Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
25 osób interesuje się tą książką
W 1998 roku społecznością Green Village wstrząsnął wypadek, w wyniku którego Larry, syn pastora, zapadł w śpiączkę. Ojciec bez wahania wskazał na winnego zdarzenia, przez co cała społeczność zwróciła się przeciwko Alexowi Turnerowi. Nastolatek musiał uciekać z rodzinnego miasta, zostawiając za sobą wszystko.
Dziesięć lat później tragedia rodziców zmusza go, by wrócił do znienawidzonego miejsca. Stawiając czoła przeszłości, Alex odkrywa kolejne sekrety, które komplikują jego życie jeszcze bardziej.
W tym samym czasie, w sąsiednim stanie, detektyw Caden Howell próbuje odnaleźć
zaginioną Kate Logan.
Czy wszystkie drogi prowadzą do Green Village?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 792
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Stargard 2026
Aria May
Wydawnictwo Black Dragon
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część tej publikacji nie może być kopiowana, reprodukowana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
All rights reserved
Treści przeznaczone wyłącznie dla czytelników pełnoletnich!
Redakcja i korekta:
Daria Raczkowiak (@daria.raczkowiak.korekta)
Skład i łamanie:
Aria May
Okładka, konwersja na czytniki:
Szymon Bolek – Studio Grafpa, www.grafpa.pl
www.wydawnictwoblackdragon.pl
@wydawnictwoblackdragon
@aria_may_autorka
ISBN 978-83-978818-4-6
Green Village, 28 sierpnia, 1998 rok
Larry zaparkował samochód na poboczu i przyciszył muzykę. Spojrzałem na Nicky’ego – delektował się skrętem przy wydobywających się z głośników pomrukach Kurta Cobaina.
– Alex… – Ana szturchnęła mnie kolanem, wskazując podbródkiem na Larry'ego. Zaciągał się ziołem, jakby miało być ostatnim do wypalenia na tej planecie.
Ana nie wyglądała na zadowoloną. Mordowała Larry'ego wzrokiem, czemu się nie dziwiłem. Wyciągnął nas w nocy z łóżek, nie wiadomo po co, ale stojąc pod oknem mojego pokoju i wołając, abym zszedł, był maksymalnie podjarany owym pomysłem. Teraz wychodzi na to, że zamieniłem ciepłe łóżko na przejażdżkę furą jego wuja gliniarza, by wypalić zioło na obrzeżach Green Village. Nicky zaś zdawał się być zadowolony z takiego obrotu sprawy, za to ja niekoniecznie. Po całym dniu oczyszczania z tatą dna stawu, nie miałem ochoty na imprezowanie. Chciało mi się tylko spać, a teraz i jeść. Bolał mnie do tego łeb, ramiona, a co gorsza zaczynało mi się udzielać od Any wkurzenie. Do tego Nicky niemiłosiernie fałszował, odwrócił czapkę daszkiem do tyłu i udawał, że bębni pałeczkami w perkusję.
– Larry, mam jutro sporo roboty, więc jeśli chcesz się dzisiaj pałętać po mieście, to jestem kiepskim kompanem. – Oparłem kolano o fotel. – Stary, podrzuć mnie do domu, bo jestem wypompowany i ledwo siedzę.
– A mnie ojciec zleje pasem, gdy zobaczy, że nie ma mnie o tej porze w domu.
Zerknąłem na Anę kątem oka; siedziała ze wściekłą miną i zaplatała warkocz. Wiedziałem, że nie żartuje, wspominając o ojcu.
– Rąbnij sobie i nie rozsiewaj negatywnych fluidów. – Nicky wystawił do mnie połowę iskrzącego się skręta.
– Nie chcę, bo mnie zmiecie. Larry! – Pacnąłem w zagłówek jego siedzenia. – Mówię poważnie, odwieź mnie i Anę. Zobaczymy się jutro.
Zignorował mnie, po czym sięgnął do schowka i po chwili oślepił wszystkich światłem. Zasłoniłem twarz przedramieniem.
– Odbiło ci?!
Larry zmniejszył blask latarki i podstawił ją sobie pod brodę.
– Czas na spacerek! – Roześmiał się, imitując kiepski horror.
Przewróciłem oczami, założyłem ręce i zsunąłem się na siedzeniu.
– Bawcie się dobrze. Zaczekam na was.
Wysiedli bez słowa. W aucie została już tylko Ana. Podrygiwała nogą, gapiąc się za szybę, gdzie migotało światło i słychać było pokręcony śmiech Larry’ego – taki zupełnie niezdrowy, a co gorsza, wiedziałem, co było jego przyczyną – dragi. Ale nie mogłem nic z tym zrobić. Larry powiedział, że mam się nie interesować, a wręcz odpieprzyć i zająć sobą.
– Nie idziesz? – wymamrotałem.
– Alex, on znowu brał jakieś gówno.
Przymknąłem ciężkie powieki i wygodniej oparłem głowę o siedzenie.
– Brał…
– I robi to coraz częściej. Zauważyłeś, że ostatnio nie jest sobą?
Wziąłem głęboki oddech i spojrzałem na Anę.
– Zauważyłem, ale to nie moja sprawa.
– Pogadaj z nim…
– Myślisz, że ostatnio nie próbowałem?
– I co? Nic?
– Oprócz tego, że ryknął na mnie, że nad wszystkim panuje, a to ja mam chore jazdy, to tak, nic. Kazał mi zjeżdżać, a ja się nie pcham tam, gdzie mnie nie chcą.
Założyła włosy za ucho i opuściła spojrzenie na bransoletkę, która była pamiątką po mamie.
– A jeśli ja cię o to poproszę? – zapytała nieśmiało, skubiąc koraliki.
– Dlaczego tak ciśniesz? Chodzicie ze sobą? – Zdzieliłem się w myślach po głowie za to złośliwe pytanie, a przynajmniej czułem, że takim tonem je wypowiedziałem.
– No… Od kilku dni. Nie wiem… – Wzruszyła ramionami i uniosła speszone spojrzenie. – Tak jakoś wyszło, ale co to ma do rzeczy? Przecież to nasz kumpel i powinniśmy się trzymać razem. Mam rację?
– Masz, ale ja mu nie pomogę. Nie jestem terapeutą, a on potrzebuje pomocy kogoś takiego.
– Tak, ale najpierw ktoś musi mu to uświadomić.
– Ma ojca, autorytet w całym Green Village. Niech mu sprawi kazanie.
Ana położyła swoją zimną dłoń na mojej – podobał mi się jej dotyk. Pożałowałem w tym momencie, że tak długo zwlekałem, by zostać z nią sam na sam, aczkolwiek w innych okolicznościach.
– On nie rozmawia z ojcem…
– Ana…
– Jego matka nie żyje i zaczął sobie radzić w tak idiotyczny sposób. Alex, proszę, może razem nim solidnie potrząśniemy?
Wysunąłem rękę z jej uścisku i zająłem się szukaniem papierosów w kieszeniach, choć nie miałem ochoty palić.
– Ana, jego matka nie zginęła, a zaginęła. Jeśli znajdą ciało, to wtedy możemy gadać, że nie żyje. – Wyjąłem pomiętoloną paczkę z tylnej kieszeni jeansów. – I pomyślę o tej pseudo terapii, dla Larry’ego. Ale robię to tylko dla ciebie. Jasne?
Wykrzesałem ogień, oświetlając śliczną twarz Any. Uśmiechnęła się.
– Dziękuję.
– Ale nie nastawiaj się, bo jak mówiłem, już próbowałem przemówić mu do rozumu i dostałem kopa w dupę.
– Wiem, może i masz rację, ale… Teraz nie jesteś sam, więc będzie miał trudniej. Idziesz? – Machnęła głową.
– A muszę?
– Im szybciej zobaczymy, po co nas tu przywiózł, tym mniejsze szanse na to, że mój ojciec się wścieknie.
Uniosłem papierosa.
– Wypalę i dołączę.
Ana obdarzyła mnie skromnym uśmiechem i wysiadła. Spojrzałem na puste siedzenie obok, a następnie na swoją dłoń, którą wcześniej trzymała. Frajer ze mnie…
Zaciągnąłem się i uchyliłem drzwi, by wydmuchać go wprost w latające świetliki. Hamowany głupią zazdrością i wściekłością na siebie, że teraz serce będzie mi łomotać na widok dziewczyny przyjaciela, nie chciałem wtrącać się dalej w jego problemy. Wcześniej nie sądziłem, że Larry i Ana mają się ku sobie, ale ostatnie dwa tygodnie byłem praktycznie nieosiągalny, więc jak widać, wiele mnie ominęło. I co z tego mam? Teraz, zarobioną kasę mogę wydać na gry wideo, a nie kino plenerowe, do którego chciałem Anę zaprosić, a później skoczyć z nią do Frisco, by zabawić się w objazdowym wesołym miasteczku, a na koniec razem z nią podziwiać widok gór z diabelskiego młyna. Romantyczne chwile, pewnie, że tak. Nie byłoby lepszego momentu, żeby w końcu jej wyznać: Ana, podobasz mi się.
Ale wszystko poszło z dymem jak ten papieros. Ona jest z Larrym i wypadałoby to uszanować.
Wyżyłem się, wkręcając butem peta w ziemię. Do diabła… Co ona w nim widzi, czego może ja nie mam? Może powinienem ściąć swoje długie włosy i tak jak Larry, uformować je żelem w modne sterczące rogi? Wysiadłem i strzeliłem sobie mentalnego liścia w pysk. Nie. Jedyne, co powinienem, to dać spokój, przecież to mój kumpel. Nie może nas poróżnić moja nieopanowana zazdrość. Ile ja mam lat? Siedemnaście czy dziesięć?
Zaczerpnąłem rześkiego powietrza dla ostudzenia emocji i ściągnąłem z nadgarstka gumkę, którą związałem włosy. Okrążyłem samochód, zerkając na wystający ponad czubkami drzew dach starego kościoła, nad którym wisiał księżyc w pełni czyniący noc wyjątkowo jasną. Moja babka mówiła, że tam straszy, ale jakoś nigdy nie kręciło mnie sprawdzić, czy aby na pewno. Teraz też mnie nie kręci, więc jeżeli to przyszło Larry’emu do głowy, to jest skończonym idiotą, a ja jeszcze większym, że dałem się na to namówić.
Ziewnąłem, stając obok Nicky’ego. Larry zarzucił rękę na bark Any, a ona uczepiła się jego przedramienia, próbując ustać prosto, gdy jej facetem bujało na lewo i prawo.
– To co robimy? – przerwałem Nicky’emu gapienie się z rozdziawioną gębą w niebo, a Larry’emu chęć pocałowania Any, bo chyba po to się pochylał i zadzierał dwoma palcami jej podbródek.
– Pozwiedzamy okolicę – rzucił Larry i podświetlił drogę na wprost.
– A co tu niby zwiedzać? – zapytała Ana przez śmiech.
– Kościół, dzieciaczki.
– Kościół? – Wskazała ręką w stronę lasu. – Ten kościół?
Larry odskoczył od niej, znowu podświetlił twarz i zrobił do Any głośne: „Buahaha”! Przewróciłem oczami, gdy zapiszczała i kopnęła go w kostkę.
– Nie strasz mnie! Po co mamy tam iść?
– Sami się przekonajcie! – Rozłożył ręce, odchodząc rakiem. – One, two, Freddy’s coming for you! – Wskazał na mnie. – Three, four, better lock your door! Five, six, grab your crucifix! – zaintonował, krzyżując ręce na klatce piersiowej i odwrócił się, podążając dalej w kierunku kościoła.
Nicky zadarł dżokejkę, włączył latarkę i poprawił obwisłe w kroku szerokie dżinsy.
– Ej, E.T! Zaczekaj! – krzyknął.
Zaczęli biec. Założyłem ręce za kark i patrzyłem, jak światła ich latarek znikają w gąszczu lasu.
Westchnąłem, mając tych czubów powyżej dziurek w nosie, a wtedy Ana zadzwoniła kluczykami.
– Wyjęłam Larry’emu z kieszeni. Gdyby zgubił, byłaby kicha. Masz.
Bez wahania schowałem je we własną kieszeń.
– Nie powinien prowadzić w takim stanie. Mądrze zrobiłaś.
– Chociaż tyle… – Odwróciła głowę w stronę chłopaków, a potem na mnie. – Chodźmy, nie chcę, żeby ci dwaj pajace narobili głupot, bo też za to oberwiemy.
Przytaknąłem i ruszyłem za Aną w głąb drogi. Ruszyłem niezbyt chętnie, ale jeżeli miałem tam pójść, to tylko dla jej bezpieczeństwa, bo Larry kompletnie odleciał, mając swoją dziewczynę głęboko w dupie. Najchętniej walnąłbym go w łeb za to i może przyszła terapia zacznie się od właśnie takiego gestu, a potem każę mu zarejestrować w mózgu to, co mam do powiedzenia, bo to będzie ostatni raz. Ma się wziąć w garść. Dragi nie ukoją jego bólu po matce, a gdy się, mam nadzieję, że odnajdzie, raczej nie będzie chciała patrzeć na to, co zostało z jej syna. Nie wiem. Innych argumentów nie mam, by go od tego odciągnąć. Lubiłem Panią Lewis i każdego w nas boleśnie trafiła przykra wiadomość, że zaginęła w maju 1995 roku. Żal mi Larry'ego, wiem, że cierpi, ale dragi nie są wyjściem. Zniszczą go, więc pastor mógłby poświęcić więcej czasu synowi i temu, co go trapi, zamiast powierzchownie pomagać innym rozwiązywać ich problemy. Gdyby moja żona zaginęła, przekopałbym każdy skrawek ziemi, by ją odnaleźć. A tu… chyba liczą na wolę nieba. Współczuję Larry’emu, ale nic więcej nie mogę zrobić. Jestem tylko dzieciakiem, tak jak on.
Chwyciłem wystającą gałąź i przytrzymałem, aby Ana mogła przejść bez oberwania nią w twarz. Minęła mnie, kurczowo się obejmując i smarkając pod nosem, więc zdjąłem z siebie kraciastą koszulę i nie pytając, nałożyłem Anie na ramiona, a następnie dotrzymałem jej kroku.
– Dzięki… – Spojrzała na mnie, wciskając się w rękawy.
– Nie ma sprawy.
– To z nerwów… – przyznała niepewnie. – Trzęsę się jak galareta. Babcia mówiła mi, że tam straszy.
Uśmiechnąłem się.
– E tam. Po prostu wszystkie babcie z Green Village tak mówią.
– A ty? Wierzysz w to?
– W co?
– Że ponoć spaliła się tam kochanka pastora Lewisa, to znaczy dziadka Larry’ego. Nie zdążyła uciec, bo drzwi same się przed nią zatrzasnęły. Przed grzesznicą-cudzołożnicą.
– Dopust Boży. – Przystanąłem i wytarłem trampek o kępę trawy, bo stanąłem w coś miękkiego i nawet nie chcę wiedzieć w co. – A tak serio, to wyrosłem z bajek. Bujda na resorach i za każdym razem ktoś inny dorabia do niej kolejne rewelacje. Ja słyszałem, że miała trzy cycki i diabelski ogon. A co ze starym pastorem? Dlaczego on się nie spalił choćby ze wstydu? Dożył dziewięćdziesiątki i jeździł jeszcze na rowerze, a kochanica spłonęła na stosie? Cholera, ale niesprawiedliwość, hah!
Ana zachichotała i otuliła się mocniej moją koszulą. Zacisnąłem zęby, powstrzymując się przed powiedzeniem słów, że nie będę prał koszuli już do końca życia, by nie uciekł z niej zapach, który skradła Anie.
– A ja w to trochę wierzę.
– Bo jesteś dziewczyną i lubisz romantyczno-dramatyczne historie.
Chyba pokazała mi język.
– Nie trafiłeś.
– Cios w serce! – Teatralnie dźgnąłem się wyimaginowanym sztyletem.
– Wariat. Ale powiem ci, Alex, że według mnie, właśnie dlatego ten kościół, a raczej jego resztki, nadal tutaj stoją. Nikt nie chce tego posprzątać, żeby nie mieć do czynienia z zamkniętą tam duszą wściekłej kochanki z trzema cyckami.
Przeszliśmy kawałek w ciszy, a gdy zahukała sowa, wybuchliśmy cichym śmiechem.
– Normalnie… Opowieści z krypty – zażartowałem. Ana trąciła mnie ramieniem i chyba pokazała ponownie język. Lubiłem się z nią droczyć z dozą humoru. To było fajne.
– No co? Też chcę mieć udział w tworzeniu przerażającej legendy.
– To załóż szkolną gazetkę: Koszmary Green Village. Obiecuję, że będę fanem.
– O, patrz, genialny pomysł – zachichotała.
Przedarliśmy się przez zarośla i wyszliśmy na teren kościoła. Larry i Nicky stali na schodach. Słychać było ich rozmowę, gdy stawiałem wysokie kroki w zroszonej trawie i podmokłym podłożu, a Ana szła zaraz obok mnie. W końcu dotarliśmy do porośniętych mchem schodów i wtedy poczułem, że chlupocze mi w butach. Wkurzyłem się, ale nie pokazałem tego po sobie, chcąc szybko załatwić, „cholera wie co” i wrócić do domu, do wygodnego i suchego łóżka.
Pobiegłem wzrokiem wprost do dzwonnicy. Wyobraziłem sobie miny ludzi w Green Village, gdyby nagle ten dzwon zaczął bić. Upiorna kochanka zmartwychwstała! Prychnąłem i wsadziłem ręce w kieszenie, gdy Larry zaczął odrywać jedną z desek przybitych do wejścia.
– Larry, co ty, u licha, robisz? – zapytała Ana i położyła dłoń na jego barku. – Chyba nie chcesz tam wchodzić? Daj spok…
– Zamknij się… – Strącił jej dłoń, więc Ana się wycofała i stanęła obok mnie.
Pochyliłem się do jej ucha i wyszeptałem:
– Nie reaguj, bo będę musiał mu przyłożyć tą dechą.
– Nie mam już zamiaru i chcę już do domu. – Opuściła głowę, zdzierając mech czubkiem buta. – Nie podoba mi się to.
Wyprostowałem się i westchnąłem.
– Mnie również.
Zasypiałem na stojąco i miałem mokre skarpety, do tego zaczynały kąsać komary. Ubiłem jednego na karku, gdy trzecia deska upadła na schody. Nicky rzucił się do Larry’ego i zaczął odrywać resztę. Sam nie brałem udziału w akcji, mając nadzieję, że i tak nic to nie da, bo drzwi będą zamknięte od środka. Jeżeli jednak zaczną się tam gramolić, mam to w dupie; biorę Anę za rękę i po prostu wracam do auta. Byłem? Byłem. Na resztę ich skretyniałych pomysłów nie mam ochoty tracić czasu.
– Zaraz to poczujecie. Jeszcze chwila… – wysapał Larry, wkładając rękę między deski.
– Co? Smród zgliszczy, staroci i mysich odchodów? Wow, co za fetysz – ironizowałem.
– Nie, nie to. Poczujecie… – stęknął i szarpnął drzwi – kontrolę nad życiem. Kurwa… – Zaśmiał się obłąkańczo. – Nawet nie macie pojęcia, o czym mówię.
Ani trochę i niewiele mnie to interesuje.
Larry pchnął drzwi. Na moje nieszczęście otworzyły się, wydając nieprzyjemne skrzypienie. Ana dała krok w tył, więc złapałem ją za rękę, by nie czuła się niepewnie.
– My zostajemy – zakomunikowałem.
– A co? – Larry kiwnął podbródkiem. – Strach cię obleciał, że ci się to spodoba? Możliwe. W każdym z nas to siedzi.
Zmarszczyłem brwi.
– Odbiło ci. Gadasz od rzeczy.
– Mnie za to nie obleciał. Włażę!
Oznajmił Nicky i wszedł jako pierwszy, znikając w ciemnościach. Usłyszeliśmy po chwili, że zawył jak pies. Trzymałem trzęsącą się Anę za rękę, patrząc Larry’emu w oczy, w których było coś, czego nie chciałbym drugi raz zobaczyć… Nie wiem, o czym pieprzył, będąc na dragach i nie pałałem pragnieniem, by się dowiedzieć.
– Nie obleciał – powiedziałem pewnie.
– Dobra, chrzanić to! – Ana puściła moją rękę. – Zrób, co masz zrobić, Larry, i wracajmy. Mam już serdecznie dosyć.
Szturchnęła go ramieniem i weszła do środka. Zrobiłem to samo, nie dziwiąc się jej, że desperacko chciała tę beznadziejną wycieczkę skrócić. Przeszedłem po chrzęszczącym podłożu i stanąłem obok Any. Rozglądała się po mrocznym wnętrzu, gdzie przez spękane witraże wkradało się światło księżyca. Ładnie… Zachwyciłem się widokiem, ale zaraz mlasnąłem, wyczuwając zgrzybiałe ściany i resztki próchniejącego drewna, które nie wypaliło się podczas pożaru. Szeroka wiązka światła z latarki Larry’ego padła na ołtarz, a raczej jego ponure pozostałości. Wszystko, co było w nim drewniane, spaliło się do popiołów. Uchroniły się tylko nieliczne belki z podwieszonego krzyża, z których teraz zwisały woale pajęczyn.
Dałem krok w przód, zgniatając po drodze puszkę i potłuczone szkła. Powędrowałem wzrokiem na podziurawiony dach, gdzie mieniło się gwieździste niebo. Niszczejący dom modlitwy. Nic tu nadzwyczajnego, ani tym bardziej przerażającego, żeby szukać adrenaliny, albo tylko ja jej nie wyczuwam, bo spływa to po mnie jak po kaczce ze zmęczenia.
– Przysięgam, że jutro skopię mu dupę…
Zerknąłem na Anę, gdy wycedziła groźbę, wpatrując się w Larry’ego. Klęczał i pochylał głowę do podłogi, jakby czegoś nasłuchiwał. Założyłem ręce za kark i mocno ziewnąłem, po czym podświetliłem elektroniczny zegarek.
– Jutro jest za cztery minuty, czyli zdążę to jeszcze zobaczyć.
– Larry! Co robisz?! – wykrzyczała.
Nicky pochylał się obok naszego kumpla, podpierając ręce o kolana i coś mamrocząc. Oparłem się o murowany filar i wsunąłem ręce do kieszeni, a wtedy, rozległ się skrzek wron i trzepot ich skrzydeł, gdy wyfrunęły z chóru usytuowanego kilka metrów ponad moją głową. Uniosłem oczy. To akurat było dobre. Nawet mi dreszcz przebiegł po tyłku. Plus jeden do adrenaliny.
– Ana? Wracamy? – spytałem znudzony.
– Larry! – wykrzyczała znowu, ignorując odpowiedź na moje pytanie. – Zbieraj się i wychodzimy! Zaczynasz mnie wkurzać!
– Ćsii… – Uniósł powoli głowę i jak w transie rozłożył ręce. – Słyszycie?
– Co? To? – Nicky pierdnął, po czym zachichotał ze swojego żałosnego wyczynu. – Nie no, żarcik sytuacyjny. – Oświetlił nadal klęczącego Larry’ego drugą z latarek. – Ale chcę spróbować tego, co brałeś, to może usłyszę, zobaczę, przelecę? – Szturchnął go butem. – Ej, stary, żyjesz?
Pokręciłem głową. Minuta i wychodzę, jak nie z Aną, to sam.
– Zapłacą mi za wszystko… – Larry wymamrotał. – Każdy mi za to zapłaci.
– Larry! – pisnęła Ana.
– Ćsii… – Roześmiał się. – Naprawdę nie słyszycie tej melodii?
– Nie, nie słyszymy i wychodzimy stąd!
– Dlaczego, Ana? Przecież to jest tak piękne uczucie, a ja to wszystko kontroluję.
– Larry, to nie jest śmieszne. Chcę już do domu. Błagam, chodźmy już!
Dobra, koniec tego przedstawienia. Nie będę słuchał jak Ana za chwilę się rozbeczy. Wyrwałem do Nicky’ego i Larry’ego, Ana zaraz za mną, i dosłownie swędzącymi z wkurwienia rękoma, szarpnąłem Nicky’ego za rękaw kurtki i popchnąłem do przodu.
– Wypad! – Kopnąłem go lekko w tyłek. – Koniec kretyństwa. Wstaję rano do roboty, w przeciwieństwie do was. – Chwyciłem kaptur bluzy Larry’ego. – Słyszałeś Anę? Odpajacowałeś swoje, to się wynosimy.
– Nicky… – wybełkotał. – Nie słuchaj go. Zostań, a coś ci pokażę… Nie pożałujesz.
– Eeee… nie, stary, dzięki. Też bym wolał już wrócić. – Rozejrzał się. – Do kibla mi się chce. Ma ktoś chusteczki?
– Podnoś się, Larry, nie będę się z tobą szarpał.
– A, ok, nie macie. – Nicky uniósł ręce. – Jakoś wytrzymam.
– Larry, wstawaj! – poganiała go Ana, próbując dźwignąć, ale on ani drgnął.
– Liczę do trzech i zasadzam ci kopa.
– Larry, proszę… Chodźmy już. To nie jest wcale zabawne.
– Posłuchaj jej. – Obleciałem wzrokiem gnijący dach. – Spadajmy stąd lepiej, zanim to próchno zawali się nam na głowę.
Ale Larry miał to gdzieś. Zamknął tylko oczy i oddychał głęboko. Był tak naćpany, że nic do niego nie docierało. Mimo wszystko spróbowałem jeszcze raz.
– Dobra, sam tego chciałeś. Raz, dwa, trzy…
W przejściu zamigotało światło. Puściłem kaptur.
– Hej! Dzieciaki! Co wy tam robicie?!
Ana uczepiła się mojego łokcia, a Nicky schował się za filarem. Przetarłem twarz i spojrzałem przez palce na idącego do nas faceta.
– O, cholera… – zaklęła Ana.
– Jeszcze tego, kurwa, brakowało… – skomentowałem, gdy szef policji Green Village, Daniel Brandon, stanął przed nami.
– No proszę, Turner, Mayer i… – Celował każdemu z nas światłem w twarz. – I Lewis. Święta trójca.
Ana wychyliła się zza moich pleców i wskazała palcem na filar.
– I McCartney! – dodała Ana. Dobrze, jak wszyscy mamy oberwać, to bez wyjątku.
– McCartney, wyłaź natychmiast – rozkazał pan Brandon.
Nicky wyłonił się zza muru jak postrach.
– Co wy tu, do diabła, robicie? I czemu Lewis klęczy? Co wam strzeliło do głowy, dzieciaki?
Co robi Lewis? Wygląda, jakbyśmy chcieli go tutaj poświęcić jak jakaś sekta nastolatków. Już miałem się odezwać, kiedy Larry nagle ożył, jak gdyby nigdy nic wstał z kolan, otrzepał je, po czym przyciągnął Anę do siebie i objął ramieniem jak cudownie kochający chłopak. Spiąłem się i odwróciłem spojrzenie od tego widoku. Palant.
– Tylko się wygłupialiśmy. Chciałem ich nastraszyć, ale nie dali się wkręcić – podsumował ze sztucznym śmiechem i spojrzał na Nicky'ego. – Co nie? To tylko głupie żarty. Niech się pan nie wkurza. Naprawdę nie ma o co.
– No, szwendaliśmy się i tak przypadkiem trafiliśmy tutaj…
Nicky przyznał to nieco bez przekonania, kiedy ja miałem ochotę strzelić Larry’emu w pysk, ale wsunąłem ponownie swędzące ręce w kieszenie i powstrzymałem zapędy, bo wyczułem, że Ana skubie materiał moich spodni w okolicy kieszeni. Wyjąłem rękę i splotłem z nią palce. Nie chcesz przy nim być? To jutro się nad tym porządnie zastanów i daj mi znać.
– Szwendaliście się i tak przypadkiem tutaj trafiliście? – zakpił, krążąc światłem dookoła nas. – I przypadkiem zignorowaliście również zakaz wstępu, powyrywaliście deski i zdemontowaliście kłódkę, a nawet kilka, które sam tutaj założyłem?
Kłódkę? Nie, nie było żadnej kłódki. Zerknąłem na Larry’ego, który ściskał Anę. Wiedział, że jest otwarte? Czy miał tylko fart?
– Odpowiecie mi?
– A co pan tu robi? O tej porze?
– To ja tu jestem od zadawania pytań, McCartney.
– No… Wiadomo.
– Wiecie, że powinienem wsadzić was do radiowozu, rozwieźć do domów, a wtedy wasi rodzice na pewno byliby zachwyceni, słysząc skąd was zgarnąłem. A jutro powinienem poinformować o całym zajściu również pastora Lewisa – podkreślił nazwisko. – Larry? Co twój ojciec na to powie?
– Nic. Jak zawsze będzie miał to gdzieś.
– Ten budynek się niedługo zawali. – Wycelował światłem w górę. – Dach się sypie, strop pęka, belki próchnieją. To nie miejsce do głupich zabaw, dzieciaki.
– Ma pan rację. Już się stąd zawijamy i przepraszamy za zamieszanie i niepotrzebne nerwy – kajałem się, bo ostatecznie przylazłem tu razem z nimi, więc nie byłem lepszy.
– Wynocha stąd! – Machnął latarką. – Cieszcie się, że wysiadłem za potrzebą i was usłyszałem. I dzięki Bogu, że tak się stało, bo może uniknęliśmy tragedii. I żebym więcej was tu nie widział. Zrozumiano?
– Tak. Jeszcze raz przepraszamy… – mruknęła Ana i puściła moją rękę.
Larry ruszył za nią do wyjścia, a gdy mnie mijał, wyczułem, że omiótł mnie wzrokiem. Nick także się zmył z posypaną popiołem głową, więc pokornie zmierzyłem do wyjścia za przyjaciółmi, a pan Brandon, upewniwszy się, że nikt już nie został, zrobił to jako ostatni. Nie żebym płakał, że się tu pojawił, wręcz przeciwnie. Kiepski występ Larry’ego dobiegł końca i obyło się bez niepotrzebnej szarpaniny, gdyby naprawdę poniosły mnie nerwy, choć trudno jest mnie wytrącić z równowagi, ale jemu się to prawie udało.
Dołączyłem do Any czekającej na mnie w progu drzwi. Nagle złapała mnie za rękę i spojrzała w głąb kościoła.
– Alex, słyszałeś to?
Ściągnąłem brwi, czując jak palce Any zaciskają się coraz mocniej na mojej chudej ręce.
– Nie. A co miałbym usłyszeć?
– Nie wiem. To było jak… – Potrząsnęła głową – Zresztą nieważne. To pewnie jakieś zwierzę.
– Pewnie tak. Ja nic nie słyszałem – oznajmiłem zgodnie z prawdą. – Chodźmy, zanim Brandon się wścieknie. Nie chcę, żebyś miała kłopoty.
– Dziękuję, Alex. Cieszę się, że o mnie myślisz w przeciwieństwie do Larry'ego… – chrząknęła i unosząc twarz, zrobiła krok w moją stronę.
Patrzyliśmy sobie w oczy. Znowu. Tak cholernie chciałem ją pocałować, ale zacisnąłem tylko beznadziejnie wargi, odwróciłem spojrzenie i sięgnąłem do żelaznych drzwi, by je zamknąć. To nadal dziewczyna Larry'ego, a ja nie jestem frajerem. Sama musi zdecydować, którego z nas chce.
– Dzieciaki, ale bez randkowania! Nie marnujcie dalej mojego czasu! – Światło jego latarki zamigotało u stóp Any, więc cofnęła się ode mnie speszona i zeszła ze schodów.
Mimo niejasnej między nami wcześniejszej sytuacji, objąłem ją ramieniem, a następnie ruszyliśmy w kierunku ulicy.
– Ana…
– Tak?
– Skończę robotę o czwartej, a ty sobie do tego czasu wszystko przemyśl. Czego tak naprawdę chcesz, z kim chcesz i o tym pogadamy, ok?
– Już to zrobiłam. Przemyślałam sobie.
Uśmiechnąłem się, wiedząc, że jej decyzja może zmienić się do tego czasu jeszcze ze sto razy. Ale… oby nie.
– I tak pogadamy.
Dotarliśmy do ulicy. Obok Mustanga, którym przyjechaliśmy, stał zaparkowany radiowóz. Światła miał włączone, więc widziałem Larry'ego opartego o maskę samochodu, a Nicky siedział chyba w środku. Rozejrzałem się z Aną na lewo i prawo i przebiegliśmy na drugą stronę.
– Mam was przetransportować, czy mogę wam zaufać i dać ostatnią szansę? – zapytał pan Brandon, poprawiając przyczepione do ramienia radio, które zatrzeszczało.
– Nie ma takiej potrzeby, wrócimy bezpiecznie do domów. Proszę się nie martwić – zapewniłem, ściskając w kieszeni kluczyki auta wuja Larry'ego.
– Jesteś za nich odpowiedzialny, Turner. Dopilnuj kumpli i koleżankę. – Otworzył drzwi radiowozu. – A jeśli dowiem się, że coś po drodze jeszcze odwaliliście, albo tam wróciliście, to Alex będzie miał kłopoty, a wy roczne szlabany od rodziców. Mayer! – Wskazał palcem na Anę. – Naprawdę nie chcę o tym wybryku mówić twojemu ojcu. Zrozumiałaś, Ana?
– Zrozumiałam…
Co za skurwiel… Żeby tłuc własne dziecko? Jeżeli ojciec Any podniesie na nią kolejny raz rękę, to go chyba w końcu „przypadkiem” potrącę, gdy będzie wracał z dostawą wódki.
Damski głos zatrzeszczał ponownie w głośniku o pilnym wezwaniu na Kolorado Street i pan Brandon zniknął za kierownicą, a następnie odjechał w kierunku Green Village. Spojrzałem na zegarek, na którym minęła północ i przetarłem oczy, gotując się z irytacji. Świetnie! Za cztery godziny pobudka, będę żywym trupem.
– Kurwa… – wysyczał Larry i poderwał się z maski. – Muszę tam wrócić.
– Nigdzie nie wracasz.
– Zamknij się, Ana – warknął. – Nic nie rozumiesz.
– To ty nie rozumiesz. Słyszałeś go, spadamy do domu – zakomunikowała twardo i otworzyła tylne drzwi auta, skąd rozległo się głośne chrapanie Nicky'ego.
– Gdybyś nie darła się jak stara szmata: „Larry, Larry!”, to byś go tam nie ściągnęła. Wszystko psujesz – warknął, poklepując się nerwowo po kieszeniach.
– Och, tak?! To teraz moja wina? Wiesz co, Larry, pieprz się! – Wsiadła do auta i rąbnęła drzwiami.
– Z chęcią kotku, z tobą zawsze, ale najpierw prysznic. Gdzie są moje kluczyki? Ja pierdolę! – Uklęknął na siedzeniu i zaczął przetrząsać górne schowki. – Kurwa! Gdzie one są?! Niemożliwe, że zgubiłem. Wuj mnie zabije!
– Nie zgubiłeś, ja je mam.
Spojrzał na mnie.
– Ty? – spytał i wygramolił się z auta. – A czemu ty masz moje kluczyki? Nie dawałem ci ich.
Milczałem, nie mając zamiaru zdradzać, że Ana gwizdnęła mu je z kieszeni.
– Wypadły ci w kościele, więc je zgarnąłem.
Wystawił rękę, podrygując kolanem i nerwowo pociągając nosem.
– Dzięki, a teraz oddawaj.
– A może lepiej będzie, gdy ja poprowadzę?
Prychnął.
– Nie. Nie będzie lepiej i odpieprz się od niej. – Naparł na mnie. – Ana była wolna, a teraz nie jest, więc trzymaj łapy przy sobie. Wszystko widziałem. Myślałeś, że nie?
Przewróciłem tylko oczami, nie chcąc trącać gówna, żeby bardziej nie śmierdziało. Miałem ochotę cisnąć mu tymi kluczykami w pysk i wrócić do Green Village na piechotę, ale Ana nadal pozostawała w aucie i jeżeli po nią pójdę, awantura murowana.
– Ana jest moją kumpelą, więc nie masz się o co martwić – wytłumaczyłem spokojnie, byleby tylko wygładzić napiętą sytuację.
– Dobrze. A teraz kluczyki.
Odwróciliśmy obaj głowy, słysząc trzaskanie drzwiami.
– Co się dzieje? – Ana była wściekła. – Czemu nie jedziemy?
– Zrobimy to, gdy Alex zwróci mi kluczyki. A sam, jak ma ochotę, może zapieprzać do Green Village pod gołym niebem. Wracaj do auta, Ana.
– Nie.
– Wracaj, nie rozumiesz? Pięć minut i będziesz w domu, oczywiście, jak Alex odda mi, kurwa, kluczyki!
Zobaczyłem, że Larry zaciska pięści. Upieranie się przy swoim nie miało dalszego sensu, bo on nie zgodzi się, bym kręcił kółkiem, ale ja w zamian za to nie pozwolę, by Ana skończyła z przetrąconym kręgosłupem w razie wypadku, który wisiał w powietrzu. Larry lubił prędkość i czułem, że teraz szczególnie nie zapanuje nad swoimi popędami.
– Masz, udanej zabawy. – Wrzuciłem kluczyki na siedzenie i złapałem Anę za rękę. – Chodź, będzie dłużej niż pięć minut, ale przynajmniej bezpiecznie.
Nie protestowała, ale zdążyliśmy zrobić tylko kilka kroków, kiedy poczułem strzał pięścią pod żebro! Zachwiałem się lekko, ale za to serce łupnęło mi potężnie w mostku, gdy Ana krzyknęła:
– Larry! Co ty wyprawiasz?!
Puściłem jej rękę. Odwróciłem się i zrobiłem szybki unik w prawo przed kolejnym ciosem, który miał mi najpewniej rozkwasić nos.
– Kurwa! Larry! Ogarnij się!
Krzyknąłem, ale on nie dał za wygraną, tylko złapał mnie w pasie i próbował przewrócić.
– Nie! Ostrzegałem cię!
Plecy zalał mi pot, gdy szarpałem się z Larrym, powstrzymując go przed przyłożeniem mi głową w nos.
– Nie chcę cię zlać! Bo obaj będziemy tego żałować! Larry! – Wykręciłem mu lekko rękę. – Stary! Opanuj się!
Zza zakrętu wyłoniły się światła pędzącego auta. Ana wrzeszczała coraz głośniej.
– Przestańcie! Nick! Pomocy! – Rzuciła się do nas, próbując rozdzielić, a wtedy serce podeszło mi do gardła.
Zatoczyliśmy się całą trójką niebezpiecznie blisko krawędzi ulicy. Auto nie zwalniało na leśnej drodze.
– Ana! Odejdź! – krzyknąłem, więc odskoczyła.
Wtedy zacisnąłem pięść i uderzyłem Larry’ego w brzuch. Skulił się, zatoczył, więc korzystając z sytuacji, chwyciłem go za barki, chcąc odepchnąć od ulicy, ale on naparł na mnie z całych sił. Straciłem równowagę. Trzymając Larry’ego zrobiłem kilka kroków w tył, po czym odepchnąłem go, odskoczyłem w bok i przydeptałem sobie sznurówkę. Upadłem i uderzyłem potylicą o coś twardego, słysząc pisk opon. Syknąłem z bólu, bo zapiekło mnie w głowie, a przed oczami zrobiło mi się najpierw czerwono, potem czarno.
– Larry! Nie!
– Ana… – wychrypiałem, niezdarnie wyciągając rękę.
Jak za mgłą zobaczyłem ją, wbiegającą w blask reflektorów. Przyklękła, a wtedy ktoś łupnął drzwiami i coś powiedział. Chyba zaklął. Raz i drugi. Zrobiło mi się niedobrze. Przetoczyłem się na bok i zwymiotowałem, a ostatnie co pamiętam, to mokry policzek i smród wymiocin pomieszanych z krwią.
A potem… Potem nastąpił dla mnie koniec życia, jakie znałem do tej pory. Obudziłem się już w swoim łóżku, w czystej piżamie, ale z zabandażowaną głową, którą rozdzierał krzyk Any. Obudził mnie odgłos tłuczonych szyb w moim pokoju, do którego wpadały kamienie. Kolejnego dnia pojawiały się następne, aż zamiast szyb w oknach miałem deski. Tydzień później, za budynkiem szkoły, złamali mi rękę i spuścili sowity łomot. Powybijali zęby, skandując: za Larry’ego! Którego celowo, według niegdyś naszych wspólnych kumpli, wepchnąłem pod samochód. Larry przeżył i trafił do szpitala, z którego nie wrócił, bo zapadł w śpiączkę.
Dlatego jego ojciec, pastor Lewis, nie odpuścił mi win, choć winny nie byłem. To był wypadek. Nie chciałem tego, a mimo to, Green Village zgotowało mi piekło, wypalając znamiona.
Koszmar, od którego uciekłem.
I do którego z własnej woli teraz powróciłem.
Do popiołów, które przykrywały prawdę o żywych i martwych.
Prawdę o nas wszystkich.
Albuquerque, 20 października, 2008 rok
Punktualnie o godzinie 6:30 wszedłem do mieszkania, a następnie jak cień człowieka, powlokłem się wprost do sypialni. Po drodze zrzuciłem plecak i zrobiłem okrężny ruch głową, słysząc chroboczące kręgi. Skopałem buty, kurtką zasłałem fotel i wycelowałem kluczykami od auta idealnie do plastikowego koszyka, pięć metrów dalej. „Koszykarski” rzut miałem opanowany do perfekcji, by po zakończonym nocnym dyżurze, droga od progu wejściowych drzwi do miękkiego łóżka w sypialni, była jak najkrótsza. A dzisiaj szczególnie chciałem zasnąć jak na pstryknięcie palcami. Pozbyć się sprzed oczu twarzy jedenastoletniej Teresy, która zmarła dzisiaj rano, po tym jak dwa tygodnie temu dostała nowe serce. Jej odejście, mimo iż wiedziałem o możliwych powikłaniach, uderzyło we mnie z taką siłą, że schowałem się w aucie i płakałem, nie mogąc się uspokoić, bo przecież jeszcze wczoraj graliśmy w karty. Słuchałem, jak tęskni za szkołą, za przyjaciółmi i jak bardzo się cieszy, że za kilka dni stąd wyjdzie. Trzymałem kciuki za jej marzenia o modelingu i powiedziałem, że będzie mi brakować naszych emocjonujących rozgrywek. Ta sytuacja uświadomiła mi, że to był pierwszy i ostatni raz, jak przywiązałem się w takim stopniu do pacjenta. Nigdy więcej. Nie chcę przeżywać ich śmierci w tak prywatny sposób. To zbyt bolesne.
Uchyliłem drzwi i zamiast paść twarzą na poduszki, oparłem się o framugę i mocno ziewnąłem. Znowu ich nie zabrała, pomyślałem, wpatrując się w kilka spakowanych toreb, które wieńczyły rakiety tenisowe. Walizki stały niewzruszone od trzech dni jak pomnik wzniesiony ku pamięci tego, co już odeszło. I dobrze. Lepiej zakończyć coś wcześniej, niż przy ołtarzu, ze strachem w oczach zerkać za ramię, zastanawiając się, którędy najszybciej do wyjścia.
Zamknąłem za sobą drzwi i wróciłem do kuchni po szklankę wody i aspirynę. Jakieś niewidzialne ręce ściskały mocno moją głowę, ale zanim zapadłem się w fotelu, włączyłem po drodze automatyczną sekretarkę i zasłoniłem zasłony, chroniąc zmęczony wzrok przed zabójczym światłem. Połknąłem pigułkę, a nogi wyłożyłem na podnóżek. Masując skronie, odsłuchiwałem nagrane oferty reklamowe, błądząc wzrokiem po salonie, gdy nagle, to trzypokojowe mieszkanie zaczęło wydawać mi się stanowczo za duże jak dla mnie samego. Lubiłem ciszę i samotność, ale teraz wydała mi się ona przesadnie wyolbrzymiona. Wyzierała z każdego kąta.
Głos Kimberly odezwał się w sekretarce, gdy podjąłem poważną decyzję o przygarnięciu psa ze schroniska.
– „Hej, Alex, wiem, że w trzech na pięć przypadków odsłuchujesz rano sekretarkę, więc zostawiam wiadomość tutaj. Przepraszam, że znowu nie zabrałam swoich rzeczy, ale postaram się wyrwać z pracy wcześniej, ewentualnie wpadnę jutro wieczorem. Powinieneś mieć wolne. Oddzwoń do mnie, gdyby miało się coś zmienić”.
Zacząłem przysypiać w fotelu, pragnąc w takim położeniu spędzić resztę dnia, więc raczej nie przewidywałem informowania Kimberly o zmianie planów.
– „Alex, Dylan próbował dodzwonić się do ciebie wczoraj wieczorem”. – Przetarłem oczy, słysząc zdenerwowany głos mojej bratowej. – „Stało się coś strasznego. Proszę oddzwoń najszybciej jak…”.
Nie dokończyła, bo poderwałem słuchawkę z aparatu i wybiłem na klawiaturze numer do domu Dylana. Oparłem się o ścianę i wyjąłem z koszyczka piłkę do tenisa. Podrzucając ją, niecierpliwie oczekiwałem, aż Beth dźwignie głowę z poduszki i odbierze ten zasrany telefon. Miałem nadzieję, że tylko nadmiernie panikuje, bo miała do tego tendencję i oby nie było to nic związanego z moją siostrzenicą. Kupili konia sześciolatce i forsowali naukę jazdy konno, mimo iż Melanie nie przejawiała takiej ochoty. Ale ma być najlepsza! Jasne. Obym tylko nie usłyszał za chwilę, że skończyło się to tragicznym wypadkiem! Wstrzymałem podrzut piłki, słysząc w końcu zaspany głos:
– Halo…
– Cześć, Beth. Właśnie odsłuchałem wiadomość. Co się stało?
– Nie spodziewałam się, że tak szybko oddzwonisz.
– Niby dlaczego? – Odłożyłem piłkę do koszyka i sapnąłem. – Zresztą nieważne. Powiesz mi, co się dzieje?
– Alex… zmarł wasz ojciec.
Zamrugałem i przełożyłem słuchawkę do drugiej ręki. Przycisnąłem ją mocno do rozgrzanego ucha.
– Co? O czym ty mówisz?
– Zmarł twój tata – powtórzyła głośniej.
– Beth, tata? – chrząknąłem, czując jak w żołądku zakotłowała się jego zawartość. – Jezu… Nie wierzę…
– Przykro mi.
Łzy wypełniły mi oczy. Przetarłem je szybko rękawem i zacisnąłem usta i powieki. Pochyliłem głowę, w której kłębiły się ciasno myśli, aż w końcu słowa mozolnie przetoczyły się przez gardło:
– Kiedy zmarł? I co się dokładnie stało?
– Znaleźli go wczoraj po południu. Miał zawał.
– Jezu… – Uniosłem oczy w sufit. – Beth… Rozmawiałem z tatą dosłownie cztery dni temu.
– Och, jasne…
– Naprawdę. Pytałem też o jego zdrowie, jak z sercem, jak ostatnie wyniki.
– Mhm… Jak zwykle.
– Beth, posłuchaj… Tata nie skarżył się, wręcz przeciwnie, planował dłuższy wypad na ryby, bo akurat ciotka Jane mogła zająć się mamą przez kilka dni. Chciał odpocząć, ale czuł się dobrze. Boże… – Wciągnąłem powietrze i przetarłem twarz. – Zabiłaś mnie tą informacją.
– Dylan się załamał. Pierwszy raz widzę go w takiej rozsypce.
Siłą powstrzymywałem drżenie podbródka.
– A mama? Jak ona się trzyma?
– Zadzwoń i sam się dowiedz. Jest z nią ciotka Jane.
– Pytam ciebie, nie chcę jej dodatkowo teraz niepokoić.
– I to jest właśnie twój problem, Alex. To jest właśnie twój problem!
– Mój problem? – Uniosłem brew. – O co ci chodzi?
– O twoje zachowanie. Rozmawiałeś z ojcem przez telefon, a powiedz mi, kiedy rozmawiałeś z nim, z mamą w cztery oczy? Kiedy ich, do diabła, odwiedziłeś?
– Beth…
– Nie, Beth! Nie będę słuchać kolejnych idiotycznych tłumaczeń. Powiem ci, kiedy ich odwiedziłeś, bo może już nie pamiętasz: to było cztery lata temu. Zaszczyciłeś ich swoją obecnością w domu cały kwadrans! Boże… – Zaśmiała się nerwowo. – I ty będziesz mi teraz pieprzył, że rozmawiałeś z tatą i wiedziałeś cokolwiek o jego zdrowiu? Nie było OK.
– Beth, proszę… – Moje wargi mimowolnie zadrżały, więc przycisnąłem do nich pięść i zamknąłem oczy. – Nie rób mi wyrzutów. To nie jest dobra pora.
– A może właśnie to jest najlepsza pora? Może czas skończyć z tą błazenadą, z tym ukrywaniem się, Alex?!
– Nazywaj to jak chcesz.
– Tak, więc nazwałam to po imieniu: błazenada dorosłego faceta. Minęło dziesięć pieprzonych lat! Otrząśnij się i zacznij doceniać, że twoja matka jeszcze żyje. I radzę ci się z tym pospieszyć.
Popłakałem się cicho, aby nie słyszała, bo było mi wstyd.
– Przyjadę do was za dwie godziny. – Przełknąłem łzy. – Muszę się przespać.
– Och, jasne, ojciec ci zmarł, a ty pójdziesz sobie po prostu spać. Jesteś niereformowalny, mówić do ciebie to jak do ściany.
– Muszę się przespać, żeby nie wjechać w kogoś na ulicy. Miałem dwa dyżury, Beth. Nie odbieraj tego po swojemu.
– Za godzinę wyjeżdżamy do Green Village, a ty rób, co chcesz. Możesz nawet spać do wieczora.
Trzasnęła słuchawką. Odsunąłem ją od ucha i przez chwilę zawiesiłem na niej wzrok. Słyszałem ciągły sygnał przerwanego połączenia, które rozpruło moje serce na strzępy. Odłożyłem słuchawkę i oparłem dłonie na barze. Zamknąłem oczy, przypominając sobie ostatni śmiech taty jakim obdarzył mnie przez ten cholerny telefon. Wszystko wydawało się być dobrze. Czyżby to tylko powierzchowne i złudne uczucie stałego kontaktu, mimo dzielących nas setek kilometrów, a może i tylko ciągłe wmawianie sobie, że to wystarczy? Że rodzice rozumieją, dlaczego nie potrafiłem przebywać w Green Village dłużej niż to cholerne piętnaście minut? Czułem, że mam wystarczający argument, ale w ostateczności wychodzi na to, że nie miałem żadnego. Pewnie nie chcieli mi o tym mówić, jak i o faktycznych problemach taty z sercem. Może błędnie zakładali, że mnie to nie obchodzi, skoro Beth powiedziała, że nie było stabilnie? Mój brat i jego żona wiedzieli, a ja nie? Dlaczego?
Nie wiem, ale spieprzyłem, i to było coś, co dotarło do mnie dopiero z rozegranym już dramatem z udziałem taty.
Usiadłem ponownie w fotelu i cały dygocząc, spróbowałem głęboko odetchnąć i zebrać się do kupy. Nie pomagało. Poszedłem więc do łazienki, gdzie ochlapałem bladą twarz zimną wodą i zrzuciłem z siebie ciuchy. Wszedłem do sypialni, ubrałem dresy, koszulkę i wyjąłem torbę, do której wrzuciłem czarną koszulę i spodnie i w sumie to, co miałem pod ręką. Zasunąłem agresywnie suwak i postawiłem bagaż na stercie walizek Kim. Wyjąłem telefon z kieszeni spodni i zadzwoniłem do niej, wiedząc, że i tak o tej porze nie odbierze:
– „Hej, tu Kim. Jestem na treningu, a później w kinie. Zostaw wiadomość, odezwę się”.
– Cześć. Chciałem ci tylko przekazać, że nie będzie mnie w mieszkaniu przez kilka dni, ale możesz zabrać resztę swoich rzeczy. Po klucze wpadnę do ciebie, gdy wrócę… – Zawiesiłem głos w zastanowieniu, czy powiedzieć jej o moim ojcu. – To tyle…
Rozłączyłem się. Zrezygnowałem z mówienia jej o śmierci kogoś, kogo nigdy nie poznała, bo zawsze, gdy o to pytała, miałem jedną odpowiedź, by tylko nie musieć przekraczać granicy Green Village: „Mam pełen grafik w tym tygodniu, może następnym razem”.
Skrzyżowałem na bagażach ręce i oparłem o nie czoło. Zaczerpnąłem urywany oddech, który prowadził już tylko do tego, że wybuchłem płaczem jak małe dziecko.
Nienawidziłem siebie w tym momencie tak bardzo. Byłem tchórzem bojącym się wspomnień. Beth miała rację.
Dyskretne oraz nieco głośniejsze rozmowy snuły się kilka metrów za moimi plecami. Mimo to nie przywiązywałem do nich uwagi, choć w końcu miałem okazję nadrobić zaległości o tym, co dzieje się w naszej rodzinie. Ale nawet głos ciotki Jane, coraz bardziej skrzeczący wraz z przybywającymi jej latami, nie mógł sprawić, że przykułbym słuch do jej wspomnień o bracie. Były na pewno ujmujące i pełne ciepłych barw, jak to w przypadku rodzeństwa wyjętego „jak z obrazka”, ale ja miałem swoje, które odtwarzałem, stojąc zupełnie na uboczu.
Uniosłem kieliszek ulubionego szampana taty i wychyliłem kilka łyków, wpatrując się przez szklane drzwi na przydomowy staw. Jedyne miejsce poza domem, które miałem wczoraj odwagę odwiedzić, gdy dotarłem do Green Village w ten sam dzień, co mój brat i jego żona, tylko dziesięć godzin później. Wyszedłem nad brzeg i zamknąłem oczy. Oddychałem świeżym górskim powietrzem, będąc z dala od ataków Beth, że gdybym pojechał z nimi, zamiast lecieć samolotem, dotarłbym o wiele szybciej. Może i tak, ale zdecydowanie wolałem przeżywać żałobę bez jej jazgotu, którym raczyłaby mnie podczas podróży.
Miejsce, gdzie przesiadywałem z tatą łowiąc ryby, zatrzymało się w czasie. Pachniało tak samo intensywnie żywicą z pobliskiego składu drewna, a przy brzegu nadal furkotały pamiętne z dzieciństwa ręcznie strugane przez tatę wiatraki w kształcie samolotów. Gdy byłem dzieciakiem, moim ulubionym był ten w kształcie Flyera1. Marzyłem, aby być jak jego twórcy, bracia Wright. Wspiąć się na Mount Elbert2, wziąć rozbieg i oderwać nogi od ziemi. Ponownie napiłem się szampana i delikatnie uśmiechnąłem, wspominając tatę pracującego w skupieniu i pasji w swoim warsztacie. Patrzyłem na niego, klęcząc na gąbce i malując farbą drewniane elementy. Pogwizdywał pod nosem „Wind of Change” i unosił kciuk w górę, gdy tylko pochwaliłem się skończonym dziełem. Obraz, jakbym właśnie siedział w kinie i przeżywał seans. Teraźniejszość i przeszłość na jednym ekranie.
Tylko tafla wody, gdy w nią wczoraj spojrzałem, nie odbijała już twarzy dziecka, a dwudziestosiedmioletniego faceta, którego naszła cholerna ochota na to, by połowić ryby. Niestety nie było już z kim, ale wiatrak Flyer nadal trzepotał na wietrze.
W domu zebrali się żałobnicy; bliższa i dalsza rodzina oraz kilkoro znajomych. Po ceremonii pogrzebowej zamieniłem z niektórymi może po trzy zdania. Nic więcej, bo padały tylko pytania: „Co słychać?”, a moja odpowiedź brzmiała zdawkowo: „Dziękuję, dobrze”, i raczej nie zachęcała do dalszej konwersacji. Zwyczajnie widziałem po ich minach, że byli zaskoczeni moją obecnością i mieli do tego cholerne prawo.
Obgadywali mnie teraz. Czułem to, sącząc szampana i starając się nie myśleć o opinii rodziny, a tylko o mamie. Zerknąłem na nią przez ramię i zrobiło mi się niby ciepło na sercu, ale zaraz i nieprzyjemnie chłodno, widząc jej posiwiałe włosy sięgające ramion i przykryte kocem nogi, gdy siedziała w swoim ulubionym fotelu obok kominka. Żal ponownie chwycił mnie mocno za gardło, bo drugi fotel stał pusty.
– Wspominasz, jak taplałeś się w błocie z pompą wodną i wyglądałeś jak potwór z bagien? – Usłyszałem, gdy Dylan zarzucił ramię na mój bark. Zabełtałem resztką trunku na dnie kieliszka i wypiłem. Nigdy nie zapytałem tatę o to:
– Dlaczego tobie się zawsze upiekło?
– Bo wiedziałem, kiedy się sowicie wyperfumować i rzucić w progu, że: „Sorry, ale nie mogę, spadam z dziewczyną do kina”.
– Co za przebiegła metoda.
Opuściłem głowę i uśmiechając się pod nosem, powędrowałem myślami do Any i do wyobrażeń o naszej randce, do której nigdy nie doszło. Może wtedy mój brat choć raz siedziałby w błocie zamiast pachnieć.
Odstawiłem kieliszek na parapet i wsunąłem ręce do kieszeni garniturowych spodni. Milczałem, wpatrując się w jesienne góry. Dylan w końcu zabrał rękę z mojego barku i oparł się ramieniem o ścianę.
– Alex, musimy pogadać.
Spojrzałem na niego leniwie.
– O mamie?
Przytaknął. Spojrzeliśmy na nią dyskretnie. Była zajęta rozmową z ciotką Jane, która zajęła fotel taty.
– Dopóki tata żył, nie było problemu – zaczął ciszej. – A teraz co? Mama wymaga codziennej opieki. Została sama.
– Ciotka Jane?
– Zapomnij. Doczekała się w końcu wnuków, cioteczka ma teraz komu poświęcać czas. Powiedziała mi, że może przyjeżdżać do mamy maksymalnie jeden dzień w tygodniu, a to za mało.
Westchnąłem. Miał rację, każdy z nas ma swoje życie.
– Pojadę jutro do szpitala i pomówię z lekarzem o stanie mamy.
– To konieczność, ale co dalej?
– Zorganizujemy opiekunkę socjalną i medyczną.
Skrzywił się, jakby połknął cytrynę.
– Co?
– To. Zapytałeś, więc odpowiedziałem. Nie mam na ten moment innego pomysłu, Dylan. A jeżeli chodzi ci o kasę, to podzielimy się opłatami. Miesiąc ja, miesiąc ty i zobaczymy, co dalej.
Wpatrywał się we mnie, zaciskając gniewnie wargi. Nie podobało mu się, co przedstawiłem, a niechęć w nim podsyciła dodatkowo Beth, gdy do nas podeszła. Odwróciłem wtedy głowę i skupiłem spojrzenie na grupce turystów schodzących skrótem ze szlaku.
– O czym rozmawiacie? – zapytała.
– Ustalamy co z mamą – odpowiedział jej Dylan.
Beth mruknęła: „Ou”, cmoknęła Dylana w policzek i życzyła mu powodzenia, oblatując mnie przy tym wymownym spojrzeniem. Odeszła.
– Opiekunkę? – Poczynił mi wyrzut. – A może od razu odeślemy ją do domu starców i problem z głowy.
– To ty powiedziałeś – wysączyłem ostatnie krople z dna kieliszka – nie ja.
– Ale twoja propozycja jest w porównywalnym stopniu niedorzeczna. Mama potrzebuje kontaktu z bliskimi, rozmowy, wsparcia, a nie obcej osoby, która odwali swoje w pracy i to wszystko. Nie wiem, jak możesz o tym nie myśleć w taki sposób? W takiej sytuacji? Jak możesz być taki obojętny?
Raz jeszcze zerknąłem na mamę. Uśmiechnęła się do mnie, więc odwzajemniłem to, czując na twarzy pełen pretensji wzrok Dylana. Uważałem, że zbytnio się unosi, a przede wszystkim sam nie zaproponował jeszcze nic lepszego.
– Słyszałem, że rozstałeś się z Kimberly – zagaił.
– Dobrze słyszałeś.
– Dlaczego?
Nie rozumiałem zmiany tematu, ale skoro nastąpiła, to musiałem szybko zamknąć wątek, którego nie czułem potrzeby ciągnąć ani teraz, ani nigdy.
– Zanim odpowiem, to małe sprostowanie: nie ja się rozstałem, tylko to była nasza wspólna decyzja. – Wbiłem w niego wzrok. – Ale chyba to nie jest temat na obecne okoliczności.
Pociągnął nosem i rzucił spojrzeniem na przechodzącą obok nas Beth. Irytowała mnie, bo jakby próbowała podsłuchiwać, czy Dylanowi rozmowa idzie po jej myśli. W sumie? Żadna nowość.
– Akurat to ma więcej wspólnego z tymi okolicznościami niż ci się teraz wydaje. – Skrzyżował ramiona. – Za dwa tygodnie kończy ci się kontrakt w szpitalu.
Zmarszczyłem brwi.
– Do czego dążysz?
– Do uświadomienia ci, że nic już cię nie trzyma w Albuquerque. Ani praca, ani dziewczyna, nawet mieszkania w kredycie nie masz.
Zrobiło mi się gorąco, słysząc te mierne próby pociągnięcia tematu. Podszedłem bliżej brata.
– O mój kontrakt się nie obawiaj, szpital go przedłuży. Beth cię do tego namówiła? Do tej gadki?
– Nie. To moja inicjatywa. A ty powinieneś to zrobić. Wrócić do Green Village.
– Oszalałeś.
Pokręcił powoli głową.
– No chyba jednak tak – fuknąłem.
– Alex, spójrz na to z tej strony: jesteś lekarzem, a stan mamy się nie polepsza. Za tydzień, dwa, znowu będzie miała rzuty choroby. Tak było zawsze przy jesiennym i wiosennym przesileniu. I co wtedy? Opiekunka załatwi wszystko? Psychologiczne wsparcie również? Wiesz, jak mama przeżywa to, że nie może o własnych siłach skorzystać z łazienki?
– Nie wrócę do Green Village.
– Odciąłeś się, kurwa, na dziesięć lat. Może czas nadrobić zaległości? – syknął, ukradkiem zerkając w stronę rodziny.
– Próbujesz grać mi na wyrzutach sumienia?
– Oni przy tobie byli… – dyskretnie wskazał palcem w stronę mamy – i to był tylko twój wybór stąd zwiać, zamiast rozwiązać sprawę w sądzie. Wiesz, że uważam, że postąpiłeś źle, bo w oczach wszystkich innych przyznałeś się tym jakby do winy, ale nie musisz teraz karać za to matki. To najlepsza pora, by z tym skończyć.
Nie do końca miał rację, ale…
– Z tą błazenadą? – zacytowałem Beth.
– Sam widzisz, jak to wygląda.
Dylan nigdy nie prawił mi morałów. W ciągu dziesięciu lat wyrzucił swoje uczucia wobec całej sprawy tylko dwa razy: gdy błagałem go przez słuchawkę, by pozwolił mi się do niego przeprowadzić, na co nie chciał się absolutnie zgodzić i teraz, na pogrzebie ojca. Miałem wrażenie, że nic w przez ten czas się nie zmieniło, nigdy mnie nie rozumiał. Nawet nie starał się zrozumieć.
– To nie ciebie skatowali prawie na śmierć i gadali później za plecami, że z zazdrości o dziewczynę chciałeś zabić kumpla, syna wielkiego pastora. To nie od ciebie odwróciło się całe miasteczko.
– Proszę pani, to nie ja – zaśmiał się – tak teraz brzmisz. Ty wyjechałeś, ale wtedy to plecy taty wytykali. Zawsze cię bronił.
– Nie graj nim, Dylan. Nie waż się.
– Więc jak do ciebie dotrzeć? Kurwa… – prychnął. – Beth miała cały czas rację.
Oczywiście, jakby się śmiał sprzeciwiać.
– Może? Ale skończcie już, bo nie jestem wyrachowanym draniem, jak ona próbuje ci to wmówić.
– Zaczynam w to poważnie wątpić.
– Więc powiem ci inaczej: tak bardzo jak kocham mamę, tak nienawidzę tego miejsca i prędzej zabiorę ją do Albuquerque, niż przywiozę tu swoje walizki. Rozumiesz?
Pokręcił głową i przeniósł spojrzenie w kierunku kominka.
– Starych drzew się nie przesadza, ale droga wolna. – Wskazał dłonią. – Próbuj.
– Daj spokój, nie teraz.
– Właśnie, że teraz, bo wieczorem wracamy z Beth do domu.
Uśmiechnąłem się półgębkiem.
– Myślałem, że zostajecie. Przecież wsparcie jest takie ważne.
– Nie tylko ty masz odpowiedzialną robotę. Sprawy sądowej przełożyć nie mogłem. Wybacz.
Nie dyskutowałem z nim dalej o jego adwokackich priorytetach. Zatrzymałem za zaciśniętymi zębami słowa o tym, że według mnie Dylan po prostu chce uniknąć obowiązku opieki nad mamą i w całości zrzucić to na mój bark, nazywając to „odkupieniem win”. W porządku, nie czuję się tym przytłoczony, nie jest to dla mnie ciężarem i nigdy bym o tym tak nie pomyślał. Ale on? Zawsze potrafił się wymigać i tak jest do tej pory.
Podeszliśmy obaj do mamy, a wtedy uniosła na nas swoje szare oczy. Wyciągnęła chude ręce, więc wziąłem jej dłoń w swoją, Dylan ujął drugą i przykucnęliśmy przy jej nogach. Kochałem ją całym sercem. Nie było dnia, aby nie myślał o rodzicach i wbrew temu, co wydawało się mojemu bratu, jego żonie, czy komukolwiek innemu.
– „Pamiętam twój głos, gdy śpiewałeś dla mnie na dzień mamy w szkolnym przedstawieniu”. – Patrzyła mi w oczy, a jej wargi poruszały się niemo i bardzo powoli, ręka również. Miała coraz mniej sił. Stwardnienie rozsiane postępowało i atakowało nerwy twarzy. Bolał mnie ten widok i bezradność wobec tej choroby.
– „Kocham cię” – wyznałem w języku migowym i pocałowałem ją w czoło.
Mama dotknęła twarzy Dylana i powiedziała, że tata był z nas bardzo dumny. Kolejny raz przyspieszyło mi serce, a Dylan uśmiechał się i spojrzał na mnie unosząc czoło, więc poczułem się poganiany do wszczęcia tematu:
– „Mamo, wiem, że to może mało odpowiednia pora, ale Dylan i Beth wyjeżdżają dzisiaj, więc korzystając, że jesteśmy jeszcze razem, chcemy o czymś z tobą pomówić. – Przeskoczyła wzrokiem między nami. – Ale oczywiście przemyślisz to sobie, nic na siłę. Chcemy tylko, abyś wiedziała, że… – zawiesiłem dłoń, szukając dobrych słów – że nie masz się czego obawiać, będziemy z tobą”.
– „Mamo, chodzi o to, że zostałaś w domu sama” – wtrącił znienacka Dylan.
– „Tak, ty jesteś tu, a my wszyscy w Albuquerque” – objaśniałem, patrząc w jej oczy. – „Zrobimy wszystko, żeby przyjeżdżać tutaj jak najczęściej, byś nie czuła się samotna, ale nie tylko o tę kwestę chodzi. Wiesz o tym”.
Mama pokiwała głową i przechyliła ją w lewo. Położyła dłonie na naszych barkach i mocno westchnęła. Wiedziałem, co mi przekaże, bo choć była świadoma choroby, nigdy nie chciała stać się dla kogoś ciężarem. Nie była nim dla mnie, ale tak teraz myślała, widziałem to w jej szklących się oczach.
Dylan chciał się odezwać, ale uprzedziła go, podrywając dłonie.
– „Jesteście młodzi i macie swoje życie. Poradzę sobie”. – W wyobraźni usłyszałem stanowczy ton tych słów. Dylan opuścił głowę i zerknął na mnie z dołu.
– „Jesteś silna, wiemy o tym, ale żaden z nas się na to nie zgodzi, byś próbowała radzić sobie sama – tłumaczyłem. – Masz nas, mamo. Możesz jechać ze mną do Albuquerque. To świetne miasto z dużo lepszą opieką medyczną. Miałbym rękę na twoim pulsie i będę naprawdę szczęśliwy z tego mając cię blisko siebie”.
Czułem, jak się spięła, po czym podkurczyła nogi i pokręciła głową.
– „Mamo”… – Błagałem wzrokiem.
– „Nie! Nie opuszczę grobu taty” – zamigała nerwowo.
Usłyszałem, że mój brat sapnął, a następnie podniósł się z klęczek. Przewidział finał tej rozmowy od początku, ale postanowiłem, że jutro poruszę go znowu. Matki nie zostawię, a do Green Village nie wrócę. To był pewnik, więc pozostało mi tylko jakimś cudem przekonać ją do wyjazdu.
– „Nie denerwuj się”. – Pocałowałem jej dłonie. – „Chcemy dla ciebie jak najlepiej”.
Wstałem z kolan, gdy do mamy podeszli dalecy wujowie, by się pożegnać. Kiwnąłem im głową i przemieściłem się z Dylanem ponownie pod okno.
– Alex, mówiłem, że starych drzew się nie przesadza.
– Godzinę temu pochowaliśmy tatę, dajmy jej trochę czasu. Musi ochłonąć i wtedy to sobie na spokojnie przemyśleć.
– Albo w końcu ty to musisz zrobić.
Rzucił komentarz i wrócił do Beth. Zostałem znowu sam, więc odwróciłem wzrok ponownie na staw, gdy o szyby zaczął tłuc deszcz, a mocny wiatr zmącił taflę wody i rozpędził wiatraki. Flyer wyglądał tak, jakby miał zaraz wystartować. Wzbić się z lekkością w powietrze, gdy ja, czułem się ciężki jak głaz.
Mamo, musisz się zgodzić, to dla ciebie i dla mnie najlepsze wyjście, pomyślałem, przełykając z trudem ślinę, bo wraz z jutrzejszymi odwiedzinami w szpitalu lekarza mamy, wisiało nade mną widmo miejsca, gdzie przebywa w śpiączce mój dawny przyjaciel – Larry. Nie wrócę do Green Village. To miejsce mnie tutaj nie chce.
1Flyer – pierwszy samolot silnikowy na świecie; dwupłat o ramie z drewna świerkowego pokryty muślinem, którego konstruktorami byli Orville i Wilbur Wright przy współpracy Charliego Taylora konstruktora silnika spalinowego ich samolotu. Źródło: Wikipedia
2Mount Elbert – szczyt w Górach Skalistych, w paśmie Sawatch. Jest to najwyższy szczyt stanu Kolorado, pasma Sawatch oraz całych Gór Skalistych. Źródło: Wikipedia
Jacob Lewis przeciągnął nitką dentystyczną między zębami. Zrobił to dokładnie, od lewej do prawej strony, po czym cmoknął o zęby i przeczesał palcami swoje czarne włosy. Zmrużył oko i zbliżył twarz do lusterka, zastanawiając się, czy aby na pewno jego tygodniowy zarost spodoba się Ricie. Ostatnio narzekała, że ma czterdzieści pięć lat i nie preferuje młodszych chłopców, ze skórą jak pupka niemowlęcia, co uosabiała jej, zawsze nakremowana i gładka twarz Jacoba.
Wyszczerzył się, zadowolony z widoku barczystego faceta w lustrze, i obmył ręce.
– Chcesz brutalnego drwala z lasu, to będziesz miała brutala z lasu.
Wytarł dłonie w papierowy ręcznik, po czym spojrzał na zegarek. Za dwie godziny powinien zakończyć służbę. Rita nie lubiła czekać, gdy udało jej się uporać przed czasem ze wszystkimi klientami w swoim salonie fryzjerskim. A dzisiaj tak właśnie było. Przysłała kwadrans temu wiadomość, że wraca już do domu i jest cholernie napalona, a w lodówce chłodzi się szampan. Nie zamierzał tego zmarnować. Poprawił kaburę, zacisnął pasek mocniej i wyszedł z łazienki do swojego ciasnego biura, w którym nie zmienił nic, odkąd przejął je po Danielu Brandonie. Po drodze zahaczył wzrokiem o uchylone drzwi pokoju, w którym pracowała Audrey Kent. Za tym olbrzymim biurkiem wyglądała, przy swoich stu pięćdziesięciu trzech centymetrach wzrostu i przesadnie jasnych blond włosach, jak laleczka w domku dla Barbie. Zawsze mu kogoś też diabelnie przypominała, jakby miał déjà vu, ale ilekroć patrzył na Audrey dłużej niż minutę, dostawał szewskiej pasji. Nie mógł przypomnieć sobie do kogo była tak podobna.
Jacob zamknął szczelnie drzwi, okrążył biurko i nie siadając na krześle, sprawdził skrzynkę mailową. Na pulpicie migało kilka nieprzeczytanych wiadomości od lokalnych dziennikarzy. Zapewne zapytań o Matthew Turnera, którego Audrey znalazła martwego w samochodzie, dwa kilometry za Green Village. Stwierdził więc, że to nic pilnego, prasowe szczury poczekają, bo odpowie wieczorem lub dopiero jutro. Wyłączył komputer i wysączył z kubka resztę darmowej kawy, którą rozdawali z okazji otwarcia nowej kawiarni. Wrzucił miętową pastylkę do ust i chuchnął w dłoń. Rita nie może czekać, a on nie ma zamiaru płaszczyć się potem przed nią z kwiatami.
Zabrał więc kurtkę z wieszaka, z szuflady kluczyki od prywatnego auta i ruszył do drzwi, które nagle otworzyły mu się przed samym nosem. Złapał je ręką i poczerwieniał.
– Dzieciaku? Na litość boską. Czy ty się nauczysz pukać? – zrugał Audrey w progu.
– Chyba nie, ale się postaram – rzuciła niechętnie, po czym schyliła się delikatnie pod ręką szefa i podeszła do biurka.
Położyła tam przyniesioną ze sobą teczkę. Jacob spojrzał na swoją podwładną, gdy oparła się, według Jacoba, całkiem zgrabnymi pośladkami o kant mebla i splotła ręce pod biustem, którego praktycznie nie miała.
– Audrey, wychodzę i będę wieczorem – zakomunikował twardo, by zrozumiała, aby mu nie przeszkadzać do końca dnia.
– Jasne, szefie. – Uśmiechnęła się. – Ale zapoznaj się z tym później i daj znać, co myślisz.
– Z czym konkretnie?
Audrey sięgnęła po teczkę.
– Nie, nie pokazuj mi teraz tego, bo nie mam czasu. – Machnął dłonią. – Dwa, trzy słowa mi wystarczą, by stwierdzić, czy nie wyrzucić tego do kosza.
Audrey bez słowa protestu zamknęła teczkę i odłożyła ją na miejsce. Lubił, jak była posłuszna i nie pyskowała.
– Byłam wczoraj w bibliotece – zaczęła. – Szukałam czegoś do czytania, więc kręciłam się od regału do regału. Zauważyłam wtedy, jak pani Miller próbowała dźwignąć kartonowe pudło. Wyglądało na ciężkie, więc stwierdziłam, że jej pomogę. – Rozłożyła ręce, a Jacob oparł się czołem o kant drzwi. Czuł, że czas go goni, a ta mała zawraca mu tyłek historyjkami.
– I? Jaki morał tej bajki o uczynnej smerfetce?
– W tym pudle były stare egzemplarze gazet. Wie, szef, takie zbędne kopie, które się tylko kurzyły i były eldorado dla roztoczy.
– Audrey, dziecko… – westchnął. – Przyniosłaś mi gazetę do kawusi? To chcesz mi powiedzieć?
Potarła nos.
– Raczej wycinki z jednej z nich. – Podeszła bliżej Lewisa. – To tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy rok. Niech szef poczyta. Wydaje mi się, że trafiłam na coś ciekawego, co może mieć związek z żoną pańskiego bra…
– Wracaj do swojej pracy – warknął. – Masz papierologię do zrobienia, której ja nienawidzę, i zamiast to ogarniać, łazisz po bibliotekach i zajmujesz się pierdołami i roztoczami.
– Chciałam pomóc.
– To pomóż inaczej.
– Rozumiem.
Opuściła głowę, gdy przepuszczał ją w drzwiach.
– Ale niech pan rzuci na to okiem – dodała.
Jacob nabrał powietrza w płuca, by nie wybuchnąć na dziewczynę i tylko skinął głową, zatrzaskując zamek na klucz. Minął ją już bez słowa. Sztywny jak struna pognał parkingiem wprost do samochodu. Zrzucił nerwowo czapkę na siedzenie obok i uruchomił silnik. Wprawił w ruch wycieraczki, by zepchnąć z przedniej szyby dywan liści. Potem przeklął siarczyście i zacisnął wielkie dłonie na kierownicy. Mała Audrey działała na jego powierzchowne, stoickie opanowanie jak kot na psa, gdy tylko widział, że odżywa w niej zainteresowanie sprawą, która nie należała do Audrey, a do jego rodziny i ich prywatnych emocji. Nie zamierzał tego dłużej tolerować ani czytać pieprzonych wycinków z gazet.
Wyjechał szybko z parkingu i pognał przez Main Street, myśląc już tylko o aksamitnej czerwonej halce Rity i opadającym delikatnie ramiączku. Nagle jego uwagę przykuł widok z lewej strony, który raptem mignął mu przed oczami, ale ta sekunda wystarczyła, by wcisnął hamulec. Zwolnił i skupił spojrzenie w bocznym lusterku. Ściągnął przeciwsłoneczne okulary i w skupieniu śledził podjazd domu Turnerów. Proszę, proszę, proszę… pomyślał, sięgając bez zwłoki po komórkę. Przyłożył ją do ucha i zjechał na pobocze, gdy chłopak, którego nadal obserwował, wyprowadził drugi kosz na śmieci i pozostawił go przy ulicy.
W słuchawce zatrzeszczało. Jacob pogładził szorstki podbródek, poganiając w myślach swojego brata do telefonu, ale David nie odbierał domowego, więc spróbował złapać brata w kościelnej kancelarii.
– Halo?
– Zgadnij, David, kto zawitał do Green Village. – Nie opanował drwiny w swoim głosie.
– Nie mam pojęcia, mów.
Oparł łokieć o drzwi, patrząc wnikliwie w lusterko.
– Gnojka, który pozbawił mojego chrześniaka normalnego życia. – Rozprostował palce i zacisnął w pięść. – Alex. Najpierw wyprowadził kosze, a teraz wyjeżdża z domu jeepem ojca.
– Pochowali go wczoraj, więc pewnie przyjechał na pogrzeb.
Samochód, który prowadził Alex, przejechał obok niego. Jacob wsunął okulary.
– Oby. Ale została tu Nora, ich niedołężna matka.
– Jacob, właśnie wchodzę na spotkanie z radą kościoła. Zadzwonię później.
– Czekam. Będę miał gnojka na oku.
Rozłączył się, nie czekając na wiadomość zwrotną od brata. Wyjeżdżał na ulicę i wybrał szybko numer do Rity.
– Długo mam na ciebie czekać? – zamruczała.
– Jestem niedaleko, ale będę za pół godziny, kotku. Mam pilne wezwanie.
– Pospiesz się… – Ponownie zamruczała i odłożyła słuchawkę.
Jacob wsunął telefon do schowka w drzwiach i zawrócił. Zmierzył wzrokiem mijane podwórko Turnerów i ich dom, w którym paliło się światło na poddaszu, po czym skręcił w Saint Street.
Larry jest warzywem, a ty gnojku chodzisz o własnych nogach, myślał, tocząc się powoli autem i rozglądając po sklepikach z pamiątkami, po przyulicznych ławkach i parkingach. Miał ochotę skręcić chłopakowi kark gołymi rękoma, i żałował, że los nie podarował mu na to odpowiedniej okazji.
Jeszcze nie podarował.
Śniadanie rosło mi w ustach na myśl o tym, że muszę wyjść do ulicy, by wyprowadzić kosze ze śmieciami. Kolejny raz poczułem się jak tchórz i to z tak pozornie błahego powodu. Niezrozumiałego, może dla kogoś innego, ale nie dla mnie. Nie potrafiłem poradzić sobie z tkwiącą we mnie paniką. Była jak balon, który pęczniał, gdy tylko wychodziłem na zewnątrz i oddychałem powietrzem Green Village. Było rześkie, czyste, ale jednocześnie nasiąknięte wspomnieniami, które chciałem wymazać z pamięci. Szczególnie twarz ojca Larry’ego. Pojawiła się od razu, gdy tylko otworzyłem dzisiaj oczy i spojrzałem za okno. Zemdliło mnie na ten widok. Poderwałem się na równe nogi i zasunąłem żaluzje w oknach mojego starego pokoju na poddaszu, by nie widzieć szczytu kościoła protestanckiej parafii zarządzanej przez Davida Lewisa.
Ale w tym momencie nie było lepiej, bo miałem przed oczami szpital, w którym przebywał jego syn, a niegdyś mój dobry przyjaciel.
Wszystko zniszczył jeden dzień. Jedna sierpniowa noc, która odtwarzała się w mojej głowie jak zacięty film. Prywatny horror bez guzika pauzy. Ile jeszcze razy będę musiał sobie powtarzać, że tego nie chciałem? Do końca życia? Z takimi słowami na ustach mam położyć się do trumny? Echo sugestii pastora, z niedzielnych spotkań zboru, było i jest jak mój cień. Brzmi tak samo wyraźnie jak dziesięć lat temu: „Sprawiedliwość do winowajcy powraca ze zdwojoną siłą".
Połamane ręce, krwawe siniaki na ciele od uderzeń baseballem i przetrącony cegłą nos – to była ta jego rzeczona sprawiedliwość? Dziwnym trafem powróciła do mnie dwa dni później, gdy po raz pierwszy wyrzucił z siebie te słowa. Czy miało to ze sobą związek? Może gdyby sprawa skończyła się w sądzie, jak twierdził Dylan, poznałbym odpowiedź, zamiast pozostawać tylko ze świadomością, że koszmarny fizyczny ból przeminął, ale na rany na psychice nie znalazłem jeszcze lekarstwa, a powrót tutaj, tylko boleśniej je zaogniał.
Zgasiłem silnik samochodu i ostatni raz przed wysiadką, powędrowałem wzrokiem po oknach szpitala. Oddziału Intensywnej Terapii chciałem uniknąć jak ognia. Nie mniej jak zderzenia się tam z pastorem Lewisem, co było bardzo prawdopodobne. Jak mógłbym wtedy zareagować? Schować głowę pod ziemię albo przejść nad tym człowiekiem po suficie? Najchętniej właśnie tak. Przecież byłem marnym tchórzem, jak mówiła Beth i tak też się teraz czułem. Nie miałem odwagi stanąć z nim twarzą w twarz. Nie miałem odwagi spojrzeć na Larry’ego i pomyśleć, czy też głośno powiedzieć: „Nie pchnąłem cię pod samochód. Pobiliśmy się, ale do diabła, gdybym nie upadł, chwyciłbym cię za rękę i odrzucił od ulicy. I racja, że byłem winny, jak wszyscy wtedy obecni: eskalujących, nastoletnich emocji, konfliktu podszytego zazdrością i trwających od jakiegoś czasu prywatnych problemów. To wszystko było zbyt złożone, ale wystarczyła jedna godzina, by skończyło się tragicznie. Paczka przyjaciół z Green Village przestała istnieć. Żałuję, że do tego doszło i życzę ci, Larry, abyś kiedyś zobaczył słońce”.
Przez zbudowany z myśli taran, który rozwalał mi głowę, serce szalało w klatce piersiowej z nerwów. Jednak chodziło o stan zdrowia mamy, więc zatrzasnąłem drzwi, obniżyłem daszek dżokejki i zgarnąłem do kupy to, co działo się w mojej głowie. Ruszyłem do szpitala. Mozolnie. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa, jakbym przestawiał drewniane kołki. Nienawidziłem siebie za ten brak odwagi.
Z doktorem Benjaminem Carterem umówiłem się w jego gabinecie równo o godzinie jedenastej. Przejechałem windą na czwarte piętro, za każdym razem wstrzymując oddech, gdy zatrzymywała się i rozsuwała drzwi. Starzec wsparty o lasce, nastolatek z zabandażowaną ręką i dwie turystki z objawami zapalenia płuc lub oskrzeli. Pastora na szczęście uniknąłem, docierając w towarzystwie tych osób na docelowe piętro.
Czekałem pod gabinetem na jednym z krzeseł. Opierałem przedramiona na kolanach i z pochyloną głową, dyskretnie zerkałem raz w lewo, w prawo, na wprost, oglądając wtedy buty personelu, który przechodził obok. Doktor Carter spóźniał się, a mnie ponaglał czas. Ciotka Jane oferowała mi tylko godzinę, która uciekała, więc wyjąłem telefon i zadzwoniłem. Nie mogłem już czekać.
– Słucham? – Odebrał po trzech sygnałach.
– Dzień dobry. Alex T…
– Tak, tak… – przerwał mi. – Pamiętam o panu. Miałem właśnie telefonować.
– Cieszę się, ale doktorze, nie mam za wiele czasu. Byliśmy umówieni na jedenastą. Będzie pan?
– Jestem dostępny na intensywnej terapii i przepraszam, ale w tej chwili nie mogę zejść do gabinetu. Mam jednak kilka minut. Zapraszam na piętro wyżej. Porozmawiamy tutaj.
Zamknąłem oczy. Poczułem się źle. Jakbym leżał przywiązany do torów kolejowych, po których pędził pociąg. Odetchnąłem ciężko, bo musiałem dać się przejechać.
– Za chwilę będę.
Rozłączyłem się. Miałem ochotę uciec jak zawsze, ale pomyślałem wtedy o mamie, że nie ma tu nikogo i jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że to nie mnie nic nie trzyma w Albuquerque, ale to mamę w Green Village. Tata nie żył, i jedyne, co powinienem mu obiecać, jeśli mnie słyszy, było właśnie to, że zajmę się matką.
Ruszyłem do windy.
Doktor Carter złapał mnie dosłownie krok za przejściem głównym, więc ulżyło mi, że nie musiałem przemierzyć całego korytarza.
– Przepraszam, że pan czekał – powiedział, zapraszając mnie do wolnego gabinetu.
– Nie szkodzi, rozumiem. – Uśmiechnąłem się, i zaproszony do zajęcia wolnego krzesła przy biurku, rozsunąłem kurtkę i usiadłem. Doktor Carter podał mi kopertę.
– Wyniki ostatniego rezonansu pani Turner.
Przysunąłem kopertę bliżej.
– Dziękuję.
– Proszę przyjąć wyrazy współczucia. Pański ojciec był wspaniałym człowiekiem. – Przytaknąłem, zaciskając wargi. – Będzie nam go również brakować na corocznych zawodach wędkarskich. Matthew nie miał sobie równych.
Uśmiechnęliśmy się w tym samym momencie. Poczułem się znowu nieco lepiej, gdy napięcie, jakie mi towarzyszyło zmalało na swojej sile.
– Dziękujemy za dobre słowo.
– A tych nigdy za dużo. Pan jest tym młodszym synem Nory, który studiował medycynę?
– Tak.
– Mówiła o panu dużo dobrych rzeczy. Jaka specjalizacja? – Uśmiechnął się. – Przepraszam, wypadło mi z pamięci.
– Anestezjologia.
– Faktycznie… – Pokiwał głową. – Proszę mi wybaczyć ciekawość, ale poszukuję specjalisty w neurochirurgii, więc pomyślałem od razu, że…
Rozłożyłem ręce.
– Przykro mi, nie ten kierunek. I doktorze, przyszedłem tu w sprawie mamy, nie w swojej.
Ekspres z wodą pstryknął. Doktor Carter rzucił wzrokiem w jego kierunku i założył nogę na nogę po nieudanej próbie zwerbowania mnie do swojego szpitala. Ale nawet gdybym wpisywał się idealnie w wymagania, i tak nie wyraziłbym na to zgody.
– Rezonans nie wykazał nowych zmian w tkance mózgu. Będziemy kontynuować dotychczasowe leczenie i rehabilitację.
– To dobra wiadomość.
– I obym już tylko takie przekazywał.
