39,90 zł
Szczęście kruche jak lód. Kłamstwo, które zabija.
Drugi tom nowej serii Jędrzeja Pasierskiego o inspektorze Leonie Szeptyckim.
Zima uderza w Sławę. Mróz odcina mieszkańców od świata, pod grubą warstwą lodu znika również Jezioro Sławskie. Bajkową scenerię niszczy niespodziewane odkrycie: na śniegu pojawiły się ślady zbrodni.
Pod drewnianą wieżą górującą nad okolicą znaleziono zwłoki mężczyzny. Co się wydarzyło? Czy było to samobójstwo czy morderstwo? Inspektor Leon Szeptycki rozpoczyna śledztwo, w którym odpowiedzi kryją się w cieniu lokalnych sekretów.
Kto mógł skorzystać na tej śmierci? A kto wie więcej niż mówi?
Szeptycki ponownie mierzy się z zagadką Śląskiego Morza. Tutaj natura zaciera tropy, a ludzie od lat żyją obok swoich tajemnic. Inspektor prędko pozna rodziny zwaśnione od pokoleń i ich najgłębiej skrywane sekrety…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 350
Opieka redakcyjna: ANNA MICHALIK
Redakcja: MARTYNA TONDERA-ŁEPKOWSKA
Zespół redakcyjno-korektorski: ANNA SAWICKA-BANASZKIEWICZ, MAGDALENA ŚWIERCZEK-GRYBOŚ, JUSTYNA TECHMAŃSKA-SZEWCZUK, JOANNA ZABOROWSKA
Projekt okładki i stron tytułowych: TOMASZ MAJEWSKI
Fotografia na okładce: © Vladimir18/iStock by Getty Images
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
© Copyright by Jędrzej Pasierski © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2026
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-09372-6
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).
Leon Szeptycki przebijał się przez wysokie śniegi. Prognoza pogody znowu zawiodła i znienacka napadało. To była jego pierwsza zima od powrotu do Sławy i nie był przekonany, czy jest dobra – dla niego i dla przystani Szeptów i Szumów, którą prowadził z ojcem. Biały puch wlatywał od góry do „wodoodpornych” śniegowców zakupionych w Głogowie – ewidentnie nie dorosły do swego opisu i ceny.
Spoglądał z lękiem na wieżę, której szczyt wyłaniał się znad koron pobliskich drzew. Przypominała hetmana na szachownicy pośród pionków – smukłych młodych sosen.
Jeszcze trochę, pomyślał. Jeszcze nie musiał iść tam, w górę.
Nad martwym mężczyzną zebrał się policyjny tłumek: ekipa techniczna, fotograf, prokurator. Szeptycki pochylił się nad zmarłym. Czy to znak czasów, że jego kciuk przymarzł do telefonu? Nie zazdrościł lekarzowi, który będzie go odczepiał podczas sekcji. Tej nocy musiało być minus dziesięć.
Szeptycki spojrzał jeszcze raz w górę, w sam raz, by wirujący płatek śniegu wpadł mu prosto do oka.
– Jest cały połamany, spójrz na jego ręce – powiedział do niego technik policyjny. Nie pracowali jeszcze razem, funkcjonariusz nosił godne nazwisko Baczyński.
– Co z nimi?
– No spójrz.
Były nienaturalnie skręcone.
– Da się ocenić, o której zmarł, przynajmniej na teraz? – zapytał Szeptycki.
– To akurat wiemy, bo pękło szkiełko zegarka.
Technik pochylił się i uchwycił zegarek dłonią w lateksowej rękawiczce.
– Delikatnie. – Szeptycki spojrzał na przymarznięty do drugiej dłoni ofiary telefon. – A szkiełko może już wcześniej pękło.
– Generalnie te zegarki są bardzo mocne. To Seiko, seria szafirowa. Nie połamie się od upadku na parkiet.
– Okej.
– Za to mamy jego telefon...
– Da się odblokować?
– No, może gdyby go obudzić?
Szeptycki spojrzał na niego zdezorientowany.
– W sensie otworzyć mu powieki... – wyjaśnił mężczyzna.
– Bo?
– To iPhone X. Ten model ma już funkcję identyfikacji twarzy. – Spojrzał na Szeptyckiego jak na kretyna.
Leon westchnął, bo technik wyglądał, jakby naprawdę miał zamiar unieść zamarznięte powieki denata i odblokować telefon za pomocą jego pozbawionej wyrazu martwej twarzy.
Jeszcze dobrze się nie znali, więc Szeptycki przyjrzał mu się z pewną ciekawością. Wbrew nobliwemu nazwisku Baczyński miał świńskie oczka i zarost sięgający oczu, niczym Brat Be z komiksów. Jak wszystkie świrusy w tej branży, uchodził za fachurę. Kreował się na sławskiego Dextera Morgana – czy w policyjnych laboratoriach teraz każdy chciał nim być?
– Do tego się nie posuwajmy – skwitował Szeptycki.
Jak zawsze usiłował sobie plastycznie odtworzyć scenę śmierci. Mężczyzna wchodzi na wieżę... To jedno wydawało się na razie pewne, nikt by go nie wciągnął na wysokość kilkudziesięciu metrów po oblodzonych ażurowych schodach.
Widział oczami wyobraźni lunetę do obserwacji jeziora, która znajdowała się przed barierkami na górnym tarasie (wiedział to z opowieści, bo sam nie mógł tam wejść). I, ostatecznie, widział, jak mężczyzna spada. W tym momencie nie było pewne, czy z dolnego tarasu położonego na dwudziestu metrach, czy górnego – na niespełna trzydziestu.
Na myśl o tych wysokościach jego nogi, jak gdyby na komendę, same zaczęły się trząść. Modrzew i świerk, z których zbudowano wieżę, miały swoje lata. Była to najwyższa drewniana wieża w Polsce. Jeszcze nie teraz, jeszcze nie czas zdobywać tę konstrukcję.
Spojrzał na jej dolną część, ale nie poprawiło mu to nastroju.
Już pierwszy stopień na dole wydawał się wygięty pod naporem śniegu. Może to złudzenie optyczne, tak samo jak to, że drewniana wieża zdawała się chwiać pod naporem wiatru. Musiała być wysoka, by przegonić smukłe sosny i zapewnić widok na ciągnące się na dziewięć kilometrów Sławskie.
– Pan inspektor chyba musi się tam wgramolić – kontynuował złotousty Baczyński z iście morderczą satysfakcją.
Aspirantka Maria Pełka, która towarzyszyła Leonowi, ubrana w wysokie śniegowce i kurtkę z futerkiem, nie powiedziała natomiast ani słowa. Wiedziała? Może i morderca przewidział, że Szeptycki ma lęk wysokości i nie będzie chciał się wspinać na wieżę? Głupia to była myśl. Dwadzieścia lat temu jego problem był dobrze znany w okolicy, czego się bardzo wstydził, ale teraz nikt o tym już nie pamiętał. Bo i po co.
Oceniał, na jaką wysokość realnie zdoła wejść. Nie da satysfakcji technikowi.
– Trzeba się tam wspiąć – rzekł.
– Interesujące określenie – zauważyła Pełka.
Kiedy stanął pod wieżą, już nie był tego taki pewien. Choć to z pewnością złudzenie, drewniane stopnie zdawały się chwiać na wietrze. Śnieg też musiał zrobić swoją robotę – wszakże był ciężki. A o wszelkiej traseologii, śladach butów na śniegu, mógł zapomnieć: świeży puch sprzyjał dzisiaj zbrodni. Nie wierzył, że to przypadek.
– Maszerujemy do góry – rzucił do Pełki, a potem ruszył, już skuteczniej udając energię i chęć.
Skoncentrował się na pokonywaniu stopni. Rozglądanie się było gorsze. Dotarł do pierwszego tarasu, z trudem wstrzymując drżenie łydek. Wstyd, choć Szeptycki senior mawiał, że wstyd to kraść lub z dupy spaść. Myśl o tym nie pomagała.
Pierwszy taras był mniej więcej na poziomie szczytów pomarańczowych sosen.
Na tym etapie miał już miękkie nogi.
Pełka, taktowna, powiedziała cicho:
– Zostało tylko kilka pięter.
Kiwnął głową, wiedząc, że na górny taras już nie wejdzie. Koniec. Znajomy policjant cierpiał na triskaidekafobię: nawet jak płacił za kawę i kosztowała trzynaście złotych, to prosił o rachunek za czternaście. A on miał vertigo.
Pokonał jeszcze jedno półpiętro, z półprzymkniętymi oczami. W głowie kręciło mu się jak diabli. Odnosił wrażenie, że cała wieża się rusza, a on musi się trzymać, by nie spaść.
– Jest luneta? – zapytał.
Stanął bez ruchu, trzymając się poręczy, Pełka tymczasem wdrapała się na najwyższy taras wieży.
– Tak. Skąd wiesz, że jest luneta, skoro boisz się tu wchodzić? – zapytała Pełka.
Byli sami, na wysokości kilkudziesięciu metrów już nie musiała się certolić, że Szeptycki straci autorytet. Bał się, taka prawda, nie było sensu dorabiać to tego filozofii.
– Wiem, bo wiem. Jest ośnieżona?
– Nie, może trochę, ale pod daszkiem.
– W którą stronę jest zwrócona?
– Na jezioro i w dół.
– Lekko czy mocno w dół?
– Wiesz co, nawet całkiem mocno, to dziwne.
Kiwnął głową.
– Zdejmiemy z niej odciski palców – rzekł.
– Dlaczego?
– Jest skierowana w dół, przecież powiedziałaś.
– Tak...
– Zobacz... Jeśli zepchnęłaś kogoś z góry i masz do dyspozycji lunetę... nie sprawdzisz, czy żyje?
Zostawienie lunety skierowanej ku dołowi mogło sugerować, że do morderstwa doszło o poranku. Ale może to była zmyłka i tak naprawdę ofiara spadła wieczorem?
Pełka ukazała mu się na schodach i uśmiechnęła się, widząc, jak niepewnie Szeptycki trzyma się na nogach. Pofarbowane na różowo włosy wysypywały się jej spod czarnej wełnianej czapki. Zmieniła fryzurę na zimę.
Leon usiłował wyobrazić sobie to, co tu zaszło: jak ktoś wychodzi, cofa się i na koniec opiera o barierkę... I spada.
Przeklęta fobia. Teraz to nie miało większego znaczenia, ale musiał ukrywać ten fakt jako młody funkcjonariusz. Takie życie, wielu policjantów ostentacyjnie piło, a on musiał ukrywać lęk wysokości. Pełka była jego oczami.
– Puch osłabił upadek, więc facet mógł jeszcze żyć przez chwilę – rzekł, kiedy zeszła i się z nim zrównała. Z niechęcią pomyślał o drodze w dół.
– Dlaczego?
– A co, spadł z telefonem w ręku i utrzymał pozycję kciuka?
– Więc myślisz...
– Może chciał go jeszcze uruchomić na dole.
– Jest cały połamany.
– Różne widziałem wypadki. Z Przehyby raz spadł mężczyzna na rowerze. Wszystkie żebra miał połamane, ale zdołał jeszcze zadzwonić i wezwać pomoc. Wspinacza na Evereście zostawiono na śmierć, bo warunki panowały takie, że nie dało się go przetransportować...
– Wyprawa z dziewięćdziesiątego szóstego roku – wtrąciła Pełka.
– Zgadza się. Po przeleżeniu kilku godzin zszedł. Stracił nos i prawą rękę od odmrożeń, ale przeżył.
– Zrozumiałam przekaz.
– Trzeba dokładnie sprawdzić, co jest w telefonie.
Powiało i znów odniósł wrażenie, że wieża się porusza. Pomyślał, że może spadnie nie z niej, lecz razem z nią. Czy tak by było lepiej? A może zamknąć oczy?
– Co z dziewczyną? – zapytał, ostrożnie stawiając kroki na kolejnych stopniach.
– Jest w szoku. Wróciła do stadniny...
– Nad Jeziorem Świętym?
– Tak. Jak na razie odmówiła pomocy lekarskiej i psychologicznej. Wiesz, że nie możemy jej zmusić. Nie sądzę, aby wiedziała wiele. Po prostu znalazła ciało podczas przejażdżki konnej.
– O tej porze roku?
– Zimą najlepiej.
Zimą najlepiej... Żeby mógł tak powiedzieć o ich przystani. Zdawała się kompletnie zdychać, światełkiem w tunelu były regaty bojerów za tydzień.
Pełka celowo nie przestawała mówić. Było mu dzięki temu trochę lżej.
Odczuł ulgę, gdy znaleźli się na wysokości, z której mógłby spaść bez większych konsekwencji.
Przy zwłokach pojawili się kolejni ludzie. Prokurator ze Wschowy odfajkował już ciało. Szeptycki wiedział, że mężczyzna pojawi się jeszcze na sekcji, ale teraz wszystko zostaje w rękach policji. Zaraz przetransportują zwłoki do szpitala w mieście powiatowym.
– Przynajmniej wiemy, gdzie się kierować – powiedział, kiedy jego stopy ponownie zakopały się w śniegu. Zrobił dwa mocne kroki, jakby chciał się upewnić, że z powrotem jest na ziemi.
– Dziewczyna przedstawiła się, ale zniknęła – kontynuowała Pełka. – Dyspozytorka powiedziała, że na początku w ogóle bała się podawać personalia. Wiemy jednak, że zatrzymała się w stadninie u Julii Bogusz. Zresztą nie ma tu żadnej innej.
Szeptycki wzruszył ramionami.
– Nie przykładałbym do tego wagi, zwłaszcza jeśli to dzieciak. Ślady konia na śniegu są dobrze zachowane... Oraz jego odchodów, jak widać. Idziemy do wsi? – zapytał.
Pełka wydawała się dziwnie niezdecydowana.
– O co chodzi? – podjął.
– Nie znasz tutejszych obyczajów?
– Jakich obyczajów, dziewczyno.
– Czasem zapominam, że nie byłeś tu od dawna. – Zaśmiała się. – W Mirawie bez zapowiedzi cię nie wpuszczą.
Zdziwił go ten nieprofesjonalny komentarz, jakby Mirawa znajdowała się ponad prawem. I powiedziała to Pełka, aspirantka w polskiej policji. Choć, na jej obronę, wydawała się tym... skrępowana?
– Mnie wpuszczą – orzekł. – I nie gadaj bzdur. Prowadź do stadniny. Albo – rzekł po namyśle, patrząc na śnieżne pieczęcie w kształcie podków, a w nich odchody, zdawałoby się, jeszcze ciepłe – niech nas ślady poprowadzą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
