Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
167 osób interesuje się tą książką
To, co ja nazywałem przekleństwem, oni nazywali darem.
Znowu okrzyknięto go demonem. Kastiel Lavender pragnął spokojnego życia, lecz wszystko zburzył przypadkowy pocałunek będący początkiem niefortunnych wydarzeń. Zmuszony do ucieczki postanowił udać się do Askarionu statkiem, którym również zamierzała płynąć Virelia.
On obiecuje sobie jedno: nie zakochać się, a ona pragnie tylko wyrwać się ze złotej klatki. Jednak ich wspólna wyprawa szybko zmienia się w coś więcej. Kastiel musi zmierzyć się z własnym lękiem przed wiecznością i przeszłością, a Virelia odkrywa, że wolność nigdy nie jest bez ceny. Razem wkraczają na drogę, która wystawia ich serca, zasady i pragnienia na największą próbę.
Kontynuacja drugiego tomu serii Bogini przedstawia dalsze losy Nieśmiertelnego Króla, który wyruszył w długą i trudną podróż w odkrywaniu siebie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 510
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
DOMINIKA SIECZKA
NIEŚMIERTELNY
KRÓL
Dla tych, którzy wreszcie odnaleźli swą ukochaną duszę z poprzedniego życia.
I dla tych, którzy wierzą, że prawdziwa miłość jest wieczna.
Książka z uwagi na zawarte w niej sceny nie jest przeznaczona dla osób poniżej osiemnastego roku życia. W tej części pojawiają się opisy myśli samobójczych, stosunków seksualnych, aktów przemocy, głębokiego okaleczania ciała i patroszenia, tortur oraz morderstw, także dzieci. Cała historia jednak to wciąż opowieść o miłości, choć osadzona w brutalnym świecie fantasy.
Nie piszę tego, aby kogokolwiek zniechęcić, ale chcę uświadomić, że niektóre sceny mogą wzbudzić pewien dyskomfort.
Pragnę również zaznaczyć, że świat przedstawiony w tej książce jest fikcją literacką. Akcja osadzona jest w latach 1310–1441 i nie należy traktować jej jako wiernego odzwierciedlenia naszej linii czasowej. To uniwersum, w którym czas i rozwój wynalazków czy idei nie pokrywają się z tym, co znamy z historii.
Opowieść zawarta w tym tomie ma dla mnie szczególne znaczenie. Pisząc ją, czułam, jakby ta historia pochłonęła całą moją duszę. I mam szczerą nadzieję, że pochłonie również Twoją.
Kastiel
Felirea, 1310 rok
Dzień przed ślubem
Myśl, że jutro się żenię, doprowadzała mnie do skrajnych emocji. Jakim cudem do tego doszło? Za cholerę nie miałem pojęcia. Ja jedynie chciałem się zatrzymać gdzieś na kilka lat, lecz w żadnym scenariuszu nie przewidziałem, że doprowadzi mnie to do ołtarza. Spotkanie z niezamężną córką lorda bez przyzwoitki wiąże się z ryzykiem, a nakrycie na pocałunku skazane jest na jej staropanieństwo albo – co gorsza – na ożenek z owym wybrankiem.
I to właśnie ja okazałem się tym nieszczęśnikiem.
– Trzymaj. – Jeremiah podał mi butelkę piwa. – Może nie tak sobie wyobrażałeś swój wieczór kawalerski, ale ważne, że nie jesteśmy trzeźwi.
Siedziałem oparty o boks, a klacz o kasztanowej maści co chwilę zanurzała chrapy w moich krótkich włosach. W stajni panował półmrok. Płomienie lamp migotały przy każdym mroźnym podmuchu, rzucając na ściany długie, tańczące cienie. Armin rozłożył się na sianie, mrucząc coś pod nosem, a Jeremiah leżał tuż obok ze skrzyżowanymi w kostkach nogami i opróżniał już trzecią butelkę. Byliśmy tylko we trzech, otoczeni ciszą, w której rozbrzmiewały jedynie rżenie koni i odgłos przelewającego się piwa.
– Po pierwsze w ogóle sobie nie wyobrażałem swojego kawalerskiego, bo nie zamierzałem się nigdy żenić. Po drugie jestem trzeźwy. – To powiedziawszy, upiłem łyk zimnego trunku.
– Spokojnie, nie wszystko stracone – odezwał się Armin, który, jak się właśnie okazało, pod wpływem alkoholu był całkiem sympatyczny. – Brałem to, co zostało. Wziąłbym też wino, ale ta służka z Illakutii mnie uprzedziła.
– Że co? – Spojrzałem na niego skonsternowany.
– Nabrała tyle butelek, ile zdołała udźwignąć. Na nasze szczęście nie zabrała piwa – wyjaśnił Irbis, machając mi przed nosem do połowy pełną butelką.
Na myśl o tej pijanej służącej przemknął mi po plecach dreszcz. Gdy przywołałem w pamięci wymiociny we włosach, zrobiło mi się słabo.
– Skończy się tak jak ostatnio – odezwał się Jeremiah z grymasem. – Upije się do nieprzytomności… Jak sobie pomyślę o tym, ile te dwie dziewczyny mi narobiły zmartwienia…
– Daj spokój, Jeremiahu. – Poklepałem go po ramieniu. – Nic się nie stało.
– Bo tam byłeś. Gdyby nie ty…
– Był i sprawa zakończona – wtrącił Irbis. – Nie ma co dywagować o przeszłości.
– Ciekawe, jak ułożyłoby się nasze życie, gdybym to ja czyścił ten boks.
Nastała niezręczna cisza, Jeremiah bowiem trafił w samo sedno. Tego dnia to on miał wykonywać obowiązki w stajni, lecz plany w ostatniej chwili się zmieniły, więc padło na mnie.
Dobra, przyznaję, trochę skłamałem. Chciałbym powiedzieć, że na śmierć zapomniałem użyć perswazji na tej marnej imitacji króla i księcia w związku z zamążpójściem Virelii, ale byłoby to dość paradoksalne stwierdzenie. Poza tym gdybym pamiętał, i tak bym tego nie uczynił, bo ta dziewczyna nie zasługiwała na taką przyszłość. I choć w tamtym momencie uważałem ją za arogancką, samolubną i rozpieszczoną córkę lorda, to nie pozwoliłbym jej na ten ślub.
Zerknąłem na wrota, przez które tamtego dnia weszła i zatrzęsła moim światem w posadach. Najpierw poczułem jedynie różany zapach, a potem posmakowałem jej ust. Benjamin miał rację. Dźwigam nieludzkie ciężary, a nie zdołałbym odepchnąć jednej panny? Zdołałbym, tylko że nie chciałem. Ale gdybym wiedział, że to córka lorda, nie dopuściłbym do pocałunku. Nigdy bym nie przypuszczał, że jakakolwiek szlachetnie urodzona panna ot tak rzuci się w objęcia stajennego śmierdzącego końskim łajnem.
Wtedy straciłem rozum, bo tamta chwila była niezwykła. Prędko wróciła mi trzeźwość umysłu, gdy rozległ się krzyk księcia. Prawdziwa złość jednak pojawiła się, dopiero kiedy owa panna uświadomiła mi, że celowo zapragnęła mnie pogrążyć. Przyznaję, miałem ochotę się zemścić za to, że zaburzyła moje dotychczasowe spokojne życie, lecz potem mnie zrujnowała, gdy wpadliśmy na siebie w gospodzie. Nie pomyślałbym, że ta młoda dziewczyna, tak beztroska i nieświadoma, potrafi zmienić się w kogoś zupełnie innego. Z początku ją zlekceważyłem przekonany, że będę się delektował upokarzającą porażką butnej dziedziczki, tymczasem wystarczyła uwodzicielska muzyka, by dziewczyna odpędziła niepewność.
Każdy ruch jej ciała był nasączony erotyzmem, jakby dotąd uśpiona część jej duszy nagle przejęła kontrolę. Nie mogąc oderwać od niej wzroku, patrzyłem, jak tańczy. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, serce zabiło mi gwałtowniej, a w żyłach zawrzała krew – i nie miało to nic wspólnego z wypitym wcześniej trunkiem. Prowokowała mnie. Oboje doskonale zdawaliśmy sobie z tego sprawę, że tańczyła tylko dla mnie.
Przysięgam, nigdy wcześniej żadna kobieta nie zawładnęła moim umysłem. Czyżby i ona posiadła moc perswazji? Czy potrafiła hipnotyzować bez słów? Z pewnością. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć to, że wtedy gotów byłem uczynić dla niej wszystko? I bynajmniej nie spowodował tego okraszony zmysłowością taniec, lecz beztroski uśmiech, który mnie zniewolił.
Był moment, w którym próbowałem się opamiętać. Dokładniej na kolacji, w trakcie której lord Benjamin uświadomił nam, że mamy się pobrać. Widząc jej niechęć, utwierdziłem się w przekonaniu, że nie powinienem dopuścić do tego przeklętego ślubu. A potem zobaczyłem ją pobitą i miałem wrażenie, jakby ktoś wydarł mi z piersi serce. Ból, który wówczas poczułem, był tak ostry, jakby pękło we mnie coś, co dotąd uważałem za niezniszczalne. Zapragnąłem chwycić ją w ramiona i ocalić przed całym światem, a także zabić tego, który ośmielił się ją skrzywdzić. Dotąd nie nosiłem w sobie tak dzikiego, nieokiełznanego pragnienia zemsty.
– Nie martw się – odezwał się Jeremiah, wytrącając mnie z głębokiego zamyślenia. – Mogło być gorzej. Mogła być szpetna.
– Cóż, to już kwestia gustu – zauważył Armin. – Według mnie jest szpetna.
– Bo tobie podobają się same włochate. – Felirejczyk się zaśmiał, a Irbis aż się najeżył.
– A tobie grube.
– Więcej do kochania. – Z rozbawieniem wzruszył ramionami. – A tobie?
Obaj spojrzeli na mnie.
Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to Virelia. Jej niezwykłe niebieskie oczy odbierały mi oddech. Nieważne, czy patrzyła na mnie, śmiejąc się, smucąc czy tańcząc uwodzicielsko. I nagle zrozumiałem, że wcale nie wzbraniam się przed tym ślubem. Tak naprawdę przerażała mnie myśl, że mogłoby do niego nie dojść.
Mimowolnie się uśmiechnąłem i spuściłem wzrok na trzymaną butelkę. Moi towarzysze to zauważyli, bo zaczęli się śmiać.
– Chyba znam odpowiedź – odezwał się Irbis i wyciągnął mi z dłoni puste naczynie, by zastąpić je pełnym.
Nie wiem, kiedy zdążyłem je opróżnić.
– W ostateczności wszystko potoczyło się pomyślnie – zauważył Jeremiah. – Virelia wyjdzie dobrze za mąż, a ty staniesz się lordem. Mam tylko szczerą nadzieję, że nie zaczniesz nami pomiatać. – Trącił mnie zaczepnie w ramię. – Ale najważniejsze, że żyjesz.
Uniosłem kącik ust, zmuszając się do choć odrobiny nonszalancji, lecz gdy się zorientowałem, że milczą, zrzedła mi mina. Patrzyli na mnie, jawnie wyczekując prawdy, której nie mogłem im dać.
– Co tam się wydarzyło, Kastielu? – spytał Irbis.
Zacisnąłem usta. Sam nie wiem, na co liczyłem.
– Przecież wiecie, że jestem przekonujący – rzuciłem z największą lekkością, na jaką mogłem się zdobyć, ale oni wciąż spoglądali na mnie z powagą.
– Szukają sprawcy makabry, jaka miała miejsce w zamku – kontynuował Armin. – Powóz był we krwi, gdy wróciliście. Sam go myłem. Nie zadawałem pytań. Pan i tak nie powiedziałby prawdy. Nietrudno się jednak domyślić, kto za tym stoi. – Umilkł, ale widząc, jak wpatrywałem się w niego bez słowa, westchnął i podjął: – Wojsko cię szuka. Obcięcie włosów nie sprawi, że cię nie odnajdą. Felirejska armia niebawem minie bramy dworu lorda Benjamina w poszukiwaniu…
Nie nazwał mnie demonem. Nie użył tego słowa, choć wiedziałem, że właśnie to cisnęło mu się na usta.
– Kastielu – zaczął cicho Jeremiah. – Od początku coś podejrzewaliśmy. W końcu jak wytłumaczyć tę nadludzką siłę? Nikt z nas nie pytał, skoro sam nie mówiłeś. Pan cię przyjął, stałeś się mieszkańcem jego domostwa, a tym samym naszym towarzyszem. Teraz jednak się o ciebie martwimy, stąd moje pytanie: co się wydarzyło w zamku?
Zmarszczyłem brwi. Już nawet nie siliłem się na uśmiech. Czy powinienem ich okłamać? Użyć perswazji? Przecież zdawałem sobie sprawę, że nie byli głupi. Odkąd pojawiłem się w rezydencji Vanthorina, zauważyli, że coś ukrywam, a mimo to nigdy mnie nie odtrącili. Nawet teraz, świadomi, że byłem częścią tragicznych wydarzeń w zamku, pili ze mną alkohol jak przyjaciele. Bo chyba tym dla mnie byli, prawda? Nawet Armin, który stale kręcił nosem, w głębi serca zawsze się o mnie troszczył.
– Powiem wam, co teraz będzie – odezwałem się wreszcie, usiłując nie pęknąć. – Dzień po moim ślubie nasz pan powie ci… – Spojrzałem na Jeremiaha. – Że stajesz się nowym lordem.
Felirejczyk już gotów był zaprzeczyć, ale mu nie pozwoliłem.
– Nie pytaj go o mnie, bo wprowadzisz go jedynie w zakłopotanie, ponieważ staruszek nie będzie pamiętał, że kiedykolwiek pracowałem na jego dworze. Nie będzie pamiętał mnie także nikt ze służby. Ani ochmistrzyni, ani jej podwładne. Jutro Virelia stanie się moją żoną, a potem ją stąd zabiorę. Jej ojciec sam przyznał, że nie ma już córki. Teraz sprawię, że o niej zapomni. Wszyscy po prostu zapomną.
Dlaczego podjąłem taką decyzję? Bo zanim przyszedłem do stajni, spotkałem Mei. Dzięki perswazji wyznała mi, że Virelia planowała ucieczkę tuż po naszym ślubie. Nie potrafiłem się na nią wściekać. Nigdy nie pragnęła małżeństwa – tak jak ja. Nie chciała też pozostawać pod władzą ojca i była przekonana, że ślub ze mną niewiele by zmienił. Cóż się dziwić, nie zrobiłem na niej dobrego wrażenia. Na własne oczy widziała, jak biję jej ojca i używam na nim hipnozy. Nie wiem, co sobie wtedy myślałem, lecz z pewnością ją przestraszyłem.
Nie mogłem trzymać jej tu na siłę. Niepozorny wieczór kawalerski uzmysłowił mi, że nadszedł czas, by wyruszyć w dalszą podróż. Skoro moja narzeczona zamierzała o świcie wsiąść na askarioński statek, nie pozostawało mi nic innego, jak płynąć z nią. Miała prawo zaznać upragnionej wolności, ale nie pozwolę jej podróżować samej. Doskonale pamiętałem, jak skończył się rejs dla tych dwóch nieszczęsnych elfek.
Tego wieczoru uświadomiłem sobie również, że ponad wszystko nie mogłem pokochać Virelii, bo jej śmierci już nie zdołam udźwignąć. Dam jej jednak to, czego pragnie. Zasługiwała na szczęście, a ja czułem, że jeśli pomogę jej go posmakować, sam go zaznam.
Na chwilę. Na tę jedną z niewielu dobrych chwil.
– Tak po prostu znikniecie? – Armin wytrącił mnie z zadumy.
– Tak po prostu – powtórzyłem z zaskakującą dla samego siebie lekkością.
– Dlaczego się uśmiechasz? – zapytał Jeremiah z goryczą w głosie. – Jak możesz po tym wszystkim tak beztrosko się uśmiechać?
– Uśmiecham się, bo jestem szczęśliwy. Bo pomimo tego, na co skazał mnie los, trafiają się dni takie jak te, w których mogę być zwykłym stajennym. Mogę upić się ze swoimi towarzyszami. Mogę cieszyć się jedną z niewielu wspaniałych chwil pośród tych przepełnionych samotnością. Może właśnie dlatego tak kurczowo trzymam się takich momentów? Bo wiem, że kiedyś, gdy wszyscy odejdziecie, pozostanie mi tylko pamięć. Czerpię radość z tego wieczoru, bo potem nastanie świt i świat znów mi przypomni, kim naprawdę jestem.
Szok malujący się na ich twarzach zdradził, że nie zdawali sobie sprawy z mojego przekleństwa. Mieli pewnie po niespełna trzydzieści lat, więc zostało im najwyżej dwa razy tyle. W tym czasie założą rodziny i zdążą wieść sielskie życie, aż wreszcie odejdą, doczekawszy się spokojnej starości. A ja dalej będę się tułał w poszukiwaniu domu i usiłował nikogo nie pokochać.
– A my? Co z nami? – Głos Irbisa zadrżał.
Spędziłem z nimi kilka długich lat i choć próbowałem się nie przywiązywać, było to nieuniknione. I to martwiło mnie najbardziej. Czas jest walutą bezzwrotną. Im więcej go komuś poświęcimy, tym ta osoba staje się dla nas ważniejsza. Zatem im dłużej tu zostanę, tym trudniejsze okaże się pożegnanie. Lękałem się utraty bliskich, dlatego to nie los, lecz ja sam skazywałem się na samotność.
Do samego końca wierzyłem, że pozwolę Jeremiahowi i Arminowi zachować o mnie wspomnienia, ale wtedy skazałbym ich na tęsknotę albo ciężar tajemnicy. Pamięć o mnie mogłaby się dla nich okazać zgubna także z uwagi na to, że stałem się poszukiwanym demonem. Dlatego z trudem podjąłem decyzję i powiedziałem:
– I wy też nie będziecie tego pamiętać. Dzień po ślubie zapomnicie, że byłem waszym towarzyszem.
– Kastielu… – rzekł Jeremiah, lecz nie pozwoliłem mu dokończyć.
– Zapomnicie o wszystkim, nawet o moim imieniu. – Podniosłem butelkę i stuknąłem nią o jego piwo. – Ale to jutro. Teraz… – Wypuściłem cicho powietrze i dodałem ze smutnym uśmiechem: – Cieszmy się chwilą.
Tamtego wieczoru, kiedy siedzieliśmy na sianie w towarzystwie koni i niekończącej się zimy, jeszcze nie wiedziałem, że to właśnie miłość była tym, czego od wieków szukałem. To, przed czym się wzbraniałem, później miało się okazać tym, czego najbardziej potrzebowałem.
Virelia
Czas jakby stanął w miejscu, a upragniona wolność się oddalała. Miałam wrażenie, że cały świat właśnie się ze mnie nabijał. Naprawdę myślałam, że z taką łatwością opuszczę rezydencję i ot tak popłynę na drugi koniec świata? Głupia ja.
Powoli się odwróciłam, nie kontrolując galopującego w piersi serca. Kastiel stał z rękoma schowanymi w kieszeniach czarnego płaszcza. Wpatrywał się we mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy, a ja biłam się z myślami, czy aby przypadkiem nie wyrżnęłam i nie uderzyłam czołem o lód, przez co straciłam przytomność. Błagam, niech to się okaże snem. Może właśnie leżę nieprzytomna w zdeptanym, rozmoczonym śniegu, któremu bliżej do brei aniżeli białej pierzyny.
– Dokądś się wybierasz? – zapytał z ironicznym uśmiechem.
– Nie… – wyjąkałam, skubiąc z podenerwowania paznokcie.
– Nie? W takim razie co robisz w porcie z takim bagażem, jakbyś się szykowała na dwutygodniowy rejs? – Uniósł brew i bacznie zmierzył mnie wzrokiem.
– Nie twoja sprawa – burknęłam.
Nic innego nie przychodziło mi na myśl. Moja obecność tutaj była tak oczywista, że kłamanie nie miało najmniejszego sensu.
Kastiel wziął wdech i postąpił do przodu, a ja odruchowo cofnęłam się w stronę statku. Stał tuż przed pomostem, zaledwie kilka kroków ode mnie. Z łatwością przerzuciłby mnie sobie przez ramię i zaniósłby z powrotem do rezydencji. W końcu sam wymordował tuziny żołnierzy, czym więc było dla niego jedno dziewczę?
– Czyżby? – Przechylił głowę na bok, a kosmyk czarnych włosów opadł mu na czoło.
Na jego skórzanym płaszczu na piersi połyskiwał w słońcu czerwony ślad. Zadrżałam na myśl, że mogłaby być to krew.
– Odejdź stąd.
– Nigdzie się nie wybieram – odparł z nonszalancją, wchodząc na pomost. Deski zaskrzypiały pod jego ciężarem.
Nie uciekałam, bo i tak bym nie zdołała. Zastygłam w bezruchu, obserwując, jak nieśpiesznie szedł ku mnie. Każdy jego krok dudnił w mojej głowie. Patrzyłam bezradnie, jak znów zostaje mi odebrana wolność. Byłam skończona.
Przystanął tuż przede mną i spojrzał na mnie z góry, unosząc kącik ust. Nigdy wcześniej nie czułam się tak przegrana. Wzięłam głęboki wdech gotowa szarpać się z nim, jeśli tylko spróbuje mnie dotknąć, i jednocześnie w pełni świadoma, że i tak skończy się to moją sromotną porażką. Zerknęłam kątem oka na wodę, na której unosiła się kra. Na myśl o tym, że mogłabym wpaść wprost w tę lodowatą otchłań, przeszył mnie nieprzyjemny dreszcz. Nie umiałam pływać.
Całe moje ciało się napięło, szykując do obrony, kiedy Kastiel zrobił coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Minął mnie.
On po prostu mnie minął.
Nie od razu pojęłam, co właściwie się wydarzyło. Wlepiałam zdumione spojrzenie w miejsce, w którym zniknął mi z oczu. Nagle pojawił się tam ktoś z załogi.
– Wchodzisz, panienko, czy żeś się rozmyśliła?! – zawołał, wytrącając mnie z zadumy.
Prędko wbiegłam na pokład. Rozległy się dźwięki podnoszonej kotwicy oraz zaciąganego pomostu i nim się zorientowałam, statek był gotów do wypłynięcia. Choć długo czekałam na ten moment, teraz wszystko zdawało się stracić znaczenie, bo jedyne, o czym myślałam, to obecność Kastiela. Dlatego włóczyłam się po statku z zamiarem odnalezienia go. Musiałam się upewnić, że to, co zaszło, nie było moim wymysłem. On naprawdę nie zabrał mnie do rezydencji wuja? Dlaczego zatem postanowił płynąć?
Znalazłam go po kilku minutach na rufie. Opierał się o reling i wbijał wzrok w horyzont. Z tej perspektywy doskonale widziałam jego szerokie plecy.
– Co ty robisz?
– Płynę do Askarionu w towarzystwie swojej uroczej żony – odparł, nawet na mnie nie patrząc.
Wzdrygnęłam się na to, jak mnie nazwał.
– Nie kpij ze mnie – wycedziłam, czując wzbierającą złość. Byłam zdezorientowana.
– Czyżbym się mylił? Statek płynie do Satetrin? W takim razie dotarliśmy na miejsce. Wychodzimy?
Drwił sobie z taką łatwością, że gotowałam się z nerwów.
– A żeby cię piekło pochłonęło! – syknęłam, wyrzucając z bezradności ręce w powietrze.
– Już dawno to zrobiło – szepnął jakby do siebie, po czym odwrócił się i do mnie podszedł.
Stanął na tyle blisko, że poczułam jego cytrusowy zapach. Ugięły się pode mną kolana, zachwiałam się. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego tak na mnie działał.
– Jeśli sądzisz, że znalazłem się na tym statku wyłącznie z twojego powodu, to jesteś w błędzie.
– Więc jakie są okoliczności naszej wspólnej podróży, panie Wcale Cię Nie Śledziłem?
Nawet nie starał się ukryć rozbawienia.
– Już ci powiedziałem. Płynę do Askarionu. W nocy miałem jeszcze kilka spraw do załatwienia przed rejsem, a o świcie od razu ruszyłem do portu. Jakież było moje zdziwienie, gdy w drodze do niego napotkałem znajomą twarz.
Przed ucieczką powstrzymywało mnie jedynie poczucie winy, że porzucam świeżo poślubionego męża, a teraz okazało się, że on również to planował. Nie miał skrupułów, by mnie zostawić. Powinnam się wściekać, a może znowu poczuć zawód lub rozpacz, ale jak mogłam, skoro nie byłam lepsza? Co za absurdalna sytuacja.
– Zatem nie płyniesz tym statkiem z mojego powodu? – drążyłam, nie wiedząc, na jaką odpowiedź tak naprawdę liczyłam.
– Virelio, muszę cię zmartwić, ale świat nie kręci się wokół ciebie.
Zacisnęłam zęby, ledwo tłumiąc poirytowanie.
– Praca stajennego już mi się znudziła i odszedłem.
Przez jego twarz przemknął cień czegoś w rodzaju bólu. Było to jednak tak prędkie, że gdybym zamrugała, niczego bym nie zauważyła.
– Jak mogłeś opuścić rezydencję wuja? – spytałam z oburzeniem i dopiero wtedy do mnie dotarło, jak źle to zabrzmiało.
– Będziesz mnie teraz upominać? A ty co zrobiłaś? Nie wstyd ci porzucać dopiero co poślubionego męża?
Oczywiście, że mi wstyd.
– I kto to mówi?! – warknęłam, ukrywając ciążące mi wyrzuty sumienia.
Kastiel uniósł brwi. Przez moment przypatrywaliśmy się sobie w ciszy. Oboje doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że żadne z nas nie zachowało się w tej sytuacji stosownie.
– Wiesz co? Daj spokój – podjęłam nieco spokojniej. Starałam się udawać niewzruszoną, choć drżący głos z pewnością mnie zdradzał. – I tak nie uznajemy tego ślubu.
Myślałam, że mnie zdenerwuje jakimś żartem, jak miał w zwyczaju, on jednak milczał. Wyraz jego twarzy także uległ zmianie. Uniósł dłoń, aby przeczesać czarne kosmyki, i wtedy ją dostrzegłam. Na jego palcu wciąż widniała obrączka, którą mu wczoraj założyłam. Czemu jej nie ściągnął?
A czemu ty jej nie ściągnęłaś, co? – zapytałam samą siebie w myślach.
Czując, że robi się niezręcznie, wypaliłam bez zastanowienia:
– Przyznaj, że kłamiesz. Praca wcale ci się nie znudziła. Chciałeś opuścić rezydencję, bo król rozkazał cię odszukać. – Splotłam ramiona na piersiach, patrząc na niego wyczekująco. Na widok jego szczerego zdumienia dodałam: – No co? Nie masz mi nic do powiedzenia? – Wskazałam palcem czerwoną plamę na jego płaszczu.
Po kpiącym uśmieszku, który jeszcze przed chwilą rozciągał jego usta, nie było już śladu. Teraz na jego obliczu malowały się chłód i obojętność.
– Wiesz tyle, ile powinnaś wiedzieć.
– Ale ja nie wiem nic!
– No właśnie.
Znów poczułam przypływ gniewu. Niebywałe, że z taką łatwością wyprowadzał mnie z równowagi.
– A co z majątkiem, który został przepisany na ciebie? – dociekałam, wiedząc, że mnie okłamuje.
– Nie został. Przekonałem lorda, aby przepisał go na Jeremiaha. Od początku powinien był go dostać.
– Użyłeś na nim tej sztuczki z perswazją?
Jego mina znów stężała.
– Bystra jesteś.
– Owszem, jestem – odparłam, unosząc hardo podbródek. – Lecz w tym przypadku moja bystrość nie ma z tym nic wspólnego. To ty nie umiesz się dobrze kryć. Albo z góry zakładasz, że skoro jestem kobietą, to jestem tępa.
Przełknął ślinę, zupełnie jakby chciał zdusić śmiech, zdradził go jednak wędrujący ku górze kącik ust.
– Nigdy nie uważałem, że jesteś tępa. Ale skłamałbym, gdybym stwierdził, że nie uważałem cię za rozpieszczoną, niewdzięczną manipulantkę.
– Jak miło! – rzuciłam z sarkazmem. – Zatem uciekając przed armią króla Jacoba i mając do wyboru cały kontynent, ty wsiadasz akurat na statek płynący do Askarionu? I zupełnie przypadkiem na siebie wpadamy jeszcze przed wejściem na pokład? I co najważniejsze, nawet nie jesteś zaskoczony…
Nie wiedziałam, co myśleć. Miałam świadomość, że uciekał przed felirejskimi żołnierzami. Ponadto przyznał, że zamierzał opuścić rezydencję lorda. Mimo wszystko moje serce pragnęło wierzyć, że przyszedł tu dla mnie… Ale przecież to niemożliwe. Skąd by wiedział, że tu jestem? I wtem uderzyło mnie wspomnienie wczorajszego wieczoru, podczas którego pozowaliśmy do obrazu Rafaela. Zdziwiły mnie te dwuznaczne zdania, które rzucał Kastiel, lecz nie na tyle, bym coś podejrzewała. A może powinnam…
„Szczerość w związku to podstawa”. „Mamy dużo czasu na zapoznanie się, prawda?” Wytrzeszczyłam oczy, gdy do mnie dotarło, że on już wtedy zdawał sobie sprawę z istnienia mojego planu.
– Wiedziałeś – stwierdziłam, a jego rozbawienie jedynie utwierdziło mnie w tym przekonaniu. – Tylko skąd?
Gdzie popełniłam błąd?
– Powiedzmy, że Mei to bogate źródło informacji.
Nie przeszło mi przez myśl, że mógł użyć hipnozy na mojej przyjaciółce, by się o mnie czegokolwiek dowiedzieć. Dlaczego to zrobił? Czy już wcześniej nabrał podejrzeń?
– Oj, nie miej jej tego za złe – kontynuował, widząc moją niezadowoloną minę. – Ona nawet nie była świadoma.
Miałam ochotę go udusić gołymi rękoma.
– Żartujesz sobie? Jedyna osoba, której mam coś za złe, to ty! Mną też tak manipulowałeś?
– Zadajesz za dużo pytań. Może teraz ja? Wiesz, że wsiadłaś na askarioński statek?
– Tak. I co w związku z tym? – odparowałam poirytowana, że próbuje zmienić temat. Jednocześnie nie przestawałam się zastanawiać nad tym, jak wiele informacji wydobył z Mei.
– Askariońska załoga nie należy do sympatycznych. Chętnie wpuszczają na pokład kobiety, bo te zwykle i tak nie dopływają do brzegu.
Zamarłam. Strach przeszył mnie tak gwałtownie, że na moment zapomniałam o oddychaniu. Intuicja podpowiadała mi, że podróż może się okazać niebezpieczna, ale pragnienie ucieczki skutecznie ją zagłuszyło.
– Łżesz – rzuciłam z nadzieją, że się myliłam.
– A niby w jakim celu?
Odwróciłam się i dostrzegłam dwóch marynarzy, którzy na pozór zajęci swymi obowiązkami co chwilę zerkali w naszym kierunku. A może patrzyli tylko na mnie? Spojrzałam znów na Kastiela, który nie odrywał ode mnie wzroku.
– Ciesz się, że Mei wyśpiewała mi twoje plany, bo inaczej twoje zwłoki jeszcze tego samego dnia dryfowałyby beztrosko na falach.
– Czyli co? Mam ci okazać wdzięczność? Czemu wybrałeś właśnie ten statek? Mogłeś przecież zbiec gdziekolwiek indziej.
– Przyjmijmy wersję, według której dużo się przyczyniło do tego, że wybrałem akurat rejs do Askarionu – wyjaśnił spokojnie. – Choć obawiam się, że w razie niebezpieczeństwa i tak nie będę w stanie ci pomóc.
– A niby dlaczego?
– Choroba morska. – Wzruszył ramionami.
Uniosłam wysoko powieki, czekając, aż zacznie się śmiać z własnego głupiego żartu.
Nie zaczął.
Cofnął się i oparł o reling, kierując wzrok ku horyzontowi. Nogi same sprawiły, że się do niego zbliżyłam. Niczym zahipnotyzowana patrzyłam, jak bryza leniwie czesała jego atramentowe kosmyki. Wciąż nie mogłam się przyzwyczaić do tej nowej fryzury. Wyglądał niesamowicie z długimi włosami, lecz teraz był nieludzko piękny.
– Będziesz wymiotować? – spytałam z wahaniem.
– Niedługo pewnie tak. A przed nami jeszcze całe dwa tygodnie. – Zerknął na mnie z ukosa. – Brzmi jak podróż marzeń – rzucił ironicznie, uśmiechając się beztrosko.
– I mimo to wszedłeś na pokład?
– A miałem inny wybór? Tutaj i tak byłem już skończony. Dzięki tobie, mój kwiatuszku.
„Żono”. „Kwiatuszku”. Co jeszcze wymyśli, żeby ze mną pogrywać? Najgorsze, że za każdym razem, kiedy wypowiadał te słowa, coraz mocniej pragnęłam, by mówił to szczerze.
Oparłam się o balustradę, przyjmując tę samą pozycję co on. Przyglądał mi się kątem oka w milczeniu, a ja powoli zbierałam się na odwagę, aby zapytać wprost.
– Czyli to naprawdę byłeś ty. To o tobie mówili, gdy szeptano o demonie, który rozszarpał żołnierzy.
Długo się zastanawiałam nad słowami Mei. Choć wiele wskazywało na to, że on był sprawcą masakry w zamku, jeszcze więcej temu przeczyło. Niemniej musiałam się dowiedzieć, co naprawdę zaszło. Musiałam to z niego wyciągnąć.
– To nie brzmi jak pytanie, tylko jak stwierdzenie. – Parsknął, a ja przewróciłam oczami. – Zapewne masz już własne wyobrażenie o tym, kim jestem. Po co zatem te podchody?
Odniosłam wrażenie, że w jego głosie pobrzmiewał smutek.
– Wolałabym usłyszeć prawdę od ciebie. A może nie masz odwagi przyznać, kim w rzeczywistości jesteś?
Zmarszczył brwi, po czym odwrócił się w moją stronę.
– Tak. Ja ich wymordowałem. To chciałaś usłyszeć? Boisz się mnie? W końcu stoi przed tobą wielki, zły demon! – rzucił gniewnie i na powrót wbił spojrzenie w horyzont.
Zdawał się zmęczony. Jakby miał dość tego określenia.
– Nie wygłupiaj się. – Zaśmiałam się, trącając go w ramię. – Jaki demon?
Kastiel nieśpiesznie przeniósł wzrok w miejsce, w którym go dotknęłam, po czym uniósł brew i spojrzał na moją twarz. Nietrudno było zauważyć, że mój gest mu się nie spodobał. Odchrząknęłam, starając się ukryć niepewność, i podjęłam:
– Książek nie czytasz?
Jego mina od razu utwierdziła mnie w przekonaniu, że owszem, nie czytał.
– O ile to, co niegdyś znalazłam w starych księgach, jest prawdą, to demonami są istoty prosto z piekła, czyli potępione dusze pozbawione ciała. Jednak czasem udaje im się wejść na ziemię, aby opętać człowieka. W oczach demonów zawsze widać zło, ale w twoich nigdy go nie dostrzegłam. Nawet gdy widziałam cię rozgniewanego.
I tak jak zawsze w jego spojrzeniu tliło się dobro, tak teraz nie potrafiłam nic z niego wyczytać. Skoro zamierzał milczeć, kontynuowałam:
– Pewnie cię to zaskoczy, ale zdążyłam się przekonać, czym są demony, i mogę cię zapewnić, że te, które znam, wcale nie przybyły z piekła. To ludzie urodzeni na ziemi i żyjący pośród nas. Jeśli miałabym wskazać demona, prędzej posądziłabym o to ojca. Moje piekło znajdowało się za złotymi kratami i to on mi je zgotował. Bynajmniej nie miał wyjątkowych umiejętności. Nie musiał używać żadnej perswazji, nie mógł się pochwalić nadludzką siłą. Ot, zwykły człowiek, który wyniszczał mnie przez lata. Zatem bez urazy, Kastielu, ale do demona to ci daleko.
Nie odpowiedział od razu. Patrzył na mnie nieodgadnionym wzrokiem. Miałam wrażenie, że przez jego oblicze przemknął cień zdumienia, lecz nie byłam pewna. Czy powiedziałam coś złego? Uraziłam go? Dopiero kiedy dwa onyksy zalśniły, poczułam ulgę.
– To powiesz mi, kim naprawdę jesteś? – drążyłam, chcąc przerwać tę niewygodną ciszę.
– I tak byś nie uwierzyła – odparł ledwie słyszalnie, nadal wpatrując się we mnie intensywnie.
– Przekonajmy się. – Przechyliłam głowę na bok, a gruby warkocz zsunął mi się z ramienia.
– Uwierzysz mi, jeśli ci powiem, że nie wiem, kim jestem?
– To żadna odpowiedź – mruknęłam niezadowolona.
– Ale jedyna. Po prostu nie wiem, Virelio. – Wzruszył ramionami i znów odwrócił się w stronę morza. – Uwierz, też chciałbym znać odpowiedź na to pytanie. Jednak, jak słusznie zauważyłaś, nie jestem spaczony. Po prostu wszystkim łatwiej było nazwać mnie demonem, bo tak jak ja nie rozumieli, czym jestem – rzekł ze smutkiem.
– Więc opuściłeś rezydencję, żeby nie dać się złapać?
– Tak. Zamierzałem odejść w ciągu najbliższego roku, ale przez pewne nieprzewidziane zdarzenia… – Urwał, spoglądając na mnie wymownie, i kontynuował: – Postanowiłem wyruszyć wcześniej. Od lat żyłem w ukryciu, by nigdy więcej nie usłyszeć tego przeklętego słowa, które z taką lekkością wymawiano zamiast mego imienia… – Westchnął ciężko, po czym szepnął bardziej do siebie: – Jedyne, czego pragnę, to spokój.
– Dlaczego zatrudniłeś się akurat u mojego wuja?
– Męczyły mnie spanie codziennie w innym miejscu i niekończąca się wędrówka. Chciałem osiąść gdzieś na dłużej i pewnego dnia poznałem lorda Benjamina. Miał w sobie coś, co sprawiło, że zapragnąłem z nim zostać.
– Przekonałeś go, aby cię zatrudnił, tak jak przekonałeś mojego ojca, żeby…
– Nigdy nie użyłem na twoim wuju perswazji. – Nie pozwolił mi dokończyć. – Za bardzo go szanowałem. No, może ten jeden raz, kiedy nakazałem mu przekazać majątek Jeremiahowi.
– A na mnie?
– Nie miałem powodów, aby to uczynić.
– Ale miałeś powód, żeby jej użyć na Mei? – Przechyliłam głowę, a on uśmiechnął się kącikiem ust. – Co ci powiedziała?
– Byłem wściekły przez twoje niecne zachowania. Zapytałem ją, czym tak naprawdę się kierujesz, a kiedy trochę mi o tobie opowiedziała, uznałem, że nie będę miał ci tego za złe. Po części nawet cię rozumiałem. W zamku mogłem przekonać księcia, że ta sytuacja między nami nie miała miejsca, dzięki czemu znów miałabyś szansę go poślubić, ale zrezygnowałem. Nie chciałem, byś do końca życia tkwiła zamknięta w jeszcze większej złotej klatce. Obserwowanie cię w dniu ślubu okazało się ciekawym doświadczeniem. Byłem przekonany, że nie dasz rady wymówić słów przysięgi. „Nie opuszczę cię aż do śmierci”.
Ze wstydu odwróciłam wzrok.
– Nie mogłem pozwolić, abyś złamała tak ważną obietnicę. – Cmoknął.
– Nawet nie masz pojęcia, jak się czułam! – warknęłam, a w moich oczach niespodziewanie wezbrały łzy. – Myślisz, że było mi łatwo? Myślisz, że jestem aż tak okrutna?! Poczucie winy cały czas szeptało mi do ucha, abym została. Ale ja już miałam dosyć…
Statek przyśpieszał, a moją wrażliwą na zimno skórę smagnął lodowaty powiew, co jedynie wzmogło płacz. Przetarłam twarz i naciągnęłam mocniej poły płaszcza, aby zatrzymać jak najwięcej ciepła. Niewiele to jednak pomogło, zwłaszcza że moje buty były przemoczone, a stopy – wciąż odrętwiałe z zimna.
– Nie chciałam ci tego robić. Nie zasłużyłeś na porzucenie dzień po zaślubinach. Ja naprawdę nie chciałam… Ale się bałam… Ja tak bardzo się bałam… – Urwałam, bo przez szloch nie potrafiłam już nic więcej powiedzieć.
Kolejny zimny podmuch sprawił, że zadrżałam. Nagle poczułam ciepłą dłoń Kastiela na policzku.
– Daj spokój, kwiatuszku… Pragnęłaś tylko się uwolnić. Jak mógłbym cię za to winić? Jeśli któreś z nas dwojga jest okrutne, to z pewnością nie ty.
Nie mogłam wykrztusić z siebie słowa. Jedynie patrzyłam, jak uśmiechał się do mnie delikatnie. Starł mi kciukiem łzę. Kiedy się odsunął, natychmiast zatęskniłam za jego dotykiem.
– Idź już. Czuję się coraz gorzej i wolałbym, abyś na to nie patrzyła.
Nie dyskutowałam. Potaknęłam w milczeniu i odeszłam.
***
Opierałam się o drewniany reling i wpatrywałam w malejącą na horyzoncie Felireę. Z warkocza wymknęły się niesforne pasma porwane przez chłodne morskie powietrze i tańczyły wokół mojej twarzy, jakby świętowały to, co miało nadejść. Powietrze pachniało solą, rybami i obietnicą czegoś dzikiego. Płynęłam w stronę świata, w którym wszystko było mi nieznane, i to powodowało, że czułam niewyobrażalną ekscytację. Szum fal zdawał się szeptać: „udało ci się, udało”. I właśnie wtedy sobie uświadomiłam, że zostawiałam za sobą obawy i lęki, ale przede wszystkim dotychczasowe życie. Czekała mnie przyszłość, którą wybrałam sama. Cóż… Wyglądało na to, że najbliższe dni spędzę u boku Kastiela, i prawdę powiedziawszy, nie podejrzewałabym, że jego obecność doda mi otuchy.
Załoga krzątała się pogrążona w obowiązkach, a ja nie miałam zielonego pojęcia, co ze sobą zrobić. Wciąż wpatrywałam się w dal. Felirea była teraz maleńkim punktem powoli znikającym w oddali.
– Jak się podoba? – zagadnął brodaty kapitan, przystając koło mnie. Natychmiast omiótł mnie odór alkoholu i tytoniu, przez który zrobiło mi się niedobrze.
W porę powstrzymałam grymas. Wolałam nie pokazywać, że nie odpowiadało mi towarzystwo tego człowieka.
– Widok morza jest przepiękny.
– Cudownie to słyszeć! Mam nadzieję, że szybko się u nas zadomowisz. Pozwól za mną. – Wskazał gestem dłoni, abym ruszyła za nim. – Pokażę kajutę.
Zaprowadził mnie pod pokład i dopiero wtedy moje nozdrza zaatakował prawdziwie odrażający smród. Zawartość żołądka podeszła mi do gardła, w oczach drugi raz tego dnia zebrały się łzy. Na szczęście szłam za nim, więc nie widział, jak walczyłam o neutralny wyraz twarzy. Choć słońce wisiało wysoko na niebie, panował tu półmrok rozświetlany przez pojedyncze lampy naftowe. Wszędzie było pełno hamaków, po podłodze walały się puste słoiki czy butelki po alkoholu, a w kącie piętrzyły się tuziny drewnianych beczek. Pachniały solą, ziołami i czymś lekko kwaśnym. Nie było tu nikogo, kto zadbałby o porządek, a załoga wydawała się nie mieć z tym żadnego problemu.
Kapitan wskazał mi małą kajutę, która nie wyglądała nawet tak źle. Była całkiem czysta, mimo że zalatywała wilgocią. Na pryczy leżały złożony w kostkę szary koc i wysłużona poduszka. Obok znajdowały się przykręcony do ściany stolik, krzesło, a w kącie stało drewniane wiadro, które najprawdopodobniej służyło jako wychodek.
Bogowie, jak ja przetrwam dwa tygodnie?
Nie zamierzałam zostawiać w tym miejscu swoich rzeczy. Prawdę mówiąc, w ogóle nie miałam ochoty tutaj zostawać – najbezpieczniej czułabym się blisko Kastiela. Niestety, on nie chciał mnie widzieć.
***
Gdzieś na morzu, 1310 rok
Cały dzień spędziłam na snuciu się bez celu albo wpatrywaniu w horyzont, na którym już od dawna nie dostrzegałam Felirei. Opuściłam to miejsce na zawsze i nic nie zapowiadało, że kiedykolwiek tam powrócę. Wczoraj byłam świeżo upieczoną małżonką nowego lorda, na którą czekało życie w dostatku i bogactwie: niezliczone suknie, książki oraz doskonałe jedzenie, a dzisiaj płynęłam w nieznane, mając ze sobą zaledwie torbę wypełnioną prowiantem i pieniędzmi.
Minęło kilka godzin, od kiedy ostatni raz rozmawiałam z Kastielem. Nastał wieczór, a ja straszliwie się nudziłam. Zerknęłam w stronę rufy i nim zdążyłam się zastanowić, już szłam przed siebie. Musiałam sprawdzić, jak się czuł.
Siedział przy relingu, z wyciągniętymi nogami i odchyloną do tyłu głową. Mimo ciemności ujrzałam jego oblicze, a to dlatego, że był tak chorobliwie blady.
– Kastiel? – szepnęłam, lecz on nawet nie podniósł powiek.
Przykucnęłam przy nim i położyłam mu dłoń na czole. Wzdrygnęłam się, czując, jak bardzo było lodowate.
– Nie jest ci zimno?
– Nie – wychrypiał.
– A może chcesz coś zjeść? Nie jesteś głodny?
Wtedy na mnie spojrzał. Już nie dostrzegałam w jego oczach błysku. Teraz były matowe, zupełnie jakby uszło z nich życie.
Przesunął koniuszkiem języka po spierzchniętej wardze.
– Jak diabli, więc lepiej już idź.
Nie rozumiałam, o czym mówił. Kiedy oglądałam go w tak kiepskim stanie, myślałam jedynie o tym, aby mu pomóc.
– Zamierzasz spać tutaj?
– Gdybym zszedł pod pokład i poczuł ten odór, od razu straciłbym przytomność.
– Przecież tu jest tak zimno. Przyniosę ci coś.
– Nie trzeba, kwiatuszku. – Wymusił cień uśmiechu i znów zamknął powieki, dając tym samym znak, że jego limit słów w tej rozmowie właśnie się wyczerpał.
Niechętnie wróciłam pod pokład, czując na sobie wzrok członków załogi. Gdy ich mijałam, panowała grobowa cisza, jakby zamilkli na mój widok. Ogarnął mnie niepokój, lecz zlekceważyłam go przekonana, że wyobraźnia robi mi na złość.
Weszłam do swojej kajuty i przekręciłam klucz z ulgą, że miałam w ogóle taką możliwość. Gdybym była tu sama, podczas gdy za cienką ścianą znajdowało się ponad dwudziestu mężczyzn, a moje drzwi można ot tak otworzyć, nie zmrużyłabym oka.
Nie wiem, jak długo spałam. Mogło to trwać chwilę, ale równie dobrze kilka godzin. Przebudziłam się, usłyszawszy, jak ktoś kręcił przy zamku. Podniosłam się gwałtownie, podciągając kolana pod brodę. Serce podeszło mi do gardła, łomocząc jak oszalałe. Wszystkie zmysły nagle się wyostrzyły. Nie było też śladu po ospałości, bo nagły przypływ adrenaliny sprawił, że mój organizm działał na pełnych obrotach.
Rozejrzałam się w popłochu. Kajuta miała jedynie niewielkie okno, za którym znajdowało się bezkresne morze. I tyle, żadnych innych drzwi, przez które mogłabym uciec. W ciszy patrzyłam na klamkę uginającą się pod naciskiem czyjejś dłoni. Wtem dźwięk ustał, a ja miałam nadzieję, że nieznajomy zrezygnował. Cisza zdawała się trwać wieczność, a kiedy usłyszałam charakterystyczne kliknięcie, zalała mnie fala gorąca. Serce galopowało mi tak prędko, że gotowe było wyskoczyć z piersi. Skrzydło otworzyło się nieśpiesznie, a wraz z nim nieprzyjemnie zaskrzypiały zawiasy. W progu stanęło trzech mężczyzn. Świdrowali mnie złaknionymi spojrzeniami, uśmiechając się szyderczo.
– Czego chcecie? – wyszeptałam drżącym głosem. Ściskałam koc, próbując ukryć trzęsące się z przerażenia dłonie.
– Oj, ty już wiesz… – Jeden z nich się zaśmiał.
– Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Drzwi były zamknięte, bo nie chcę… – Urwałam. Mięśnie na całym moim ciele się spięły, gdy jeden ruszył w moją stronę. – Zostawcie mnie!
– Cicho, mała, trochę się zabawimy. Spodoba ci się – rzekł z zadowoleniem i się na mnie rzucił.
Walczyłam z całych sił, by go odtrącić. Robiło mi się niedobrze, kiedy czułam jego smród i dłonie zaciekle błądzące po moim półnagim ciele. Myśl, że jedyne, co na sobie miałam, to cieniutka halka, napędzała przerażenie.
Nie zamierzałam jednak tak łatwo odpuścić. Szarpałam się, mimo że strach próbował mnie sparaliżować. Wbiłam paznokcie w jego policzek i szarpnęłam. Marynarz zawył z bólu, po czym wymierzył mi cios grzbietem dłoni. Zrobił to z taką mocą, że aż mnie odrzuciło. Uderzyłam o ścianę, a przed oczami pojawiła mi się ciemność. Znów poczułam na sobie tego mężczyznę. Kręciło mi się w głowie, krew szumiała w uszach, a serce czułam już w gardle.
– Przytrzymaj jej ręce! – zawołał któryś. Krótko po tym czyjeś palce zacisnęły się na moich nadgarstkach.
Płynęły mi tak duże łzy, że niewiele już widziałam. Ale to nie wystarczało, bo wciąż czułam ich na sobie. Słyszałam śmiechy, rozpinanie spodni, a potem dźwięk rozrywanego materiału na moim ciele. Czemu nie straciłam przytomności? Czemu musiałam być świadoma, kiedy mnie krzywdzono?
Ból od uderzenia pulsował w czaszce coraz cięższymi spazmami, jakby ktoś rytmicznie wbijał w nią gwoździe. Obraz przed oczami falował, a świat zdawał się odpływać w niebyt. Dźwięki stawały się przytłumione, myśli zwolniły, jakby świadomość co chwilę uciekała. Czyżby bogowie mnie wysłuchali? Coś jednak nie pozwoliło mi się poddać. Cichy szept nakazywał walczyć. Nie wiem, skąd znalazłam w sobie siłę, lecz zdołałam krzyknąć najgłośniej, jak potrafiłam:
– KASTIEL! KA…!
Brudna dłoń zacisnęła się na moich ustach, a druga powędrowała między nogi.
I wtedy rozległ się huk. Napastnicy odwrócili się gwałtownie i zastygłszy w bezruchu, uważnie nasłuchiwali. Niepokojącą ciszę prędko przebiły rozpaczliwe wrzaski. Marynarz odsunął się, uwalniając mnie z uścisku, i wyjrzał z kajuty, aby sprawdzić, co się dzieje. Ledwo wyściubił nos za drzwi, gdy coś wciągnęło go w głąb korytarza. Jeden z pozostałej dwójki nawet nie próbował dociekać, co zaatakowało jego towarzysza. Rzucił się ku wejściu, zamknął je i przekręcił pośpiesznie klucz. Podciągnęłam nogi, zasłaniając odkryte piersi. Oni na szczęście już stracili mną zainteresowanie. Teraz tylko nasłuchiwali z duszą na ramieniu. Trwaliśmy w absolutnym bezruchu i niemym porozumieniu, że żadne z nas nie może wydać z siebie choćby szmeru.
Słyszałam rozpaczliwe wrzaski, błagania o litość, żałosny skowyt, a w tle dźwięki zderzających się metalowych rzeczy, trzaskających butelek czy przedmiotów uderzających ciężko o deski pokładu. Miałam wrażenie, że statek drżał – bynajmniej nie za sprawą niespokojnego morza. Coś właśnie krzywdziło załogę tuż za lichą ścianą kajuty. Tuż obok mnie.
Rozbrzmiały zbliżające się w popłochu kroki. Ktoś zaczął szarpać za klamkę.
– Wpuśćcie mnie! Na bogów!
Żadne z nas się jednak nie poruszyło, nie rzuciło choćby wymownego spojrzenia. Patrzyliśmy na klamkę, która prędko zastygła w bezruchu. Wraz z tym rozległ się krzyk. Coś upadło i nastała cisza. A potem spod drzwi wypłynęła szkarłatna kałuża.
Wrzasnęłam, lecz natychmiast zasłoniłam usta, a marynarze wbili we mnie wzrok, którego nigdy nie zapomnę. Po raz pierwszy ujrzałam gniew zmieszany z najgłębszym lękiem.
Zapanowała głucha cisza. A my dalej milczeliśmy, bojąc się nawet oddychać. Nie odważyliśmy się drgnąć, jakbyśmy nie ufali owemu spokojowi. W napięciu czekaliśmy na to, co miało zaraz nastąpić. Znów rozległy się kroki, a potem szuranie, jakby ktoś ciągnął coś po podłodze. Kiedy kałuża krwi przestała się do nas zbliżać, prędko pojęłam, co wywleczono spod progu. Marynarze też. Trzęśli się, ich skronie zrosił pot.
Ktoś chwycił za klamkę i bez trudu otworzył drzwi, jakby przekręcony klucz nie stanowił przeszkody. To wydało mi się znajome, ale nie zdążyłam się nad tym zastanowić. Teraz liczył się jedynie stojący w wejściu Kastiel od stóp do głów pokryty krwią. Z brody i włosów ciurkiem spływała mu posoka, która nie wydawała się należeć do niego.
– Wychodzić – rozkazał, ale żaden z mężczyzn się nie poruszył. – NO JUŻ! – ryknął tak, że aż się wzdrygnęłam.
Dopiero wtedy wykonali polecenie. Drżeli, niepewnie idąc ku Kastielowi. Nawet na mnie nie spojrzał, nim jednak zamknął drzwi, szepnął zachrypniętym głosem:
– Śpij już, kwiatuszku. Ze mną jesteś bezpieczna.
Gdy odszedł, nadstawiłam uszu. Usłyszałam szmer, następnie płacz, który przerodził się w urwany wrzask. Potem coś huknęło głucho o posadzkę, a później zapadła niezmącona cisza.
Virelia
Nie potrafiłam zasnąć. Wciąż czułam na sobie obrzydliwy zapach i dotyk, ale to wydawało się niczym wobec tego, co się wydarzyło później. Widok Kastiela skąpanego w szkarłacie wbił się w mój umysł bezpowrotnie. Nie wiedziałam, ilu marynarzy skrzywdził, pewne było natomiast to, że dzięki niemu żyłam. Oni chcieli mnie zgwałcić i… Wtedy w moim umyśle wybrzmiały jego słowa: „askariońska załoga nie należy do sympatycznych. Chętnie wpuszczają na pokład kobiety, bo te zwykle i tak nie dopływają do brzegu”. Na bogów… Gdyby nie postanowił płynąć tym statkiem, teraz byłabym już martwa.
Bywały dni, w których modliłam się o śmierć. Pragnęłam umrzeć i żałowałam, że kiedykolwiek się urodziłam. Ale stojąc na pokładzie i wpatrując się w malejącą na horyzoncie Felireę, czułam ekscytację i radość, a przede wszystkim wolność. W końcu po raz pierwszy zapragnęłam żyć…
Schowałam twarz w dłoniach i załkałam cicho. Trzęsłam się, ale nie z zimna, tylko z ulgi i wdzięczności. Uratował mnie. Kastiel znowu mnie uratował. Tyle że tym razem jego ratunek mieszał się z krzykiem przepełnionym najgłębszym przerażeniem. Wrzaskiem tak rozrywającym, jakby ktoś w jednej sekundzie uświadomił sobie, że to, co po niego przyszło, nie okaże litości, lecz zapewni najgorsze cierpienie wraz ze śmiercią.
Krótko po tym, jak Kastiel zamknął drzwi, zapadła cisza. Nie trwała jednak zbyt długo. Usłyszałam kroki, dźwięki przesuwania czegoś po deskach pokładu, zamiatanie potłuczonych przedmiotów, chlust wody z wiadra i zaciekłe szorowanie podłogi. Czy ktoś po tym wszystkim ot tak zabrał się do sprzątania w środku nocy?
Za moimi drzwiami co rusz przechodziły jakieś osoby, lecz nikt nie szarpnął za klamkę. Mimo to nie spuszczałam z niej wzroku. Byłam zbyt roztrzęsiona, aby położyć się spać. Siedzenie tutaj jednak wcale nie sprawiało, że czułam się lepiej. Umysł nieustannie podsuwał mi wizje, w których ktoś staje w progu, a następnie rzuca się, by zedrzeć ze mnie ubranie. Chciałam stąd uciec, ale wyjściem ryzykowałam spotkanie z marynarzami.
Długo się zmuszałam, aby opuścić tę zatęchłą klitkę. Odważyłam się na to dopiero po kilku godzinach, gdy do moich uszu nie dobiegał już nawet najmniejszy szmer. Zeszłam z niewygodnej pryczy, zdjęłam potarganą koszulę nocną i włożyłam suknię – dość skromną w porównaniu z tymi, które zwykłam przywdziewać. Następnie wyjęłam z torby dwa jabłka i schowałam je do kieszeni. Odetchnęłam głęboko, by zebrać w sobie jak najwięcej odwagi. Potem otworzyłam drżącą dłonią drzwi i wyściubiłam nos na zewnątrz, uważając, aby nie wdepnąć w kałużę krwi.
Zwróciłam uwagę na to, że w powietrzu nie unosił się już ten okropny smród będący mieszaniną ryb, alkoholu, potu i moczu. Szłam przed siebie, modląc się, by nie wpaść po drodze na żadnego z marynarzy. Zdziwiły mnie porządek, jak również puste hamaki. Z mijanych kajut nie dochodziły żadne szepty, chrapanie ani miarowy oddech. Statek zdawał się opustoszały. Przez wszechobecną ciszę odnosiłam wrażenie, że samo morze wstrzymało oddech w oczekiwaniu na coś straszliwego.
Kiedy wyszłam na pokład, zauważyłam w oddali załogę, której skład wyraźnie się przerzedził. Mogłabym przysiąc, że naliczyłam tylko sześciu mężczyzn. Zawzięcie wykonywali swoje obowiązki: jeden obsługiwał ster, drugi szorował pokład, trzeci zaplatał liny, a pozostali cerowali żagiel.
Poczułam dziwne ukłucie paniki. Gdzie reszta? Co tak naprawdę się wydarzyło? Chwila… Czy ja naiwnie wierzyłam w to, że Kastiel wszystkich oszczędził? Widok jego ubrania przesiąkniętego szkarłatem czy krew, która wypłynęła spod drzwi kajuty, stanowiły wystarczające dowody, że to nie było pobicie, lecz absolutna rzeź…
Zanurzyłam drżące palce we włosach, rozglądając się niespokojnie. Co miałam zrobić? Dokąd pójść, skoro otaczał mnie bezkres wody?
Nagle zdałam sobie sprawę, że jeden z marynarzy mi się przyglądał. Choć nie widziałam go zbyt dobrze z uwagi na półmrok, czułam na sobie jego wzrok. Kolejny odwrócił się i również wlepił we mnie spojrzenie. Po plecach przemknął mi przenikliwy dreszcz. Nogi same pokierowały mnie na rufę, jakby wiedziały, że tylko tam odnajdę bezpieczeństwo.
Bezpieczeństwo… Czy aby na pewno mogłam je tam znaleźć? Mimo niepewności szłam przed siebie. Moje serce z każdym krokiem biło coraz szybciej.
Kastiel stał o własnych siłach. Opierał się o reling i patrzył na morze odbijające blask księżyca. Kiedy podeszłam bliżej, wyczułam od niego zapach mydła. Zmienił przesiąknięte posoką ubrania na świeże i czyste, a lśniące włosy miękko opadały mu na czoło. Wyglądał tak, jakby kilka godzin temu wcale nie rozpętał piekła, a choroba morska postanowiła mu wreszcie odpuścić.
Patrzyłam na jego szerokie plecy i nie potrafiłam zrobić kolejnego kroku. Część mnie wrzeszczała, by od niego uciekać. Wiele rzeczy bowiem uświadomiło mi, że był niebezpieczny: to, z jaką łatwością zawładnął moim ojcem, albo to, co uczynił w zamku, a teraz tutaj. Wystarczył jednak widok jego oczu, bym się rozpłynęła i zignorowała wszelkie alarmujące sygnały. Kastiel ochronił mnie przed księciem i ojcem, a potem wszedł na pokład mimo mdłości, jakie go czekały podczas rejsu. Gdyby go tu nie było, moje ciało właśnie dryfowałoby na falach morza, póki nie rozszarpałyby go potwory z głębin. Kim jesteś, Kastielu Williamsie? Czy mogę ci ufać, czy może powinnam się ciebie lękać? Logika nakazywała to drugie, ale to serce podjęło decyzję.
– Przyniosłam ci jabłko – szepnęłam, wyciągając z kieszeni owoc. – Pomyślałam, że może jesteś głodny.
Stanęłam przy nim i wtedy na mnie spojrzał. Po białej jak pergamin cerze nie było już śladu. Oczy odzyskały dawną iskrę, jakby wróciło do nich życie. Nie okalały ich już paskudne sińce, a warg nie szpeciły bolesne spękania. Chłodny wiatr czesał jego czarne kosmyki, blask srebrzystego księżyca osiadał na ostrych rysach z niemal nabożną czcią. Mężczyzna wyglądał tak, jakby go stworzyli sami bogowie. Zbyt nierealny, by mógł istnieć naprawdę. Patrzyłam na niego bez tchu, niezdolna oderwać wzroku.
– Już jadłem – odparł, lecz bez namysłu zabrał z mojej dłoni soczysty owoc. – Ale chętnie coś przegryzę. Dziękuję.
Powinnam mu podziękować, w końcu uratował mi życie, wiedziałam jednak, że zrobił to kosztem kogoś innego. Miałam mętlik w głowie. Wszystkie moje dotychczasowe przekonania zniknęły. Sama już nie wiedziałam, w co wierzyłam. A może tylko sobie wmawiałam, że jest dobry? Czy na pewno byłam z nim bezpieczna? Przecież dysponował o wiele większą siłą niż ci, których znałam.
– Virelio? – spytał, a ja aż się wzdrygnęłam wyrwana z zadumy.
Patrzenie w te onyksy sprawiało, że bezgranicznie mu ufałam. Serce już cwałowało mi w piersi, aż przyłożyłam do niej dłoń, żeby je uspokoić. Pomógł mi. Gdyby nie jego obecność, byłabym martwa. Ale za jaką cenę?
– Wszystko w porządku?
Trzęsłam się. Bynajmniej nie ze strachu przed nim. Drżałam, bo docierało do mnie, przed jak straszliwą krzywdą mnie uchronił. Ciągle czułam na sobie ich łapska, słyszałam pogardliwe śmiechy, widziałam pożądliwe spojrzenia. To wszystko wydarzyło się przeze mnie…
– Ostrzegałem cię – odezwał się, jakby zrozumiał, co mnie męczyło. – Mówiłem ci, że askariońska załoga jest niebezpieczna.
– Wiem, dlatego zamknęłam się od środka. – Przełknęłam z trudem gulę w gardle.
– Faktycznie, to wiele zmienia. – Zerknął na mnie wymownie, uśmiechając się współczująco. Na widok mojego smutku spoważniał. – Nie dowiem się, o czym myślisz, póki mi tego nie powiesz.
– Co się wydarzyło, gdy zamknąłeś drzwi? – wypaliłam bez zastanowienia.
Zmarszczył brwi i zacisnął szczęki. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu jeszcze przez moment, aż wreszcie wbił wzrok w morze.
– Nie chcesz wiedzieć.
– Chcę – skłamałam.
Modliłam się w duchu, by nie usłyszeć tych dwóch słów. Błagałam w myślach wszechświat, aby moje podejrzenia nie okazały się słuszne. Jednak ta rozsądna część mnie, ta, którą głęboko ukrywałam i uciszałam, wiedziała, co zaraz usłyszy.
– Zabiłem ich.
Cisza, która między nami zapadła, była tak intensywna, że nie docierały do mnie już żadne inne dźwięki: szum fal, skrzypienie olinowania, ledwie słyszalne szmery, odległe rozmowy. Wszystko to przestało istnieć. Zapadła nicość, pośród której niosły się echem dwa słowa: „zabiłem ich”.
Owszem, wiedziałam, co się wydarzyło w zamku, ale wtedy nie słyszałam krzyków. Nie byłam tam, więc mój naiwny rozum niczego sobie nie wyobraził. Mei wspominała, że sprzątnięcie tej masakry zajęło sporo czasu. Ilu osobom wtedy odebrał życie?
Kastiel najwyraźniej się domyślił, że mnie przestraszył, bo westchnął ciężko, odwrócił głowę, po czym odezwał się spokojnie:
– Virelio, to byli gwałciciele i mordercy. Nim skończyliby się cieszyć twoim ciałem, byłabyś martwa. Im wszystko jedno, czy oddychasz, czy nie. Wystarczą im brak konsekwencji i kobieta, w którą mogą się wbić. Potem wyrzuciliby cię za burtę i nikt by się o tym nie dowiedział.
– A ty nie jesteś mordercą? – spytałam szybciej, niż zdążyłam pomyśleć.
– Jestem – odpowiedział bez zawahania. – Skłamałbym, gdybym zaprzeczył.
– A co z felirejskimi żołnierzami w zamku? Oni też byli gwałcicielami?
– Nie… – szepnął, uciekając spojrzeniem. – Wtedy się broniłem… – Zesztywniał, zaciskając palce na owocu, który mu dałam. – Nie jestem dobrym człowiekiem. Od kiedy stałem się tym… czymś… robię rzeczy, których się wstydzę.
– To przestań.
– Nie mogę! – warknął, na powrót wbijając we mnie wzrok. – Nie rozumiesz? Ja nie potrafię być normalny, bo nie ma już we mnie nic z normalności! Staram się żyć jak inni, ale czasem wystarczy jedna chwila, by wszystko runęło!
Dobrze wiedziałam, o czym mówił. Nieraz wspominał, że pokrzyżowałam mu plany. Zatrudnił się u mojego wuja i pracował jako stajenny. Wiódł spokojne życie, a ja to zniszczyłam jednym pocałunkiem. Potem nastąpił efekt domina. August zareagował, Kastiel odpowiedział. W końcu pojęłam, że mimo tych wszystkich wydarzeń nigdy nie skrzywdził niewinnej osoby. Upokorzył księcia, który wcześniej mnie obraził. Uderzył mojego ojca, bo ten przedtem zrobił to mnie. Zabił członków załogi, bo ci chcieli mojego nieszczęścia. Tylko dlaczego zamordował tak wielu?
Westchnął ciężko i podjął:
– Jeśli spróbuję walczyć sam ze sobą, nie będę zdolny funkcjonować…
– Więc musisz zabijać?
– Nie muszę. Ale w pewnym momencie tracę kontrolę i nie potrafię się powstrzymać.
Zatem tej nocy też ją utracił. Nie panował nad sobą, więc jak mogłam go winić? Poza tym gdybym nie wykrzyczała jego imienia, nikomu nie stałaby się krzywda… Cóż, prawie nikomu.
Nie cofnęłam się, lecz również się do niego nie zbliżyłam. Stałam na granicy między wdzięcznością a przerażeniem.
– Kastiel?
– Hm?
– Dziękuję…
– Nie, Virelio. – Pokręcił głową. – Za takie rzeczy się nie dziękuje…
– Że postanowiłeś płynąć tym statkiem. – Nie pozwoliłam mu dokończyć. – I za to, że jesteś. Dziękuję.
Uniósł brwi wysoko ze zdumienia. Ewidentnie nie spodziewał się tych słów, one jednak wydawały mi się najrozsądniejsze. Bo kim bym była, gdybym dziękowała za wyrządzone zło? I choć wciąż pulsował we mnie lęk, powoli się uspokajałam. Zupełnie jak tafla wody, która po burzy znów zaczyna wyraźnie odbijać niebo. Nie musiałam wszystkiego rozumieć ani czegokolwiek wybaczać. Ale wiedziałam jedno: nie był potworem.
Oparłam się o reling i utkwiłam wzrok w ciemniejącym horyzoncie. Milczenie, które między nami zapadło, nie ciążyło. Było przyjemne. I potrzebne.
– Co się stało z ciałami?
– Podejrzewam, że już zostały strawione przez morskie bestie.
– Nie pozbyłeś się ich zbyt wielu?
– Załoga musi obejmować odpowiednią liczbę osób. Jeśli jest ich za dużo, to mają za dużo wolnego czasu, przez co wpadają na głupie pomysły. Nie może ich być też za mało, bo ja nie mam pojęcia, jak sterować statkiem. Zakładam, że ty też nie. Choć nie zdziwię się, jeśli powiesz, że gdzieś o tym czytałaś. – Zerknął na mnie z szelmowskim uśmieszkiem.
– Akurat o tym nie czytałam. Nie obawiasz się, że sześciu mężczyzn to trochę za mało?
– Miałem zostawić pięciu, ale kierując się doświadczeniem, wolałem zostawić jednego więcej.
– Doświadczeniem? – powtórzyłam zaintrygowana.
Spojrzałam na niego wymownie, po czym stanęłam obok, wyjmując z kieszeni drugie jabłko.
– Już raz płynąłem askariońskim statkiem, dlatego znałem zamiary tych mężczyzn. Wtedy niestety nie udało mi się uratować obu kobiet, a tylko jedną. I jeszcze nie wiedziałem, że mam chorobę morską, więc nie byłem w dobrej kondycji.
– Ważne, że chociaż jedną udało ci się ocalić. – Uśmiechnęłam się, by dodać mu otuchy. – Czyli pochodzisz z Askarionu? Czemu wyjechałeś?
– Bo mnie wygnali, kiedy się dowiedzieli, że jestem… inny.
Serce ścisnęło mi się w nagłym współczuciu. Nie musiał mówić więcej, bym wyczuła ból, który nosił w sobie od dawna. Choć dziwnie to zabrzmi i trudno w to uwierzyć, miałam wrażenie, że zostaliśmy ulepieni z tej samej gliny. Z tą różnicą, że moją inność dało się o wiele łatwiej zauważyć.
– Nie rozumiem, w czym problem – wypaliłam, a on przyjrzał mi się, jakby nie mógł uwierzyć w to, co powiedziałam.
– Gdybyś wiedziała o mnie wszystko, zrozumiałabyś.
– Oświeć mnie zatem. Mamy czas. Chętnie posłucham. – Splotłam ręce na piersiach.
Wyraźnie walczył z myślami. Milczał przez dłuższą chwilę, aż wreszcie westchnął ciężko i pokręcił głową. Nie spodziewałam się, że postawi na szczerość.
– Urodziłem się normalny, ale jako dziecko poważnie zachorowałem. Mojej matce bardzo zależało, abym wyzdrowiał, a gdy się okazało, że z tego nie wyjdę, postanowiła oddać za mnie życie w jakimś przeklętym rytuale wiedźmy. Od tamtej pory nie byłem już tym samym człowiekiem. Przez kolejne lata cierpiałem. Wraz z wiekiem rósł niewyobrażalny głód, którego nie mogłem zaspokoić. Aż po kilkunastu latach, parę dni przed trzydziestymi urodzinami, nieświadomie skrzywdziłem pewną kobietę. Żywiłem się nią… – Urwał, zerkając na mnie z ukosa, jakby ciekawiła go moja reakcja. – Od tamtego momentu muszę pić krew, aby żyć.
Nic nie mogło mnie przygotować na takie wyznanie. Dotąd nie słyszałam o niczym podobnym. Picie krwi? Nie byłam pewna, co o tym myśleć. Karmił się tą kobietą, a jednak nie słyszałam w jego słowach dumy ani grozy. Przebijało z nich tylko zmęczenie. Smutek. I coś jeszcze. Wstyd, który nie pasował do człowieka zdolnego do okrucieństwa.
– A jeśli nie będziesz się karmić, to umrzesz? – Ostatnie słowo wydusiłam przez ściśnięte gardło.
– Virelio, właśnie w tym problem. Ja nigdy nie umrę.
Zesztywniałam niepewna, czy przypadkiem się nie przesłyszałam. On mówił o nieśmiertelności? To słowo brzmiało jak bajka, legenda, mit niemający niczego wspólnego z rzeczywistością.
– Jeśli przestanę pić krew, to jedynie wyschnę – kontynuował, podczas gdy ja gapiłam się na niego oniemiała. – Stanę się niezdolny do odnalezienia kogoś, na kim mógłbym się pożywić, i jednocześnie skażę się na nieustannie rosnący głód. Po przybyciu na Satetrin postanowiłem zwiedzić cały kontynent. Nie wiedziałem, jak wielka i bezkresna jest Pustynia Trin. Przeleżałem tam trzy lata, póki nie znalazł mnie pewien nieszczęśnik. Odzyskałem siły, dopiero kiedy się nim nakarmiłem.
– Jesteś pewien, że nie możesz umrzeć?
Zaśmiał się gorzko. Dlaczego bawiło go to, co we mnie wywoływało tak wielkie poruszenie? Prędko jednak mnie olśniło. To nie było rozbawienie, lecz pogodzenie się z rzeczywistością. On po prostu zaakceptował swój los. Ale to nie były ulga ani spokój, tylko milcząca rezygnacja kogoś, kto zbyt długo walczył, aż w końcu stracił wiarę.
– Tak pewien jak ostrza, które sto czterdzieści lat temu przeszyło moje serce i odebrało mi życie jedynie na pewien czas.
Zapadła głucha cisza, pośród której niosły się echem dwa słowa: „sto czterdzieści”, podczas gdy Kastiel wyglądał na trzydziestolatka.
Byłam oszołomiona informacjami, jakimi się ze mną podzielił. Milczałam nie dlatego, że nie miałam pytań, bo akurat ich miałam aż nadto. Żadne z nich jednak nie wydawało się odpowiednie, by je teraz zadać. Dlatego stałam w bezruchu, czując, że ten mężczyzna właśnie odsłonił przede mną kawałek piekła, które nosił w sercu od bardzo dawna.
– Jestem tym zmęczony – kontynuował, przecierając twarz dłonią, a w drugiej wciąż ściskał jabłko. – Zmęczony życiem, wieczną tułaczką i tym, że muszę się ukrywać.
– Ukrywasz to, że pijesz krew?
– Tak. To przeraża ludzi najbardziej. Ale nigdzie nie mogę zagrzać miejsca dłużej, bo się nie starzeję, co z czasem zaczyna wzbudzać podejrzenia. U lorda Vanthorina było mi dotychczas najlepiej i bardzo nie chciałem odchodzić, lecz zbyt wiele osób w zamku poznało moje prawdziwe oblicze.
Wcześniej powiedział, że znudziła mu się rola stajennego. Mimo to nie zamierzałam mu wypominać kłamstwa.
– Tak wiele lat minęło… – podjął. – Nie sądziłem, że znów usłyszę, jak nazywają mnie demonem.
– I to cię tak boli? To jedno słowo? – spytałam, a on popatrzył na mnie z rozczarowaniem, jakby jego cały wywód poszedł na marne. – Nie wychodziłam z domu, odkąd pamiętam. Nie widziałam miasta ani nie miałam pojęcia, jak wygląda prawdziwe życie. Wychowałam się w królestwie, gdzie mieszkańcy mają taką urodę, że są uznawani przez ignorantów za klony. Jasna jak porcelana skóra i atramentowe włosy, a obok ja, całkowite ich przeciwieństwo. Każdy dostrzegał we mnie wynaturzenie. Egzotyczne dziwadło… Spojrzenia, jakimi mnie obrzucali od dziecka, były różne, zwykle pełne pogardy, czasem fascynacji lub współczucia, ale najczęściej widziałam obrzydzenie. Myślisz, że się tym przejmowałam? Czemu bym miała, skoro to nie mój problem, tylko ich? To przecież im się nie podobało, jak wyglądam, nie mnie. To nie moja wina, że się taka urodziłam. Jak również nie twoja wina, że taki się stałeś. Nie miałeś na to wpływu. A wieczność, której tak nie cierpisz? – Pokręciłam głową i odwróciłam wzrok na srebrzysty księżyc. – Gdybym miała przed sobą wieczność, zwiedziłabym każdy zakamarek świata, nauczyłabym się grać na każdym instrumencie, spróbowałabym każdej potrawy, przeczytałabym tysiące książek, poznałabym wiele rzeczy, na które normalnemu człowiekowi nie starczyłoby życia, i nigdy bym się nie zatrzymywała. Gdybym zaś miała taką siłę, jaką ty posiadasz, nie pozwoliłabym się zamknąć w złotej klatce. A gdyby nazywali mnie demonem, nawet bym się nie kłóciła. – Na powrót spojrzałam w jego piękne oczy i dodałam z mocą: – Bo to oni powinni się lękać i martwić o ucieczkę, a nie ty. Ten, który jest niezwyciężony.
Wpatrywał się we mnie tak, jakbym zdradziła mu największą tajemnicę, która dla mnie wydawała się oczywista.
– Poza tym ja nie uważam cię za demona. Nawet teraz, kiedy wyznałeś mi całą prawdę.
Na jego obliczu malowała się mieszanina ulgi, niedowierzania i… wdzięczności.
– Nie wiesz, co mówisz – wyszeptał.
– Może. Ale wiem, co czuję – odparłam cicho. – Zrozum wreszcie, że to od ciebie zależy, kim jesteś naprawdę. Możesz się stać demonem i siać piekło na ziemi, jak robił mi to latami mój własny ojciec, albo możesz udowodnić innym, jak bardzo się mylą. Masz siłę. Wykorzystaj ją mądrze i nie pozwól, by zgasili twoją iskrę. – Zamilkłam na moment, próbując opanować drżenie głosu. – Nie pozwól im uczynić z ciebie potwora tylko dlatego, że łatwiej im cię potępić, niż spróbować zrozumieć.
Kastiel nie patrzył na mnie jak na dziwaczkę, która z uporem wierzyła w dobro tam, gdzie od dawna nie istniało, ale jak na światło w ciemności. W jego oczach coś się zmieniło. Jakby runął mur, który latami wznosił, aby się ukryć przed całym światem. Kiedy milczenie stawało się niezręczne i chciałam je przerwać, niespodziewanie mnie objął.
Zacisnął na moim drobniutkim ciele swoje potężne ramiona. Zrobił to z zaskakującą delikatnością. Czułam jego usta w zagłębieniu między ramieniem a szyją. A gdy się odezwał, jego ciepły oddech wywołał na mojej skórze przyjemny dreszcz.
– Dziękuję, Virelio – szepnął. – Dziękuję, że ty jedyna spróbowałaś mnie zrozumieć.
Kiedy szok minął, uśmiechnęłam się pogodnie, po czym położyłam dłoń na jego plecach, by go nieśpiesznie i czule poklepać. Raz, drugi, trzeci. Pierwszy raz zamiast silnego, władczego mężczyzny ujrzałam zagubionego, samotnego chłopca. I choć nadal obejmował mnie mocno, miałam wrażenie, że to ja trzymałam jego.
– Jesteś niezwyciężony, Kastielu – powiedziałam cicho, by dać mu siłę, którą gdzieś utracił. – I dobry. Nigdy o tym nie zapominaj.
