Na Pomorzu. Zanim wróci echo win t.1 - Marlena Wittstock - ebook
NOWOŚĆ

Na Pomorzu. Zanim wróci echo win t.1 ebook

Wittstock Marlena

0,0

28 osób interesuje się tą książką

Opis

Nad brzegiem Raduni, rzeki skrywającej sekrety minionych lat, zaczyna się opowieść o winie, miłości i odwadze.

Gdy w przeddzień ślubu zostaje zamordowany Ignacy Dobrowolski, życie trzech kobiet zmienia się nieodwracalnie. Pogrążona w żałobie Antonina, by ratować rodzinny majątek, musi podjąć decyzje, które nie są zgodne z tym, co podpowiada serce. Matylda buntuje się przeciw narzuconym rolom i coraz wyraźniej czuje, że śmierć Ignacego nie była przypadkiem. Rozalia dźwiga złamane serce i tajemnice, które mogą zniszczyć je wszystkie.

W cieniu pruskich reform, narastających napięć narodowych i nadchodzącej wojny dawne lojalności pękają, a granica między tym, co słuszne, a tym, co konieczne, staje się coraz mniej wyraźna.

Zanim wróci echo win to pierwszy tom nowego cyklu Na Pomorzu autorki bestsellerowej trylogii Pewnego razu w Wolnym Mieście. Marlena Wittstock z niezwykłą delikatnością snuje historię o kobiecym doświadczeniu wojny, straty i samotności. Kreśli portrety kobiet szukających własnej drogi w czasie, gdy upada stary świat.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 405

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna M. Wojewoda-Damasiewicz

Zdjęcia na okładce

© aberrantrealities | 123rf.com

© nikahgeh | 123rf.com

© Serhii Psarov | Depositphotos.com

Redakcja

Agnieszka Luberadzka

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

Korekta

Magdalena Gonta-Biernat

Agnieszka Luberadzka

Konsultacja języka kaszubskiego

Anna Kamińska

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice 2026

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

[email protected]

www.szaragodzina.pl

Tekst ©Marlena Wittstock

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2025

ISBN 978-83-68674-51-4

Książka o siostrach musi być dla siostry:

Helenie – mojej siostrze z wyboru, serca i duszy.

Za wiarę, wsparcie i inspirację.

Prolog

Prusy Zachodnie, Pomorze, 1912 r.

Błysk.

Grzmot.

Krople deszczu bębniły o taflę Raduni, tworząc tysiące kręgów rozszerzających się po jej powierzchni. Rzeka, która przez wieki poruszała koła młynów, rozżarzała ognie kuźni i mełła sekrety okolicznych wsi, teraz wzbierała i burzyła się, niespokojnie rozbijając o kamienie i konary, jakby przeczuwała, że nadciąga coś złego.

Kolejny błysk i kolejny grzmot, tym razem bliższy, głębszy, rozdzierający noc.

Ścieżka, którą pędził jeździec, biegła skrajem zalesionego zbocza i stromo opadała ku korytu Raduni. Nieco dalej uchodziła do niej Reknica, niewielka struga o wartkim nurcie, która po ulewie potrafiła wezbrać gwałtownie. Był to odcinek między starym młynem a groblą; niebezpieczny nawet za dnia, szczególnie zdradliwy po deszczu.

Gniady koń parskał nerwowo, wyczuwając zagrożenie, ale nie zbaczał ze ścieżki. Wiedział, że pan nie trzyma wodzy dla zabawy i że dziś nie wolno się potknąć.

Było ciemno. Za ciemno. Las jakby wstrzymywał oddech. Zazwyczaj wypełniały go pohukiwania sów, a między zaroślami szurały jeże lub kuny. Tym razem panowała martwa cisza. Jakby wszystkie zwierzęta ukryły się przed burzą.

Trzeci błysk. I znów huk.

Jeździec przeczesał mokre włosy. Poczuł, jak deszcz spływa mu po karku. Wełniany płaszcz, zamówiony w gdańskim zakładzie przy Długiej, nasiąkł wodą i przykleił się do ciała. Mimo to mężczyzna nie zwalniał. Nie chciał się spóźnić.

Spotka się z nim i wszystko wyjaśni. Ta sprawa zbyt długo kładła się cieniem na każdym jego geście, każdym spojrzeniu. Nie da się dłużej szantażować. Powie, co musi, i odjedzie. A jutro stanie w kościele – z podniesionym czołem, wreszcie wolny. Choćby miał za to zapłacić więcej, niż kiedykolwiek przypuszczał. Nawet jeśli w głębi serca czuł, że nie wszystko da się tak po prostu zostawić za sobą.

Pewny swojej decyzji, wyprostował się w siodle i popędził konia. Poczuł ulgę. Uwierzył, że wszystko się jeszcze ułoży. Że jutro naprawdę zacznie się nowe życie.

Nagle, gdzieś z boku, pękła sucha gałąź. Ktoś był w pobliżu. Koń drgnął, parsknął ostro, spróbował się cofnąć. Jeździec natychmiast napiął wodze. Serce zabiło mu szybciej. Poczuł na sobie czyjś wzrok – ciężki i palący. Odwrócił głowę i dostrzegł wśród drzew sylwetkę. Płaszcz. I błysk. Nie broni, lecz pierścienia. Sygnetu na moment oświetlonego przez błyskawicę. Jakże mógł go nie rozpoznać? Tylko jedna rodzina miała w herbie dwugłowego orła.

Usłyszał krótki, zdławiony krzyk. A potem strzał. Echo odbiło się od skalnego urwiska, jakby sam las chciał powtórzyć ten śmiertelny dźwięk. Po strzale coś przemknęło między drzewami. Zbyt szybko, by to rozpoznać. Z gardła jeźdźca wyrwał się zduszony jęk. Pocisk przebił pierś niczym rozżarzony pręt. Ból eksplodował i rozlał się falą po całym ciele. Ciepła krew wsiąkała w jedwabną koszulę – tę samą, którą kazał sobie uszyć na ślub.

Koń zarżał i stanął dęba. Świat się zachwiał. Jeździec próbował szarpnąć wodze, ale zdrętwiałe palce odmówiły posłuszeństwa. Nie utrzymał się. Zsunął się z siodła, a po sekundzie poczuł pod plecami błoto i śliskie kamienie. Spadał wprost ku rzece. Uderzenie wody było jak cios – zimny, brutalny, odbierający oddech. Ciało zamarło w szoku, niezdolne do ruchu ani myśli. Spróbował się wynurzyć. Ręce bezwładnie walczyły z nurtem. Płuca paliły, jakby zaraz miały eksplodować. Prąd Raduni był zbyt silny. Wciągał go w głąb, w wiry między ostrymi głazami, które znał od dziecka.

Nie tak miało być. Nie w tej rzece, nie tej nocy. I wtedy niespodziewanie zobaczył jej twarz. Uśmiechała się. Tak samo jak wówczas, gdy widział ją ostatni raz. Przestał walczyć. Radunia pochłonęła go bez śladu. Cisza wróciła, ale inna niż przed tragedią. Była gęsta, drżąca. Jakby coś się skończyło.

Na sosnowej gałęzi zwisającej nisko nad rzeką przysiadł kruk. Zakrakał krótko, chrapliwie. Raz. Drugi. Wpatrywał się w wodę nieruchomymi ciemnymi oczami.

Jakby wołał świadków.

Jakby chciał zapamiętać to miejsce i to, co się przed chwilą wydarzyło.

Jakby wiedział, że to dopiero początek.

Rozdział 1

Nina

Antonina zmierzała przed siebie, słysząc tylko szelest traw i łagodny szmer poranka. Rosa osiadała na jej butach, po czym wsiąkała w materiał, ale kobieta była zbyt pochłonięta wspomnieniami, by to dostrzec. Jedną ręką przytrzymywała brzeg czarnej, żałobnej spódnicy, a drugą szal, którym się otuliła, gdy wymykała się z domu. Choć maj dobiegał końca, chłód przenikał przez cienką tkaninę, wywołując dreszcze. Wiatr rozwiewał kosmyki jej ciemnobrązowych włosów, które zwykle spinała gładko, lecz tym razem pozwoliła im na swobodę, jakby zapomniała o porządku, do którego przywykła.

Kroki same zaniosły ją nad rzekę. To właśnie tu, trzy lata temu, wśród wysokich traw Ignacy przyklęknął z pierścionkiem w dłoni. Do dziś czuła na skórze ciepło jego warg i słyszała własny zdumiony śmiech. Pamiętała błysk w jego szarych tęczówkach i obietnice, których nie zdołał dotrzymać. Wciąż miała ten pierścionek. Złoty symbol jej niespełnionych marzeń, który teraz ciążył bardziej niż obrączka.

– Będziemy razem, Nino. Zawsze – szeptał jej do ucha tamtego lata, gdy ukryci przed światem leżeli pod rozłożystym dębem w zakolu rzeki, gdzie woda płynęła spokojnie. – Będę twoim mężem, a ty moją żoną.

Usłyszała jego głos tak wyraźnie, że na moment uwierzyła, że jeśli się odwróci, zobaczy go tuż obok. Ale kiedy uniosła wzrok, dostrzegła tylko poruszane wiatrem sitowie. Nic więcej. Tylko ona i Radunia, która stanowiła serce tej ziemi. Wiła się leniwie przez lasy i łąki, niosąc życie sąsiednim wsiom – młynom i hamerniom w Kolbudach, papierni w Łapinie czy browarowi w Bielkówku.

Jej wody były tak czyste i przejrzyste, jakby sam Bóg wyrzeźbił je z kryształu. Mieszkańcy mówili, że ma duszę. Że zna każdy ludzki krok i każde westchnienie. Nazywali ją Rzeką Pamięci, bo to, co w niej zatonęło, nigdy nie wracało. Jeśli to prawda… jeśli naprawdę skrywała wszystkie tajemnice, to czy wiedziała, co wydarzyło się tu przed dwoma laty? Kto i dlaczego zabił jej narzeczonego?

Myśl o jego śmierci uderzyła ją nagle, jak cios w żołądek. Zacisnęła mocniej powieki, czując napływające do oczu łzy. Potrząsnęła głową w nadziei, że odpędzi bolesne wspomnienia, ale obrazy nie ustępowały. Jego blada twarz, pierś rozerwana kulą, nieruchome usta. Wszystko wracało z okrutną wyrazistością. Przygryzła wargę, próbując stłumić szloch. Nie mogła się rozkleić. Nie tutaj, nie teraz. Musiała wytrzymać do zmroku, do końca świętowania. Musiała przetrwać te przeklęte Zielone Świątki, które dwa lata temu miały być najszczęśliwszym dniem w jej życiu, a stały się początkiem żałoby i cierpienia.

Tamtego ranka świat był jeszcze prosty – pachniał świeżym chlebem i kalmusowym zielem. Biała suknia uszyta przez najlepszą krawcową w Gdańsku czekała na stojaku w sypialni, obrączki w skórzanym pudełku, a w oknach paliły się świece. A potem ktoś z twarzą pobladłą jak kreda przyniósł wiadomość i wszystko się skończyło.

Stukot kopyt wyrwał ją z zamyślenia. Drgnęła, gdy dźwięk rozbrzmiał w porannym powietrzu. Odwróciła się i osłoniła dłonią oczy, by lepiej widzieć. To Seweryn, zarządca, który codziennie rano objeżdżał ziemie należące do jej rodziny. Surowa sylwetka w siodle wyraźnie odcinała się na tle łagodnego błękitu nieba. Nie zwolnił, choć jego spojrzenie na chwilę spoczęło na niej.

– Panno Antonino. – Zarządca zatrzymał konia kilka kroków od niej, ściągnął kapelusz i pochylił głowę w geście powitania. Ciemne włosy opadły mu swobodnie na czoło. – O której ruszacie do kościoła? – Jego głos jak zawsze był opanowany. Seweryn rzadko okazywał emocje.

Nina przycisnęła szal do ramion.

– Dzień dobry – odpowiedziała uprzejmym, stanowczym tonem, choć w myślach wciąż rozbrzmiewały smutne wspomnienia. – Niedługo. Czekam jeszcze, aż panienka Matylda się przygotuje.

Mężczyzna zmarszczył czoło. Antonina pomyślała, że twarz zarządcy zdradza, że nie wszystko w życiu przychodziło mu łatwo: delikatne zagłębienia przy oczach i gęsta, ciemna broda otaczająca mocny zarys szczęki nadawały mu wyraz dojrzałości, ale nie surowości. Był od niej o dobre dziesięć lat starszy, ale czas odcisnął na nim ślad bardziej doświadczeniem niż zmarszczkami.

– Czy ojciec panienki…? – Wydawało się, że chce coś dodać, ale się zawahał. Przesunął dłonią po brodzie, jakby ważył słowa.

Odwróciła wzrok i spojrzała jeszcze raz na rzekę.

– Nie wiem. – Jej głos zabrzmiał cicho, niemal obco. – Wczoraj nie był w najlepszej kondycji. Kto wie, co będzie dzisiaj…

– Rozumiem.

Seweryn rzeczywiście rozumiał więcej niż inni. Widział, co działo się z panem na Raduniewie, zanim jeszcze ktokolwiek odważył się nazwać to chorobą. Wszystko zaczęło się osiem lat temu, zaraz po śmierci pani Brzezińskiej. Zmarła w połogu, po urodzeniu syna. Długo wyczekiwanego dziedzica. Chłopiec odszedł kilka dni później. Po tej tragedii ojciec przestał interesować się domem, ziemią, córkami. Jakby wszystko, co pozostało, nie miało już znaczenia. Zobojętniały na otaczający go świat, snuł się po polach albo zamykał na całe dnie w swoich pokojach, pogrążony w ciszy, której nikt nie śmiał zakłócać.

Nina nie miała wyboru – jeśli nie przejęłaby sterów, wszystko, na co pracowały pokolenia, zostałoby zmarnowane. Miała wtedy niespełna szesnaście lat, a już musiała wejść w rolę matki, ojca, zarządcy i opiekunki młodszej o kilka lat siostry. Stanisław Brzeziński nie dostrzegał ciężaru, który na nią spadł – a może po prostu nie chciał go zauważyć. Gdy jednak zorientował się, że córka radzi sobie doskonale, przestał się wtrącać.

Zdarzało się, że ojciec na chwilę przebudzał się ze swojego odrętwienia i wracał do żywych. Wzywał wtedy zarządcę, podejmował decyzje, wydawał polecenia, interesował się majątkiem. Przez moment wszyscy wierzyli, że dawny pan na Raduniewie odzyskuje siły.

Ale te przebłyski nigdy nie trwały długo. Po kilku dniach, czasem tygodniach, na nowo zamykał się w swoim świecie, jakby powrót do rzeczywistości go wyczerpywał. I wtedy znów wszystko spadało na Ninę. I znów musiała być silna – czy tego chciała, czy nie. Od początku mogła jednak liczyć na Seweryna. To on, cierpliwie i bez cienia protekcjonalności, wprowadzał ją w tajniki upraw, uczył rozpoznawać jakość gleby, wyznaczać dobę siania i oceniać zbiory, jeszcze zanim dojrzewały. Tłumaczył wszystko prosto, ale nigdy z pobłażaniem – jak równy z równym. Był jej przewodnikiem, nauczycielem i oparciem w chwilach, gdy cały świat zdawał się chwiać w posadach. Wspierali ją wtedy także wierni przyjaciele z pobliskich majątków ziemskich – Friedrich, lojalny do granic, z lekkim cieniem sarkazmu w spojrzeniu, i Ignacy, pełen pasji, pomysłów i radości życia, który po latach wspólnych zabaw i dorastania stał się dla niej kimś więcej niż tylko przyjacielem.

Seweryn milczał przez chwilę. Jego koń poruszył uszami, wyczuwając napięcie.

– Będziemy musieli porozmawiać. – Mężczyzna spojrzał na nią uważnie. – Ale może to poczekać do jutra – dodał po chwili, jakby nie był pewien, czy w ogóle chce poruszać ten temat.

– Niech zgadnę… Chcą wykupu ziemi? – rzuciła z goryczą, choć odpowiedź była oczywista.

Zarządca skinął głową.

– Piszą z urzędu w Gdańsku. Tym razem zbyt oficjalnie, by to zignorować. Nie chcę jednak psuć panience świąt – powiedział krótko.

– Dobrze, Sewerynie. Porozmawiamy jutro. Będę miała czas się zastanowić, co im odpowiedzieć.

Mężczyzna założył kapelusz i ruszył w kierunku dworu. Panienka patrzyła za nim, aż zniknął za gęstymi krzakami, po czym westchnęła i niechętnie skierowała się w tę samą stronę.

Po drodze kucnęła i ostrożnie poprawiła jedną z gałązek, która przechyliła się, jakby chciała uciec spod miękkiej ziemi. Chłopi ustawiali je przy drogach i polach, by strzegły upraw przed burzami, przyciągnęły urodzaj i odgoniły wszelkie nieszczęścia. Z okazji Zielonych Świątek cała wieś stroiła się zielonymi gałązkami i ziołami – kalmus kładziono na progach, brzozowe witki wtykano w ogrodzenia, a dzieci plątały się wśród liści, śmiejąc się, że w ten sposób odpędzą burze. Nina pamiętała, że dawniej ojciec osobiście pilnował, by gałązki stanęły także wokół dworu, tak jak wokół chat, bo wierzył, że bez tego nie będzie urodzaju.

Wyprostowała się powoli i podniosła głowę. Przez chwilę stała w ciszy, pozwalając oczom objąć znajomy krajobraz. Raduniewo było wsią położoną w dolnym biegu Raduni, pośród gęstych lasów, bujnych łąk i żyznych pól. O poranku wyglądało, jakby na moment wstrzymało oddech. Mgła unosiła się nad dachami, miękko otulając wiejskie zabudowania. Jedne były z ciemnego pruskiego muru z ozdobnymi belkami, inne bielone, kryte strzechą lub karpiówką, z zielonymi okiennicami i ogrodami pełnymi floksów, nagietków i wysokich malw.

Niemcy, Kaszubi i Polacy żyli tu obok siebie, czasem zgodnie, czasem z cichą nieufnością. Nina od dziecka słyszała trzy języki przeplatające się pod kościołem, w karczmie czy na jarmarkach, a dzieci w szkole kłóciły się, w którym mają się modlić: po niemiecku, kaszubsku czy polsku. Nikt nie miał złudzeń, że ta wielojęzyczność była źródłem dumy, ale i sporów.

Na końcu wsi, pod wielkim dębem, stała kapliczka z figurą Matki Bożej. Tu zawsze gromadzili się sąsiedzi – żeby pomodlić się przed pracą, pokłócić o wodę ze stawu albo wymienić plotki. Obok stały karczma i kuźnia. Na obrzeżach mieszkała zielarka Tekla, której pomoc wzywano częściej niż lekarza z pobliskiego Gdańska czy felczera z Żukowa.

Ponad wsią, na łagodnym wzniesieniu, wznosił się dwór, jakby czuwał nad okolicą. Rozłożysty, z białymi ścianami i wysokim mansardowym dachem krytym dachówką, która w popołudniowym słońcu mieniła się ciepłym odcieniem ochry. Ganek wsparty był na smukłych drewnianych kolumnach i niemal cały porośnięty winobluszczem. Od frontu prowadziła do niego szeroka aleja.

W dworskich stajniach rżały konie, w oborach beczały cielęta. Folwark nadal działał, choć Nina czuła, że jego czas powoli przemija. Jeszcze pokolenie temu chłopi odrabiali pańszczyznę i żyli na łasce dziedzica. Teraz wielu z nich miało już własne morgi ziemi, kupione dzięki pruskim reformom, a w ich głosach brzmiała nowa, nieznana wcześniej niezależność. Mimo to dwór w Raduniewie wciąż trwał, jakby nie chcąc pogodzić się z upływem czasu.

***

Wracając ze swojego porannego spaceru, Antonina zauważyła poruszenie na dziedzińcu. Wóz wypełniony młodymi pędami przybył ze wsi, a służba przystrajała budynek oraz kapliczkę, by oddać hołd Duchowi Świętemu i uczcić nadchodzące lato. Pod czujnym okiem ochmistrzyni Maryli młode pokojówki rozwieszały girlandy z plecionek lipy, klonu, świerku i wierzby.

Przystanęła, kiedy dostrzegła, że jedna z dziewcząt, próbująca poprawić nierówno zawieszony wieniec, jest już bliska łez.

– Nie tak, dziewucho! – Głos ochmistrzyni przeszył dziedziniec. – Gdyby panienka Brzezińska to zobaczyła, zaraz by cię na wieś do matki odesłała. Więcej staranności!

Maryla lubiła podpierać się imieniem panienki, ale Nina rzadko karała służbę. Od strachu wolała rozmowę. Podeszła bliżej i delikatnie dotknęła ramienia Franki. Młoda służąca spojrzała na nią z wdzięcznością, choć w jej oczach wciąż błyszczały łzy.

– To nie wygląda tak źle – powiedziała cicho, poprawiając kilka witek. – Pani Maryla ma dobre oko, ale czasem wymaga zbyt wiele.

Ochmistrzyni w Raduniewie nie tolerowała niedoskonałości. Potrafiła godzinami poprawiać jedną gałązkę, jakby od niej zależał los całego domu. Powtarzała, że jeśli wieniec wisiał krzywo, mógł sprowadzić krzywy los.

– Dziękuję, panienko – wyszeptała dziewczyna, spuszczając wzrok.

Nina weszła do domu. W niedużej sieni panował chłód, a w powietrzu unosił się zapach suszonych ziół i pasty do podłogi. Na jednej ze ścian wisiał kurantowy zegar z mosiężnym wahadłem, którego rytmiczny takt wypełniał pomieszczenie. Na rzeźbionych dębowych konsolkach, nisko, niemal na wysokości pasa, stały lampy naftowe.

– Panno Antonino! Gdzie panienka była?! – zapytała zniecierpliwiona Rozalia, która czekała już na nią w sieni. – Martwiłam się o panienkę!

Jej osobista pokojówka skrzyżowała ręce na piersiach i spojrzała z wyrzutem.

– I po co było się tak denerwować, Rozalio? – Dziewczyna uniosła brew i ściągnęła szal, strzepując z niego drobne krople rosy. – Byłam nad rzeką.

Pokojówka przewróciła oczami.

– Znowu nad rzeką? – mruknęła, nie kryjąc irytacji. – Przygotowałam dla panienki czystą suknię, tę z kreponu, którą panienka tak sobie upodobała – dodała z wyraźną dumą. – I proszę się pospieszyć, bo woźnica mówi, że trzeba ruszyć wcześniej, bo ziemia grząska.

Nina westchnęła i pokiwała głową, wiedząc, że nie ma sensu się spierać, bo służąca potrafiła być uparta jak nikt inny. Była niemal rówieśnicą Antoniny i w dzieciństwie często się razem bawiły. Później została jej osobistą pokojówką, lecz wciąż pozwalała sobie na poufałość – więź z dzieciństwa łagodziła dystans, choć z wiekiem stawał się coraz bardziej wyczuwalny.

– Dziękuję. Na pewno zdążę. A jak się dziś ma mój ojciec?

Rozalia skrzywiła usta, a Nina od razu zrozumiała. Dziś wszystko znów będzie na jej głowie.

– Ludwik wspomniał, że pan Brzeziński wybiera się do kościoła – dodała pokojówka, licząc, że to poprawi panience humor.

To już coś, pomyślała z goryczą i ruszyła ku sypialni znajdującej się na piętrze budynku.

***

Trzy kwadranse później Nina, ubrana w czarną sukienkę z długimi rękawami, zeszła do głównego holu. Lekki krepon spływał miękko po jej sylwetce, oddając żałobny charakter, mimo że subtelne marszczenia na stójce i wykończenia z czarnej koronki dodawały mu kobiecej elegancji. Jej twarz, choć spokojna, nosiła ślady bezsennej nocy – ciemne oczy wydawały się jeszcze bardziej wyraziste, a bladość twarzy zdradzała wyczerpanie, którego nie ukryłby nawet najlepszy róż.

Matylda czekała już na nią, ubrana zgodnie z radosnym duchem Zielonych Świątek – w suknię uszytą z lekkiego jasnozielonego muślinu, ozdobioną drobnym haftem i plisami. Kruczoczarne kręcone włosy ozdobiła wąskim ażurowym wiankiem z wplecionymi wstążkami, podtrzymującymi luźno upięte loki, co dodawało jej wdzięcznej lekkości. Spojrzała na siostrę z uśmiechem. Strój, pełen świeżości wiosny, podkreślał jej młodzieńczość i niewinność, a w sposobie, w jaki zadzierała podbródek i roziskrzonym wzrokiem chłonęła każdy szczegół, tliły się jeszcze entuzjazm i energia.

Nina rozejrzała się po holu, sprawdzając, czy został już odpowiednio przygotowany na święto. Girlandy z zielonych gałązek kontrastowały z elegancką, niską komodą biedermeier, której politura lśniła w świetle poranka. Na marmurowej płycie spoczywały porcelanowe figurki, pamiątki po matce, wciąż nietknięte czasem. W masywnych porcelanowych wazonach rozkwitały bukiety świeżego tataraku, a rozsypane na podłodze zielone gałązki sprawiały wrażenie, jakby cała przestrzeń ożyła. W powietrzu unosił się intensywny ziołowo-korzenny zapach z nutą świeżości i lekkiej goryczy.

– Nino, minęły dwa lata… – jęknęła Matylda, patrząc na czarną suknię starszej siostry, która zupełnie nie pasowała do Zielonych Świątek.

Nina uniosła brew.

– I?

– Czy nie uważasz, że mogłabyś już…

– Nie, nie uważam – ucięła stanowczo, niemal ostro.

Matylda skrzywiła się i rzuciła jej uważne spojrzenie.

– Ale Nino…

– Będę nosić żałobę tak długo, jak uznam to za stosowne.

Zapadła cisza. Gdzieś w oddali słychać było kroki służby, szelest wieszanych girland i przytłumione rozmowy.

– Ale za to ty wyglądasz pięknie. Zupełnie jak nie ty – zażartowała Nina, chcąc rozładować napięcie. Matylda zwykle wybierała mniej eleganckie stroje: swobodne, niekrępujące ruchów, lepiej pasujące do jej krnąbrnego i zbuntowanego charakteru.

– Pomyślałam, że będzie ci miło, gdy ubiorę coś ładniejszego niż zwykle… – zaczęła mówić Matylda, ale zamilkła, kiedy w sieni rozległy się kroki ojca.

Te były ciężkie, niosące się echem po drewnianej podłodze. Jego ruchy były powolne, ale pewne. Jeszcze kilka lat temu był mężczyzną pełnym sił, który z łatwością zarządzał majątkiem, spacerował po polach i doglądał pracowników. Teraz jego postura wciąż zdradzała dawną siłę, lecz była w niej także kruchość, której wcześniej Nina nie zauważała.

Zatrzymał się przed nimi, ubrany staranniej niż zazwyczaj, z lekko zmrużonymi powiekami.

– Gotowe? Możemy jechać? – zapytał, jakby jego obecność wśród nich była czymś zupełnie naturalnym.

Matylda podbiegła do niego i chwyciła pod ramię.

– Oczywiście, tatko. A wiesz, że Nina nie pozwala mi pójść na wieczorne ognisko na łące? Wszyscy tam będą! – poskarżyła się, unosząc podbródek.

– To spotkanie wiejskiej młodzieży – powiedziała siostra z lekką irytacją, bo Matylda drążyła ten temat nieprzerwanie od kilku dni. – Nie wypada, żeby pojawiła się tam panna Brzezińska. Ciebie obowiązują inne zasady.

– Córeczko… – zwrócił się do niej ojciec. – Jeżeli twoja siostra uważa, że to nie wypada, na pewno ma rację. Musisz jej słuchać. To ona tu rządzi. – Stanisław Brzeziński nie zwykł kwestionować zdania starszej córki. Jej opinia była dla niego ostateczna. Jak wyrok. Antonina od zawsze cieszyła się jego pełnym zaufaniem, jakby miała w sobie jakąś naturalną mądrość, niepodważalną i dojrzałą. Zawsze wiedziała, co należy zrobić, jak postąpić.

Matylda wywróciła oczami, a Nina westchnęła z rozbawieniem. Ruszyli w kierunku powozu, który czekał na podjeździe.

Po kwadransie dotarli do niewielkiego kościoła, wzniesionego przed sześcioma wiekami na łagodnym wzgórzu w sąsiednim Pręgowie. Kamienne mury świątyni lśniły ciepło w porannym słońcu, a drzewa rosnące wokół placu kołysały się cicho na wietrze. Kościół był prosty, ale dostojny – zbudowany z nieregularnego kamienia polnego i czerwonej cegły, z niewysoką drewnianą wieżyczką zakończoną blaszanym hełmem. Była to świątynia szczególna – jedyne katolickie miejsce modlitwy w rejonie, w którym od dziesięcioleci dominowali protestanci, osadnicy niemieccy i ludność wyznania ewangelickiego. Zjeżdżali tu chłopi z wielu, nawet odległych wsi. W bocznych ławach siadali także właściciele okolicznych dworów z rodzinami, traktując obecność w Pręgowie jako obowiązek i wyraz szacunku wobec parafii.

Proboszcz, w czerwonym ornacie ozdobionym złotą lamówką i w ciężkiej stule, czekał już na nich na schodach. Po krótkiej wymianie grzeczności przyjął zaproszenie na obiad, co od lat było tradycją i okazją do zacieśnienia więzi między dworem a parafią.

Wnętrze kościoła, mimo skromności, emanowało odświętną atmosferą. Nina, krocząc główną nawą, rzucała dyskretne spojrzenia na zebranych, wypatrując znajomych twarzy. W ostatnim rzędzie, nieco w cieniu, dostrzegła starą Wiczlingową – najbogatszą chłopkę we wsi, właścicielkę karczmy. Kobieta siedziała wyprostowana, z surową miną, otoczona przez dwóch synów, których rosłe i postawne sylwetki świadczyły o latach ciężkiej pracy. Po drugiej stronie kościoła swoje stałe miejsce zajmowała Aurelia, młoda i uderzająco piękna dziewczyna, która niedawno wyszła za mąż za fornala nadzorującego prace polowe. Jej głowa dumnie unosiła się ponad tłumem, a spódnica zdobiona wyraźnym haftem przyciągała uwagę.

Nina usiadła obok ojca w ławie zarezerwowanej dla ich rodziny. Wtedy go dostrzegła. Po przeciwnej stronie, z matką i ojcem, siedział Friedrich. Wyprostowany, jak zawsze pełen swobodnej pewności siebie. Wyglądał nienagannie. Jasne włosy, gładko uczesane z przedziałkiem, błyszczały w porannym świetle i nadawały mu dystyngowany wygląd. Wysokie czoło, mocno zarysowana linia szczęki i spokojny, pewny siebie wyraz twarzy sprawiały, że nawet w kościelnej ławie wyróżniał się spośród innych. Gdy ich spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się nonszalancko, ale ciepło, tak jak robił to od dziecka.

Friedrich zawsze był obok. Przyjaciel, powiernik, jedyny, który potrafił rozładować napięcie żartem i który od miesięcy był jej wsparciem. Znali się od zawsze. Niegdyś, razem z Ignacym, byli nierozłączni. Aż do tamtego poranka nad rzeką… Po śmierci Ignacego nie próbował pocieszać jej pustymi słowami – zamiast tego po prostu był.

Melodia organów wypełniła przestrzeń, jakby chcąc uciszyć myśli. Nina spojrzała na ozdobny krzyż nad ołtarzem i westchnęła.

Po mszy, podczas której modlili się o Boże błogosławieństwo i łaski Ducha Świętego, a ksiądz grzmiał z ambony na temat bogobojności prawdziwego katolika, dźwięk dzwonów rozbrzmiał w przestrzeni, prowadząc wszystkich na zewnątrz, gdzie zaczynała się formować procesja. Słońce, teraz jaśniejsze i wyższe na niebie, zalewało świat złotym blaskiem.

Procesja sunęła powoli drogą, zatrzymując się przy przydrożnych ołtarzykach ozdobionych wiosennymi kwiatami. Dziewczynki w białych fartuszkach niosły wiązanki z bławatków i maków, a śpiewy unosiły się w ciepłym powietrzu, mieszając się z zapachem rozgniecionej trawy i wonią tataraku, którym wysypano ścieżkę.

– Nino – usłyszała znajomy głos, gdy procesja na chwilę zwolniła.

Obróciła głowę. Friedrich zrównał z nią krok, jakby była to rzecz zupełnie naturalna.

– Modlisz się za niego? – zapytał, nie patrząc na nią, a na wysoką, ozdobioną kwiatami kapliczkę, przy której zatrzymali się na krótką modlitwę.

Skinęła głową. Zawsze się modliła. Nie tylko za Ignacego, ale i za siebie. Za to, by kiedyś mogła zrozumieć i się pogodzić.

– Ja też to robię – dodał cicho Friedrich.

Zerknęła na niego, ale on wciąż patrzył przed siebie. Słońce przebijało się przez liście, rysując na jego twarzy migotliwe wzory. Nie musiała pytać, czy mówi szczerze. Przyjaciel nigdy nie kłamał.

Procesja ruszyła dalej.

Na widok mężczyzn niosących feretron z figurą Matki Bożej Nina poczuła, jak coś ściska jej serce. Jak wiele sama jeszcze udźwignie, zanim upadnie?

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Prolog

Rozdział 1

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja