Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
103 osoby interesują się tą książką
Oficer policji, który zakatował niewinnego chłopaka, zgłasza się do kancelarii Żelazny Chyłka Klejn w poszukiwaniu ratunku. Żaden z prawników nie chce podejmować oczywiście przegranej sprawy, okazuje się jednak, że funkcjonariusz działał pod przykrywką w organizacji przestępczej – i swoimi czynami ocalił życie Chyłce i Oryńskiemu.
Joanna tymczasem toczy własną walkę sądową – jej siostra ma zostać pozbawiona praw rodzicielskich, a jej córka trafić pod opiekę ojca, niebezpiecznego psychopaty, który zgotuje dziecku piekło. Chyłka zrobi wszystko, żeby siostrzenica nie wpadła w jego ręce – nawet jeśli będzie oznaczało to przekroczenie wszystkich obowiązujących zasad prawnych.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 455
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Remigiusz Mróz, 2026
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktorka prowadząca: Joanna Zalewska
Marketing i promocja: Wiktoria Jadziewicz, Natalia Angier, Marta Kujawa
Redakcja: Karolina Macios
Korekta: Paulina Jeske-Choińska, Magdalena Białek
Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl
Projekt okładki i strony tytułowe: © Mariusz Banachowicz
Zdjęcie autora: © Olga Majrowska
Fotografie na okładce: © Najron Photo | Shutterstock
Wszelkie podobieństwa do prawdziwych postaci i zdarzeń są przypadkowe.
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68889-29-1
CZWARTA STRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
1
Coffeedesk, ul. Wilcza
Gdyby Chyłka nauczyła się czerpać radość z samego czekania, nie musiałaby czekać na radość. Pech chciał, że nigdy tej umiejętności nie posiadła, toteż każda sekunda spędzona na wypatrywaniu osoby, z którą była umówiona, stanowiła dla niej katusze.
Zerknęła na komórkę leżącą na stole, licząc na to, że Zordon za moment raczy się chociaż odezwać. Był spóźniony już dwadzieścia minut, najwyraźniej jednak pozostawał tego całkowicie nieświadomy.
Nie miał dziś sądu, niewiele rzeczy tego wieczora mogło zatrzymać go w kancelarii. Mieli spotkać się przy Wilczej, wypić kawę, a potem postanowić, co dalej.
Oględny plan zakładał, że przejdą się po Śródmieściu, wybiorą którąś knajpę i posiedzą w niej do nocy. O dzieci nie musieli się martwić, zajmowała się nimi siostra Chyłki, która przez ostatnie miesiące robiła im właściwie za drugą matkę.
Mieszkało się u niej dobrze, ale nie było dnia, by Joanna nie myślała o spalonym mieszkaniu przy Argentyńskiej. Razem z Kordianem postanowili je sprzedać, żadne z nich nie wyobrażało sobie, by wrócić tam z Pestkami. Zbyt wiele niebezpiecznych powidoków. Zbyt wiele bólu.
W tym byli zgodni, w innych sprawach wciąż się różnili. Nie na darmo mówi się, że kiedy ludzie zostają rodzicami, zmieniają się – a co za tym idzie, muszą też na nowo się poznać. Na nowo się siebie nauczyć.
Chyłce i Oryńskiemu szło średnio. Ona mieszkała z dziećmi u siostry, on wynajmował niewielkie mieszkanie przy Emilii Plater. Był to dla niego powrót do dawnych czasów, które chciał zostawić za sobą, ale słowem się nie zająknął, że mogliby poszukać czegoś razem.
Ich związek wciąż tkwił w epoce lodowcowej. Po tym, co stało się przy sprawie dwójki nastolatków oskarżonych o zabójstwo rodziców jednego z nich, trudno było liczyć na szybkie ocieplenie klimatu.
Mimo to próbowali. Dzisiejszy wieczór miał właśnie temu służyć.
Joanna znów zerknęła na komórkę. Nadal nic.
Ledwo jednak oderwała wzrok od wyświetlacza, ten się rozświetlił. Zobaczywszy na nim to, czego oczekiwała, postanowiła nie spieszyć się z odebraniem. Zrobiła to na moment przed tym, jak połączenie zostałoby automatycznie zakończone.
– Miło, że dzwonisz – rzuciła. – Ty bakłażanie pierdolony.
Dwie osoby przy stoliku obok obróciły ku niej głowę, ale Chyłka tego nie dostrzegła.
– Od razu pieszczoty? – spytał.
– Miałeś stawić się ponad dwadzieścia minut temu.
– Sorry.
– Przepraszać będziesz, jak będę mogła zobaczyć cię klęczącego. Daleko jesteś?
Odpowiedziało jej chwilowe milczenie.
– Zordon?
– Nie dam rady dzisiaj.
– Co?
– Muszę się zająć sprawą, nie mam jak tego…
– W sumie to i dobrze – ucięła. – U mnie też średnio z czasem.
Słowa padły automatycznie, reakcja była bezwarunkowa. Zadziałał instynkt samozachowawczy, który przez większość życia dyktował jej zachowania. Tak naprawdę pozbyła się go dopiero, kiedy zbliżyła się do Kordiana. A teraz wrócił.
Na linii zaległa cisza, a Chyłka przesunęła dłonią po nowej bluzce, którą kupiła specjalnie na dzisiejszy wieczór. A jak miała nową bluzkę, to stwierdziła, że przydałyby się do niej nowe spodnie. Bielizna też, na wszelki wypadek. W dodatku wydepilowała wszystko tak, że niemowlak poczułby się zawstydzony.
Kurwa mać, nie tak miało to wyglądać.
– To przekładamy? – spytał.
– Przekładamy.
– Okej.
Żadnego pytania o termin, żadnej oznaki, że Zordon chciałby spotkać się jak najszybciej. Czasem, wieczorami, kiedy miała chwilę wytchnienia od dzieci, myślała o tym, że kogoś znalazł. Nie, nie znalazł. To zakładałoby, że szukał.
Ale może ktoś pojawił się w jego życiu zupełnie niespodziewanie. I zaludnił to miejsce, które ona zostawiła opustoszone.
– Jak Pestki? – dodał.
Bezpieczny temat. Często, kiedy zbliżali się do innych, uciekali w te rejony.
– Żyją – odparła Joanna. – Ale jeśli szybko nie wykształcą zdolności trawienia mikroplastiku, może być różnie.
– Hm?
– Współczesny człowiek codziennie w domu i w pracy wdycha ponad siedemdziesiąt tysięcy cząsteczek. Albo się zaadaptują, albo padną.
– Oby się zaadaptowały.
– Ba – potwierdziła. – Muszą żyć przynajmniej do dwa tysiące setnego roku.
Ilekroć o tym myślała, wydawało jej się to absurdalne. Ale prawda była taka, że wziąwszy pod uwagę średnią długość życia i postępy medycyny, Hanna i Bruno powinni spokojnie dociągnąć do dwudziestego drugiego wieku.
Chyłka nie sądziła, by wielu rodziców obecnych niemowlaków nawiedzały takie myśli, jej jednak nie dawały spokoju.
Zaległa ciężka cisza, a Joanna miała wrażenie, że znad truchła tej nagle obumarłej rozmowy unosi się obłok wyjątkowo ohydnego fetoru.
W końcu to Oryński postanowił coś z tym zrobić.
– Jesteś w Coffeedesku?
– A gdzie mam być?
– Myślałem, że po piętnastu minutach się zwinęłaś.
– No, no, Zordon, znasz mnie jak wczorajszą gazetę.
– Mhm.
– Pod warunkiem, że zapomniałbyś jej kupić.
Mimo że się nie odezwał, mogła sobie wyobrazić, że lekko otwiera usta, unosi brwi. Boże, znała go tak dobrze. I tęskniła za tymi wszystkimi małymi detalami tak bardzo.
Zerknęła na to, co przed nią stało, zastanawiając się, czy powinna o tym wspomnieć. W końcu uznała, że tak.
– Piję to twoje ohydztwo – mruknęła.
– Znaczy…
– Zamówiłam białą mochę.
– Żartujesz?
– Chciałabym.
– I jak smakuje?
Joanna się zawahała.
– Jakby skunks z zatruciem pokarmowym zebździł się do miski z Lenorem.
Zordon cicho parsknął, a temperatura rozmowy na moment podniosła się do poziomu, przy którym Chyłka poczuła się nieco lepiej. Z jakiegoś powodu jednak skłoniło ją to do szybkiego jej zakończenia.
Może chciała ocalić tę iskrę, obawiając się, że pierwszy lepszy podmuch ją zdmuchnie? Tak, chyba tak.
– Dobra – rzuciła. – Zbieram się z powrotem. Magdalena się ucieszy, że nie musi niańczyć szkodników.
– Wpadnę jutro.
– Jeśli musisz.
– Muszę – odparł.
W jego głosie nadal kołatał się ten lekki płomień, przy którym Joanna mogła się ogrzać.
– No, to trudno – oznajmiła, po czym się rozłączyła.
Wygasiła ekran i spojrzała na swoje niewyraźne odbicie, zastanawiając się nad tym, czy naprawdę nie dałoby się powiedzieć czegoś innego, pożegnać się tak, żeby zabrzmiało to nieco lepiej.
Westchnęła, a potem zaczęła się zbierać. Mochi dopijać nie zamierzała, właściwie chciała tylko spróbować i resztę oddać Zordonowi. I tak by ją zamówił, więc wszyscy byliby zadowoleni.
Wzięła taksówkę na Wilanów i po dwudziestu minutach była na Europejskiej. Kierowca dwa razy próbował ją zagadać, była jednak tak daleko myślami, że jego słowa nie mogły jej sięgnąć.
Podeszła do drzwi domu i zaczęła grzebać w torebce. Dzwonić nie chciała, beboki mogły spać, a zbudzenie ich było najmniej roztropną rzeczą, na jaką można było się zdecydować.
W końcu wyłowiła klucze, ale kiedy włożyła je do zamka, przekonała się, że drzwi nie są zamknięte. Zaklęła cicho, przypominając sobie, ile razy mówiła Darii, żeby po wejściu do domu przekręcała zamek. Siostrzenica jednak od pewnego czasu była tak rozkojarzona, że chyba tylko cudem nie zapominała zabrać ze sobą głowy.
Joanna chwyciła za klamkę, uświadamiając sobie, że to nie Daria zawiniła. Ostatnio dość często spała u koleżanki, dziś też. Przy czym koleżanka wciąż oznaczała koleżankę, nie był to jeszcze wiek, w którym pod tym pojęciem kryło się coś innego.
Chyłka weszła do środka, zastanawiając się, czy to aby nie ona zostawiła otwarte. Spieszyła się, była przekonana, że spóźni się na…
Myśl urwała się jak lina trzymająca ciężki ładunek, który po upadku wydaje tak głośny huk, że człowiek przez moment stoi jak sparaliżowany.
W przypadku Chyłki moment trwał zbyt długo.
Nie rozumiała, co się dzieje, nie potrafiła zinterpretować tego, co widzi.
Krwistoczerwone zacieki na ścianach.
Kolejne na podłodze.
Łkanie dzieci z oddali.
Potrząsnęła mocno głową, dochodząc do siebie na tyle, by reszta wydarzyła się sama. Popędziła przed siebie, ku pokojowi dzieci. Wpadła do środka, nie bacząc na to, czy grozi jej jakiekolwiek niebezpieczeństwo.
Pestki leżały w swoich łóżeczkach, wystraszone, ale bezpieczne.
Joanna natychmiast się odwróciła, gotowa do odparcia ataku, stanięcia w obronie dzieci. Nikt jednak nie wbiegł za nią do pokoju, nie słyszała żadnych dźwięków poza płaczem Hanny i Brunona.
Na trzęsących się nogach wróciła na korytarz. Nie pomyślała, by wyciągnąć komórkę, wezwać policję, zadzwonić do Zordona. Działała irracjonalnie. Zamknęła za sobą drzwi do sypialni dzieci, jakby mogły stanowić skuteczną zaporę przed niebezpieczeństwem.
Potem na dobre zrozumiała, że na ścianach i podłodze są plamy krwi.
Boże, co tu się stało?
Przeszła do kuchni i zamarła, widząc ciało leżące na płytkach.
2
Skylight, ul. Złota
Zapach w windzie był wyjątkowo nieprzyjemny, ale nie miał nic wspólnego z tym, co unosiło się w powietrzu. Pochodził z kłamstwa, które Kordian Oryński przed momentem przedstawił Chyłce.
Nic nie zatrzymało go w kancelarii. Nawet go w niej nie było, dopiero teraz wjeżdżał na dwudzieste pierwsze piętro biurowca przy Złotych Tarasach. Powód, dla którego nie mógł zobaczyć się z Chyłką, nie miał nic wspólnego z pracą.
Fakt faktem, teraz musiał jednak się do niej zabrać. To, co wcześniej zajmowało mu czas, skutecznie to uniemożliwiło.
Wieczór w kancelarii był spokojny, większość prawników rozeszła się do domów. Na posterunku zostali tylko ci, którym nie spieszyło się do swoich narzekających małżonków, płaczących dzieci lub pustych mieszkań. Do tego stażyści chcący wykazać się zbyt daleko idącą inicjatywą.
Zordon pamiętał siebie z tamtych czasów. I zastanawiał się, jak wiele tamten człowiek miał wspólnego z tym, który teraz szedł ku swojemu gabinetowi.
Dotarł do drzwi, kiedy usłyszał głos z głębi korytarza.
– Mecenas Oryński?
Kordian spojrzał przed siebie i zobaczył idącego ku niemu obciętego na rekruta, umięśnionego mężczyznę z wytatuowanymi dłońmi i długą brodą. W pierwszej chwili chciał zrobić krok w tył, odnosząc wrażenie, jakby Gorzym na powrót pojawił się w jego życiu.
Twarzy tego człowieka jednak nie kojarzył. W jego oczach nie dostrzegał żadnego zagrożenia.
– Marcin Żelich – przedstawił się, wyciągając rękę do Zordona.
Chwyt miał mocny, skórę jak papier ścierny, a przedramiona pokryte ciemnymi, gęstymi włosami. W jego wyglądzie było coś, co sugerowało, że w żyłach tego człowieka płynie krew południowca.
Nazwisko wydało się znajome, ale Oryński nie mógł przypasować go do nikogo konkretnego.
– Jestem nadkomisarzem CBŚP – dodał Żelich.
Kordian uniósł brwi.
– Nie wygląda pan.
– Sztuka kamuflażu.
– Średnia, skoro sam pan się przedstawia ze stopnia i podaje formację – odparł Zordon.
– Tobie tak. Innym nie.
A więc bez panowania, w porządku.
– To może z rozpędu przedstawisz mi cel tej wizyty? – spytał Oryński.
– Szukałem pana.
– Przeszliśmy już chyba na ty.
Marcin uśmiechnął się lekko, obnażając zęby, które były marzeniem każdego ortodonty.
– Harpun – rzucił. – Na ciebie, z tego, co wiem, mówią Zordon.
– Tylko wybrani.
– Nie tylko.
Oryński zmarszczył brwi, przypatrując się mężczyźnie. Ten rewanżował się tym samym, prawie nie mrugając, zupełnie jakby w ten sposób rzucał wyzwanie i chciał ustawić dynamikę dalszej rozmowy.
– Tak też mówi się o tobie w kręgach przestępczych – dodał. – Ksywa przewija się dość często.
– I skąd o tym wiesz?
Harpun w końcu oderwał wzrok od jego oczu i wskazał drzwi gabinetu, na którym wisiała plakietka z imieniem i nazwiskiem Zordona.
– Może wejdziemy?
– To zależy, w jakim celu.
– Chcę pogadać.
– Właśnie to robimy i idzie nam całkiem nieźle na korytarzu.
Żelich zdawał się dopiero teraz zorientować, że niezapowiedziana wizyta wysoko postawionego oficera CBŚP na nikogo nie działa kojąco. Rozejrzał się, a potem lekko się skrzywił.
– Potrzebuję adwokata – oznajmił. – Najlepszego z najlepszych.
– Mhm. Niestety nie mamy żadnego odpowiednika znanylekarz.pl, na którym mógłbyś sprawdzić ranking, więc…
– Powinniście mieć.
– Pewnie tak – przyznał Kordian.
– Ale portale mi niepotrzebne. Mówi się, że umiesz człowieka wyciągnąć z największego gówna.
Sposób, w jaki to powiedział, świadczył o jednym.
– I tak się składa, że ty w nim tkwisz? – spytał Oryński.
– Po czubek głowy.
Zordon nabrał tchu i się zawahał. Szybko oszacował, ile zajmie mu ta rozmowa i do czego może prowadzić, po czym otworzył drzwi do swojego gabinetu i zaprosił Marcina Żelicha do środka.
Ten wszedł ostrożnie, a potem rozejrzał się uważnie. Wyglądało to jak zachowanie nie tyle wyuczone, ile przyrodzone.
Usiedli po przeciwnych stronach biurka.
– Od czego mam zacząć? – rzucił policjant.
– Od tego, skąd ta ksywa.
Harpun przez moment się namyślał, wodząc wzrokiem po pokoju.
– A chuj wie – zawyrokował w końcu. – Przylgnęła tak dawno, że trudno stwierdzić. Może od nosa.
– Czyli nie zamordowałeś nikogo żadną bronią do morskich polowań?
– O ile wiem, to nie.
W jego głosie kryło się coś więcej niż w słowach, ale Kordian uznał, że będzie czas, by to zgłębić. Teraz musiał skupić się na najważniejszych rzeczach, by wiedzieć, z kim ma do czynienia. I z czym.
– W porządku – odparł. – To powiedz, co tu robisz.
Harpun ciężko nabrał tchu i potarł kark.
– Wiele lat pracowałem pod przykrywką – zaczął. – I jak to czasem się dzieje, musisz tam robić rzeczy, z których nie jesteś dumny. Na tym ta robota polega. Jak wpadniesz w stado wilków, musisz nie tylko wyć jak one, żeby cię nie rozszarpały, ale też czasem pokazać kły.
– No tak.
– Nigdy żadnej cienkiej czerwonej linii nie przekroczyłem. Bywało, że się do niej zbliżałem, ale nie przekroczyłem.
– Okej – odparł Zordon. – Domyślam się, że Biuro Spraw Wewnętrznych uważa inaczej i dlatego tu jesteś?
Żelich krótko skinął głową.
– Jak się łowcy czarownic na ciebie uwezmą, to masz przejebane, choćbyś był, kurwa, krystaliczny – skwitował pod nosem. – A ja nigdy nie byłem. Nie będę kłamał.
– Doceniam. Co ci zarzucają?
– Przekroczenie uprawnień i zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem.
– Nieźle.
Harpun pociągnął nosem i otarł go przedramieniem.
– Największy kaliber – odparł. – Przemielili mnie na wióry, przez ostatnie dwa lata szukali czegokolwiek. I jak nie znaleźli niczego, do czego można by się przypierdolić, wymyślili sobie to.
– Co konkretnie?
– Że zabiłem chłopaczka. Niewinnego nastolatka, porwanego przez organizację, którą rozpracowywałem.
– I co to za organizacja?
Marcin zwlekał z odpowiedzią.
– Najpierw papiery – rzucił.
– To znaczy?
– Podpiszmy się. Żeby wszystko, co tu padnie, zostało między nami.
– Nawet nie wiem, czy wezmę tę sprawę.
– Wiesz.
Kordian cicho westchnął, zastanawiając się, jak rozmawiać z człowiekiem, który najwyraźniej zawsze dostawał to, czego oczekiwał.
– Bo tak się składa, że to też dotyczy ciebie – dodał Żelich.
– W jakim sensie?
Harpun zaplótł ręce z tyłu głowy i przez chwilę zwlekał z udzieleniem odpowiedzi.
– Takim, że organizacja, o której mowa, planowała zabić ciebie i twoją żonę – oznajmił. – Będąc pod przykrywką, mogłem to powstrzymywać. Teraz nie.
3
ul. Europejska, Stary Wilanów
W kuchni krwi było najwięcej. Rozlewała się po podłodze, kapała z wyspy, rozbryzgi widać było na meblach.
Chyłkę znów ogarnął całkowity paraliż, z którym nie potrafiła sobie poradzić. Stawiała czoła wielu trudnym, nawet ekstremalnym sytuacjom, nigdy jednak takiej.
Stała z komórką w ręce, nie wiedząc nawet, skąd się tam wzięła. Czuła, że trzęsie jej się głowa, zupełnie jakby coś pozbawiło ją solidnego podparcia. Oczy poruszały się nieznacznie na boki, ale mózg nie rejestrował tego, co widziały.
Nawet gdyby było inaczej, upewnianie się, czy osoba leżąca na ziemi żyje, mijałoby się z celem. Ilość krwi mówiła sama za siebie, szeroko otwarte usta i nieruchoma, pośmiertna maska również.
Chyłka kątem oka dostrzegła ruch. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że to jej ręka się podnosi. Jakby zupełnie niezależnie od niej palec dotknął zielonej słuchawki.
– Nie… – rozległ się łamliwy głos.
Wraz z nim Joanna odnotowała coś innego. Zza wyspy kuchennej podnosiła się z podłogi jej siostra.
Była cała we krwi i łzach, blada jak ściana. Trzęsła się, a z jej nosa lała się wodnista wydzielina, spływając po ustach i brodzie. Magdalena zdawała się tego całkowicie nieświadoma.
– Nie dzwoń…
Głos miała obcy, nie przypominał tego, którym normalnie operowała. Dopiero po chwili Chyłka rozpoznała w nim pojedyncze znajome nuty. Tyle wystarczyło, by się ocknęła.
– Co tu się…
Urwała, niejasno rozumiejąc, że nie ma dobrego pytania, które mogłaby zadać. Gubiła się we własnych myślach, ale jeden wniosek wysuwał się przed cały ten chaos.
Dzieci.
Trzeba zadbać o ich bezpieczeństwo.
Ruszyła w kierunku ich pokoju, jednocześnie wybierając sto dwanaście.
– Poczekaj… – jęknęła Magdalena, wspierając się o wyspę.
Chyłka nie odpowiadała.
– To ja… – dodała siostra. – To ja to wszystko…
Jej słowa były jak sole trzeźwiące.
Joanna zastygła w bezruchu z palcem na zielonej słuchawce. Bezwiednie omiotła wzrokiem pomieszczenie, tym razem w sposób, który trenowała latami. W sposób, który licował z zachowaniem doświadczonego adwokata na miejscu zbrodni.
Zakrwawiony, długi nóż na podłodze. Używała go do porcjowania pieczeni, kiedy Magdalena od czasu do czasu przyrządzała kolację. Miała większe zdolności kulinarne niż ona, radziła sobie nie gorzej niż ich matka, która…
Chyłka uzmysłowiła sobie, że podświadomość panicznie szuka ucieczki. Natychmiast skupiła się na tym, co tu i teraz. Na tym, co istotne.
W końcu na dobre wrócił jej racjonalizm.
Popędziła do pokoju dzieci. Nie płakały, w nietypowy dla siebie sposób same się uspokoiły, zupełnie jakby poczuły, że nie mogą pozwolić sobie na hałasowanie.
Joanna dotknęła ich główek, jakby dzięki temu mogła otoczyć je kokonem bezpieczeństwa. Hanna patrzyła na nią poważnym, niepasującym do niemowlaka wzrokiem, Bruno rozglądał się wokół, szukając czegoś. Były spokojne, nic im nie zagrażało. Joanna zamknęła na moment oczy. Czekała, sama nie wiedząc na co. Może potrzebowała chwili, by zrozumieć, że cokolwiek się wydarzyło, nie sprowadziło na nie nieszczęścia.
Magdalena je obroniła. Boże.
Chyłka szybko wróciła do kuchni, zastając siostrę tam, gdzie ją zostawiła. Trybiki w jej umyśle, które odpowiadały za przełączanie się w tryb zawodowy, wreszcie zadziałały.
Znajdowała się na miejscu zbrodni. Zbrodni, której sprawczynią była Magdalena.
– Co tu się stało? – wydusiła.
Żadnej odpowiedzi.
– Co tu się, kurwa, stało?! – rzuciła głośniej.
– On… on tu wpadł jak…
– Kto? Kim on jest?
Był, poprawił ją uporczywy głos z tyłu głowy.
Spojrzała na zamarłą w bólu twarz mężczyzny, który leżał na podłodze. Pośród świeżych ran widać było też jedną, którą musiał odnieść wiele lat temu. Szrama na zamkniętej powiece była tak głęboka, że zapewne nie widział na jedno oko. Może w ogóle go nie miał. Szycie nie wyglądało na profesjonalne, zupełnie jakby zajął się tym ktoś, kto nie miał pojęcia o odpowiedniej procedurze medycznej.
Chyłka z pewnością zapamiętałaby kogoś takiego. Ten człowiek był obcy. A więc przypadkowy włamywacz? Nie sprawiał takiego wrażenia. Nie miał żadnej maski, żadnej kominiarki, nic z tych rzeczy. Nosił jasną koszulę do garnituru, teraz niemal całkowicie przesiąkniętą czerwienią.
Podeszła do siostry i stanęła na tyle blisko, że Magdalena musiała lekko się odsunąć. Wzrok nadal miała mętny. Brakowało w jej umyśle tego przełącznika, który Joanna latami wykształcała. Tego, który pozwalał w takich sytuacjach odsunąć na bok emocje, nawet gdy zdawały się przygniatać człowieka do ziemi.
Analiza sytuacji. Analiza stanu faktycznego i dopasowanie go do stanu prawnego. Chyłka próbowała złapać wzrok siostry, ale nadaremno.
– Mów – rzuciła.
Magdalena przez chwilę zmagała się z przełknięciem śliny, jakby się czymś zadławiła.
– Mów!
– Ja… nie…
Chyłka złapała ją za ramiona, ale powstrzymała się przed potrząśnięciem. Patrzyła jej w oczy na tyle długo, by Magda w końcu musiała skupić na niej spojrzenie.
– Przepraszam, Boże, wybacz mi…
– Co tu się wydarzyło? – spróbowała jeszcze raz Joanna. – Włamał się?
– Wszedł… wszedł bezszelestnie, potem…
– No?
– Zaatakował mnie – jęknęła Magdalena, a jej ciało nagle odmówiło posłuszeństwa.
Gdyby nie to, że Chyłka nadal ją trzymała, padłaby w całą tę krew jak kłoda. Joannie-siostrze przeszło przez myśl, że musi natychmiast ją stąd wyprowadzić. Joannie-prawniczce, że to ostatnia rzecz, jaką powinna zrobić. Nie należało roznosić krwi do innych pomieszczeń.
– Chyłka…
– Spokojnie. Siadaj.
Podprowadziła ją do krzesła, potem pomogła zająć miejsce. Podczas gdy Magdalena zanosiła się szlochem, Joanna zaczęła robić to, co potrafiła najlepiej.
Do kurwy nędzy, nie wyglądało to jak obrona konieczna. Raczej egzekucja. W dodatku taka, która nie poszła zgodnie z planem.
Ran kłutych i ciętych było zbyt dużo, by można traktować je jako wynik działania w samoobronie. Nóż wbito w ciało mężczyzny kilkanaście razy. W brzuch, w klatkę piersiową, w szyję, w końcu w twarz.
Przywodziło to na myśl zbrodnie psychopatycznych morderców, którzy nie są w stanie przestać.
Chyłka przysunęła sobie krzesło i usiadła obok siostry. Położyła dłoń na jej ramieniu. Czekała.
Nasłuchiwała, czy dzieci na powrót się nie rozpłakały, ale nie słyszała nawet cichego łkania. Jak wiele do nich dotarło? Nawet jeśli wszystko, to i tak nie rozumiały. Nie będą pamiętać niczego z dzisiejszych wydarzeń.
Niestety o niej i o siostrze nie można było powiedzieć tego samego.
To, co miało tu miejsce, zmieni ich życia na zawsze.
4
XXI piętro Skylight, Śródmieście
Dłonie mężczyzny były niemal całkowicie czarne od tatuaży. Jedyne wolne miejsca pozostały tam, gdzie stworzono kształt kości, dzięki czemu ręce wyglądały jak na prześwietleniu. Ciekawy efekt. Ciekawy człowiek. I z pewnością ciekawa historia, którą przyniósł.
Mimo to Kordian zamiast dopytywać, patrzył mu prosto w oczy.
– Nie chcesz wiedzieć więcej? – spytał Harpun.
– Chcę.
– To dlaczego nie pytasz?
Oryński skrzyżował dłonie na biurku, a potem nachylił się nieco w stronę rozmówcy.
– Bo różne rzeczy się słyszy od różnych ludzi.
– Okej, w takim razie…
– Poza tym, jeśli chcesz, żebym rozważył twoją obronę, zacznijmy od początku.
– Znaczy?
Zamiast odpowiedzieć, Zordon patrzył na potencjalnego klienta w milczeniu. Nie miał zamiaru sugerować mu, co ten powinien mówić. Jeśli rzeczywiście jakaś organizacja dybała na życie Chyłki i jego, wolał znać całą historię.
Zresztą na tym etapie wydawało mu się to dość naciągane i wygodne. Harpun mógł zasadniczo zjawić się u niego z jakąkolwiek historyjką. Nie sposób było jej zweryfikować.
– Nie każdy w twojej sytuacji zachowałby taką cierpliwość – zauważył Marcin.
– To nie cierpliwość.
– A co?
– Doświadczenie.
Żelich płytko nabrał tchu, a potem potarł jeden ze szkieletowych tatuaży.
– Dobra – rzucił. – Dwa lata temu naczelnik CBŚP wezwał mnie do siebie i przedłożył mi propozycję nie do odrzucenia.
– Jaką?
– Miałem wniknąć w struktury mafii gruzińskiej w Warszawie.
– Jest tu gruzińska…
– Jest – uciął Harpun. – Zjawiła się dobrą dekadę temu, zajmowała się drobnicą, jak opierdalanie mieszkań, jumanie samochodów, rozboje i zastraszenia. Ale od paru lat rośnie w siłę. A od kiedy zaczął sypać się nasz lokalny półświatek, rozpycha się łokciami. Albo raczej pięściami.
„Nasz lokalny półświatek” dotyczył oczywiście Piotra Langera. Dziurę po nim chciał dość szybko wypełnić Wojciech „Gorgan” Malm, ale nie miał szczęścia – zabrakło mu go głównie za sprawą komisarza Forsta.
Czy Gruzini mogli skorzystać? Cóż, nawet nie mogli, uznał w duchu Kordian. Musieli.
– Wiem, o czym myślisz – odezwał się Harpun.
– Macie kursy jasnowidztwa w Szczytnie?
– Szkoliłem się w Iwicznej. I nie potrzeba Jackowskiego ani Bejtara, żeby to przejrzeć.
Oryński uniósł brwi.
– Zastanawiasz się, czym podpadliście Gruzinom, że chcą was usunąć – dodał Żelich.
– Ty na moim miejscu byś się nie zastanawiał?
Harpun przez chwilę trwał w ciszy, potem cicho parsknął. Zsunął się nieco na krześle, jakby chciał pokazać, że czas się rozluźnić.
– Wiadomo, że tak – odparł. – Zakładałbym, że typ taki jak ja próbuje mi sprzedać dętą historyjkę.
– Mhm.
– Ale powiem ci szczerze: nie mam na to czasu ani energii. Wewnętrzni już mi ostro dupę obrabiają. Potrzebuję prawnika.
Zordon znów poświęcił chwilę, by przyjrzeć się temu mężczyźnie. Tym razem starał się dostrzec na jego twarzy wszystko to, co wcześniej przegapił. Wszystko to, co niknęło pod mordą nadającą się do określenia: „zakazana”. Wszystko to, co próbowały ukryć tatuaże. I wszystko to, co przykuwało uwagę mniej niż fryzura, którą pewnie zamiast „na rekruta” określało się teraz mianem „buzz cut”.
Harpun jednak był jak zamknięta książka. Z wyjątkowo krzykliwą okładką.
Wydawało się, że dostrzegł rezerwę adwokata i postanowił w końcu coś z nią zrobić.
– Pracowałem pod przykrywką w narkotykowym – oznajmił. – Dwa lata rozpracowywania tych gruzińskich skurwieli, tony przewalonego gówna, które trzeba było wziąć na barki. I wszystko strzelił chuj.
– Dlaczego?
– Poszła fama, że jestem psem.
– Jak?
– Jakaś sześćdziesiona sypnęła – odparł pod nosem Harpun.
Kordian lekko zmrużył oczy.
– Ktoś z naszych musiał się rozpruć – dodał Żelich.
– Z waszych, w sensie…
– Kurwa, z psów – odparł nieco ostrzej Marcin. – Chyba nie myślisz, że tych gangusów tak traktuję?
– Spędziłeś z nimi dwa lata, więc…
– Rozpracowywałem ich. Robiłem dobrą robotę. Wymierzoną w złych ludzi.
Rozmówca nieco się otwierał, a Zordon odnosił wrażenie, że ma do czynienia z kimś nie do końca typowym. W jego oczach widać było powołanie, misję. Zupełnie jak u tych lekarzy, którzy od urodzenia wiedzą, że chcą pomagać innym.
– Nie wiem, którędy to poszło – dodał Harpun. – Ale musiałem spierdalać, żeby mnie nie odjebali.
– Okej.
– I ledwo wyszedłem z tego bagna, trafiłem do następnego. BSW wyskoczyło z jakimiś zarzutami, potem prokuratura.
– Więc trwa przeciwko tobie postępowanie?
– No.
– Chodzi tylko o zabójstwo czy o coś jeszcze?
– A to mało?
– Zależy, jak bardzo chcą cię widzieć za kratkami.
Marcin Żelich skrzywił się, jakby nawet mówienie o tym było dla niego za trudne. Jakby zawiedli go nie tylko bracia w mundurze, ale także cały wymiar sprawiedliwości. Może nawet więcej. Jakaś idea państwa, w którą wierzą jedynie idealiści.
– Oskarżyli mnie o korupcję – powiedział w końcu Harpun. – O to, że ujawniłem się Gruzinom i brałem od nich kasę za informowanie, co CBŚP robi w ich sprawie. Plus, że wcześniej zrobiłem kilka rzeczy, których nie powinienem, żeby ocalić przykrywkę. Ale przede wszystkim, że zabiłem tego chłopaka.
– Kto to był?
– Jeden z młodych, którzy dilowali MDMA i flakką. Okazało się, że robi bokiem, więc Gruzini nie mogli zostawić tego bez odpowiedzi. I nie zostawili. Ale ja nie miałem z tym nic wspólnego.
Mimo to na twarzy rozmówcy pojawił się wyraźny ból, którego ten nie mógł ukryć. Kordian dość szybko zrozumiał, z czego może wynikać.
– Mogłeś mu pomóc? – spytał. – Ocalić go?
Harpun przez moment nie odpowiadał.
– Mogłem – rzucił wreszcie. – Ale spaliłbym tożsamość.
– Rozumiem.
– Będzie to za mną chodzić, aż padnę. Zresztą nie tylko to. Ta robota to nie jest sielanka, często musisz łamać zasady, które wydawały ci się święte. Ale żeby złapać skurwysynów, sam musisz nim być.
Oryński skinął głową.
– Robiłem tylko to, co musiałem – dodał Żelich. – Nigdy nic ponadto.
– To skąd te zarzuty?
– Stąd, że chciałem zrobić porządek.
– W jakim sensie?
Marcin głęboko nabrał tchu i znów zaczął trzeć mocno kark, jakby musiał go rozmasować, by przestał boleć.
– Ile chcesz wiedzieć? – mruknął.
– Jak najwięcej.
– To się może różnie dla ciebie skończyć.
– Bo?
– Bo jest układ w policji. Układ, który chciałem rozbić.
Chwilowa pauza ze strony Kordiana wyraźnie zaniepokoiła Harpuna. Ewidentnie liczył na to, że spotka kogoś, kto również ma mocne poczucie misji – i pomoże mu usunąć wszelkie obawy, które mogłyby jej przeszkodzić.
– Żeby mnie wybronić, trzeba ruszyć gniazdo szerszeni – dodał Żelich. – Mowa o wysoko postawionych oficerach CBŚP, którzy układają się z Gruzinami. Odkryłem to, a oni o tym wiedzą. Postanowili ukręcić mi łeb, zanim zdążę z tym cokolwiek zrobić.
– O jak wysoko postawionych oficerach mowa?
– Chłopie…
Kordian wyciągnął notatnik i przyłożył długopis do papieru.
– Dwójka robi całą robotę, podinspektor Anna Feszczuk i starszy aspirant Robert Jurczewski. Ale to nie żadna samowolka. Stoi za tym ich bezpośredni przełożony, inspektor Bolesław Korbut.
– Czekaj… to jest naczelnik wydziału?
– Bingo.
Oryński mimowolnie pomyślał o tym, że gdyby to Chyłka wysłuchała opowieści, już podpisywałaby umowę obrończą. Sprawa była dla niej wymarzona, bo nic nie dostarczało jej większej satysfakcji, niż rozjuszenie gniazda szerszeni. Nawet jeśli sama nie miała niczego, czym mogłaby się chronić.
Harpun czekał, nie ponaglając adwokata. Patrzył jednak na niego z wyraźną nadzieją w oczach. Twardy człowiek, zdolny pewnie do wszystkiego i grający w tę samą grę, w której sprawdzali się najgorsi zwyrodnialcy. A mimo to zagubiony, liczący na to, że ktoś wyciągnie do niego pomocną dłoń.
– Jakie mają przeciwko tobie dowody?
– Dęte.
– To znaczy?
– Założyli mi kable jakiś czas temu, mają wszystkie moje rozmowy. Nic w nich nie ma, oprócz tego, że jadę po policji, robię z siebie zwyrola i takie tam. Czcze gadanie, ale chcą to wykorzystać przeciwko mnie.
– Przyznajesz się tam do czegoś?
– Parę rzeczy się omawiało.
– Na przykład co?
– Pobicia, wymuszenia, zastraszenia. Wszystko, co miało podtrzymać legendę.
– Nic z tego nie wypełnia znamion przestępstwa, nie wykracza poza ogólnie przyjętą normę działania operacyjnego?
– Nic.
Pewność w głosie Harpuna brzmiała tak wyraźnie, jakby była to dla niego sprawa honoru. Ostatecznie jednak nie sposób było niczego potwierdzić, Kordian będzie mógł zrobić to dopiero, kiedy dostanie wgląd w materiał dowodowy. O ile podejmie się obrony.
– To śmierdząca sprawa – dodał Żelich. – Nie mam zamiaru sprzedawać ci gówna jako bukietu fiołków.
Zordon docenił tę szczerość. Miał wrażenie, że siedzi przed nim ktoś, kto zdaje sobie sprawę z prostej, acz najważniejszej zasady w relacjach między prawnikiem a klientem. Okłamywać można sąd, okłamywać można matkę, okłamywać można nawet siebie – ale nie swojego adwokata.
– Jak to wszystko się wiąże ze mną i moją żoną? – spytał Kordian. – Dlaczego ci ludzie mieliby nam zagrażać?
– Tego nie wiem.
Oryński zamilkł, czekając na więcej.
– Jakiś czas temu zapadła decyzja, żeby was odjebać – dodał po chwili Harpun.
– Tak po prostu?
– Tam wiele rzeczy dzieje się w ten sposób.
– Ale musiał być powód.
– Na pewno był – przyznał ciężko Żelich. – Ale nigdy nie udało mi się ustalić jaki. To, co mi się udało, to przekonanie paru ludzi, że nie warto się wami zajmować, bo to niepotrzebne problemy.
Kordian cicho westchnął.
– Wiem tylko, kto miał zostać wysłany – dodał Harpun.
– Kto?
– Facet nazywa się Murtaz, wyjątkowy zjeb. Nie ma hamulców i często ściąga kłopoty, bo nie lubi, jak ktoś mu się przygląda. A ludzie przyglądają mu się dość często.
– Dlaczego?
– Bo kiedyś dostał nożem w oko – odparł Żelich. – Od tamtej pory ma zaszytą powiekę.
5
ul. Europejska, Stary Wilanów
Magdalena mówiła krótkimi, niezbornymi, niepoukładanymi zdaniami. Mężczyzna włamał się do domu przez okno, musiał wcześniej ją obserwować, bo czekał, aż znajdzie się w łazience.
– Zaatakował mnie, jak wyszłam… – wydusiła.
Nie była w stanie kontynuować, a Chyłce dopiero teraz przyszło na myśl, co powinna była zrobić już na samym początku. Zbliżyła się do siostry i mocno ją objęła. Ta zaczęła się trząść w jej ramionach.
Stały tak długo, nieświadome upływu czasu, zapadając się w jakiejś szczelinie w rzeczywistości, która znalazła się między nimi. W końcu Magdalena doszła do siebie na tyle, by podjąć wątek.
– Miałam szczęście – szepnęła. – Miałam niesamowite szczęście, gdyby nie to… Boże, przecież on by mnie zabił, a z dziećmi… nie wiem, co mógłby…
Joanna lekko się odsunęła i spojrzała z wdzięcznością w zapłakane oczy siostry. Doskonale wiedziała, że ta zrobiła wszystko, co musiała, by chronić Hannę i Brunona. Cokolwiek się wydarzyło, odnalazła w sobie siły, którymi dysponowały tylko kobiety walczące o rodzinę.
– Poszłam podcinać włosy, rozumiesz? – wydukała Magdalena.
– Co?
– Do łazienki. Chciałam tylko poprawić końcówki, więc…
– Miałaś nożyczki.
Siostra nieznacznie skinęła głową.
– Tylko to mnie uratowało – powiedziała. – Kiedy się na mnie rzucił, zaczęliśmy się przepychać, a mi udało się…
Urwała, a Chyłka nie miała zamiaru wywierać na niej presji, by dokończyła.
– Potem rzuciłam się do drzwi, chciałam zawołać o pomoc, udało mi się je otworzyć, ale on odciągnął mnie do tyłu. Upadłam na podłogę i nie mogłam się podnieść, próbowałam jakoś zbliżyć się do sypialni dzieci, ale on…
Zamknęła oczy, wypychając z nich kolejne łzy. Joanna znów przyciągnęła ją do siebie i objęła.
– Dopadł do mnie, unieruchomił mi ręce i był gotów to zakończyć – powiedziała w końcu Magdalena. – Ale te rany, które mu zadałam… Zaczął obficie krwawić, powieki mu opadały, ciało powoli wiotczało… Wiedziałam, że muszę tylko wytrzymać… tylko wytrzymać.
Chyłka odsunęła ją lekko i otaksowała uważnie wzrokiem. Wcześniej nie dostrzegła czerwonych szram na szyi. Siniaków na twarzy również nie. Boże, była w takim szoku, że praktycznie nic do niej nie docierało.
– Osłabł na tyle, że w końcu udało mi się go z siebie zrzucić. Pobiegłam do kuchni, wzięłam nóż z suszarki, ale nie zdążyłam nawet go unieść, bo on znów się na mnie rzucił… jak zwierzę, rozumiesz? To był jakiś zew, jakiś szał… coś nieludzkiego…
Joanna robiła wszystko, by jej wyobraźnia nie wchodziła na najwyższe obroty. Z marnym skutkiem.
– Rozumiałam, że chce mnie zabić, że nie cofnie się przed niczym… – dodała siostra. – Nie wiem, co działo się później, ale… nie wiem, po prostu nie wiem…
Na moment w kuchni zaległa upiorna cisza.
– W porządku – odezwała się Chyłka. – Zrobiłaś to, co musiałaś.
– Ale…
– Obroniłaś dzieci. Zapewniłaś im bezpieczeństwo.
– Ja go zakatowałam…
Na to Joanna nie mogła znaleźć odpowiedzi. Znała mechanizm, który zadziałał, często obserwowała go przy zabójstwach popełnianych w afekcie czy konkretnie w obronie koniecznej.
Ludziom znajdującym się na skraju puszczały hamulce. Liczyło się jedynie przetrwanie, a to zależało od tego, jak szybko i zdecydowanie zneutralizuje się przeciwnika. Magdalena nawet nie wiedziała, ile ciosów zadała. Z jej punktu widzenia każdy był konieczny.
Z punktu widzenia innych będzie to jednak wyglądało jak efekt działania szaleńca.
– Jezu… co teraz?
Chyłka milczała.
– Co my zrobimy? – dodała Magdalena. – Powinnyśmy natychmiast… Powinnam była od razu zadzwonić na…
– Dobrze zrobiłaś, że poczekałaś.
– Ale…
Znów uruchomiło się w niej to, co w każdej sytuacji krytycznej. Podświadomość podjęła decyzję za nią, kazała jej wstrzymać się z telefonem na policję. I tylko to ją uratowało.
Gdyby funkcjonariusze tu wpadli, nie byłoby mowy o sprzedaniu im wersji, którą Magdalena przedstawiła Chyłce. Rany były zbyt rozległe, uderzenia zbyt furiackie. Pierwszy lepszy nieopierzony prokurator miałby używanie.
– Musimy…
– Jedyne, co musimy, to cię ochronić – ucięła Joanna.
Tak, jak ty ochroniłaś Pestki, dodała w duchu.
– Przecież… ale jak…
– Załatwimy to.
– O czym ty mówisz?
– Spokojnie. Wszystkim się zaraz zajmiemy.
– Co? Co ty w ogóle…
Magda urwała, po czym otarła łzy. Spojrzała w kierunku korytarza, jak ognia unikając miejsca, gdzie leżało ciało jej ofiary. Joanna zmusiła się, by na nie spojrzeć.
Twarz była pokiereszowana. Klasyczny przypadek nadzabijania, którego nie będzie dało się wybronić w sądzie. Siostra poniesie konsekwencje. O ile Chyłka pozwoli na to, by te w ogóle jej zagroziły.
Podeszła bliżej, po czym kucnęła przy zwłokach. Zaczęła powoli im się przyglądać, niczym specjalista medycyny sądowej wezwany na miejsce zbrodni. Serce biło jej jednak jak oszalałe i nie zanosiło się na to, by miało się uspokoić.
Podniosła się i szybko sięgnęła po kuchenne rękawiczki. Śladów było co niemiara, ale nie należało dokładać nowych.
Wyciągnęła dokumenty mężczyzny. Murtaz Janjgava. Obywatel Gruzji.
Na karku kilka tatuaży, dość wydatna muskulatura.
Chyłka najchętniej zadzwoniłaby do kogoś z policji i zapytała, czy to imię i nazwisko aby nie kojarzy się nikomu z działalnością przestępczą. Względnie zaangażowała Kormaka, żeby trochę pogrzebał.
A najchętniej skontaktowałaby się z Zordonem, powiedziała, żeby jak najprędzej tu przyjechał. To wydawało się najlepszym rozwiązaniem, jedynym, jakie miało w tym wszystkim sens.
Nie mogła jednak nikogo angażować. Nie, jeśli miała zamiar to zatuszować.
– Kurwa mać… – rzuciła cicho pod nosem.
Naprawdę to rozważała?
Naprawdę dopuszczała do siebie myśl, żeby jakimś cudem udawać, że to się nie wydarzyło?
Potrząsnęła głową, a potem wyjęła komórkę mężczyzny. Nowy model Samsunga, odblokowywany odciskiem palca. Przynajmniej tyle.
Zaczęła przeglądać zawartość telefonu, kontakty, zdjęcia. Te ostatnie przedstawiały grupy mężczyzn o podobnej karnacji do ofiary. Część była napakowanych, wszyscy sprawiali wrażenie, jakby legalne biznesy znali tylko ze słyszenia. Drogie ciuchy, drogie auta, drogie mieszkania.
Joanna przejrzała ostatnie połączenia, w końcu aplikacje. Signal był zainstalowany, oczywiście. Komunikator powszechnie wykorzystywany przez przestępczość zorganizowaną.
Włączyła go i skupiła się na ostatnich wiadomościach.
Ktoś przesłał mężczyźnie adres Magdaleny. Do tego dołączona była krótka informacja.
„Prawniczkę usuń, dzieci zabierz”.
Chyłka trwała w bezruchu z komórką w ręce.
– Co robisz? – odezwała się Magdalena.
– Sprawdzam coś.
– Co?
Obróciła się do siostry i posłała jej krótkie spojrzenie.
– Ten facet jest ze światka przestępczego – oznajmiła. – Prawdopodobnie członek gruzińskiej mafii.
– Chryste…
– Nie chodziło o ciebie, tylko o nas.
Magdalena znów się zatrzęsła.
– Mnie miał zabić, Pestki porwać – dodała Chyłka.
Sama nie wierzyła w słowa, które wypowiadała. Nie stać jej jednak było na to, by okłamywać siebie czy siostrę. Ktoś na nich polował.
– Ale dlaczego… jakim…
– Nie wiem – odparła Joanna. – Nie miałam żadnych zatargów z Gruzinami.
A przynajmniej tak jej się wydawało.
Dobra, wszystko po kolei. Najpierw trzeba było zająć się problemem, z którego na kuchenne płytki nadal wylewała się krew.
Chyłka podniosła się, podparła pod boki i spojrzała na ciało.
– Nie wybronię cię z tego – oświadczyła.
– Co?
– Nikt nie kupi wersji o działaniu w granicach obrony koniecznej.
– Zaraz…
– Musimy się pozbyć ciała.
– O czym ty mówisz?
Joanna zdała sobie sprawę z dwóch kwestii. Po pierwsze już dawno podjęła decyzję. Po drugie siostra nadal była w tak głębokim szoku, że nie pamiętała słów, które wcześniej padły.
– Nie możemy tego zrobić – rzuciła Magdalena. – To jakiś absurd…
– Absurdem byłoby, gdybyś poszła za to siedzieć.
– Ocipiałaś?
Chyłka obróciła się do niej.
– Nie wybronię cię – powtórzyła. – Nawet przy słabym prokuratorze i wyjątkowo przychylnych sędziach nie będę w stanie cię z tego wyciągnąć. To są lata gehenny, którą spędzisz w areszcie wydobywczym, bo przy nadzabijaniu nikt nie pozwoli ci wyjść za poręczeniem majątkowym. Do czasu, kiedy zapadnie wyrok, odsiedzisz już jego część. Potem bezskuteczne apelacje, ewentualna walka w Sądzie Najwyższym. Jeszcze cię dobrze nie skażą, a Daria będzie już po studniówce.
– Ty chyba…
– Nie ma szans, żeby było inaczej.
Magdalena otworzyła usta, ale się nie odezwała.
– Co ty konkretnie…
– Ten typ to jakiś gangus – wpadła jej w słowo Joanna. – Nie żaden niewinny człowiek, rozumiesz? Nikt nie zgłosi jego zaginięcia, nikt nie pójdzie na policję. Śledczy będą nieświadomi, że gość w ogóle zniknął. A jeśli nawet, to uznają, że uciekł do siebie.
– Więc mamy tak po prostu…
– Chcesz iść siedzieć?
– Jezu, Chyłka…
– Jak mówię, że cię nie wybronię, to wierz mi, nie robię tego ze zwątpienia we własne zdolności.
– Ale przecież…
– Spójrz na niego.
Oczy Magdaleny drgnęły, ale wzrok nie padł we wskazanym kierunku.
– Biegły zerknie na te obrażenia i uzna, że nie ma o czym gadać – dodała Joanna. – Tu nie będzie żadnego pola do interpretacji.
Gdyby chociaż nie te rany na twarzy, dodała w duchu Chyłka. Nie, to i tak niewiele by zmieniło. Większość ciosów została zadana pośmiertnie i sekcja z pewnością to wykaże.
– Nikt nie będzie go szukał – powtórzyła.
– Nikt oprócz ludzi, którzy go wysłali…
– Nimi zajmiemy się później. Najpierw trzeba zrobić z tym porządek.
– Jak?
Joanna cicho odetchnęła, słysząc to pytanie. Świadczyło, że siostra przynajmniej dopuściła możliwość, by pozbyć się ciała. Ostatnim, czego potrzebowała teraz Chyłka, był opór z jej strony.
Ze swoim zmagała się krótko. Kalkulacja była prosta, należało zrobić dla Magdaleny to, co ona zrobiła dla dzieci.
Ten człowiek nie zasługiwał na pogrzeb, nie zasługiwał na postępowanie sądowe, nie zasługiwał na nic poza tym, by pozbyć się jego ciała.
– No? – ponagliła ją Magda.
– Daj się zastanowić.
– Przecież tu jest tyle krwi, poza tym…
– Wszystko się usunie.
Chcąc nie chcąc, miała odpowiednią, gromadzoną latami wiedzę. Broniła tylu przestępców, czytała tyle akt sprawy, uczestniczyła w tylu rozprawach, że doskonale znała metody działania sprawców próbujących zatrzeć ślady zbrodni.
Poradzi sobie, to nie ulegało wątpliwości. Musiała tylko zadbać o kilka rzeczy, ubezpieczyć się na frontach, o których inni zapominali. Musiała stworzyć alternatywną wersję zdarzeń.
– Chyłka, jeśli naprawdę chcemy to zrobić…
– Musimy.
– …to potrzebujemy pomocy.
Joanna gwałtownie się do niej obróciła.
– Nie – rzuciła. – Im mniej osób jest zaangażowanych, tym lepiej.
– Ale chociaż Zordon…
– Nie ma mowy. Nie będę go w to wciągać.
Tu także kalkulacja była prosta. Jeśli to kiedykolwiek wyjdzie na jaw, Magdalena odpowie za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Joanna zaś za poplecznictwo, zbezczeszczenie zwłok, może współudział. Obydwie trafią prosto za kratki.
Boże, naprawdę musiały to ukryć. Nie tylko przez wzgląd na konsekwencje prawne, ale także na to, by ludzie, którzy wysłali tego człowieka, nie zorientowali się, kto odebrał mu życie.
W dodatku zdane będą wyłącznie na siebie. Jedno słowo rzucone Zordonowi czy Kormakowi będzie równoznaczne z obarczeniem ich winą o współudział.
Chyłka czuła, jak zbliża się do niej całkowity paraliż. Miała wrażenie, że nigdy nie stanęła przed zadaniem tak trudnym jak teraz.
Spojrzała na zwłoki mężczyzny i zaczęła zastanawiać się, jak najlepiej się ich pozbyć. Myśl była ohydna i obca. Joanna miała jednak wrażenie, że do podobnych powinna jak najszybciej się przyzwyczaić.
6
XXI piętro Skylight, ul. Złota
Zazwyczaj o tej porze Kordian unikał kawy, szczególnie firmowej, teraz jednak stał przy ekspresie w pokoju socjalnym, czekając, aż kubek wypełni się cappuccino. Musiał wyjść z gabinetu, potrzebował chwili sam na sam ze swoimi myślami.
Po tym, co Harpun powiedział, nie ulegało wątpliwości, że Chyłka i dzieci są w niebezpieczeństwie. Na tyle dużym, że należało działać natychmiast.
Oryński pociągnął łyk gorącego napoju, a potem wybrał numer Joanny. Nie odebrała, więc spróbował jeszcze raz. Poszczęściło mu się dopiero za trzecim podejściem.
– No? – rzuciła.
Głos miała zwyczajowo nonszalancki, ale zabrzmiała w nim niewyraźna nuta, której Zordon do końca nie rozpoznawał. Dziwne. Wydawało mu się, że zna całą partyturę.
– Mamy problem – oznajmił.
– Zapomniałeś podziękować ChatowiGPT za odpowiedź?
– Co?
– Zawsze to robisz.
– Nie zawsze – odparł. – I chodzi o…
– O cokolwiek chodzi, nie może poczekać?
– Nie.
Usłyszał ciche westchnienie, ale nie miał zamiaru na nie reagować.
– Ktoś nam zagraża – powiedział.
– Kto tym razem? Nielegalni migranci czy sztuczna inteligencja?
– Chyłka…
– Dobra, dobra. Nie chyłkuj, mów.
– To bądź przez chwilę poważna.
– Będę pośmiertnie.
Kordian upił jeszcze łyk, a potem obrócił się i oparł plecami o szafkę. Zamknął oczy, starając się ułożyć słowa, które sprawią, że Joanna rzeczywiście weźmie sobie do serca to, co miał do przekazania.
Zaczął od początku, opisał jej klienta, sytuację. Potem to, co od niego usłyszał. Długo czekał na odpowiedź. Stanowczo za długo.
– Jesteś?
Nadal nic.
– Chyłka?
– Jestem, jestem – odparła. – Myślę.
– Nad?
– Nad tym, czym mielibyśmy niby podpaść Gruzinom.
Oryński machinalnie wzruszył ramionami, jakby mogła to zobaczyć. Właściwie chyba mogła. Znali się na tyle dobrze, że mogli robić FaceTime’a bez włączania komórek.
– To nie ma sensu, Zordon – dodała. – Zabójstwo dwójki adwokatów to spore ryzyko, powód musiałby być naprawdę dobry.
– Harpun twierdzi, że jakiś był.
– Ale nie wie jaki?
– Nie wie.
– Wygodne.
Też przeszło mu to przez myśl, ale im dłużej miał do czynienia z tym facetem, tym bardziej był przekonany, że Marcin Żelich nie mija się z prawdą.
– Musimy kogoś powiadomić – odezwał się Kordian.
– Kogo?
– Choćby Szczerbatego.
– I co zrobi?
– Wyśle jakiś patrol pod dom Magdy albo…
– Nie będziemy nikogo powiadamiać – wpadła mu w słowo Chyłka.
– Bo?
Obawiał się, że zamiast realnej odpowiedzi usłyszy coś w stylu: „Bo ja tak mówię”. Zamiast tego jednak odpowiedziała mu wyłącznie cisza, jakby Joanna musiała namyślić się nad stosownym argumentem.
– To jakaś dmuchana sprawa, Zordon – odezwała się.
– W jakim sensie?
– Nie ma żadnego zagrożenia.
– Oby nie. Ale zachować ostrożności nie zawadzi.
– Zawadzi – odparła twardo. – Nie chcę żadnej policji kręcącej się wokół. Szczególnie kiedy masz bronić kogoś, na kogo CBŚP jest cięte.
– Mimo wszystko…
– To może być jakaś prowokacja.
– Nie sądzę.
– A mnie mało interesuje, co sądzisz albo nie – mruknęła. – Szczególnie że zdarza ci się cierpieć na wybiórczą amnezję.
– Hm?
– Zapomniałbyś zabierać swoje jaja z domu, gdyby nie to, że masz je na stałe przyczepione.
– Słuchaj…
– Tak samo jak zapomniałeś o licznych okazjach, kiedy policja bardziej nam przeszkadzała, niż pomagała.
Ton głosu Joanny nie pozostawiał wiele miejsca do negocjacji, a Oryński dawno nauczył się rozpoznawać podobne sytuacje. Podejmowanie walki było wówczas bezcelowe.
– W takim razie zatrudniamy firmę ochroniarską – zaproponował.
– Nie ma takiej potrzeby.
– No, oczywiście, że nie. W końcu sama jedna możesz dać radę nie tylko Murtazowi, ale całemu tabunowi Gruzinów.
Znów zamilkła, znów w nietypowy dla siebie sposób. Zupełnie jak za pierwszym razem, kiedy wymienił imię i nazwisko tego człowieka. Może był to tylko przypadek. Może dzwonił w niewłaściwym momencie.
– Jesteś czymś zajęta?
– Pestkami.
– Mówiły coś?
– Tak.
Kordian zamarł. Od jakiegoś czasu czekali na pierwsze słowa i nieustannie towarzyszyła mu obawa, że je przegapi. I że w jakiś sposób uczyni to z niego niedostatecznie dobrego rodzica.
– Pytały, gdzie jest ojciec – odparła Chyłka.
– Aha.
– I spokojnie. Jak się odezwą, to pierwszym słowem będzie Iron, a drugim Maiden.
– Jasne. Co robią?
– To, co zwykle, Zordon.
– Czyli?
– Co im się żywnie podoba – odparła pod nosem. – A nakłanianie niemowlaków do czegokolwiek przypomina nakłanianie nawalonych osób. Emocji sporo, uwagi zero, czasu dużo.
– No tak.
Chęć zmiany tematu była ewidentna, ale Oryński nie miał zamiaru się do niej dostosować.
– Coś trzeba zrobić – dodał szybko. – Harpun twierdzi, że zlecenie na nas poszło z samej góry.
– Aha. I tylko dzięki niemu uniknęliśmy okrutnej śmierci?
– Tak.
– No, to winszować. W takim razie powinieneś bronić go pro bono.
Oryński odstawił kubek, powstrzymując przekleństwa, które cisnęły mu się na usta.
– Mówię poważnie – rzucił. – Ten facet robi dość wiarygodne wrażenie.
– Dla ciebie.
– To za mało?
– Cóż… – odparła cicho Joanna. – Swego czasu wierzyłeś, że tylko kwestią czasu jest, zanim Kaczyński pójdzie z Mentzenem na piwo. I że Cichopek i Hakiel zostaną na zawsze razem.
Kordian przesunął ręką po twarzy, jakby zbierał z niej pajęczynę, w którą nieopatrznie wszedł.
– Słuchaj…
– Słucham, Zordon – ucięła Chyłka. – Naprawdę uważnie, ale nie dociera do mnie nic rozsądnego. Domyślasz się, dlaczego tak jest?
– Daj, kurwa, spokój.
– A ty weź się, kurwa, w garść. Nic nam się nie dzieje, nikt na nas nie dybie. Nigdy nie mieliśmy do czynienia z żadnymi gruzińskimi gangami. Nie mają do nas żadnych problemów.
– Chyba że o tym nie wiemy, bo…
– Bo co? Podsłuchali, jak mówiłam, że chinkali smakuje jak rozmokłe mielone zawinięte w skarpetę?
Dotarli do jednego z tych momentów, kiedy wystarczyło rzucić na rozmowę niewielką iskrę, by ta zamieniła się w kłótnię. Te także Zordon doskonale rozpoznawał. Mimo to od pewnego czasu nie był w stanie się wycofać.
Teraz okoliczności były inne. Teraz chodziło o bezpieczeństwo rodziny.
– Chcesz powtórki z Argentyńskiej? – spytał.
– A ty chcesz w ryj za takie porównania?
– Nie wiemy, do czego są zdolni ci ludzie.
– Do zwijania samochodów z parkingu pod marketami, Zordon. To nie jest organizacja Langera czy tego pojeba, Kreona. To są ludzie, którzy się dorobili na wyciąganiu drobniaków z automatów do gry.
– Według Harpuna mają jednak…
– Samo zdanie jednego faceta, który jest oskarżony o łapówy i zabójstwo, niewiele dla mnie znaczy.
– To może powinnaś się z nim spotkać.
– Może nie – odparła Joanna. – Zamiast tego pogadam ze Szczerbatym. Pasuje?
Nie do końca, uznał w duchu Kordian. Ale zawsze coś.
– Popytam, co i jak. Sprawdzi, czy mamy się czego obawiać.
– Tak po prostu?
– Wolę to i święty spokój od twojego ględzenia.
Zordon na powrót sięgnął po cappuccino, a potem ruszył powoli w kierunku swojego gabinetu.
– A jeśli Szczerbiński stwierdzi, że niebezpieczeństwo jest realne? – spytał.
– To poproszę go o przysłanie radiowozu i zaparkowanie go pod domem na czas nieoznaczony.
