Las papierowy - Katarzyna Puzyńska - ebook
NOWOŚĆ

Las papierowy ebook

Katarzyna Puzyńska

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

199 osób interesuje się tą książką

Opis

Syn podkomisarz Michaliny Murawskiej ma poważne kłopoty. Policjantka postanawia wysłać go do malowniczego Lipowa, które wydaje się idealnym miejscem na przeczekanie. Odbywa się tam właśnie coroczny zlot czytelników książek miejscowej pisarki. Już na początku imprezy dzieje się coś niepokojącego. Na leśnej drodze uczestników zatrzymuje tajemniczy autostopowicz. Czeka zawsze w tym samym miejscu, a w samochodach zostawia mroczną wiadomość.

Następnego ranka goście biorą udział w grze terenowej. Dobrze rozpoczętą kryminalną zabawę przerywa prawdziwe zabójstwo. Zostaje zamordowany jeden z wolontariuszy. Murawska rozpoczyna prywatne śledztwo. Wspierają ją prokurator Grzegorz Hala i podkomisarz Kaja Dalke. Dalke pochodzi z Lipowa i wiele wskazuje na to, że pozostawiła tu jakieś tajemnice.

W Zalesiu również dużo się dzieje. Komisarz Iwo Wilkowski próbuje odnaleźć porwanego chłopca, a dziennikarka śledcza Oliwia Bacewicz przyjmuje zaproszenie początkującej youtuberki, która odkryła zamurowane pomieszczenie w pewnym starym domu. Szybko okazuje się, że nie są tam same…

Jak wiążą się tajemnicze wydarzenia z Lipowa i Zalesia? Kto zginie następny?

„Las papierowy” to kontynuacja „Nic takiego” i „Nocy trzydziestej”. „Zalesie” to seria łącząca elementy thrillera, klasycznego kryminału i powieści z rozbudowanym wątkiem psychologicznym. To również powrót do ukochanego przez rzesze Czytelniczek i Czytelników Lipowa.

Katarzyna Puzyńska – z wykształcenia psycholog. Jest autorką bestsellerowej serii kryminałów, powieści fantasy, horroru oraz książek non-fiction. Z okazji jubileuszu stulecia polskiej Policji za książki „Policjanci. Ulica” i „Policjanci. Bez munduru” otrzymała od Komendanta Głównego nagrodę w kategorii „Policja w literaturze”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 306

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Katarzyna Puzyńska, 2026

Projekt okładki

Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce

fot. archiwum M. Banachowicz

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8444-629-4

Warszawa 2026

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

[email protected]

Dla Uczestników,

Gości i Organizatorów Zlotów w Lipowie

oraz dla wszystkich Osób, Urzędów i Firm,

które wspierały nasze literackie przedsięwzięcie

na przestrzeni minionych dziesięciu lat.

Dziękuję!

W POPRZEDNIM TOMIE

ZALESIE. PODKOMISARZ MICHALINA MURAWSKA

Napijesz się herbaty, mamo?

Podkomisarz Michalina Murawska nadal nie mog­ła uwierzyć, że Sebastian nie wrócił do swojego ojca, tylko został z nią. Być może wyczuwał, że coś się z nią dzieje, i chciał ją pocieszyć.

Nie mogli jeszcze wrócić do domu, dlatego zatrzymali się u przyszywanej siostry policjantki. Trzeba było zabezpieczyć miejsce zdarzenia. Zresztą po tym, jak zginął tam człowiek, chyba dobrze, żeby chwilę odpoczęli od tego miejsca. Cieszyła się, że Sebastian nie widział, jak tamten umierał. Syn był pełnoletni, ale jej zdaniem i tak za młody na takie widoki. Poza tym miał zbyt wiele własnych problemów.

Oni mieli, podkreśliła w duchu. To, że Sebas­tian jakiś czas temu zaczął zadawać się ze złym towarzystwem, dotyczyło przecież całej rodziny. Murawskiej także. A nawet jej byłego partnera, Iwa Wilkowskiego. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Tak powinno być. Westchnęła w duchu. Powinno to jedno, rzeczywistość drugie.

– Jasne, poproszę.

Syn nalał parującego napoju do dwóch kubków. Zza drzwi kuchni dochodziły ich rozmowy jej blis­kich. Znajdowali się tuż za ścianą, a jednak Murawska miała wrażenie, że są z Sebastianem zupełnie sami. Jakby świat przestał istnieć i byli tylko oni.

– Przepraszam, mamo – powiedział cicho chłopak. – Trochę narozrabiałem.

Machnęła ręką. Wiedziała, że czeka ich jeszcze wiele długich rozmów, ale dziś nie trzeba zaprzątać sobie tym głowy, tylko cieszyć się, że są tu we dwoje. Matka i jej syn. Pili przez chwilę, nie odzywając się, ale nie była to już ciężka cisza, jaka czasem pomiędzy nimi zapadała w ostatnim czasie. To było komfortowe milczenie, kiedy nie czuje się przymusu szukania odpowiednich słów.

– Mamo… ja… – powiedział w końcu Sebastian.

Czekała. Syn wziął kubek, jakby chciał ogrzać dłonie. Milczał.

– Co się dzieje?

– Mamo, wiem, że to nie jest dobry moment… Nie, to bez sensu.

– Co się dzieje? – powtórzyła.

– Mamo… Pamiętasz ten woreczek strunowy, który Ma Yong zostawił w mojej szafce w domu seniora?

Zastygła. Tego się zupełnie nie spodziewała. Do czego on zmierzał? Chińczyk zostawił im przedmioty, które znacznie przyspieszyły tok ostatniego śledztwa, jakie prowadziła z podkomisarz Kają Dalke i prokuratorem Grzegorzem Halą. Dotyczyło wietnamskiej mafii z Wólki Kosowskiej.

– Tak. O co chodzi?

– Ja… Tam było coś jeszcze, ale wyjąłem to i wam nie pokazałem.

Tego zupełnie się nie spodziewała. Myślała, że syn przekazał im wszystko. Dlaczego się na to nie zdecydował?

– Co to było? – zapytała, starając się mówić spokojnie. – Musimy wszystko starannie dołączyć do materiału dowodowego, bo…

– Nie! – przerwał jej gorączkowo.

Reakcja Sebastiana ją zmroziła.

– Dlaczego?

Musiała o to zapytać, choć instynkt podpowiadał, że odpowiedź jej się nie spodoba.

– To dotyczyło… Ja… – Głos mu się załamał. – Chyba zrobiłem coś naprawdę strasznego…

TOM 3

WCZEŚNIEJ

ZALESIE. KOMISARZ IWO WILKOWSKI

Komisarz Iwo Wilkowski starał się stąpać jak naj­ostrożniej. Szedł długim, wyłożonym linoleum korytarzem. Nie było tu okien. Światło dawało jedynie kilka pojedynczych świetlówek w starych, brudnych obudowach. Ich posępny zimny blask przyprawiał go o dreszcze. Na domiar złego w powietrzu unosił się metaliczny zapach krwi. Zdawał się przenikać to miejsce na wskroś.

Ściany były odrapane. Miejscami farba odchodziła całymi płatami. Przypominało to trochę wielkiego węża zrzucającego skórę. Wielu ludzi ogarnia w takich sytuacjach obrzydzenie, a nawet niepokój. Policjant również poczuł dyskomfort. Badania pokazują, że ludzie reagują na węże szybciej niż na inne zwierzęta. Wynika to z ewolucji. Reakcja systemu nerwowego może pojawić się nawet przed świadomym rozpoznaniem niebezpieczeństwa. Ciało migdałowate działa sprawnie, bo przez miliony lat te gady były jednym z głównych zagrożeń dla wszystkich naczelnych. Snake detection theory1 w anglojęzycznej literaturze przedmiotu mówi o tym, że nasi przodkowie musieli wyspecjalizować się w umiejętności wykrywania bardzo trudnych do dostrzeżenia przeciwników i unikania ich. A Iwo dostał się właśnie w samo serce kłębowiska węży. I co gorsza, wbrew instynktowi, pchał się tam dalej z własnej woli.

Ruszył obskurnym korytarzem. Na parterze i w chłodniach było zupełnie inaczej. Tam przecież odbywały się quasioficjalne kontrole. Na piętro zaś nie wchodził nikt niepowołany. Zadbano o to. Zapewne za pomocą odpowiednich sum i dobrych koneksji. Inaczej pewnie nikt nie dopuściłby tej rzeźni do użytku.

Profiler przyjrzał się rzędowi drzwi. Było ich dziesięć. Jednak policjant dobrze wiedział, że pomieszczeń jest więcej. Część dawnych biur ubojni podzielono na mniejsze. W niektórych zbudowano schowki z zamaskowanymi wejściami. Jeśli nie wiedziało się, gdzie szukać, łatwo było je przeoczyć. Podejrzewał, że chłopiec znajduje się w jednym z nich. Tylko w którym?

Nasłuchiwał przez chwilę. Łudził się, że dziecko będzie wołało o pomoc, niestety ciszę przerywało tylko głośne buczenie świetlówek. Zerknął na zegarek. Nie miał wiele czasu. Tamci myśleli, że wyszedł za potrzebą. Bardzo dużo ryzykował, wchodząc na górę. Wilkowski był tu, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo, jednak są pewne granice. Jeśli przekroczy się o jedną za wiele, nie da się już zawrócić.

Tylko czy dla niego nie było już za późno? Przecież półtora roku temu zabił człowieka…

1 Ang. Teoria wykrywania węży.

PROGRAM ZLOTU W LIPOWIE

PIĄTEK

Nieformalny początek Zlotu w Lipowie – wieczorne ognisko w Ośrodku Wczasowym Słoneczna Dolina nad jeziorem Bachotek.

SOBOTA

Przedpołudnie– oficjalny początek Zlotu w Lipowie, gra terenowa

Popołudnie – blok spotkań z gośćmi, specjalistami w różnych dziedzinach

Wieczór – ognisko w Ośrodku Wczasowym Słoneczna Dolina nad Bachotkiem.

NIEDZIELA

Przedpołudnie– blok spotkań z gośćmi, specjalistami w różnych dziedzinach

W samo południe– konkurs wiedzy o książkach Malwiny Górskiej

Zakończenie Zlotu.

* Jeśli chcesz zostać wolontariuszem podczas tej wyjątkowej imprezy, wypełnij formularz kontaktowy. Liczba miejsc ograniczona!*

PIĄTEK

CZĘŚĆ 1

ROZDZIAŁ 1

LIPOWO. PODKOMISARZ MICHALINA MURAWSKA

Powietrze pachniało wodą i rozgrzanym lasem. Aż kręciło od tego przyjemnie w nosie. Podkomisarz Michalina Murawska odetchnęła głębiej, żeby podelektować się tą przyjemnością. Chciała zachować w sobie wspomnienie tej chwili na dłużej. Zimą miło będzie odtworzyć sobie w głowie ten letni wieczór.

Spojrzała ponad spokojną tonią jeziora Bachotek. Słońce zachodziło za ścianą drzew, tworząc cudowny obraz. Takie barwy mogła wyczarować tylko natura. Czego tam nie było. Błękity, fiolety, żółcie, róże, pomarańcze. Gdyby ktoś to namalował, nazwałaby pewnie dzieło kiczowatym. Na żywo, pośród natury, robiło to niesamowite wrażenie.

– Mamo, podasz to drewno?

Sebastian wyrwał ją z zamyślenia. Odwróciła się gwałtownie, wiedziona zawodowym nawykiem wiecznego uważania na to, co może się wydarzyć. Zawsze była przygotowana i czujna. Tak się do tego przyzwyczaiła, że chyba nie umiała już funkcjonować inaczej. Nawet teraz, kiedy była na wakacjach.

Należała jej się chwila wolnego. Choćby po to, żeby zapatrzyć się na przepiękny spektakl rozgrywający się teraz na niebie. Uśmiechnęła się pod nosem. Kto by pomyślał, że w końcu zdecyduje się na urlop. Nadgodziny? O, to owszem. Z perspektywy czasu widziała, że być może nie powinna aż tak zatracać się w pracy. Osłabiło to jej relacje z synem i nie zauważyła, kiedy Sebastian zaczął zadawać się z naprawdę szemranym towarzystwem i wpakował się w niezłe kłopoty. Wszystko wskazywało na to, że to już za nim. A przynajmniej taką policjantka miała nadzieję, bo te rzeczy lubiły mieć swoje konsekwencje w najmniej oczekiwanych momentach.

Ostatnie pół roku obfitowało w jeszcze większe emocje. Od kiedy dowiedziała się o przeszłości swojej biologicznej rodziny, miała sporo do przemyślenia. Trzeba też było oficjalnie pozamykać śledztwo związane z seryjnym zabójcą, Amorem. W trakcie musiała też przyjrzeć się sprawie, w którą niestety zamieszany był jej syn. Dopiero teraz był moment, żeby ochłonąć.

Nigdy nie przyznawała sobie ani odrobiny taryfy ulgowej. Może wreszcie przyszła na to pora? Czasem miała poczucie, że dźwiga na barkach ciężar całego świata. Uczucie znane pewnie wszystkim osobom służącym z pełnym zaangażowaniem w policji. A zwłaszcza samotnym rodzicom. Przecież Wilkowski tak naprawdę się nie liczył. Zostawił ją i Sebastiana samych.

Podniosła kilka polan. Palce lepiły jej się od żywicy. Pachniała intensywnie. Murawska znów uśmiechnęła się do siebie. Miała odpoczywać, ale bezruch nie był dla niej. Zawsze bardziej rozluźniał ją wysiłek fizyczny. Dlatego pomagała wolontariuszom nosić drewno na ognisko.

– Już idę, Sebek – zawołała do syna.

Nie mogła uwierzyć, że chłopak jest już właściwie mężczyzną. Kiedy to się stało? Z każdym dniem przypominał jej coraz bardziej Iwa. Azjatyckie rysy, które odziedziczył po niej, zdawały się rozmywać. Pozostały szerokie ramiona i szelmowski uśmiech, które dostał po ojcu.

– Dzięki, że nam pani pomaga – rzuciła Julka.

Dziewczyna była jedną z wolontariuszek. Sebastian wyraźnie się z nią zaprzyjaźnił, choć Murawska zauważyła, że nastolatka często stuka w ekran swojego smartfona. Zapewne pisała do jakiegoś chłopaka. Policjantka znała ten wyraz twarzy. Pierwsza miłość! Miała nadzieję, że jej syn za bardzo się nie zaangażował, bo raczej nie miał tu zbyt dużych szans mimo uroku, który przekazał mu w genach Wilkowski.

– Nooooo – dodał inny wolontariusz.

Patryk Sarna był starszy niż Sebastian i Julka. Na pewno przekroczył dwudziestkę. Jednak delikatna budowa ciała i niski wzrost sprawiały, że zdawał się młodszy. Spoglądał na wszystkich spod oka, jakby bał się unieść wzrok. Chichotał też nerwowo w najmniej odpowiednich momentach.

Wywoływał w Murawskiej ciarki. W pierwszej chwili mógłby wydać się nieszkodliwy, jednak służyła w policji już tak długo, że zdążyła nauczyć się wyczuwać takie rzeczy. Zresztą nie trzeba być specjalistą, żeby zauważyć, że chłopak miał w sobie coś niepokojącego. Począwszy od manieryzmów po ukradkowe, pełne nadmiernej fascynacji spojrzenia, które rzucał bohaterce wieczoru. Może gdyby nie rekrutowano ochotników przez Internet, ktoś wcześniej zauważyłby, że Sarna jest po uszy zakochany w pisarce.

Gwiazda wieczoru nazywała się Malwina Górska i była autorką kryminałów. Mieszkała w Lipowie i od kilku lat organizowano tu zloty fanów jej twórczości. Michalina nie znała wcześniej książek pisarki. Pomagała tylko ze względu na Sebastiana. Syn powiedział, że nikomu nie będzie to przeszkadzało, bo w imprezie uczestniczyli nie tylko ci, którzy wypełnili specjalny formularz kontaktowy, ale przede wszystkim miejscowi. A skoro on mieszkał teraz w Lipowie, Murawska też stała się niejako lokalsem.

To Michalina wysłała syna do Lipowa. Po tym, co jej powiedział, kiedy zakończyło się śledztwo związane z Amorem, uznała, że powinien jak najszybciej wyjechać z Zalesia. Chciała, żeby przeczekał w jakimś spokojnym miejscu. Cichą miejscowość pod Brodnicą policjantka poznała podczas pierwszego dochodzenia prowadzonego z podkomisarz Kają Dalke i prokuratorem Grzegorzem Halą. Piggy, bo tak kazała się nazywać koleżanka, stąd pochodziła i pozwoliła Sebastianowi zamieszkać w swoim domu rodzinnym. Nie było więc kłopotów z zakwaterowaniem.

– Nie ma sprawy – rzuciła, biorąc jeszcze więcej szczap drewna.

Zlot w Lipowie miał trwać cały weekend. Dzisiejsze ognisko zorganizowano dla uczestników, którzy zjawili się wcześniej. Dopiero w sobotni poranek impreza miała rozpocząć się na dobre. Zaplanowano grę terenową, a po niej występy specjalnych gości. Na następny dzień ustalono kolejny blok paneli z gośćmi oraz konkurs wiedzy o twórczości Malwiny Górskiej. Z tego, co policjantka zdążyła zauważyć już dziś, uczestnicy imprezy znali książki pisarki na wyrywki. Chyba tylko Murawska nie czytała ani jednej. Czuła się przez to trochę jak podrzucone kukułcze jajo.

Ruszyła za Sebastianem, Julką i Patrykiem. Rozglądała się wśród zgromadzonych tego wieczoru nad jeziorem ludzi. Nigdzie jednak nie widziała Hali i Piggy. Prokurator miał jutro wystąpić jako jeden z gości. Murawska zastanawiała się, jak Sebastianowi udało się go do tego namówić. Grzegorz miał przecież te swoje fobie.

– Dorzucę z tej strony – zdecydował syn, biorąc od niej polana.

W górę spektakularnie prysnęły iskry. W zapadającym nad jeziorem zmroku wyglądały jak sztuczne ognie. Wokoło rozległy się pełne aprobaty pokrzykiwania. Płomień zrobił się naprawdę wysoki. Grzał mocno w twarz, podczas gdy na plecach dało się wyczuć delikatny, przyjemny chłód letniego wieczoru.

Patyki z chlebem i innymi specjałami poszybowały w stronę ogniska. Każdy chciał dokończyć pieczenia swoich wiktuałów. Murawska nie mogła się powstrzymać, żeby nie przysłuchiwać się rozmowom. Zboczenie zawodowe po latach robienia w firmie. Cały czas próbowała zdobywać informacje. Nawet jeśli w danym momencie to nie było konieczne.

Rozmowy toczyły się głównie wokół jutrzejszej gry terenowej. Jednak z gwaru wyłowiła też coś innego. Od razu nadstawiła uszu.

– Myślicie, że to naprawdę ten sam autostopowicz?

Ton mężczyzny spowodował, że policyjny instynkt dał o sobie znać. Próbowała go zignorować, ale to było silniejsze od niej. Zerknęła ukradkiem w stronę grupki, która stała po jej lewej stronie. Zjadali upieczony niemal na węgiel chleb i dyskutowali. Byli na tym tak skupieni, że chyba nie zwrócili uwagi, że ktoś się im przysłuchuje.

– Trochę to dziwne. Nie uważacie?

Mężczyzna miał kręcone rudawe włosy. Przypominał twórcę Facebooka, Marka Zuckerberga. Nawet ubrany był podobnie. W zwyczajną koszulkę i pogniecione krótkie spodenki. Typ luzaka. Jednak na jego twarzy widziała malujące się zaniepokojenie.

– Też tak uważam – zgodziła się kobieta z grzywką.

Ona również była ubrana na luzie. W krótkie pias­kowe bojówki i bluzkę na ramiączkach. Nie włożyła stanika. Pasowaliby do siebie, uznała w duchu Murawska, nie wyglądało jednak na to, żeby ta dwójka była razem.

W przeciwieństwie do stojącej przed nimi pary. Mężczyzna z kozią bródką i blondwłosa miłośniczka solarium trzymali się za ręce, jakby dla podkreślenia swojej bliskości. Tuż obok nogi mężczyzny trzymał się wielki dostojny bloodhound.

Adopcyjni rodzice Murawskiej uwielbiali psy i mieli ich całą gromadkę. Tata zastanawiał się kiedyś, czy nie powinien do niej dołączyć czworonóg tej rasy. Może dlatego, że Władek przeczytał gdzieś, że disnejowski Pluto był inspirowany właśnie bloodhoundami. Szczerze mówiąc, Michalinie nigdy nie udało się zauważyć podobieństwa.

– Jakby ten fragment drogi był jakiś nawiedzony – odezwała się niewysoka blondynka w sukience vintage. Pochyliła się nad psem i pogłaskała go, jakby to miało ją uspokoić. – Wszyscy wzięliśmy do samochodu tego samego faceta. W przeciągu godziny, i to na tak krótkim wycinku szosy. To naprawdę dziwaczne.

Zaśmiała się, ale Murawska wyczuwała jej zdenerwowanie. Nic dziwnego. Po co ktoś miałby czekać na podwózkę na tym samym fragmencie drogi? Po co ciągle wracał w to samo miejsce, żeby znów łapać stopa? To wydawało się bez sensu, a policjantka nie lubiła sytuacji, których nie da się wyjaśnić.

Starała się skupić na dokładaniu drewna do ognia. Była tu przecież na urlopie, żeby odwiedzić syna i kibicować Hali w jutrzejszym wystąpieniu. Nie po to, żeby rozwiązywać zagadki. Niech się tym zajmie lokalna policja. Jeśli w ogóle będzie trzeba, dodała w duchu. Mogło być jakieś prozaiczne wytłumaczenie, dlaczego ten ktoś tak się zachowywał.

– A wam też ten człowiek zostawił karteczkę? – odezwała się nieśmiało kobieta bez stanika. Sięgnęła do kieszeni piaskowych bojówek i wyciągnęła skrawek papieru. – Przyznam, że… no trochę zaniepokoił mnie ten napis…

Sobowtór Zuckerberga wziął od niej kartkę. Przeczytał wiadomość na głos. To było jedno tylko słowo, ale Murawską od razu przeszył dreszcz.

ROZDZIAŁ 2

LIPOWO. PROKURATOR GRZEGORZ HALA

Prokurator Grzegorz Hala jeszcze raz podszedł do szafy. Upewnił się, że rzeczy, które ze sobą przywiózł, wiszą w idealnym porządku. Wnętrze pachniało środkiem dezynfekującym. Oczywiście nigdy nie wypakowałby ubrań z torby, gdyby przedtem wszystkiego dokładnie nie wyszorował. Całe szczęście to był dom rodzinny podkomisarz Kai Dalke, a koleżanka nie zadawała pytań.

Hala bardzo rzadko podróżował gdzieś dalej, bo to wymagało nocowania. Przecież zatrzymując się w ogólnodostępnym miejscu, takim jak hotel, byłby narażony na zarazki. Ludzie byli bardzo nierozważni, jeśli chodzi o wszelkie mikroby. Jakby to, że są niewidoczne, sprawiało, że są mniej niebezpieczne. Jaką gwarancję mają, że ekipa sprzątająca wszystko wyczyściła po ostatnich gościach? Żadną!

Tu też nie było idealnie. Dom bardzo długo stał pusty. Grzegorz starał się nie myśleć o grzybach i pleśni, których zarodniki mogły unosić się w powietrzu. Od kiedy przyjechali tu dziś rano, cały czas wietrzył przeznaczony dla niego pokój. Nie mógł jednak nic zrobić z resztą domu. Wprawdzie Sebastian mieszkał tu już prawie od pół roku, ale dla młodego mężczyzny w jego wieku czystość niestety nie miała kluczowego znaczenia.

Prokurator zamknął drzwi szafy i spojrzał w lustro. Mogło mieć dobrych kilkadziesiąt lat, pokryło się więc siecią ciemnych plamek. Domowymi sposobami i w tak krótkim czasie oczywiście nie udało mu się ich usunąć. Starał się więc udawać sam przed sobą, że ich tam nie ma. Zdawał sobie sprawę, że zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne komplikują mu życie. Do tej pory nie chciał korzystać z pomocy żadnego specjalisty. Może to się zmieni? Zaczął przecież nową relację i miał nadzieję, że z Jędrzejem uda mu się zbudować coś trwałego.

Zerknął w stronę łóżka. Konieczność przespania tu dwóch nocy przerażała go najbardziej. Przywiózł wprawdzie swoją pościel, ale materaca nie mógł wymienić. Dalke powiedziała, że w tym pokoju spali kiedyś jej rodzice. Wcale go to nie cieszyło. Dwie osoby! Małżeństwo! A teraz miał się tu położyć on. Dobrze, że przezornie wziął dwa prześcieradła.

Zerknął na zegarek. Byli już spóźnieni. Wprawdzie dziś nie miał oficjalnego wystąpienia. To czekało go dopiero jutro. Jednak obiecał Sebastianowi, że zjawią się na ognisku. Chłopak chciał przedstawić Grzegorza organizatorom zlotu. Był chyba dumny, że udało mu się załatwić jednego z gości. Hala pewnie nigdy nie zgodziłby się na coś takiego, ale czuł więź z synem Murawskiej po tym, jak okazało się, że chłopak wciąż szuka swojej tożsamości. Prokurator doskonale to rozumiał. Sam przez to kiedyś przeszedł i zajęło mu bardzo dużo czasu, zanim odważył się żyć w pełni na własnych zasadach. Bycie po prostu sobą jest niezwykle wyzwalające, ale trzeba do tego dojrzeć. Sebastian wpakował się w nie lada kłopoty. Całe szczęście odnalazł chyba spokój w tej maleńkiej sielskiej miejscowości. Hala nie zamierzał teraz psuć ich relacji, nie pojawiając się na rozpoczęciu imprezy, przy której pomagał chłopak.

– Gdzie jesteś? – zapytał pod nosem, jakby Kaja Dalke miała się tu nagle zmaterializować.

Mógł właściwie wsiąść do swojego Mercedesa, wpisać do nawigacji Ośrodek Wczasowy Słoneczna Dolina i sam tam dotrzeć. Tylko że był umówiony z Kają, że pojadą tam razem. Znalazł się więc niejako między młotem a kowadłem. Trochę jak artykuł szósty Prawa o adwokaturze i artykuł dwieście czterdziesty Kodeksu karnego. Z jednej strony tajemnica zawodowa wobec tego, co powiedział klient, z drugiej kara za niezawiadomienie o przestępstwie. Cieszył się, że jest prokuratorem, a nie mecenasem, i nie musi rozważać takich dylematów codziennie.

Uznał, że jeszcze poczeka. Dalke nie miała samochodu i musiałaby iść całą drogę nad jezioro na piechotę. Grzegorz oczywiście sprawdził już na mapie odległość. Niecałe trzy kilometry samochodem. Na piechotę dałoby się pójść skrótem, jednak zapadał już wieczór. Koleżanka miałaby iść w ciemności przez las? Okolica wydawała się bardzo spokojna, ale kto wie? Może są tu dzikie zwierzęta? Te lasy ciągnęły się kilometrami. Mogły tu być wilki.

Zerknął jeszcze raz w lustro. Zawsze ubierał się elegancko. Jędrzej doradził mu jednak, że na tego typu imprezie Grzegorz wyglądałby, jakby zjawił się na festiwalu muzycznym w garniturze. Hala uwielbiał ciężką muzykę, ale zawsze ubierał się formalnie. Nie widział w tym nic zdrożnego. Jednak z miny partnera wyczytał, że powinien to przemyśleć. Ostatecznie zdecydował się zabrać kilka koszulek polo, trzy lniane marynarki i trzy pary lnianych spodni. To, że nie zabrał zapasowych rzeczy, i tak było wielkim ustępstwem. I teraz trochę tego żałował.

Westchnął przeciągle. To, że Kaja nie wróciła do domu na czas, miało swoje konsekwencje. Nie tylko się spóźnią, ale co gorsza, on miał teraz czas na wątpliwości, czy w ogóle wytrzyma dwie noce w cudzym domu. A do tego jutro ma przemawiać przed zlotowiczami. W sali sądowej nie miał tego problemu. Jakby czerwony żabot dodawał mu siły. Tam był w swoim żywiole. Jednak występowanie przed ludźmi, którzy oczekiwali od niego rozrywki, naprawdę go przerażało. Hala wcale nie chciał być w centrum uwagi. Zbyt dobrze pamiętał materiał, który przygotowała o nim kiedyś dziennikarka śledcza Oliwia Bacewicz.

Podszedł do okna, żeby sprawdzić, czy nie widać wracającej Kai. Powiedziała mu, że pójdzie do sklepu. To było dobre dwie godziny temu. Zaproponował, że ją podwiezie, ale odmówiła. To też wydawało się dziwne. W przeciwieństwie do Murawskiej Kaja wolała raczej oddawać się konsumowaniu przekąsek niż aktywności fizycznej.

Okno jego pokoju wychodziło na zabudowania gospodarcze i pola za domem. Stąd mógł więc tylko dostrzec pracujące jeszcze przy żniwach kombajny. Rodzice Kai Dalke nie żyli, ale kiedyś prowadzili tu spore gospodarstwo. Koleżanka obwiniała się o ich śmierć. Jej matka i ojciec byli głusi. Ona nie. Spełniała więc niejako funkcję łącznika ze światem słyszących. Miała jednak swoje marzenia. Chciała zostać śledczą. W końcu więc zostawiła rodziców w Lipowie i pojechała do szkoły policyjnej, a wtedy wydarzył się wypadek z maszyną rolniczą. Dalke winiła się za to, co się stało. Może dlatego tak długo unikała odwiedzania rodzinnej miejscowości. A jednak teraz zniknęła w Lipowie na dobre dwie godziny. Przecież to nie była metropolia. Ile sklepów mogło tu być i jak długo można w nich wybierać produkty?

Hala wyszedł na korytarz i ruszył do salonu. Jak tylko wszedł do pomieszczenia, zauważył przez okno jakiś ruch na drodze przed domem. Zatrzymał się, żeby nikt go nie dojrzał. Sam nie wiedział, czemu to zrobił. Może dlatego, że postaci za oknem zdawały się… konspirować? Nie miał pojęcia, czemu odniósł takie wrażenie. Może dlatego, że policjantka nie trzymała w rękach żadnej torby na zakupy, jakby wyjście do sklepu było tylko pretekstem?

A może dlatego, że nie spodziewał się Kai Dalke w takim towarzystwie?

ROZDZIAŁ 3

LIPOWO. PODKOMISARZ MICHALINA MURAWSKA

Zostawili za sobą ciepło ogniska i zaczęli wspinać się po pokruszonych betonowych schodach na parking. Znajdował się obok głównego hotelu Ośrodka Wczasowego Słoneczna Dolina. Polodowcowe jezioro Bachotek miało bardzo strome brzegi, budynek znajdował się więc znacznie wyżej niż miejsce, gdzie zorganizowano zlotowe ognisko. Ludzie wokół Murawskiej oddychali ciężko. Była pewna, że nie chodziło tylko o wysiłek towarzyszący pokonywaniu licznych stopni. To były emocje.

Na karteczce, którą tajemniczy autostopowicz zostawił w samochodzie wyluzowanej kobiety bez stanika, napisane było tylko jedno, za to bardzo przemawiające do wyobraźni, słowo. Zginie. W tym momencie Murawska nie wytrzymała i włączyła się do rozmowy tej grupki. Nikt nie oponował. Wzięli ją pewnie za swoją, bo widzieli ją w towarzystwie wolontariuszy.

– Czy inni też dostali takie wiadomości? – zapytała, wcinając się do rozmowy.

– No właśnie – poparła ją kobieta, która znalazła u siebie karteczkę. Teraz Murawska wiedziała już, że nazywa się Eliza Beck. – Ja mam w samochodzie lekki bałagan, bo jestem podróżniczką, ale od razu zauważyłam ten liścik.

Policjantka wyczuła w głosie Beck jakieś zawahanie. Jakby kłamstwo albo niedomówienie. Czyżby sama podrzuciła liścik, żeby z jakiegoś powodu zwrócić na siebie uwagę? Ludzie nie takie rzeczy robili, żeby wszystkie oczy kierowały się na nich. Jednak Eliza nie wydawała się takim typem. Sprawiała wrażenie, jakby chciała zlać się z tłumem. A jednak chyba coś ukrywała.

– Powinniście sprawdzić pozostałe samochody – włączył się do rozmowy Sebastian.

Murawska niemal podskoczyła, bo myślała, że tylko ona podsłuchuje rozmowę uczestników zlotu. Spojrzała na syna. Innym pewnie wydał się po pros­tu zaintrygowany sprawą, ale ona dobrze go znała. Denerwował się. Dlaczego? Coraz bardziej jej się to wszystko nie podobało.

– Sprawdźmy – zaproponował mężczyzna z blood­houndem.

W drodze na parking przedstawił się jako Przemo Piasecki. Kilka razy podkreślił, że nie lubi być nazywany Przemysławem ani Przemkiem. Powtarzał to tyle razy, że w końcu interweniowała jego opalona na pomarańczowo żona.

– Hanka – rzuciła tylko. – Zaraz przeszukamy nasze auto i się przekonamy.

Na parking poszedł też z nimi sobowtór Zuckerberga, który nazywał się Marcel Schmidt, oraz dziewczyna w sukience z lat pięćdziesiątych, Laura Zbroja. Oprócz osób, które zabrały tajemniczego autostopowicza, do ich kawalkady dołączyło jeszcze trochę innych zlotowiczów. W imprezie uczestniczyło ze trzysta osób, ale zapewne wkrótce wszyscy będą znali szczegóły. Wieści zdawały się rozchodzić w tej grupie błyskawicznie.

– Dobra, sprawdzamy samochody i zaraz się tu spotykamy – zakomenderowała Laura.

Mimo drobnej postury wydawała się osobą, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Ruszyła do półciężarówki oznaczonej zieloną literą V. Była weterynarzem. Pewnie dlatego ciągle głaskała psa Piasec­kich. Musiała lubić zwierzęta.

Pozostali wyjęli telefony i zaczęli przyświecać latarkami. Były tu wprawdzie latarnie, ale ich światło zdawało się słabe wobec cieni rzucanych przez wielkie sosny. Murawska nie pomagała w szukaniu. Skupiła się na Sebastianie. Ogarniała ją coraz większa pewność, że syn jest zdenerwowany.

Nagle przyszło jej do głowy, dlaczego to może kosztować go tyle emocji. Być może skojarzyło mu się z karteczką, którą Ma Yong zostawił w torebce strunowej. Drobnostką, której Sebastian nie przekazał im podczas śledztwa dotyczącego Amora. To i to karteczka. Na tamtej napisano tylko imię i nazwisko – Radosław Fornalczyk. A jednak dla Sebastiana było jak cios. Wkrótce dowiedziała się dlaczego, i niemal od razu kazała się synowi spakować i pojechać do Lipowa.

– Mam! – zawołała triumfalnie Laura Zbroja, wyrywając policjantkę z zamyślenia. Trzymała w drobnej dłoni skrawek papieru. – Leżało na wycieraczce pasażera. Autostopowicz musiał upuścić! Gdyby Eliza nie zaczęła tematu, w ogóle nie zwróciłabym na to uwagi.

– Co tam masz? – zapytała podróżniczka. Najwyraźniej cieszyła się, że nie tylko ona dostała liścik.

Laura Zbroja podeszła do latarni. Pozostali otoczyli ją natychmiast. Każdy chciał zobaczyć.

– To chyba jakiś zawijas – zdziwił się Marcel Schmidt.

Sobowtór Zuckerberga jako jedyny zdawał się ociągać przed poszukiwaniami we własnym aucie. Zaczął za to dokładnie przyglądać się świstkowi, który znalazła Laura. Przyjął przy tym pozę, jakby mógł z niego wyczytać więcej niż pozostali.

– Ja też znalazłam – krzyknęła Hanka Piasecka od strony terenowej Toyoty z naklejką bloodhounda na tylnej szybie. – U nas było w przegródce na napój.

Jej pies szczeknął jakby na potwierdzenie. Przemo podświetlał sobie twarz od dołu latarką, jakby chciał pokazać, jaki jest z żony dumny.

– Was – przeczytała Hanka. – Dziwne. Marcel, a u ciebie?

Schmidt nie miał już wyjścia. Podszedł do stojącego kawałek dalej czerwonego Porsche Cayenne. Samochód zupełnie nie pasował do jego tanich klapek, pomiętych spodni i spranej koszulki. Najwyraźniej należał do osób, które w ubiorze nie lubiły ostentacji, ale nie mogły się powstrzymać przed rozpieszczaniem się w kwestiach motoryzacyjnych. Jeśli stać go było na takie cacko, musiał być bardzo bogaty.

Zajrzał do samochodu i zaraz do nich wrócił.

– Nic nie ma.

– To żeś się naszukał – zażartowała Eliza Beck.

Ku wyraźnemu niezadowoleniu Schmidta wszyscy skierowali się do jego samochodu. Trudno było powiedzieć, czy mężczyzna nie chce, żeby dotykano jego wymuskanego wozu, czy może wolał się nie przyznawać, że Porsche należy do niego.

– Tu jest – powiedział Sebastian.

Murawska zmarszczyła brwi. Naprawdę dziwiło ją zaangażowanie syna. Zazwyczaj trzymał się z tyłu. Szkoda tylko, że nie był taki powściągliwy w kwestii Radosława Fornalczyka…

– Pokaż to – rozkazała.

Wyszło odrobinę za ostro. Wszyscy spojrzeli w jej stronę. Dobrze, że zrobiło się już całkowicie ciemno. Nikt nie zauważy, że się zaczerwieniła. Wyciągnęła rękę, ale syn podał już karteczkę właścicielowi samochodu.

– Ktoś? – przeczytał Marcel Schmidt. Nadał temu słowu pytający ton.

Eliza Beck wciągnęła głęboko powietrze.

– Na mojej kartce było zginie – przypomniała. – To u Laury to nie żaden zawijas. To litera z. Ten cholerny autostopowicz to jakiś creep.

– Ale co masz na myśli?

– To się składa w napis. Nie widzicie? Ktoś z was zginie.

ROZDZIAŁ 4

LIPOWO. PROKURATOR GRZEGORZ HALA

Kiedy do salonu weszła Kaja Dalke, Hala udawał, że sprawdza coś w telefonie. Było mu głupio, że przyłapał ją na ukradkowej rozmowie z księdzem. Nie spodziewał się po koleżance szczególnej religijności, ale przecież ciągle odkrywał o niej coś nowego. Poza tym być może w tej rozmowie nie było nic dziwnego. Odbywała się przecież na drodze publicznej i każdy mógł ich zobaczyć. Jednak prokurator miał wrażenie, że kryło się w tym coś więcej. Może chodziło o mowę ciała? Może o wyraz twarzy koleżanki? Ale przecież mógł się mylić. Zrobiło się prawie ciemno, lampa ogrodowa na czujnik dawała niewiele światła. Mogło dojść do przekłamania.

– To co, Grzesiu, jesteś gotowy? – zapytała z uśmiechem Dalke.

Jesienią i zimą zazwyczaj nosiła obszerną, pokrytą cekinami i amuletami bluzę. Kiedy przyszły upały, zmieniła ją na falbaniastą sukienkę. Oczywiście pośród falban kryła się kieszeń, w której policjantka nosiła swoją nieodłączną talię tarota. Wiele osób nabierało się na dość ostentacyjny styl Kai. Hala wiedział jednak, że karty i krzykliwe stroje stanowiły jedynie fasadę. Podkomisarz Dalke bardzo często wykorzystywała to, że ludzie jej nie doceniają. Co tu daleko szukać, pomyślał prokurator, on sam też nie spodziewał się, że Dalke zajmuje się rozbijaniem zorganizowanych grup przestępczych. Ani tym bardziej nie domyślił się, że przyjechała do Piaseczna sprawdzać jego samego. Uważała, że jego dawny partner żyje, i chciała wiedzieć, czy Hala pomaga mu w dalszym łamaniu prawa.

Dla Grzegorza to był wielki szok. Myślał, że Marcin zginął, nie wiedział też, czym tak naprawdę się zajmował. Gdyby dowiedział się o tym wszystkim jeszcze rok temu, pewnie bardzo by to przeżywał. Teraz czuł spokój. Chyba dzięki Jędrzejowi. Wcześniej Hala bał się, że nigdy nie będzie już umiał nikogo pokochać. Całe szczęście się mylił. A choć on i technik kryminalistyki byli jak ogień i woda, stali się sobie naprawdę bliscy. Szkoda, że go tu teraz nie ma.

– Spotkałaś znajomych, że tak długo cię nie było, Kaju?

Pytanie właściwie mu się wyrwało. Zarówno podglądanie, jak i taka indagacja były bardzo niekulturalne. Koleżanka rzuciła mu krótkie spojrzenie. Jak zawsze było trudne do zinterpretowania.

– Nie – odparła ze swoim zwyczajnym dobrodusznym uśmiechem. – Chodź. Musimy się pospieszyć. Jesteśmy spóźnieni.

Hala wyszedł za nią na podjazd. Zapadł już zmrok, jednak dobrze widział, że jego biały Mercedes pokrył się kurzem. Na pewno przez trwające na okolicznych polach żniwa. Mimo późnej pory nadal jeździło kilka kombajnów. W powietrzu unosiły się drobiny słomy i piasku.

Prokurator rozejrzał się ukradkiem, ale księdza nigdzie nie było widać. Może wstąpił do kolejnego domu? Hali zawsze wydawało się, że kapłani chodzili po kolędzie zimą, ale może w pełni lata również pełnili jakieś posługi? Najbliższy sąsiad mieszkał kilkadziesiąt metrów dalej. Jeśli kapłan szedł szybko, chyba zdążyłby tam dojść.

– Grzesiu?

Hala niemal podskoczył. Dalke patrzyła znacząco na samochód. Prokurator uśmiechnął się przepraszająco i wyciągnął pilota. Drzwi Mercedesa się otworzyły. Wsiedli.

– Witaj ponownie, Grzegorz.

Auto mówiło łagodnym głosem sztucznej inteligencji. Dlatego nadał mu damskie imię Carmen. Oczywiście to był jego sekret. Nie zdradził go nawet Jędrzejowi.

– Daruj sobie mapę, Grzesiu. Poprowadzę cię. Jedziemy.

Dalke mówiła z takim naciskiem, jakby to nie ona się spóźniła, tylko Hala zwlekał. Nie skomentował tego. Dyskusje z Kają zazwyczaj nie miały wielkiego sensu.

Nagle kątem oka zauważył jakiś ruch przy jednym z budynków gospodarczych. Może to była gra cieni w ciemności, jednak prokurator mógłby przysiąc, że zobaczył czerń sutanny księdza. Dlaczego Kaja nie przyznała się do rozmowy z nim? Hala zapytał o znajomych i zaprzeczyła, a z Dalke trzeba uważać na słowa. Raz zdawała się brać każde dosłownie, jakby nie rozumiała przenośni czy ironii. Innym razem umiała żonglować wyrazami jak najlepszy cyrkowiec.

– A co ty taki zamyślony, Grzesiu? – zapytała z uśmiechem.

– Nie zrobiłaś w końcu zakupów? – zapytał.

Pewnie powinien odpuścić ten temat, ale z jakiegoś powodu nie potrafił. Jeśli chciała coś ukryć, zapewne jej się to uda. Jednak musiał przynajmniej spróbować.

– No jasne, że zrobiłam – odparła, wyciągając z kieszeni szeleszczącą torebkę solonych orzeszków. – Szkoda, że i tak ode mnie nie zjesz. Jak się jest głodnym, to wszystko wygląda gorzej. Jeśli martwisz się, jak ci pójdzie jutrzejszy występ, to nie mogę cię uspokoić. Tam będzie trzysta osób i wszyscy będą na ciebie patrzyli. Spora presja.

– Dzięki – mruknął Hala. Na razie wolał o tym nie myśleć. – Ty to potrafisz wesprzeć.

– Cieszę się – odparła policjantka. – Skręć tu w lewo.

Hala przypominał sobie mgliście, że jechali tędy podczas pierwszej wizyty w Lipowie, kiedy musieli przejąć testament zamordowanego Tadeusza Bacewicza. Polna droga była bardzo nierówna. Dobrze, że GLA ma wyższe zawieszenie niż standardowy samochód.

Przed nimi majaczyła mroczna ściana lasu. Droga prowadziła prosto w tamtą stronę, jakby mieli zanurzyć się w tej borowej gęstwinie. Po lewej, dalej wśród pól, też były drzewa.

– Cichy Lasek? – przypomniał sobie prokurator. – Wspominałaś ostatnio, że tam mieszkała jakaś sekta?

Hala pamiętał tę rozmowę doskonale, bo zarówno jego, jak i Murawską zaskoczyła informacja, że w takiej małej miejscowości ukrywała się kiedyś tego typu grupa.

– Tak. A teraz podobno…

Dalke nie dokończyła, bo nagle przed maskę samochodu wypadli dwaj mężczyźni. Hala zahamował. W ciemności nie zauważył, że z lewej strony jest droga. Tu jeszcze nie skoszono zboża. Skutecznie ją zasłaniało. Reflektory Mercedesa sprawiały, że dwójka walczących znalazła się jak na scenie.

– Chyba powinniśmy interweniować – powiedział Hala.

Dalke skinęła głową, ale nic nie zrobiła. Gdyby była tu z nimi Murawska, zapewne wyskoczyłaby natychmiast z samochodu i rzuciła się jak strzała w ich stronę. Może nawet znokautowałaby mężczyznę z kucykiem. On wydawał się agresorem.

Hala wysiadł, choć nie miał ochoty na żadne fizyczne utarczki. Oznaczało to przecież, że musiałby dotykać przeciwników. Zdecydowanie wolał walczyć, używając paragrafów, nie pięści. Mniej wymiany zarazków. Miał ochotę krzyknąć, że artykuł sto pięćdziesiąty ósmy Kodeksu karnego przewiduje do lat pięciu za udział w bójce lub pobiciu. A nawet więcej, jeśli uszczerbek na zdrowiu jest ciężki. Nie mówiąc już o sytuacji, w której następstwem pobicia jest śmierć.

– Wszystko w porządku! – zawołał drugi z mężczyzn, uprzedzając prokuratora. Miał bardzo jasne włosy. Światło księżyca odbijało się w nich, tworząc aureolę wokół jego głowy. Musiały być prawie białe, chociaż mężczyzna nie wydawał się stary. Być może był albinosem.

– Tak, wszystko w porządku – zapewnił ten z kucykiem. – Państwo pewnie na zlot? Bo nie znam samochodu.

Kucyk i blondyn stanęli obok siebie, jak starzy przyjaciele, którzy witają przybyszów na swoim terenie. Ton pogawędki zupełnie nie pasował do wcześniejszej agresji, którą Hala dostrzegł na ich twarzach. To nie była drobna sprzeczka. To było coś więcej. Jednak już podczas poprzedniej wizyty w Lipowie zdążył się przekonać, że tutejsi mieszkańcy lubią załatwiać wszelkie spory po cichu. A na pewno nie dopuszczają do nich przyjezdnych.

– Tak – mruknął prokurator. – Właśnie jedziemy na ognisko.

– A to tam – pokazał kucyk w prawo. – Zaraz dojedziecie do szosy. A potem prosto w dół i już będzie Słoneczna Dolina.

– Wszystko w porządku – powtórzył jeszcze blondyn, jakby chciał przypieczętować swoje wcześniejsze zapewnienie.

Prokurator ruszył z powrotem do samochodu, choć instynkt podpowiadał mu, że nic tu nie jest w porządku.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

Spis treści

W POPRZEDNIM TOMIE

TOM 3

WCZEŚNIEJ

CZĘŚĆ 1

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

Punkty orientacyjne

Okładka