
Emilia Domańska
Skład i łamanie
Łukasz Slotorsz
Projekt okładki
Anna Slotorsz
Grafiki wykorzystane na okładce
©Johannes/AdobeStock, ©tiena/AdobeStock, ©Andrey_Arkusha/AdobeStock, ©Pixel Perfect by abd/AdobeStock
Copyright © by Klaudiusz Szymańczak 2025
By arrangement with Studio Syndykat Autorów
Copyright © for this edition by Aleksandria Media 2025
Całość ani żadna część tej książki nie może być powielana i rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.
Wydanie pierwsze w tej edycji
Katowice 2025
ISBN: 9788368395495
Nad niewielkim parkingiem, wciśniętym pomiędzy magazyn dyskontu spożywczego i pokraczne wykwity polskiej patodeweloperki, powoli wstawało słońce. Charakterystyczny trzask zapalniczki i wielki płomień, który z niej wyskoczył, skutecznie rozproszyły resztki mroku przed oczami pięćdziesięcioletniej Małgorzaty. Powiew rześkiego wiatru zwiastował, że jesień zacznie się nie tylko w kalendarzu. Kobieta przetarła ciemnobrązowe, zaspane oczy i zaciągnęła się papierosem tak mocno, jak tylko umiała. Wierzyła, że za każdym razem, gdy zaciąga się po raz drugi, zjawia się Marek w swojej dwudziestotonowej ciężarówce wypełnionej po brzegi delikatesami, bez których mieszkańcy sąsiednich bloków nie byli w stanie przetrwać ani jednego dnia. Z obserwacji Małgorzaty wynikało, że Marek jako rozwodnik z rocznym stażem miotał się pomiędzy pragnieniem spotkania nowej kobiety a chęcią nieustannego pomstowania na tę starą, która „tyle krwi mu w życiu napsuła, że już woli do śmierci jeść kanapki, niż się znowu w coś ładować”. Za każdym razem, gdy to mówił, Małgorzata miała ochotę zapytać go, czy szuka partnerki czy kucharki, ale gryzła się w język, bo doskonale wiedziała, że to jego męskie zrzędzenie nie miało nic wspólnego z rzeczywistością. Ta bowiem wyglądała zazwyczaj tak, że im bardziej mężczyzna psioczył na kobiety, tym bardziej się czuł przez nie zraniony, a owo psioczenie było jedynym sposobem, który znał i który pozwalał mu jakoś skanalizować nierozumiane emocje. Ci, którzy naprawdę pogardzali kobietami, zawsze wchodzili w buty twardzieli i na nic nigdy nie narzekali. Jak już im się coś nie podobało, walili w twarz, nie uznając półśrodków w postaci marudzenia.
Zgodnie z samospełniającą się przepowiednią wraz z drugim zaciągnięciem się papierosem w bramie wjazdowej na parking pojawiła się ciężarówka Marka. Silnik umilkł zaraz po tym, jak auto zatrzymało się w zatoczce zarezerwowanej dla dostawców. Ciszę, która zapanowała na moment, przerwały westchnienia mężczyzny. Chwilę później na brukowej kostce dało się słyszeć okropny odgłos metalowych kółek wózka do palet. Ten dźwięk zagłuszał wszystkie westchnięcia i doprowadzał do szału każdego, kto mieszkał w sąsiedztwie dyskontu.
– Cześć, Małgosiu. Znowu się widzimy. Drugie śniadanko? – Marek spojrzał wymownie na palonego w pośpiechu papierosa.
– Coś często się widzimy w ostatniej dobie. Tak, drugie, Mareczku, pierwsze było po przebudzeniu – odparła Małgorzata i otworzyła na oścież drzwi magazynu, uwalniając charakterystyczny zapach. Dokładnie taki sam, jaki można poczuć, otwierając lodówkę.
– Wyjątkowa sytuacja. Wóz nam nawalił wieczorem i było kilka godzin opóźnienia ze wszystkim. Dlatego drugi raz jestem. Że też wam zdrowia i pieniędzy na to nie szkoda – dodał mężczyzna z przekąsem, ponownie zerkając na papierosa w ustach Małgorzaty, i ustawił paletę załadowaną mąką i cukrem przed drzwiami magazynu. – Zimno, cholera, się robi, jesień idzie… – wymamrotał do siebie pod nosem, nie spuszczając z oczu rozmówczyni, która wolnym krokiem szła w stronę ustawionego pod ścianą magazynu biurka, na którym obok stert papierów i papierosów stały brudne kubki po kawie.
– Wolę palić, niż pić – Małgorzata odbiła piłeczkę, nie odrywając wzroku od towaru, który musiała sprawdzić i przyjąć.
– Można nie pić i nie palić.
– A ty ani nie pijesz, ani nie palisz?
– Rzuciłem jedno i drugie.
– A na koniec żona rzuciła ciebie. Źle zrobiłeś, chłopaku – podsumowała Małgorzata, podpisując protokół odbioru towaru, po czym spojrzała na Marka z szelmowskim uśmiechem.
– Jakbym pił i palił, to by mnie nie rzuciła? Już to widzę…
– Tego nie wiem, Marek, ale wiem jedno. Mężczyzna w pewnym wieku powinien mieć jakieś skazy, blizny czy cholera wie co. Jak ich nie ma, to znaczy, że o nic nigdy nie walczył. Głośno żadna baba ci tego nie powie, ale jak chłop jest za idealny, to jest zawsze podejrzany.
– Chyba sobie to zanotuję – odparł z sarkazmem Marek i zaczął manewrować wózkiem z paletą.
– Długopis chcesz?
– Bardzo śmieszne, bardzo. – Dostawca wymownie zarechotał i wzdychając, popchnął wózek w głąb magazynu.
Przez chwilę kobieta obracała w palcach długopis i z uśmiechem na twarzy przyglądała się koledze, który ustawiał paletę w magazynie. Pomimo że czterdzieści lat skończył dość dawno, był bardzo sprawny i silny. Całe to jego narzekanie i wzdychanie podczas pracy było jakimś rodzajem męskiej kokieterii czy też może niezgrabnym domaganiem się damskiej uwagi i troski, których wyraźnie od dawna mu brakowało. Im dłużej Małgorzata go znała, tym bardziej była przekonana, że to poczucie braku musiało towarzyszyć mężczyźnie przez dużo dłuższy czas niż ten, który minął od jego rozwodu.
– Za ostro z nim pani kierowniczka gra. – Głos najmłodszej stażem i wiekiem pracownicy dyskontu przerwał Małgorzacie damsko-męskie rozważania.
– Andżeliko, nie powinnaś aby rozładowywać tych palet, co właśnie je przywiózł?
– Zaraz je ogarnę, pani kierowniczko – odparła pewnym siebie tonem drobna, jasnowłosa dziewczyna o ładnym, ale rozbieganym spojrzeniu i wyciągnęła z tylnej kieszeni jeansów gumy do żucia.
– Co ty masz z tymi gumami? Wiesz, że jak je za często żujesz, to rozwolnienia możesz dostać? Skąd pomysł, że ja z nim w coś pogrywam? – Małgorzata zaciągnęła się po raz kolejny.
– Fajki rzucam. Z gorszymi rzeczami sobie dawałam radę niż z rozwolnieniem. Gołym okiem widać, że się lubicie, a od tego się zawsze zaczyna. Nie od łóżka, jak ludzie myślą. Jak się coś od łóżka zaczyna, to się w łóżku skończy. A jak się ludzie lubią i razem śmieją, to może się to do śmierci nie skończyć.
– Ty taka ekspertka od związków jesteś?
– Od związków to niekoniecznie, pani kierowniczko, ale na ludziach się znam. Jeszcze się nigdy nie pomyliłam, chociaż inna sprawa, że długo nie żyję. Z nim musi pani inaczej – kontynuowała niezrażona Andżelika. – Ja go trochę znam. Tę jego żonę w sumie bardziej.
– Skąd?
– Za dzieciaka mieszkałam w tej samej klatce co oni. To taki poczciwina. Muchy by nie skrzywdził. Dobry chłop, ale mało która laska z takim wytrzyma.
– Z poczciwiną mało która wytrzyma? – Małgorzata zaśmiała się cicho, przyglądając się uważnie młodszej koleżance.
– Wytrzymać to każda wytrzyma. Źle to powiedziałam, kierowniczko. – Andżelika żuła jeszcze szybciej, niż mówiła. – Ale z takim chłopem to trochę nudno. No chyba że już swoje się pani w życiu naszalała i ma dość, to taki idealny – wyjaśniła dziewczyna i spojrzała badawczo na szefową, która nic jednak nie odpowiedziała. – Ale z nim to inaczej musi pani grać. Kawy niech mu pani zrobi, da mu pogadać, ciastem go poczęstuje. On jest majsterkowicz. Pamiętam, że rower mi nieraz naprawiał, bo przecież mój stary to raczej tylko psuć umie. Niech go pani zagada, czy by gniazdka nie naprawił czy coś. Jak już do pani przyjdzie, to zostanie – podsumowała Andżelika. – No, lecę ogarniać te palety, bo mi pani premii nie da, a mi kasa potrzebna. – Dziewczyna zakończyła rozmowę i bez słowa wróciła do magazynu.
– Jeszcze dwie i jadę dalej – poinformował tymczasem dostawca zaraz po wyjściu z magazynu i skierował się wraz z wózkiem do ciężarówki.
– Jasne, Mareczku, jasne – odparła zamyślona kobieta i odprowadziła znajomego wzrokiem.
Dyżurny Komendy Powiatowej Policji w Pruszkowie przecierał oczy, zerkając jednocześnie na wielki zegar wiszący na ścianie. Wskazówki wskazywały piętnaście po szóstej rano, co oznaczało, że mężczyzna od kwadransa powinien być po służbie, jednak jego zmiennik miał się tego dnia spóźnić, o czym uprzedził zaledwie pół godziny wcześniej. Na komendzie panowała cisza, przerywana jedynie komunikatami policyjnymi dobiegającymi z radiostacji. Te jednak nie robiły na doświadczonym aspirancie wrażenia tak długo, jak z głośnika nie dało się usłyszeć słów „trzy siedem zero zero”, będących znakiem wywoławczym pruszkowskiej komendy, którego policjanci używali, zgłaszając się przez radio do dyżurnego. Aspirant wstał zza wielkiego biurka i wyjrzał przez okno na skrzyżowanie ulic Kraszewskiego i Lipowej w nadziei na to, że zobaczy kolegę, który miał go zmienić, jednak wśród grupy ludzi idących od kolejki WKD nie było żadnej znajomej twarzy.
Telefon na biurku dyżurnego zaświergotał cicho, zwiastując, że służba może się przeciągnąć o kolejne kwadranse.
– Policja Pruszków, słucham. – Mężczyzna wyrecytował formułkę, przecierając masywną dłonią wąsy.
– Proszę pana, ja dziś wcześniej poszłam na działkę… – Jakaś wyraźnie wystraszona kobieta relacjonowała nerwowo. – Tu, na Turystycznej, wie pan, pod lasem. I w domku obok mojej działki u Boguckich mój pies coś zaczął węszyć i szczekać. Ja tam podeszłam i oni tam wszyscy leżą zamordowani chyba. Wszystko jest we krwi!
– Pani imię i nazwisko poproszę – odparł policjant spokojnym głosem, chcąc sprowadzić dialog na merytoryczne tory.
– Moje nazwisko? – Rozmówczyni wyraźnie była zdumiona rzeczowym pytaniem policjanta. – Śliwińska Barbara.
– Pani tam teraz jest, tak?
– No tak, to straszne. Kto to mógł zrobić?
– Proszę zostać na miejscu i trzymać psa na smyczy, żeby nie ruszał niczego. Sama niech pani też nie zbliża się do domku i niczego nie dotyka. Wysyłam do pani radiowóz. Będą do pani zaraz dzwonić.
– To może ja podam swój numer telefonu?
– Widzę pani numer i zanotowałem pani nazwisko. Proszę spokojnie czekać. Policjanci zaraz będą na miejscu. – Dyżurny zakończył rozmowę i sięgnął po radiostację. – Trzy siedem zero zero do zero cztery. – W chwili gdy mężczyzna wywołał jeden z radiowozów, w dyżurce pojawił się jego zmiennik.
– Zgłaszam. – Głos funkcjonariusza służby patrolowej wybrzmiał w głośniku radiostacji.
– Udajcie się na teren ogródków działkowych na Turystyczną w Komorowie. Jakaś kobieta ujawniła zwłoki kilku osób w jednym z domków działkowych. Zaraz dam wam numer tej babki i wyślę technika. Jedźcie to natychmiast zabezpieczyć. Tylko nie na bombach. O szóstej rano korków nie ma, niepotrzebnie ludzi pobudzicie. – Dyżurny wydał dyspozycję i uścisnął dłoń zmiennika.
– Wiedziałem, że coś pieprznie, zanim zejdę ze służby. – Policjant po drugiej stronie linii skomentował zrezygnowanym tonem, ale natychmiast się zmitygował. – Przyjąłem, udaję się. – Głos funkcjonariusza po raz ostatni zaskrzeczał w radiostacji.
– Widzę, że się dobrze bawicie – skomentował, zakładając mundur, nowo przybyły funkcjonariusz. – Trupy na działce w Komorowie? Lumpy się o wódkę pobiły?
– Podobno cała rodzina. Może jakaś awantura domowa.
Kilka minut później policyjna Kia zatrzymała się przed bramą Rodzinnego Ogrodu Działkowego w Komorowie. Policjanci wysiedli z radiowozu i zastygli na moment w bezruchu. Wschodzące wrześniowe słońce przebijało się przez pokryte złotymi liśćmi korony drzew. Las sąsiadujący z ogrodem działkowym wyglądał tak dobrze, że dwóch funkcjonariuszy odwlekało tak długo, jak tylko było to możliwe, wstępne oględziny miejsca rzekomego zabójstwa.
– Dzień dobry, panowie, to tu, o tu! – roztrzęsiony damski głos przerwał policjantom rozkoszowanie się pięknem przyrody.
– Starszy sierżant sztabowy Stefański i starszy posterunkowy Majewski, dzień dobry pani. Proszę nam wszystko opowiedzieć.
– No, dobry to on już na pewno nie będzie, panie sierżancie. Boguckich zabili, o tam, w ich domku. – Mniej więcej pięćdziesięcioletnia, wyraźnie spanikowana szatynka gestykulowała energicznie, wskazując na drewniany budynek za plecami.
– Rozumiem. Porozmawiaj z panią, a ja się tam rozejrzę. – Sierżant, dobrze zbudowany blondyn dobiegający trzydziestki, wydał polecenie młodszemu – i znacznie chudszemu – koledze, a sam przeszedł kilka kroków w kierunku domu, zwracając uwagę na każdy swój krok.
Podczas gdy działkowiczka podawała swoje dane posterunkowemu, Stefański przeszedł krzywym chodnikiem na werandę domku i wyciągnął z kieszeni munduru scyzoryk. Wsunął ostrze pomiędzy drzwi i futrynę i pociągnął skrzydło drzwi ku sobie, nie dotykając klamki. Z zamka wypadł stary klucz i stuknął cicho, odbijając się od gumowej wykładziny w domku. Sierżant przeszedł przez próg. Na kilku metrach kwadratowych leżały zakrwawione ciała: mężczyzny i kobiety gdzieś pomiędzy pięćdziesiątym a sześćdziesiątym rokiem życia, oraz mężczyzny koło trzydziestki. Wszystkie trzy ciała były mocno posiniaczone i pokryte skrzeplinami brunatnej już krwi. Ciasnota pomieszczenia sprawiała, że zwłoki były w nienaturalny sposób powykrzywiane i przypominały upiorną scenografię filmową zbudowaną z manekinów. Wykręcone kończyny denatów tkwiły pod wersalką lub starym kredensem, podczas gdy na ich posiniaczonych twarzach leżały fragmenty potłuczonego szkła wazonu, złamanego krzesła oraz popiół i pety z przewróconej popielniczki. Jeden z niedopałków wciąż tkwił między wargami starszego mężczyzny. Nie mając większej nadziei na ustalenie czegoś innego niż to, czego się spodziewał, Stefański nachylił się ostrożnie nad każdym z ciał, sprawdził tętno i podstawowe czynności życiowe ofiar. Lekarz potrzebny był tu tylko po to, aby formalnie potwierdzić zgon.
– No i cała rodzina, proszę pana, cała. Wszyscy czworo leżą martwi. Taka tragedia, a tu tak spokojnie było. Ja nie wiem, jak nam tu dalej przyjdzie żyć na tych działkach… – Kobieta, która odkryła zwłoki, nerwowo wyrzucała z siebie słowa.
– Czworo? Tak pani powiedziała? – upewnił się sierżant, który właśnie wyszedł z domku.
– No a nie? Przecież wszyscy Boguccy tam leżą!
– Są trzy ciała, proszę pani. Dwóch mężczyzn i kobieta. Pani twierdzi, że w tej rodzinie były cztery osoby?
– No, cztery, Hanka Bogucka, jej mąż Andrzej i dzieciaki. Syn Rafał i córka Andżelika.
– Z pani opisu wynika, że są tu wszyscy oprócz Andżeliki. Dobrze pani znała tych ludzi? Wie pani, gdzie mieszkali, gdzie możemy znaleźć tę córkę? – Policjant podszedł do Barbary Śliwińskiej i popatrzył jej prosto w oczy.
– Znałam, ale czy dobrze? Bo to człowiek wie, na ile drugiego zna? Bywali tu prawie co weekend letnią porą. Andżelika ostatnio też tu była z nimi. Mówiła coś, że pracę nową znalazła… – Kobieta wbiła wzrok w trawnik i nagle się zamyśliła.
– Pamięta pani, gdzie?
– W jakimś takim markecie, Biedronce czy tym drugim… – Śliwińska starała się przypomnieć sobie szczegóły.
– W Lidlu?
– Nie, nie… Taki polski jakiś. W Stokrotce! W Pruszkowie. Na Kraszewskiego. Tam! Na pewno tam, bo mówiła, że zadowolona jest, bo do roboty blisko, a oni, panie, na Kopernika mieszkali, to przecież pięć minut i była na miejscu. – Kobieta uśmiechnęła się, zadowolona z siebie jak dziecko, które udzieliło poprawnej odpowiedzi przy tablicy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Rozdział pierwszy
Rozdział drugi
Spis treści
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Meritum publikacji
Okładka
Spis treści
