Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 21.07.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
KTO PIERWSZY, TEN UMIERA.
MIŁOŚĆ CIERPLIWA JEST, ŁASKAWA JEST. DO CZASU.
Prokurator, która nie chce wracać w rodzinne strony. Były gliniarz, który nie chce wracać do służby. Połączy ich przerażająca zbrodnia, o której jeszcze latami szeptać będą mazurskie wsie. Czy opowieść o Niechcianych Córkach to tylko kolejna lokalna klechda? Czy wspominane z trwogą dawne czarownice wciąż kryją się po wsiach i rzucają uroki?
Gdy zima huczy na Mazurach, a nad jeziorami niesie się wycie wilków, gdy zewsząd słychać nawoływanie śmierci, Lichy musi w końcu zdecydować, jak bardzo pragnie żyć.
Grzegorz Brudnik powraca z długo wyczekiwaną opowieścią o komisarzu Rafale Lichym, by sprawdzić, czy zagubiony człowiek może zagubić się jeszcze bardziej. W tej wędrówce przez skute lodem jeziora, przysypane śniegiem lasy i otulone zimową mgłą Giżycko towarzyszy mu wierny przyjaciel, którego czuły nos będzie dla nich jedynym przewodnikiem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 474
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Grzegorz Brudnik, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: © Jakub Magierowski
Redakcja: Anna Rozenberg
Korekta: Olga Smolec-Kmoch, Jarosław Lipski
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Magdalena Drogoś-Kraszewska
ISBN: 978-83-8441-315-9
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Seria: FILIA Mroczna Strona
mrocznastrona.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
To nieprawda, że martwe drzewa nie szumią. Snują jedynie innego rodzaju opowieść. Tam, hen, na południowym brzegu wyspy Upałty, oblepione śniegiem, pozbawione koloru korony pogrążonych w letargu starych dębów i grabów sklepiały się nad mogiłą jesieni, która przyszła za późno i odeszła za szybko. A wszak żałoba wymaga pieśni, mruczały więc o minionych miesiącach, z miłością, owszem, ale po cichu, bo uzurpatorka zima zazdrosna była o wierność swoich poddanych. Niosło się zatem epitafium, gdzieś tam, pomiędzy czubkami drzew a nocnym niebem. Tak wysoko, że mała kropeczka na bezkresnej bieli skutego grudniowym mrozem jeziora Mamry nie mogła niczego usłyszeć.
Był to mężczyzna w białym baranim kożuchu i puchatej czapce z uszami, pod którą skrywał długie i – czuł to bardzo wyraźnie – polepione potem włosy. Szedł otoczony pustką. Tak mu się w każdym razie zdawało, nie wiedział bowiem, że los, wciąż żywo zainteresowany jest jego osobą, jakby zaszycie się w mazurskiej głuszy nie było wystarczająco jasnym komunikatem, że mężczyzna nie chce już kontynuować swojej znajomości z losem. A na pewno nie z taką intensywnością jak dawniej. No ale los śmiał się do rozpuku za każdym razem, gdy ktoś się na głos łudził, że jest jego panem, toteż i tym razem obiekcjami mężczyzny się nie przejął i wysłał za nim swojego żołnierza, który powoli, ale wytrwale podążał śladem tego, co miało nastąpić.
Później mi podziękujesz – mruknął los i zajął się kimś innym.
Mężczyzna poruszał się wolno. Dochodziła dopiero czwarta nad ranem, więc miał trochę czasu, a nie nawykł jeszcze do chodzenia po lodzie. Za krótko mieszkał w tej okolicy, by wyzbyć się już tego uciążliwego przekonania, że choć to piąta noc, gdy temperatura spada poniżej minus dwudziestu stopni, każdy jego krok stanowi bezczelne wyzwanie rzucane przyrodzie, po to jedynie, by testować jej cierpliwość. Tam wcześniej, jeszcze na Kirsajtach, nie odczuwał niepokoju. Tamto jezioro znał. Mieszkał na jego brzegu w starym porcie zbożowym, opłynął cały akwen drewnianą łódką, którą pożyczył mu na czas nieokreślony bosman sztynorckiego portu, a każdej środy o świcie, w ramach reżimu treningowego, schodził do wody wprost z własnego pomostu i płynął żabką aż do Ostrowika, dawniej jednej z najpiękniejszych wysp w okolicy, ale tylko do czasu, gdy skolonizowały ją kormorany i w zaledwie jeden sezon uczyniły zupełnie martwą.
Tak. Na Kirsajtach czuł się pewnie. Ale gdy tylko minął wąski przesmyk pomiędzy Ostrym Rogiem a Kurkami i wyszedł na otwarte Mamry, i gdy ujrzał przed sobą tę bezkresną biel, cóż, prawdę mówiąc, przez chwilę wahał się, czy nie zawrócić. Zatrzymał się nawet i zapalił papierosa, by rozważyć wszystkie za i przeciw. Ale choć więcej było „przeciw”, i tak ruszył dalej. Do tego, co miało dziś nastąpić, szykował się od trzech miesięcy. Zadanie. Nic więcej tej nocy się nie liczyło.
Przystanął na moment. Potrzebował chwilę odetchnąć. Przeszedł już trzy i pół kilometra, a sprzęt sporo ważył. W dodatku łatwo go było zepsuć, a kosztował dużo, więc wędrowiec szedł trochę spięty. Wprawdzie lód był zupełnie suchy, a kolce na butach spełniały swoje zadanie, no ale weź tu przetłumacz głowie, jak już raz sobie coś ubzdura.
Księżyc – zmarzluch, przytulił się do słońca. Pojawił się na niebie godzinkę po nim, a zniknął godzinkę przed nim. Więc tej nocy nie było go na posterunku. Ale to dobrze. Kto by się chciał taplać w nędznym, odbitym blasku, skoro po dwóch dniach śnieżnej zawiei opadła w końcu gęsta, lepka kurtyna, odsłaniając surowe mazurskie niebo ponakłuwane miliardami punkcików ekspediujących na ziemię prawdziwe światło.
Cienka warstwa śniegu zaskrzypiała wędrowcowi pod butami. Skrzywił się. Pomyślał, że to dziwna noc. Niby ciemno, a jednak jasno. Niby cicho, a jednak najmniejszy szmer zdawał się nieść ponad światem jak echo jego własnych lęków. Wiedział, że nikt nie miał prawa go usłyszeć, ale dla fotografika usiłującego specjalizować się w obrazach ożywionej przyrody każdy decybel mógł stanowić różnicę pomiędzy pustym a pełnym garnkiem.
Zdjęcia robił od niedawna, a już pierwsze kupił od niego „National Geographic”. Trudno w takiej sytuacji nie popaść w samozachwyt, ale jemu się udało. Rozumiał, że to dopiero początek. Zbudował kontakty, otrzymał na zachętę wiele ciepłych słów, ale to tyle. Teraz musiał udowodnić, że jest w stanie utrzymać się z tej roboty. I ta noc fantastycznie się do tego nadawała. Tam, zupełnie już niedaleko, w koronach drzew szumiących na Upałtach spały bieliki. Wystarczyło się przyczaić, poczekać, aż wzejdzie słońce, a resztę roboty zrobią Canon i Sigma, którą, wiedział to już od dobrej godziny, taszczył ze sobą zupełnie niepotrzebnie. Ogromny obiektyw przymocowany do jeszcze większej tyczki tym razem zapewne się nie przyda. Wychodząc z domu, mężczyzna uznał, że cóż, ze sprzętem jest tak, że lepiej mieć go za dużo niż za mało. Jednak to było, zanim przeniósł go trzy kilometry po lodzie. Gdyby cały ten wysiłek miał służyć ustrzeleniu bielika, pewnie byłby opłacalny. Ale dziś mężczyzna polował na coś zupełnie innego. A raczej na kogoś.
Raróg.
Pierwszy raz usłyszał o nim od ekspedientki z Bakisty, sztynorckiego marketu, oddalonego od jego nowego domu o niespełna trzy kilometry. Wedle jej odwzorowania tamten musiał mieć ze trzy metry wzrostu i diable rogi sterczące z czaszki. Było to w połowie sierpnia, ledwie trzy dni po tym, jak się sprowadził w okolicę, a zaraz potem opowieść o Rarogu uzupełniła bibliotekarka z Pozezdrza, kilka groszy dorzucił weterynarz z Węgorzewa i nawet facet, który przyjechał, żeby mu założyć Internet, też coś od siebie dodał. Raróg. Raróg. Raróg. Tajemniczy kłusownik. Nikt nie znał jego tożsamości, nikt go nigdy nie widział. Pewnie nawet nikt by nie wiedział o jego istnieniu, gdyby nie spektakularna akcja polskich celników, którzy niespełna trzy lata temu na jeziorze Gołdap zatrzymali łódź przemytników, usiłujących przewieźć na rosyjski brzeg sześć żywych bielików. Jeden z nich wciąż miał metalową obrączkę z numerem przypisanym przez Komitet Ochrony Orłów z Olsztyna i wskazujący osobnika zimującego na Upałtach. Ornitolodzy z gdańskiego PAN-u wpadli w popłoch i zatopili się w swoich papierach, odkrywając, że faktycznie, redukcja mazurskiej populacji bielików postępuje nieco zbyt szybko jak na drapieżnika szczytowego. A potem o wszystkim dowiedziały się organizacje ekologiczne i presja wzrosła. Ale trzyletnie śledztwo nie dało żadnych odpowiedzi i w końcu je umorzono. Przemytnicy z Gołdapi, Polak i dwóch Białorusinów, dostali po sześć miesięcy odsiadki. Nie dysponowali żadną wiedzą, która mogła im skrócić wyroki. Znali jedynie pseudonim zleceniodawcy. Na okrągło powtarzali: Raróg. Raróg. A Raróg pozostał bezkarny.
Ale tylko do dziś.
Bo kiedyś, w dawnym życiu, mężczyzna wędrujący po lodzie miał doświadczenie w szukaniu takich ludzi jak Raróg, a po tym wszystkim, co go spotkało, potrzebował trochę ćwiczeń intelektualnych. Więc przeprowadził własne śledztwo. Bardzo skuteczne.
Jaromir Kowalski, zwany przez okolicznych Jaremą. Ot, dekarz z Kruklanek. Bynajmniej nie trzymetrowy, przeciwnie, mężczyzna raczej drobnej budowy, w dodatku już po siedemdziesiątce. Lubiany i szanowany. Ponoć z takich, co jak trzeba, to poczekają trochę na płatność za usługi, a dawniej, w latach dziewięćdziesiątych, był nawet wójtem gminy Kruklanki. Niech no się tylko ludzie dowiedzą, jak mroczny skrywa sekret. A dowiedzą się. Jeszcze dzisiaj.
Bo już w październiku mężczyzna wędrujący po lodzie usłyszał, że tej zimy Raróg znów zaatakuje na Upałtach. Przygotował się do tego. Wiedział, jak to będzie wyglądało. Kłusownicy zjawią się na wyspie nad ranem, rozstawią na lodzie klatki z przynętą. Zimą bieliki są mało wybredne. Wszystko potrwa kilka chwil. Ale wystarczy. Tego dnia świat po raz pierwszy zobaczy zdjęcie Raroga. Przy pracy. Z bielikiem w klatce.
Jeszcze godzina. Może półtorej.
A tymczasem dotarł w końcu do wyspy. Wtedy, w październiku, nie wiedział jeszcze, kiedy dokładnie nastąpi atak, ale wiedział, gdzie i jak. Więc na południowym, zalesionym klinie wyspy, tam gdzie wysiał się młodnik, zbudował szałas. Nic wielkiego. Dwa słupy podporowe, przywiązana do nich sznurem kalenica i cienkie żerdzie jako krokiewki, nawet nieuszczelnione, bo szałas miał chronić jedynie przed wzrokiem ciekawskich. Tyle że wszystko to trzeba było przywieźć tu na pokładzie niewielkiej drewnianej łódki. Przekonał się wówczas, że wiosłowanie przez cztery kilometry to wcale nie jest taki spacerek, jak mawiają ci, co nie mają o tym pojęcia. W dodatku musiał to zrobić w nocy. Na Upałtach wytyczono rezerwat. Nie wolno tam przebywać. Nie wolno nawet dobijać do wyspy. Gdyby ktoś go nakrył, wieść rozeszłaby się po okolicy. Raróg z pewnością by się o tym dowiedział, a był bardzo ostrożnym człowiekiem. Gotów zupełnie zrezygnować z łupów tej zimy. To by była katastrofa.
Ale udało się wszystko zachować w tajemnicy. Mężczyzna nie miał wątpliwości, że atak nastąpi po wschodniej stronie wyspy, bo na innych kierunkach było zbyt duże ryzyko, że ktoś mógłby dostrzec kłusowników z brzegu. A tam, ukryte przed wzrokiem bandytów, czekało będzie czujne oko aparatu.
Postawił w końcu stopę na lądzie i odetchnął. Lód był twardy jak skała, ale wędrówka i tak kosztowała go sporo nerwów. I teraz dopiero zdał sobie sprawę, jak mu gorąco. Przeszedł kawał drogi. Zużył mnóstwo kalorii. Zasłużył na kilka minut odpoczynku. Akurat tyle, by spalić papierosa. Albo dwa.
Ale zdołał ledwie skrzesać ogień ze starej, nieco już zużytej zapalniczki Zippo. Coś zajęczało od strony skrytego w młodniku szałasu. Jakby… Płacz? Albo pisk?
– Dlaczego zawsze to robisz? – zapytała go kiedyś kobieta jego życia. – Dlaczego po prostu nie możesz odpuścić? Co cię to obchodzi? Dlaczego wszystko musisz wiedzieć? Kiedyś przez to…
Kiedyś. To było kiedyś. A teraz jest teraz. Ale on się nie zmienił. Papieros, którego nie zdążył odpalić, złamał się podczas próby wepchnięcia go z powrotem do paczki. Mężczyzna wyrzucił obie połówki i wszedł pomiędzy drzewa. Postawił ledwie dwa kroki i wiedział już, że to o dwa kroki za daleko.
Za pierwszą linią drzew ścieliła się niewielka polanka. Właśnie tam wybudował szałas. I właśnie tam wielki stary basior w asyście pięciu akolitów, pozbawiał złudzeń młodego pretendenta. Nie tylko zresztą złudzeń. Życia również. Młody wilk leżał w śniegu z rozszarpanym podgardlem. Dychał jeszcze. Wciąż łapał powietrze, ale już tylko z przyzwyczajenia. Już tylko po to, by swą odwagą oddać cześć staremu alfie, który okazał się za mocny i jeszcze przynajmniej przez rok zachowa swą pozycję w stadzie.
Mężczyzna odruchowo chwycił aparat. Wataha jeszcze go nie zwietrzyła. Wiało od właściwej strony. To się jednak mogło zmienić w każdej chwili, a przecież, do cholery, musiał mieć to zdjęcie. Wcześniej, odpalając papierosa, ściągnął grubą rękawiczkę. Teraz zorientował się, że gdzieś mu upadła, ale to bez znaczenia. Ważne, że mógł w miarę szybko…
Nie zdążył. Naraz nastąpiło poruszenie. Akolici odskoczyli i rozbiegli się w las, wyczuwając śmiertelnego wroga. Ale nie on. Nie alfa. Ten obrócił się w stronę mężczyzny i wyszczerzył kły. Wyglądał jak demon. Musiał stoczyć niejedną walkę na śmierć i życie. Jeden z licznych rywali zdruzgotał mu żuchwę. Po prawej stronie była zupełnie pozbawiona skóry. Poszarpana kość przeskakiwała z głośnym trzaskiem, gdy odsłaniał zęby. Z prawego oczodołu zionęła pustka. A jednak dla mężczyzny było jasne, że oto kroczył ku niemu przeciwnik, który przez całe życie nikogo się nie uląkł, przed nikim się nie ukorzył i od nikogo nie doznał klęski.
Wilk sunął w kierunku człowieka, a człowieka przepełniała panika. Wciąż wpatrując się w zwierzę, postąpił krok w tył, co jednak tylko rozochociło bestię. Mężczyzna zacisnął dłonie na tyczce podtrzymującej obiektyw, jedynej broni, jaką miał w posiadaniu, tymczasem wilk pochylił się do przodu, cały ciężar opierając na przednich łapach. Czy tylko się mężczyźnie zdawało, czy prawa była trochę krótsza? Uszy. Czytał gdzieś, że zwiastunem ataku są uszy. Obracają się w stronę ofiary, dokładnie tak, jak zrobiły to teraz.
Później mi podziękujesz – powtórzył los i znów się uśmiechnął.
Coś niespodziewanie wpadło między nich, zaskakując i człowieka, i wilka. Ni to małe, ni duże, ni czarne, ni białe. I wszystko nagle eksplodowało. Ogłuszający ryk, huk splątanych ciał rozbijających się we wściekłym tańcu o drzewa. I zaraz płacz. Rozdzierający płacz przyjaciela, który wie, że choć zrobił, co mógł, to zawiódł.
– Sierść!!! – wrzasnął mężczyzna i skoczył w kierunku egzekutora, który już miał zatopić zęby w karku swojej ofiary, ale oberwał przez łeb trzydziestocentymetrowym, ważącym prawie trzy kilogramy teleobiektywem. Obudowa rozprysła się, jakby zrobiona była z lodu. Siła uderzenia zerwała korpus aparatu z tyczki, a mimo to wilk sprawiał wrażenie, jakby zupełnie tego nie poczuł. Mężczyzna runął z góry na wilka i korzystając z tego, że zwierz był chwilowo zajęty czymś innym, oplótł mu ręce wokół szyi.
– Uciekaj! – wycharczał, choć nie wiedział nawet, czy jego pies jeszcze żyje. – Sierść! U… Uciekaj!!!
To był bardzo dobry chwyt. Mężczyzna zainwestował w niego nie tylko całą swą siłę, ale i całą miłość do jedynej istoty na świecie, która mu jeszcze pozostała. I być może nawet by mu się udało. Być może zdławiłby bestię. Jednak i bestia miała swych wiernych towarzyszy. Początkowo zlęknieni, teraz w bojowym szale, jeden po drugim akolici wyskakiwali spomiędzy drzew, rzucając się na istotę, która ośmieliła się powalić dowódcę. Mężczyzna poczuł, jak zęby tną jego ręce, nogi i klatkę piersiową. Wrzasnął z bólu. Instynkt go oszukał. Zażądał, by bronić twarzy, a by to zrobić, mężczyzna musiał puścić alfę. A ten natychmiast wykorzystał okazję. Na ledwie mrugnięcie powieki przywarł do ziemi, a potem odbił się od niej, mięśnie zagrały idealnie i tym razem sięgnął człowieka dokładnie tam, gdzie należało. Prosto w gardło. Szarpnął wściekle, wyrywając coś pyskiem, nie mógł wiedzieć co, ale nie miało to znaczenia. Bo już był otumaniony krwią. Gorącą, lepką, wspaniale smakującą. I zwiastującą kolejne zwycięstwo.
Niewielkie zakrwawione nie wiadomo co podjęło jeszcze jedną próbę obrony swojego przyjaciela. Wszak, choć stracił już ucho, wciąż jeszcze miał serce. Ujadając wściekle, wbiegł w sam środek watahy, raz doskakując do jednego, za chwilę do zupełnie innego, trochę wzbudzając popłoch, a trochę zainteresowanie. Wataha zafalowała, to się rozstępowała, to znów zacieśniała, bo żaden z jej członków nie potrafił podjąć decyzji, czy zakończyć żywot tego śmiesznego krzykacza, czy raczej powinien to zrobić dowódca. Tak, być może dowódca. Za momencik. Gdy skończy już swoje zadanie.
A zadanie już prawie było skończone. Mężczyzna upadł na kolana i ujrzał krew uderzającą o śnieg. Dużo krwi. Poczuł, jak ucieka z niego ciepło. Obraz przed oczami mu się rozedrgał i stracił nasycenie. Nie widział już kolorów. Krew była czarna. Rozpływała się po śniegu jak tusz, którym najpierwszy poeta zapisywał właśnie ostatnie strofy poświęconej mu elegii. Dzieło było niemal gotowe. Wystarczyło posypać papier garścią piachu, by atrament się nie rozmazał, i można było deklamować.
Głowę rozrywał mu ból. Chciał się obrócić, chciał sprawdzić, co się dzieje z psem, ale nie mógł, bo zajęty był umieraniem. Rozejrzał się odruchowo, usiłując ją wypatrzyć. Śmierć, starą przyjaciółkę. Tyle już razy machała do niego. Tyle już razy wyciągała w jego kierunku dłoń. Jednak nie tym razem. Nie po tym, co ostatnio zaszło między nimi. Nie po tym, gdy się od niej odwrócił, gdy wyznał, że już jej nie pragnie. Wówczas przestała się pojawiać. I naraz bardzo samotne stało się umieranie.
Klik, klik, klik.
To palce bezwiednie zacisnęły się na spuście aparatu wciąż zwisającego mu z szyi. Klęczał pochylony, maleńki, bezbronny. Klęczał, jako trofeum przed alfą, drapieżnikiem szczytowym, istotą, którą pokonać mógł tylko czas, a ten jeszcze nie nadszedł. Klik, klik, klik. Niech powstanie z tego chociaż zdjęcie. Będzie potem wisiało w galeriach. Spójrz – powiedzą – to zdjęcie ostateczne. Dzieło skończone. Ostatnie w życiu.
Klik, klik, klik.
I jeszcze jakiś dźwięk. Nie bardzo już je potrafił rozróżniać. Ale śnieg pomiędzy nim a mordercą naraz eksplodował. Wilk się spiął. Tyle jeszcze mężczyzna zdążył zarejestrować. I znów coś dziwnie rozbrzmiało. I znów śnieg uderzył go w twarz. Stracił resztki sił. Ręce, którymi się podpierał, utraciły sztywność. Ale upadając we własną krew, zrozumiał jeszcze, że to były strzały. Że ktoś strzelał. Alfa też to zrozumiał. Miał w sobie niezwykłą hardość. Po pierwszym strzale zaledwie wzmógł czujność. Po drugim jednak rozwiał się wśród drzew, a wraz z nim cała wataha.
I znów jakieś dźwięki. Głuche. Dudniące. To były słowa.
– Tutaj! Tutaj! – krzyczał ktoś, kto stał blisko. Bardzo blisko. Mężczyzna nie mógł się już poruszać, ale ktoś go chwycił za kożuch, gdzieś przesunął, jakoś obrócił.
– To ten fotograf – zawibrował jakiś inny głos, zrozumiały, choć zupełnie już niepodobny do ludzkiego.
– Naprawdę? No proszę. Czyli ktoś nas jednak sprzedał.
– Jarema, zabierajmy się stąd.
– On umrze.
– I dobrze – powiedział jeszcze ktoś inny. – Problem z głowy.
– Nie zostawię go.
– Jarema…
– Zabierzcie jego aparat i zmywajcie się stąd… No, przyjacielu. Słyszysz mnie? Halo? Rzuciłeś się z gołymi rękami na Skąpobrodego. Jesteś więc szalony. A szaleni nie umierają.
– Zamkną cię – powiedział ktoś.
– Idźcie już – warknął Jarema.
A potem długo, długo była cisza.
– Słyszeliście? – huczały potem okoliczne wsie. – Tam przy Upałtach na lodzie śmigłowiec lądował!
– Słyszeliście? – huczały potem okoliczne wsie. – Banda Skąpobrodego znów się panoszy na jeziorach!
– Słyszeliście? – huczały potem okoliczne wsie. – Ten nasz stary dobry Jarema, to się Rarogiem okazał!
320 DNI PÓŹNIEJ
Dzień 1
Gdyby ktoś spoglądał z boku, mógłby pomyśleć, że to sama Pani Jesień przybyła doglądać swych włości. Stała tam, na pirsie wilkaskiego portu, nóżka przy nóżce, w granatowym wełnianym płaszczyku i grubych czerwonych rajstopach. Rude włosy ukryła, acz niezbyt skutecznie, pod przekrzywionym nieco beretem z jakiegoś modnego materiału i o jakimś modnym wzorze. Podziwiała wysiłki szaleńca, który mimo sztormowej pogody, tak typowej na Mazurach pod koniec listopada, przecinał swą dziewięciometrową łodzią rozfalowaną taflę jeziora Niegocin. Był niemal na wyciągnięcie ręki, może ze sto metrów od brzegu, najwyraźniej kierując się w stronę Kanału Niegocińskiego.
– Kto to? – zapytała starego mężczyznę, o długiej i burzliwej historii życia wymalowanej na twarzy. Słowem, o czerwonych wypiekach, zapewne trochę od wiatru i chłodu, zapewne w większości jednak od innych rzeczy. Wiedziała już, że mówili na niego Bolesław.
– A tego to nikt nie wie – odparł rybak, a drugi, nieco młodszy, wzruszył tylko ramionami.
Obu przed chwilą spotkała w portowej knajpie, potem ona przyszła na pomost odetchnąć świeżym powietrzem, oni odetchnąć powietrzem zatrutym.
– Kręci się po jeziorach od jakiegoś czasu – dodał Bolesław, zaciągając się przedostatni raz.
– Ale łódź ma piękną – zauważyła dziewczyna. – To chyba dużo kosztuje.
– Może i tak.
– I nie widać nazwy na dziobie. Proszę pana, czy można pływać łodzią bez nazwy na dziobie?
– Może i można, może i nie można – odparł Bolesław, najwyraźniej niezadowolony, że trafiła mu się konwersacja. – Ciemno jest. Dwudziesta trzecia przecież. To i nie widać. Gdyby nie był oświetlony, to by go panienka w ogóle nie widziała. I gdyby pogoda była ładniejsza, to też nie.
– Gdyby była ładniejsza, to chyba właśnie by go było lepiej widać – zaprotestowała dziewczyna.
– Gdyby była ładniejsza, to by płynął środkiem jeziora, zamiast przeciskać się tutaj. Ląd osłania od wiatru.
– A to jest chyba ten, co go rok temu wilki poszarpały na Upałtach – powiedział drugi mężczyzna, młodszy nieco od Bolesława.
– Myślisz, Maciuś? – Bolesław podrapał się po czole, tuż poniżej daszka znoszonej, czerwonej bejsbolówki. – Chyba jednak nie. Tamten to pono nie wyżył.
– Wyżył, wyżył – wtrącił się jeszcze ktoś inny, kto najwyraźniej też potrzebował zapalić.
– Ta, ty akurat wiesz, czy wyżył – rzucił kąśliwie Bolesław i dziewczyna pojęła, że on i nowo przybyły nie darzą się przesadną sympatią.
– A właśnie wiem – nie odpuszczał tamten. – Bo mój szwagier ma bufet w szpitalu w Olsztynie. I mówi, że wyżył, tylko mu psa wilki zagryzły.
– A gówno prawda – uciął Maciuś. – Bo ja znam weterynarza z Węgorzewa i mówił mi, że pies przeżył. Tylko ma ten… No, ucho ma odgryzione.
– Mówił ci, że pies przeżył, a czy jego pan przeżył, to już ci nie powiedział? – zakpił nowo przybyły.
– A ja tam nie pytałem. – Maciuś machnął ręką, bo przecież faktycznie nie pytał. Co on, baba, żeby plotki roznosić? – Zimno, jasna cholera, chodźmy do środka, bo nam Krysia rachunek zamknie i już się nie napijemy.
– No – zgodził się nowo przybyły i ruszyli w stronę brzegu.
– A panienka? Co tak panienka sama? – zainteresował się Bolesław. – Ja, proszę wybaczyć, panienki nie znam, a znam tu wszystkich. Pewnie panienka na rajd przyjechała, mam rację?
– Na rajd. Tak – powiedziała dziewczyna, usiłując jeszcze dostrzec kontury białego Stillo 30, które jednak już się zmieszało z mrokiem.
– A, no tak myślałem. Pewnie chłopaka szuka. Poprzyjeżdżali tu szczeniaki, będą nam wsie rozjeżdżać.
– A już nie gadaj, Bolek – obsztorcował go Maciuś, który widząc, że kolega jeszcze się do knajpy nie zbiera, też został na pomoście. – Bo sam pamiętam, jak się zawsze fascynowałeś Kormoranem.
– Prawdziwego Kormorana już nie ma.
– To jest prawdziwy Kormoran – oświadczyła stanowczo dziewczyna, pierwszy raz spoglądając na starca. – Wznowiony, ale prawdziwy.
– A bo panienka faktycznie wie cokolwiek na ten temat! Jak Kormoran jeździł, to o panience ptaszki jeszcze nie ćwierkały. Kormoran? Jesienią?
– A właśnie, że bywał jesienią! – nie odpuszczała ruda.
– Ale wczesną. A nie… – Bolesław zatoczył ręką okrąg, zupełnie bez sensu, bo i tak niewiele było widać.
– To prawdziwy Kormoran. A jak się panu nie podoba, to nie musi pan kibicować! – oznajmiła i tupnęła nogą.
Do cholery – pomyślał Bolesław. – Ona tupnęła nogą.
Zaśmiał się. Maciuś też. I ruda w końcu też się zaśmiała. Fajny był ten staruszek. Miał pewnie z dwieście lat, ale zaglądając mu w oczy, dostrzegła, że maszyneria wciąż jeszcze krzesze w nim iskry. Poza tym nigdy nie widziała z bliska tak długiej i gęstej brody. Wprawdzie całkowicie siwej i nieprzesadnie czystej, ale cóż, to mu dodawało jakiegoś mazurskiego uroku. Wyglądał jak dziadek, o jakim marzyła całe dzieciństwo. Prawdę mówiąc, wyglądał bardziej jak dziadek niż jej prawdziwy dziadek, którego poznała dopiero niedawno.
Tymczasem na pomoście nagle zrobiło się tłoczno. To był pewnie pierwszy dwudziesty ósmy listopada w historii świata, gdy po dwudziestej trzeciej w porcie Wilkasy spacerował ktoś inny niż tylko nocny stróż, wróć, agent ochrony. Wszystko zmienił odradzający się po latach w niebycie Rajd Kormoran. Nietypowy, bo jesienno-zimowy, i w dodatku po drogach wokół Giżycka, ale sentyment fanów motorsportu obudził zwykle senną o tej porze roku okolicę. I choć był dopiero wtorek, w Wilkasach już wrzało, bo właśnie tu, niespełna pięć kilometrów od Giżycka, w porcie Centralnego Ośrodka Sportu Akademickiego urządzono pierwszą bazę dla załóg. A pani Krysia, właścicielka restauracji, z doświadczeniem w gastronomii sięgającym jeszcze paleozoiku, uznała, że to nie czas, żeby się wygłupiać na austriackich stokach, skoro pieniądz sam się pcha do kieszeni. Nie próżnowali też lokalni aktywiści, ci sami, którzy przed przeszło dziesięciu laty doprowadzili do tego, że Rajd Kormoran usunięto z eliminacji Rajdowych Mistrzostw Polski i na kilka lat zmienił się w lokalne amatorskie ściganie, a potem zniknął zupełnie. Ci już od miesiąca wystawali pod giżyckim ratuszem i zasypywali media społecznościowe prośbami, groźbami, odezwami, manifestami i czym tam jeszcze. Tutaj też już byli, ale szybko wyprosiła ich ochrona rajdu.
No i ruda znów została sama, bo ci, co przyszli, zaraz zaczęli się witać z Bolkiem i Maćkiem i zaraz były te wszystkie: „A jak tam zdrówko, Boleczku?” i „Chlapnijmy sobie na rozgrzewkę, Maciuś”. Faktycznie, aura nie rozpieszczała. Komórka rudej pokazywała ledwie sześć stopni powyżej zera. Dziewczyna troszeczkę dygotała, a wcześniej nawet zastanawiała się, jak to jest, że najwyraźniej tylko ona marznie. No to poznała odpowiedź. Zresztą Bolek, jak na dobrego dziadka przystało, wyciągnął w jej stronę zdobyczną flaszkę, ale uśmiechnęła się tylko i pokręciła głową.
– Ach, panienka pewnie niepełnoletnia – zaśmiał się stary i wrócił do niedokończonego, a może po prostu niekończącego się wątku snutego przez jednego z towarzyszy.
Panienka była pełnoletnia, choć ledwie od dziesięciu miesięcy. Po prostu wolała nie wiedzieć, co się we flaszce starego znajdowało. Nie wyglądało jak cokolwiek, co znała, choć przecież i przed osiemnastymi urodzinami lubiła w tej materii poeksperymentować ze znajomymi. No właśnie. Ze znajomymi. A tu była sama.
I naraz wszystko się zmieniło. To musiał być huk wystrzału, i to całkiem blisko. Gdzieś na jeziorze. Rozmowy urwały się w pół słowa i już nigdy nie miały być dokończone.
– Co to było? – zapytał ktoś.
– Strzał? Ale skąd?
– Ktoś coś widział?
– Tam, patrzcie tam!
Jakiś wyrostek z piwem w plastikowym kubku, z pewnością nie dość dokładnie zweryfikowany przez panią Krysię w kwestii wieku, wskazywał paluchem kierunek. Wiele par oczu podążyło za tym wskazaniem. Przez długie sekundy nikt jeszcze niczego nie potrafił dostrzec, ale wszyscy już słyszeli hałas pracującego silnika.
– Gdzie on jest? – dopytywał Bolek. – Widzi go ktoś?
– No tam! Tam! – krzyknął znowu wyrostek. – Nie widzicie? Na prawo od Ptasiej.
Jeden z drugim potaknęli, ten i ów zapewniali teraz, że owszem, widzą. Widzą na pewno. Wprawdzie wyspa, którą miał właśnie mijać sprawca całego zamieszania, leży pół kilometra od brzegu, ale coś tam faktycznie majaczyło. Łajba była oświetlona. I nie byle jaka.
– To chyba Mazurska Pani – zawołał Maciek. – Tak, na pewno!
– Od Romana? – dopytywał ktoś.
– Tak mi się wydaje.
Teraz już wszyscy widzieli pękatą Futurę 40, walczącą z rozfalowanym Niegocinem. Łódź płynęła w ich kierunku, lecz jezioro rozgniewane było tym, że znów ktoś mu przerywa jesienny wypoczynek. Całe lato nosiło na barana rozentuzjazmowanych poszukiwaczy wrażeń, tuliło do snu tych uzależnionych od aktywności fizycznej i tych drugich, uzależnionych od czegoś innego, całe lato udostępniało każdemu, kto chciał, swe ciało i energię, spłukiwało z nich osad dnia codziennego, nagromadzony przez cały rok, pobierało smary i oleje, śmieci i nieczystości. Nie narzekało. Było tam, uśmiechało się i nikomu nie odmawiało gościny. Ale, do cholery, robota została wykonana i teraz stary dobry Niegocin nie był już taki dobry. Teraz chciał odpocząć, a nie niańczyć tych, co to samych siebie uważali za zbyt wyemancypowanych, by z motłochem współdzielić jeziora. No to się wzburzył, wyzłośliwił, schwycił łódkę w szpony i dalejże nią machać w tę i z powrotem, spychać z kursu, rzucać bałwany pod dziób, rozbryzgiwać się na szybie sterówki. Tyle dobrze dla sternika, że Futura to łódź motorowa i nie ma żagla, bo to by mu dopiero stary dobry Niegocin pokazał. Oj, pokazałby.
A że niewątpliwie starcie samotnego wodniaka z pragnącym samotności jeziorem było dość spektakularne, bo dziób Futury to wyskakiwał z wody, to znowu niemal zupełnie pod nią znikał, ci, co stali rozproszeni na pirsie, teraz zebrali się w jednej linii, blisko siebie, pokrzykując ni to do siebie, ni do śmiałka, ni Niegocina.
– W lewo! W lewo kręć! – krzyczał jeden.
– No znosi go, widać, że pierdoła jakaś – dodał inny.
– To Mazurska Pani, co się dziwisz? – zapytał Bolesław. – Romek to wypożycza byle komu.
– O Jezusie, no walnie! – krzyknął naraz Maciek i wtedy dopiero reszta zdała sobie sprawę, że łódź owszem, idzie nie po kursie, że owszem, ściąga ją na sterburtę, ale silnik pracuje pełną parą.
Ci, co stali najbardziej po lewej, zaczęli machać rękami do sternika. Dziwne, tacy niby doświadczeni, tacy jeszcze przed chwilą szybcy w ocenach, a nie rozumieli, że dla wodniaka port w Wilkasach był jedną wielką plamą światła. Nie miał szans ich dostrzec. Widział tylko to, co wyznaczały boje. A teraz sunął wprost na główny pomost sąsiedniego Portu PTTK. Tam już było prawie pusto. Prawie. Przy pirsie, od zewnętrznej strony bujały się dwie Antile z położonymi masztami. Leciwe łajby jutro miały powędrować po slipie na brzeg, by przespać zimę w kołyskach pod grubym, cieplutkim pledem. Ale z tego na pewno nic nie będzie.
Gdy stało się jasne, że katastrofa jest nieunikniona, wiele par butów roztuptało się po deskach pomostu. Czy to parszywa, ludzka ciekawość zwyciężyła? Czy może chęć niesienia pomocy? W porcie u turystów nikogo nie było, nie to, co tu, u akademików. Ale choć pirsy obu portów dzieliło ledwie trzydzieści metrów, to przecież licząc po wodzie. Latem jeden czy drugi pewnie by wskoczył do jeziora, ale teraz? Woda miała ze trzy stopnie. Więc rzucili się biegiem ku brzegowi, potem plażą i dalej, na sąsiednią przystań.
Będzie z pół kilometra – pomyślał Bolesław, który nie pobiegł z innymi. Biodro. Namawiały go doktory na operację. Podobno coś tam, coś tam, proszę ja ciebie, z panewką, czy innym cholerstwem. Chrystusie, biodro mu chcieli wymieniać. Kto to widział? I po co mu to niby? Boli, to boli. Starego musi boleć. A tak? Po operacji rehabilitacja, Bóg jedyny wie jak długa. Pewnie mu się zemrze, nim znów będzie mógł normalnie chodzić. Co to, to nie! Nie ma mowy!
Za to ruda pobiegła, ba, przewodziła stawce.
Młode to… – Bolesław westchnął w myślach, bo przypomniał sobie, że sam też kiedyś był młody. I, tak samo jak tę sikorkę, przegoniły go po świecie ciekawość i potrzeba wtykania nosa w nie swoje sprawy. Wyszedł na tym, jak wyszedł. Ale nigdy nie żałował.
A potem usłyszał wrzaski ludzi. Wielu. Powyłazili z knajpy, zaalarmowani nawoływaniem. Tego, co zobaczył, nie zapomniał do końca swych dni, których zresztą było więcej, niż przewidywał. Bo choć na Mazurach spędził wszystkie sześćdziesiąt jeden kompletów pór roku swojego życia, choć pływał wszystkim, od kajaka po wycieczkowiec Żeglugi Mazurskiej, choć bujał się na każdym jeziorze, na które dało się wpłynąć, a i na kilku takich, gdzie się nie dało, to takiej kolizji jeszcze nie widział. Masywna, rozpędzona Futura rozniosła na strzępy nieszczęsną Antilę, łamiąc jej laminatowy kadłub wpół. Fendery popękały jak skorupki ślimaków pod butem nieuważnego lub nie dość wrażliwego przechodnia, knagi jedna po drugiej oderwały się od pokładu, nim pękły cumy. Relingi powyginało jak spinacze w rękach pracownika biurowego z naddatkiem kortyzolu. Maszt złamał się i wylądował w wodzie. Wszystko trwało tylko chwilę, bo zaraz pod wpływem brutalnej napaści Antila wjechała pod pomost i błyskawicznie zatonęła. Ta druga miała więcej szczęścia, choć kosz dziobowy na pewno będzie miała do wymiany, zresztą, zapewne z całym dziobem, bo uderzenie wyrwało z burt mocowania.
Tamci dobiegali już na miejsce. Najszybszy był smarkacz od Krzętków, ten, co ojca ma dobrego, ale o ciężkiej ręce, i z pewnością by mu się za te dwa wypite piwa oberwało. No ale to właśnie on jedną ręką trzymając się balustrady, drugą łapał już reling Futury, żeby nie odpłynęła. Zaraz dobiegło do niego jeszcze dwóch, jeden przeskoczył na mocno zmaltretowany dziób i udało mu się przejąć linę cumowniczą, wciąż sklarowaną i wiszącą na powyginanym relingu. Kto się nie znał, mógłby pomyśleć, że Futura mężnie zniosła wypadek i po kilku pracach kosmetycznych w przyszłym sezonie wróci na wodę. Kto się nie znał, mógłby tak pomyśleć. Ale młody Krzętek się znał. Miał już piętnaście i pół roku i swoje na jachtach motorowych z ojcem przepływał. A silnik, nim całkowicie zgasł, zacharczał tak rozpaczliwie, że aż chłopcu uderzyły do oczu łzy. Niewątpliwie przesunęło się łoże silnika, a skoro tak, to zapewne wał też się rozosiował.
Taka świetna łajba – rozpaczał w duchu chłopak.
Nawet się nie zorientował, że na pokład wskoczyli już kolejni. Ktoś w końcu przypomniał sobie o sterniku i pobiegł sprawdzić, czy żyje.
– Kurwa! Kurwa! – dobiegło ze sterówki. – Chłopy! Chłopy!
Pobiegli tam, choć było to trochę problematyczne. Futura stała przodem do pomostu, a pokład dziobowy miała połamany. Trzeba było uważać, żeby stopa nie wpadła w jakąś dziurę, co w najlepszym wypadku skończyłoby się skręceniem lub zwichnięciem stawu skokowego.
Ruda też w końcu dobiegła. Cóż, może i była młoda, ale też trochę rozpuszczona. No ale nie jej wina, że wychowanie fizyczne w jej liceum prowadziło pięciu nauczycieli na zmianę, więc co tydzień mogła być niedysponowana. Komu by się chciało nosić strój i przebierać w tych paskudnych szatniach? Trochę jej teraz brakowało kondycji, a gdy dotarła, nad portem niosły się już krzyki i wołanie o pomoc.
– Nie wchodź tam! – zawołał jeden z mężczyzn, gdy łapała za reling. – To nie widok dla…
Naprawdę myślał, że ją w ten sposób zniechęci? Trochę się bała, bo dziób Futury jest wysoki i ciężko na niego wskoczyć. Ale podołała, a potem po dziurawym pokładzie, wzdłuż nadbudówki dotarła do rufy, a z niej do sterówki. Zaaferowani mężczyźni teraz dopiero ją dostrzegli. Jeden nawet ruszył w jej kierunku, ale co miała zobaczyć, to już zobaczyła. A raczej, zobaczyła, czego miała nie zobaczyć.
Na podłodze sterówki, w kałuży krwi leżał mężczyzna. Ruda pomyślała, że wygląda niezwykle dojrzale, choć przecież był młody. Widać spoważniał w majestacie śmierci. Skroń przedziurawiła mu kula. Na pewno kula, bo pistolet leżał kawałek dalej.
– Samobój – stwierdził młody Krzętek, który już wcześniej, tam, w knajpie u pani Krysi, wypatrzył rudą i zaraz mu się spodobała. Teraz prężył się przed nią, a każda część ciała zdolna do przekazywania komunikatów niewerbalnych krzyczała coś w rodzaju: Nie martw się, maleńka. Ja cię obronię.
Smarkacz – pomyślała dziewczyna. Ale wiedziała, dlaczego mężczyźni podejrzewali samobójstwo. Koło sterowe przypięte było plastikową opaską do kabla radiostacji. Nic bardzo trwałego, ale wystarczyło, by zablokować koło na zaplanowanym kursie.
– Chciał to zrobić spektakularnie – dodał ktoś. – Strzał w łeb mu nie wystarczył.
– Ale chyba nie aż tak spektakularnie – odpowiedział ktoś inny. – Marny sternik. Nie przewidział, że prąd go tak zniesie.
– W nas by przypierdolił – zauważył Krzętek, najwyraźniej będąc jeszcze w tej fazie dojrzewania, w której wierzy się, że przekleństwa dodają męskości.
Ruda przewróciła oczami. A potem…
– Słyszycie to? – zapytała i mężczyźni zaraz umilkli, nastawili uszu i zamrugali oczami, jakby to mogło w czymkolwiek pomóc.
– E… – wydukał Krzętek, który wprawdzie nic nie słyszał, ale gotów był jej przyznać rację we wszystkim, byle jeszcze raz na niego spojrzała.
– Nic nie słyszę – powiedział ten, który pierwszy wskoczył na jacht. – Moment! Dziewczyno, co robisz?
A ona, stąpając na palcach, o milimetry dosłownie minęła plamę krwi i przesunęła się w stronę zejścia do przedniej kajuty.
– Tam coś gra! – szepnęła do siebie i na moment znikła pod pokładem.
– Hej! Niczego nie dotykaj! – rzucił ktoś nieco bardziej przytomny.
– Mam rękawiczki! – odkrzyknęła.
I chyba coś podniosła, bo teraz już wszyscy to usłyszeli.
Och, taka smutna melodia…
Bębenek musiał być nierówny. Kolce już mocno zużyte. Grzebień poluzowany. Sprężyna nie tak elastyczna jak dawniej. Melodia płynęła trochę nierówno, bez wątpienia pozytywka, która ją odgrywała, miała już swoje lata. Ale wciąż tak wspaniale nuciła o miłości, że młodemu Krzętkowi oczy się spociły. Ruda zapisała mu plusik.
– Pozytywka? – zapytał ktoś.
– Nie – odpowiedziała dziewczyna. – Niezupełnie.
Pokazała im malutką czarną kostkę wykonaną z plastiku, z wbudowanym w jeden z boków głośniczek.
– Ech… – Krzętek westchnął rozczarowany, no bo co to za gówno, do cholery? Przez chwilę było tak romantycznie. Znaczy… No, oczywiście na tyle romantycznie, na ile mogło być w takiej sytuacji.
– Jakiś magnetofon? – dopytywał Maciek. Zaskoczył rudą, bo zdawało jej się, że został na pomoście z Bolesławem.
– No w każdym razie jakiś rodzaj odtwarzacza – stwierdziła dziewczyna.
– Połóż to na fotelu sternika – polecił trochę starszy mężczyzna o twarzy ozdobionej sumiastymi wąsami. Wyglądał na kogoś ważnego w tym towarzystwie, więc ruda nie protestowała. Facet zresztą przypilnował, by na pewno spełniła jego żądanie. A potem rzucił: – A teraz wszyscy wynocha. Policja już jedzie i nie będziemy jej przeszkadzać. A jak mi jutro gdzieś wypłyną zdjęcia na Facebookach, czy innych tych, no… Jak to się…
– Instagramach – podpowiedziała ruda.
– …to łby wam poukręcam, jasne?
– Jasne, jasne… – odpowiadali jeden przez drugiego, wychodząc na pokład, bo przecież nikt się z sołtysem kłócił nie będzie.
Tymczasem mężczyzna stojący na pace swojego pick-upa zaparkowanego w zatoczce autobusowej przy samym porcie, schował lornetkę do pokrowca. Dużo kosztowała. Zeskoczył z auta i wsiadł za kierownicę. Nim ruszył, wybrał numer.
– No i co tam, synu? – zapytał męski głos.
– Mamy spory problem.
Dzień 2
Podkomisarza Dariusza Rybaka nazywano po prostu Rybakiem. Oczywiście tylko wtedy, gdy mógł to słyszeć. W innym wypadku wołano za nim Shrek. Wiedział o tym i nie był z tego zadowolony. Czy to jego wina? Za aparycję mógłby podziękować ojcu, gdyby skurwysyn jeszcze żył, bo wyglądał dokładnie tak samo. I fakt faktem, jednego i drugiego od popularnego ogra z bajki odróżniało tylko jedno: kolor skóry. Ale w sumie jeszcze gorzej miał aspirant Jacek Lewandowski, partner Rybaka. Za nim wołali Osioł. Oczywiście tylko ci, co nie mieli czasu na szerszą refleksję. Bo Osioł ze Shreka był dobry i mądry, a Lewandowski…
Rybak miał jeszcze jeden przydomek, którego nie znosił tak samo, jak poprzedniego. Bezręki Darek. To również wynikało wprost z jego cech fizycznych. Otóż Rybak miał tak wielkie łapska, że nie pasowały na nie żadne lateksowe rękawiczki. Dlatego na miejscu zbrodni był jak bez rąk. Niczego nie podnosił, niczego nie dotykał, niczego nie przesuwał.
I teraz też tego nie robił, więc obowiązek przejrzenia wszystkiego, co zgromadzili na miejscu zbrodni, przypadł Lewandowskiemu. Zresztą, jak na razie, niewiele tego było.
Rozkaszlał się. Lekarz mu ostatnio powiedział, że powinien rzucić. Odkrywca, psia jego mać. Rybak wiedział o tym od dawna. Po prostu nie umiał i nie chciał. Poza tym, jak tu rzucić, skoro człowiek całe życie chodzi wkurwiony? Zaciągnął się więc, spoglądając na ponury Niegocin. Pomyślał, że jezioro zdawało się obrażone. Szumiało, owszem, ale tak jakby w drugą stronę. Jakby stało plecami do podkomisarza, żeby przypadkiem nie musieć na niego patrzeć, a już zwłaszcza z nim rozmawiać.
Futurę przeholowano do wewnętrznego portu, żeby nie przeszkadzała w akcji wydobywczej. Kilka metrów od pomostu tańczyła na falach Luba, łajba starego Nieczui. Jak na mazurskie standardy ogromna. Trzydzieści jeden metrów długości, sześć i pół szerokości i ponad metr zanurzenia. Największy niepasażerski statek w całym województwie. No dobra, nie licząc Elbląga. Najstarsi mazurscy żeglarze twierdzili, że kiedyś, na początku lat siedemdziesiątych, kiedy jeszcze nazywała się inaczej i wykonywała inne zadania, wyglądała ładnie i nawet miała jakiś kolor. Dziś niewiele na to wskazywało. Była to maszyna z rodzaju tych, na które osiemdziesiąt procent ludzkości spogląda z obrzydzeniem i odczuwa potrzebę wzięcia prysznica nawet po przeglądaniu jej zdjęć, za to pozostałe dwadzieścia oddałoby wszystko, by móc chociaż raz wleźć na pokład. Rybak należał do tych pierwszych. Uważał, że ten złom już dawno powinien trafić na żyletki, ot choćby z litości i w uznaniu zasług. A tych było wiele. Trzeba było wydobyć jakiś wrak? Luba. Holowanie? Luba. Prace budowlane? Luba. Prace nurkowe? Luba. Rozbijanie lodu? Luba, bo był to jedyny lodołamacz na całych Mazurach. A jeszcze, choć Rybakowi ciężko było w to uwierzyć, czasami służyła nawet jako statek wycieczkowy.
No a teraz stała tutaj, w wilkaskim porcie. Nieczuja siedział w sterówce i chyba coś czytał, a na pokładzie rufowym kręciła się ekipa nurków, z firmy, która, choć zajmowała się wydobywaniem zatopionych łodzi, sama swojej nie miała. Bo po co, skoro bardziej opłacała się umowa z Nieczują?
Gdzie ten cholerny prokuratorzyna? – wściekał się w myślach Rybak. Jeszcze moment i będą dwie godziny, jak tu wrasta w pomost. Dlaczego to tak długo trwa? Mają może największą sprawę w okolicy od lat, a Zakrzewski nie potrafi sześciu kilometrów przejechać w akceptowalnym czasie. Rybak lubił prokuratora. Oczywiście o tyle, o ile to było możliwe w przypadku tak skomplikowanej relacji służbowej. Ale, do diabła, od dwudziestu minut układał sobie wyjątkowo kąśliwe powitanie, którym uraczy tego lenia.
– A słyszałeś, że Zakrzewski zrobił sobie zęby? – zaśmiał się Lewandowski, który uznał najwyraźniej, że już odbębnił, co do niego należało, i też mu się należy papieros. Miał trzydzieści trzy lata, o pięć mniej od Rybaka i najwyraźniej jeszcze nie rozmawiał z lekarzem o swoim stanie zdrowia, bo palił nawet więcej od swojego partnera.
– Co sobie zrobił? – Rybak sprawiał wrażenie, jakby nie dosłyszał.
– Zęby. Implanty. Ponoć wygląda jak nowy człowiek. Nowy Zakrzewski.
Lewandowski się zaśmiał. Rybak nie. Wiadomo, żarty mogą czasami rozładować napiętą atmosferę, ale nie po przekroczeniu punktu wrzenia. A Rybak zagotował się już dawno.
– No to kiedy będzie ten nowy Zakrzewski? – zapytał tak agresywnym tonem, że ktoś nieco bardziej wrażliwy od Lewandowskiego, ot, choćby gipsowy ogrodowy krasnal, mógłby odebrać to jako formę mobbingu.
– A nie wiem. Mietka pytaj.
– Nie będzie go – odparł podkomisarz Mieczysław Kaflik, ich lokalny technik, z którego się śmiali, że wyglądał bardziej jak podstarzały rockman niż policjant. – Olsztyn przejmuje sprawę.
– Co? Skąd wiesz? – dociekał Rybak.
– Właśnie dzwonił Liczman. Jedzie tu do nas inny prokurator. A raczej inna.
– O Jeeezu – mruknął Lewandowski, nawet bardziej od Rybaka znany z niechęci do kobiet w wymiarze sprawiedliwości. – Kto?
– Prokurator Ewa Chmurny.
– No nie żartuj. Rybak, słyszałeś?
Rybak nie słyszał, bo prowadził akurat proces analityczny. Zastanawiało go, dlaczego naczelnik Liczman zadzwonił do Kaflika, a nie do niego. W końcu to on prowadzi tę sprawę. Wyczuwał kłopoty. Wszystko układało się w jedną całość. Zmiana prokuratora, naczelnik unikający z nim kontaktu. Z pewnością ma to związek z tym, co się wydarzyło ostatnio na komendzie. Ale, do cholery, chyba nie podejrzewają go, że…
– Rybak! – obudził go Lewandowski.
– Co?
– Chmurny będzie badać tę sprawę. Babochłop.
– Babochłop? O czym ty mówisz?
– Nie słyszałeś? No ta lesba z Olsztyna. Podobno straszne babsko.
– Chmurny? Ewa?
– No tak.
Rybak się skrzywił. Tego mu jeszcze brakowało.
– Znasz ją? – zainteresował się Lewandowski.
– Chmurny… Chmurna po prostu – odpowiedział podkomisarz. – Chodziłem z nią do jednej klasy w liceum. Chmurny… Co to za durna moda z tym przekręcaniem nazwisk?
– Jest w porządku?
– W porządku? Nie, nie jest w porządku.
– Nie?
Rybak westchnął. Świetnie. Po prostu świetnie. Wspaniała noc.
– Posłuchaj, Jacuś. Prokurator Ewa Chmurny to po prostu Ewka Chmurna, dziś nobliwa paniusia z wielkiego miasta, w rzeczywistości wychowała się w Monetkach, w dawnym PGR-ze.
– Jakaś patologia.
– Jej stary był prokuratorem w Polsce Ludowej, a potem trafił na śmietnik historii. Sam sobie odpowiedz dlaczego. A mimo to ona zawsze się uważała za lepszą. Już wtedy, w liceum, powtarzała, że jedyne, o czym marzy, to wyjechać z tego zadupia.
– U, Giżycko dla niej za małe?
– Poza tym jest gruba i brzydka.
Lewandowski zarechotał. Teraz weszli na rejestry, które potrafił zdekodować. Rybak zamknął oczy. Pretensjonalna prokurator i partner – prostak. Tym na dziś była jego kariera. Ale przecież to on rzucił ten durny tekst o grubej babie. Dlaczego? Jeszcze dziesięć lat temu w życiu by sobie na to nie pozwolił. Co z tego, że Ewka miała nadwagę? Boże, jak bardzo słabym człowiekiem się stał? Jak bardzo prymitywnymi narzędziami do budowy i obsługi własnej konstrukcji mentalnej obecnie dysponował? Tyle dobrego, że jeszcze potrafił to jednoznacznie ocenić. Nie miał wątpliwości, że za kolejne dziesięć lat już potrafił nie będzie. Ale, do diabła, czy to była jego wina? Nie prosił o takie życie, jakie stało się jego udziałem. Nikt by nie prosił. Wielu by nie przyjęło. On przyjął. I to musi mieć konsekwencje.
Rzecz w tym, że prokurator nie była ani gruba, ani brzydka. Niska, owszem. Można powiedzieć, że bardzo drobna. Przyjechała niespełna kwadrans później, bynajmniej nie jakimś szczególnie prestiżowym autem, a zwykłą czerwoną Octavią w wersji kombi. Nową wprawdzie, ale dzisiaj wszyscy mieli nowe samochody. Wyglądała zupełnie inaczej, niż ją zapamiętał. Lepiej, cholera jasna, to na pewno. Już nawet nie chodziło o to, że po nadwadze nie pozostał nawet ślad. Najwyraźniej jej uroda musiała dojrzeć. Twarz bez makijażu, a mimo to wyglądająca młodo. Włosy blond, chyba krótkie, ale ukryte pod kapturem. No, niech będzie, ta pikowana kurteczka to na pewno trochę kosztowała.
– Prokurator Chmurny, Prokuratura Okręgowa w Olsztynie. Wydział Śledczy – przywitała się raczej formalnie i nie podając ręki. – Pan…?
– Podkomisarz Dariusz Rybak. Chyba już byliśmy kiedyś na ty.
– Naprawdę?
– Chodziliśmy do jednej klasy w liceum…
– Nie pamiętam. I proszę wybaczyć, nie skracam dystansu w kontaktach służbowych.
– Oczywiście… – Uśmiechnął się, choć wewnątrz płonął.
Czym sobie zasłużył na to, że cały świat traktował go jak gówno na bucie? Spojrzał na Lewandowskiego, ale nie miał szans na jakiekolwiek wsparcie z jego strony. Aspirant doświadczał właśnie krytycznej awarii systemu poznawczego. W jego mniemaniu nie tak powinna wyglądać „lesba” i „babochłop”. Jeśli nawet nie jest gruba, jeśli nawet nie jest brzydka, to cholera, chociaż włosy powinna mieć różowe, niebieskie albo coś. No, te takie różne… Znaki? Żeby się mogły jakoś namierzać wzajemnie. A tu nic. Normalna babka. Lewandowski nie umiał sobie z tym poradzić. Rybak z kolei z każdą chwilą odczuwał coraz większą irytację.
– Można wiedzieć, dlaczego prokurator Zakrzewski już nie prowadzi sprawy? – zapytał, wciąż jeszcze siląc się na spokój.
– Prokurator Zakrzewski ma inne zadania. Czy to panu przeszkadza?
– Owszem. Przeszkadza. Wykonaliśmy już sporo pracy przy poprzednim zdarzeniu, a teraz…
– A teraz wykona ją pan jeszcze raz. Proszę mi wierzyć, podkomisarzu, nie prosiłam o to. Ale skoro już jesteśmy na siebie skazani, to zapewniam, że wyegzekwuję od pana chęci do pracy.
Teraz nawet Lewandowski zauważył, że powietrze, mimo iż nie było przesadnie zimno, zdecydowanie za dobrze przenosi drgania. Przyjęło się, że podkomisarzy nazywa się po prostu komisarzami. Ot, drobnostka. Wyraz szacunku. Chyba że się szacunku okazywać nie chciało. Chmurny z pewnością o tym wiedziała. Wyglądało na to, że przyjechała tu tak samo uprzedzona do nich, jak oni do niej.
– Oczywiście – wycedził Rybak.
– Mam informację, że policja z Giżycka podejrzewa zabójstwo. Dlaczego?
– Dlaczego? A to nie jest oczywiste? Czy pani w ogóle czytała akta?
– Panie podkomisarzu, zajmuję się tą sprawą od dwóch godzin, z czego półtorej poświęciłam na dojazd. Więc postąpimy na jeden z dwóch sposobów. Albo mnie pan szybko wprowadzi, a ja potem siądę do papierów, żeby uzupełnić wiedzę i przygotować postępowanie. Albo ja teraz wrócę do auta, siądę do papierów, przygotuję postępowanie, a pan sobie poczeka na tym pomoście sześć godzin, aż skończę. No? Więc jak będzie?
Rybak nie odpowiedział. Przynajmniej nie słowami. A ona nie miała zamiaru prowadzić bardziej szczegółowej kwerendy na temat jego komunikacji niewerbalnej. Uznała, że sprawa załatwiona. A pytanie już zadała i nie zamierzała powtarzać. Każdy rzut oka na tych dwóch utwierdzał ją w przekonaniu, że ani trochę się nie pomyliła, uciekając lata temu z tej koszmarnej krainy wieśniaków. No ale raz jeszcze zmuszona była spojrzeć na Rybaka. Tym razem postarała się, by było to spojrzenie wymowne. Zrozumiał.
– Dobrze, pani prokurator. Od początku. Mamy tutaj mężczyznę zidentyfikowanego jako Karol Przoniak, lat dwadzieścia sześć. Znaleziony na łodzi wyczarterowanej od przedsiębiorstwa MaYa Cruises. Świadkowie słyszeli strzał, a następnie łódź wbiła się w pomost portu Wilkasy PTTK. W głowie dziura po kuli. Zabezpieczyliśmy broń. Pistolet Stoeger, dziewiątka. Numery oczywiście wytarte. Znaleźliśmy też łuskę. Pocisk prawdopodobnie tkwi w czaszce ofiary, ale to oczywiście potwierdzi lekarz sądowy.
– Który jest gdzie?
– A skąd mam to wiedzieć? Niech pani prokurator sama ustali. Ja już dawno przekazałem wezwanie. Jeszcze nie dojechał.
– Proszę dalej.
– Dwudziestego pierwszego listopada nad ranem, to jest tydzień temu, mieliśmy identyczne zdarzenie. No, nie. Nie identyczne. Podobne. Tam ciało również znaleziono na łodzi, tym razem jednak wysztrandowanej na dzikiej plaży w Giżycku. Pani prokurator miejscowa, to z pewnością wie gdzie. Ofiarą był obcokrajowiec. Kadim Al Jassmi. Obywatel Jemenu. Lat dwadzieścia cztery. Obrażenia identyczne. Znaleziono przy nim broń. To był Glock 17, pociski takie same. Numery wytarte. Łódź inna. Le Boat Consul z dwa tysiące pierwszego roku.
– Trochę jednak za mało, żeby mówić o pozorowanym samobójstwie – zauważyła prokurator.
– Proszę za mną – rzucił Rybak i ruszył w kierunku przycumowanej do pomostu Futury. – Tylko ostrożnie. Pokład jest połamany.
– Mazurska Pani? – Chmurny zmarszczyła brwi.
– Nie podoba się pani prokurator ta nazwa?
Nie skomentowała. Bo czy faktycznie jej się nie podobało? Nie, chyba nie o to chodziło. Ona po prostu nienawidziła jachtów. Boże, ile się w Olsztynie nasłuchała. „Jak to, jesteś z Giżycka i nie pływasz?”No tak. Właśnie tak. Nie pływam, bo to idiotyczne. Co niby jest przyjemnego w tym, żeby się dać zamknąć na kilku metrach kwadratowych, gdzie na zmianę jest za gorąco albo za zimno, a podróż z punktu A do punktu B trwa pół dnia, choć samochodem można by było w niespełna godzinę? Jasne. Była raz czy dwa ze znajomymi, jeszcze jak mieszkała w Giżycku. Chyba raz. Za dnia jej się chciało rzygać, bo źle znosiła bujanie, a wieczorem chciało jej się rzygać, bo źle znosiła picie.
Weszli na pokład, który faktycznie miał masę dziur. Chmurny nie czuła się tu pewnie, bo jacht wyglądał, jakby miał zaraz zatonąć, no ale przynajmniej ekipa wydobywcza była na miejscu. Jezioro się rozhuśtało, to i pokład spod nóg uciekał. Raz straciła równowagę i gdyby jej Rybak nie przytrzymał, wywinęłaby orła. Mimo to syknęła na niego, żeby przypadkiem nie próbował jej znowu dotykać.
Przeszli na rufę. Przeszklone drzwi do sterówki były otwarte. Przy zwłokach pracował jakiś mężczyzna.
– Podkomisarz Mieczysław Kaflik – przedstawił się. – Technik. Rozumiem, że pani prokurator.
– Dobrze pan rozumie. Ewa Chmurny. Prokuratura Okręgowa w Olsztynie.
– Pokaż pani prokurator jego tatuaż – polecił Rybak.
Kaflik rozchylił koszulę ofiary.
– Niezbyt wyszukane – stwierdziła Chmurny.
Tuż nad lewą piersią, tam, gdzie przyjęło się twierdzić, że człowiek ma serce, choć w rzeczywistości jest ono pośrodku klatki piersiowej, widniała niewielka, ale ozdobna literka „A”.
– Identyczną miał Al Jassmi. W obu przypadkach wygląda to na świeży tatuaż. Mamy też to. – Wyciągnął rękę w stronę Kaflika, a ten sięgnął do torby i podał mu zamknięty w plastikowym woreczku czarny sześcian.
– Co to? – zapytała prokurator.
– Proszę nacisnąć. Tam jest taki guziczek.
Chmurny poobracała przedmiot w dłoni i faktycznie, po chwili zlokalizowała przycisk. Włączyła urządzenie, z którego natychmiast popłynęła melodia.
– Brzmi jak nagranie z jakiejś pozytywki – powiedziała.
– Zgadza się – przytaknął Rybak. – Al Jassmi miał dokładnie taką samą.
– Była włączona?
– W obu przypadkach. Mam na myśli to, że gdy znaleziono zwłoki Al Jassmiego, takie urządzenie leżało obok jego prawego kolana. Było włączone. Grało. A dziś też grało. Znaleziono je trochę dalej, na schodach pod pokładem, ale trzeba pamiętać, że ta łajba solidnie wyrżnęła o pirs.
– Rozumiem, że to nie jest to samo urządzenie.
– Nie. Tamto zostało zabezpieczone przez prokuratora Zakrzewskiego.
– W porządku. To jednak nadal nie dowodzi zabójstwa.
– Nie? – Rybak się zdziwił.
– Nie. Oczywiście zabójstwo jest prawdopodobne, ale to mi nie wystarczy. Przecież możemy mieć do czynienia na przykład z jakimś rytualnym samobójstwem. Bywały już takie przypadki.
– Rytualnym samobójstwem? Pani prokurator…
– Dowody, podkomisarzu Rybak. Dowody.
– Na dłoniach Al Jassmiego nie znaleźliśmy śladów prochu strzelniczego.
– Tutaj też nie – dodał Kaflik. – Dokładnie sprawdziłem. Ręce Przoniaka są czyste. Powiedziałbym nawet, że za czyste.
– To znaczy? – chciała wiedzieć prokurator.
– Mało na nich krwi jak na człowieka, który sobie strzelił w łeb.
Chmurny zawahała się. To nieco zmieniało postać rzeczy, ale nie chciała jeszcze odpuszczać.
– To wszystko? – zapytała.
Rybak milczał chwilę, bo też jeszcze nie był gotów, by zaakceptować Ewkę z Monetek jako gospodarza śledztwa. Nie żeby ktokolwiek go pytał, no ale jasne było dla niego, że albo ją sobie szybko ustawi, zupełnie tak samo, jak zrobił to z Zakrzewskim, albo za chwilę to ona ustawi sobie jego, a do tego nie mógł dopuścić. Mimo to powiedział w końcu:
– Myślę, pani prokurator, że tu się odbywały jakieś zawody.
– Proszę rozwinąć.
– O obu ofiarach było głośno w ostatnich miesiącach. Przoniak na początku października przepłynął jezioro Śniardwy od Okartowa do Popielna. To prawie siedemnaście kilometrów. Obok płynęła łódź, ale głównie po to, żeby nagrywać wyczyn. Chwilę później, a ściślej cztery dni później, Al Jassmi skoczył ze spadochronem z diabelskiego młyna w giżyckim porcie.
– A to w ogóle możliwe? Tam jest… Ile?
– Trzydzieści cztery i pół metra – powiedział Rybak. – Właśnie dlatego można to uznać za wyjątkowe osiągnięcie. Dwóch facetów, dwa rekordy, dwie łódki, dwa pistolety, dwa tatuaże, dwie pozytywki. To na pewno nie jest przypadek.
– Z tym się mogę zgodzić. – Chmurny roztarła ręce, bo właśnie się zorientowała, że zmarzła. – Dlaczego ta kierownica jest przypięta?
Rybak obrócił się za wskazaniem jej palca.
– Jeszcze tego nie wiemy. Na pewno po to, żeby zablokować kurs i wycelować łódką w nabrzeże.
– A tu nie ma jakiegoś autopilota, czy coś?
Rybak się uśmiechnął. Nawet jeśli tego nie chciał, wyszło z szyderstwem.
– Pani prokurator. To nie samolot.
– No dobrze. Coś jeszcze?
– Jedna rzecz odnośnie do Al Jassmiego. Na początku listopada wdał się w bójkę… No, właściwie w prawdziwą bitwę. Z jednej strony Al Jassmi i kilkoro jego znajomych, z drugiej żołnierze z Zawiszy.
– Z Zawiszy?
– Przepraszam. Z 15. Giżyckiej Brygady Zmechanizowanej imienia Zawiszy Czarnego. Myślałem, że pani pamięta.
– Semper paratus – wtrącił Kaflik i puścił oko do Rybaka. Obaj prawie się zaśmiali.
– I co z tą bójką? – Chmurny musiała widzieć tę ich szczeniacką komunikację, ale ją zignorowała.
– Zaczęło się w lokalu na promenadzie, jakoś przed północą. A potem sytuacja eskalowała i bijatyka przeniosła się na miasto. Trwało to wszystko dobre cztery godziny. Awanturę zakończyło dopiero przybycie prewencji z Ełku. W pewnym momencie biło się ze sobą dobre czterdzieści osób, w różnych częściach miasta. Co ciekawe, nikt nie zgłosił zapotrzebowania na pomoc medyczną.
– Typowe. Zawinęliście kogoś?
– Zatrzymaliśmy ponad dwadzieścia osób. Oczywiście nikt nic nie wiedział, każdy tam był przypadkiem. W tej grupie było sześciu obcokrajowców. Dwóch przekazaliśmy Straży Granicznej i zostali wydaleni z kraju. Pozostali, w tym Al Jassmi, wyszli po kilku godzinach. Większe problemy miał tylko jeden z żołnierzy, który, jak się okazało, miał przy sobie służbową broń. Ale nim się zajęła Żandarmeria Wojskowa. Dostał jakieś tam zarzuty. Nie wiem, czy go przypadkiem nie wydalono.
– Proszę mi przekazać jego dane. Będę chciała z nim porozmawiać.
– W porządku.
– Czy to oznacza, że ten Al Jassmi przebywał w Giżycku w ramach jakiejś większej grupy?
– W ramach grupy krwiopijców.
– Nie rozumiem.
– Już tłumaczę, pani prokurator. Wygląda na to, że Al Jassmi był bardzo bogatym młodym człowiekiem. Nawiasem mówiąc, Przoniak też, i to kolejna rzecz, która ich łączy. No więc rozumie pani. Tam, gdzie jest dużo pieniędzy, jest też wielu kolegów i jeszcze więcej koleżanek. A tam, gdzie jest wiele koleżanek, tam jest jeszcze więcej kolegów. I to raczej tego typu towarzystwo było. Z tych sześciu obcokrajowców dwóch było obywatelami Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a reszta to Ruski.
– Próbowaliście z prokuratorem Zakrzewskim namierzyć jakichś bliskich ofiary?
– To jest bardzo trudne. Jak wspomniałem, Al Jassmi był obywatelem Jemenu. Tam jest wojna. Kanały komunikacji praktycznie nie istnieją. Dyplomacja tylko na papierze. Nie mamy żadnych informacji o ofierze, a co dopiero o jej rodzinie. Generalnie to nawet nie ma chętnych, żeby odebrać ciało.
– Macie inwentaryzację z łodzi Al Jassmiego?
– Wszystko, co do niego należało, zostało opisane, sfotografowane i zabezpieczone w magazynie dowodowym prokury.
– A skąd wiedzieliście, co do niego należało?
– Nie rozumiem.
– To była, jak rozumiem, wynajęta łódka.
– Nie. Kupił ją po przyjeździe na miejsce. Ale przecież wyposażenie ma standardowe. A to, co należało do…
– Nie wiecie, co do niego należało – ucięła Chmurny. – Tak jak i nie wiecie, co należało do Przoniaka. Więc proszę wykonać pełną inwentaryzację. Łącznie z elementami wyposażenia.
– Ale po co? To są setki, jak nie tysiące rzeczy.
– To lepiej szybko zacznijcie, bo chcę to mieć jak najszybciej. I naprawdę, podkomisarzu, niech pan nie pyta po co, dobrze? Bo ta nasza krótka znajomość i tak już skutkuje tym, że mam o panu nienajlepszą opinię. A z każdą chwilą jest coraz gorzej.
– Świetnie. To może niech sobie pani zażyczy innego śledczego. Tylko zwracam uwagę, że wybór jest niewielki.
– Proszę o inwentaryzację. Na jutro. Mamy coś jeszcze? Czy kończymy?
– Mamy coś jeszcze – wycedził Rybak. – Ale to już w restauracji.
– Dlaczego w restauracji?
– Bo czeka tam na panią dwóch świadków. Możemy iść?
Gdy wyszli ze sterówki, okazało się, że pada coś w rodzaju śniegu. Ponoć Lapończycy mają trzysta słów określających śnieg, ale ten tutaj niewątpliwie nazwaliby by tak samo, jak zrobiła to w myślach prokurator Ewa Chmurny. Czyli jebanym białym gównem. W dodatku temperatura spadła i teraz szorowała brzuchem po ziemi. iPhone Ewy pokazał trzy powyżej zera, ale dawno już zauważyła, że te głupie aplikacje pogodowe potrafią sobie dodać jeden czy dwa stopnie.
Tym razem szła, trzymając się powyginanego relingu, by przypadkiem nie dać Rybakowi szansy na kolejne macanki. W porządku. Wiedziała, że to niesprawiedliwe. Że poprzednio zareagował odruchowo, bo nie chciał, żeby zrobiła sobie krzywdę. Ale co z tego, skoro odczuwała do niego coraz większą niechęć. Nie chodziło już nawet o twarz czy sylwetkę. Nie chodziło o to, że w każdym jego słowie wyczuwała pogardę dla niej jako kobiety pełniącej funkcję, z którą on się musiał liczyć. Przede wszystkim przypomniał jej te wszystkie rzeczy, których nienawidziła tak bardzo, że postanowiła wyjechać z Giżycka.
Patrzyła na niego i widziała faceta, który mimo pokracznej aparycji mógł się kobietom podobać, gdyby nie to, że najwyraźniej nie podobał się sam sobie. Być może miał kiedyś marzenia, ale nie odważył się po nie wyciągnąć ręki. Faktycznie chodzili razem do klasy? Tak, tak… Był taki…Ona ledwo go zapamiętała, tak bardzo jest przezroczysty. Jak zresztą wszyscy tutaj. Jak ona sama w dawnych czasach. Jej najczarniejszy strach: że jeśli tu zostanie, to na zawsze stanie się przezroczysta.
Restauracja to może było za dużo powiedziane. Raczej coś w rodzaju połączenia pubu ze stołówką. W każdym razie ogrzewanie działało, więc wiatr hulający po wnętrzu przynajmniej był ciepły. Goście, którzy przybyli tu z ekipami rajdowymi, dawno poszli spać. Albo policja ich przegoniła, bo zbyt wielu z nich wykazało tendencję do machania wszędzie telefonem. Wiadomo, że w razie wypadku w pierwszej kolejności trzeba nagrać filmik na TikToka. Za barem też już nikogo nie było. I tylko przy narożnym stoliku siedziało dwóch starszych mężczyzn. Pili piwo, bo niby co innego mieliby robić.
– No wreszcie, panie komisarzu – jęknął ten odrobinę starszy. – Miało być chwilę.
– Prokurator Ewa Chmurny – przedstawiła się prokurator Ewa Chmurny. – A panowie to?
– Wilga Bolesław – powiedział ten odrobinę starszy.
– Grzesiuk Jan – powiedział ten odrobinę młodszy.
– Boluś, powiedz pani prokurator to, co mnie.
– E, tak, tak. Chodzi o to, że tam łódka płynęła. W sensie tutaj, pomiędzy portem a Ptasią.
– Kiedy?
– No właśnie wtedy. Znaczy się, jak ten wypadek był. Może z minutę wcześniej. Albo dwie. Coś koło tego, no nie patrzyłem przecież na zegarek. Ale pomyślałem se, że może chłop coś widział, czy coś. A może to on strzelał?
– Pan wie, kto to był?
– Nie, no skąd.
– To skąd pewność, że to mężczyzna?
– A kto niby? Za przeproszeniem pani, kobitka? W taką pogodę? Tu by wielu chłopa na wodę nie poszło, a co dopiero… No, ale, proszę wybaczyć staremu. W każdym razie to na pewno chłop był, bo my go widujemy czasem, tylko nie wiemy, kim jest. Z widzenia, znaczy się, znamy. I z plotek jakichś.
– Jakich?
– No, że wilki go napadły zeszłej zimy. Takie tam. Psa ma. I tę łódkę. Mieszka gdzieś na północ od Sztynortu, bo go ludzie czasem widują, jak tam pod mostem płynie.
Ewa spojrzała na Rybaka, a ten rozłożył ręce.
– Nie mam pojęcia, kto to – przyznał.
– Spróbuj ustalić. A pan, panie Wilga, to zauważył kiedyś, jak się ta łajba nazywa?
– Ja prawie ślepy. Znaczy, widzę generalnie, ale literek to już nie bardzo. No, co wiedziałem, to powiedziałem. Poszedłbym już, bo do domu daleko.
– A gdzie pan mieszka?
– No tu, w Wilkasach, ale na Przemysłowej. To prawie dwa kilometry, nie?
– Proszę jeszcze chwilę poczekać. Pan podkomisarz pana odwiezie – zaproponowała i spojrzała na Rybaka. Policjant pokiwał głową.
– A pan? – zwróciła się do Grzesika.
– Ja to nic, tylko…
– Mów, Janek. To ważne – powiedział Rybak, a Ewa odnotowała w myślach, żeby zapytać go później, czy naprawdę jest po imieniu ze wszystkimi starymi pijakami w okolicy.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
PROLOG
ROZDZIAŁ 1
ROZDZIAŁ 2
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Meritum publikacji
