Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
84 osoby interesują się tą książką
Beverley – była modelka, matka dwójki dzieci. Jej były mąż, akwizytor, zamordował siedem kobiet.
Elsie – ambitna dziennikarka. Jej eks, nauczyciel, śledził i mordował swoje uczennice.
Margot – błyskotliwa, odważna i zadziorna. Jej były, polityk, zabijał z nudów.
Na pewno wiedziały, bo jak mogły nie wiedzieć? Chociaż wszyscy rozmawiają o nich za ich plecami, nikt nie pyta je o strach ani o poczucie winy. Beverley, Elsie i Margot wiedzą już, że to piętno nie znika. Można tylko zdecydować, co się z nim zrobi.
Gdy w okolicach spokojnego Berryview w Kalifornii w latach sześćdziesiątych zaczynają ginąć młode kobiety – studentka, cheerleaderka, modelka – a policja konsekwentnie ignoruje powiązania między sprawami, trzy przyjaciółki postanawiają wziąć śledztwo w swoje ręce. Bo kto lepiej niż one wie, jak myślą mordercy, skoro przez lata dzieliły z jednym z nich dom, łóżko, życie?
Klub żon seryjnych morderców to poruszająca i trzymająca w napięciu opowieść o poczuciu winy, przyjaźni i o tym, jak z cudzej zbrodni można wykuć własną siłę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 408
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: The Secret Lives of Murderers’ Wives
Copyright © Lunar Books Ltd, 2026 Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Marek Cieślik, 2026
Redaktorka inicjująca • Paulina Surniak
Redaktorzy prowadzący • Oliwia Łuksza, Adrian Stachowski
Marketing i promocja • Agata Gać, Katarzyna Schinkel-Barbarzak
Redakcja • Anna Boland
Korekta • Justyna Techmańska, Katarzyna Dragan
Projekt typograficzny wnętrza • Mateusz Czekała
Łamanie • Grzegorz Kalisiak
Obraz wykorzystany na okładce • Dariusz Grabuś
Adaptacja okładkii strony tytułowe • Magda Bloch
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68889-46-8
Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 853-99-10redakcja@wydawnictwopoznanskie.plwww.wydawnictwopoznanskie.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Dla Joni i D
Panujący upał przypomina Beverley Lightfoot o tym, jak znalazła w śmietniku ubranie męża.
Było wtedy duszno i parno, zupełnie jak dzisiaj; spojrzała w oczy chudemu kojotowi, uniosła pokrywę stojącego u sąsiada kubła na śmieci i zobaczyła mężowską koszulę – tę w kratę, którą dostał od niej na trzydzieste piąte urodziny – pokrytą starymi skorupkami jajek, fusami po kawie i plamami krwi.
Mruga, by zatrzeć tamten obraz, koryguje lusterko wsteczne, opiera dłonie na kierownicy i rozcapierza palce, chcąc przyjrzeć się paznokciom starannie pociągniętym wcześniej tego ranka lakierem barwy niewinnego różu. Marszczy brwi i nachyla się bliżej, niemal pewna, że w tym skwarze lakier rozpuszcza się i pieni.
Na okolicznych chodnikach, obsadzonych dyszącymi w upale palmami, pełno jest ludzi w rybaczkach i bezrękawnikach. Od tego typu nieznośnego żaru – tak uparcie promieniującego z budynków, z przejść dla pieszych – wszyscy dostają zawrotów głowy, zwłaszcza w Berryview, gdzie nie dociera żaden wiatr od morza, żaden najmniejszy nawet powiew, który przepędziłby stąd parny smród lata.
Trwa to już od tygodni – meteorologiczny impas, widoczny w nagłówkach gazet donoszących o rekordach temperatur tuż obok artykułów o nalotach na Hanoi. UPAŁY W MIEŚCIE! – krzyczą histerycznie. KOLEJNE TYSIĄCE OFIAR W WIETNAMIE.
Pogodę wzięli za sygnał do akcji komiwojażerzy, którzy zaczęli pukać do drzwi Beverley. Przychodzą z wentylatorami na stojakach, z pękatymi lodówkami turystycznymi Colemana, manewrują jak ekwilibryści trzymanymi na biodrze kostkarkami do lodu; mają wilgotne włosy zaczesane dłonią do tyłu i uśmieszki pełne wyższości biorącej się z przeświadczenia o dostępie do skarbów. Po uprzejmym odprawieniu każdego z nich Beverley wychyla się z ganku. Na wszystkich wypielęgnowanych przydomowych trawnikach, za białymi płotkami i zaniedbanymi sadzonkami hibiskusa, widzi ten sam obrazek: mężczyzn stojących w rozkroku, w rozchełstanych koszulach – identycznych jak ta, którą znalazła tamtego dnia w śmietniku – przemoczonych mgiełką rozpylaną przez ich zraszacze ogrodowe.
Beverley poprawia okulary przeciwsłoneczne w białych oprawkach, przeszkadza jej bijący z parkingu blask. Gładki asfalt i drogie samochody – nie spodziewała się dziś niczego innego niż bogactwa. Poprawia się na miejscu kierowcy; jej uda lepią się do starej winylowej tapicerki fotela Cortiny. Czuje, że jej sukienka – z kremowego diagonalu, w talii związana wąskim paskiem, a pod szyją jedwabną kokardą – jest już wilgotna od potu. Teraz nic na to nie poradzi; ma tylko nadzieję, że kiedy w końcu wejdzie do środka, światła na scenie nie będą zbyt jaskrawe.
Znów koryguje lusterko wsteczne. Słońce przebija się sztychami promieni przez korony drzew i chybia, ześlizgując się po szybach auta oślepiającą powodzią światła. Beverley odnajduje zębami delikatną wewnętrzną ściankę policzka i mocno je tam zaciska. Ma sobie za złe, że jej wspomnienia są tak prostacko przewidywalne, jakby była jakimś głupim kundlem Pawłowa, myślącym o śmigłach helikopterów i migających czerwienią światłach za każdym razem, gdy temperatura podnosi się powyżej trzydziestu stopni Celsjusza.
Sięga ręką przed siebie i wyłącza radio, a potem luzuje kokardę na szyi, wydyma wargi i dmucha sobie gorącym oddechem w dekolt. „Diagonal. Serio? W taki upał? Brawo, Beverley”.
Specjalnie wyciągnęła tę sukienkę z odległego kąta szafy i oddała do pralni chemicznej. Wybór stroju stał się pewnym rytuałem, który pielęgnowała przez ostatnie kilka dni: spędzała całe godziny przed lustrem, poddając inspekcji każdy przyciskany do ciała element ubioru. Musiała zawyrokować, który z nich stanowi złoty środek. Nic nazbyt surowego. Nic wesołego, z oczywistych przyczyn. Nic przykrótkiego. Żadnego wyzywającego dekoltu. Absolutnie żadnej czerwieni.
Nakładała na twarz warstwy makijażu, a potem zdejmowała je po trochu, jakby smuga różu w niewłaściwym odcieniu brzoskwiniowego albo zbyt mocne pociągnięcie tuszem do rzęs było właśnie tym, na czym skupią się ludzie, właśnie tym, co potwierdzi ich intuicyjne przeczucia, że nigdy nie mylili się na jej temat.
Za szybą samochodu ku wejściu do hotelu płynie tłum wykwintnie ubranych osób. Srebrne odznaki i z pietyzmem wypolerowane guziki lśnią w słońcu. Śpieszą tu setki ludzi: zwykli gliniarze, detektywi śledczy, szeryfowie, a także ich żony we własnym umundurowaniu – obcisłych sukniach, perłach i kolczykach pokaźnych jak bombki na choinkę. Beverley rzuca okiem na własne nogi i wzdycha. Nowe rajstopy już się zaciągnęły.
Jeszcze raz sprawdza makijaż i w samochodzie rozlega się głos jej matki: „Skoro jesteś taka krągła na twarzy, Beverley, naprawdę powinnaś jeszcze raz przemyśleć, czy grzywka to najlepsze rozwiązanie”. Tusz pod dolnymi rzęsami zdążył stężeć, a z kącika ust sączy się krwawo jej nowa szminka marki Coty. Wygląda na osobę niepoczytalną.
Chwyta torebkę i wyciąga chusteczkę jednorazową, orientując się przy okazji, że trzęsą się jej ręce. Właściwie to całe jej ciało wibruje, jej żyły przeszywa elektryczny prąd paniki. Muska chusteczką kąciki warg; sięga po szminkę, żeby nałożyć ją jeszcze raz. Sama nie wie, co gorsze: piekielny upał czy te cholerne nerwy. W środku będzie tłum, ważni ludzie, a wszyscy będą się w nią wpatrywać i słuchać wyłącznie jej, myśląc sobie w duchu: „Jasne jak słońce, że wiedziała” albo: „O niczym nie wiedziała? Co za lafirynda, szkoda gadać, totalne zero”.
Jeśli ostatnie pięć lat czegoś ją nauczyły, to tego, że inne kobiety żyją w pewnym przekonaniu: że gdyby to ich mężowie wychodzili z domu robić to, co robił mąż Beverley, one na pewno by wiedziały. Oczywiście wcale by tak nie było, po prostu lubią pocieszać się tym złudzeniem. Beverley wspaniałomyślnie ich go nie pozbawia.
Z zawieszoną w powietrzu szminką ponownie zerka na swoje odbicie – i wtem na końcu parkingu spostrzega jego. Kuli głowę w ramiona najbardziej, jak może, nieomal sięga nimi koniuszków uszu.
– Kurde. – Wypuszcza z ręki szminkę, która spada na podłogę auta, między pedały. – Kurde, kurde, kurde! – Ze zgrozą spostrzega, że po upuszczonej pomadce na przedzie sukienki pozostał szkarłatny maz.
Zdobywa się na kolejne spojrzenie przez szybę; Roger Greaves przeszedł już część parkingu. Z daleka rozpoznaje jego zaczesane na bok srebrzyste włosy, świeżo wyprasowany mundur, imponujący wzrost. Uczepiona jego ramienia idzie z nim jego żona, Enid.
Beverley z zapartym tchem czeka, aż oboje w pewnej odległości miną jej samochód i znikną za dwuskrzydłowymi drzwiami frontowymi hotelu. Jej wzrok przykuwa stojący przed wejściem potykacz, na którym ktoś wypisał kredą kilka słów:
3 LIPCA
WIECZORNA GALA POLICJI LOS ANGELES
WITAMY FUNKCJONARIUSZY I OSOBY BLISKIE
Beverley pośpiesznie pudruje twarz, starając się pokonać wpełzający na nią z szyi rumieniec.
Jeśli nie wejdzie do hotelu teraz, to nie wejdzie nigdy.
Jeśli nie wejdzie, to utwierdzi ich wszystkich w przekonaniu, że ma coś do ukrycia.
Nie mogąc się powstrzymać, sięga do schowka pod przednią szybą. Ostrożnie odmyka klapkę i wyciąga starą piersiówkę Henry’ego. Dobrze wie, że nie powinna nadal z niej korzystać, ale pociąganie łyczków ze stalowego pojemnika oferuje jej poczucie drobnego buntu. Ciepły alkohol wybornie pali ją w przełyku. Po chwili Beverley spostrzega, że siedzi już trochę bardziej wyprostowana. Kiedy czuje w żołądku znajomy elektroszum, przypominający odgłos z telewizora nienadającego żadnego programu, odkłada piersiówkę, chowa za uchem niesforny kosmyk i wysiada z auta.
Na zewnątrz powietrze jest tak gęste, że można by je kroić nożem. Niemal parząc sobie opuszki palców, sprawdza po kolei wszystkie zablokowane drzwi samochodu, a potem powtarza ten nieuleczalny nawyk. Z trudem powstrzymuje się przed sprawdzeniem zamków po raz trzeci. Jeśli nie wejdzie do hotelu teraz, zaczną łączyć w całość fałszywe tezy. Sami opowiedzą za nią jej historię.
Obraca się już w stronę ozdobionego złoceniami wejścia, gdy coś każe jej przystanąć. Jakaś młoda kobieta wysiada z Plymoutha Barracudy i zatrzaskuje za sobą drzwi od strony kierowcy. Tupiąc w asfalt podeszwami klasycznych Mary Jane’ów z paskiem, rusza pośpiesznie ku drzwiom hotelu.
– Przepraszam. – Beverley rzuca się jej śladem. – Proszę pani, przepraszam. Pani poczeka! – Dogania tamtą i chwyta ją za ramię.
Dziewczyna – podobna do Jean Shrimpton, w golfowym bezrękawniku, przed trzydziestką, tak samo jak Beverley – ogląda się na nią pytająco, unosząc wypielęgnowane brwi.
– Nie chciałam tak krzyczeć, ale zapomniała pani zamknąć samochód. – Beverley okrasza te słowa uśmiechem.
– Aaa. – Dziewczyna machinalnie muska dłonią spoczywający pod szyją krzyżyk, tak delikatny, że niemal przezroczysty. – Dzięki Bogu – rzuca z westchnieniem ulgi. – Już myślałam, że chce mi pani sprzedać ubezpieczenie czy coś w tym stylu.
Beverley zdobywa się na śmiech.
– Chciałam się tylko przydać.
Kobieta uśmiecha się, jakby Beverley powiedziała coś dziwnego.
– Na pewno nic mu nie będzie – odpowiada w końcu, a potem robi pół obrotu w stronę hotelu i wskazuje go machnięciem ślicznej rączki. – W tym budynku jest pewnie ze trzystu gliniarzy. To teraz chyba najbezpieczniejszy parking w całym mieście.
Może i jest ładna, ale bycie ładnym jeszcze nikomu nie pomogło przeżyć.
Beverley odpowiada jej wymuszonym uśmiechem.
– Jak zostawi pani auto niezamknięte, ktoś może się do niego zakraść i schować za fotelem kierowcy.
Kobieta taksuje ją wzrokiem, mrugając szybko, wyraźnie zbulwersowana.
– Zawsze bezpieczniej jest blokować drzwi w aucie.
Babka mruży powieki, teraz już z wyraźnym niesmakiem. Bez słowa wraca sztywnym krokiem do samochodu, ostentacyjnie zamyka drzwi kluczykiem i ponownie rusza ku hotelowi, kurczowo przyciskając do siebie torebkę. Kiedy mija Beverley, niemal ją potrąca.
W sali balowej panuje ścisk i zaduch jak w cieplarni. Obsługa porozdawała wszystkim papierowe wachlarze i panie policjantowe trzepoczą nimi, unosząc z karków końskie ogony i błyskając zameczkami drogich naszyjników rodem z domów aukcyjnych. Wszędzie ściele się szmer słownej waty, cichy baryton mężczyzn snujących spontaniczne historie na własny temat. Szerokie bary, wypomadowane włosy, mocny zapach wody kolońskiej Aramis. Niektórzy funkcjonariusze są umundurowani. Inni wygładzają sobie klapy smokingów, poprawiają muchy.
Jest ciemno, co stoi w mile widzianym kontraście z przyprawiającym o migrenę blaskiem słońca na dworze. Ściany spowija czerń kotar. Nad głowami, w powodzi kalejdoskopowych świateł, drżą szkiełka żyrandoli. Beverley zerka w dół, skrobie palcami plamę od szminki na przedzie sukienki. „No to klops”. Nie da się ukryć, że w ten sposób jedynie pogarsza sprawę.
Może powinna była zaprosić jako swoją osobę towarzyszącą Margot, albo jeszcze i Elsie. To by dopiero było widowisko. „Szanowni państwo przyszli zobaczyć żonę mordercy? Prosimy bardzo. Trzy w cenie jednej”.
Beverley przemieszcza się po sali z oczami wbitymi w parkiet, licząc na to, że nikt nie rozpozna jej z gazet.
Od dłuższego czasu zazdrości policjantom i ich małżonkom. Dla nich zabójstwo to tylko dziewięcioliterowy wyraz w pośpiesznie sporządzonym raporcie. Coś, o czym rozmawia się nad kotletem. To materiał dowodowy z miejsca zbrodni, który po całym dniu pracy zostawia się za sobą, zamknięty w szafie.
Obok niej przemyka kelner o brwiach Lee Marvina i Beverley wyłuskuje z jego tacy lampkę szampana, po czym ryzykownie wyciąga się w ślad za nim i chwyta jeszcze jedną. Trzymając mocno obydwie, odwraca się twarzą do ściany; kilkoma łykami wychyla pierwszą lampkę i odstawia ją na pobliski stolik. Podnosi do warg drugą, ale zmienia zdanie; zatrzymuje ją w dłoniach, żeby je czymś zająć.
– Pani Lightfoot.
Beverley omal nie wyskakuje ze skóry. Młody gość przed nią wygląda jak wyjęty z telewizyjnej reklamy. Jest mniej więcej w jej wieku, o wiele młodszy od większości obecnych tu funkcjonariuszy. Mimo woli wyobraża go sobie podczas gry w tenisa, z opalonymi nogami w obcisłych szortach.
– W zasadzie teraz to panna Edwards – mówi, spoglądając mu prosto w oczy przez niezręcznie przydługą chwilę. Nie chce, żeby ktoś mówił do niej per pani. Pani Edwards to przecież jej matka.
– Panno Edwards. – Facet odsłania zęby w uśmiechu, a Beverley czuje gorąco w koniuszkach uszu. – Zapraszamy naszych mówców na chwilę odpoczynku za kulisy. – Na górnej wardze świecą mu się dwie kropelki potu. – Mamy tam miejsce, gdzie jest trochę ciszej, i jeśli pani zechce, może tam pani poczekać przed swoim... – mruga powiekami – ...występem.
Beverley kiwa głową i gość odchodzi. Wkrótce sama też rusza – w kierunku sceny. Po jej prawej stronie natrafia na jakiś korytarz oddzielony wysokimi, czarnymi przepierzeniami i z wdzięcznością weń wkracza. Dudnienie sali balowej momentalnie słabnie, rechoty i maczystowskie burknięcia przechodzą w stłumiony, łatwy do zignorowania szmer. W ciemności Beverley przystaje, nabiera oddechu. Unosząc brodę, przesuwa dłonią po spiętych mięśniach na karku; próbuje ukoić nerwy.
Nagle po jej skórze przechodzą ciarki.
Ktoś na nią patrzy.
Czuje to niemal namacalnie, jak delikatne muśnięcie paznokciami.
– Miło mi znów panią widzieć, pani Lightfoot.
Ciarki znikają. Zna ten szorstki głos. Obraca się ku niemu.
– Pan komendant Cornwell. – Sztywnieje w ramionach. – Zaskoczył mnie pan.
– Pewnie nie powinienem tak robić, prawda? – Żartobliwemu uniesieniu brwi nie towarzyszy uśmiech. Tom Cornwell nigdy nie miał zwyczaju się uśmiechać; bez uśmiechu aresztował Henry’ego i bez uśmiechu oskarżał Beverley, że wiedziała więcej, niż dawała po sobie poznać. – Co u pani?
– No wie pan... – Bev wzrusza ramionami.
Policjant kiwa głową, przygładza palcami wąsy z obu stron.
– I co, jest pani na to gotowa? – Wskazuje gestem scenę.
Beverley ma ochotę zaprzeczyć. Nigdy nie będzie gotowa. Ale jeśli tego nie zrobi, to on i cała reszta będą nadal podejrzewać ją o krycie Henry’ego, o ukrywanie jego zbrodni na długo przed tym, nim zostały ujawnione.
– Bardziej gotowa chyba już nie będę. – Wyobraża sobie, jak staje na tym podwyższeniu na oczach wszystkich, przed ich bezlitosnymi twarzami, i żeby się nie zatoczyć, opiera się o przepierzenie.
– Dobrze pani robi. – Cornwell na moment zaciska wargi, jakby bycie uprzejmym sprawiało mu ból. – Pomoże pani wielu osobom.
– Jasne. – Beverley zamyka oczy, walcząc z nagłą chęcią powrotu galopem przez korytarzyk i dalej na zewnątrz, na parking. Ale niewiele ma czasu na fantazje o ucieczce. Cornwell zerka na zegarek i w tym samym momencie powietrze rozrywa głośny pisk sprzężenia – ktoś właśnie stuka w mikrofon.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
