Przez trudy do gwiazd - Anna Rybakiewicz - ebook + audiobook + książka

Przez trudy do gwiazd ebook i audiobook

Rybakiewicz Anna

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

1940 rok. Szesnastoletnia Anastazja Zielińska wraz z matką i rodzeństwem zostaje nocą wywleczona z rodzinnego domu i zesłana w głąb Syberii. Powodem zesłania jest ucieczka jej ojca za niemiecką granicę. W tym samym bydlęcym wagonie znajduje się Leon Białowąs, syn ludzi, którzy donieśli na Zielińskich. Na nieludzkiej ziemi los splata ich drogi w sposób, jakiego żadne z nich nie potrafi przewidzieć. Na kazachskich stepach Anastazja zaczyna prowadzić zeszyt, w którym zapisuje nie tylko codzienność zesłańców, lecz także uczucia, które nieoczekiwanie budzą się w jej sercu.  

1990 rok. Anastazja doznaje rozległego udaru i traci pamięć. Z całego swojego życia pamięta jedynie obrazy z dzieciństwa - reszta znika. Po powrocie ze szpitala potrzebuje opieki, lecz wokół nie ma nikogo bliskiego. Jedynym, kto wyciąga do niej pomocną dłoń, jest jej starszy sąsiad, Leon Białowąs. To właśnie on każdego dnia czyta Anastazji pożółkłe zapiski z Syberii, przywracając wspomnienia, które mogą okazać się dla niej błogosławieństwem… lub przekleństwem.

„Przez trudy do gwiazd” - słowa, które dla Anastazji i Leona nabierają prawdziwego znaczenia. Bo tylko ci, którzy przeszli przez piekło, potrafią naprawdę sięgnąć nieba. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 347

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 42 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Agnieszka Postrzygacz

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Anna Kłosińska-Rybakiewicz, 2025

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio

PR & marketing: Sławomir Wierzbicki

ISBN: 978-83-8441-013-4

Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Tym, które sięgnęły gwiazd… Ewie, Zdzisi, Wandzie, Celi, Irence, Helenie, Zosi i tysiącom innych dziewczyn oraz kobiet, które w latach 1940-1941 zostały zesłane na Sybir. Tym, które tam już na zawsze zostały, i tym, którym udało się wrócić do ukochanego kraju. Byśmy my dziś mogli żyć w ich blasku.

Prolog

Boguszyce

3 września 1990 roku

Obudził mnie znajomy dźwięk budzika. Tego samego, który przed rokiem znalazłam pod choinką. Do dziś nie wiem, kto mi go kupił, bo każdy uparcie twierdził, że paczki przyniósł mikołaj. Próbowałam wtedy odczytać z ich twarzy, kto najbardziej nie może się doczekać, aż rozedrę ozdobny papier, ale nie było to wcale proste. Wszyscy patrzyli na mnie z takim samym rozbawieniem i niecierpliwością. Kiedy w końcu otworzyłam pudełko, zobaczyłam budzik w kształcie czajniczka. Byłam nim zachwycona. Uwielbiałam takie drobiazgi.

Tymczasem prezenty, które ja im dałam, nie były żadną niespodzianką. Wszyscy dostali ode mnie ażurowe poszewki na poduszki, które własnoręcznie wydziergałam na szydełku. Zajęło mi to niemalże cały rok, ale odkąd przeszłam na emeryturę, czasu miałam w nadmiarze. Nieliczne prywatne lekcje polskiego, których wciąż udzielałam, były raczej przyjemną odskocznią od codziennego snucia się po czterech kątach własnego domu, a nie prawdziwą pracą.

Leniwym ruchem ręki wyłączyłam budzik. W pokoju zapanowała głucha cisza. Spojrzałam na drugą połowę łóżka. Poduszka nie miała śladu wgniecenia, a kołdra była idealnie zasłana.

Wsunęłam stopy w kapcie wyściełane od środka miękką, owczą wełną i podeszłam do krzesła ustawionego pod ścianą, na którym leżały przygotowane ubrania. Ostatnimi czasy zaczęłam ubierać się jak moja świętej pamięci matka – długie spódnice przepasane fartuchem i bluzki z serdakiem podbitym kożuchem. Do pełni obrazu brakowało mi tylko drewniaków albo wysokich, sznurowanych trzewików, które mama zakładała w niedzielę bądź święta.

Przekręciłam pokrętło radioodbiornika, a skala rozświetliła się ciepłym, pomarańczowym blaskiem. Chwilę później usłyszałam znajomy sygnał Polskiego Radia, a zaraz potem głos spikera: Z przykrością zawiadamiamy, że dziś w Warszawie zmarł Mieczysław Fogg, jeden z najpopularniejszych polskich piosenkarzy. Do jego największych przebojów należały: „To ostatnia niedziela”, „Jesienne róże” i „Czy pamiętasz tę noc w Zakopanem”. W czasie II wojny światowej pomagał artystom pochodzenia żydowskiego, za co został uhonorowany po wojnie tytułem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. A teraz zagramy dla państwa jego niezapomniany utwór „Pierwszy siwy włos”.

Odruchowo spojrzałam w stronę toaletki. W trzech wysokich lustrach odbiła się moja twarz – pomarszczona, ale spokojna. Nie czułam się źle z upływającym czasem. Wręcz przeciwnie: byłam wdzięczna za każdy rok, który dane mi było przeżyć. Nie wszystkim to się udało… Przejechałam dłonią po siwych włosach opadających do ramion. Lubiłam ich gołębi odcień, choć właściwie nie miałam wyboru, musiałam do niego przywyknąć. Ich dawny kolor pamiętałam jak przez mgłę. Osiwiałam przedwcześnie. Miałam wtedy zaledwie dwadzieścia parę lat. Raczej nie o taki „pierwszy siwy włos” chodziło Foggowi w jego piosence.

Nagle tuż za lewym okiem przeszył mnie ostry, kłujący ból. Był tak silny, jakby coś wbiło się prosto do środka oka. Odruchowo przycisnęłam do niego dłoń, lecz nie przyniosło to ulgi. Podeszłam bliżej lustra, odsunęłam rękę i przyjrzałam się źrenicy, jednak nie dostrzegłam niczego niepokojącego.

Postanowiłam zaparzyć rumianek. Liczyłam, że ciepły okład pomoże. Ruszyłam więc do kuchni, próbując sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek wcześniej czułam coś podobnego. Ból był dziwny – pulsujący i miarowy, a mimo to obcy.

Nalewając wody do czajnika, zerknęłam na stojącą w zlewie brudną szklankę z fusami po kawie. Zazwyczaj takie widoki mnie irytowały, przecież wystarczyłoby wyrzucić fusy do wiadra pod zlewem, żebym nie musiała co chwilę wzywać hydraulika do zatkanych rur. Teraz jednak ból skupiał na sobie całą moją uwagę.

Postawiłam czajnik na palniku i sięgnęłam po zapałki. Ale nie potrafiłam wysunąć ich z pudełka, moje palce nagle odmówiły posłuszeństwa. W końcu zapałki wypadły mi z dłoni i rozsypały się po podłodze. Rozdrażniona podeszłam do stołu. Idąc, dostrzegłam, że moje ruchy są powolne i niepewne, jakbym była pijana. Z wysiłkiem osunęłam się na taboret. Może to tylko wyjątkowo niskie ciśnienie?

I wtedy coś złego stało się z radiem. Dźwięki, które z niego płynęły, zamieniły się w kakofonię nieznośnego hałasu, który przeszywał moje uszy. Chciałam wstać, podejść do drugiej izby i wyłączyć odbiornik, lecz nie mogłam wykonać nawet kroku.

Co się ze mną dzieje? Im dłużej próbowałam znaleźć logiczną odpowiedź na to pytanie, tym bardziej mój umysł pogrążał się we mgle. A mimo to ogarnął mnie dziwny spokój. Uniosłam dłonie na wysokość oczu i zaczęłam poruszać palcami, na których migały złote refleksy. Wpatrywałam się w nie całkowicie zdumiona, jakby należały do kogoś innego.

Co ja chciałam zrobić? Rumianek. Przypomniałam sobie. Zaparzyć rumianek i położyć okład na oko. Z trudem podniosłam się, podeszłam do kredensu i wyjęłam szklankę. Gdy otworzyłam szufladę, zobaczyłam trzy kartoniki z ziołami. Wiedziałam, że potrzebuję rumianku. Ale jak wygląda rumianek?I czy na pewno jest w kartoniku?

Nagle moja prawa ręka opadła bezwładnie, strącając na podłogę szklankę – ta rozbiła się z hukiem. W tym momencie dotarło do mnie, że dzieje się ze mną coś bardzo złego. Patrzyłam na luźno zwisającą wzdłuż mojego tułowia rękę, jakby nie była już częścią mojego ciała. Poczułam ogromne zmęczenie. Miałam ochotę się położyć choćby tutaj, na podłodze.

Wtedy usłyszałam męski głos. Przebił się przez otępiały umysł niczym przez syberyjski buran: Nie zasypiaj. Jeśli zaśniesz, już się nie obudzisz. A ja umrę z rozpaczy. Przestraszyłam się tego głosu tak bardzo, że wróciła do mnie chwilowa jasność umysłu. Wiedziałam, że potrzebuję pomocy. Na szczęście drętwota ręki ustąpiła, pozostawiając tylko pulsujący ból.

Musiałam go znaleźć.

Musiałam mu powiedzieć, że coś się ze mną dzieje.

Tylko gdzie on poszedł?!

Byłam pewna, że ktoś ze mną mieszkał. Mężczyzna. Ale nie potrafiłam przywołać w myślach jego twarzy. Nie odszukałam w pamięci nawet jego imienia, a jednak czułam, że był prawdziwy. Co dziwne, bardziej niż śmierci bałam się, że całkowicie go zapomnę. Nie mogłam pozwolić, żeby wyślizgnął się z mojej pamięci. Nie on…

Ociężałym, chwiejnym krokiem podeszłam do drzwi. Gdy je otworzyłam, oślepiło mnie ostre światło dnia. Odruchowo zasłoniłam ręką twarz.

Co ja robię?

Szukam kogoś…

Kogo szukam?

Nie wiedziałam, gdzie jestem. Ani kim jestem.

Gorączkowo próbowałam odnaleźć w głowie jakieś wskazówki. Odpowiedzi na dręczące mnie pytania, zanim i one znikną.

Muszę go znaleźć!

Muszę mu powiedzieć!

Zamiast jednak ruszyć, zamiast szukać dla siebie ratunku, usiadłam na ławce przed domem i czekałam. Mój umysł znowu ogarnęła ciemność. Już nie pamiętałam, co przed chwilą usiłowałam zrobić. Siedziałam nieruchomo, czekając na kolejny przebłysk świadomości, który pozwoli mi podnieść się z miejsca.

W kółko powtarzałam te same słowa: Co robię? Szukam go. Potrzebuję pomocy.Kogo szukam?

Gdybym tylko mogła go sobie przypomnieć…

Spojrzałam na dłoń. Na serdecznym palcu połyskiwała szeroka obrączka z ruskiego złota o ciepłym, pomarańczowym odcieniu. On mi ją dał… Wiedziałam to. Z całych sił próbowałam wydobyć z pamięci jego obraz. Ale nie pamiętałam jego twarzy.

Rozpaczliwie usiłowałam sobie kogoś przypomnieć. Kogoś ważnego. Jednak czułam się zbyt otępiała, by wystarczająco się na tym skupić.

Nagle zza rogu domu wyszedł jakiś mężczyzna. Miał przewieszoną przez ramię ciężką, skórzaną torbę. Wiedziałam, że coś w niej nosi, ale nie mogłam sobie przypomnieć, co takiego. To było coś związanego z jego pracą. Ale jaką? Wpatrywałam się w jego twarz, próbując zrozumieć, co do mnie mówi, lecz docierały do mnie jedynie strzępy słów.

– Nie rozumiem… Nic nie rozumiem – powiedziałam, choć z moich ust wydobyły się tylko chrapliwe dźwięki. – Pomocy. Potrzebuję pomocy.

Nie dosłyszałam jego odpowiedzi. Zobaczyłam tylko, jak rzuca torbę i gdzieś biegnie, pewnie po ratunek. Mimo to wciąż nie mogłam się uspokoić, coś ważnego zaprzątało mój umysł.

Kogoś szukałam.

Kogoś, kogo kochałam.

Lecz nie pamiętałam jego imienia.

Po chwili ciemność pochłonęła wszystko. Każde moje wspomnienie.

Nie miałam przeszłości.

I już nie wiedziałam, że kiedykolwiek kogoś szukałam…

Rozdział 1

Boguszyce

Marzec 1991 roku

Po raz kolejny poprawiłam kremową kołdrę w niebieskie, dawno wyblakłe paski, dając sobie tym samym chwilę na zebranie myśli. Skupienie się na tym, co do mnie mówiono, wymagało ogromnego wysiłku. Każda rozmowa, nawet krótka, wyczerpywała resztki sił, przez co na koniec musiałam ucinać sobie drzemkę.

Na skraju łóżka siedział mężczyzna. Wydawał się życzliwym i troskliwym młodym człowiekiem. Mówił powoli, jakby rozumiał mój stan, i nigdy nie okazywał zniecierpliwienia, gdy zwlekałam z odpowiedzią. Oprócz niego przychodzili do mnie też inni, ale tamci nie byli już tacy mili. Nie patrzyli mi w oczy i mówili głośniej, jakbym była głucha. A nie byłam. Bałam się ich, bo nie traktowali mnie jak człowieka. Obracali mną, przebierali mnie, myli, karmili, a wszystko to robili w pośpiechu. Złościli się, gdy zbyt wolno podniosłam rękę, źle ułożyłam nogę albo gdy wypadła mi z ręki łyżka i pobrudziła pościel.

Rozejrzałam się wokół. Otaczała mnie biel. Z jakiegoś powodu nie lubiłam tego koloru. Kojarzył mi się ze straszliwym zimnem. Gdzie byłam? W szpitalu. To był szpital. Przypomniałam sobie.

Spojrzałam na mężczyznę przy łóżku i wyszeptałam:

– Witaj, kochanieńki.

Na moje słowa ożywił się, jakby to powitanie sprawiło mu prawdziwą radość.

Czasem nie rozumiałam wszystkiego, co do mnie mówili, ale wiele potrafiłam wyczytać z twarzy i gestów.

– Witaj. – Uśmiechnął się ciepło. – Wiesz, kim jestem? – zapytał, ściskając czule moją dłoń. Nikt inny nie dotykał mnie w ten sposób.

– Jesteś moim… lekarzem – bardziej zgadywałam, niż byłam pewna. Jego biały fartuch i przewieszony przez szyję sprzęt do osłuchiwania serca, którego nazwa wyleciała mi z głowy, wyraźnie to sugerowały.

Zauważyłam, jak ramiona mu lekko opadły, a uśmiech przygasł. Zrozumiałam ten gest – to była zła odpowiedź. Nie wiedziałam tylko, dlaczego tak go to zasmuciło.

– Minęło pół roku, Łukasz – odezwał się nagle surowy głos przy drzwiach. Oboje spojrzeliśmy w tamtym kierunku. W sali stał kolejny lekarz. – Pół roku rehabilitacji i nauki mówienia. Osiągnęliśmy nasze maksimum, jeśli chodzi o jej stan.

– Jest coraz lepiej – powiedział ten miły, który wciąż trzymał moją dłoń. – Wczoraj pytała o swój dom.

– O dom? – zdziwił się nowy. Pewnym krokiem podszedł do mojego łóżka. Wyjął coś z kieszeni fartucha, kliknął i skierował na moje oczy. Oślepiło mnie białe światło. Skrzywiłam się i zamknęłam powieki.

– Pani Anastazjo, proszę powiedzieć mi, który mamy rok?

Zawahałam się. Z całych sił próbowałam przeszukać zawartość mojej głowy i znaleźć prawidłową odpowiedź. Nie chciałam po raz kolejny zawieść tego młodego człowieka. Nie chciałam zawieść… Łukasza. Wiedziałam, że to dla niego bardzo ważne. Pragnęłam ponownie zobaczyć na jego twarzy szczery uśmiech. Z jakiegoś powodu nie mogłam znieść, gdy się o mnie martwił.

– Rok? – powtórzyłam z trudem.

– Tak. Który mamy rok? Tysiąc dziewięćset… – zaczął, nie dając mi ani chwili, by pomyśleć. Nie lubiłam, gdy mi podpowiadano. Potrzebowałam czasu. Mój umysł go potrzebował. Najpierw musiałam zrozumieć, o co mnie pytano, a dopiero potem znaleźć w głowie prawidłową informację. Tymczasem każdy chciał gotową odpowiedź „na już”. Wszystkim się śpieszyło. Już wolałam, gdy mnie poprawiano. Wtedy przynajmniej czułam, że coś tam wiem, choćby odrobinę, że próbuję.

Teraz jednak nie rozumiałam liczby, którą wypowiedział. Była dla mnie czymś abstrakcyjnym. Niczym skomplikowane równanie matematyczne.

Poczułam się strasznie bezradna. Jak dziecko. Po policzkach spłynęły mi łzy. Wysunęłam dłoń z uścisku Łukasza, chcąc je szybko otrzeć, lecz ręka zawiodła mnie tak samo jak głowa. Nie potrafiłam nią nawet dosięgnąć twarzy.

– Pora pogodzić się z jej stanem, Łukasz – powiedział lekarz chłodno. – Gdyby miała wrócić do dawnej sprawności, już by to zrobiła.

– Jeszcze wszystko może się zmienić – odparł stanowczo.

– Nie znam przypadku, by ktoś wyszedł z tak rozległego udaru. Krew jest toksyczna dla neuronów, a jej lewa półkula mózgu dosłownie w niej tonęła. Usunąłem stamtąd zakrzep wielkości jajka. Przykro mi to mówić, ale przed tobą siedzi dziecko w ciele kobiety.

Nie byłam pewna, o czym mówili. Jaki udar? Udało mi się unieść dłoń i dotknąć lewej strony głowy. Włosy były krótkie i szorstkie. Między nimi wyczułam wyraźne zgrubienie w kształcie litery U. Miałam operację? Nie mogłam sobie niczego przypomnieć.

– Ona cię słyszy – powiedział Łukasz z gniewem. – Z całym szacunkiem, doktorze, ale nie znamy możliwości ludzkiego mózgu. Nie ma dwóch identycznych układów nerwowych. Każdy ma inną zdolność rekonwalescencji.

Lekarz westchnął. Najwyraźniej nie był chętny do dalszej dyskusji.

– Tak czy inaczej, nie możemy jej dłużej tu trzymać. Musisz coś postanowić. Rozmawiałem ze znajomym, w domu opieki na Polowej coś by dla niej znalazł. Na twoim miejscu nawet bym się nie zastanawiał. Ona potrzebuje całodobowej opieki.

– Ona cię słyszy! – krzyknął Łukasz.

Rozpłakałam się już na dobre.

– Przepraszam. Nie chciałem cię wystraszyć – powiedział cicho, ściskając ponownie moją dłoń. W jego oczach malował się ból.

Ten młody człowiek starał się mnie pocieszyć, a ja nie potrafiłam wyznać mu, że płaczę nie ze strachu, a z bezradności. Tak wiele chciałam mu powiedzieć. Uspokoić go. Zapewnić, że nie musi zaprzątać sobie głowy starą kobietą. Ale moje usta milczały. Zawodziły mnie tak samo jak reszta ciała. Mogłam jedynie obrócić się na bok, aby ukryć przed jego wzrokiem płynące po moich policzkach łzy.

***

Siedziałam na tylnym siedzeniu drogiego samochodu. Wiedziałam, że taki był, choć nie miałam pojęcia, skąd to wiem. Pod dłońmi czułam miękką, welurową tapicerkę. Na przednich fotelach położone były maty z drewnianych koralików, których końce zwisały tuż przed moimi oczami.

Dotknęłam jednego z nich. Miał przyjemną, gładką teksturę.

– Wszystko w porządku?

Uniosłam wzrok i napotkałam wpatrującą się we mnie twarz młodej kobiety.

– Tak, kochanieńka – odparłam.

Chciałam zapytać, kim jest, ale nauczyłam się już, że ludzie źle reagują na takie pytania. Woleli, gdy udawałam, że ich pamiętam, wtedy łatwiej było im ze mną przebywać. Milczałam więc, choć imię tej konkretnej kobiety miałam na końcu języka.

– Może jesteś głodna? – zapytała po chwili.

– Nie, nie jestem – odpowiedziałam łagodnie.

– Niedługo będziemy na miejscu – stwierdziła z wymuszonym uśmiechem.

– Na miejscu? – powtórzyłam, starając się wydobyć z pamięci choćby cień wcześniejszej rozmowy. Ale w mojej głowie panowała zupełna pustka. Nagle przed oczami pojawił się obraz – budynek z czerwonej cegły i dachem w tym samym kolorze. Dom… – Jedziemy do domu? – zapytałam z iskierką nadziei w głosie.

– Szlag by to! – przeklął kierowca. To był Łukasz, jego już pamiętałam. – To zły pomysł. Powinniśmy zawieźć ją do Boguszyc.

Znałam tę nazwę! Znałam Boguszyce! Tam był dom!

– I kto się nią zajmie? – wtrąciła kobieta. – Ty pracujesz od świtu do nocy w szpitalu. Ja mam dwójkę małych dzieci!

– Moglibyśmy jeszcze raz spróbować…

– Minąłeś skręt! – przerwała mu ostro.

Odwróciłam głowę do okna, próbując rozpoznać drogę. Zauważyłam wtedy wielką, kraciastą torbę na siedzeniu tuż obok mnie – była lekko rozpięta. Na wierzchu leżał zeszyt, który wyglądał na bardzo stary. Dotknęłam jego okładki. Zastanawiałam się, do kogo należą, on i reszta rzeczy w torbie.

Samochód zatrzymał się przed piętrowym budynkiem z burą elewacją. Nad drzwiami wisiał szyld z nazwą tego miejsca, ale nie potrafiłam odczytać żadnej litery.

– No i jesteśmy na miejscu – powiedziała kobieta, starając się brzmieć radośnie. Chwilę później otworzyła drzwi i pomogła mi wysiąść. – Szybko, prawda? – dodała, ale miałam wrażenie, że nie oczekiwała ode mnie żadnej odpowiedzi. Jej wzrok był skierowany na budynek, nie na mnie.

Za nami z hukiem trzasnęły drzwi. Podskoczyłam na ten dźwięk. W jednej chwili dotarły do mnie inne odgłosy – samochody jadące ulicą, dzieci bawiące się na pobliskim placu zabaw. Skuliłam się w sobie. Miałam ochotę zatkać rękami uszy. Wszystko było dla mnie zbyt głośne.

– Chcę do domu – wyszeptałam, wpatrując się w chodnik. Nie chciałam oglądać tego miejsca.

Łukasz stanął obok, odłożył torbę na popękaną płytę chodnikową i sięgnął do kieszeni po papierosy.

– Gośka, może…

– Nie! Rozmawialiśmy już o tym, pamiętasz? – przerwała mu.

Chłopak potrząsnął pudełkiem, aż jeden papieros wysunął się na krawędź. Chwycił go ustami, jakby specjalnie dawał sobie chwilę, zanim odpowie. Odpalił, zaciągnął się głęboko i dopiero wtedy na mnie spojrzał. Jego oczy były smutne, choć nie wiedziałam, dlaczego. Może i on chciał wrócić do domu?

– Łukasz, wpędzasz mnie w poczucie winy, a przecież wiesz równie dobrze, jak ja, że nie ma innego wyjścia – powiedziała znacznie ciszej. – Tu będzie miała właściwą opiekę, ludzi wokół siebie.

– Wiem, ale… – Wypuścił biały obłoczek dymu. – Może byśmy spróbowali jeszcze raz… No wiesz… z tatą?

Dziewczyna zacisnęła mocniej zęby, przepchnęła się obok Łukasza i nerwowym ruchem podniosła z chodnika kraciastą torbę.

– Może ty masz nerwy ze stali, ale ja nie – powiedziała drżącym głosem. – Ten jeden raz mi wystarczył. Boże, Łukasz, przecież ledwo ją wtedy uspokoiliśmy! Nawet nie wiesz, w jakim stanie był po tym wszystkim tata…

Nie wiedziałam, o czym mówią. Brakowało mi słów, by zapytać, co tak właściwie się dzieje.

– Chcę do domu… – wydusiłam z siebie. Tylko te słowa miałam w głowie.

Kobieta wypuściła torbę z rąk i się rozpłakała. Odwróciła się do nas tyłem, a jej ramiona drżały od szlochu. Spojrzałam na Łukasza. Zrobiłam krok w jego stronę i, niepewnie unosząc swoją drżącą dłoń, złapałam go za rękę.

– Chcę do domu… – powtórzyłam.

Mężczyzna wyrzucił niedopalony papieros na chodnik i przygniótł go butem, jakby tym gestem kończył ten spór.

– Dobrze – powiedział stanowczo. – Skoro chcesz, pojedziesz do domu.

– Łukasz, co ty mówisz? – zapytała kobieta. Już nie płakała. Stała przy nas z czerwonymi oczami, wciąż roztrzęsiona.

– Ale nie możesz mieszkać sama – mówił dalej spokojnym, ale nieugiętym tonem. – Ktoś musi się tobą opiekować. Ja mam pracę, a Gośka małe dzieci.

Zawiał zimny wiatr, a mnie przeszedł dreszcz. Podświadomie wiedziałam, że nie spodoba mi się to, co usłyszę. Mocniej nasunęłam chustkę na głowę, jakby mogła mnie ochronić.

– Jest tylko jedna osoba, która może się tobą zająć. I jest nią… Leon.

Oboje wpatrywali się we mnie bez ruchu, czekając na moją reakcję.

Leon? Zobaczyłam obraz chłopaka siedzącego w ostatniej ławce naszej klasy. Z pochyloną nad zeszytem głową i czarnymi od brudu palcami. Nie. Nie mogło chodzić o niego. Zmusiłam swój umysł do wysiłku, żeby odnalazł inną osobę, która mogła się mną zaopiekować. Zobaczyłam dwie postacie.

– A mamusia… – wydusiłam z siebie po chwili ciszy.

– Ona nie żyje – powiedziała dziewczyna bez cienia żalu.

Nie żyje? Moja mamusia nie żyje. Gdy powtórzyłam to w myślach, zobaczyłam kolejny przebłysk. Kopiec świeżego piachu, prosty, drewniany krzyż wbity nad grobem i bukiet kolorowych kwiatów, których nazwę miałam na końcu języka.

Poczułam się strasznie skołowana. Spuściłam wzrok na swoje dłonie. Były pomarszczone bardziej niż dłonie mojej mamy. Skóra cienka i popękana. Nie rozpoznawałam ich.

Przeniosłam wzrok na budynek, w którym, jak zrozumiałam, miałam teraz zamieszkać. Nie przypominał mojego domu, zresztą wszystko wokół mnie było strasznie obce. Czułam, że gdzieś po drodze się zagubiłam i nie potrafiłam odnaleźć drogi powrotnej.

– A Irenka? – spytałam nagle. – Ona się mną zaopiekuje. – Moja siostra, choć była starsza jedynie o dwa lata, zawsze mi matkowała. Wyciągała mnie z kłopotów. Broniła, gdy ktoś mi dokuczał.

– Ona… – zaczęła kobieta.

– Ona nie może się tobą zająć – wtrącił Łukasz, nie pozwalając jej dokończyć. – Musisz się teraz skupić i mnie wysłuchać – kontynuował. Podniosłam na niego wzrok. Kogoś mi przypominał. Jego twarz mnie wyciszała, uspokajała. Mogłabym się w nią wpatrywać całymi godzinami. – Masz wybór. Albo zostaniesz tutaj w domu opieki z ludźmi, którzy, tak jak ty, potrzebują pomocy w codziennych sprawach. Albo możesz wrócić do domu i przyjąć taką samą pomoc od Leona.

– Przestań ją męczyć. Ona nawet nie wie, kim jest Leon – wtrąciła dziewczyna. – Chodź, idziemy. – Chwyciła mnie pod rękę, ale się zaparłam.

– Wiem, kim on jest! – stwierdziłam głośniej, niż zamierzałam.

– Wiesz? – zapytali równocześnie z niedowierzaniem.

Przytaknęłam.

– Leon Białowąs to największy na świecie łobuz – odparłam bez chwili namysłu.

Wymienili między sobą spojrzenia. Wyglądali na zdziwionych, ale nie zawiedzionych. Zatem odpowiedziałam dobrze. Uniosłam z dumą podbródek i poczułam, jak na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Pierwszy raz od dawna.

– Chcę jechać do domu – dodałam hardo.

– Będziesz musiała przebywać z Leonem – powiedział Łukasz, znowu uważnie obserwując moją reakcję.

Nie rozumiałam, dlaczego akurat chłopak od Białowąsów musiał się mną opiekować. Może dlatego, że mieszkał najbliżej? Może nie wiedzieli, że nasze rodziny się nie lubiły? Białowąsy wszystkiego nam zazdrościły. A Leon? On zawsze mi dokuczał. Nagle w mojej głowie pojawił się przebłysk. Zobaczyłam swojego tatę. Przytulał mnie i pocieszał, szepcząc do ucha swoje ulubione powiedzenie. Postanowiłam po raz kolejny uwierzyć w jego słowa.

– Trudno. Ale będę w domu – powiedziałam z determinacją. – Per aspera ad astra.

Mężczyzna uśmiechnął się do mnie, a w jego spojrzeniu zobaczyłam ulgę.

– Przez trudy do gwiazd? – zapytał, nie przestając się do mnie uśmiechać.

– Tak – przyznałam zaskoczona. – Skąd wiesz?

Jego uśmiech odrobinę przygasł, a w oczach pojawił się przebłysk bólu.

– Nie tylko ty lubisz łacińskie sentencje – powiedział, podginając rękaw kurtki i ukazując mi swoje przedramię, na którym wytatuowane miał właśnie te cztery słowa.

Po chwili ponownie wsiedliśmy do samochodu. Tym razem to kobieta odpaliła papierosa i nerwowo wydmuchiwała dym przez uchyloną szybę. Łukasz co jakiś czas odwracał się do mnie i zadawał pytania. Niby zwyczajne: czy pamiętam tę drogę, czy skręcamy tu czy może dalej, czy wiem, kto mieszka w tym domu. Udawałam, że nie wiem, o co mu chodzi, ale rozumiałam. Sprawdzał, czy pamiętam coś więcej.

A ja pamiętałam całkiem sporo, tylko nie to, czego się spodziewali. Widziałam w myślach wieś rozciągającą się wzdłuż kamienistej drogi. Przejeżdżały po niej chłopskie wozy z żelaznymi obręczami kół, wydając z siebie charakterystyczny turkot. Słyszałam stukot podkutych końskich kopyt, co oznaczało, że nadjeżdża dziedzic. Widziałam pełną ryb strugę, która wpadała dalej do Narwi. Drewniane domy, niektóre kryte dachówką, inne słomą. Wszystkie skromne w porównaniu do dworu – jasnego, murowanego, z czerwonym dachem. Widziałam też nasz dom, solidny, z czerwonej cegły. Taką właśnie wieś pamiętałam.

Tymczasem teraz wszystko wyglądało inaczej. Kiedy samochód wjechał do Boguszyc, miałam wrażenie, że trafiłam do zupełnie innego świata.

Domy z białego pustaka. Ogromne, jakby miały pomieścić co najmniej kilka rodzin, przed każdym wielka brama. Na podwórkach rozstawione traktory, przyczepy, siewniki, rozrzutniki, jakby pola nie były uprawiane już rękami, a maszynami. Droga pokryta była żwirem, który chrzęścił pod kołami auta. Patrzyłam na to z niedowierzaniem. Czy byłam częścią tego świata? Już niczego nie byłam pewna.

– To nie Boguszyce – wymsknęło mi się.

– To właśnie one – odparł spokojnie Łukasz.

– Ale nie widać dworu – zauważyłam. – Przecież w Boguszycach był dwór. Murowany. Należał do Wierzbickich.

Kobieta siedząca z przodu zaśmiała się, ale bez radości.

– I to akurat pamiętasz? – rzuciła.

Zamilkłam. Kiedy milczałam, było źle, a kiedy zaczynałam mówić, wcale nie było lepiej.

Im bliżej byliśmy końca wioski, tym mocniej ściskał mnie strach. Co, jeśli nie rozpoznam własnego domu? Co, jeśli jego też zmienili w wielki betonowy klocek?

Gdy zamykałam oczy, widziałam go wyraźnie. Otulonego zielenią ogrodu, który mama pielęgnowała z czułością większą niż cokolwiek innego. To było jej ulubione, a zarazem jedyne zajęcie poza zajmowaniem się dziećmi. Do wszystkich prac na polu tata najmował młodych chłopaków z wioski, ale rabaty i grządki należały wyłącznie do niej. Najbardziej kochała piwonie – białe, różowe, bordowe, ale największą dumą były te dwubarwne, które traktowała niczym skarby i pokazywała z dumą każdemu, kto nas odwiedzał.

Przed domem dawno temu dziadek posadził sad. Rosły w nim szczepione jabłonie, grusze i śliwki. Mama suszyła owoce w piecu, a zimą gotowała z nich kompot. Na myśl o tym słodkim, aromatycznym smaku zaschło mi w gardle.

Za domem rozciągał się warzywnik, a dalej pola. Gospodarstwo powiększało się wraz z zarobionymi przez rodziców pieniędzmi i wynosiło ponad pięćdziesiąt mórg.

Kiedy go ujrzałam – mój dom, moje miejsce na ziemi – łzy napłynęły mi do oczu. Stał. Wciąż tu był. Może i pamięć płatała mi figle, może daty, imiona i twarze zatarły się w mojej głowie, ale tego widoku nie da się wymazać. Domu, w którym człowiek spędził najpiękniejsze lata dzieciństwa nie sposób zapomnieć.

Przyjrzałam się drzewom w sadzie. Ich stare gałęzie podtrzymywały wbite w ziemię paliki. Ponownie spojrzałam na dom, tym razem uważniej. Wyglądał niby tak samo, a jednak inaczej. Spoiny między cegłami przybrały grafitowy odcień, przez co budynek wyglądał na dużo ciemniejszy, dach stracił swój dawny kolor. Farba łuszczyła się płatami, odsłaniając surowy, stalowy połysk blachy. Firanki w oknach pożółkły od słońca, jakby od dawna nikt ich nie zmieniał.

– Witaj w domu – powiedział Łukasz, gasząc silnik.

Zaparkowaliśmy przy studni. Gdy wysiadłam, zauważyłam całe połacie bordowych pędów piwonii, wybijających się powoli z ziemi.

Na drzwiach wejściowych założona była kłódka. Łukasz wyjął z kieszeni pęk kluczy i długo przekładał je w poszukiwaniu właściwego. Kiedy w końcu weszliśmy do środka, poczułam to samo, co wcześniej – wszystko wyglądało podobnie, a jednak nie tak, jak zapamiętałam.

– Jesteś pewny, że może tu zostać? – zapytała kobieta. Miała na imię… Gośka! Przypomniałam sobie.

– Tak. Przecież kiedyś tu mieszkała – odparł chłopak.

– Niby tak, ale trochę minęło czasu od tamtej pory. – Westchnęła. Podniosła kolorową kapę z wersalki stojącej w kuchni pod oknem, a potem spróbowała ją rozłożyć. Za pierwszym razem zawiasy stawiły opór, dopiero za drugim, gdy zrobiła to wolniej, wersalka rozłożyła się na płasko.

– Trzeba tylko trochę tu posprzątać i będzie dobrze – powiedział Łukasz. Podszedł do kranu i odkręcił kurek z zimną wodą. Rury zahuczały głucho, więc szybko go zakręcił. – Trzeba odkręcić zawór – mruknął pod nosem.

Przez moment patrzyłam na ten kran, jakby był czymś obcym. Bieżąca woda? Nie pamiętałam, żeby w naszym domu kiedykolwiek była. Nie dopytywałam, ale z jakiegoś powodu poczułam się jeszcze bardziej nieswojo.

Minęłam ich i przeszłam do drugiej izby. Stały tam kolejna wersalka, ciężka dębowa szafa, zajmująca niemalże całą ścianę oraz zielona szafka w kącie, a na niej emaliowana, biała miska. Podeszłam do niej i dotknęłam jej krawędzi. W tej samej chwili zobaczyłam przebłysk jakiegoś wspomnienia – myłam twarz w ciepłej wodzie z mydłem, a kiedy się wyprostowałam, zobaczyłam wiszącą nad miską makatkę.

– Życie w radości upływa, gdy miłość w nim rządzi prawdziwa – odczytałam z niej ręcznie wyszyty przez moją mamę niebieski napis.

– Co powiedziałaś? – Usłyszałam za plecami głos Gosi.

– Brakuje makatki mamusi. – Wskazałam na pustą ścianę tuż nad miską, gdzie wciąż wystawał ze ściany gwóźdź.

Dziewczyna otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, lecz przerwało jej skrzypnięcie drzwi. Potem po gumoleum, którym wyłożona była podłoga, rozległy się ciężkie kroki. Zatrzymałam wzrok na podłodze. Czy gumoleum zawsze tu leżało? Czy nie powinno być zamiast niego szerokich, olejowanych desek?

– Gosia? – rozległ się męski głos z kuchni.

Obie wyjrzałyśmy za próg. Pośrodku kuchni stał starszy mężczyzna. Mógł mieć ponad sześćdziesiąt lat. Miał na sobie drelichowe spodnie i sweter, a na nogach wojłoki. Wojłoki?Skąd mi to przyszło do głowy? I co to za śmieszna nazwa? Raz jeszcze spojrzałam na jego buty. Przecież to zwykłe walonki. Potarłam dłonią skroń, jakbym mogła w ten sposób poukładać myśli.

– Nastka? – zwrócił się do mnie. A więc mnie znał. Tylko bliscy mówili do mnie w ten sposób.

Przyjrzałam mu się uważniej. Wokół oczu miał siateczkę drobnych zmarszczek. Jego twarz pokrywał kilkudniowy zarost. A wąsy były tak długie, że niemal zasłaniały mu usta.

Szybkim ruchem zdjął z głowy czapkę, odsłaniając siwe, sterczące we wszystkich kierunkach włosy. Znałam tylko jednego chłopaka o takiej fryzurze.

– Leon Białowąs… – wyszeptałam, podchodząc bliżej. On odsunął się, jakby zobaczył ducha. – A ty, jak zwykle wyglądasz, jakby piorun w ciebie trafił.

– Nastka… – Uśmiechnął się niepewnie i ujął moją dłoń. Była szorstka i równie pomarszczona, jak moja. Wyrwałam ją szybko.

– A ty co?! – Zmarszczyłam brwi i przycisnęłam rękę do piersi.

Popatrzył na mnie zdezorientowany. Zacisnął szczękę i pokiwał głową, jakby się z czymś godził. Potem powoli przeniósł wzrok na stojącą obok mnie kobietę.

– Spotkałem Łukasza przed domem. Powiedział, że Anastazja tu zostaje.

– Próbowałam mu to wyperswadować, ale nie chciał słuchać – mruknęła kobieta. – Uparł się, że to dobry pomysł.

Leon ponownie skinął głową.

– Trzeba rozpalić w piecu – dodał po chwili i spojrzał na mnie, jakby wciąż nie dowierzał, że stoję przed nim. – Pójdę się tym zająć.

– A ja poszukam czegoś do spania. Pościelę ci tutaj, w kuchni. Trzeba też podłączyć lodówkę i butlę z gazem. Może Łukasz pojedzie do sklepu po…

– Chwileczkę! – przerwałam jej. – Leon nie może spać ze mną w domu!

– Sama powiedziałaś, że rozumiesz, że jeśli chcesz wrócić do domu, to Leon będzie ci pomagał – odparła z wyrzutem. – Pamiętasz, że przeszłaś udar i nie możesz mieszkać sama?

– Ale… mówiliście o pomocy, a nie o zamieszkaniu razem – jęknęłam zagubiona.

Gdzie była moja rodzina? Dlaczego nikogo tu nie ma? Zakręciło mi się w głowie, a Leon od razu złapał mnie pod ramię. Zaprowadził mnie do wersalki i ostrożnie posadził.

Wbiłam wzrok we wzory na gumoleum. Nie chciałam na nikogo więcej patrzeć. Czułam się tak, jakby wszystko działo się poza moją kontrolą. Jakbym nie miała już żadnej władzy nad własnym życiem. Niechciane łzy popłynęły mi po policzkach.

– Nie płacz, Nastka – powiedział łagodnie Leon. – Będzie dobrze. Jak mnie tu nie chcesz, to mogę chodzić na noc do siebie.

– Tato! – zawołała Gośka. Tato?Leon miał córkę? Boże, czego jeszcze nie pamiętałam? – Przecież wiesz, że ona nie może mieszkać sama!

Była zdenerwowana. Aż kipiała ze złości i frustracji. Nie lubiłam tych emocji. Miałam wrażenie, że one przechodzą na mnie, oplatają mnie, odbierają siły. Chciałam, żeby wszyscy stąd wyszli. Żeby zostawili mnie w spokoju.

– Pozwól, że z nią porozmawiam – powiedział, klepiąc mnie delikatnie po ręku. – Gosia, chodź ze mną na chwilę.

Chwycił ją pod ramię i zaciągnął na drugi koniec izby. Szeptał coś do niej. Obserwowałam, jak złość stopniowo znika z jej twarzy.

Po chwili wrócili do mnie.

– Zrobimy tak – zaczął Leon. – Będę przychodził rano, pomagał ci w czym trzeba. Wieczorem, gdy upewnię się, że masz wszystko, co ci potrzeba, wrócę do siebie. Pasuje ci to, Nastka?

– Tak… – przyznałam niechętnie. Wcale tego nie chciałam. Najchętniej wygoniłabym ich wszystkich z mojego domu. Ale bałam się, że jeżeli powiem to na głos, odwiozą mnie do tamtego obcego miejsca.

– No dobrze. – Leon odetchnął z ulgą, jakby kamień spadł mu z serca. – To może we dwie trochę tu posprzątacie, a ja pójdę rozpalić ten piec. Co ty na to?

– Dobrze. – Odważyłam się na niego spojrzeć. Nie pamiętałam, kiedy Leon osiwiał, ale teraz jego nazwisko, Białowąs, naprawdę pokrywało się z jego wyglądem: czuprynę i wąsy miał zupełnie siwe. Błękitne oczy były jak kawałki lodu, tnące odsłonięte ciało podczas buranu. Buranu?Skąd przyszło mi do głowy to porównanie? I czymże był ten buran?

Przesunęłam wzrokiem po jego ubraniu. Było co prawda czyste, lecz widać na nim było ślady długiego noszenia – przetarte łokcie i zmechacone rękawy. Nic dziwnego, u Białowąsów nigdy się nie przelewało. Ojciec Leona nie należał – łagodnie rzecz ujmując – do ludzi bystrych. Wieś szeptała, że to skończony tuman, lecz tata zawsze powtarzał mi, żebym tak o nim nie mówiła. Matka za to była jego zupełnym przeciwieństwem – sprytna, przebiegła i chytra niczym lisica. Każde jej słowo należało traktować z ostrożnością, bo potrafiła tak omotać człowieka, że oddałby jej ostatni grosz, jeszcze dziękując, że mógł to zrobić. Najczęściej wykorzystywała do tego swojego starszego syna – Geńka. Zabierała go ze sobą wszędzie, pokazując ludziom jako dowód swojego nieszczęścia, i wyciągając rękę po jałmużnę. Ludzie litowali się na widok chorego dziecka i sypali monetami. Ale gdy tylko te wpadały do kieszeni Białowąsowej, znikały bez śladu. Nigdy nie trafiały ani na lekarstwa dla Geńka, ani na książki dla Leona. Gdzie się podziewały, nie wiedziałam. Ale wiedziałam jedno: na synów nie szedł ani grosz.

– Nie mam czym ci zapłacić – wyrwało mi się nagle. Białowąsy nigdy niczego nie robiły za darmo.

– Nie chcę twoich pieniędzy – odparł urażony.

– To dlaczego zgodziłeś się mi pomóc?

Milczał przez dłuższą chwilę, uważnie mi się przypatrując.

– Chcę wyrównać rachunki.

– Nie rozumiem.

– Jestem ci coś winien, Anastazjo. Tobie i twojej rodzinie. Może w ten sposób uda mi się spłacić ten dług…

Dług? Jaki dług? To wszystko było tak zagmatwane, a jednak nie odważyłam się zapytać, o jaki dług mu chodzi. Bałam się, że jeśli się do tego przyznam, Leon odejdzie.

– Nie martw się – powiedział łagodnie, jakby czytał w moich myślach. – Przypomnisz sobie. Wszystko sobie przypomnisz.

Przełknęłam ślinę. Tak bardzo chciałam mu wierzyć, ale strach ścisnął mi serce.

– A jeśli nie? – szepnęłam.

– To ja będę pamiętał za nas dwoje… – odparł i ścisnął pokrzepiająco moją dłoń. – Idę rozpalić piec. Zimno tu jak w psiarni, a ty przecież nigdy nie lubiłaś zimna.

Nie lubiłam zimna? W głowie pojawił mi się kolejny przebłysk: biel śniegu, zaspy po obu stronach drogi, koc owinięty wokół twarzy, ciasna ścieżka wśród zwałów puchu. Mówiłam ci już, że nienawidzę zimna? – powiedziałam głośno, a ktoś idący za mną cicho się zaśmiał. Odwróciłam się, by zobaczyć jego twarz… i obraz rozpłynął się w nicość.

***

Od kilku dobrych godzin siedziałam w fotelu, wpatrzona w ekran telewizora. Odkąd wróciłam do domu, nie miałam innego zajęcia poza oglądaniem kolejno wyświetlanych programów. I tak od rana do wieczora. Pod koniec dnia czułam się tak, jakby ktoś wypompował ze mnie całą energię. Byłam otumaniona tym potokiem głosów, obrazów i informacji, które z każdej strony zalewały moje uszy. Jednak nie wiedziałam, co innego mogłabym robić. Nie byłam w stanie przypomnieć sobie, jak wyglądał mój dzień, co lubiłam, a czego nie, ani jak spędzałam wolny czas, zanim mój umysł ogarnęła ciemność. Wolałam spacerować, a może robić na drutach? Pracowałam, a może dbałam o dom i ogród jak moja mama? I gdzie podziali się wszyscy? Gdzie moja rodzina? Gdzie są moi przyjaciele?

Nagle czyjaś sylwetka przecięła pokój i jednym ruchem wyłączyła telewizor. Podniosłam wzrok i zobaczyłam… Leona. No tak, ze wszystkich osób, które były obecne w moim życiu, pozostał mi tylko on.

Prychnęłam pod nosem.

– Wystarczy już tej telewizji.

Posłałam mu gniewne spojrzenie. Odkąd wróciłam, Leon szarogęsił się w moim domu, jakby był u siebie. Na pewno był z tego powodu zadowolony. Przecież chatka, w której mieszkał, miała rozmiar mojej izby. Białowąsy nie miały niczego. Ani prądu, ani studni. Dlatego Leon przez całe życie wyglądał, jakby wyszedł prosto z pieca. Spojrzałam na jego dłonie. Nie miały na sobie śladu sadzy, twarz także wyglądała na czystą. Może jednak cywilizacja zawitała w końcu i do nich?

– Możemy pójść odwiedzić Wasilewskich… – powiedział niespodziewanie, przystając w miejscu i bacznie mnie obserwując.

Ciągle to robił. Nieustannie mnie obserwował, gdy otwierałam oczy, on już krzątał się po mojej kuchni. Brzdękał patelnią, trzaskał drzwiczkami szafek, stukał talerzami. Potem przez cały dzień nie odstępował mnie na krok. Starałam się być samodzielna, ale były rzeczy, z którymi nie mogłam sobie poradzić. Nie byłam w stanie zapiąć guzików w moich ubraniach, bo palce miałam zbyt zesztywniałe. Nie potrafiłam rozczesać włosów grzebieniem, bo nie sięgałam tak wysoko ręką. Zagryzałam wtedy zęby i pozwalałam Leonowi sobie pomagać, zapinać guziki i czesać mnie. W tych chwilach czułam, jak płoną mi policzki z zawstydzenia. Na szczęście Leon nigdy niczego nie komentował. Miałam wrażenie, że lubi czuć się potrzebny. I pewnie gdybym mu tylko pozwoliła, wyręczałby mnie we wszystkim. Gdy pierwszy raz poszłam do łazienki, podreptał za mną i stanął pod drzwiami. Przestępował z nogi na nogę, otwierając i zamykając usta, jakby chciał coś powiedzieć. Posłałam mu wtedy surowe spojrzenie i zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem. Gdy wyszłam, wciąż stał w tym samym miejscu.

Teraz wpatrywał się we mnie w oczekiwaniu… Na co? Ach tak – spacer do Wasilewskich. Ale kim oni właściwie byli? Próbowałam przeszukać w głowie każdą możliwą szufladkę wspomnień, aż w końcu zobaczyłam obraz niewielkiego żółtego domku z ogrodem.

– Albo możemy pograć w tysiąca… – dodał, zanim zdążyłam zareagować na pierwszą propozycję. Tysiąca? Znowu zaczęłam szukać w głowie właściwego obrazu, aż zobaczyłam rozłożone na stole karty.

– …albo mogę poczytać ci twój pamiętnik – dorzucił po kolejnej chwili.

– Pamiętnik? – zapytałam, tym razem na głos.

W głowie nie zobaczyłam żadnego obrazu, żadnego przebłysku. Nie mogłam przypomnieć sobie niczego, co można by nazwać tym słowem, a jednak to właśnie ono zaintrygowało mnie najbardziej.

– Tak, pamiętnik. Ludzie czasem prowadzą pamiętniki. Zapisują w nich swoje myśli. Czasem nawet dzień po dniu – wyjaśnił łagodnie.

– Chcę przeczytać pamiętnik. Sama – powiedziałam stanowczo. Skoro należał do mnie i skoro zapisywałam w nim swoje myśli, nie chciałam, żeby ktokolwiek inny je poznał. Nawet Leon. Zwłaszcza Leon.

– No dobrze.

Mężczyzna podreptał do barku. Przekręcił kluczyk w zamku. Klapa opadła wolno, ukazując zawartość szafki. Leon sięgnął po coś leżącego na wierzchu, zamknął z powrotem gablotkę i ruszył do mnie. Wyciągnął do mnie dłoń, w której trzymał… zeszyt. Ten sam, który widziałam w kraciastej torbie, kiedy tu przyjechałam.

– To moje? – zapytałam, gdy mi go podał.

– A znasz inną Anastazję Zielińską? – Uśmiechnął się.

Zmarszczyłam brwi. Nie wiedziałam, dlaczego tak powiedział.

Uśmiech zniknął z jego twarzy. Palcem dotknął pomiętej i wyblakłej miejscami okładki.

– Tu jest napisane „Anastazja Zielińska”.

Wpatrywałam się w niebieskie zawijasy, ale nie przypominały niczego sensownego, niczego co znałam. Otworzyłam zeszyt i zaczęłam go kartkować. W środku były tylko te same znaki, rzędy nieczytelnych kształtów, które nic mi nie mówiły.

Jęknęłam i rzuciłam zeszyt na podłogę.

– Nastka… zobaczysz, będzie dobrze – powiedział Leon, pochylając się, by go podnieść. – Przypomnisz sobie wszystko. Litery też. Byłaś przecież najmądrzejszą dziewczyną w całej naszej klasie! W całej szkole!

– Byłam? – zapytałam cicho. Dziś nie byłam pewna już niczego.

– Oczywiście. Byłaś najmądrzejsza i… najładniejsza.

Spojrzałam na niego zdziwiona.

– No co? – zapytał, śmiejąc się pod nosem.

– Byłam jedyną dziewczyną w klasie – zauważyłam. To akurat pamiętałam.

– Podobałaś się każdemu chłopakowi w klasie. Tylko… może w niewłaściwy sposób to okazywaliśmy. Adam nieźle dał nam wszystkim popalić, jak się dowiedział, że przykleiliśmy twój tornister… – urwał nagle i skrzywił się, jakby żałował, że to powiedział.

– Adam? – powtórzyłam to imię. – Adam…

W mojej głowie pojawił się obraz przystojnego chłopaka o kruczoczarnych, krótkich włosach i oczach w kolorze ciemnego miodu. Uśmiechał się do mnie tak szczerze, że na chwilę wszystkie moje troski odeszły, a uśmiech sam wypłynął na moje usta.

– Pamiętam go. Naprawdę go pamiętam… – szepnęłam, spoglądając na Leona.

Ten spochmurniał, a w jego oczach pojawił się cień złości, której nie potrafiłam zrozumieć. Wtedy przypomniało mi się coś jeszcze. Oni się nie lubili. Ale nic dziwnego, Leon nie lubił nikogo.

– Oczywiście, że go pamiętasz… – wydusił w końcu z siebie. Podszedł do drugiego fotela i rozsiadł się w nim wygodnie. – Jak mogłabyś o nim zapomnieć. Przecież tak wiele dla ciebie znaczył.

Miałam wrażenie, że jego głos ociekał sarkazmem, ale równie dobrze mogłam się mylić.

– Tylko gdzie on teraz jest, co? Ten twój Adam? – dociekał, mimo że wiedział, że niczego nie pamiętam.

– Nie wiem… – przyznałam z bólem. Jego słowa mnie zraniły. Wszystko we mnie krzyczało, żeby stanąć w obronie mojego narzeczonego. Mojego narzeczonego?

Spojrzałam na dłoń w poszukiwaniu pierścionka, lecz niczego tam nie było.

– Czy ja mam męża? – zapytałam zdezorientowana. W głowie nie pojawił się żaden przebłysk. Żadne wspomnienie dotyczące ślubu. – Wyszłam za mąż za Adama?

– Nie.

– Co „nie”? – uniosłam głos.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Od autorki

Dostępne w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog

Rozdział 1

Epilog

Od autorki

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Spis treści

Dedykacja

Meritum publikacji