Copycat - Mieczysław Gorzka - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Copycat ebook i audiobook

Mieczysław Gorzka

4,6
29,98 zł
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego

Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Możesz naprzemiennie czytać i słuchać. Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+


Dowiedz się więcej o KMK i KK+

272 osoby interesują się tą książką

Opis

Agnieszka Dudek. Kiedyś patrzyła śmierci prosto w oczy. Jako nastolatka została w ostatniej chwili uratowana przez policję z piwnicy brutalnego oprawcy. Dziś jest uznaną pisarką. Próbuje zostawić przeszłość za sobą i wciąż uczy się żyć normalnie.

Robert Wójtowicz. Kiedyś otarł się o śmierć, a wspomnienie tamtych wydarzeń do dziś wywołuje w nim paraliżujący lęk. Dziś jest cenionym fotografem, lecz zmaga się z wieloma fobiami. Rzadko opuszcza swój dom, który stał się jego jedynym bezpiecznym azylem.

Marek Rosiński. Kiedyś śmierć zburzyła jego bezpieczne życie. Odebrała mu ojca – policjanta, który zginął tragicznie. Dziś sam jest policjantem w stopniu komisarza.

Pewnego dnia śmierć wraca, żeby dokończyć dzieło rozpoczęte przed laty.

Tym razem ma imię Copycat.

Mieczysław Gorzka urodził się w 1969 roku w Środzie Śląskiej, od wielu lat mieszka we Wrocławiu. Z wykształcenia ekonomista, ale od zawsze jego największą pasją jest pisanie. Realizuje się w różnych gatunkach, jednak największe uznanie czytelników przyniosły mu powieści kryminalne.

Twórca postaci nadkomisarza Marcina Zakrzewskiego, pojawiającego się w powieściach: Martwy sad (2019), Iluzja (2019) i Totentanz (2020), Polowanie na psy (2021), Dziewięć (2021), Lilie (2022), Nie-Anioł (2024) i Zła przeszłość (2025) oraz Laury Wilk i Macieja Lesieckiego bohaterów powieści Poszukiwacz Zwłok (2023) i Wilczyca (2024).

Poza seriami opublikowano dotąd utwory: Krwawnica (2022), Burza (2023), Rok zmian (2025), Spadek po mojemu (2026) i wspólnie z Michałem Śmielakiem Cienie dawnych grzechów (2024).

Powieści Klątwa (2024) i Przedostatni smok (2025) zostały wydane przez autora samodzielnie, żeby wesprzeć kilka zaprzyjaźnionych z nim małych księgarni stacjonarnych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 426

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 35 min

Lektor: Mariusz Bonaszewski

Oceny
4,6 (1131 ocen)
851
190
64
17
9
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
izuniaka

Całkiem niezła

Niezły kryminal, ale bywaly lepsze u Pana Gorzki.
40
sylwiabzibzia

Nie polecam

To jest najgorsza książka Gorzki. Idiotyczna, z patetycznym monologami głównego bohatera, zagmatwana, ekstremalnie nierealistyczna. Koszmar
30
Kak_tu_sowa

Z braku laku…

Hmyy i nie wiem co powiedzieć, bo jestem rozczarowana szczerze mówiąc, co mnie zaskoczyło. Nie wiem też czy to nie zasługa Bonaszewskiego bo zwyczajnie mi to nic nie grało. Momentami dziwnie czytana nie wiem czy to też nie miało wpływu na tą historię, która w połowie porzuciłam ale jednak postanowiłam do niej wrócić. Lektor miałam wrażenie w pośpiechu wypluwa więc słowa. Pierwsza książka tego autora która zwyczajnie mi nie leży i sama historia też naciągana. Jestem fanką Gorzki niektóre jego pozycje to był dla mnie prawdziwy sztos polecam je po dziś dzień komu tylko się da, ale tutaj pierwsza według mnie najsłabsza jego książka.
20
WitoldKapielski

Nie polecam

Głupota goni głupotę.
20
szachimacio
(edytowany)

Z braku laku…

Tym razem autor zafundowal nam romansidlo z erotycznymi wstawkami. Bardzo przwidywalne prawie od poczatku. Gdyby jeszcze lektor sie spisal ,to moze moglby uratowac to to... niestety. Wielkie rozczarowanie.
20



Copy­ri­ght © 2026 by Mie­czy­sław Gorzka Copy­ri­ght © 2026 by Wydaw­nic­two Czarna Owca

All rights rese­rved

Wydawca: Marek Kor­czak Redak­cja: Marta Tyczyń­ska-Lewicka, Jacek Ring Korekta: Maciej Kor­ba­siń­ski, Beata Wój­cik Pro­jekt okładki: Urszula Pągow­ska PR i stra­te­gia pro­mo­cyjna: Bogna Pie­chocka Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer: Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 12 sierp­nia 2026 ISBN 978-83-8457-026-5

Tekst

Fuck you and your kil­ling lies

I hate your pis­sing atti­tude

Why did you have to go so low

Tru­eler – Copy­cat

What if I break the silence?

What if I do for­give the past?

Suc­king like a vam­pire

The blood of all your friends

But sorry, my blood was poiso­ned

Now burn in hell

You kil­led the love

You kil­led the trust

What if I break the silence

What if I do for­give the past?

Lacri­mosa, Copy­cat

Początek

Dwa­dzie­ścia trzy lata wcze­śniej…

Tego dnia od rana było szaro, ponuro, a z nieba sią­pił deszcz.

To był zły dzień.

Kto wie, czy nie naj­gor­szy w życiu trzy­na­sto­let­niego chłopca, jakim był wtedy Marek Rosiń­ski? Gor­szy nawet niż ten, w któ­rym jego matka została napad­nięta, pobita i tra­fiła na kilka dni do szpi­tala. Wtedy strasz­nie się o nią bał, ale prze­cież była jego matką – naj­sil­niej­szą na świe­cie i naj­mą­drzej­szą. Świę­cie wie­rzył, że wyzdro­wieje. Nie dopusz­czał do sie­bie innej myśli. Nie pomy­lił się.

Teraz było ina­czej.

Czuł roz­pacz, przy­gnę­bie­nie i brak nadziei. Bez­względny mor­derca dzieci, gra­su­jący od kilku lat w oko­li­cach Środy Ślą­skiej, nie­uchwytny dla poli­cji, porwał jego naj­lep­szą przy­ja­ciółkę z podwórka, Agnieszkę Dudek. Na początku oczy­wi­ście nikt z doro­słych nie chciał mu nic powie­dzieć. Po ich mar­so­wych minach i sztucz­nych uśmie­chach szybko poznał, że stało się coś strasz­nego. Pró­bo­wał pytać mamę, lecz nic mu nie powie­działa i zaraz wyszła z domu, nie mówiąc mu, dokąd idzie. Na progu abso­lut­nie zabro­niła mu opusz­czać miesz­ka­nie.

Prze­ra­żony Marek został posłusz­nie z poli­cjan­tem pil­nu­ją­cym ich rodziny od czasu napadu na mamę. Wujek Michał był poste­run­ko­wym, jed­nym z pod­wład­nych ojca Marka, komi­sa­rza Rosiń­skiego. Pry­wat­nie wujek miesz­kał dwie ulice od ich bloku, Marek znał go od dzie­ciń­stwa i bar­dzo lubił z nim roz­ma­wiać, i grać z nim w makao. Poli­cjant rów­nież darzył Marka wielką sym­pa­tią. To on w końcu ugiął się pod pre­sją próśb chłopca i powie­dział mu o Agnieszce.

Marek Rosiń­ski poczuł, jakby ktoś wepchnął mu bryłę lodu do gar­dła.

Tylko nie Aga!

Prze­ra­że­nie spo­wo­do­wało dziwną sła­bość w nogach i drże­nie warg. Oczy zaczęły go nie­po­ko­jąco piec, ale się nie roz­pła­kał. Nic nie powie­dział. Usiadł na łóżku w swoim pokoju i sie­dział jak ska­mie­niały, nie sły­sząc już ani jed­nego ze słów pocie­sze­nia pły­ną­cych z ust poli­cjanta.

Tylko nie Aga!

Była tylko jedna osoba, która mogła ura­to­wać Agnieszkę Dudek. Jego ojciec!

Sko­rzy­stał z pierw­szej oka­zji do ucieczki. Poste­run­kowy poszedł do kuchni, wtedy Marek wło­żył po cichu trampki i wybiegł z miesz­ka­nia.

Dopiero kiedy biegł ulicą, roz­pła­kał się. Oczy zaszły mu gwał­tow­nie łzami, które popły­nęły po policz­kach i zmie­szały się z kro­plami desz­czu. Prze­stał cokol­wiek widzieć. Biegł jed­nak szybko w górę ulicy Kole­jo­wej. Drogę znał na pamięć. Po pew­nym cza­sie za ple­cami usły­szał woła­nie poste­run­ko­wego. Było jed­nak odle­głe i tylko upew­niło go, że zdąży do ojca, zanim zosta­nie dości­gnięty. Myśl ta dodała mu skrzy­deł i wlała w serce nadzieję.

Skrę­cił w prawo w krótką uliczkę Świę­tego Andrzeja, na któ­rej do dzi­siaj znaj­duje się budy­nek komi­sa­riatu poli­cji, i wtedy gwał­tow­nie się z kimś zde­rzył. Poczuł, jak silne dło­nie chwy­tają go za ramiona i unie­ru­cha­miają. Wszystko stra­cone, poste­run­kowy na pewno go teraz dogoni i nie pozwoli prze­szka­dzać ojcu w pracy. Marek pod­niósł wzrok na góru­ją­cego nad nim wzro­stem męż­czy­znę i znowu odzy­skał nadzieję. Przy­trzy­my­wał go naj­lep­szy przy­ja­ciel ojca i zara­zem jego naj­bliż­szy współ­pra­cow­nik, komi­sarz Romu­ald Greń.

– Muszę się zoba­czyć z tatą – wysa­pał cicho, patrząc na niego bła­gal­nie. – Porwali Agnieszkę…

Zanim odpo­wie­dział, Greń zmie­rzył go badaw­czym spoj­rze­niem i przez jego twarz prze­mknął gry­mas, któ­rego mały chło­piec nie zro­zu­miał.

– Wszystko będzie dobrze – ode­zwał się poli­cjant. – Na pewno znaj­dziemy pory­wa­cza.

– Ale ja muszę do taty…

W tej chwili dogo­nił ich poste­run­kowy i zatrzy­mał się, ciężko dysząc. Nie wziął z miesz­ka­nia czapki, blond włosy na grzywce miał mokre i potar­gane.

– Prze­pra­szam – wysa­pał. – Zaga­pi­łem się.

– Nie szko­dzi – odpo­wie­dział mu Greń, po czym spoj­rzał na Marka i zmierz­wił mu dło­nią mokre włosy. – Zmok­niesz cały. Chodź, zapro­wa­dzę cię na chwilę do ojca. On na pewno cię pocie­szy.

Od skrzy­żo­wa­nia z Kole­jową do budynku komendy poli­cji było dwie­ście metrów. To dziwne, ale Marek Rosiń­ski dokład­nie zapa­mię­tał każdą sekundę tej drogi i póź­niej, kiedy był już doro­sły, wie­lo­krot­nie wra­cała mu w pamięci w coraz bar­dziej nie­re­al­nej poświa­cie. Wyda­wało mu się, że wszystko wtedy odby­wało się jakby w zwol­nio­nym tem­pie. Szli nie­praw­do­po­dob­nie wolno, ich kroki odbi­jały się echem, zupeł­nie jakby znaj­do­wali się na kory­ta­rzu jakie­goś opusz­czo­nego urzędu pań­stwo­wego. Kroki brzmiały i brzmiały, a oni szli i szli.

Po prze­ciw­nej stro­nie ulicy cią­gnął się mur, a za nim strze­lała w niebo wielka, gotycka budowla z czer­wo­nej cegły – Kościół pod wezwa­niem Świę­tego Andrzeja. Marek zawsze patrzył na bryłę kościoła z sza­cun­kiem i podzi­wem. Nie wyobra­żał sobie, jak można było wznieść tak oka­załą budowlę. Ile do tego potrzeba cegieł. Nie dałoby się ich poli­czyć na żad­nym kal­ku­la­to­rze!

Kościół góro­wał nad małym budyn­kiem komendy miej­skiej poli­cji, jakby drwiąc sobie z wła­dzy świec­kiej, która od końca dru­giej wojny świa­to­wej pró­bo­wała wyko­rze­nić na stałe reli­gię ze spo­łe­czeń­stwa. Bez­sku­tecz­nie. Karzeł nie mógł poko­nać giganta. Dosko­na­łym przy­kła­dem była ulica Świę­tego Andrzeja, na któ­rej po jed­nej stro­nie stał mały budy­nek komendy, jesz­cze do nie­dawna mili­cji, teraz poli­cji, a po dru­giej – oka­zały i maje­sta­tyczny kościół.

Marek pamię­tał, że tego dnia gmach kościoła wyglą­dał jakoś ina­czej. Tajem­ni­czo i… zło­wrogo. Tak przy­naj­mniej zapamię­tał go mały chło­piec, który tego dnia, za chwilę, miał zoba­czyć swo­jego ojca ostatni raz w życiu.

1. Wstręt

(17 maja 2025 – sobota)

– Chyba jeste­śmy na miej­scu.

Przy jed­nym ze zjaz­dów w leśną dróżkę, na pobo­czu po pra­wej stro­nie drogi, zoba­czyli zapar­ko­wany srebrno-nie­bie­ski radio­wóz. Joanna zdjęła nogę z gazu, wrzu­ciła kie­run­kow­skaz i zatrzy­mała służ­bową Skodę Superb zaraz za nim. Marek wysiadł pierw­szy i cie­ka­wie rozej­rzał się wokoło.

Polna droga pełna dziur, które po ostat­nich desz­czach wypeł­niły się wodą, pro­wa­dziła w głąb lasu. Na linii drzew stał zapar­ko­wany jesz­cze jeden pojazd – stary woj­skowy jeep. Wła­śnie wysia­dało z niego dwóch męż­czyzn: poli­cjant w mun­du­rze i drugi po cywil­nemu. Od razu rzu­cały się w oczy ich ubło­cone buty i spodnie mokre pra­wie do kolan. Marek pew­nie ruszył w ich stronę.

– Sier­żant Jabłoń­ski? – zapy­tał.

– Tak.

– Komi­sarz Marek Rosiń­ski z komendy woje­wódz­kiej we Wro­cła­wiu.

Poka­zał mu odznakę i uści­snęli sobie dło­nie. Poli­cjant przed­sta­wił dru­giego męż­czy­znę.

– To mój brat, Jerzy – powie­dział. – Mieszka w wio­sce nie­opo­dal tego miej­sca. Ma tere­nowy samo­chód, więc popro­si­łem go o pomoc. To jest dosyć daleko w lesie, a tą drogą po desz­czu może prze­je­chać tylko mocne auto.

– Rozu­miem.

W tym momen­cie obok nich sta­nęła Aśka.

– To jest pod­ko­mi­sarz Joanna Boro­wiec – przed­sta­wił ją Marek. – To z Joanną roz­ma­wiał pan tele­fo­nicz­nie. Pra­cu­jemy razem.

Po wymia­nie kolej­nych uści­sków dłoni sier­żant spoj­rzał na nich pyta­jąco.

– To może poje­dziemy? – zapy­tał. – Będziemy mieli czas poroz­ma­wiać po dro­dze.

– Dobrze.

Wsie­dli do jeepa. Roz­rusz­nik zazgrzy­tał prze­raź­li­wie i ruszyli w głąb lasu. Kie­rowca pro­wa­dził auto wolno i uważ­nie. Błoto i kałuże były w nie­któ­rych miej­scach tak wiel­kie, że nawet auto z napę­dem na cztery koła mogło im nie spro­stać. Dwa razy zda­rzyło się, że musieli zje­chać z drogi i szu­kać prze­jazdu, lawi­ru­jąc pośród drzew. Liczący wiele lat sil­nik samo­chodu wyda­wał przy tym odgłosy, jakby za chwilę miał eks­plo­do­wać albo w naj­lep­szym razie roz­paść się na kawałki. Na domiar złego w środku wszystko drżało i stu­kało. Musieli prze­krzy­ki­wać cały ten zgiełk, żeby się usły­szeć. Marek z Joanną usie­dli na tyl­nym sie­dze­niu, a poli­cjant na miej­scu pasa­żera z przodu. Nie patrzył na drogę, cały czas obró­cony był w ich stronę.

– Tak jak mówi­łem, na nasz poste­ru­nek w Mili­czu przy­szedł wczo­raj list pole­cony – powie­dział sier­żant Jabłoń­ski. – Nie wiem, dla­czego nikt go nie otwo­rzył od razu. W końcu ja się nim zain­te­re­so­wa­łem. Bra­ko­wało nadawcy, ale na koper­cie przy­kle­jono znaczki i napi­sano nasz adres.

Podał Mar­kowi foliową koszulkę z kopertą for­matu B5. Ten obej­rzał ją szybko i oddał Aśce.

– Stem­pel pocz­towy z Wro­cła­wia – zauwa­żyła.

– Roz­pa­ko­wa­łem list. W środku była tylko dokładna mapa tych oko­lic z zazna­czo­nym krzy­ży­kiem. Krzy­żyk opi­sany został jako miej­sce ukry­cia zwłok.

Teraz podał im drugą koszulkę. Mapę w środku tak zagięto, żeby widać było frag­ment, o któ­rym mowa. Marek przyj­rzał się nie­dba­łemu dopi­skowi czer­wo­nym cien­ko­pi­sem umiesz­czo­nemu tro­chę z boku zazna­czo­nego punktu. Joanna też pochy­liła się zain­try­go­wana. Na wer­te­pach pra­wie zde­rzali się gło­wami. Aśka odsu­nęła się, zie­wa­jąc osten­ta­cyj­nie, jakby cią­gle jesz­cze nie mogła się obu­dzić.

– Nie wie­dzia­łem za bar­dzo, co zro­bić – cią­gnął poli­cjant. – Wczo­raj było już późno, wie pan, pią­tek, kole­dzy poszli do domu. Nie mia­łem nawet kogo zapy­tać o zda­nie. Pomy­śla­łem, że skoro dzi­siaj i tak mam służbę, popro­szę brata, żeby mnie tu przy­wiózł. Tak się składa, że pocho­dzimy z tych oko­lic i w dzie­ciń­stwie czę­sto cho­dzi­li­śmy po tych lasach na grzyby.

– Teraz też cza­sem to robimy – ode­zwał się po raz pierw­szy kie­rowca.

– Szcze­rze mówiąc, myśla­łem, że ktoś sobie kawał jakiś robi. Kiedy jed­nak dzi­siaj rano tam poje­cha­li­śmy… No cóż, zna­leź­li­śmy zwłoki kobiety.

Sier­żant zamilkł.

– Rozu­miem. – Komi­sarz Rosiń­ski poki­wał głową.

W tym momen­cie sil­nik pojazdu zawył ostrze­gaw­czo i utknęli w kałuży. Kie­rowca szybko wrzu­cił wsteczny, skrzy­nia bie­gów zarzę­ziła dono­śnie, koła zabuk­so­wały i udało im się wyco­fać, omi­nąć kałużę i ruszyć dalej przez las. Nad maską auta uno­siły się kłęby pary wod­nej.

– Uwa­żaj, Jurek – powie­dział poli­cjant.

– Zaga­pi­łem się.

– Czy ktoś jesz­cze oprócz pana doty­kał koperty i mapy? – zapy­tała Joanna.

– Koperty pew­nie wiele osób – odparł sier­żant. – Co do mapy, jestem pewien, że była wyłącz­nie w moich rękach.

– Jasne. Daleko jesz­cze?

– Kilka minut.

Marek obej­rzał się do tyłu, potem wycią­gnął szyję i spoj­rzał przez przed­nią szybę. Droga pro­wa­dziła przez gęsty las liścia­sty, cza­sem do góry, cza­sem w dół, i lawi­ro­wała pomię­dzy zie­lo­nymi gęstwi­nami krza­ków. Szare chmury od wielu dni przy­sła­niały niebo, izo­lu­jąc zie­mię od pro­mieni sło­necz­nych i pogrą­ża­jąc ją w desz­czo­wej sza­ro­ści. Szcze­gól­nie dawało się to odczuć pośrodku lasu. Auto miało włą­czone świa­tła, lecz ten fakt niczego nie zmie­niał.

– O któ­rej zna­lazł pan zwłoki? – zapy­tała pod­ko­mi­sarz.

– Ponad dwie godziny temu. W tym miej­scu mój tele­fon nie ma zasięgu. Żeby po was zatele­fonować, musia­łem wró­cić do głów­nej drogi.

Wresz­cie jeep sta­nął.

Wysie­dli.

Jabłoń­ski wska­zał im lewą stronę drogi. Poszli za nim gęsiego po wyraź­nie wydep­ta­nej ścieżce pośród rzad­kich traw wyra­sta­ją­cych ze ściółki. Trawy pokry­wały wiel­kie kro­ple rosy i natych­miast zamo­czyli buty i spodnie. W lesie było chłodno i wil­gotno.

– Jak pan zna­lazł to miej­sce? – zapy­tała ze zdzi­wie­niem idąca na końcu Boro­wiec. – Nawet z mapą tra­fie­nie tu gra­ni­czy z cudem.

Zdą­żyła już wyjąć papie­rosa i zapa­lić. Cią­gnął się za nią siwy obło­czek dymu.

Jabłoń­ski, nie zatrzy­mu­jąc się, rzu­cił jej do tyłu zado­wo­lone spoj­rze­nie.

– Pro­ste – odpo­wie­dział. – Tu jest taki mały sta­wek leśny. Pamię­tam go jesz­cze z dzie­ciń­stwa, jak był więk­szy. Teraz zarósł pra­wie zupeł­nie.

Marek przy­po­mniał sobie, że na mapie rze­czy­wi­ście zazna­czone było oczko wodne.

Po następ­nych kil­ku­dzie­się­ciu kro­kach sier­żant zatrzy­mał się i wska­zał im coś pal­cem.

– Pod tymi dwoma drze­wami – powie­dział.

– Pro­szę tu zacze­kać.

– Dobrze.

Dalej poszli już tylko we dwoje. Po pra­wej stro­nie, tak jak mówił poli­cjant, znaj­do­wał się zaro­śnięty wodną roślin­no­ścią staw. Na jego skraju rosły bar­dzo bli­sko sie­bie dwie olchy. U ich stóp dostrze­gli przy­kryte gałę­ziami ciało. Pode­szli bli­sko, uważ­nie patrząc pod nogi, cho­ciaż zda­wali sobie sprawę, że zna­le­zie­nie śla­dów na leśnej ściółce, po kilku dniach inten­syw­nych desz­czów, było nie­moż­liwe.

Kobieta leżała na brzu­chu, twa­rzą do ziemi. Jej prawa ręka uło­żona była wzdłuż ciała, lewa scho­wana pod brzu­chem, nogi zgięte w kola­nach pod nie­wiel­kim kątem, burza mokrych blond wło­sów ota­czała głowę, unie­moż­li­wia­jąc zaj­rze­nie denatce w twarz. Na lewej nodze bra­ko­wało buta, raj­stopy miała podarte w wielu miej­scach, widać było liczne otar­cia na skó­rze, które nabrały nie­przy­jem­nej sinej barwy. Ubrana była w czarną spód­nicę mini. Na jasno­zie­lo­nej kurtce w oko­li­cach lewej łopatki wid­niała wielka, cho­ciaż już roz­myta przez pada­jący deszcz, czarno-czer­wona plama krwi. Ktoś nie­dbale rzu­cił na zwłoki kilka zna­le­zio­nych pew­nie nie­opo­dal suchych gałęzi, sta­ra­jąc się w ten spo­sób – raczej bez­sku­tecz­nie – je zama­sko­wać.

Rosiń­ski stał z rękami wci­śnię­tymi głę­boko w kie­sze­nie spodni, Aśka rzu­ciła nie­do­pa­łek na mokrą ściółkę, przy­du­siła go pode­szwą buta i zaczęła krą­żyć dookoła zwłok, uważ­nie się im przy­pa­tru­jąc.

– Dobrze, że ten poli­cjant ma wię­cej oleju w gło­wie od swo­jego brata – wyce­dziła przez zęby.

– Pan Jerzy nie wpadł ci w oko? – zakpił Marek.

– Wygląda, jakby skoń­czył trzy klasy, ale w czte­rech pod­sta­wów­kach.

Rosiń­ski par­sk­nął śmie­chem i zaraz się opa­no­wał, zer­ka­jąc szybko do tyłu na sto­ją­cego w oddali sier­żanta. Śmiech echem roz­szedł się po lesie.

– Nie śmiej się z czło­wieka. Gdyby nie jego dobra wola, musie­li­by­śmy tu przyjść pie­chotą.

– Co to dla cie­bie, bie­ga­cza?

– Mogę bie­gać, ale cho­dze­nie okrop­nie mnie męczy.

Popa­trzyła na niego iro­nicz­nie, po czym przy­kuc­nęła po dru­giej stro­nie zwłok i sta­rała się zaj­rzeć ofie­rze w zakrytą wło­sami twarz.

– Cią­gle cię męczy kac? – zapy­tała.

– Jak cho­lera!

– Gdzie tu logika? Tre­nu­jesz do mara­tonu, bie­gasz dzie­siątki kilo­me­trów, a póź­niej upi­jasz się do nie­przy­tom­no­ści.

– Jedno nie prze­szka­dza dru­giemu.

– Ta! Nie­zła teo­ria.

Wstała z kucek.

– Nic nie widać…

Sta­nęła obok Marka i też wci­snęła dło­nie w kie­sze­nie spodni.

Joanna Boro­wiec była jego wzro­stu, miała ciemne, pro­ste włosy się­ga­jące do ramion, zawsze w pracy upięte sta­ran­nie w koń­ski ogon, brą­zowe oczy i sze­roki uśmiech. Ubie­rała się zazwy­czaj w obci­słe spodnie, pod­kre­śla­jące jej kobiece kształty, i skó­rzaną kurtkę z dużą liczbą zam­ków bły­ska­wicz­nych. Nie­raz widział, jak faceci na kory­ta­rzach komendy tęsk­nie odpro­wa­dzają ją wzro­kiem. Nie­dawno skoń­czyła trzy­dzie­ści dwa lata i była od niego o cztery lata młod­sza. Pra­co­wali ze sobą dopiero od początku roku, odkąd została prze­nie­siona z komendy miej­skiej. Jesz­cze wcze­śniej pra­co­wała w Pozna­niu.

Miała wszyst­kie cechy dobrego poli­cjanta, cho­ciaż na początku tego nie dostrze­gał. Może dla­tego, że cią­gle spra­wiała wra­że­nie, jakby jej się nie chciało, albo zie­wała i zasy­piała w aucie, jakby wciąż była nie­wy­spana. Dopiero po jakimś cza­sie zmie­nił o niej zda­nie. Tak naprawdę była docie­kliwa, logiczna do bólu, cza­sem sta­wała się ner­wowa, kiedy coś jej nie wycho­dziło, uwiel­biała swoją pracę i pod­po­rząd­ko­wała jej całe życie oso­bi­ste. Kie­dyś wyrwało się jej po paru drin­kach, że już dawno nie miała faceta. Brak czasu, tłu­ma­czyła. Kiedy tylko nada­rzała się oka­zja, potra­fiła się też nie­źle zaba­wić. Kole­dzy w wydziale do dzi­siaj wspo­mi­nają, jak pierw­szy raz wyszli na wódkę do jakie­goś baru. Piła równo z face­tami i nikt jej nie spro­stał.

Od pierw­szego spo­tka­nia z Joanną Rosiń­ski posta­no­wił, że będzie trak­to­wać ją z pew­nym dystan­sem, jak star­szy i bar­dziej doświad­czony kolega. Ona jed­nak miała tak bez­po­średni spo­sób bycia, że nawet nie zauwa­żył, kiedy zaczęli roz­ma­wiać o wszyst­kim, jakby znali się od lat. Co wię­cej, Marek polu­bił jej zaczepki i zło­śli­wo­ści. Mógłby z nią roz­ma­wiać bez prze­rwy.

Wycią­gnęła z kie­szeni kurtki paczkę papie­ro­sów, wło­żyła jed­nego do ust i zapa­liła. Paliła bar­dzo dużo i wcale nie ukry­wała, że to lubi. Kupo­wała zawsze cien­kie men­to­lowe papie­rosy i zwy­kle miała otwar­tych jed­no­cze­śnie kilka paczek. Jedną nosiła w kie­szeni, drugą trzy­mała w skrytce w aucie, kolejną w biurku. Marek zło­śli­wie mówił, że pew­nie w domu otwarte paczki trzyma w każ­dym pomiesz­cze­niu, żeby daleko nie cho­dzić. Zawsze gubiła gdzieś zapal­niczki, dla­tego czę­sto kupo­wała nowe. Potem te zgu­bione nagle się odnaj­dy­wały i walały się wszę­dzie w biu­rze. Parę dni wcze­śniej Marek pozbie­rał te odna­le­zione – było ich sześć – i roz­dał innym palą­cym kole­gom.

– Komi­sarz Marek Rosiń­ski, miło­śnik kobiet i dobrej whi­sky – ode­zwała się nagle. – Albo odwrot­nie. Już nie pamię­tam. Zresztą róż­nica nie­wielka.

– Co?

– Takie opo­wie­ści o tobie krążą po wydziale. Wcze­śniej nie wie­dzia­łam, na co cię stać. Teraz zaczy­nam sobie co nieco wyobra­żać.

Pół­to­rej godziny wcze­śniej ledwo wycią­gnęła go z łóżka. W jed­nej z knaj­pek na rynku spo­tkał się z przy­ja­cie­lem z cza­sów stu­diów i nie pamię­tał, jak wró­cił nad ranem do domu.

– Tak mówią? – zapy­tał. – Kto?

– Twoi kole­dzy.

– Pierw­sze sły­szę…

– To jak miała na imię ta laska?

Spoj­rzał na nią z ukosa, tro­chę zasko­czony fał­szywą nutą w tonie jej głosu. Niby miała być kpina, a wyszło nie wia­domo co.

– Johnny.

– Ach tak! – Poki­wała głową osten­ta­cyj­nie, dając do zro­zu­mie­nia, że nie wie­rzy w takie tłu­ma­cze­nia.

Zamil­kli, patrząc na leżące przed nimi zwłoki. Marek jesz­cze raz obej­rzał się na sier­żanta Jabłoń­skiego i przy­wo­łał go gestem dłoni. Zanim poli­cjant przy­szedł, zapy­tał Joannę:

– I co o tym myślisz?

W jed­nej sekun­dzie znowu była śled­czą.

– Uło­że­nie ciała wska­zuje, że zgi­nęła w tym miej­scu – powie­działa. – Nie pytaj mnie, co robiła na takim odlu­dziu. Nie mam poję­cia.

– Mor­derca strze­lił jej w plecy, upa­dła i tak już została – dodał Marek.

– Też tak uwa­żam. – Poki­wała głową. – Otar­cia na nogach i brak jed­nego buta suge­rują, że przed kimś ucie­kała, prze­dzie­ra­jąc się przez zaro­śla. Sprawca musiał ją w tym miej­scu dogo­nić i zastrze­lić. Zauważ, że ni­gdzie nie widać torebki. Kobieta ni­gdzie nie rusza się bez torebki. Musiała ją wyrzu­cić pod­czas ucieczki. Trzeba dokład­nie prze­cze­sać połać lasu. Moim zda­niem gdzieś musi być but, torebka i może coś jesz­cze.

– Masz rację.

– Ciało nie­zbyt przy­jem­nie pach­nie, widać już począ­tek pro­ce­sów roz­kładu. Musi tu leżeć jakiś czas.

Zamil­kła i spoj­rzała na bla­dego Jabłoń­skiego.

– Dobrze się pan czuje? – zapy­tała.

– Nie jestem przy­zwy­cza­jony do takich wido­ków – odpo­wie­dział, z tru­dem prze­ły­ka­jąc ślinę.

– Jeśli panu nie­do­brze, pro­szę wró­cić do auta. Zaraz też tam podej­dziemy.

– Nie jest mi nie­do­brze, czuję raczej… wstręt.

Poli­cjant odwró­cił się i szybko odszedł, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

– Mogłem go nie wołać – ode­zwał się Marek, odpro­wa­dza­jąc go wzro­kiem.

– Jeste­śmy nie­nor­malni.

– Skąd taki bru­talny osąd? – zakpił.

– Zwy­kli ludzie na widok śmierci zacho­wują się w spo­sób podobny do naszego przy­stoj­nego sier­żanta. Nikomu nie przy­szłoby do głowy żar­to­wać lub gadać o pier­do­łach, jak nam. Dla­tego jeste­śmy inni.

Marek wzru­szył ramio­nami.

– Tylko czy od razu nie­nor­malni? – zapy­tał z powąt­pie­wa­niem w gło­sie. – Chi­rurg kroi ludzi, myśląc o tym, co zje na obiad, a pato­log robi sek­cję zwłok, przy­po­mi­na­jąc sobie krą­gło­ści ciała swo­jej kochanki.

Nie wytrzy­mała i par­sk­nęła śmie­chem.

– Dla­czego aku­rat kochanki?

Rzu­cił okiem za sie­bie, jakby upew­nia­jąc się, czy męż­czyźni przy aucie nie usły­szeli jej śmie­chu.

– A dla­czego nie? Nie jeste­śmy aż tak bar­dzo nie­nor­malni. W grę wcho­dzi raczej rutyna.

– Chcia­ła­bym ci wie­rzyć. Cza­sem docho­dzę do innych wnio­sków.

– Uwa­żasz, że nasz sier­żant Jabłoń­ski jest przy­stojny? – zapy­tał, zmie­nia­jąc nagle temat.

Teraz Aśka się obej­rzała.

– Nie­złe cia­cho – mruk­nęła, obli­zu­jąc wargi.

Marek rzu­cił jej pełne dez­apro­baty spoj­rze­nie, po czym prze­niósł wzrok na swoje prze­mo­czone buty i spodnie i nagle wzdry­gnął się, kiedy wielka, zimna kro­pla spa­da­jąca z drzewa wylą­do­wała mu za koł­nie­rzem.

– Niech to cho­lera! Zmar­z­łem już na kość.

– Po co ta szopka z mapą? – zapy­tała. – Prze­cież tutaj nikt nie zna­la­złby zwłok do wcze­snej jesieni, kiedy ludzie ruszają na grzyby, jak sły­sze­li­śmy z opo­wie­ści sprzed kwa­dransa.

– Zale­żało mu, żeby­śmy ją zna­leźli.

– Po co?

– Chciał się pochwa­lić? Mor­do­wa­nie go kręci.

– Mor­do­wa­nie czy świa­do­mość, że poli­cja go szuka?

– Może i jedno, i dru­gie?

Patrzyła na zwłoki z twa­rzą zasty­głą w dziw­nym gry­ma­sie, po czym zapy­tała:

– Co robimy?

– Dzwo­nimy po pro­ku­ra­tora i tech­ni­ków, może jesz­cze uda się zna­leźć jakieś ślady.

– Zasta­na­wiam się, jak tu dojadą?

– Może pod­wie­zie ich pan Jerzy. Idź i z nim poroz­ma­wiaj.

Szybko wycią­gnęła z kie­szeni swój apa­rat.

– Cho­lera, brak zasięgu! Obie­ca­łam, że zate­le­fo­nuję do pro­ku­ra­tora Koto­wi­cza i zdam mu rela­cję z miej­sca zda­rze­nia. Chyba się nie ucie­szy, że będzie musiał tu przy­je­chać.

– Jak uwa­żasz. – Uśmiech­nął się pod nosem i ruszył w kie­runku sto­ją­cego na leśnej dro­dze pojazdu.

2. Niepokój

(17 maja 2025 – sobota)

Piw­nica była zimna i wil­gotna. Dzienne świa­tło sączyło się przez nie­wiel­kie okno przy samym sufi­cie i ledwo roz­świe­tlało mrok.

Agnieszka Dudek sie­działa naga, przy­wią­zana do krze­sła sto­ją­cego na środku pomiesz­cze­nia. Usta miała zakne­blo­wane szmatą i zakle­jone taśmą izo­la­cyjną. Szmata była brudna, miała posmak oleju sil­ni­ko­wego i przy­pra­wiała ją o mdło­ści. Wal­czyła, żeby nie zemdleć. Dygo­tała z zimna i prze­ra­że­nia.

Naj­go­rzej było, kiedy przy­cho­dził On. Sta­wał bli­sko, tak że czuła kwa­śny zapach jego potu. Gła­dził ją po szyi, zanu­rzał palce we wło­sach, kładł dło­nie na ramio­nach, po czym nagle chwy­tał ją bole­śnie za piersi albo bru­tal­nie wci­skał dłoń mię­dzy zaci­śnięte roz­pacz­li­wie uda. Jego dotyk był jak tor­tury roz­pa­lo­nym żela­zem. Wyobra­żała sobie, że każde muśnię­cie jego pal­ców zosta­wia na jej deli­kat­nej, dzie­cię­cej skó­rze krwawe znaki, z któ­rych póź­niej bez prze­rwy sączy się krew.

Naj­gor­sza była jed­nak chwila, kiedy się dosta­tecz­nie pod­nie­cił. Wtedy opusz­czał spodnie i robił sobie dobrze. Drugą ręką trzy­mał ją za policzki i krzy­czał, żeby otwo­rzyła oczy i patrzyła. Gro­ził, że w prze­ciw­nym razie ją udusi, a póź­niej pój­dzie do jej matki i wytnie jej nożem serce z piersi. Ta groźba jesz­cze bar­dziej ją prze­ra­żała niż per­spek­tywa udu­sze­nia. Była posłuszna. Patrzyła sze­roko otwar­tymi oczami, w któ­rych groza z każdą upły­wa­jącą godziną zmie­niała się w pustkę i bez­na­dzieję.

Potem On odcho­dził. Miała chwilę ulgi. Raz zerwał jej z twa­rzy taśmę izo­la­cyjną, wyszar­pał z ust szmatę i dał pić. Dru­gim razem oprócz picia przy­niósł jej batona w mlecz­nej cze­ko­la­dzie. Póź­niej okry­wał ją całą kocem z wycię­tym otwo­rem na głowę, żeby zbyt­nio nie zmar­zła, i wycho­dził. Naj­pierw czuła ulgę, która wraz z upły­wa­ją­cym wolno cza­sem zmie­niała się powoli w strach i na końcu prze­ra­że­nie. Wie­działa, że On znowu wróci.

Pamię­tała dokład­nie, że przy­cho­dził do niej cztery razy.

Agnieszka Dudek obu­dziła się, gwał­tow­nie łapiąc oddech. Usia­dła na łóżku i opu­ściła stopy na miękki i cie­pły dywan. Zupeł­nie ina­czej niż w piw­nicy.

To był jedy­nie sen.

Tym bar­dziej prze­ra­ża­jący, bo praw­dziwy.

Kiedy porwał ją czło­wiek, nazy­wany póź­niej Bestią ze Środy, miała trzy­na­ście lat. Trzy doby prze­trzy­my­wał ją w piw­nicy opusz­czo­nego domu swo­ich rodzi­ców. Dom stał bli­sko lasu, z dala od ludz­kich sie­dzib. Potem pla­no­wał ją zabić, a ciało porzu­cić gdzieś w rowie na skraju drogi, podob­nie jak wcze­śniej­sze swoje ofiary. Sie­dem dziew­czy­nek w wieku od jede­na­stu do trzy­na­stu lat.

Prze­żyła cudem. Poli­cjanci oca­lili ją w ostat­nim momen­cie. Jesz­cze godzina, a zosta­łaby zgwał­cona i zamor­do­wana, jesz­cze kil­ka­na­ście godzin, a sama zmar­łaby z wychło­dze­nia i wycień­cze­nia orga­ni­zmu.

Zanim tra­fiła do piw­nicy Bestii, była wesołą, pełną ener­gii, cie­kawą świata dziew­czynką o prze­ślicz­nym uśmie­chu. Sani­ta­riu­sze pogo­to­wia ratun­ko­wego wycią­gnęli z piw­nicy istotę tylko z pozoru przy­po­mi­na­jącą dziecko. Odtąd prze­stała się odzy­wać, zapo­mniała o uśmie­chu, a jedy­nym uczu­ciem, jakie znała, był strach. Szcze­gól­nie bała się męż­czyzn.

To był jedy­nie sen.

Nawie­dzał ją regu­lar­nie przez ostat­nie dwa­dzie­ścia trzy lata i stało się coś bar­dzo dziw­nego. Oswo­iła go. Nie był już tak prze­ra­ża­jący jak na samym początku, przez lata stra­cił swoją grozę i teraz był tylko straszny. Czas spi­ło­wał jego ostre kły. Co dziwne, zawsze był taki sam. Czę­sto sny są absur­dal­nym kola­żem non­sensu. Nawet sen o minio­nych praw­dzi­wych wyda­rze­niach mógł zro­bić się znie­nacka irra­cjo­nalny i kpić z nich, roz­gry­wa­jąc je na swój wła­sny, nie­prze­wi­dy­walny spo­sób. Z tym snem było ina­czej. On ni­gdy nie zmie­niał swo­jej formy. Zawsze był nad­zwy­czaj realny. Odtwa­rzał złe chwile z prze­szło­ści z chi­rur­giczną wręcz pre­cy­zją, nie pomi­ja­jąc żad­nych szcze­gó­łów. Nawet zapa­chu nasie­nia mor­dercy.

Agnieszka wstała z sofy i nie zwra­ca­jąc uwagi na koc, który spadł na pod­łogę, poczła­pała do kuchni. Się­gnęła do szafki nad zle­wem po puszkę z kawą, papie­rowe fil­try i po chwili z jej prze­le­wo­wego, sta­rego jak świat eks­presu roz­szedł się po całym domu rześki zapach kawy. Sie­działa przy stole kuchen­nym i cze­kała, aż ostat­nie kro­ple spłyną do dzbanka. Zegar wiszący na ścia­nie poka­zy­wał pięt­na­stą sie­dem. Ziew­nęła i prze­je­chała dło­nią po zmierz­wio­nych dłu­gich, ciem­nych wło­sach. Znowu będzie miała pro­blem z ich roz­cze­sa­niem.

Poprzed­niego dnia sie­działa do trze­ciej w nocy nad nową książką. Potem wstała, jak zwy­kle o ósmej, do połu­dnia sta­rała się nor­mal­nie funk­cjo­no­wać, jed­nak prze­ce­niła swoje siły. Nie miała już prze­cież osiem­na­stu lat. Zarwana noc szybko dała o sobie znać uczu­ciem cięż­ko­ści, zwol­nio­nym myśle­niem, bra­kiem ochoty na cokol­wiek – nawet nie zro­biła sobie kawy na prze­bu­dze­nie. Pokrę­ciła się bez celu po domu i w połu­dnie ogło­siła kapi­tu­la­cję. Pra­wie trzy godziny spała zawi­nięta w koc na sofie w salo­nie, lecz teraz nie czuła się ani krztynę lepiej. Naj­chęt­niej poło­ży­łaby się znowu.

Może gdyby śniło jej się coś innego, jesz­cze by tro­chę pospała. Nie­stety, ten sen, mimo że znany i już nie tak straszny, zawsze odbie­rał ochotę na przy­tu­le­nie się do poduszki.

Z kub­kiem gorą­cej czar­nej kawy w dłoni Agnieszka włą­czyła lap­topa i prze­glą­dała ostat­nie strony książki, które powstały w nocy. Zdzi­wiła się, że nie bar­dzo pamięta, co napi­sała. Tak było zawsze, kiedy pisała w nocy. Z zado­wo­le­niem stwier­dziła, że tekst jest bar­dzo dobry. Według niej nie wyma­gał żad­nych popra­wek. Zaraz jed­nak uśmiech­nęła się cierpko pod nosem. Redak­tor z wydaw­nic­twa i tak pew­nie zechce wszystko pozmie­niać i wyj­dzie z tego nie to, co było jej zamie­rze­niem.

Nie tym razem – pomy­ślała z deter­mi­na­cją. Potem przy­po­mniała sobie, że przy poprzed­nich dwóch książ­kach też tak mówiła i w końcu przy­sta­wała bez walki na pro­po­zy­cje zmian.

Zła tak­tyka. Sta­now­czo.

Nagle coś wyrwało ją z zamy­śle­nia.

Co to było?

Roz­glą­dała się po salo­nie zdzi­wiona. Omio­tła spoj­rze­niem otwarte drzwi do kory­ta­rza, obok któ­rych znaj­do­wały się schody na pierw­sze pię­tro i na pod­da­sze, potem jej spoj­rze­nie prze­śli­zgnęło się po sta­rych meblach, które odzie­dzi­czyła – podob­nie jak dom – po dziad­kach ze strony mamy, popa­trzyła na koc na­dal leżący przy sofie. Dłu­żej zatrzy­mała wzrok na dwu­skrzy­dło­wych drzwiach na taras i do ogrodu.

Naresz­cie się roz­po­ga­dzało. Po wielu dniach desz­czów chmury się roz­pra­szały i poja­wiła się szansa na słońce. Potem popa­trzyła jesz­cze na kuch­nię. Po śmierci dziad­ków, kiedy wresz­cie mogła wyre­mon­to­wać dół domu tak, jak chciała, zre­zy­gno­wała z osob­nej kuchni i kazała wybu­rzyć ścianę dzia­łową. Teraz salon i kuch­nia sta­no­wiły jedno. Tu też nie zna­la­zła nic, co mogło wyrwać ją z zamy­śle­nia.

Co to było?

Wzru­szyła ramio­nami i wró­ciła do czy­ta­nia. Po czter­dzie­stu pię­ciu minu­tach cią­głego wpa­try­wa­nia się w ekran kom­pu­tera z przy­gar­bio­nymi ple­cami roz­pro­sto­wała się z roz­kosz­nym wes­tchnie­niem i stwier­dziła, że jest głodna. Poszła do kuchni, usia­dła przy stole i otwo­rzyła książkę z prze­pi­sami na potrawy zapo­bie­ga­jące powsta­wa­niu nowo­two­rów. Miała obse­sję na tym punk­cie. Wmó­wiła sobie, że ma wady gene­tyczne i na pewno w końcu zacho­ruje na raka, i z tego powodu umrze. Była o tym prze­ko­nana, dla­tego sta­rała się za wszelką cenę natu­ral­nymi spo­so­bami odwlec moment zacho­ro­wa­nia. Prze­cież jej ojciec zmarł na raka tuż przed jej dru­gimi uro­dzi­nami – znała go jedy­nie z kilku czarno-bia­łych foto­gra­fii, które zosta­wiła jej matka w spadku. Dziad­ko­wie, po któ­rych odzie­dzi­czyła dom, rów­nież zmarli na raka. Prze­cież rekom­bi­na­cja genów nastę­puje zawsze w dru­gim poko­le­niu. A to ozna­cza, że naj­bar­dziej jeste­śmy podobni do swo­ich dziad­ków. Dzie­dzi­czymy też ich wady. Stąd jej pew­ność. Na pewno umrze na nowo­twór. Kwe­stią otwartą było, kiedy poja­wią się pierw­sze objawy cho­roby. Odwle­kała ten moment, jak mogła – regu­lar­nie od lat łykała tabletki tranu, sta­rała się zaży­wać codzien­nie duże dawki wita­miny C, każ­dego dnia rano piła łyżeczkę oleju lnia­nego, jadła pestki moreli gorz­kich, które zawie­rały amig­da­linę. Wyczy­tała w inter­ne­cie, że amig­da­lina hamuje roz­wój nowo­two­rów i można ją rów­nież sto­so­wać zapo­bie­gaw­czo. Kupiła też książkę z prze­pi­sami kuchar­skimi na potrawy o wła­ści­wo­ściach anty­ra­ko­wych i odtąd korzy­stała tylko z niej.

Teraz rów­nież szybko prze­rzu­ciła listę prze­pi­sów, oce­nia­jąc, które skład­niki ma w tej chwili dostępne w lodówce.

Około osiem­na­stej, cią­gle jesz­cze zie­wa­jąc, sie­działa zamy­ślona na krze­śle w salo­nie, grze­biąc widel­cem w reszt­kach. Nie sma­ko­wało jej, wsy­pała za dużo pie­przu cay­enne i teraz czuła nie­przy­jemne pie­cze­nie w gar­dle. Się­gnęła więc do szafki po swoje ulu­bione czer­wone wino Fau­stino V, w które regu­lar­nie zaopa­try­wali ją zna­jomi jeż­dżący czę­sto do Hisz­pa­nii, nalała sobie lampkę i znowu sia­dła do kom­pu­tera. Nawet nie chciało się jej sprząt­nąć po obie­dzie. Cią­gle nie mogła dojść do sie­bie. Wino nie było dobrym roz­wią­za­niem. Pew­nie kiedy wypije go za dużo, zaraz znowu pój­dzie spać i nie zre­ali­zuje planu. Całą sobotę miała poświę­cić na pisa­nie.

Nagle ponow­nie poczuła nie­po­kój.

Pod­nio­sła głowę, rozej­rzała się i… znowu nic. Odsta­wiła kie­li­szek, wło­żyła kap­cie, na ramiona zarzu­ciła roz­pi­nany swe­ter i wyszła na kory­ta­rzyk, skąd skrzy­pią­cymi scho­dami ruszyła w górę. Weszła na pod­da­sze. Na szczy­cie scho­dów zatrzy­mała się na chwilę, żeby przy­zwy­czaić oczy do panu­ją­cego tu wiecz­nie pół­mroku. Ta część domu była prak­tycz­nie nie­re­mon­to­wana od wojny. Wcze­śniej dziad­ko­wie uwa­żali, że remont jest nie­po­trzebny, teraz Agnieszki po pro­stu nie było na niego stać. Sprzą­tała tu raz. Zaraz po śmierci babci dzie­sięć lat temu. Wyrzu­ciła wtedy cały kon­te­ner nikomu nie­po­trzebnych sta­rych mebli i ubrań, w końcu dała sobie spo­kój. Pod­da­sze i tak wyglą­dało jak nie­tknięte. Poroz­sta­wiane bez­ład­nie po kory­ta­rzyku i dwóch poko­jach stare, zaku­rzone meble patrzyły na nią ponuro. Miała wra­że­nie, jakby zazdro­śnie strze­gły tajem­nicy zawar­to­ści swo­ich wnętrz. Tak naprawdę już tylko one pamię­tały, co jest w środku. Agnieszka nie chciała spraw­dzać. Przy­naj­mniej na razie. Zawsze obie­cy­wała sobie, że gdy zarobi na kolej­nej książce wię­cej pie­nię­dzy, zde­cy­duje się na remont. Wtedy wszyst­kie meble po pro­stu wyrzuci, nie zasta­na­wia­jąc się, jakie mogą kryć skarby sprzed lat.

Wyda­wało jej się, że z pokoju naprze­ciw scho­dów dobie­gło skrzyp­nię­cie. Bez waha­nia weszła do środka i sta­nęła zasko­czona. Jedna z sza­fek była otwarta, a na zaku­rzo­nym, posza­rza­łym ze sta­ro­ści dywa­nie leżały roz­rzu­cone wycinki z gazet. Aku­rat oświe­tlała je smuga świa­tła wpa­da­jąca do środka przez szcze­linę w zacią­gnię­tych zasło­nach.

Jak to moż­liwe, że szafka sama się otwo­rzyła?

Każda inna kobieta samot­nie miesz­ka­jąca w wiel­kim, sta­rym domu, pamię­ta­ją­cym jesz­cze początki dwu­dzie­stego stu­le­cia, poczu­łaby w tym momen­cie strach. Ale nie Agnieszka Dudek. Ona miała defekt. Od wielu lat nie czuła stra­chu. Chyba że we śnie, kiedy wra­cały wspo­mnie­nia kosz­maru z piw­nicy. Oczy­wi­ście odczu­wała stany nie­po­koju, może nawet lek­kiego lęku, lecz jej zda­niem nie był to strach. Zna­jo­mym czę­sto mówiła, że jest roz­re­gu­lo­wana. W dzie­ciń­stwie prze­żyła takie prze­ra­że­nie, że teraz nic nie mogło jej prze­stra­szyć. Nic nie dorów­nuje skalą tam­temu Stra­chowi.

Teraz też się nie bała. Spo­koj­nie schy­liła się i pod­nio­sła wycinki z pod­łogi. Wie­działa, czego doty­czą. Zbie­rała je przez dwa lata, przy­go­to­wu­jąc się do napi­sa­nia swo­jej pierw­szej książki.

Wspo­mnie­nia z piw­nicy odnio­sły wielki suk­ces, bar­dzo dobrze się sprze­dały, zro­biły spory szum na rynku, dostała nawet jakieś nagrody lite­rac­kie za debiut roku, sprze­dała prawa do filmu. W książce opi­sała minuta po minu­cie swój pobyt w piw­nicy mor­dercy, nie pomi­ja­jąc żad­nych bru­tal­nych szcze­gó­łów, a póź­niej wie­lo­let­nią tułaczkę po szpi­ta­lach psy­chia­trycz­nych i powolny powrót do nor­mal­nego życia. Redak­tor zmie­nił jed­nak zakoń­cze­nie na bar­dziej opty­mi­styczne. I żyli długo i szczę­śli­wie – szy­der­czo komen­to­wała nowe zakoń­cze­nie, ale zgo­dziła się. Jedy­nie w tym miej­scu książka roz­mi­jała się z prawdą.

Ona ni­gdy już nie będzie nor­malna. Tylko udaje nor­mal­ność, żeby nie zra­żać do sie­bie innych i móc żyć spo­koj­nie na wol­no­ści, a nie w zakła­dzie zamknię­tym, gdzie umie­ści­łaby sie­bie bez waha­nia, gdyby była leka­rzem.

Wło­żyła wycinki do szafki, nawet na nie nie spoj­rzaw­szy, i zamknęła ją. Drzwiczki zaskrzy­piały z opo­rem, pod­da­jąc się naci­skowi dłoni. Nie mogły się same otwo­rzyć. Pew­nie otwo­rzył je któ­ryś z Gości nawie­dza­ją­cych cza­sem jej dom.

Tak nazy­wała duchy zmar­łych. Wie­rzyła, że jest nawie­dzona, przy­ciąga do sie­bie dusze skrzyw­dzo­nych i zamor­do­wa­nych osób jak pło­mień świecy ćmy. Po raz pierw­szy zmarli odwie­dzili ją w szpi­talu już na drugi dzień po tym, jak sani­ta­riu­sze wycią­gnęli ją z piw­nicy. Odwie­dzały ją dzieci zamor­do­wane przez Bestię ze Środy. Sta­wały w drzwiach, nagie, oka­le­czone, pokrwa­wione, cier­piące i patrzyły na nią jakby z wyrzu­tem, że jej udało się prze­żyć ten kosz­mar. Cza­sem w ich oczach malo­wała się nie­moż­liwa do speł­nie­nia prośba o pomoc. Odwie­dzały ją w nocy, w trak­cie dnia, były dni, kiedy czuła, że któ­reś z nich ukrywa się pod jej szpi­tal­nym łóż­kiem, prze­sia­dy­wały godzi­nami na jego skraju, nie zwa­ża­jąc na wizyty pie­lę­gnia­rek i leka­rzy, lub stały pod ścia­nami. Tak było przez lata. Bez względu na miej­sce, w któ­rym aku­rat prze­by­wała.

Nie bała się duchów i nie potra­fiła im pomóc.

Potem ode­szły, lecz odtąd przy­cho­dzili do niej inni. Nie mieli już widzial­nej postaci. Miała świa­do­mość ich obec­no­ści, cza­sem zosta­wiali widoczne znaki, tak jak teraz. Wszy­scy cier­pieli, byli prze­ra­żeni i zagu­bieni.

Wyszła z pokoju i scho­dziła zamy­ślona po scho­dach. Duchy też opi­sała w swo­jej pierw­szej książce. Były prze­cież nie­od­łącz­nym ele­men­tem jej życia. Redak­tor zmie­nił zakoń­cze­nie jej książki, pisząc, że prze­stały przy­cho­dzić. To nie była prawda.

Usia­dła na sofie z lampką wina w dłoni, zawi­nęła się w koc i roz­my­ślała o wszyst­kim i o niczym. Dzi­siaj już nie będzie w sta­nie napi­sać nawet zda­nia. Szkoda.

We Wspo­mnie­niach z piw­nicy świa­do­mie pomi­nęła jeden bar­dzo ważny wątek swo­jego życia: gorący romans z młodą panią psy­cho­log, Izą Kare­wicz. Nie chciała spro­wa­dzić na nią kło­po­tów – prze­cież wia­domo, że media są bez­względne. Ich romans trwał wiele lat, nawet kiedy Iza wyje­chała do pracy do Fran­cji, a Agnieszka pró­bo­wała uło­żyć sobie kil­ka­krot­nie życie w związ­kach z męż­czy­znami. Kore­spon­do­wały i spo­ty­kały się przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji. Wtedy zawsze szły do łóżka. Nawet teraz utrzy­my­wały mailowy kon­takt, mimo że Iza od kilku lat miesz­kała na stałe w Bosto­nie, gdzie pra­co­wała w tam­tej­szej kli­nice psy­chia­trycz­nej. Ocean stał się prze­szkodą trudną do poko­na­nia. Powrót Agnieszki do świata i nor­mal­nego życia był w cało­ści zasługą Izy. Ni­gdy jej tego nie zapo­mni i będzie wdzięczna do końca życia, jak­kol­wiek się jesz­cze ono poto­czy.

Dok­tor Iza czę­sto powta­rzała afo­ryzm: „Życie jest jak jajo, trzeba je znieść”. Takie motto swo­jego życia przy­jęła Agnieszka.

W dru­giej książce: Ja i śmierć, która uka­zała się na rynku pół­tora roku po pierw­szej, Agnieszka wspo­mi­nała swoje życie po tym, jak opu­ściła mury szpi­talne. Opi­sała wie­lo­let­nie zma­ga­nia z depre­sją, próby samo­bój­cze, aż wresz­cie zaak­cep­to­wa­nie życia takiego, jakie przy­nosi los, i pogo­dze­nie się z nie­uchron­no­ścią śmierci. Znowu suk­ces, pie­nią­dze, nagrody i – co naj­waż­niej­sze – listy od czy­tel­ni­ków zma­ga­ją­cych się z podob­nymi pro­ble­mami, któ­rych pod­nio­sła na duchu i któ­rym pomo­gła, uświa­da­mia­jąc im, że nie są sami. Miała jed­nak nie­smak, wspo­mi­na­jąc tę książkę. Redak­tor namó­wił ją, żeby zaczęła od opisu samo­bój­stwa swo­jej matki, która nie wytrzy­mała psy­chicz­nie tra­ge­dii córki i któ­re­goś wie­czora odkrę­ciła gaz. Sąsie­dzi zna­leźli ją mar­twą po kilku godzi­nach. Cud, że cały blok nie wyle­ciał w powie­trze. Nie powinna się na to zgo­dzić, ale ule­gła. I teraz żało­wała.

Obec­nie pisała trze­cią książkę, zaty­tu­ło­waną robo­czo Ja i życie, w któ­rej opi­sy­wała swoją prze­mianę duchową i uza­sad­niała, dla­czego jed­nak warto żyć.

Około dwu­dzie­stej odsta­wiła wino i sta­nęła przed drzwiami pro­wa­dzą­cymi na taras. Miała stąd dosko­nały widok na dom obok. Ogro­dze­nie oddzie­la­jące obie pose­sje dawno się zawa­liło ze sta­ro­ści i bar­dzo dobrze widać było drzwi wej­ściowe i ścieżkę pro­wa­dzącą do furtki. Poprzedni wła­ści­ciele nie wyra­żali chęci naprawy płotu, a Agnieszka nie miała zamiaru sama finan­so­wać takiej poważ­nej inwe­sty­cji. Jed­nak od dwóch mie­sięcy sąsiedni dom miał nowego miesz­kańca i spo­dzie­wała się, że kwe­stia ogro­dze­nia wypły­nie prę­dzej czy póź­niej. Miała nawet odło­żone na ten cel pie­nią­dze w banku.

Nie wie­działa dla­czego, ale nowy wła­ści­ciel domu bar­dzo ją pocią­gał. Był wysoki, dobrze zbu­do­wany, miał nie wię­cej niż czter­dzie­ści lat i był… dziwny.

Tak jak ja.

Rzadko wycho­dził z domu, zakupy dowo­ziła mu firma trans­por­towa, czę­sto w trak­cie dnia przyj­mo­wał gości, lecz wie­czo­rami czas spę­dzał samot­nie.

Teraz wła­śnie zoba­czyła, że otwie­rają się drzwi i poja­wia się w nich sąsiad. Jakby z waha­niem, nie­pew­nie prze­stę­puje przez próg, blady, z mocno zaci­śnię­tymi war­gami. Potem drżą­cymi jak u alko­ho­lika rękami prze­kręca klucz w zamku i nie­ru­cho­mieje, oparty o drzwi. Wyraź­nie uspo­kaja oddech. Minęły co naj­mniej dwie minuty, zanim zde­cy­do­wał się iść dalej. Nie­pew­nie zbli­żył się do furtki pro­wa­dzą­cej na ulicę i znowu przy­sta­nął, przy­trzy­mu­jąc się klamki. W końcu ostroż­nie otwo­rzył furtkę, nie­śmiało, ze stra­chem wyj­rzał na zewnątrz, jakby miało mu tam gro­zić śmier­telne nie­bez­pie­czeń­stwo. Wresz­cie znik­nął jej z oczu.

Dziwne. Podej­rze­wała, że musiał być na coś ciężko chory. Taka pro­ce­dura wyj­ścia na ulicę powta­rzała się codzien­nie, mniej wię­cej o tej samej porze. Wra­cał zawsze po trzy­dzie­stu minu­tach. Jakby go ktoś gonił, szybko, nie oglą­da­jąc się za sie­bie, wpa­dał do domu i zatrza­ski­wał drzwi.

Naprawdę dziwne. Tym bar­dziej że już kilka tygo­dni temu Agnieszka doko­nała nie­ocze­ki­wa­nego odkry­cia. Sąsiad obser­wo­wał ją całymi godzi­nami, sto­jąc w oknie naprze­ciwko okien jej salonu. Szcze­gól­nie wie­czo­rami. Miał dosko­nały widok przy zapa­lo­nym u niej świe­tle. Nie wyro­biła w sobie nawyku opusz­cza­nia żalu­zji. Kie­dyś sąsiedni dom zaj­mo­wała star­sza pani, która bar­dzo wcze­śnie cho­dziła spać, póź­niej przez pół­tora roku dom stał pusty.

Po pierw­szym szoku spo­wo­do­wa­nym tym odkry­ciem uspo­ko­iła się. Teraz jej to nie prze­szka­dzało. Nawet cza­sami czuła coś na kształt pod­nie­ce­nia, mając świa­do­mość, że on tam jest i patrzy.

Zresztą ona też go czę­sto obser­wo­wała z okna sypialni na pię­trze.

3. Fobie

(17 maja 2025 – sobota)

Robert Wój­to­wicz obu­dził się już o ósmej rano i to nie było dobre prze­bu­dze­nie.

Kiedy otwo­rzył oczy i wró­ciła mu świa­do­mość, poczuł w gar­dle nie­po­kój w postaci wiel­kiej śnież­nej kuli, któ­rej chłód roz­cho­dził się po całym ciele.

Poprzed­niego wie­czora nie mógł zasnąć. Do póź­nej nocy cho­dził po całym domu jak zły duch, potem sie­dział w kuchni, usi­łu­jąc się uspo­koić, wresz­cie poło­żył się do łóżka, lecz sen nie przycho­dził. Pamię­tał jesz­cze, jak stary zegar wiszący w salo­nie wybił wpół do czwar­tej. Potem nagle pogrą­żył się w sen­nym nie­by­cie pozba­wio­nym marzeń i nagle ten sam zegar obu­dził go, wybi­ja­jąc ósmą. Było już jasno i liczył ude­rze­nia, żeby się dowie­dzieć, która jest godzina.

Za oknem był nowy dzień, może nawet pierw­szy od wielu dni bez opa­dów? Na moment pro­mie­nie wio­sen­nego słońca wpa­dły do sypialni przez szpary w żalu­zjach. Nie było sensu dłu­żej leżeć. I tak by już prze­cież nie zasnął. Wstał, powlókł się do łazienki i długo stał pod prysz­ni­cem. Miał nadzieję, że woda spłu­cze z niego lęk i pozwoli wró­cić do rów­no­wagi, ale oczy­wi­ście nic takiego się nie stało.

Z każdą chwilą było coraz gorzej.

Miał pro­blemy z umy­ciem zębów, ponie­waż każda próba wło­że­nia do ust koń­cówki elek­trycz­nej szczo­teczki powo­do­wała gwał­towne napady mdło­ści. Zre­zy­gno­wał więc z mycia zębów i tylko prze­płu­kał usta pły­nem do higieny jamy ust­nej. Nie­na­wi­dził tego smaku, który nie­zmien­nie koja­rzył mu się z odo­rem sza­letu miej­skiego. Za każ­dym razem płyn palił go w usta, tak że nie mógł wytrzy­mać. Zawsze miał wtedy w oczach reklamę tele­wi­zyjną tego płynu: facet płu­cze usta z roz­ko­szą na twa­rzy.

Gówno prawda!

Reklamy kła­mią. Gdyby ten gość naprawdę płu­kał usta pły­nem, który rekla­muje, nie byłby w sta­nie dwóch sekund wytrzy­mać z takim wyra­zem twa­rzy. Pew­nie na pla­nie uży­wali odpo­wied­nio zabar­wio­nej wody i dla­tego tak wspa­niale wyszło. Robert znał się na pro­duk­cji, ponie­waż był współ­wła­ści­cie­lem spo­rej agen­cji rekla­mo­wej. Co prawda nie udzie­lał się już w niej zawo­dowo od około dwóch lat, ale cza­sem zda­rzało się, że pra­cow­nicy pro­sili go o kon­sul­ta­cje albo uwagi do róż­nych pro­jek­tów – w tym sce­na­riu­szy fil­mów rekla­mo­wych.

Narzu­cił na sie­bie szla­frok i poszedł do kuchni, choć wie­dział, że nie zdoła niczego prze­łknąć. Jego żołą­dek był bole­śnie ści­śnięty i poło­żony gdzieś bar­dzo bli­sko śnież­nej kuli lęku, która ogar­niała go swoim chło­dem i zabu­rzała nor­malną pracę orga­ni­zmu. Miał jed­nak nadzieję, że uda mu się wypić cho­ciaż kubek gorą­cej kawy. Nie­stety zebrało mu się na wymioty, gdy poczuł zapach, który zaczął roz­cho­dzić się po kuchni z eks­presu. Wyłą­czył więc eks­pres, kawę z meta­lo­wego dzbanka wylał do zlewu i prze­płu­kał wodą, żeby nic nie było czuć.

Następ­nie poszedł do salonu i pró­bo­wał się czymś zająć. Nie­wiele z tego wyszło. Cią­głe wewnętrzne uczu­cie lęku powo­do­wało przy­spie­szone bicie serca i nie­zno­śne drże­nie narzą­dów wewnętrz­nych, które prze­no­siło się na ręce i osła­biało mię­śnie nóg. Nie potra­fił spo­koj­nie przejść kilku kro­ków. Nie mógł też usie­dzieć na jed­nym miej­scu ani sku­pić się na naj­prost­szych czyn­no­ściach.

Na począ­tek usiadł w fotelu i włą­czył w tele­wi­zo­rze kanał TVN24, żeby zoba­czyć wia­do­mo­ści ze świata. Przed oczami migały mu obrazy i nic nie docie­rało do mózgu. Zerwał się, wyłą­czył tele­wi­zję i usiadł przy biurku. Oka­zało się, że wczo­raj zapo­mniał wyłą­czyć lap­top i roz­ła­do­wała się bate­ria. Się­gnął pod biurko, zna­lazł koń­cówkę kabla zasi­la­ją­cego i bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał wło­żyć ją do gniazda w urzą­dze­niu. Ręka mu drżała i nie mógł tra­fić. Pró­bo­wał obu­rącz, lecz i tak się nie udało. Wście­kły rzu­cił kablem o pod­łogę. Lęki zagnały go w inne miej­sce. Pró­bo­wał czy­tać wczo­rajszą „Gazetę Wybor­czą” leżącą na bla­cie pomię­dzy kuch­nią a salo­nem. Bez­sku­tecz­nie. Literki były zbyt małe, żeby mógł skon­cen­tro­wać na nich roz­bie­gany wzrok, a poza tym z kuchni czuć było jesz­cze kawą, co na­dal powo­do­wało nud­no­ści. Uwiel­biał kawę i pił jej wiel­kie ilo­ści. Cza­sem jed­nak zda­rzały się takie dni jak ten, kiedy coś go odrzu­cało i nie mógł nawet o niej myśleć.

Wresz­cie zroz­pa­czony zaczął cho­dzić bez celu po salo­nie, na ugi­na­ją­cych się od uczu­cia lęku nogach, i w końcu już nawet o niczym nie myślał. W ostat­nim prze­bły­sku roz­sądku pomy­ślał o tablet­kach, które miał prze­pi­sane na stany lękowe takie jak ten. Nie zde­cy­do­wał się ich zażyć. Może to był kolejny etap jego cho­roby, lecz sta­rał się nie brać niczego, co mogłoby go otu­ma­nić, uśpić, spłasz­czyć jego myśle­nie, czyli sztucz­nie popra­wić mu nastrój. To byłoby dla niego skrajne poni­że­nie. Oka­za­łoby się, że jest za słaby, nie potrafi wal­czyć ze swo­imi cho­ro­bami, i ozna­cza­łoby osta­teczną klę­skę jego jako czło­wieka. Wie­dział, że postę­po­wał idio­tycz­nie, ale nie zmie­niał zda­nia. Oczy­wi­ście kilka razy już zda­rzyło mu się ulec i się­gnąć po środki medyczne. Kiedy wspo­ma­ga­nie che­miczne pozwa­lało jego umy­słowi wró­cić na wła­ściwy tor, śmiał się z tych swo­ich zasad. Prze­cież po tablet­kach czuł się tak wspa­niale. Kiedy tylko zni­kał gdzieś lęk, wyda­wało mu się, że jest kilka razy lżej­szy, wstę­po­wała w niego chęć do życia i do roz­po­czę­cia nowego etapu walki ze swo­imi sła­bo­ściami. Zawsze jed­nak szybko, sam nie wie­dząc dla­czego, odsta­wiał lekar­stwa i po kilku, w naj­lep­szym wypadku kil­ku­na­stu, dniach fobie wra­cały.

Wresz­cie poło­żył się w salo­nie na sofie, przy­krył kocem i trwał tak bar­dzo długo w pozy­cji embrio­nal­nej, aż w końcu zapadł w nie­przy­jemny letarg, z któ­rego nie mógł się wyrwać. W tym cza­sie we śnie odwie­dził dzie­siątki miejsc i spo­tkał setki ludzi, któ­rych znał albo i nie. Wiele razy wra­cał na gra­nice przy­tom­no­ści i wtedy wpa­dła mu do głowy myśl, że może powi­nien się już obu­dzić, lecz nie miał dość siły i po kilku sekun­dach zwy­cię­żał sen, zabie­ra­jąc go do swo­jego mrocz­nego kró­le­stwa.

Kiedy się wresz­cie gwał­tow­nie ock­nął, wyda­wało mu się, że jest już pięt­na­sta, ponie­waż sły­szał trzy ude­rze­nia zegara. Musiał jed­nak coś pokrę­cić – wska­zówki na cyfer­bla­cie poka­zy­wały szes­na­stą.

Sen podzia­łał na niego kojąco – czuł się wyspany, pełen ener­gii i, co naj­waż­niej­sze, obez­wład­nia­jący lęk gdzieś znik­nął. Zwlókł się więc zdrę­twiały z sofy i posta­no­wił jesz­cze raz zacząć dzień od nowa. W kuchni nasta­wił kawę i miły aro­mat z eks­presu szybo roz­szedł się po domu. Tym razem czuł, że ma na kawę wielką ochotę i nic go już nie powstrzyma przed wychy­le­niem dużego kubka. Albo naj­le­piej dwóch. Zazwy­czaj pił dwie kawy jedną po dru­giej, a cza­sem miał jesz­cze ochotę na trze­cią. Wtedy jed­nak przy­cho­dziło uczu­cie prze­sytu i nie koń­czył ostat­niej fili­żanki.

Jesz­cze raz wziął prysz­nic, potem umył zęby i prze­płu­kał usta pły­nem do higieny jamy ust­nej o smaku miej­skiego sza­letu. Teraz jego aro­mat mniej mu prze­szka­dzał. Ubrał się w świeżą koszulkę i spodnie od dresu i poszedł do kuchni. Kawa była już gotowa. Wycią­gnął z szafki wielki pian­kowy kubek jed­no­ra­zowy, w jakich podaje się kawę w fast foodach, i nalał sobie do pełna z ter­mosu eks­presu. Tro­chę nawet prze­sa­dził i musiał odro­binę upić, ponie­waż nie zmie­ści­łaby się taka ilość mleka, która gwa­ran­to­wała naj­lep­szy smak. Pił kawę, roz­ko­szu­jąc się każ­dym łykiem, i nagle poczuł, że jest głodny. Się­gnął znowu do szafki kuchen­nej nad zle­wem, gdzie trzy­mał poskła­dane w ele­ganc­kie stosy jed­no­ra­zowe tale­rze róż­nej wiel­ko­ści i rodzaju – od papie­ro­wych tacek na grilla, przez więk­sze tale­rze z pla­stiku, aż po głęb­sze na zupę – i wycią­gnął sobie jeden, śred­niej wiel­ko­ści. W lodówce zna­lazł kawa­łek kieł­basy, w koszu na owoce dostrzegł awo­kado, o któ­rym musiał zapo­mnieć, gdyż było już bar­dzo mięk­kie i na skórce poja­wiły się czarne plamy. Znak, że to ostat­nia chwila, żeby je zjeść. Uwiel­biał awo­kado, ale nie dopusz­czał, żeby robiło się za mięk­kie. Z bar­dzo doj­rza­łego owocu łatwiej scho­dziła skórka, lecz w środku robiło się roz­la­złe i miało kon­sy­sten­cję masła. Teraz poczuł taką ochotę na awo­kado, że nie miało to zna­cze­nia. Obrał owoc rękami, wydłu­bał ze środka pestkę i miąższ zmie­nił się w bez­kształtną bryłę na tale­rzu. Umył zaraz ręce i się­gnął do chle­baka, gdzie zna­lazł ostat­nią, tro­chę czer­stwą bułkę. Trudno ją było roz­ła­mać, więc gryzł ją w cało­ści.

Po jedze­niu, przy dru­giej kawie, poczuł przy­pływ weny twór­czej. Poszedł szybko na górę, gdzie miał spore ate­lier foto­gra­ficzne, i zaczął zmie­niać deko­ra­cje. Jakiś czas temu, na zamó­wie­nie jed­nego z cza­so­pism kobie­cych, przez kilka dni foto­gra­fo­wał modelki w wio­sen­nych płasz­czy­kach, dla­tego na ścia­nie roz­wie­szona była wielka foto­ta­peta przed­sta­wia­jąca ukwie­coną majową łąkę, przy któ­rej posta­wił przy­cią­gnięty z garażu wikli­nowy sto­lik i cztery krze­sła pamię­ta­jące jesz­cze czasy Peerelu. Po obróbce kom­pu­te­ro­wej zdję­cia nawet nie­źle wyszły. Teraz nale­żało posprzą­tać. Miał teraz zamó­wie­nie na serię sub­tel­nych aktów zna­nej cele­brytki. Był bar­dzo dobry w kobie­cych aktach i nawet kie­dyś sporo u niego zama­wiano tego typu foto­gra­fii. Odkąd ukrył się przed świa­tem w domu, powoli o nim zapo­mi­nano. Liczba zamó­wień zma­lała. Na razie nie narze­kał, odło­żył sporo pie­nię­dzy na loka­tach, duże kwoty zain­we­sto­wał w giełdę i fun­du­sze inwe­sty­cyjne, na bie­żące życie star­czało mu wyna­gro­dze­nie za człon­ko­stwo w radzie nad­zor­czej swo­jej firmy. Na razie nie narze­kał – miał czas na malo­wa­nie, odpo­czy­nek, a jego fobie nikomu nie zatru­wały życia.

Nie wie­dział, dla­czego cele­brytka wybrała wła­śnie jego. Wymy­śliła, żeby przed­sta­wiać ją przy wiel­kim łóżku i otwar­tej sza­fie z ubra­niami i bie­li­zną. Przy­mie­rza­łaby różne ciuszki i całą sesję by temu poświę­cono. Robert był zado­wo­lony z takiego pomy­słu. Nie musiał wycho­dzić z domu. Wystar­czyło przy­go­to­wać deko­ra­cje w domo­wym ate­lier. Sesja miała odbyć się w czwar­tek.

Do wie­czora pra­co­wał w ate­lier. Sygnał przy­po­mnie­nia w tele­fo­nie komór­ko­wym go zasko­czył. A nie powi­nien. Odzy­wał się prze­cież codzien­nie o tej samej porze. Za kwa­drans dwu­dzie­sta. Nie­na­wi­dził tej chwili. Przy­po­mi­nał sobie, że musi wyjść z domu na krótki spa­cer.

Jak zwy­kle zaczął szu­kać wymó­wek i uspra­wie­dli­wiać się w myślach przed samym sobą. Nic się nie sta­nie, jeśli dzi­siaj zosta­nie w domu. Takie jed­no­ra­zowe odstęp­stwo od usta­lo­nego z leka­rzem rytu­ału nie powinno wpły­nąć nega­tyw­nie na tera­pię. Teraz prze­cież czuje się cał­kiem dobrze, po cięż­kim poranku wró­cił do nor­mal­nego funk­cjo­no­wa­nia. Już miał kon­ty­nu­ować pracę przy roz­sta­wia­niu oświe­tle­nia, gdy przy­po­mnie­nie w tele­fo­nie roz­le­gło się znowu. Tym razem sygnał był gło­śniej­szy i brzmiał jak wyrzut sumie­nia.

No dobrze, już idę – pomy­ślał nie­chęt­nie i wró­cił na dół. Zmie­nił spodnie, wło­żył wia­trówkę, na głowę wci­snął czapkę z dasz­kiem i długo wią­zał buty.

Nie mógł dopu­ścić do tego, aby lęk wró­cił. Uczył się pano­wa­nia nad wła­snym stra­chem od dawna. Na razie z mizer­nym skut­kiem.

Zastygł z dło­nią na klamce, oddy­cha­jąc ciężko. Świat po dru­giej stro­nie drzwi był dla niego obcym i bar­dzo nie­bez­piecz­nym miej­scem. W krza­kach przy ulicy, za ogro­dze­niami, w trudno dostęp­nych zaka­mar­kach w ogro­dach sąsia­dów, cza­iła się ciem­ność. Wie­dział, że taka ciem­ność potrafi peł­zać za nim bez­gło­śnie, skry­wa­jąc w swoim wnę­trzu ośli­zgłe stwory, które tylko cze­kały na oka­zję, aby rzu­cić się na niego i zamknąć w uści­sku swo­ich lep­kich i zachłan­nych macek. Ludzie na uli­cach mieli twa­rze wykrzy­wione w prze­ra­ża­ją­cych gry­ma­sach i zawsze kiedy ich mijał, patrzyli na niego szy­der­czo. Sta­rał się nie zwra­cać na nich uwagi. Wie­dział prze­cież, że kiedy prze­cho­dzi obok, oni stają i odpro­wa­dzają go złym spoj­rze­niem, dopóki nie znik­nie w oddali lub za zakrę­tem. Pra­wie sły­szał zło­rze­cze­nia pod swoim adre­sem szep­tane przez nich pod nosem. Nie odwra­cał się więc, sta­rał się tego nie widzieć. Na nie­rów­nym chod­niku łatwo było się potknąć, wyda­wało mu się, że ostre ogro­dze­nia sąsied­nich domów wyko­nano z drutu kol­cza­stego, żywo­płoty miały dłu­gie kolce i cza­sem zbli­żały się do niego nie­bez­piecz­nie. Musiał uwa­żać, aby się nie poka­le­czyć.

Świat był prze­ra­ża­ją­cym miej­scem. Musiał się jed­nak do niego znowu przy­zwy­czaić. Cho­ciaż pew­nie ni­gdy nie będzie już tak jak daw­niej. Wycho­dze­nie z domu sta­no­wiło nie­zbędny ele­ment tera­pii.

Otwo­rzył drzwi, wyszedł na zewnątrz z zaci­śnię­tymi ustami, z tru­dem prze­krę­cił klucz w zamku i oparł się, żeby prze­cze­kać. Zawsze na początku świat ata­ko­wał go swo­imi kosz­mar­nymi kształ­tami przed­mio­tów i musiał odcze­kać, zanim jego oczy przy­wykną. Potem ruszył do furtki, tutaj stał dłu­żej, zanim zde­cy­do­wał się wyjść na ulicę.

Pół godziny póź­niej szybko wró­cił. Obszedł taką samą trasę jak co dzień bez żad­nych zna­czą­cych incy­den­tów. Raz tylko, kiedy mijał chło­paka i dziew­czynę idą­cych wolno obję­tych ramio­nami, nie­po­trzeb­nie spoj­rzał na ich twa­rze. To były maski, takie jak czę­sto widzi się w tele­wi­zji, kiedy poka­zy­wane są obrazki z zamie­szek – Ano­ny­mous. Przy­spie­szył więc kroku, a oni zatrzy­mali się i wyśmie­wali go piskli­wymi gło­sami, dopóki nie odda­lił się na znaczną odle­głość.

W domu od razu poczuł się lepiej. W serce wstą­piła nowa nadzieja i ener­gia. Na kola­cję wycią­gnął z zamra­żarki kawa­łek pizzy i odgrzał w pie­kar­niku. Nie miał już w domu nic do jedze­nia. Musiał zło­żyć zamó­wie­nie na dostawę z jakie­goś super­mar­ketu.

Po kola­cji stał w oknie, przy zga­szo­nym świe­tle, i obser­wo­wał sąsiadkę w domu obok. Aku­rat cho­dziła po salo­nie z kie­lisz­kiem wina w ręce, sia­dała na dłu­żej przy kom­pu­te­rze, odcho­dziła, dra­piąc się w głowę, cza­sem prze­glą­dała stosy papie­rów leżą­cych na biurku.

Robiła na Rober­cie pio­ru­nu­jące wra­że­nie. Nie potra­fił się powstrzy­mać przed codzienną sesją zaglą­da­nia w jej okna. Była śred­niego wzro­stu, miała pełne kształty, ale bez nad­wagi, cza­sem pod koszulkę nie wkła­dała sta­nika i wtedy podzi­wiał cudowne falo­wa­nie jej piersi. Miała dłu­gie ciemne włosy i była bar­dzo ładna. Wyglą­dała na kilka lat młod­szą od niego.

Marzył o tym, żeby nama­lo­wać jej akt. Wyobra­żał sobie taką scenę – on maluje, ona leży i obser­wuje każdy jego ruch, bez słów. Pełne poro­zu­mie­nie dusz.

Z zamy­śle­nia wyrwało go gasnące świa­tło w jej salo­nie. Była dwu­dzie­sta trze­cia. Sąsiadka poszła do sypialni na pię­trze. Po chwili zoba­czył, jak gasi świa­tło.

Zapa­lił świa­tło u sie­bie i jesz­cze przez godzinę cho­dził po domu. Nie widział sza­rej postaci kobiety obser­wu­ją­cej go z okna sypialni na pię­trze w domu obok.

4. Niesmak

(19 maja 2025 – ponie­dzia­łek)

Marek Rosiń­ski stał przy ciśnie­nio­wym eks­pre­sie do kawy i moco­wał się z uchwy­tem. Na początku roku ludzie z wydziału zrzu­cili się i wspól­nie kupili inny eks­pres niż naj­tań­szy prze­le­wowy z hiper­mar­ketu. Naresz­cie można było napić się porząd­nej kawy. Pod jed­nym warun­kiem – trzeba było nauczyć się obsługi urzą­dze­nia. Marek miał wieczny pro­blem z odkrę­ce­niem uchwytu, a póź­niej z ponow­nym jego zamo­co­wa­niem ze świeżą kawą do zapa­rze­nia. Inni radzili sobie z tym bez trudu. Widać miał jakiś feler. Podob­nie było tym razem.

– Nie szarp tak, bo zła­miesz – usły­szał nagle nad uchem kobiecy głos.

Aśka odsu­nęła go sta­now­czym ruchem i spraw­nie obsłu­żyła eks­pres, wyjęła mu z rąk kubek, posta­wiła w odpo­wied­nim miej­scu i włą­czyła start. Urzą­dze­nie zabu­czało i dwoma stru­mie­niami kawa lała się do naczy­nia.

– Nie wiem, jak ty to robisz – mruk­nął pod nosem.

– Potrzeba tro­chę czu­ło­ści.

– Bar­dzo śmieszne.

Spoj­rzała na niego z ukosa.

– Coś taki nabur­mu­szony? – zapy­tała ostroż­nie.

– Wydaje ci się.

– Zdą­ży­łam cię już tro­chę poznać.

– Zła­pa­łem kon­tu­zję.

Poprzed­niego wie­czoru, jak co nie­dzielę, w pla­nie tre­nin­go­wym miał ćwi­cze­nie siły bie­go­wej. W tym celu jeź­dził do Parku Gra­bi­szyń­skiego od strony cmen­ta­rza i tam kil­ka­krot­nie wbie­gał na pomnik pole­głych żoł­nie­rzy, góru­jący nad oto­cze­niem. Musiał się prze­for­so­wać, ponie­waż rano wstał z bolącą lewą łydką. Miał już kie­dyś taką kon­tu­zję i nawet wybrał się do leka­rza po poradę. Praw­do­po­dob­nie uszko­dził głowę mię­śnia brzu­cha­tego łydki. Rano okła­dał bolące miej­sce lodem i sma­ro­wał maścią. Kon­tu­zja nie była poważna, ale cze­kało go kilka dni prze­rwy, nie wspo­mi­na­jąc o bólu przy cho­dze­niu w pierw­szych dniach.

– Coś poważ­nego?

– Mam nadzieję, że nie.

– Już rozu­miem. – Poki­wała głową. – Per­spek­tywa kilku dni bez endor­finy powo­duje roz­draż­nie­nie.

– Nie jestem jesz­cze uza­leż­niony. – Skrzy­wił się.

– Chodź, wiem, kim jest ofiara z lasu.

Kiedy wró­cili do pokoju, usie­dli obok sie­bie przy jej biurku i przez chwilę wpa­try­wali się w ładną blon­dynkę, patrzącą na nich z uśmie­chem z ekranu. Trudno było uwie­rzyć, że to denatka z lasu.

– Nazy­wała się Marzanna Wit­kow­ska, lat dwa­dzie­ścia pięć, zamiesz­kała w Puł­tu­sku, we Wro­cła­wiu z kole­żanką wynaj­mo­wała miesz­ka­nie bli­sko cen­trum. I wła­śnie ta kole­żanka zgło­siła jej zagi­nię­cie pół­tora tygo­dnia temu. Potem to samo zro­bili rodzice w Puł­tu­sku, któ­rzy stra­cili z córką kon­takt.

– To by się zga­dzało – przy­znał Marek. – Jed­nak nie mam pew­no­ści, czy to ta sama osoba.

Joanna szybko zmie­niła zdję­cie. Teraz kobieta patrzyła na nich z ekranu poważ­nie. Ubrana była w taki sam płaszcz, jaki Marek zapa­mię­tał z lasu.

– A teraz? – zapy­tała Boro­wiec.

– Cie­plej. – Poki­wał głową.

– Pra­co­wała w noc­nym Klu­bie Żądza po dru­giej stro­nie zaułka neo­nów przy Ruskiej czter­dzie­ści sześć. Tam też, w nocy z trze­ciego na czwar­tego maja po skoń­czo­nej pracy, była widziana ostatni raz przez kole­żankę, która zgło­siła zagi­nię­cie.

– Żądza to ten klub, z któ­rym mają pro­blemy kole­dzy z oby­cza­jówki? – zapy­tał.

– Nie tylko. Wydział nar­ko­ty­ków też ma tam co robić – odpo­wie­działa. – Po pół­nocy ofi­cjal­nie klub jest zamy­kany, ale zostają klienci, któ­rzy zapła­cili tak zwane wpi­sowe. Kel­nerki zamie­niają się w panie do towa­rzy­stwa i korzy­stają z udo­stęp­nio­nego im wtedy zaple­cza klubu. Ofi­cjal­nie to nie jest bur­del, nic wła­ści­cie­lom klubu nie można zro­bić, bo zado­wo­lony klient płaci kel­nerce. Klub nic z tego nie ma.

– Nie­źle. Jak się nazywa ta kole­żanka?

– Ewa For­na­lik, pra­cuje w tym samym klu­bie.

– To chyba ją odwie­dzimy, co? – Marek spoj­rzał pyta­jąco na kole­żankę.

– Zde­cy­do­wa­nie, już do niej dzwo­ni­łam, jest w domu, pracę zaczyna po połu­dniu. Pij kawę i się zbie­ramy.

Do bloku na Łaciar­skiej przy skrzy­żo­wa­niu z Nożow­ni­czą, nie­opo­dal Placu Nowy Targ, z budynku komendy woje­wódz­kiej można było dojść pie­chotą w kilka minut. Aśka chciała się prze­spa­ce­ro­wać, bo po raz pierw­szy od kil­ku­na­stu dni było cie­pło, jed­nak Marek wymógł na niej prze­jażdżkę autem ze względu na bolącą łydkę. Potem prze­kli­nała go pod nosem, kiedy krą­żyła wokoło rynku, szu­ka­jąc miej­sca do zapar­ko­wa­nia. Żeby prze­rwać ciąg złych spoj­rzeń rzu­ca­nych przez nią za każ­dym razem, kiedy upa­trzone miej­sce było już zajęte, zgo­dził się zapła­cić za pod­ziemny par­king pod Nowym Tar­giem. Tu przy­naj­mniej była winda i nie musiał wspi­nać się po scho­dach. A od miesz­ka­nia Ewy For­na­lik na Łaciar­skiej dzie­liło ich tylko sto metrów.

Kiedy szli ramię w ramię, Joanna oczy­wi­ście nie odmó­wiła sobie papie­rosa. Do tego cały czas zie­wała.

– Ty dzi­siaj w ogóle spa­łaś? – zapy­tał tro­chę zło­śli­wie.

– Nie bar­dzo – odrze­kła, znowu zie­wa­jąc i zasła­nia­jąc usta dło­nią.

– Może to przez te fajki nie możesz spać?

– Odgry­wasz się teraz za te moje prze­kleń­stwa po dro­dze?

– Tro­chę – przy­znał.

– Dobra, mnie to wcale nie rusza.

Chciał jesz­cze powie­dzieć coś zło­śli­wego o jej ubło­co­nych pode­szwach, ale przy­po­mniał sobie, że padało do majówki i dzi­siaj po raz pierw­szy zza chmur wyj­rzało słońce. Pew­nie weszła gdzieś w błoto na par­kingu.

Ewa For­na­lik wyglą­dała, jakby dopiero co wyszła spod prysz­nica. Była boso, ubrana w czer­wony szla­frok, z mokrymi ciem­nymi wło­sami do ramion zacze­sa­nymi do góry. Była bar­dzo ładna. Marek miał przez chwilę pro­blem z utrzy­ma­niem kon­cen­tra­cji, kiedy usia­dła naprze­ciw nich w fotelu i zało­żyła nogę na nogę, odsła­nia­jąc zgrabne uda i ładne stopy. Widział po Joan­nie, że jej się nie spodo­bało takie swo­bodne zacho­wa­nie kobiety. Nic jed­nak nie powie­działa, jedy­nie zaci­snęła szczęki.

– To pani zgło­siła zagi­nię­cie Marzanny Wit­kow­skiej – zaczął Marek.

– Tak – potwier­dziła szybko For­na­lik, lekko zanie­po­ko­jona – Czy już wie­cie, co się z nią stało?

– Nie­stety nie żyje – odpo­wie­dział twardo Rosiń­ski. – Została zamor­do­wana.

– Poznaje ją pani? – Joanna nie dała jej prze­tra­wić tej infor­ma­cji, natych­miast poka­zu­jąc zdję­cie denatki ze stołu sek­cyj­nego.

Dla For­na­lik to był szok. W jed­nej chwili ule­ciała z niej cała pew­ność sie­bie i tro­chę pro­wo­ka­cyjne zacho­wa­nie. Nagle się skur­czyła, zaci­snęła kolana, szczel­niej otu­liła się szla­fro­kiem i zbla­dła jak papier. Zaczęła jej drgać dolna warga, za moment po policz­kach poto­czyły się dwie wiel­kie łzy. Poki­wała głową, nie mogąc wykrztu­sić ani słowa.

Marek zer­k­nął na kole­żankę. Z jej kamien­nej twa­rzy nic nie dało się wyczy­tać. Mogła to zro­bić sub­tel­niej, ale Aśka już taka była, cza­sem waliła pro­sto z mostu i zazwy­czaj robiła to wtedy, gdy ktoś jej się ewi­dent­nie nie podo­bał. Tak jak Ewa For­na­lik teraz. Z jakie­goś powodu poli­cjantka uprze­dziła się do kobiety w sekundę. Może cho­dziło o jej zacho­wa­nie?

Mimo wszystko Boro­wiec dała kobie­cie dłuż­szą chwilę na oswo­je­nie się z tą infor­ma­cją i na opa­no­wa­nie łez. Marek posta­no­wił prze­jąć ini­cja­tywę i zaczął powoli:

– Długo pani znała Marzannę Wit­kow­ską?

For­na­lik poki­wała głową, na­dal nie mogąc wykrztu­sić słowa.

– A kon­kret­niej?

– Dwa lata – padła cicha odpo­wiedź. – Mniej wię­cej.

– Jak się pozna­ły­ście?

Kobieta się­gnęła na sto­lik przy jej fotelu po chu­s­teczki i zanim odpo­wie­działa, wytarła oczy i wysią­kała nos.

– Marzanna zaczęła pracę w Żądzy, ja już tam pra­co­wa­łam, szu­kała miesz­ka­nia, a to miesz­ka­nie jest dla mnie za duże i za dro­gie. Jakoś tak przy­pa­dła mi do gustu, więc jej zapro­po­no­wa­łam jeden pokój.

– Czy kogoś miała? Chło­paka, narze­czo­nego?

– Nie.

– Spo­ty­kała się z kimś?

Ewa For­na­lik nagle poru­szyła się nie­spo­koj­nie.

– Czyli jed­nak ktoś był – drą­żył Marek.

– Nie do końca… – Zawa­hała się.

– Posłu­chaj mnie – ode­zwała się poli­cjantka twar­dym gło­sem. – Nawet nie pró­buj krę­cić. My wiemy, co się dzieje w waszym klu­bie po ofi­cjal­nym zamknię­ciu. Czy Wit­kow­ska brała pie­nią­dze za seks?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki