Świat jest teatrem - Remigiusz Mróz - ebook
NOWOŚĆ

Świat jest teatrem ebook

Remigiusz Mróz

0,0

323 osoby interesują się tą książką

Opis

Z dachu jednego z budynków w warszawskim Śródmieściu, skacze kobieta, która nie miała żadnego powodu, by odebrać sobie życie. Służby nie podejrzewają przestępczego działania, dziennikarze wprost przeciwnie. Ofiara była bowiem kuzynką zmarłej reporterki, która jako jedyna znała prawdę na temat tajemniczej postaci – Boreasza.

Ekipa „Raportu NSI” rozpoczyna dziennikarskie śledztwo i odkrywa, że zmarła dziennikarka zostawiła serię zakodowanych wiadomości, prowadzących do rozwiązania tajemnicy. Rozpoczyna się wyścig z czasem, w którym reporterzy śledczy muszą wyprzedzić śmierć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 432

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Remigiusz Mróz, 2026

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka prowadząca: Joanna Zalewska

Marketing i promocja: Wiktoria Jadziewicz, Marta Kujawa, Natalia Angier

Redakcja: Karolina Macios

Korekta: Paulina Jeske-Choińska, Magdalena Białek

Projekt okładki i strony tytułowe: © Tomasz Majewski

Fotografie na okładce: © Eduard Muzhevskyi | Getty Images

Zdjęcie autora: © Olga Majrowska

Wszelkie podobieństwa do prawdziwych postaci i zdarzeń są przypadkowe.

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68889-87-1

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

CZĘŚĆ PIERWSZA

(…) wszystko bowiem,

Co żyje, musi śmierć poznać i odejść

Drogą natury ku nieskończoności.

William Shakespeare, Hamlet

tłum. Maciej Słomczyński

1ul. Waldorffa, Bemowo

Wieczór składał fałszywą obietnicę życia na pustej karcie historii, nieprzeznaczonej do zapisania. Roztaczał ciszę, w której nikły wszelkie niepokoje, a w ich miejsce oferował gwarancję, że kiedy noc nadejdzie, przyniesie ze sobą jedynie spokój. Niczym nie zdradzał nieuchronnego, nadciągającego trzęsienia ziemi.

Dochodziło wpół do dziesiątej, budynek NSI był wyludniony, mimo to w redakcji Raportu stały dwa matera z yerba mate. Większe, wypchane po brzegi mocnym paragwajskim Pajarito i mniejsze, zapełnione tylko do połowy łagodną argentyńską Amandą.

Znajdowały się niedaleko siebie, na blacie dzielącym sąsiednie stanowiska w open spasie. Po pierwsze, z naczynek raz po raz sięgał Kuba Wagner, po drugie, Aurelia Skowrońska. Ich ruchy były bezwiedne, ledwie uświadomione, jakby automatyczne.

Kiedy z matera Skowrony rozlegał się dźwięk siorbania, Kuba machinalnie podnosił termos z gorącą wodą i jej dolewał. Nie dziękowała, a nawet gdyby, prawdopodobnie by tego nie usłyszał, oboje byli bowiem całkowicie skupieni na monitorach przed sobą.

W czasie, gdy wieczór siłował się z nocą, a większość pracowników opuszczała siedzibę NSI, oni poświęcali się rozpracowaniu zagadki, którą nazywali Kodem Dobskiej – wciąż nierozwiązanej łamigłówki, mogącej doprowadzić ich do tego, co w tamtym roku odkryła dziennikarka.

Cokolwiek to było, Patrycja Dobska straciła przez to życie. Jedynie dzięki zostawionemu przez nią szyfrowi mogli odkryć tajemnicę człowieka, który stał za jej zabójstwem. Boreasza.

Wciąż nie wiedzieli, kim jest ani czym się zajmuje. Nie mieli pojęcia, ilu ludzi, jakie środki i koneksje za nim stoją. Był całkowitą enigmą, za którą ciągnęła się rzeka krwi – a zatem czymś, co na dziennikarzy śledczych działało jak magnes.

Na pierwsze elementy Kodu Dobskiej trafiła jej bratanica, siedemnastoletnia Agnieszka. Dziewczyna początkowo nie wiedziała, z czym ma do czynienia, kiedy jednak w końcu się zorientowała, zwróciła się do Sandry Szpili – niedoszłej współpracowniczki swojej ciotki i zarazem osoby, którą ta darzyła głębokim uznaniem. Jak większość ludzi w mediach.

Od tamtej pory wszyscy próbowali złamać kod. Z marnym skutkiem. Mimo czasu i energii, jaką temu poświęcali, nikt nie posunął się ani o krok naprzód. I nic nie wskazywało na to, by tego wieczora sytuacja miała się zmienić.

Wagner upił łyk yerba mate, Aurelia również. Wpatrywali się w rozdzielające ich ekrany komputerów, praktycznie stykające się plecami, by zaoszczędzić miejsca i upchnąć w open spasie jak największą liczbę medialnych wyrobników. Wagner miał swój gabinet, ale od kiedy seria tragicznych zdarzeń połączyła jego, Aurelię, Szpilę oraz Sergiusza Marata, czuł się lepiej w przestrzeni wspólnej niż w swojej zamkniętej enklawie. Lepiej mu się tu myślało, lepiej się pracowało.

Pomagała także muzyka. Gdy ze Skowroną byli sami, wznosili wokół siebie mur dźwięków. Z głośników huczał skandynawski melodyjny death metal, głównie spod znaku Children Of Bodom i In Flames. Innym przywodziło to na myśl zarzynanie zwierząt, dla nich było jednak ciepłym kocem, którym mogli skrzętnie się owinąć.

Kiedy wprawiali się w odpowiedni stan psychiczny, określany przez Skowronę mindsetem, wydawało się, że nic nie może wyrwać ich z transu. Tego wieczora było podobnie. Do czasu.

– Jakub!

Głos rozlegający się z korytarza mógłby postawić na nogi nawet zmarłego. Skowrona ściszyła muzykę i obejrzała się przez ramię, Kuba uznał, że najlepiej będzie nie reagować na formę imienia, której nie trawił. I której uparcie używała tylko jedna osoba.

Nawet gdyby to pominąć, i tak byłoby jasne, że to Szpila wpadła do redakcji. Żadna inna osoba nie robiła tego z takim impetem.

Wtargnąwszy do środka, Sandra omiotła obydwoje wzrokiem i czym prędzej przywołała ich ruchem ręki.

– Zbierajcie dupy – rzuciła pospiesznie.

Aurelia niepewnie się podniosła, Wagner ani myślał, by się poruszyć.

– Potrzebujesz asysty? – mruknęła Szpila.

– Nie ja tu jestem w wieku kwalifikującym do chodzika.

– Ale możesz znaleźć się w stanie kwalifikującym, jak nie zrobisz, co mówię.

Kuba posłał jej powątpiewające spojrzenie.

– Szpila, jest późno, a my od paru godzin…

– Nie pierdol, licho nie śpi. Idziemy.

Skowrona bez zastanowienia poszła za nią, Wagner zaś po krótkim wahaniu do nich dołączył. Jego pytania trafiały w pustkę, zupełnie jakby Sandra mogła w tej chwili skupić się wyłącznie na szybkim chodzie. Po chwili wyszli na firmowy parking, na którym obecnie stało tylko kilka samochodów, w tym stara zielonkawa Toyota RAV4 Sandry i tuż obok niej żółte Lamborghini Diablo Kuby.

Szpila szła jednak ku wozowi transmisyjnemu.

– Co ty robisz? – rzucił Wagner.

– To, co zwykle. Staram się znaleźć w sobie odpowiednio wiele empatii, żeby cię tolerować.

Przy wozie stał operator Marian, absolutny fachura, z którym właściwie każdy w NSI współpracował najchętniej. Jeśli ekipie zależało na najlepszych ujęciach, można było jedynie mieć nadzieję, że to akurat jemu przypadnie dziś dyżur.

Problem polegał na tym, że dyżurów nie miewała redakcja Raportu.

– Szpilka – rzucił Kuba.

Tym razem to ona nie zareagowała na określenie, które działało na nią jak płachta na byka. Wagner uznał, że musi skorygować, inaczej utkną w zwyczajowym impasie.

– Szpila.

– Właź do auta.

– Bo?

– Bo jedziemy na lajfa.

– Nie robimy lajfów.

– A przy sprawie Wiktorii Juckiej co robiłeś?

Otworzyła drzwi wozu transmisyjnego, ale Kuba położył na nich rękę.

– Sytuacja tego wymagała – odparł.

– Teraz też tego wymaga. Ktoś spadł z dachu jednego z budynków przy Mazowieckiej pół godziny temu.

– Co? – włączyła się Skowrońska.

Szpila przyjrzała się najpierw jej, potem Wagnerowi.

– Wy w ogóle macie zamiar udawać, że pracując w mediach, trzeba trzymać rękę na pulsie?

– Byliśmy zanurzeni w…

– W Kodzie Dobskiej, jak zwykle.

Aurelia mruknęła potwierdzająco.

– W każdym razie jakaś dziewczyna rzuciła się z dachu.

– To rzuciła się czy spadła? – wtrącił Wagner.

– Zobaczymy na miejscu. I zanim zaczniesz utyskiwać jak stary dziad, to nie ja, ale Szyfter wysyła nas na miejsce.

Kuba milczał, myśląc o tym, że zostawił na górze gorącą yerbę i zadanie znacznie ważniejsze niż to, do którego chciał skaperować ich dyrektor programowy.

– Nie ma innych ekip – dorzuciła szybko Szpila. – Jedni relacjonują jakiś wypadek podrzędnej aktorki pod Wołominem, drudzy pojechali do pożaru fermy drobiu w Wyszkowie.

– To niech zostawią te kurczaki i wracają.

– Zanim dotrą, Polsat i TVN wszystko obrobią – odparła Sandra i pociągnęła mocniej drzwi.

Wagner nie miał zamiaru się z nią siłować i cofnął rękę. Wsiadać do auta jednak nie planował.

– Czy ja ci wyglądam na reportera?

– Wyglądasz mi na upadłego dziennikarza, którego tylko cudem nie ma w aktach Epsteina i który po zmuszaniu do seksu licznych pracowniczek stacji nie powinien nigdy wracać do mediów. A mimo to właśnie jedziesz na lajfa.

Kuba wbił nieruchome spojrzenie w jej oczy, starając się wysłać dostatecznie jednoznaczny sygnał.

– Do chuja Wacława, Wagner…

– Jedźcie same. Skowrona sobie poradzi.

– Skowrona nie ma grama makijażu i paraduje w bluzie z kapturem.

– Będzie młodzieżowo.

Szpila niechętnie zatoczyła przed nim ręką krąg, jakby chciała zasugerować, że jest jedynym możliwym wyborem. Fakt faktem, zawsze był ubrany tak samo, w czarny garnitur i czarną koszulę, w dodatku kilka godzin temu robił setkę do ich nowego materiału – a należał do tych nielicznych facetów, którzy od razu po nagraniu panicznie nie zmywali z siebie całego pudru.

– Nie dyskutuj i wsiadaj – poleciła Sandra. – Zobaczymy, co tam się stało, powiesz parę zdań i wracamy.

Tylko w fachu dziennikarskim ktokolwiek mógł autentycznie sugerować powrót do pracy po dwudziestej drugiej. Prawda była jednak taka, że Kuba najchętniej nie opuszczałby redakcji. Rozwiązanie zagadki Boreasza i tak spędzało mu sen z powiek.

Tyle że nie zamierzał tracić czasu na zadania poboczne.

– Mam lepsze rzeczy do roboty – rzucił. – Sama możesz zrobić stand-up.

To rzekłszy, odwrócił się i ruszył z powrotem w kierunku budynku. Spodziewał się riposty ze strony Sandry, bo wiele można było o niej powiedzieć, ale z pewnością nie to, że łatwo odpuszcza.

Odprowadziło go jednak milczenie. Wszedł do budynku, a potem skierował się do ekspresu z kawą obok zamkniętej firmowej restauracji, Wodopoju. Zrobił sobie americano, wychodząc z założenia, że połączenie kofeiny z mateiną da mu odpowiedni napęd na kilka godzin roboty.

Sypiał mało, pewnie stanowczo za mało. Nocne posiedzenia w redakcji zaczęły się, kiedy uzmysłowił sobie, że Aurelia spędza tam większość czasu po zachodzie słońca. Może czuła się tam lepiej niż w domu, może i tak nie mogła spać. Jednemu ani drugiemu się nie dziwił, uznał więc, że trzeba zrobić użytek z sytuacji i popchnąć sprawy do przodu.

Nie, tak naprawdę chodziło o coś innego. O to, by dotrzymać Skowronie towarzystwa. Chciałby zrobić więcej, ale ostatecznie tylko tyle mógł.

Zaczął wchodzić po schodach, kiedy usłyszał zza pleców ten sam nieustępliwy głos co wcześniej. Tym razem Szpila jednak nie sięgnęła po zakazane określenie.

– Kuba.

Zatrzymał się w pół kroku i obrócił. Przez moment nie dowierzał, rzadko bowiem zdarzało mu się oglądać Sandrę w stanie, w którym obecnie zdawała się być. Pobladłą, nagle bezsilną i całkowicie wytrąconą z równowagi.

Natychmiast ku niej ruszył.

– Zidentyfikowali tę dziewczynę – powiedziała bezbarwnym głosem. – To Agnieszka.

– Co?

– Bratanica Dobskiej.

– Ale…

– Zabiliśmy ją – ucięła Szpila.

2ul. Mazowiecka, Śródmieście

Negocjacje z policjantami były z góry spisane na porażkę, mimo to Szpila zrobiła wszystko, by pozwolili im podejść bliżej. Ostatecznie udało się kamerę ustawić tak, by uchwyciła elewację budynku, kawałek taśmy policyjnej i część niebieskiego parawanu, za którym znajdowało się ciało. Nienajgorszy kadr, ale na tym etapie nikomu z Raportu NSI nie zależało już na kręceniu live’a.

Zależało im na tym, by znaleźć się jak najbliżej ludzi, którzy mogli coś wiedzieć. Na miejscu byli świadkowie, sąsiedzi, może ktoś, kto nagrał coś istotnego telefonem. Jeśli zadziałaliby odpowiednio szybko, może dotarliby do czegoś, co zaraz zapewne zostanie objęte tajemnicą postępowania. Przy odrobinie szczęścia mogli wychwycić słowo czy dwa ze strony mundurowych, szczególnie tym młodym zdarzało się w szoku chlapnąć zbyt wiele.

Przyjechali jednak zbyt późno, by cokolwiek ugrać. Na miejscu zjawili się już oficerowie, a niżsi stopniem funkcjonariusze ogrodzili teren, odsunęli gapiów i przewieźli do pobliskiej jednostki tych, którzy mogli mieć informacje.

Sergiusz Marat dotarł kilka minut po reszcie ekipy, zawczasu wezwany przez Szpilę. Miał wolny wieczór, wyszedł gdzieś ze znajomą – i choć przez cały dzień wydawało się to Sandrze powodem do zmartwień, w tej chwili było całkowicie pozbawione znaczenia.

– Hej – rzucił, podchodząc do nich. – Co wiemy?

Rozstawili się z kamerą tylko po to, by robić odpowiednie wrażenie i nie dać się usunąć. Dopóki byli przedstawicielami czwartej władzy, realizującymi ważną misję społeczną, mało kto znajdował w sobie odwagę, żeby zarzucić im ukryte intencje.

– To na bank Agnieszka? – dodał cicho Marat. – Potwierdzone?

– Potwierdzone – odparła ciężko Skowrona.

– Kurwa mać…

Jego ocena sytuacji zawisła nad nimi jak ciemne chmury, tylko czekające na to, by zrzucić na ziemię rzęsisty deszcz.

– Ale co się stało? Spadła? Skoczyła?

– A jak ci się wydaje? – mruknęła Szpila.

– Wydaje mi się, że to nie musi być związane ze sprawą.

– Nie, pewnie, że nie. Dziewczyna przypadkiem spada z dachu jakiegoś budynku, z którym nie ma nic wspólnego, krótko po tym, jak przekazała nam to, co znalazła u swojej ciotki.

– Nie tak znowu krótko. Poza tym może przyszła tu do znajomego albo…

– Daj spokój, Sergio.

Sandra przesunęła dłońmi po całkowicie siwych włosach, których wbrew poradom licznych uprzejmych facetów nie zamierzała nigdy farbować. Zakłamywaniem rzeczywistości wolała zajmować się w życiu zawodowym.

– Sprowadziliśmy to na nią – dodała.

– Nie możesz tego wiedzieć na pewno.

Mogła, ale nie miała zamiaru odpowiadać. Zamiast tego spojrzała na Wagnera, który ustawił się przed kamerą, po czym dał krok w lewo i poprawił słuchawkę w uchu.

– Co ty robisz? – rzuciła.

– A na co ci to wygląda?

– Zginęła dziewczyna, która…

– Wiem doskonale, kto zginął – uciął Kuba. – I zamierzam o tym powiedzieć.

Szpila była jeszcze w trakcie zbierania porozrzucanych myśli, on jednak najwyraźniej nie potrzebował tego robić. Typowy Wagner. Najpierw działać, potem myśleć. Narobić problemów, nie przepraszać. A jeśli będzie słychać przy tym wycie, znakomicie.

– Poczekaj – rzuciła.

– Na co? Sama mówiłaś, sytuacja jest jasna.

– Tak, tylko…

– Tylko co?

Właśnie, co? Jako osoba kierującą się logiką Szpila musiała założyć, że ta śmierć nie była przypadkowa i stoi za nią Boreasz. Jako wydawczyni programu powinna jednak zachować większą ostrożność w formułowaniu takich tez. Zweryfikować, potwierdzić, ustalić co trzeba.

– Kuba – odezwała się Aurelia, podchodząc do niego. – Jesteś pewien, że to dobry pomysł?

– Nie.

– Może w takim razie bezpieczniej będzie…

– W dupie mam to, co bezpieczne – uciął. – Rzuciłem Boreaszowi wyzwanie w Raporcie, ujawniłem jego imię, nazwisko, ksywę, czy co to, kurwa, jest. Nie mam zamiaru się cofać.

Znów typowy Wagner, przeszło przez myśl Szpili. Wszystko w liczbie pojedynczej, mimo że stali w jednym szeregu, grali w jednej drużynie. I to Skowrona zapłaciła za to najwyższą cenę.

Nieraz patrzyła na nią, zastanawiając się, gdzie dziewczyna znajduje wolę do życia po horrorze, którego doświadczyła w Ciszycy. Porwanie, upodlenie, a potem ta niewyobrażalna gehenna. Wielokrotny gwałt, zlecony przez Boreasza, zorganizowany przez jego prawą rękę, Buhaja.

Szpila nie potrafiła przestać o tym myśleć. Spojrzawszy na Wagnera, dostrzegła, że on także. Przynajmniej w tej chwili, kiedy uświadomił sobie, co powiedział.

– Mam na myśli tylko to, że on się skoncentruje na mnie – dodał.

Sandra powiodła wzrokiem po ciągnących się wzdłuż Mazowieckiej elewacjach starych budynków. Potem usłyszała głos Mariana:

– Wejście za dziesięć… dziewięć… osiem…

Odsunęła się, jakby po uruchomieniu kamery ta miała eksplodować, a Szpila oberwać odłamkiem. Wciąż nie czuła się komfortowo w pobliżu obiektywu, choć nie paraliżował już jej taki strach jak niegdyś.

Marian dał znak, że idą na żywo.

– Drodzy państwo – zaczął Wagner. – Znajdujemy się pod jednym z budynków w centrum miasta, gdzie życie zazwyczaj biegnie powolnym, oderwanym od zgiełku rytmem. Ulica ta jest dla mieszkańców enklawą spokoju, dziś jednak wydarzyła się tu tragedia.

Sandra musiała mu oddać, że potrafił szyć na bieżąco. Cenna, kształcona latami umiejętność, która prędzej czy później przydaje się każdemu prezenterowi lub reporterowi.

– Z dachu jednej z kamienic spadła dziś siedemnastoletnia dziewczyna, Agnieszka – dodał, patrząc w kamerę.

Operował profesjonalnym, ale pełnym szacunku tonem. Kolejna umiejętność, której wyszkolenie trwało latami. Łatwo popadało się w nadmierny patos lub rozklejało, sztuką było balansowanie gdzieś pomiędzy.

– Policja wstępnie kwalifikuje to zdarzenie jako próbę samobójczą – ciągnął. – Ekipa Raportu NSI jest jednak innego zdania. Osoba, która dziś straciła życie, była naszym źródłem informacji w sprawie człowieka zwanego Boreaszem.

Szpila zamknęła oczy i westchnęła.

Robił show. Korzystał z okazji, żeby pobudzić widzów, przypomnieć o sprawie i zapewnić jej odpowiedni rozgłos. Ciało Agnieszki jeszcze nie wystygło, a on stanął na nim i użył go jako podestu do wygłoszenia przemówienia.

Ludzi z zewnątrz może by to dziwiło, Sandry bynajmniej. Potrzebowali środków z budżetu, potrzebowali kredytu zaufania ze strony stacji, wreszcie potrzebowali oglądalności. Jeśli chcieli dalej robić to, co robili, i ostatecznie rozpracować Boreasza, musieli zapewnić sobie odpowiednie środki.

– Agnieszka nie skoczyła z tego dachu – oznajmił, wskazując budynek. – Została z niego wypchnięta. Doszło dziś do zabójstwa, a my zrobimy wszystko, by dostarczyć państwu wszelkich informacji na ten temat.

Marat wyciągnął Iqosa, a Aurelia patrzyła nieruchomo na Kubę, gdy ten kontynuował swoje przedstawienie.

– Ofiara była bratanicą naszej zmarłej koleżanki, Patrycji Dobskiej. W ostatnim czasie odkryła w rzeczach ciotki poszlaki, które mogą doprowadzić do ujawnienia, kim jest Boreasz. Spotkała się z nami i przekazała nam materiały, ale…

Krótka, znacząca pauza. Trwała może pół sekundy, wystarczyła jednak w zupełności dla zbudowania odpowiedniego suspensu.

– …Agnieszka nie miała zamiaru odpuszczać, nie chciała odsuwać się na boczny tor. Zawsze pozostawała w bliskich relacjach z ciotką, traktowała ją jako jedną z najbliższych osób. Mimo naszych próśb, by sama nie robiła niczego, co mogłoby narazić ją na niebezpieczeństwo, najwyraźniej się na to zdecydowała.

Kuba zerknął w górę.

– I dziś poniosła za to największą cenę – dodał, znów patrząc w kamerę. – Zrobimy wszystko, by dotrzeć do prawdy i ją państwu przedstawić. Więcej informacji przekażemy niebawem.

Znów półsekundowa pauza.

– Kuba Wagner, Raport NSI – zakończył.

Zaraz potem Marian opuścił kamerę i uniósł kciuk, choć nie sprawiał wrażenia, jakby pochwalał to, co właśnie zrobili. Nie minęło wiele czasu, nim Szpila poczuła wibrowanie telefonu w kieszeni.

– Szyfter czy Biedrzyńska? – rzucił Kuba.

Obróciła telefon w jego stronę, by mógł przekonać się, że dzwoni szefowa NSI, do której nie żywił przesadnej sympatii. Z wzajemnością. Łucja Biedrzyńska zgodziła się na zatrudnienie prawicowego dziennikarza do stacji przechodzącej lewicową rewolucję tylko dlatego, że nie miała wyjścia. A może także dlatego, że koniec końców francuscy udziałowcy nie chcieli tracić całego dotychczasowego targetu.

Sandra odebrała i przełączyła na głośnik.

– Jest tam? – rzuciła Biedrzyńska.

– Niestety.

– Daj mi go.

– Jesteś na głośnym.

Cała czwórka usłyszała, jak Łucja głęboko nabiera tchu.

– Lepiej, żebyś miał to czym podeprzeć, Wagner – syknęła. – Bo jak się okaże, że to jedna wielka brednia…

– Najwyżej mnie wyrzucisz.

Na moment zamilkła.

– Zwolnienie będzie najmniejszym z twoich problemów – oznajmiła. – Bo jeśli wydawało ci się, że wcześniej byłeś spalony w mediach, to tylko poczekaj na to, co ja jestem w stanie ci zrobić.

Zamiast odpowiedzieć, wzruszył ramionami i rozejrzał się wokół, jakby kogoś lub czegoś szukał.

– Masz jakieś dowody? – dodała nerwowo Biedrzyńska.

– Na co?

– Na to, co stwierdziłeś w idącym na żywo przekazie. Że to robota Boreasza.

– Co rozumiesz pod pojęciem dowodów?

W przeciwieństwie do Szpili Łucja nie zwykła wdawać się w słowne przepychanki z Kubą. I dziwiła się, ilekroć Sandra się na to decydowała. Zupełnie jakby to zależało od niej, zupełnie jakby miała wybór.

– To on – odezwała się.

Na linii zaległo milczenie.

– Skąd ta pewność?

Z poczucia winy, chciała od razu odpowiedzieć Szpila. To ona wciągnęła Agnieszkę w tę sprawę, to ona pozwoliła, by dziewczyna sama badała Kod Dobskiej. W końcu to ona jej nie upilnowała.

– Nie mogłam się do niej przebić – powiedziała. – Od początku chciała w tym uczestniczyć i nic, co mówiłam, nie działało. Agnieszka sama badała ten szyfr i…

– I co?

– Musiała na coś trafić. Musiała go rozpracować.

– Na dachu jakiegoś budynku, do cholery?

– Może kod ją do czegoś doprowadził – włączył się Marat. – Albo do kogoś. Może się z tą osobą spotkała, a potem…

– A potem straciła przez to życie – dopowiedziała Aurelia.

Trudno było o inne wnioski, tak duże przypadki nie chodziły po ludziach. I nie wypychały ich z dachów budynków. Ledwo ta myśl nadeszła, Szpila mimowolnie pomyślała o tym, jak musiało wyglądać ciało dziewczyny tuż po uderzeniu o ulicę. W tej chwili otaczał je policyjny parawan, ale nie bronił dostępu niczyjej wyobraźni.

– Chcecie mi powiedzieć, że siedemnastolatce udało się zrozumieć coś, z czym wy od tygodni czy miesięcy nie potraficie sobie poradzić?

– Tak – odparł spokojnie Wagner. – Ale skoro ona odkryła klucz, my też to zrobimy.

– Oby. I obyście nie skończyli jak ona.

Komentarz szefowej zawisł nad nimi jak fatum, przed którym nie sposób uciec. Na moment wszyscy zamilkli, patrząc na siebie.

– Rano chcę sama zobaczyć ten kod – oznajmiła Biedrzyńska. – I lepiej, żebyście do tego czasu ustalili, jak ta dziewczyna go rozpracowała.

3ul. Wał Zawadowski, Wilanów

Okazały dom Wagnera miał wiele plusów, spośród których Aurelia najbardziej ceniła to, że czuła się tam bezpiecznie. Liczne systemy alarmowe, wszystko naszpikowane kamerami i gwarancjami, że firma ochroniarska zjawi się praktycznie od razu.

Były też inne profity związane z pracowaniem tutaj, a nie przy Waldorffa. Piwniczka pełna Barolo. Szeroki wybór yerba mate. I system audio, na którym Everytime Time I Die brzmiało tak, jakby miało moc anihilacji całej otaczającej ich rzeczywistości.

Na to ostatnie w tej chwili nie mogła liczyć, Szpila i Marat bowiem nie byli w stanie zdzierżyć death metalu. Ich błąd.

Siedzieli w czwórkę w salonie, racząc się winem i starając się zrozumieć, co takiego mogła odkryć nastolatka i co im od tak długiego czasu umykało. Materiały rozłożyli na gigantycznym stole, który był właściwie jednym grubym kawałem drewna. Wodzili po nich wzrokiem, niczego jednak nie potrafili wywnioskować.

Myśli Skowrony cały czas grawitowały w kierunku tego, co sprowadzili na Agnieszkę. Młoda dziewczyna miała przed sobą całe życie, właściwie dopiero je odkrywała. Tymczasem jedno znalezisko w rzeczach jej ciotki sprawiło, że cała przyszłość prysła.

– Chuj z tym – rzuciła Szpila, po czym wstała od stołu.

Podeszła do kuchennego blatu i dolała sobie Barolo. Na tym etapie nikt nie chował butelki z powrotem do winiarki, nikt nawet nie zatykał jej jednym z plastikowych korków Wagnera.

Sandra wróciła do reszty i stanęła przy stole, patrząc z góry na materiały.

– Jebane fusy – oznajmiła. – Niczego z nich nie wywróżymy.

Nikt nie polemizował, doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że tylko pozorują realną sprawczość. W istocie byli wobec Kodu Dobskiej całkowicie bezsilni.

– To co proponujesz? – odezwał się Sergiusz.

– Pokazać to jutro Biedrze i liczyć, że zobaczy to samo, co my.

– Czyli gówno?

– Raczej nie fiołki.

Szpila opadła ciężko na kanapę, jak zawsze obok Marata. On również przy każdej nadarzającej się okazji siadał blisko Sandry, choć oboje udawali, że są tego nieświadomi. Pozostała dwójka ich w tym udawaniu wspierała. Aurelia nie miała zamiaru poruszać tematu, a Wagnera chyba niespecjalnie interesowało, co dzieje się między Szpilą a Sergiuszem.

Zapewne nic, kwitowała w duchu Skowrona. Ona miała męża, on zaczynał się z kimś umawiać. Jakakolwiek relacja między nimi zakiełkowała, z pewnością nie zdążyła zakwitnąć.

– Mniejsza z Biedrą – odezwała się Aurelia.

Sandra i Marat na nią zerknęli, Kuba skupiał się na dokumentach.

– Nie odbierze nam przecież tematu.

– Ano nie – odparł Sergiusz. – Bo go nie mamy.

– A jednak Agnieszka coś odkryła. Coś, czego my nie widzimy.

Rozległo się ciche westchnienie, a potem wszyscy w milczeniu wrócili do analizowania tego, co znali już praktycznie na pamięć. Wydawało się niemożliwe, by ktokolwiek poza nimi zdołał coś z tego wyciągnąć. Zbudzeni w środku nocy, nawet po potężnej libacji, mogliby bez zająknięcia recytować dokumenty na wyrywki. Ale może właśnie w tym tkwił problem.

– Potrzebujemy świeżej pary oczu – odezwała się Aurelia.

– Hm? – mruknęła Szpila.

– Wiesz, jak to mówią. Jeśli chcesz, żeby niemożliwe zadanie zostało rozwiązane, zaangażuj kogoś, kto nie wie, że jest niemożliwe.

– Bratanica Dobskiej z pewnością o tym wiedziała, młoda.

– Tak, ale…

– Jeszcze zanim do mnie przyszła, próbowała to rozwikłać na tysiąc sposobów. W pewnym momencie nie robiła nic poza tym, co my w tej chwili.

Marat uniósł kieliszek i lekko nim zakołysał.

– Znaczy poza upijaniem się winem, które kosztuje więcej niż moja półroczna wypłata? – mruknął.

– Roczna – skorygował Kuba.

Szpila machnęła ręką.

– Dziewczyna miała obsesję – zauważyła. – Przez nią nad tym ślęczała, przez nią chciała to załatwić sama i przez nią do mnie nie przyszła, kiedy tylko coś odkryła.

Z pewnością tak było. Agnieszka należała do grona silnych, niezależnych młodych kobiet i z pewnością wolałaby rozwiązać tajemnicę samodzielnie. Zgłosiła się do Szpili z grubsza tylko dlatego, że na pewnym etapie nie miała innego wyjścia.

– Może podjęła z kimś współpracę – odparła Skowrona. – Może ta osoba zobaczyła coś, na co my wszyscy byliśmy ślepi.

– A może po prostu ją olśniło – skwitowała Sandra. – Od gdybania są pogodynki, młoda, my przedstawiamy fakty.

– Faktów żadnych nie mamy.

– To musimy je stworzyć – włączył się Wagner.

Wszyscy spojrzeli na niego tak, jak dość często to robili. Z mieszaniną przygany i niepewności, czy jest słuszna.

– Spreparujemy rozwiązanie Kodu Dobskiej – dodał.

– Że co?

– Biedrzyńska nie zorientuje się, że coś jest nie tak.

– I co potem? – rzuciła Szpila.

– Nic. Szczęśliwie w porę odkryjemy, że się pomyliliśmy.

Wszyscy na powrót skupili się na tym, co rozłożyli na stole. Pierwszym elementem układanki była kartka odnaleziona w książkach Patrycji. Zgodnie z testamentem miały trafić do jej bratanicy, bo to właśnie miłość do literatury na dobre je połączyła.

Agnieszka opowiadała im o tym, jak założyły swój mały book club. Zaczęło się przypadkiem, o ile wierzyło się w przypadki. Zorientowały się, że w tym samym czasie czytają nową powieść Freidy McFadden i obydwie w równym stopniu nie mogą się oderwać, choć przesadnie się tym przed nikim nie chwalą. Potem poszło. Wybierały kolejne tytuły, czytały je razem i o nich rozmawiały. Z czynności, która jest ze swej natury samotna, uczyniły doświadczenie wspólne.

Koniec końców Patrycja pozostawiła swoje zbiory biblioteczne bratanicy, jakby czuła, co jej grozi – i jakby chciała zabezpieczyć rzecz dla niej najważniejszą. W testamencie znajdował się tylko jeden zapis windykacyjny, dzięki któremu konkretne rzeczy mogły trafić do konkretnej osoby. Ten dotyczący pokaźnej biblioteczki.

Agnieszka stopniowo katalogowała książki i przeglądała je, wyciągała zakładki, odkrywała wpisane dedykacje, dawno zapomniane paragony i dawno zapomniane ceny. W jednej z książek Szczepana Twardocha trafiła na odręcznie zapisaną notatkę, która swoim trywializmem próbowała zrównoważyć to, co znajdowało się na kartach powieści.

Moja miłość do niego zaczęła się od niej,

kojarzyła mi się z niezdarnym tańcem na granicy zła,

nawet stoczeniem się na samo dno.

Brakowało wyjaśnienia, o kim mowa, brakowało kontekstu, brakowało właściwie wszystkiego. Kartka jawiła się jak kłąb kurzu wywiany przypadkowym podmuchem spod starego mebla.

Wydawało się mało prawdopodobne, by czytając powieść o wojnie w Ukrainie, Patrycja poczuła nagły przypływ sentymentalizmu i musiała czym prędzej zapisać swoje myśli. Jej bratanica zapewne by je zignorowała, gdyby nie to, że znajdowały się na żółtej, samoprzylepnej karteczce, która nie była jedyną żółtą, samoprzylepną karteczką w zbiorach Dobskiej.

Kolejna kryła się za okładką powieści, do przeczytania której Agnieszka musiała ciotkę zmusić – Onyx Storm. Tym razem także nie miała nic wspólnego z treścią.

14 lutego 1976 roku.

Zarówno Agnieszka, jak i potem ekipa Raportu NSI sprawdzili dokładnie, co się wówczas działo. Nie doszło do żadnego znaczącego wydarzenia, trwały zimowe igrzyska olimpijskie w Innsbrucku, ludzie na całym świecie obchodzili dzień zakochanych, przekonani, że celebrują łączącą ich, wieczną i niezachwianą miłość.

Propaganda PRL działała na pełnych obrotach, „Trybuna Ludu” i „Życie Warszawy” donosiły o kolejnych sukcesach Edwarda Gierka i gospodarce stale nabierającej rozpędu.

Trzecia karteczka mogła rzucić nieco światła na to, czego dotyczyły dwie poprzednie, zamiast tego zamgliła obraz jeszcze bardziej. Znajdowała się w Pomocy domowej Freidy McFadden, książce, od której rozpoczęła się wspólna przygoda czytelnicza ciotki i bratanicy. Właśnie to, co widniało w tej notatce, najdłużej spędzało sen z powiek dziennikarzom.

291/93/159.

232. O wpół do ósmej tylko pojedynczy ludzie.

77. Dobry człowiek.

111. Ciśnienie rozkurczowe. Narcan, neostygmina, świeżo mrożone osocze. 233.

Kiedy Agnieszka zgłosiła się z kartkami do Szpili, ta nie była przekonana, że mają cokolwiek wspólnego ze sprawą Boreasza. Notatki zdawały się przypadkowe, wsunięte do książek z braku lepszego miejsca.

Tyle że nie zostały wsunięte, a wklejone. W dodatku znalazły się w nieprzypadkowych książkach – pierwszej oraz dwóch ostatnich, które Patrycja i Agnieszka razem czytały.

Bratanica argumentowała, że ciotka nie umieściłaby ich tam bez powodu. I że gdyby czuła, że coś jej grozi, zostawiłaby wiadomość właśnie w nich. W dodatku te żółte karteczki samoprzylepne. Zawsze śmiała się, że Agnieszka zamiast w zeszytach notuje na nich.

Trochę czasu minęło, nim ekipa Raportu NSI uznała to wszystko za znaczące. Przeważył fakt, że żadnych innych notatek w książkach nie było. I że zapis testamentowy sporządzono dość precyzyjnie. Wedle niego Agnieszka miała otrzymać „całą moją biblioteczkę, w szczególności książki Freidy McFadden, Szczepana Twardocha oraz Rebekki Yaros”. Szpila twierdziła, że nikt o zdrowych zmysłach nie umieszcza tego tria razem – chyba że chce coś przekazać.

Koniec końców wszyscy poznali na pamięć zapiski na żółtych karteczkach. Zestawiali cytaty, cyfry, nazwy medyczne i próbowali wywnioskować z tego amalgamatu bezsensu cokolwiek, co mogło okazać się przydatne.

Teraz także.

– Weźmy tę deklarację uczuć… – podjął Kuba.

Moja miłość do niego zaczęła się od niej,

kojarzyła mi się z niezdarnym tańcem na granicy zła,

nawet stoczeniem się na samo dno.

– …dodajmy do tego walentynkową datę…

14 lutego 1976 roku.

– …i mamy zalążek pięknej, romantycznej historii, którą rozwiniemy i przekonująco przedstawimy Biedrzyńskiej.

Szpila upiła łyk Barolo, a potem odstawiła kieliszek na stół.

– Patrycji nie było na świecie w siedemdziesiątym szóstym, Wagner – odparła.

– I komu to przeszkadza?

– Każdej rozumnej osobie, do których ty się ewidentnie nie zaliczasz.

– Data może oznaczać wszystko, niekoniecznie moment spotkania z jej ukochanym.

– Nie miała żadnego ukochanego.

– Była zakonnicą? – odparł. – Czy taką raszplą jak ty?

– Taka raszpla jak ja od wielu lat żyje ze stałym partnerem.

– Tylko dlatego, że trzymasz go przy sobie pod groźbą.

– To i tak więcej, niż można powiedzieć o tobie i twoich związkach.

Kontynuowali jeszcze przez moment, ale Aurelia się wyłączyła. Nie interesowało jej, jakich problemów narobili sobie u Łucji Biedrzyńskiej ani jak im zaradzić. Interesowało ją rozwiązanie tej zagadki.

Jeszcze raz zerknęła na to, co znajdowało się na ostatniej z karteczek.

291/93/159.

232. O wpół do ósmej tylko pojedynczy ludzie.

77. Dobry człowiek.

111. Ciśnienie rozkurczowe. Narcan, neostygmina, świeżo mrożone osocze. 233.

Tyle godzin, tyle różnych źródeł, tyle domysłów. I nic, co mogłoby pomóc.

Pierwsze liczby wydawały się przypadkowe, nie niosły żadnego znaczenia. Próbowali różnych operacji matematycznych, łączyli je z kolejnymi, przestawiali, podstawiali litery. Do niczego nie doszli.

To, co Patrycja dopisała przy 232 i 77, było zbyt ogólne, by zrobić z tego użytek. Mogło oznaczać wszystko i nic. Nieszczęśliwie na razie oznaczało to drugie.

Ostatnia linijka jawiła się jako coś, co może nakierować ich na odpowiednie tory. Sprawdzili Narcan i neostygminę pod każdym kątem, ale niewiele z tego wynikało. Narcan był lekiem stosowanym w przypadku przedawkowania opioidów, a neostygminy używano w objawowym leczeniu miastenii, nużliwości mięśni.

W pewnym momencie wszyscy byli przekonani, że te zapiski Patrycja prowadziła nie przy sprawie Boreasza, ale Wiktorii Juckiej. Że wypisane leki w jakiś sposób wiązały się z tym, co latami robiła jej matka. Szybko jednak potwierdzili, że nie wywołałyby objawów chorobowych, które diagnozowano u Wiktorii. Zaułek okazał się ślepy.

Momentami Skowrona miała wrażenie, że Dobska ułożyła swój kod tylko po to, by się nad nimi pastwić. Żeby każdy, kto na niego trafi, kręcił się jak szczur w klatce, szukając tego, czego tam nie ma. Ukrytego sensu.

– Dobra, Wagner – odezwała się Szpila, wyrywając Aurelię z marazmu. – Nie ma co pierdolić.

– Ułożymy tę bajkę, to kupimy sobie nieco czasu – zaoponował Kuba. – Nie ułożymy, to Biedrzyńska z samego rana…

– Czego we frazie „nie ma co pierdolić” nie zrozumiałeś?

– Twojej intencji.

– Nie była wieloznaczna. I nie wyobrażaj sobie za dużo.

– Szpilka… – jęknął. – Gdybym zaczął, to zapewniam cię, że przegapiłabyś, jak obiad podchodzi mi do gardła.

Sandra bezsilnie pokręciła głową, klepnęła w kolana, a potem się podniosła.

– Szkoda czasu – oznajmiła. – Uznaję posiedzenie za zakończone.

– Czekaj.

– Na co? – mruknęła i zatoczyła ręką krąg nad materiałami. – Niczego z tego nie wywróżymy. Nie teraz, nie w takim stanie. Nie napędzani jeszcze większą potrzebą wymierzenia sprawiedliwości.

– W dupie mam sprawiedliwość – odezwał się Kuba. – Chcę po prostu…

– Tłumacz sobie to, jak chcesz. Do żadnego solstycjum nie dojdzie.

– Do czego?

– Do przesilenia, Wagner. Weź sobie słownik i zagłąb się w lekturze, a my tymczasem się zbieramy. No już, Miniony. Hop, hop, hop.

Marat podniósł się od razu, Aurelia dopiero po chwili. Jeszcze przed krótkim podsumowaniem Szpili dla wszystkich było oczywiste, że dzisiejsza noc niczym nie będzie różniła się od poprzednich, na przełom nie mieli co liczyć.

Realizowanie zaprawionego alkoholem pomysłu Wagnera także mijało się z celem. Nie pozostało im nic innego, jak spasować na dziś i przegrupować się jutro.

Sergiusz zamówił sobie Ubera na Mokotów, Szpila jak zawsze nie omieszkała skrytykować go za to, że wspiera bandyckie korporacje. Zaraz potem wezwała taksówkę dla siebie i Aurelii.

Nie musiały dogadywać szczegółów, plan gry zawsze był taki sam. Jechały na Tarchomin, gdzie Sandra czekała, aż Skowrona wejdzie do klatki, a potem polecała taksówkarzowi kierować się do niej na Bielany.

Początkowo Aurelia protestowała, twierdząc, że nic jej nie grozi, a przejazdy są przecież rejestrowane. W dodatku może dać znać, kiedy będzie w domu. W duchu jednak była Szpili wdzięczna, nie potrafiła bowiem nawet wyobrazić sobie samotnego powrotu. Wydawało jej się, że po drodze straciłaby życie – jeśli nie z powodu zawału, to dlatego, że ktoś by ją napadł.

Kiedy dotarły na Światowida, podziękowała kierowcy i Sandrze, po czym otworzyła drzwi.

– Nie przejmuj się, młoda – rzuciła Szpila. – Rozpracujemy to. A Biedrę się ugłaszcze.

– Ona interesuje mnie najmniej.

– Wiem.

Wiedziała także, kto w istocie interesował ją najbardziej. Je obie. Aurelia odczekała moment, a potem powoli ruszyła w kierunku klatki.

– Hej – rzuciła za nią Sandra. – Jej śmierć nie pójdzie na marne.

Skowrona skinęła głową bez przekonania i weszła do budynku. Wemknęła się cicho do domu, uważając, by nie zbudzić mamy. Wyrywanie jej ze snu w środku nocy nigdy nie prowadziło do niczego dobrego, Rozalia była całkowicie zdezorientowana, nie wiedziała, gdzie ani kiedy się znajduje. Zazwyczaj mijało sporo czasu, nim Aurelii udawało się ją uspokoić – i to tylko pod warunkiem, że mama akurat ją rozpoznawała.

Weszła do swojej sypialni, a potem usadowiła się z komórką w łóżku. Właściwie nie wiedziała, co zamierza robić. Pewne było tylko to, że nie będzie próbowała spać.

Była to jedna z metod poleconych jej przez terapeutę. Prosta, choć zarazem paradoksalna. Chodziło o to, by nie wywierać na siebie presji, nie zmuszać się do snu. Po prostu czekać, aż zmęczenie samo zrobi swoje.

Skowrońska zaczęła przeglądać Instagrama i szybko zrozumiała, że grawituje ku jednemu. Wyświetliła profil Agnieszki Dobskiej, a potem zaczęła sprawdzać zamieszczone przez nią posty i rolki, jakby dzięki temu mogła na nowo rozpalić wygasłe życie.

Kiedy odrywała się od telefonu, oczami wyobraźni widziała krew na Mazowieckiej. Zmasakrowane ciało, praktycznie niemożliwe do rozpoznania. Nietrudno było domyślić się, jak makabryczny widok wiązał się z upadkiem z takiej wysokości.

Na powrót skupiła się na profilu, jakby była winna Agnieszce choć tyle, by poznać każdy element jej życia. Sprawdziła całą siatkę, po czym wyszukała profil dziewczyny na Pintereście, przejrzała wszystkie piny – inspiracje modowe, pomysły kulinarne, ulubione cytaty z książek. Nic nie wydawało się istotne.

Potem Facebook. Niewiele rzeczy, nie to pokolenie, nie ta platforma.

Zdawkowe rzeczy na X, parę udostępnionych tweetów. Komentarzy jednak w bród, wszystkie w podobnym, konfrontacyjnym tonie. Gdyby obca cywilizacja kiedykolwiek uzyskała dostęp do social mediów, uznałaby, że ludzkość spędza cały swój czas na kłóceniu się z nieznajomymi o rzeczy, które nie mają żadnego wpływu na ich życie.

Była w tym jednak iskierka nadziei. Jeśli AI miała uratować świat, mogła zrobić to tylko w mediach społecznościowych. Zalewała je bowiem tak dużą ilością sztucznych tworów, że ludzie w końcu będą musieli się od nich odwrócić, orientując się, że nic już nie jest tam prawdziwe.

Nad ranem Aurelia przeniosła się na Spotify. Ulubione zespoły, śledzeni artyści. Nie wiedziała, gdzie ruszyć dalej, włączyła więc jedną z playlist ułożonych przez Agnieszkę. Wówczas dostrzegła coś, co napełniło ją jeszcze większym smutkiem.

Miały się w znajomych Spotify, mogły podglądać, czego słuchają. Na liście utworów widniał ten, który Agnieszka odtworzyła jako jeden z ostatnich. Może nawet ostatni.

Nazwa była wyjątkowo upiorna. Spadam.

Skowrona go nie kojarzyła, ale kiedy zaczęła słuchać, wydał jej się znajomy. Sprawdziła, że pochodził z 2004 roku. Może później słyszała go gdzieś w radiu albo w jakimś polskim serialu, trudno było powiedzieć.

Włączyła płytę, z której pochodził, a potem sprawdziła cały album. Zaczęła od otwierającego go utworu.

Ledwo popłynęły pierwsze dźwięki, Aurelia odniosła wrażenie, jakby umarła i zarazem narodziła się na nowo.

Boże, znalazła to. Naprawdę to znalazła.

Nadeszło solstycjum.

4ul. Światowida, Tarchomin

Hybrydowa Toyota z oznaczeniem iTaxi zgodnie z planem miała skierować się na Bielany, ledwo jednak kierowca ruszył, Szpila klepnęła go w ramię.

– Zmiana kursu – oznajmiła. – Jedź z powrotem na Wilanów.

– Wał Zawadowski?

– Tak jest.

Mężczyzna zerknął w lusterko, wbił kierunkowskaz, a potem zadowolony skierował się we wskazaną stronę. Przy nocnej taryfie skasuje znacznie więcej niż za kurs na Bielany, ale Szpila nie miała obiekcji. Niech sobie facet zarobi.

Kiedy wysiadła z auta pod domem Wagnera, ten już otwierał jej drzwi. Zapłaciła przez aplikację i bez słowa weszła do budynku. Zrzuciła kurtkę i zawiesiwszy ją na oparciu, skierowała się prosto do jednego z pokojów.

Kuba poszedł za nią.

– Nawet słowa komentarza? – spytał.

– Nie przyjechałam tu z tobą gadać.

– Tylko się pierdolić?

– Żebyś wiedział.

Zatrzymała się w progu i obróciła tak raptownie, że niemal na nią wpadł. Spojrzała mu w oczy, nie do końca pewna, co tak naprawdę tutaj robi.

Pierwszy raz spali razem przy finale sprawy Wiktorii Juckiej, właściwie w jej najgorszym momencie. Zrobili to z desperacji, z bezsilności, może ze złości. Wyładowali się i wydawało się, że nigdy więcej nie dojdzie do powtórki.

Mimo to od tamtego czasu raz po raz umawiali się na seks. Wymagało to minimalnej komunikacji, najczęściej wystarczyło kilka uszczypliwych komentarzy, jak dziś w trakcie posiadówy.

Sandra była przekonana, że długo to nie potrwa. I właściwie kilkakrotnie podejmowała decyzję, żeby z tym skończyć.

Jego mogła zrozumieć. Wagner był zdiagnozowanym seksoholikiem, który nie mógł wytrzymać bez pieprzenia się. Sobie natomiast się dziwiła. Jeszcze jakiś czas temu gardziła tym człowiekiem, nigdy nie chciała nawet się do niego zbliżać, a teraz pozwalała sobie na największe zbliżenie.

Czasem myślała, że się tym karze. Chce się upodlić. Dać sobie nauczkę za to, na co pozwalała mężowi. Może w pewien sposób ukarać także jego.

– Dobrze się czujesz? – spytał Kuba.

Dopiero teraz zorientowała się, że zawiesza nieruchome spojrzenie na jego oczach, ale myśli o wszystkim, tylko o nie o tym, co w nich widzi. Żądzę. Refleks pierwotnego instynktu. I gotowość, by jedno i drugie nim zawładnęło.

Chwyciła go za marynarkę, przyciągnęła do siebie i zaczęła całować. Potem zrzuciła z niego zarówno ją, jak i koszulę.

Weszli do sypialni, obijając się o ściany, po czym Wagner kilkoma sprawnymi ruchami sprawił, że dłużej nie przeszkadzały im ubrania. Chwycił ją za biodra, obrócił do siebie tyłem, a ona złapała za oparcie łóżka.

Kiedy w nią wszedł, z jej gardła wydostał się głośny jęk, kojarzący się raczej z wściekłością niż uniesieniem. Odebrał to jako zachętę, by uderzać o jej pośladki coraz szybciej, coraz mocniej. Odgięła się do tyłu, złapała go za kark i przyciągnęła do siebie.

Skończyli niedługo potem, jakby oboje byli gotowi już wcześniej, w trakcie wieczoru. Szpila podniosła swoje ubrania, włożyła bieliznę i bluzkę, po czym zaczęła naciągać spodnie.

– Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś została – odezwał się Wagner.

– Fakt, nic nie stoi. Więc nic tu po mnie.

Miał na sobie tylko bokserki, przyglądał jej się tak, jak obserwuje się dziecko próbujące dosięgnąć do zbyt wysoko zawieszonej szafki.

– Dasz mi pięć minut, to…

– Mam to, po co przyszłam.

– Mhm.

Poprawiając bluzkę, skierowała się nieporadnie w kierunku wyjścia, a Kuba ruszył za nią.

– Zakładam, że robisz to z premedytacją – rzucił.

– Co?

– Sprawiasz, że czuję się jak wibrator.

– Nie schlebiaj sobie.

Parsknął cicho i sięgnął po kieliszek stojący na blacie kuchennym.

– Mimo wszystko jechałaś pół godziny na Tarchomin i tyle samo z powrotem, żeby…

– Żeby dostać trzy minuty wątpliwej przyjemności.

– Co najmniej pięć.

– Tak czy siak, nieopłacalne.

– I nie była wątpliwa – zauważył Wagner. – Chyba że jęczałaś tak dla pozorów.

Nie skomentowała, bo nie miała dobrej odpowiedzi. Zdarzało się, co prawda rzadko, ale zdarzało. Szczególnie w sytuacjach tak nietypowych jak ta.

– Nie chcesz posiedzieć przy winie? Posłuchać muzyki? Pooglądać jakiegoś filmu?

– Jeb się, Jakub.

– Próbuję tylko przenieść naszą relację na…

– Daj sobie spokój. Nie mam na to siły.

Uniósł otwarte dłonie, jakby rzeczywiście miał zamiar odpuścić i tej nocy nie bawić się w przepychanki, które czasem w jakiś wynaturzony sposób sprawiały jej przyjemność. Sama do końca tego nie rozumiała, wiedziała jednak, że o niczym to nie świadczy.

Ich relacja była wyłącznie fizyczna. O ile w ogóle można było mówić o jakiejkolwiek relacji.

Ostatnie, czego by chciała, to nawiązać coś głębszego z Kubą. Poza tym widziała, jak zmienia się jego podejście do Aurelii. Kiedy ją przyjęli do NSI, patrzył na nią tak, jak na każdą inną, ładną młodą dziewczynę. Z czasem jednak w jego oczach pojawiła się troska o jej los, opiekuńczość, nawet gotowość do poświęcenia. Nie trzeba było lupy, by dostrzec rodzące się uczucie.

– Spadam – oznajmiła Szpila. – Nie rób jutro cyrku z Biedrą.

– Jakiś teatrzyk trzeba przed nią wystawić.

– Nie trzeba. Pogadam z nią.

– I wydaje ci się, że to…

– Do jutra, Jakub.

– Do jutra, Szpilka.

Wyszła z budynku, zanim zdążyła wezwać taksówkę, po czym ruszyła w kierunku ulicy. Na transport nie musiała długo czekać, o tej porze po Warszawie kręciło się więcej taryf niż czekających na nie ludzi.

Na Bielany dotarła na styku nocy i poranka, świadoma, że jeśli Grzegorz nie śpi, będą problemy. Weszła do domu cichaczem, zamykając za sobą drzwi tak ostrożnie, jakby obchodziła się z gotowym do eksplozji ładunkiem wybuchowym.

Na moment przywarła do drzwi, zamknęła oczy i nasłuchiwała. Żadnych kroków, żadnych dźwięków. W porządku, chyba się udało.

Głośno odetchnęła, potem powoli odwiesiła kurtkę na wieszak i zaczęła zastanawiać się, czy roztacza zapach perfum Wagnera. Używał ich tak obficie, że zdawały się osiadać na wszystkim, co znalazło się w jego pobliżu.

Z pewnością miała je na ciele. Ale zdąży wejść pod prysznic, zanim mąż się obudzi.

Przeliczyła się.

Ledwo obejrzała się przez ramię, usłyszała kroki i niemal natychmiast zobaczyła wypadającego z kuchni Grzegorza. Nie dał jej czasu na reakcję, mocno ją popchnął, a potem zacisnął ręce na jej szyi.

– Znowu się kurwiłaś! – krzyknął, uderzając jej ciałem o drzwi. – Suko pierdolona…

5ul. Waldorffa, Bemowo

Po tym, ile wypił nad ranem, prawdopodobnie nie powinien siadać za kółkiem, rzadko jednak zdarzało mu się przemieszczać czymkolwiek poza swoim autem. Zresztą przy wszystkim, co się działo, nawet utrata prawka nie wyglądała na wielką tragedię.

Nie zakładał, że będzie w redakcji pierwszy, bo Aurelia stawiała się na długo przed nim – i zasadniczo się nie pomylił. Nie przewidział jednak, że oprócz niej na miejscu będą także Szpila i Marat.

Pociągnął łyk yerby, a potem powiódł po nich wzrokiem.

– Zgrupowanie przed meczem z Biedrzyńską?

– Raczej audiencja u Skowrony – odparła Sandra. – Ma coś.

– Czyli przynajmniej jedna z was nie próżnowała w nocy.

Gdyby myśli wyprzedzały słowa, a nie odwrotnie, pewnie ugryzłby się w język. Każda taka uwaga mogła sprawić, że po nim lub po Szpili będzie coś widać. Coś, czego widać być nie powinno.

Spojrzał na nią tylko przelotnie, odnotowując, że najwyraźniej wróciła do golfów, z którymi rozstała się może parę tygodni temu. Potem zerknął na Aurelię.

– Opracowałaś metodę ugłaskania Biedry?

– Lepiej.

– Odkryłaś sposób, żeby medialnie wyprać mój wizerunek z tych wszystkich oszczerstw, którymi mnie w ostatnich latach opluto?

– To nie były oszczerstwa, Jakub – mruknęła Szpila.

Nie podjął rękawicy, nie mając zamiaru wdawać się z nią w zwyczajowe przepychanki słowne. Dzień po tym, jak ze sobą spali, nigdy tego nie robił. Zupełnie jakby musiał na nowo zacząć rozbudzać apetyt.

– Dobra – rzucił Kuba, siadając przy stole konferencyjnym. – Raportuj.

– Wieczorem przeglądałam wszystko, co zostało w sieci po Agnieszce.

– To jakiś nowy trend? Buszowanie po cyfrowych cmentarzach?

– Cały internet jest cyfrowym cmentarzem – zauważyła Aurelia. – Ale nie, chciałam po prostu sprawdzić, czy nic nie przegapiliśmy.

– I?

– Coś przegapiliśmy.

– To śmiało, młoda – ponagliła ją Sandra. – Nie buduj napięcia jak bober tamy.

Skowrona sięgnęła po swoje matero i upiła niewielki łyk, jakby bez tego miało zabraknąć jej paliwa. Wagner zachodził w głowę, ile dziennie pije. Pewnie ze dwa zalania w domu, po przebudzeniu – o ile akurat wypadnie noc, kiedy na moment zmrużyła oko. W pracy robi nową porcję, bo mógł bez trudu rozpoznać zapach pierwszego zalania Amandy. Pod wieczór kolejna zmiana suszu i kilka zalań.

Ani chybi dostarcza sobie tyle kofeiny, ile jest w dziesięciu filiżankach kawy. A do środków nasennych raczej nie dawało się tego zaliczyć.

– Po sprawdzeniu social mediów weszłam na Spotify i rzuciło mi się w oczy coś, czego Agnieszka musiała słuchać przed śmiercią. Może chwilę przed tym, jak weszła do tego budynku przy Mazowieckiej. A może już na górze.

– Znaczy? – włączył się Sergiusz.

– Spadam.

– Hę?

– Tak się nazywał utwór.

– Trochę upiorny zbieg okoliczności.

Skowrońska potrząsnęła głową.

– Nie to ma znaczenia – rzuciła szybko. – Sprawdziłam album, z którego pochodzi piosenka, i trafiłam na coś istotnego.

– To znaczy?

– Na Leszka Żukowskiego.

– Kto zacz? – rzuciła Sandra.

– Jezu, Szpilka – odezwał się Wagner. – Chadzasz po tym kraju czy tylko go depczesz?

– Co?

– Leszek Żukowski, pseudonim Antek. Znany powstaniec, żołnierz AK i Szarych Szeregów, więzień co najmniej dwóch obozów koncentracyjnych, o ile mnie pamięć nie myli.

– Aha.

– Aha?

– I ile ma lat?

– A bo ja wiem? Jakieś dziewięćdziesiąt, może dziewięćdziesiąt pięć.

– To nie wydaje ci się, że raczej nie śpiewa i nie o niego chodzi?

Kuba posłał jej krótkie, acz wymowne spojrzenie, na które odpowiedziała, krzyżując ręce na piersi. Na moment zaległa cisza.

– Nie chodzi o osobę – odezwała się Skowrona. – Ale o piosenkę.

– Była jakaś na jego cześć? – spytała Szpila.

– Nie, w ogóle nie dotyczy powstańca. Piosenka nosi taki tytuł, bo Leszek Żukowski był przelotnym znajomym autora tekstu. Poznali się podczas rekrutacji na łódzką filmówkę, żaden się nie dostał, ale Żukowski powiedział piosenkarzowi, że on przynajmniej ma swój zespół, więc niech kiedyś napisze o nim piosenkę. I tamten napisał.

– O kim mowa?

– O Piotrze Roguckim.

Sandra zmrużyła oczy.

– Tym z Comy?

– Zgadza się. Agnieszka słuchała albumu Pierwsze wyjście z mroku, który otwiera kawałek pod tytułem Leszek Żukowski.

Wagner niejasno kojarzył to wydawnictwo, bo było o nim dość głośno na początku lat dwutysięcznych. Nawet jeśli słuchało się death metalu, dało się odczuć, że coś jest na rzeczy. Tu okazywało się, że fryzjerce podoba się Coma, tam ktoś pisał recenzję, chwaląc dojrzałe połączenie grunge’owych brzmień z metalowym pazurem. Zespół był dość popularny wśród młodych dziewczyn, a młode dziewczyny były dość popularne u Kuby.

– Co za porywająca historia – odezwał się Marat. – Ale jakie ma dla nas znaczenie?

– Gigantyczne – odparła Aurelia. – Bo ledwo zaczął się ten kawałek, odniosłam wrażenie, jakbym oberwała obuchem.

– Bo?

– Bo sam się przekonaj.

Sięgnęła po telefon, włączyła Leszka Żukowskiego, a potem od razu pogłośniła. Położyła komórkę na blacie pomiędzy nimi, zupełnie jakby ta miała stać się wrotami do poznania tajemnic wszechświata.

Piotr Rogucki zaczął śpiewać. Już przy drugim wersie Szpila chwyciła za smartfona i zatrzymała.

– Co, do kurwy…

– Puść dalej.

Potrząsnęła głową, a potem przewinęła do początku. Wszyscy jeszcze raz wsłuchali się w tekst.

„Czasami wolę być zupełnie sam,

niezdarnie tańczyć na granicy zła

i nawet stoczyć się na samo dno,

czasami wolę to niż czułość waszych obcych rąk”.

Po pierwszej zwrotce Skowrona ściszyła i powiodła wzrokiem po zebranych. Wszyscy potrzebowali chwili, by zrozumieć, że właśnie znaleźli wskazówkę, której tak długo szukali.

– Niech mnie chuj – podsumowała Sandra. – Dobska zanotowała tekst kawałka Comy?

– Sparafrazowała – zauważył Wagner.

W odpowiedzi otrzymał spojrzenie, które mówiło więcej niż cały korowód przekleństw.

– Pytanie: po co? – dodał.

– Może to przypadek? – rzucił Sergiusz.

– Że dwie linijki tekstu zgadzają się ze sobą prawie jeden do jednego?

– Patrycja mogła przypomnieć sobie piosenkę, zanotować, żeby…

– Nie kombinuj, Sergio.

Marat zerknął na Sandrę.