Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 18.08.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
311 osób interesuje się tą książką
Góry uwolniły swe najstraszniejsze demony
Pewnej nocy do schroniska w Morskim Oku dociera przemoczony mężczyzna, blady i przywodzący na myśl upiora. Nie odzywa się, jest zdezorientowany, zdaje się pochodzić z innego świata. Rankiem niknie, a w trakcie poszukiwań pracownicy schroniska odnajdują ciało innego turysty w Morskim Oku.
Po Tatrach rozlewa się strach. Góry zaczynają szeptać, że oto pojawił się Topielec – demoniczna istota powstała z potępionej duszy, która wedle starych tatrzańskich legend musi odkupić swoje winy przez siedem lat topienia ofiar.
Gdy Wiktor Forst podejmuje śledztwo, odkrywa, że zmarły turysta kilka dni wcześniej trafił do starej góralki, znawczyni dawnych podań, która przepowiedziała mu śmierć przez utopienie. Szybko okazuje się, że to tylko jedna z niewytłumaczalnych rzeczy, które wiążą się ze sprawą…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 374
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Remigiusz Mróz, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Mariusz Banachowicz
Zdjęcie na okładce: Solovyova/iStock
Redakcja: Karolina Macios
Korekta: RedKor Agnieszka Luberadzka, Jarosław Lipski
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Magdalena Drogoś-Kraszewska
ISBN: 978-83-8441-404-0
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Seria: FILIA Mroczna Strona
mrocznastrona.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Sławkowi, w przyjaznym upominku ofiarowuję ten utwór. PS Tak dla jasności: Tatry > Karkonosze.
Ciemne wody rozlewa posępne jezioroOdzwierciedlając w łonie głazów świat zamarły. Adam Asnyk, Morskie Oko
Szlak pieszy czerwony, Morskie Oko, 1395 m n.p.m.
Wiktor Forst nie odrywał wzroku od mętnej toni jeziora. Kurtyny deszczu sunęły przez tatrzański świat jak wagony towarowe po torach, mącąc taflę i zacierając wszystkie ślady, które mogłyby opowiedzieć, co kilka godzin wcześniej wydarzyło się nad Morskim Okiem.
Komisarz stawił się tu jako pierwszy, sprawdził teren, przyjrzał się ciału. Pracownicy schroniska wyciągnęli je z wody jakąś godzinę przed jego przybyciem, sądząc, że mogą pomóc. Ledwo obrócili mężczyznę na plecy, zrozumieli, że jest na to za późno.
Śmierć na dobre zagościła tam, gdzie niegdyś było życie. Trupioblade oblicze, rozdęte jamy ciała, skóra zbielona i zmarszczona, do tego grzybki piany, gromadzące się w nosie i w ustach.
Mężczyzna nie żył od wielu godzin, jego ciało powinno znajdować się na dnie Morskiego Oka. Unosił się na wodzie tylko dzięki wodoodpornemu plecakowi, w którym zgromadzone powietrze podziałało jak worek wypornościowy.
Forst przypuszczał, że gdyby nie to, wypłynąłby dopiero po miesiącu, kiedy procesy rozkładu wypełniłyby jamy ciała gazami gnilnymi.
– Do licha ciężkiego… – rozległ się głos zza jego pleców.
Wiktor nie musiał się obracać, by wiedzieć, kto do niego dołączył. Zaciągnął się skrytym w środku dłoni papierosem, kątem oka dostrzegając, że Edmund Osica przyszedł w za dużej, przedpotopowej pelerynie przeciwdeszczowej.
Stary oficer przez moment przypatrywał się ciału, nim zorientował się, że Forst zainteresował się jego wyglądem.
– Coś ci nie pasuje? – burknął.
– Nic, panie inspektorze.
– To skup się na trupie.
Wiktor nadal nie mógł oderwać wzroku od przełożonego.
– Na litość boską, Forst… nigdy żeś peleryny nie widział?
– Widziałem. Ale pan wygląda jak budżetowa wersja szpiega z Krainy Deszczowców.
Osica machnął ręką, po czym poprawił zsuwający się z głowy kaptur i wskazał wzrokiem ciało. Pośmiertna maska była upiorna, zamglone oczy wbite prosto w przesłonięte chmurami niebo. Obojętne na deszcz, który wściekle w nie uderzał.
– Mów – bąknął Edmund. – Co mamy?
Wiktor powoli obrócił się w jego stronę.
– Topielca, panie inspektorze.
– Możesz ustalić coś ponadto?
– Zmarł kilka godzin temu, nad ranem – odparł komisarz i znów zaciągnął się Westem, czując żar ocieplający wewnętrzną stronę dłoni.
– Jak?
– W wodzie.
– Do stu piorunów, Forst…
– Sprawa jest dość zagadkowa – rzucił Wiktor. – Wczoraj w nocy do schroniska w Moku przyszedł zbłąkany turysta, sprawiający wrażenie, jakby cudem wyrwał się śmierci. Wedle relacji pracowników był blady, przemoczony i skrajnie zmęczony. Wprowadzili go do środka, pomogli się ogrzać, podali mu coś do jedzenia i próbowali nawiązać z nim kontakt.
– I?
– Poszło im mniej więcej tak, jak panu ostatnio w kręgle.
Edmund sarknął cicho.
– Nie było tak źle – odparł pod nosem.
– Prawie urwał pan sobie palce.
– Nic takiego się nie wydarzyło.
– Dwa dni chodził pan z opuchlizną.
– Dajże spokój – syknął inspektor i znów musiał przytrzymać kaptur, by wiatr go nie zdmuchnął. – Mów, co z tym turystą.
– Niewiele.
– Nie było z nim żadnego kontaktu?
– Najmniejszego – odparł komisarz. – Nie patrzył na pracowników, wyglądał, jakby nie wiedział nawet, gdzie jest. Kompletne oderwanie od rzeczywistości.
Osica wskazał zwłoki.
– To on? – spytał.
– Rzecz w tym, że nie.
– Więc po jaką cholerę mówisz mi o tamtym?
– Żeby potem pan nie narzekał, że nie przekazałem wszystkich informacji – odparł uprzejmie Wiktor. – W każdym razie tamten mężczyzna rankiem znikł. Pracownicy wyszli go szukać, obawiając się najgorszego, i po obejściu Moka dotarli tutaj. Jak pan może się domyślić dzięki swojemu wybitnemu intelektowi, wykryli ciało unoszące się na wodzie.
– Daruj sobie te uwagi, Forst.
– Czasem po prostu muszę powiedzieć panu komplement.
Edmund obrócił się do niego, ale komisarz skupił się na dopaleniu Westa.
– To silniejsze ode mnie – dodał.
– A by cię diabli wzięli…
– Pracownicy wyciągnęli ciało, ale nie przystąpili do RKO, bo nie było sensu. Ułożyli ofiarę na brzegu i tak cierpliwie czekała, aż pan zaszczyci nas swoją obecnością.
Osica milczał.
– Swoją drogą nie spieszyło się panu.
– Daj mi święty spokój, Forst.
Komisarz przyjął ten rozkaz żołnierskim skinieniem głowy.
– I wydaje ci się, że tamten zabłąkany wędrowiec ma jakiś związek z tym tutaj? – mruknął Edmund.
– Nie wydaje mi się. Jestem tego pewien.
– Z jakiej racji?
– Intuicja śledcza, panie inspektorze.
– Opierasz ją na czymś?
Wiktor wskazał to, co znajdowało się obok ofiary.
– Plecak podziałał jak boja – oznajmił. – Utrzymał ciało na wodzie, bez niego poszłoby w dół i przy dobrej pogodzie wypłynęło za parę tygodni.
– Pewnie jest wodoszczelny.
– Niezwykle trafne spostrzeżenie, panie inspektorze.
Osica chciał odparować, ale Forst nie dał mu okazji.
– Rzecz w tym, że normalnie plecaki turystyczne działają jak dodatkowe obciążenie. Ludzie noszą w nich sporo wody, jedzenia, ubrań na zmianę, czasem jakieś powerbanki. Wszystko to waży i ciągnie topielców na dno.
Edmund zerknął na plecak.
– Ten jest praktycznie pusty – dodał komisarz. – W dodatku zanim go otworzyłem, był wypełniony powietrzem.
– Hę?
– Wyglądał jak jeden z tych, które widzi pan na wystawach w sklepach turystycznych. To znaczy które widziałby pan, gdyby nie zaopatrywał się pan w Biedrze.
– Nie zaopatruję się w…
– To gdzie pan kupił ten worek na zwłoki, który ma na sobie?
Osica tylko pokręcił głową.
– Co z tym plecakiem? – burknął.
– Wypełniono go powietrzem. Umyślnie.
– Chcesz powiedzieć, że…
– Ktoś celowo umieścił go na plecach ofiary, żeby unosiła się na wodzie.
Podmuch wiatru przyniósł uderzenie deszczu, przed którym Osica osłonił się kapturem. Forst trwał w bezruchu, jakby chciał udowodnić górom, że mogą rzucić w niego wszystko, co mają w zanadrzu.
– To dość daleko idące założenie – odparł Edmund.
– Tak pan myśli?
– Ofiara mogła po prostu wracać z prawie pustym plecakiem.
– On nie był prawie pusty, panie inspektorze, ale całkowicie pusty.
Osica mruknął z namysłem.
– W dodatku celowo wypełniony powietrzem – dodał Wiktor.
– I niby jak to sobie wyobrażasz? Że ktoś go dmuchał jak balon?
– Nie.
Komisarz zbliżył się do plecaka, a potem wskazał na wyciągniętą linkę znajdującą się na szelkach.
– Plecak lawinowy – zauważył.
– Niech mnie cholera…
– Ciągnie się za linkę i w parę sekund plecak wypełnia minimum sto pięćdziesiąt litrów sprzężonego powietrza. Powstają airbagi, które mają utrzymać człowieka ponad zwałami śniegu.
– To i mogą utrzymać go na wodzie.
– Jak widać.
Edmund zerknął na plecak, potem na Forsta.
– Ale jaki to ma związek z tym wędrowcem w schronisku?
– Dość istotny – odparł komisarz. – Plecak jest niezłej klasy, w Decathlonie takiego raczej się nie kupi. Zapytałem pracowników, czy aby nie widzieli go u tego mężczyzny, który odwiedził ich w nocy.
– I?
– Miał identyczny – odparł. – Tyle że ciężki jak cholera.
– Do stu diabłów…
Wiktor wyrzucił Westa, który z sykiem zgasł w deszczu.
– Znamy zabójcę, panie inspektorze – odparł. – Musimy tylko znaleźć go gdzieś w tej ulewie.
Szlak pieszy czerwony, Dolina Rybiego Potoku
Zwał się Nemrodem. Czekał po wschodniej stronie Morskiego Oka, korzystając z naturalnego kamuflażu, jaki zapewniała mu kosodrzewina oraz limby. Dzięki niemu oraz ubiorowi moro nie musiał obawiać się, że zostanie dostrzeżony.
Temu, co działo się po drugiej stronie, przyglądał się przez lornetkę Delta Optical Titanium ML. Wojskowy model, który nie zawodził nawet w mało optymalnych warunkach, nie tylko w Polsce.
Obiekt obserwacji, komisarz komendy powiatowej Wiktor Forst, znajdował się jakieś czterysta pięćdziesiąt metrów od niego, po drugiej stronie jeziora. Stawił się na miejscu jako pierwszy, czego należało się spodziewać.
Forst lgnął do zbrodni tak, jak ona lgnęła do niego. Był to instynkt, dokładnie ten sam, który zabłąkanej ćmie każe wlatywać prosto w ogień.
Nemrod wyregulował ostrość i przyjrzał się rysom twarzy komisarza. Delta umożliwiała precyzyjną obserwację nawet do tysiąca metrów, deszcz jednak stanowił dziś pewne utrudnienie.
Mimo to dało się dostrzec lata służby na obliczu Wiktora Forsta. Cały korowód doświadczeń, życiowych i zawodowych, odcisnął się na nim głębokim piętnem.
Nemrod znał jego historię. Znał też jego teraźniejszość.
Był na bieżąco z tym, co komisarz robi w wolnym czasie. Wiedział, co dzieje się w jego domu. Założone tam podsłuchy mówiły więcej niż wszystkie rozmowy, które wcześniej udawało się złowić w restauracjach i innych miejscach publicznych.
Przygotowania do tego, co właśnie dziś się rozpoczęło, zabrały Nemrodowi wiele miesięcy. Miał świadomość, przeciwko komu prowadzi działania. Wiedział, że musi zachować najwyższą ostrożność.
Śledził Forsta, śledził Dominikę Wadryś-Hansen, śledził ich dzieci. Trzymał rękę na pulsie, także jeśli chodziło o Edmunda Osicę i Olgę Szrebską. Wszyscy oni byli istotni. Wszyscy mieli rolę do odegrania.
Teraz skupił się na Wiktorze.
Obserwował, jak ten kuca przy ciele, analizuje. Co widzi? Jak wiele rozumie?
Odpowiedź na drugie pytanie była prosta.
Nic.
Komisarz nie miał pojęcia, co się w istocie dzieje.
Mraźnica, Zakopane
W dni takie jak ten przeszłość nie wypuszczała Dominiki Wadryś-Hansen ze swoich łap. Prokuratorka czuła, jak zaciskają się jej na gardle, duszą, wpijają się w skórę.
Robiła, co mogła, by ją odgonić. Wyprawiła dzieci do szkoły, zajęła się domem, starała się odsunąć od siebie to, co było – i myśleć o tym, co tu i teraz.
Żyli z Wiktorem, Ingą i Olafem jak rodzina. Byli rodziną.
Po tym, jak Dominika do nich wróciła, Forst zadbał o to, by świat był dobrym miejscem. Chciał dołączyć do nich w Krakowie, przygotował wszystko tak, by Wadryś-Hansen znów poczuła się tam jak w domu. Próbowała, ale bezskutecznie. Ilekroć zbliżała się do dawnego, przerwanego życia, odnosiła wrażenie, że nigdy do niego nie wróci. I zawsze będzie myślała o tym, że nie należy ono do niej.
Potrzebowała nowego startu. Nowego miejsca. Nowej siebie.
Zakopane wydawało się jedynym kierunkiem, który miał sens. To tam był Wiktor, tam byli oni.
Zanim podjęła decyzję, odbyła szereg rozmów z dziećmi. Nie naciskała, nawet nie sugerowała, że mogliby przenieść się w Tatry. Ostrożnie badała teren, uważała, by nie wywrzeć żadnej presji.
Od lat ubolewała, że Inga i Olaf nie odnajdują się wśród rówieśników tak, jakby chciała. Byli wyobcowani, zawsze trochę na peryferiach szkolno-towarzyskich zdarzeń. Zdawali się nie przystawać do rówieśników, wymagać od nich zbyt wiele, nie godzić się na moralne kompromisy, które dla innych dzieciaków były naturalne.
Obwiniała się za śrubowanie standardów, szczególnie gdy zrozumiała, że to właśnie przez tę alienację dzieci bez zastanowienia były gotowe na przenosiny do Zakopanego.
Miejsce kojarzyło im się dobrze. Inaczej niż wielu ludziom, którym pokazało swoją mroczną stronę. Ze spokojem. Z Wiktorem, z Osicą, z błogim życiem.
Decyzja zapadła jednogłośnie.
Od starej gospodyni, która traktowała go niemal jak członka rodziny, Forst wynajął dom na Mraźnicy, niedaleko chałupy, w której wcześniej mieszkał. Wyremontował tyle, ile się dało, niektóre pokoje nadal jednak wymagały sporo pracy. Najważniejsze było to, że Inga i Olaf wreszcie zyskali świat, w którym mogli czuć się bezpieczni.
Dominika w zamierzeniu także.
Z czasem poczuje się tu jak w domu, mówiła sobie teraz w duchu, chodząc po kuchni i szukając czegoś, czym mogłaby się zająć.
Ostatecznie usiadła przy stole i przysunęła sobie laptopa, na którym dziś rano przed wyjściem do szkoły Olaf na ostatnią chwilę zaprzągł ChataGPT do zrobienia zadania domowego. Nieidealna sytuacja, ale lepsze to niż brak zadania. Przynajmniej tak twierdziły dzieci.
Aleks dołączył do niej, układając się przy jej nodze. Często to robił, zupełnie jakby chciał pokazać, że jest zawsze w gotowości, by ją wspomóc. Pogłaskała go pod pyskiem, a potem wróciła do laptopa.
Sprawdziła newsy, trzymając się z daleka od lokalnych portali. Wiedziała, że już z całą pewnością piszą o powodzie, dla którego Wiktor musiał z samego rana gnać nad Morskie Oko.
Nie chciała go znać. Nie potrzebowała go znać.
Wejście w świat śledczych wydawało się ostatnim, co powinna robić. Należało trzymać się od niego z daleka, zapomnieć o wszystkim, co się z nim wiązało. Szczególnie że miała ku temu sposobność.
Po tym, jak Dominika doprowadziła do postawienia zarzutów Wojciechowi Malmowi, pseudonim Gorgan, krakowska prokuratura była skłonna zaakceptować częściowo płatny urlop o właściwie nieograniczonej długości.
Nic nie mogło ściągnąć jej z powrotem do tamtego świata. Nic jej do niego nie wzywało. Cóż, nic oprócz głośnego, uporczywego wołania, które rozlegało się w jej umyśle.
Zaklęła, zawahała się, a potem weszła na 24tp.pl, Tatromaniaka i kilka innych stron.
Krzykliwe nagłówki o utonięciu w Morskim Oku obiecywały wiele więcej, niż dostarczały artykuły. Konkretów było jak na lekarstwo, właściwie jedyna informacja dotyczyła odnalezienia ciała około czterdziestoletniego turysty.
Po sieci krążyły już zdjęcia. Na kilku widać było Forsta i stojącego obok w pelerynie Osicę. Wiktor miał kurtkę, ale oczywiście nie naciągał kaptura, jakby miało to być jakieś ustępstwo okazane Tatrom. Uparty ancymon, jak rzekłby pewnie Edmund.
Spojrzała na kolejne zdjęcia. Najwyraźniej ktoś był na miejscu dość wcześnie, może któryś pracownik schroniska albo turysta schodzący po obejrzeniu wschodu słońca. Widać było ciało leżące na brzegu Morskiego Oka, w miejscu, gdzie ludzie często przystają, idąc w kierunku Dwoistej Siklawy. Twarz ocenzurowano, ale Dominika przypuszczała, że prędzej czy później ktoś każe usunąć fotografię.
Weszła na Facebooka. Bez względu na to, jak wysoko piąłby się TikTok, Instagram i inne, to zawsze na fejsie dało się wyłowić najwięcej rzeczy istotnych z punktu widzenia śledztwa.
Zaczęła powoli sprawdzać komentarze pod postami „Tygodnika Podhalańskiego” i innych. Ludzie, którzy mieli wiedzę, najczęściej sami chcieli się nią pochwalić, a internet był do tego idealnym miejscem.
Po kilkudziesięciu minutach Wadryś-Hansen przekonała się, że tym razem też tak było. A przynajmniej na to wskazywał jeden z komentarzy pod postem na Tatromaniaku:
„Jezu, ja go znam! Wczoraj jakaś góralka przepowiedziała mu, że się utopi!”.
Dominika jeszcze raz wyświetliła zdjęcie ciała. Czy zdołałaby rozpoznać tego człowieka, gdyby był jej znajomym? Właściwie niewykluczone. Ubranie i budowa ciała mogłyby wystarczyć.
Aleks poruszył się nerwowo przy jej nodze i lekko ją szturchnął, jakby wyczuł, że zbliża się do czegoś, do czego nie powinna.
Zignorowała jego obiekcje i kliknęła na profil kobiety, która zamieściła komentarz. Trzydziestopięciolatka z Rybnika, niewiele zdjęć, znajomi ukryci, na wallu tylko standardowe życzenia urodzinowe i nic ponadto. Nie wyglądała jak ktoś, kto szukałby sensacji.
Dominika napisała wiadomość. Przedstawiła się jako śledcza z krakowskiej prokuratury, uznając, że to nie żadne przekroczenie. Formalnie nadal tam pracowała, nawet jeśli nie miała zamiaru nigdy wracać.
Podała swój numer komórkowy z prośbą o telefon, wysłała. Potem wróciła do przeglądania innych komentarzy, ale nie znalazła niczego równie obiecującego, jak tamten. Jeśli to jakaś bzdura, kobieta nie zadzwoni. Ludzie szukający sensacji przestawali na nią polować w momencie, kiedy orientowali się, że mogą ponieść odpowiedzialność za składanie fałszywych zeznań.
Dzwonek rozległ się po jakimś kwadransie. Nieznany numer, spora szansa, że to ta kobieta. Dominika podniosła komórkę, ale się zawahała. Nie planowała się w to włączać, właściwie nie wiedziała, w którym momencie w ogóle zbliżyła się do sprawy.
Ani kiedy podjęła decyzję.
– Dominika Wadryś-Hansen – powiedziała i przełączyła na głośnik. – Prokuratura Okręgowa w Krakowie.
– Yyy… dzień dobry.
– Dzień dobry.
– Napisała mi pani wiadomość na Facebooku.
Dominika zamilkła.
Może to jednak błąd. Może powinna trzymać się z daleka.
– W sprawie tego, co się stało nad Morskim Okiem…
– Tak – odparła Wadryś-Hansen.
– Miałam się z panią skontaktować?
Jeszcze mogła się wycofać, jeszcze mogła powiedzieć, że kobieta zamiast z nią powinna porozmawiać z kimś z zakopiańskiej komendy.
Zamknęła oczy. Zorientowała się, że przez ten krótki czas, kiedy starała się znaleźć coś w sieci, wymknęła się szponom przeszłości. Wycofały się, znikły, zupełnie odpuściły. Jakby teraźniejszość wytoczyła wszystkie działa, by ją pogonić.
– Jest tam pani?
– Tak – odparła Dominika. – Przepraszam, musiałam coś domknąć.
– A, jasne…
– Może mi pani powiedzieć, skąd zna pani ofiarę?
– To mąż mojej przyjaciółki.
– I jest pani pewna, że to on?
– Pewna na sto procent nie… Boże, to byłby cud, gdyby się okazało, że to jednak nie on, ale…
– Tak?
– To jego kurtka i jego spodnie. Kupili sobie z Julitą takie same jakiś czas temu.
Dominika sięgnęła po notes, na którym zapisywała listę zakupów. Pod Elmexem dla dzieci zapisała imię kobiety, o której wspomniała rozmówczyni.
– To było trochę cringe’owe, nawet bardzo – ciągnęła ta. – Wszyscy mieliśmy z nich ubaw, ale… Jezu, nie wiem. Oni te komplety kupili na wyjeździe w Dolomitach, ludzie tutaj raczej rzadko noszą takie rzeczy, poza tym…
Wadryś-Hansen przez chwilę czekała na odpowiedź.
– Tak? – spytała.
– On… nie wiem. On po prostu wygląda jak Andrzej…
Kolejne imię dołączyło do zapisków.
– No i jest… był teraz w Tatrach…
– W porządku – odparła Dominika. – Poda mi pani dane Andrzeja i Julity?
– Tak, już.
Jeśli trafiła jej się wariatka, to wyjątkowo wiarygodna i zdeterminowana. Po chwili Wadryś-Hansen miała wszystko, czego potrzebowała, by dokonać identyfikacji ofiary. Nie dane osobiste interesowały ją jednak najbardziej.
– I jest pani pewna, że Andrzej przebywał teraz w górach?
– Tak – odparła od razu kobieta. – Pojechał tam z dwoma kolegami. Znają się od dziecka, chodzili do jednej klasy w podstawówce, zawsze trzymali się razem. W szkole mówili na nich Trójpak. I czasem… nawet często jeżdżą gdzieś razem.
– Wszyscy są z Rybnika?
– Tak. Urodzili się tutaj i wychowali.
Kolejne istotne ustalenia. Ale wciąż nie te, które sprawiły, że komentarz tej kobiety okazał się tak elektryzujący. Gdyby nie to, Dominika być może byłaby w stanie odpuścić. Zadzwoniłaby do Cajdlera lub kogoś innego na komendzie, zwróciła uwagę policji na to, co pojawiło się pod postem.
Przez niewielką wzmiankę musiała jednak zająć się tym sama.
– Wspomniała pani w komentarzu, że jakaś stara góralka przepowiedziała Andrzejowi śmierć przez utonięcie.
– Tak…
– Skąd pani o tym wie?
– Byłyśmy wczoraj z Julitą na winie, pogadałyśmy trochę… Opowiadała mi o tym, co Andrzej jej powiedział.
– Czyli?
– Cały Trójpak poszedł wieczorem do jakiejś gaździny, która widzi przyszłość i wróży ludziom. Nie wiem, czyj to pomysł, ale może właśnie Andrzeja, on zawsze się interesował folklorem i innymi takimi. I właśnie tam to usłyszeli…
– Że Andrzej utonie?
Kobieta przez moment milczała.
– Nie tylko on – odezwała się w końcu. – Staruszka powiedziała, że przejdzie noc, przyjdzie dzień, a wszyscy trzej się potopią.
Rozmówczyni brzmiała, jakby przytaczała konkretne słowa, które wtedy padły. Wadryś-Hansen poczuła nieprzyjemny chłód, zupełnie jakby przez ten cytat uchyliły się wrota do innego świata, który powinien być zamknięty.
Naraz zapragnęła się od niego oddalić, uciec w bezpieczne miejsce. Do długich wieczorów z Forstem i dziećmi, spędzanych na grze, którą od pewnego czasu katowali. Star Wars: Rebelia. Nie jej klimaty, przez większość czasu nie wiedziała nawet, o co chodzi w rozgrywce.
Teraz wydawało się to bezpieczną przystanią, której nie powinna opuszczać. A z pewnością nie powinna wracać do tego, co sprowadziło na nią tragedię. Przyciągało ją to jednak nieustannie. Na tyle mocno, że nie potrafiła zrezygnować.
– Wie pani, co to była za staruszka? – zapytała.
– Nie. Julita raczej też nie, bo rozmawiali krótko.
– Może słyszała, gdzie się do niej wybrali?
– Może, ale… pani prokurator…
– Tak?
– Ja jej jeszcze nic nie mówiłam. Siedziałam z telefonem, zastanawiając się, jak to… czy w ogóle… Wtedy zobaczyłam pani wiadomość.
Wadryś-Hansen westchnęła cicho. Nie było pewności, że chodzi o tych ludzi, musiała poczekać na potwierdzenie, zanim zadzwoni do żony potencjalnej ofiary.
– Dobrze, że pani tego nie zrobiła – odparła Dominika. – Potwierdźmy najpierw tyle, ile się da.
– No tak, oczywiście…
– Ma pani jakieś zdjęcia tego mężczyzny? Może wie o jakichś znakach szczególnych?
Rozmówczyni nie odpowiadała, a Wadryś-Hansen założyła, że musi dać jej chwilę na poukładanie myśli. Odczekała, ale na linii nadal panowała cisza.
– Jest tam pani?
– Tak, właśnie… przepraszam, właśnie próbowałam sobie coś przypomnieć.
– Co takiego?
– Julita mówiła wczoraj coś jeszcze o tej góralce, podała jakieś nazwisko albo określenie…
– Może uda się pani przypomnieć sobie jakie?
Znów chwilowe milczenie.
– Stara Malwina? – odparła kobieta. – Chyba coś takiego.
W głowie Wadryś-Hansen coś zaskoczyło.
– Stara Walmina? – spytała.
– O, może tak. Chyba tak. Zna ją pani?
– Poniekąd.
Dominika kojarzyła, o kim mowa, wyłącznie za sprawą Forsta. To on jakiś czas temu opowiadał jej o staruszce, do której kilkanaście lat wcześniej zaprowadziło go jedno ze śledztw. Była przypadkowym świadkiem, złożyła zeznania na komendzie, po czym zamiast uznać sprawę za zakończoną, wbiła wzrok w Wiktora i – jak opowiadał – całe życie w niej zgasło.
Spodziewał się, że staruszka zemdleje, ta jednak w końcu się ocknęła, podeszła do niego, położyła mu dłoń na twarzy i powiedziała:
– Tragedio na Giewonciy nareściy łodmiyni twojy zyciy.
Nie dodała nic więcej, odwróciła się i odeszła. Forst ruszył za nią, powodowany raczej niepokojem o staruszkę niż ciekawością o własny los. Wyszedł za nią na ulicę, ona jednak uporczywie go ignorowała.
Dopiero po kilkunastu metrach posłała mu krótkie spojrzenie. I powiedziała coś, czego nikt nie chciałby słyszeć.
– Przez roki ty bedziys cosi zabiyroł z gór. Aly na koniyc to łone ciy zabiyrom.
Forst zrelacjonował to Dominice przy okazji rozmowy o kartach tarota, astrologii lub innych ezoterycznych sprawach, dokładnie nie kojarzyła. Nie pamiętała nawet, dlaczego poruszali te tematy. Pamiętała za to, jak niepokojąca atmosfera wtedy nad nimi zawisła.
– Jest tam pani jeszcze? – rozmówczyni upomniała się o uwagę.
Dominika rozejrzała się po pustym mieszkaniu.
– Przepraszam, muszę kończyć – odparła.
Zaraz potem sięgnęła po komórkę, by wybrać numer Wiktora. Uporczywy głos z tyłu głowy podszeptywał jej, że musi jak najprędzej dać mu znać o Starej Walminie, która przepowiedziała śmierć ofierze z Morskiego Oka. I nie tylko jej.
Zanim zdążyła nacisnąć kontakt, usłyszała dzwonek do drzwi. Zawahała się, bo nie spodziewała się dziś nawet kuriera.
Dźwięk się powtórzył. Niósł ze sobą coś niepokojącego, jakby ostrzeżenie, by nie zbliżać się do drzwi.
Wadryś-Hansen podeszła do nich, niepewnie zerknęła w wizjer i zamarła.
Na korytarzu stała zgarbiona stara góralka, patrząc Dominice prosto w oczy.
Schronisko PTTK Morskie Oko, 1410 m n.p.m.
Forst strzepnął wodę z kurtki, a potem przewiesił ją przez jedno z krzeseł i usiadł przy stole. W schronisku panował przyjemny zaduch, właściwy tego typu miejscom i dający zmęczonym wędrowcom złudne poczucie, że dotarli do kresu podróży.
– Może byś poprosił kogoś o jakiś ręcznik? – odezwał się Osica.
Komisarz wskazał krzesło obok.
– Żeby panu podścielić?
– Żeby wytrzeć włosy chociaż. Cały jesteś przemoczony, do cholery.
Stary inspektor wsparł się o stół, a potem powoli zajął miejsce, czując na sobie spojrzenie Wiktora.
– I czego się tak gapisz?
– Bo mnie wzrusza, jak pan się tak o mnie martwi.
– Nie martwię się, tylko… a zresztą. Idź do diabła, Forst.
– Tak jest.
Edmund kaszlnął, komisarz zaś rozłożył na stole mapę, którą mieli przeanalizować. Mundurowi z okolicy zostali już postawieni w stan gotowości i obstawili zejścia ze szlaków. Szansa na to, że zabójca wciąż jest w Tatrach, była niewielka, ale należało działać wedle sztuki.
– No – mruknął Osica. – To mów, którędy byś zlazł.
– W ogóle bym nie zlazł.
– Hm?
– Najbezpieczniejsza trasa przy tej pogodzie wiedzie do Wodogrzmotów, więc byłby to mój ostatni wybór.
– Czyli co, ceprostradą do Pięciu Stawów?
– I gdzie stamtąd?
– A ja wiem? – odparł Edmund i wydmuchał nos w chusteczkę wielorazowego użytku. – Do Murowańca?
– To kawał drogi. I szaleństwo przy takiej ulewie.
– A to rzeczywiście, wykluczone. Mówimy przecież o w pełni rozsądnej i zrównoważonej osobie.
Forst uniósł brwi, a potem zerknął z powrotem na mapę.
– Właściwie nie wiemy, z kim mamy do czynienia, panie inspektorze – rzucił.
– Z facetem, który utopił w Morskim Oku jakiegoś Bogu ducha winnego turystę. Co więcej trzeba ci wiedzieć?
– Przynajmniej kilka rzeczy. Ale jeśli towarzyszyło temu wcześniejsze przygotowanie i rozeznanie terenu, sprawca mógłby zejść do Roztoki, potem odbić na stronę słowacką.
– Tam nie ma szlaków.
– Ale czerwony polski od niebieskiego słowackiego dzieli może trzysta metrów – zauważył komisarz. – Tym drugim przez Dolinę Białej Wody można zejść do Łysej Polany, stamtąd pojechać do Tatrzańskiej Jaworzyny. Ominęłoby się ustawioną przez nas blokadę na Palenicy.
Osica wydał z siebie niski pomruk.
– Trzeba dać znać Słowakom – dodał Wiktor, po czym ściągnął wzrokiem jednego z funkcjonariuszy i wydał kilka krótkich rozkazów. Młody mundurowy od razu zabrał się do roboty, a dwaj oficerowie na powrót skupili się na mapie.
Forst patrzył na naniesione na nią góry, jakby istniała szansa, że do niego przemówią. Tak to jednak nie działało. Otwierały się przed nim dopiero, kiedy znalazł się na szlaku, pokonał trudności, pokonał samego siebie. Zawsze czekały na złożenie ofiary, zanim uchylały przed nim kurtynę do świata swoich tajemnic.
W tej chwili tylko one wiedziały, kim był człowiek, który utopił mężczyznę w Morskim Oku. Tylko one znały jego motywacje.
Jedyne, co wiedział Wiktor, to fakt, że zabójca dobrze się przygotował. Nie była to zbrodnia w afekcie, plecak był wcześniej zakupiony. Celowo pusty.
W dodatku ta bezczelność. Facet pojawił się w przeddzień zabójstwa w Morskim Oku, udając zagubionego wędrowca. Dlaczego? Co próbował w ten sposób osiągnąć?
Zanim Forst na dobre się nad tym zastanowił, rozległ się dzwonek telefonu. Zobaczywszy, że dzwoni Dominika, odebrał od razu.
– Hej – rzucił. – Mamy tutaj…
– Topielca, wiem. Media już szaleją.
W głosie Dominiki pobrzmiało coś, co wzbudzało niepokój. Nuta niepewności, może nawet strachu.
– Wszystko w porządku? – spytał szybko Wiktor.
– Tak. Ale jest coś, o czym powinieneś wiedzieć.
– To znaczy?
Wadryś-Hansen na moment zamilkła.
– Dominika?
– Chyba wiem, kim jest ofiara – odparła niepewnie. – W dodatku wiąże się z nią dziwna historia.
Ton przeszedł w służbowy, co wyzwoliło w Forście automatyczną reakcję. Przełączył połączenie na głośnik, po czym umieścił telefon na stole między sobą a Osicą.
– Mów – odezwał się. – Jesteśmy z inspektorem w Moku.
– Dzień dobry – mruknął Edmund.
Wadryś-Hansen zaczęła referować wszystko, co udało jej się ustalić. Początkowo niezbyt składnie, jakby sama była zaskoczona, może nawet zakłopotana, że zaczęła grzebać w sprawie. Im dłużej jednak mówiła, tym bardziej przypominało to jej prokuratorskie relacje z prowadzonych śledztw. Zidentyfikowała ofiarę jako Andrzeja Syberta, po czym zreferowała rozmowę z przyjaciółką jego żony.
– Stara Walmina? – odezwał się w końcu Osica. – Ta przeklęta wiedźma jeszcze jest na tym świecie?
Komisarz rzucił mu krótkie spojrzenie.
– Pan to mówi? Jesteście w tym samym wieku.
– Chyba sobie dworujesz.
– Jest pan starszy?
Edmund nabrał głęboko tchu, charkocząc przy tym niepokojąco.
– W tej starowinie płynie zła krew – orzekł. – Gdyby jeszcze były sabaty na Łysej i Babiej Górze, zapewniam, że ten babsztyl by na nie latał. Nieraz słyszałem, że jakieś uroki rzuca i że zabiera krowom mleko.
– Mleko? – odezwała się Dominika.
– Żeby pani wiedziała. Jak każda czarownica. Kiedy przechodzą obok zagród, wszystkie krowy mleko tracą. Doi pani później taką krasulę, a ona sama nie rozumie, dlaczego nic nie daje.
Forst i Wadryś-Hansen milczeli.
– Ta stara raszpla ma konszachty z diabłami i innymi złymi siłami – kontynuował przejęty Edmund. – Jak się człowiek do niej zbliży, będą choroby i nieszczęścia. A jak sama weźmie go na celownik, to już nic go nie uratuje. Ma te swoje formuły, zaklęcia, jakieś zioła. Potrafi wpływać na pogodę, na plony, ściągać halnego, mącić ludziom w głowach. Raz ktoś mówił, że przez diabelskie maści zamieniła skórę jakiegoś chłopaka w skorupę.
– Rozumiem – skwitowała Dominika. – W każdym razie ta kobieta przepowiedziała śmierć Andrzejowi Sybertowi. I dwóm jego towarzyszom.
– O ile to rzeczywiście byli oni – zauważył Wiktor.
– Sprawdźmy to. Możesz mi wysłać zdjęcie twarzy?
– Mogę. Ale to niepiękny widok.
– Dam radę.
– Ty tak – odparł komisarz. – Ale zakładam, że chcesz to pokazać tej Julicie.
Odpowiedziało mu ciche westchnienie, które wystarczało za komentarz. Forst podniósł się, a potem przeszedł kawałek do miejsca, gdzie ułożyli ciało. Znajdowało się przy wejściu do schroniska, w czarnym worku. Rozsunął suwak, zrobił zdjęcie twarzy, po czym jeszcze przez moment na nią patrzył.
Miał wrażenie, że niema obietnica, którą składał, była silniejsza niż jakakolwiek, którą mógłby wypowiedzieć. Zamknął worek, po czym wrócił do głównej sali.
– Wysyłam – oznajmił.
– Okej.
Było to zbyt krótkie, zbyt dziwne „okej”, by Wiktor przeszedł obok niego obojętnie. Zazwyczaj potrafił bez trudu rozszyfrować ton Dominiki, tym razem nie.
– O co chodzi? – spytał.
– O to, że nie muszę pokazywać zdjęcia Julicie.
– Dlaczego nie?
– Bo mam tu kogoś, kto widział tego człowieka. I twierdzi, że doskonale pamięta jego twarz.
– To znaczy?
– Starą Walminę.
Forst i Osica wymienili się krótkim, zaniepokojonym spojrzeniem.
– Zjawiła się na moment przed tym, jak miałam do ciebie zadzwonić – dodała Wadryś-Hansen.
– Pani sobie żartuje.
– Nie – odparła. – Kiedy otworzyłam jej drzwi, popatrzyła na mnie tak, jakby widziała ducha. Potem powiedziała, że musi porozmawiać z Wiktorem.
W schronisku przy Morskim Oku zaległa cisza.
– Pokażę jej to zdjęcie – dodała Dominika. – Zobaczymy, czy potwierdzi.
– Czekaj…
– No?
– Co ona tam robi? Jak w ogóle…
– Nie wiem – ucięła Wadryś-Hansen. – Nie jest zbyt wylewna. Posadziłam ją w kuchni, zaproponowałam herbatę i zadzwoniłam do ciebie.
Inspektor nagle potrząsnął głową, jakby ocknął się z drzemki.
– Musi pani natychmiast ją z domu przegonić – rzucił nerwowo. – Ta kobieta niesie ze sobą…
– To niegroźna staruszka, panie inspektorze.
– Bynajmniej. To czarownica.
Forst cicho westchnął, po czym przysunął komórkę bliżej siebie.
– Sprawdź, co się da – zasugerował. – Ale jak zacznie odprawiać czary, postaw granicę.
– Jasne.
Rozłączyła się, a dwóch oficerów pogrążyło się we własnych myślach. Forst wrócił do czasów, kiedy przypadkiem trafił na Starą Walminę – choć wedle niej nie miało to nic z przypadku.
Pamiętał jej wzrok, słowa, jakąś dziwną aurę, którą roztaczała. Przepowiedziała, że po tragedii na Giewoncie jego życie całkowicie się zmieni. I że góry kiedyś go zabiorą, bo on zabrał coś im.
Chwilę później Dominika oddzwoniła.
– Według niej to on – oznajmiła.
– I tak po prostu go zapamiętała? – bąknął Osica.
– Twierdzi, że wszyscy trzej do niej przyszli i przynieśli ze sobą tyle śmierci, ile nikt jeszcze nigdy.
Wiktor wyciągnął z kieszeni paczkę Big Redów, po czym złamał gumę na pół i wsadził do ust. Zaczął powoli przeżuwać, zastanawiając się nad tym, co właściwie się działo.
– Według Starej Walminy dwóch pozostałych również zostanie utopionych – dodała Wadryś-Hansen. – W dodatku wie, kto tego dokona.
– To znaczy? – rzucił Edmund.
– Topielec.
– Hm?
Dominika na moment zamilkła.
– Demon powstały z potępionej duszy człowieka – odparła. – Żeby zadośćuczynić za swoje grzechy, musi przez siedem lat topić ofiary w akcie pokutnym.
– Niech ją pani pożegna – skwitował Osica. – Opowiada stare, bzdurne bajania.
– Słyszał pan o tym?
– O Topielcu znad Morskiego Oka słyszał każdy. Wedle legendy miał wyłonić się z wody, wejść do schroniska, ogrzać się, nie skorzystać z niczego, co mu oferowano, a potem się zmyć. Jego wyjściu towarzyszyła mgła spowijająca całą okolicę i burzowe chmury, zapowiadające nawałnicę.
Słowa przełożonego brzmiały zbyt podobnie do relacji pracowników schroniska, by Forst mógł je zignorować. Chciał dopytać o szczegóły, kiedy usłyszał w tle zachrypnięty, nieco skrzekliwy głos.
– To łon?
– Pani Walmino…
– To z nim godos.
– Tak, ale…
– Powiydz mu, ze to już.
– Słucham?
– Powiydz mu, ze go góry zabiyrom – wychrypiała staruszka. – I nigdy nie łoddadzom.
Szlak pieszy czerwony, 1400 m n.p.m.
Nemrod stał kilkadziesiąt metrów od schroniska, obserwując, jak Wiktor Forst z niego wychodzi. Komisarz ustawił się pod dachem, zapalił papierosa i głęboko się zaciągnął. Trwał w bezruchu, zupełnie nieświadomy tego, że ktoś mu się przygląda.
Mężczyzna nie sądził, by Forst mógł go dostrzec, miał bowiem na sobie zielone moro, a deszcz wciąż zacinał w kierunku budynku. Na wszelki wypadek jednak wycofał się kawałek w kierunku miejsca, gdzie Białka wpadała do Morskiego Oka. Nadal mógł bez trudu obserwować komisarza.
Co teraz zrobi Forst? Jakie kroki podejmie?
Jeśli wie już, że Andrzej Sybert zawsze jeździł w góry w towarzystwie dwóch wieloletnich przyjaciół, pewnie zacznie ich szukać. Próba namierzenia telefonów komórkowych spełznie na niczym. Policjanci skontaktują się z rodzinami, ustalą, gdzie zatrzymało się trzech mężczyzn.
Odkryją, że spali w innym miejscu niż zwykle – w domu przy Drodze na Bystre. Forst tam pojedzie, licząc na to, że porozmawia z właścicielem. Ten jednak przebywa w Krakowie, a dom otworzył turystom zdalnie. Nikt nie będzie w stanie ustalić, kiedy Andrzej Sybert wyszedł w góry.
Ani tym bardziej gdzie znajdują się jego dwaj towarzysze.
Wiktor zaciągnął się ostatni raz, zgasił papierosa na mokrej balustradzie, a potem przeciągnął się i ziewnął. Był zmęczony, najwyraźniej zerwał się zbyt wcześnie. Po chwili wrócił do środka, a Nemrod odczekał jeszcze moment, nim zaczął się zbierać. Nic tu po nim. Komisarz zaraz zjedzie z ciałem do Zakopanego, rozpoczną się czynności, których nie sposób będzie śledzić.
Nie szkodzi. Są inne możliwości, by trzymać rękę na pulsie.
Mężczyzna zebrał sprzęt, myśląc o tym, którą drogę powrotną powinien wybrać. Forst z pewnością spodziewał się, że sprawca przejdzie na słowacką stronę i szybko się oddali. Nemrod nie miał jednak zamiaru tego robić.
Planował przejść niebieskim szlakiem do Pięciu Stawów, tam przeczekać do jutra, po czym żółtym szlakiem przez Krzyżne zejść do Kuźnic. Wymknie się bez trudu, zawczasu wszystko przygotował.
Miał już odejść, kiedy zorientował się, że Forst wrócił na drugiego papierosa. Nemrod obstawiał, że tym razem dołączy do niego Edmund Osica, ale inspektor najwyraźniej wolał wygrzewać stare kości w schronisku.
Wiktor stał obrócony profilem do Nemroda, paląc w spokoju i patrząc przed siebie. Sprawiał wrażenie, jakby próbował dojrzeć coś w tej ulewie. Zobaczyć więcej, niż natura chciała mu pokazać.
Był w jego postawie element refleksyjny, melancholijny. Zdawało się, że za moment zejdzie po schodkach, stanie w strugach deszczu i tam będzie dopalał papierosa.
Nagle Nemrod dostrzegł ruch z lewej strony. Skierował tam wzrok i zorientował się, że od Drogi Oswalda Balzera nadchodzi w kierunku komisarza zakapturzona postać. Stanęła nieopodal schroniska i patrzyła na Forsta tak, jakby zastanawiała się, czy podejść bliżej. Jakby czegoś się obawiała.
Jej wahanie trwało na tyle długo, że Nemrod zdążył wyciągnąć lornetkę i przyjrzeć się twarzy nowo przybyłej osoby.
Olga Szrebska.
Nie spodziewał się jej tutaj, przynajmniej nie tak szybko.
Właściwie swojego czasu nie spodziewał się jej wcale. Po tym, co niegdyś zrobiła w górach, czekała ją powtórna odsiadka. I z pewnością trafiłaby za kraty, gdyby nie starania Dominiki Wadryś-Hansen.
Po tym, jak Szrebska ją uratowała, prokuratorka zrobiła wszystko, by zapewnić jej powrót do normalnego życia. Mimo że sama balansowała na granicy obłędu, uruchomiła wszystkie znajomości, wykorzystała wszelkie przysługi i odwołała się do każdego poświęcenia, na które musiała się zdobyć, by wsadzić za kratki Gorgana. Udało jej się doprowadzić do wycofania zarzutów wobec Szrebskiej. Praktycznie wyczyścić jej kartę.
Nemrod nie spodziewał się tak daleko idącej determinacji prokuratorki. Szczególnie wziąwszy pod uwagę, jak bogata przeszłość łączyła Olgę z Forstem. Najwyraźniej dla Wadryś-Hansen były jednak rzeczy ważniejsze niż czasy minione.
O ile w organach ścigania można było coś załatwić, o tyle w mediach nie. Żadna redakcja nie miała zamiaru wpuszczać do siebie kogoś, za kim ciągnie się podobna historia. Szrebska nie miała wyjścia, musiała złapać się tego, co niegdyś było ostatnim kołem ratunkowym upadającego dziennikarza, a teraz stało się rakietą wynoszącą ich na orbitę – YouTube’a.
Założyła kanał, relacjonowała dawne historie true crime i bieżące sprawy kryminalne. Jeździła na miejsca zdarzeń, próbowała wyciągać coś od stróżów prawa, prowadziła własne śledztwa.
Robiła to, czego niegdyś próbowała w NSI. I wychodziło jej to na tyle dobrze, że korzystała teraz z pomocy profesjonalnego researchera, miała niewielkie studio, a przede wszystkim zyskała spore grono obserwujących. Gdy Nemrod sprawdzał ostatnim razem, liczba subskrybentów przekroczyła osiemdziesiąt tysięcy.
Nie był to szczyt jej możliwości. Gdyby zrobiła użytek ze swojej przeszłości lub nagrała kilka materiałów na temat Gjorda Hansena lub Grzegorza Preissa, zyskałaby pewnie dodatkowe sto tysięcy.
Trzymała się jednak od tego z daleka. Podobnie jak teraz od Wiktora Forsta.
W końcu jednak ruszyła w jego kierunku. Nemrod skorygował ostrość. Musiał dokładnie przyjrzeć się interakcji tej dwójki.
Olga weszła po schodkach, a komisarz powoli się do niej zbliżył. Dała mu coś, niemal się nie zatrzymując. Wiktor od razu schował rzecz do kieszeni, a Szrebska się oddaliła.
Co właściwie się wydarzyło?
Nemrod powiódł wzrokiem za Forstem, który wrócił do schroniska, po czym zerknął w kierunku oddalającej się Olgi. Wracała ku Drodze Oswalda Balzera, prowadzącej w dół do Wodogrzmotów.
Intrygujące.
I wymagające sprawdzenia.
Mężczyzna ruszył za Szrebską, utrzymując bezpieczną odległość. Przy tak wściekłych opadach w zasadzie nie zachodziło ryzyko, że dziennikarka zorientuje się, iż jest śledzona. Nemrod nie robił jednak w tym fachu tak długo dlatego, że brakowało mu ostrożności. Przeciwnie.
Utrzymywał na tyle dużą odległość, że ledwo ją widział. Przypuszczał, że gdyby się obróciła, nawet bez kamuflażu byłby dla niej niewidoczny.
Przeszła kawałek, a potem nagle skręciła na żółty szlak, odbijający w lewo.
Trasa na Szpiglasową Przełęcz i Wrota Chałubińskiego. Z tego drugiego miejsca nie było gdzie przejść, ale pierwsze oferowało zejście do Doliny Pięciu Stawów.
Co miała zamiar tam zrobić? Co dała Forstowi?
Nemrod uznał, że od ustalenia tego może zależeć powodzenie całego przedsięwzięcia.
Przyspieszył nieco, nie chcąc zgubić Szrebskiej.
Schronisko PTTK Morskie Oko, 1410 m n.p.m.
Ciepło, które buchało z wnętrza, działało na Forsta odpychająco. Chciał znaleźć się z powrotem w chłodzie, nawet na deszczu. Tam czuł się lepiej, jakby ta parszywa pogoda współgrała z jakimiś melodiami w jego duszy.
Stanął w korytarzu, po czym wyciągnął telefon, który wręczyła mu Szrebska. Odblokował go podanym przez nią kodem, potem zerknął na to, co zostawiła włączone.
Przez chwilę oglądał, starając się poukładać myśli. Potem cicho westchnął i schował telefon do kieszeni. Wyciągnął swój i zobaczył, że czeka na niego wiadomość. Również od Olgi.
Przesunął wzrokiem po tekście, a potem chwycił kurtkę i narzucił ją na siebie.
– Dokąd to? – rozległ się głos Osicy. – Spacerów ci się zachciało?
– Muszę coś sprawdzić.
– Co?
– Jak sprawdzę, to panu powiem.
– Powiesz mi teraz, Forst.
– To rozkaz?
– A żebyś wiedział, do diabła.
– Odmawiam wykonania.
– Chryste na gynślołkach…
Nie czekając na dalsze obiekcje ze strony wyższego stopniem oficera, Wiktor otworzył drzwi i ruszył na zewnątrz.
– Forst!
– Zaraz wracam, panie inspektorze. Muszę się przewietrzyć, bo tu gorąco jak w kotle czarownicy.
Zamykając za sobą drzwi, komisarz słyszał jeszcze niemrawe utyskiwania Edmunda. Zaraz potem powiódł wzrokiem po okolicy, odnosząc wrażenie, że jeszcze kilka minut temu widoczność była nieco lepsza.
Zapiął kurtkę i ruszył w kierunku miejsca, gdzie lądowało śmigło TOPR-u. Zaczynał się tu niebieski szlak, który wraz z czerwonym biegł kawałek Drogą Oswalda Balzera, a potem odbijał na Świstówkę Roztocką. Przeklęte miejsce, do którego komisarz nigdy nie miał zamiaru się zbliżać.
Zamiast udać się niebieskim, skręcił na żółty. Po wejściu na ceprostradę wysłał Oldze esemesa, a potem ruszył przed siebie.
Skalne stopnie, dzięki którym szlak na Szpiglas zyskał niezbyt pochlebną nazwę, właściwie gwarantowały bezpieczeństwo. Przynajmniej w normalnych warunkach. Teraz wyślizgane kamienie stały się zagrożeniem dla kogokolwiek, kto śrubował tempo, nie zachowując ostrożności.
Forst wspinał się szybciej, niżby to robił w pełnym słońcu.
Nie mógł ryzykować.
Wiedział, że człowiek, który obserwował go na Morskim Oku, idzie teraz za Olgą.
Kimkolwiek był, wydawało mu się, że Wiktor jest nieświadomy jego obecności. Zupełnie jakby zakładał, że ma do czynienia z amatorem, a nie śledczym o sporym bagażu doświadczeń.
Szrebska skontaktowała się z Forstem krótko po telefonie od Dominiki. Oznajmiła, że słyszała, co stało się nad Morskim Okiem, i jest już blisko. Chciała nagrać materiał, próbowała wyciągnąć od Wiktora jakiekolwiek szczegóły.
Jak za starych, dobrych czasów, skwitował gorzko w myśli.
Ustaleń z rozpoczynającego się śledztwa nie przekazał, ale musiał skorzystać z jej obecności.
– Ktoś mnie obserwuje – rzucił.
– Inspektor Łasica?
– On akurat robi to nieustannie.
– Cóż, z wzajemnością.
Forst odczekał moment, zanim odpowiedział, by Szrebskiej odeszła chęć do robienia sobie żartów.
– Ta osoba przyglądała mi się, kiedy badałem zwłoki – oświadczył. – Ukryła się w kosodrzewinie po drugiej stronie jeziora.
– Chyba jednak niespecjalnie ukryła.
– Nie, wszystko było zgodnie ze sztuką.
– To jak ją wypatrzyłeś?
– Szczęśliwie – odparł komisarz. – Jak ustawialiśmy lampy, złapałem refleks światła w jego lornetce.
– I tyle?
– Raczej nie odbija się od kamieni.
– Raczej nie – przyznała Olga.
– Ale zrobię prosty test.
– Jaki?
– Wyjdę na fajkę.
– To jest zawsze u ciebie najlepsze rozwiązanie, co?
– Lepiej samemu się powoli zabijać niż pozwolić szybko zrobić to komuś innemu.
– Świetnie.
– Jeśli ktoś faktycznie mnie obserwował, to zakładam, że będzie gdzieś w okolicy.
– I tak po prostu go wypatrzysz?
– Może.
Krótki sprawdzian potwierdził to, co Forst przypuszczał. Wyszedłszy ze schroniska, oszacował, gdzie znajduje się najlepszy punkt obserwacyjny, po czym ukradkowo tam zerknął, pozorując ziewanie i przeciąganie się.
Sylwetka mężczyzny w kamuflażu moro była niemal niewidoczna. Niemal.
Forst wrócił do środka i poprosił Szrebską, by odegrała krótką scenkę, mającą zaciekawić obserwatora.
– Masz służbowy i prywatny telefon przy sobie? – upewnił się.
– Jak zawsze.
– Spróbuj jednym nakręcić tego gościa, stoi po skosie naprzeciwko wejścia do schroniska. W kierunku Białki.
– Białki?
– Potok, który wpada do Moka. Po tej stronie, gdzie jest Kapliczka Matki Boskiej od Szczęśliwych Powrotów.
Olga przez chwilę milczała.
– Może powinieneś tam zajść.
– Później – odparł. – Na razie skupmy się na przedstawieniu. Ukradkowo podasz mi ten telefon, a potem pójdziesz na Szpiglas.
– Świetna pogoda na wycieczkę.
– Otóż to. Facet ruszy za tobą, będzie musiał sprawdzić, co się dzieje i dlaczego przy takim deszczu pchasz się w góry.
– Czyli będę przynętą.
– Tylko przez chwilę – zastrzegł Wiktor. – Ruszę zaraz za nim i jak tylko wyślę ci wiadomość, zwolnisz i w końcu się zatrzymasz.
– A ty?
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Część pierwsza
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
