Na Podlasiu. Antonia - Agnieszka Panasiuk - ebook

Na Podlasiu. Antonia ebook

Agnieszka Panasiuk

4,3

Opis

Jest rok 1869. Antonia Gillard traci posadę nauczycielki na pensji dla dziewcząt. Opuszcza Warszawę i zostaje guwernantką w domu rosyjskiego urzędnika w Białej na Podlasiu. Tu zawiązuje przyjaźnie, poznaje lokalne tradycje i śledzi poczynania Oswobodziciela – tajemniczego jeźdźca, który pomaga mieszkańcom regionu mierzyć się z carskimi represjami. W wyniku intrygi guwernantka musi pożegnać się z nauczaniem i podjąć się zupełnie nowego zajęcia.
Antonia, jako dama do towarzystwa hrabiny Stefanii, wyjeżdża do Franopola. Bierze udział w życiu towarzyskim, podróżach i wizytacjach majątków, ale równocześnie angażuje się w pomoc ubogim i chorym. Los sprzyja kobiecie, która zakochuje się z wzajemnością. Jednak dla zakochanych nadchodzi czas próby. Czy zdołają zmylić tropy i odwrócić od siebie uwagę carskiej policji? Jak potoczą się dalsze losy Antonii?
Antonia, Cecylia i Aleksandra – trzy kobiety. Trzy odmienne losy. Trzy tomy cyklu powieści Agnieszki Panasiuk rozgrywającego się na Południowym Podlasiu w drugiej połowie XIX stulecia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 379

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (65 ocen)
36
16
10
3
0

Popularność




Wszystkie prawa zastrzeżone. Zarówno cała książka, jak i jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w  środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Wydawnictwa Szara Godzina s.c.

Projekt okładki i  stron tytułowych

Anna Damasiewicz

Zdjęcia na okładce

© Kathryn Servian | Depositphotos.com

Redakcja

Aleksandra Marczuk

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz przygotowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Barbara Kaszubowska

Wydanie I,  Katowice 2020

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i  zdarzeń rzeczywistych jest w  tej książce niezamierzone i  przypadkowe, choć występują również postaci historyczne.

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

[email protected]

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: LIBER S.A.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.liber.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2019

ISBN 978-83-66573-39-0

Rodzicom,

Siostrze,

bialczanom

Rozdział 1

Sierpniowe słońce leniwie muskało stolicę Kraju Przywiślańskiego. Dochodziło południe. Polacy nie należeli do narodów leniwych i mimo skwaru nie przerywali pracy. Trudno było ją zresztą porzucić pod czujnym okiem żandarmów i urzędników zaborcy. Ulice Warszawy wrzały od huku dorożek, wozów i wózków terkoczących po bruku. Obcasy przechodniów, szukających choć odrobiny cienia, wystukiwały przeróżne rytmy. Zewsząd dochodził gwar rozmów, okrzyki sprzedawców i targujących się kumoszek. Zdawało się, że w tym zabieganiu i intensywnych emocjach próżno było szukać kogoś, kogo życie biegłoby ze spokojem. A jednak!

Krystyna, w skromnej błękitnej sukni przepasanej żółtą wstęgą i w słomianym kapelusiku na kruczoczarnych włosach, szła na dworzec Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Wyglądała tak, jakby podążała własną ścieżką między łanami zbóż, a nie ulicą Marszałkowską, zabudowaną kamienicami i pałacykami. W głowie układała wieści, które musiała przekazać powracającej przyjaciółce, a trudno było w piękne szaty przyodziać gorzkie nowiny. Zajęta rozmyślaniem nie dostrzegła dziś na swojej drodze sprzedawczyni zamorskich pomarańczy, podróżnych czepiających się w biegu omnibusa czy małego obdartusa głośnym krzykiem oznajmiającego o nowym numerze „Kuriera”. Zerknąwszy na zegarek przypięty do sukni, skierowała kroki do pobliskiej świątyni. Tam przyklękła w ostatniej ławie, prosząc Boga i świętych o odwrót złego losu od swojej „duchowej siostry”, jak zwykła nazywać Antonię. Nie powita jej, jak wymaga tego staropolska tradycja. Ciężko westchnąwszy, przeżegnała się i wyszła ponownie na gwarną ulicę Marszałkowską.

Dworzec Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej projektu architekta Henryka Marconiego stał na rogu ulic Jerozolimskiej i Marszałkowskiej. Wewnątrz murowanego budynku panował mniejszy gorąc niż na zewnątrz, ale za to większy harmider, powodowany przez licznych podróżnych. Krystyna wyszła z holu na peron, skąd dojrzała smużkę dymu. Jeszcze kilka chwil i Tosia powróci. Tylko do czego? – pomyślała.

Słysząc gwizd lokomotywy, z poczekalni dworca na peron wyszli także inni warszawiacy oczekujący na podróżnych. Wśród ogólnego huku ekspres z Wiednia punktualnie o dwunastej trzydzieści zakończył podróż, hamując z piskiem. Wagony otwarto. Z trzeciej i czwartej klasy wyskakiwali niepewnie małomiasteczkowi urzędnicy wysłani do stolicy w „ważnej sprawie”, chłopskie rodziny i młodzieńcy z prowincji poszukujący pracy i szczęścia. Z pierwszej klasy, ociągając się, z ciężkimi bagażami niesionymi przez służbę wyłaniały się stare hrabiny, księżne i baronowe wracające z „badów”1 czy włości w Galicji. Ku ich konsternacji w podróży tej towarzyszyli im nowobogaccy przedsiębiorcy i kupcy, którzy jeszcze nie tak dawno dzielili z mieszczanami i inteligentami miejsca w klasie drugiej.

1 Powszechna nazwa uzdrowisk położonych na terenach niemieckojęzycznych [wszystkie przypisy pochodzą od autorki].

Na samym końcu z wagonu pierwszej klasy wysiadło gibkie i zgrabne dziewczę z jedną tylko walizką. Suknia i pelerynka z czarnej krepy niekorzystnie podkreślały jej bladą cerę, ale zarazem uwydatniały złocistość włosów. Młoda kobieta wyglądała jak promień słońca zaciągnięty żałobnym kirem.

– Antosia! Tu jestem! – krzyknęła Krystyna, machając w jej stronę. Przebijając się przez tłum, podbiegła do przyjaciółki.

Ściskały się na powitanie kilka dobrych minut. Gwar panujący na peronie nie pozwalał na prowadzenie spokojnej rozmowy, dlatego z radością przeszły z głównego holu do herbaciarni na piętrze.

– Hrabina Kicka uparła się, żebym wracała pierwszą klasą, a do tego w tej „odpowiedniej” czerni – tłumaczyła Krystynie swój wygląd Antonia zwana przez znajomych Tosią. – Nie mogłam nic na to poradzić. Wiesz, jaka ona jest zasadnicza. A może w ten sposób chciała pokazać, że jej na mnie zależy? Jest taka chłodna w uczuciach. Ale cóż, tak ją wychowano. Powieka by jej nie drgnęła, gdyby się okazało, że zostanie cesarzową. Ale dobra z niej dusza – opowiadała energicznie o damie, którą konwojowała do kurortu. Nie zwróciła uwagi na ściągniętą twarz Krystyny. – W pewnym momencie pomyślałam, że każe mi zostać ze sobą w tej Szwajcarii, a wiesz, że sprostanie jej wymaganiom, przy tych jej zmiennych humorach, graniczy z cudem i nie mówię tego przez złośliwość. Bogu dzięki, udało nam się znaleźć odpowiednią damę do towarzystwa, a w dodatku dyplomowaną pielęgniarkę. Tak naprawdę spokój poczułam dopiero w chwili, gdy konduktor zakomunikował odjazd z Wiednia. Gotowa byłam przysiąc, że hrabina w ostatniej chwili przyśle forysia z listem i każe mi wracać nad Jezioro Genewskie. – Tosia zamrugała chabrowymi oczyma i już wydęła usta, by parsknąć śmiechem, gdy w końcu zwróciła uwagę na dziwną nerwowość Krystyny.

Przyjaciółka najwyraźniej nie była zainteresowana jej słowami, tylko strapiona i zadumana obracała w dłoniach filiżankę z napojem.

– Krysiu kochana, ja tu plotę, a chyba stało się coś niedobrego? – zapytała poważnie Antonia. – Widzę po tobie zdenerwowanie. Czyżby pani Gądecka wymówiła stancję? Tyle razy się odgrażała. Mam fundusze, zapłacimy jej z góry za cały kwartał. Po to przecież tę dodatkową pracę z konwojowaniem hrabiny złapałam.

– Nie, nie o to chodzi. Pani gospodyni… Pani Gądecka łaskawsza dla nas, odkąd powóz hrabiny zabrał ciebie spod naszej kamienicy. Zadałaś tym splendoru. Och… – jęknęła Krystyna – muszę to w końcu powiedzieć.

– Krysiu, wyrzuć to z siebie. – Tosia ujęła dłoń przyjaciółki i delikatnie pogładziła ją po zbladłym policzku.

– Olga Fiodorowna Wołgogradowa wymówiła nam posady w Instytucie! – powiedziała zrezygnowana Krystyna. – Od nowego roku szkolnego nie mamy gdzie uczyć. Wszystko wyszło na jaw. To, że potajemnie nauczamy polskiego, polskiej historii i geografii. Twoja przeszłość, to, co z ojcem robiłaś w powstaniu. Wszystko oczywiście przez długi jęzor którejś z naszych podopiecznych. – Dziewczyna wyrzuciła z siebie cały nagromadzony ciężar, po czym skryła twarz w dłoniach i zaczęła cicho pochlipywać.

– Tylko nie to! – jęknęła z zawodem Tosia.

Zdawało się, że w herbaciarni ruch wokół nich zamarł. Antonia pogrążyła się w niewesołych myślach. Mimo obostrzeń wprowadzonych przez surową dyrektorkę Instytutu Wychowania Panien i odgórnych wytycznych rosyjskiego inspektora nie wyobrażała dla siebie innego zajęcia. Swoją nauczycielską pracę kochała ponad wszystko. Uczennice Instytutu, panienki z dobrych domów, garnęły się do francuskiego, który był drugim językiem ojczystym Antonii, jako że jej ojciec był rodowitym Francuzem. Wiedzę o dawnej Rzeczypospolitej młodym damom z ziemiańskich dworków, oddanym na naukę do stolicy, można było przekazać na dodatkowych zajęciach czy konwersacjach. Antonia wiedziała, że nie z każdą uczennicą i nie z każdą klasą mogła sobie tak śmiało poczynać. Razem z Krysią długo i wnikliwie obserwowały młode Polki, by się upewnić, która z nich wywodzi się z patriotycznej rodziny, a której zależy tylko na przypodobaniu się rosyjskiemu zaborcy.

Dyrektorka Instytutu, Olga Fiodorowna Wołgogradowa, stała na straży „prawidłowego” wychowania lansowanego przez zruszczone urzędy w duchu pogardy dla polskości. W całym zaborze nauczanie języka, literatury, historii, geografii, a nawet tradycji i obyczajów było bezwzględnie zakazane pod karą więzienia. Każda nauczycielka w każdej szkole Kraju Przywiślańskiego odbywała na ten temat rozmowę ze swoimi przełożonymi i zdawała sobie sprawę z tego, co grozi za naruszenie zakazu. Dlatego też większość kadry w szkolnictwie rekrutowała się z Rosjanek kształconych w kolegium petersburskim, które pracą w prowincjonalnej Warszawie zaspokajały swoje wygórowane potrzeby finansowe. Ich pensje nawet trzykrotnie przewyższały gażę Antonii i jej przyjaciółki, zubożałej szlachcianki Krystyny Błęckiej.

Krysia lojalnie sekundowała Tosi, gdy ta podejmowała ryzykowne przedsięwzięcie. Teraz obie wypłakiwały oczy nie tyle z żalu po utracie pracy, ile z rozpaczy, że nikogo już o Polsce nie nauczą.

– Co właściwie powiedziała Wołgogradowa? – zapytała szeptem Antonia, otrząsnąwszy się po chwili zamyślenia. W herbaciarni zebrał się spory tłum podróżnych.

– No cóż… – zaczęła smutno zrezygnowana Krystyna. – Jedna z naszych uczennic to nie takie niewiniątko, za jakie uchodzi. Opowiedziała dyrektorce o twojej konwersacji przy herbacie na temat Świtezi Adama Mickiewicza, a przy okazji przywołała historie kilku powstańczych potyczek i nadmieniła o udziale w nich twojego ojca. Olga wielce się zdziwiła. Miała cię za rodowitą Francuzkę, przybyłą prosto z Paryża. – Krystyna zrobiła pauzę, a ponieważ Antonia domagała się dalszych wyjaśnień, kontynuowała: – Wołgogradowa ma wuja w admiralicji. Rozpytała się, a on potwierdził, że twój ojciec pomagał rannym powstańcom i przerzucał tych najbardziej zaangażowanych przez granicę. No i był na jego egzekucji. Tyle Wołgogradowej wystarczyło, by dać ci wymówienie. Oto i cała sprawa – chlipnęła Krystyna i wytarła nos w chusteczkę. – Zawezwała mnie listownie przedwczoraj i oznajmiła, że widzieć nas więcej w Instytucie nie chce, że możemy się pakować. Znalazła już prawdziwą madame na twoje miejsce. Dodała, że wielce ją zawiodłaś, ukrywając swoje pochodzenie.

Słowa przekazane przez Krystynę zabolały Antonię i dziewczyna znowu popadła w zadumę. Oto ponosiła winę nie tylko za swoje zwolnienie, za swój los. Ojciec i brat Krysi byli na katordze na dalekiej Syberii, a jej matka i dwie małe siostry mieszkały kątem u kuzynów w Konstancinie, gdy po powstaniu wyrzucono je z rodzinnego dworku. To najstarsza Błęcka była żywicielką rodziny, a teraz straciła ten chleb, ponieważ pomagała Tosi.

Krysia zauważyła grymas na twarzy przyjaciółki i jakby czytając jej w myślach, powiedziała zdecydowanie:

– O mnie się nie martw! Pani Gądecka ma serce. Jak się dowiedziała o naszym nieszczęściu, zarekomendowała mnie do opieki nad córkami pani Zabrzezińskiej z Kabat. Mąż jej pisze do „Kuriera” i będzie mi jeszcze korektę przynosił. O mnie się nie martw! – powtórzyła dobitnie. – Najgorsze, że nic dla ciebie nie mamy. Może szkoda, że hrabina cię puściła z tego konwojowania?

Napięcie odpłynęło z twarzy Antonii. Gwałtownie wstała i rzekła dumnie:

– Dam sobie radę! Jestem córką doktora Gillarda. Miałam piętnaście lat, gdy pomagałam rannym powstańcom w leśnych ostępach, a szesnaście, gdy zostałam sama na świecie. Teraz mam dwadzieścia dwa lata i dwie zdrowe ręce. Poradzę sobie. Muszę! Nie ma na co czekać. Chcę to mieć za sobą. Idę od razu do Instytutu – zdecydowała.

Krystyna się zgodziła. Antonia, zaciskając usta, wzięła swój bagaż i z przyjaciółką pod rękę opuściła dworcową herbaciarnię. W tym czasie ruch na Marszałkowskiej nie zamarł, więc szybko skręciły w ulicę mniej zatłoczoną, kierując się w stronę pensji.

Rozdział 2

Słońce nadal spalało Warszawę swym blaskiem. Kobiety rade były znaleźć choć trochę cienia pod kasztanowym szpalerem ulicy Wiejskiej, przy której mieścił się Instytut Wychowania Panien. Pod jednym z rozłożystych drzew stała ławeczka, na której przysiadły, by chwilę ochłonąć. Antonia otrzepała suknię, przeczesała włosy, zostawiła bagaż pod opieką Krysi i ruszyła w kierunku pensji mieszczącej się dwie bramy dalej, by stanąć przed obliczem dyrektorki. Zarówno plac przed Instytutem, jak i jego wnętrza były puste i ciche. Panienki miały wrócić w opiekuńcze mury dopiero w połowie września.

Zastaną już nowe nauczycielki francuskiego i arytmetyki – pomyślała ze smutkiem Antonia, wchodząc po schodach.

Gabinet dyrektorki mieścił się na pierwszym piętrze za dębowymi rzeźbionymi drzwiami. Pod oknem okolonym drapowanymi zasłonami stało dębowe biurko i trzy krzesła. Na półkach leżały szkolne dokumenty, opinie o panienkach i edukacyjne carskie broszury.

Antonia cicho, lecz zdecydowanie zapukała i od razu weszła. Olga Wołgogradowa wyraźnie na nią czekała. Dziewczyna zauważyła na jej twarzy lekki grymas pogardy, triumfu i dominacji.

– Witajcie, Jantonio Wiktoriewna Gillardowo. A może jednak nie Gillardowo? – przywitała nauczycielkę dyrektorka. Wysoka, uczesana w ciasny kok, wyglądała niezwykle dostojnie w szarej sukni, siedząc władczo za dębowym biurkiem.

– Nie zamierzam się wypierać własnego nazwiska – odpowiedziała hardo na to powitanie Antonia, podchodząc bliżej. Jej odważny krok zachwiał się jednak, gdy w gabinecie zauważyła jeszcze jedną postać.

Na krześle tuż za drzwiami siedział rozparty carski oficer. Niedbale wyciągnął przed siebie nogi w lśniących oficerkach. Spojrzał na dziewczynę przenikliwie ciemnymi jak węgle źrenicami. Surowości dodawały mu nie tyle prosty nos i kanciasta twarz, ile cynicznie wykrzywione usta. Nawet swobodnie opadający na czoło kruczoczarny lok nie był w stanie złagodzić wyrazu jego twarzy.

– Siadajcie. – Olga wskazała krzesło przed biurkiem, a Antonia posłusznie i bez słowa wykonała polecenie. – Zaraz podpiszę pani wymówienie w trybie nagłym. – Dyrektorka szukała przygotowanego dokumentu w szufladzie biurka, nie przestając mówić. – Wydałam już swoją opinię o pani pracy do Inspektoratu Oświaty. Nie radzę szukać pracy w innej szkole, zwłaszcza w dobrej rosyjskiej szkole – zaakcentowała ostatnie wyrazy, patrząc na blednącą twarz nauczycielki. – Ale moje chrześcijańskie miłosierdzie kazało mi przygotować list referencyjny – poinformowała, czym zaskoczyła Antonię. – Dzięki niemu gdzieś znajdziecie pracę, ale poniżej oczekiwań, godności i wiedzy osoby, która mogła tak wiele zdziałać dla świetności tego dostojnego przybytku. – Mówiąc to, Wołgogradowa omiotła ręką po gabinecie, jakby ramionami chciała objąć cały Instytut.

Antonia uparcie milczała.

– Niewygodnego ojca zawsze można się zaprzeć, szczególnie gdy nie ma go już na świecie. Po cóż jeszcze kontynuować jego banialuki i mrzonki? Po cóż siebie i innych otumaniać? – zapytała cynicznie dyrektorka, a Antonia spurpurowiała ze wzburzenia. – Cudzoziemcy są niezwykle dziwni. Na cóż to było? – zadała niby retoryczne pytanie Wołgogradowa i już miała kontynuować wywód, gdy Antonia, nie bacząc na jej uprzejmość, weszła jej w słowo:

– Jeszcze Polska nie umarła, kiedy my żyjemy. Co jej obca moc wydarła, szablą odbijemy. I odbijemy! I dzięki takim jak mój ojciec i jak ja naród i panowie, i chłopi swojego języka, tradycji i osiągnięć nie zapomną. Celem każdego światłego Polaka jest utrwalanie w narodzie pamięci, by nikt i nic na jego niepodległość czyhać nie mogło i nawet nie próbowało. Ten zaś, kto zapiera się swego ojca, jego dziedzictwa i nauk, sam siebie skazuje na potępienie. Tu i teraz! – zakończyła stanowczo i impulsywnie Antonia.

Teraz to purpurowa dyrektorka nie mogła wydusić z siebie riposty. Znudzony do tej pory oficer zerwał się ze swojego siedziska i obszedłszy dwukrotnie w milczeniu krzesło, na którym siedziała Antonia, spojrzał na nią z taką pogardą, że dziewczynie ze strachu zamarło serce, a myśli ulatywały już do małej więziennej celi w pawilonach Cytadeli. Może przydzielą mi tę samą co przed laty ojcu? – przemknęło jej przez myśl. Antonia starała się ukryć strach, gdy oficer podawał jej arkusz papieru i pióro. Jeszcze chwila i każe mi pisać zeznanie – pomyślała i zerknęła na kartkę. Była zapisana cyrylicą. Antonia spojrzała na oficera, który szeptał teraz coś dyrektorce, oparty niedbale o biurko.

– Nie ma co tak patrzeć! – odezwał się do Antonii. – Trzeba przeczytać i podpisać. Sporządziłem to na wniosek czcigodnej pani dyrektor. – Tu posłał Wołgogradowej uroczy uśmiech. – Za to do Cytadeli się nie idzie, a można dostać wspomniane referencje. Dobrze, że się tu dziś pofatygowałem – stwierdził oficer – bo mogłem osobiście poznać tak charakterną nauczycielkę – zadrwił.

Antonia mocno zacisnęła usta, by nie zripostować. Dokładnie wczytała się w treść pisma. Nagłówek zawierał datę, miejsce i stanowisko przyjmującego zobowiązanie: „Aleksander Andrejewicz Bolinowski, kapitan Jego Cesarskiej Mości”. Spojrzała ukradkiem na oficera, a gdy podchwycił jej wzrok, szybko wróciła do czytania. Co było dalej? Oświadczała, że w swoje działania nie wtajemniczała dyrektorki. Wiedziała, że nie postępowała, jak przystało na carskiego nauczyciela. Antonia poczuła łzy pod powiekami, gdy pióro zazgrzytało o papier. Nie miała innego wyjścia. Bez referencji nie zostanie nawet pisarką w poślednim składzie. Drżącymi dłońmi odebrała wymówienie oraz referencje i bez słowa pożegnania wyszła. Odprowadzał ją perlisty śmiech młodego kapitana i czcigodnej dyrektorki, naigrawających się z losu zgotowanego polskiej patriotce.

Rozdział 3

Dyliżans pospiesznie wracał z Natolina w kierunku Warszawy. Rześkie powietrze cieszyło woźnicę, który dziś nie musiał ćwiczyć zaprzęgu batem. Piękne siwki dumnie i chętnie ciągnęły pełną podróżnych budę.

– Może dziś pobijemy rekord i więcej czasu zejdzie nam na popas i napitek – marzył woźnica, patrząc w jesienne błękitne niebo, aż o mało nie spadł z kozła, gdy konie gwałtownie stanęły. – Cóż, żeż… – chciał zakląć, ale z okna wyjrzała demoniczna twarz tłustej jejmości. Krzyknął więc tylko w jej stronę: – Pastuch krowy przegania. Kilka chwil potrwa postój. Nie denerwujcie się, nic się nie stało. A ty – pogroził palcem w stronę białogłowego chłopca w lnianej sukmanie – ty, chuderlaku, nie wybiegaj tak pod koła. Cywilizacji nie widział! To może się tobie źle skończyć – pouczał małego, siedząc na koźle.

– Ale to wy, panu, na drogie nie patrzyli – pisnął pastuszek i pognał krowy przed siebie.

Tosia i Krysia uśmiechnęły się do siebie dyskretnie. Wolały nie denerwować tłustej współpasażerki, którą zajęły wydarzenia rozgrywające się za oknem dyliżansu.

A tam w popołudniowym blasku na pola wyszli gospodarze. Najstarszy z nich, wąsaty i ogorzały po niedawnych żniwach, kończył przerwaną ranną orkę. Gdy przeorał ostatnie dwie bruzdy, z kosza od stojących współziomków nabrał garść ziarna. Nie było to jednak tylko ziarno – zmieszały się z nim święcone wcześniej zioła i bazie z wielkanocnej palmy. Rzucał je w ziemię tak, że utworzyły znak krzyża. Drugi wieśniak schylił się ku skibie i włożył w nią dwie kromki chleba.

– A dyć plonuj nam dobrze, żeby nikomu w nowym roku głód nijakij nie dokuczył – rzekł, jakby odprawiał nabożeństwo.

Jejmość z dyliżansu, która na ten widok zdążyła już złagodnieć i nawet ukradkiem łzę uroniła, spoglądając na zaskoczone współpasażerki, odezwała się:

– Co? Kształcone miastowe panienki nie widziały nigdy, jak w wigilię Matki Boskiej Siewnej lud wiejski hołd jej składa i oziminę siać zaczyna? To popatrzcie, popatrzcie! Dowiecie się, z czego chleb powszedni macie na stołach.

Antonia i Krystyna spuściły głowy. Rzeczywiście, nie znały tego obrzędu.

– Szkoda, Tosiu, że pani baronowa znalazła już bonę dla wnuczki – żałowała przyjaciółki Krystyna, gdy dyliżans wznowił drogę do Warszawy. – Ja za tydzień przenoszę się na Kabaty, a pani Gądecka gotowa ci do pokoju dokwaterować jaką rubaszną kuchareczkę.

– Cóż. Tak musiało być. Za wysokie progi na moje nogi – stwierdziła Tosia, odwracając się do okna. Wówczas zobaczyła, że wierzby i topole porastające pobocze pławiły się w słońcu. Ten piękny wrześniowy krajobraz dziewczyna przygasiła bladym uśmiechem.

Sytuacja stawała się nieciekawa. Już prawie miesiąc upłynął od chwili, gdy Antonia zwróciła się do kantora stręczeń, a oferty pracy nie uzyskała. Zdarzały się co prawda propozycje konwojowania jakiejś starszej jejmości do „badów” czy odwiezienia młodej panienki na pensję wiedeńską bądź genewską, prace te nie mogły jednak zapewnić sierocie stabilizacji. Baronowa, od której wracała z Krystyną, poszukiwała dla wnuczki bony z zagranicy. Znalazłszy takową, zapomniała wycofać ogłoszenie i skazała panny na daremną podróż.

– Może to i lepiej, że mnie nie przyjęła i posada była już zajęta – szepnęła Antonia do Krysi. – Dziecko było jeszcze za małe na naukę, a pałac odstręczył mnie dziwnym smutkiem i surowością.

– Może na ludzkim nieszczęściu był zdobyty, jak mawia moja mama – westchnęła przyjaciółka. – Ale co teraz poczniesz? Wkoło żadnej porządnej pracy. W pensjach prywatnych za bardzo boją się inspektora. Tchórze!

– Może pojadę do ciotki Clementine? – zastanowiła się z powagą Antonia, a widząc zdziwione spojrzenie Krysi, zaśmiała się. – Czyż źle bym wyglądała jako jej następczyni w paryskiej rewii?

Na te słowa Krystyna wybuchnęła śmiechem. Jej przyjaciółka tylko żartowała. Jedyna żyjąca krewna Antonii była niedoszłą baletnicą baletu paryskiego, która stała się gwiazdą rewii, wodewilów i kankana. Siostrzenica ojca Antonii była czarną owcą rodziny Gillardów. Doktor Gillard po wyjeździe za ukochaną do jej czarownej Polski również w tym kraju słyszał od napotkanych obieżyświatów, a potem i z „Kuriera”, o podbojach niezrównanej Clementine. Nawet upływ czasu nie wpłynął za zmianę zachowania kobiety.

Tosia i Krysia, mimo niepowodzenia, w dobrych humorach dotarły do Warszawy. Trzymając się pod rękę, ruszyły z postoju dyliżansów do swojej stancji na Nowy Świat.

– Wiesz, Krysiu, może i tym razem praca znowu mnie nie dosięgła, ale podróż była wygodna, pogoda piękna i czegoś się na tym wymuszonym postoju nauczyłyśmy – stwierdziła Antonia.

– Dzięki temu nie zapomnę wstąpić jutro do kościoła – powiedziała Krysia i zatrzymała się gwałtownie w połowie schodów kamienicy, widząc, że pani Gądecka przechadza się nerwowo pod drzwiami ich stancji.

– Naróbta wy mi problema! – piekliła się gospodyni. – I tak dość mam z wami zabawy, a tu jeszcze carskie kuriery mi się kręcali! Mata. – Wyciągnęła zza zapaski fartucha list i podała zdziwionej Antonii. – Przynieśli to chyba z jeneralicji.

Tosia kilka razy przełożyła kopertę z ręki do ręki, jakby się nią bawiła, ale widząc, że gospodyni nie zamierza odchodzić, póki się nie dowie, co zawiera przesyłka, otworzyła ją i przebiegła wzrokiem pismo. Po chwili złożyła je i powiedziała do wpatrzonych w nią kobiet:

– Propozycja guwernerowania w Białej na Podlasiu. U Rosjan.

– A kto to przysłał? Z kantoru? – dopytywała zaciekawiona Krysia.

– Podpisane tylko: „Znajomy z wojska”, a ja takowych nie mam – dziwiła się Tosia.

– Mówiłam przecie, że posłaniec był z jeneralicji – żachnęła się gospodyni i zebrawszy spódnice, ruszyła do siebie, zostawiając zdumione lokatorki na schodach.

Rozdział 4

Zza jesiennych, zwiewnych jak muślinowa tkanina mgieł nieśmiało wyglądało słońce, pomarańczowe jak dojrzała dynia. Tym samym dawało ludziom znak, że pomału ustępuje miejsca szarugom i słotom. W tej scenerii unoszących się oparów i przejrzałej zieleni niedawno wybudowany Dworzec Brzeski na Pradze nie wyglądał szczególnie reprezentacyjnie. Jego surowa bryła w niczym nie przypominała architektonicznej perełki – dworca Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Wytłumaczenie tej skrajnie dziwnej sytuacji dla wielu Polaków było proste. Kolej odjeżdżała stąd tylko w znienawidzonym wschodnim kierunku, tak więc i gmach dworca przygotowywał podróżnych do surowości terenów Cesarstwa. Ledwo dwa lata wstecz ułożono tory do Terespola, a już wydłużano je w kierunku Brześcia.

Antonia, w szarobłękitnej sukni i lekkim płaszczyku, sadowiła się w wagonie drugiej klasy pociągu, który miał ją dowieźć do celu – Białej na Podlasiu. Dwa kufry zawierające cały jej dobytek umieścił na półce wielce oficjalny konduktor.

– Odjazd za dziesięć minut – rzekł oschle na odchodnym.

Krystyna mocno objęła przyjaciółkę, a łzy, do tej pory dzielnie tamowane, popłynęły ciurkiem.

– Czemu los jest dla nas taki niesprawiedliwy? Czemu tak daleko od siebie nas rzuca, i to do obcych ludzi? – zapytała retorycznie.

– Nie wiem, Krysiu kochana, nie wiem, ale nie płacz, bo jeszcze się rozmyślę. – Tosia przywarła mocniej do przyjaciółki i złożyła ciepły siostrzany pocałunek na jej policzku. – Muszę wierzyć! Wierzyć, że to dobrzy ludzie, że przetrwam u nich, a na wiosnę wrócę i tu, w stolicy, znowu znajdziemy swoje miejsce.

Dziewczęta otarły łzy i starały się wymusić chociaż blady uśmiech podtrzymujący na duchu, gdy rozległ się pierwszy gwizd.

– Już mnie tak nie ściskaj, bo razem pojedziemy na tę prowincję. – Antonia pospieszała Krysię do wyjścia. – I pisz. Pisz jak najczęściej! I odwiedzaj mojego ojca na Powązkach! – krzyknęła, nim konduktor z trzaskiem zamknął jej przedział.

Lokomotywa gwizdnęła. Spod kół pociągu buchnęła para. Antonia poderwała się do okna i zaczęła machać na pożegnanie stojącej na peronie Krysi. Dopiero teraz, kiwając dłonią niemal już niewidocznej przyjaciółce, przyglądając się zamglonemu budynkowi dworca i oddalającej się w szybkim tempie Warszawie, zdała sobie sprawę ze swego zdenerwowania, obaw i czekającej ją wśród obcych samotności. Nie niepokojona przez nikogo w podróży Antonia nie przestawała się zastanawiać, jacy okażą się jej chlebodawcy – sekretarz naczelnika, lejtnant Fiodor Tochoczewski, i jego żona, Sonia Nikołajewna, jakie są córeczki państwa Tochoczewskich, jaki program nauczania ma obrać. Z kantoru nic nie dostała. Musiała przyjąć propozycję od tajemniczego „znajomego z wojska”, gdyż innej nie otrzymała. Musiała jechać na prowincję.

Za oknem pociągu migały kolejne stacje: Mińsk, Mrozy, Kotuń, stolica guberni – Siedlce, Łuków. Podróżni wsiadali i wysiadali, nikt jednak długo nie zagrzał miejsca w jej przedziale. Nawet pani o raczej lekkim prowadzeniu się wysiadła na przedostatniej dużej stacji, w Międzyrzecu. Już w tej miejscowości dało się zauważyć prostotę i spokój panujący na tych terenach.

Dworzec międzyrzecki położony był kilka wiorst od centrum tego rolniczego miasteczka, właściwie wśród pól. W późnym popołudniowym słońcu przed Antonią majaczyły wieże dwóch kościołów i nowomodny niewielki pałac wybudowany w tysiąc osiemset pięćdziesiątym drugim roku dla tutejszych właścicieli – Augusta i Aleksandry Potockich. Po krótkiej przerwie pociąg ruszył w dalszą drogę.

Może uda mi się stanąć u chlebodawców jeszcze przed zmrokiem? – pomyślała Tosia.

Ostatni odcinek drogi przebiegał raz między gęstymi lasami, raz między rozległymi polami, na których krzątali się jeszcze kmiecie. Kobiety w czarno-czerwonych spódnicach i lnianych koszulach haftowanych w geometryczne wzory oraz mężczyźni w skromnych brązowych sukmanach i łatanych spodniach kończyli prace przy wykopkach.

Z ostatniej radliny gospodarz wykopywał ostatnie krzaki. On tę pracę zaczynał na Świętego Wawrzyńca i po kilku dniach ogromnego wysiłku skończył. Z pierwszego koszyka gospodyni już dawno przygotowała ziemniaczaną babkę, z ostatniego ziemniaki miały być pieczone na ognisku z łęcin. Te ogniska Antonia widziała z okna wagonu i choć dla panienki ze stolicy obce były to światła, napełniły jej rozedrganą nieznanym lękiem duszyczkę spokojem i ufnością.

Rozdział 5

– Panienko, już stacja panienki. Biała! Wysiadać trzeba. – Konduktor potrząsnął zdecydowanie ramieniem drzemiącej Antonii.

Dziewczyna gwałtownie się wyprostowała i zamrugała chabrowymi oczami.

– To już? – zapytała ze zdziwieniem konduktora.

Nawet nie wiedziała, kiedy zasnęła, ale męcząca, długa podróż najwyraźniej zrobiła swoje. Dworcowy chłopak wynosił już na peron jej walizki. Tosia nałożyła płaszczyk, poprawiła włosy i wyszła za nim. Słońce chyliło się ku zachodowi za lasem wyrastającym tuż za torem. Od ziemi zaczęła unosić się mgła, a powietrze przesiąknięte było zapachem dymu. Ludzie palili w piecach, by ogrzać się i na chwilę uciec od chłodu i zgnilizny. Antonia zadrżała, bardziej chyba ze zdenerwowania niż z zimna.

– Proszę wejść do środka i zaczekać. Woźnica musi uporać się z bagażem. – Konduktor wskazał na budynek dworca.

Biało tynkowana parterowa bryła z gankiem i łukowatymi oknami nie wyróżniała się niczym szczególnym spośród wielu dworców w Kraju Przywiślańskim. Sprawiła jednak, że Antonię ogarnęło uczucie prostoty i czystości. W poczekalni nie było innych podróżnych, gdyż dziś nie odjeżdżał już żaden pociąg. W przestronnym pomieszczeniu stały dębowe ławy. Na lewo od wejścia znajdował się kantor biletowy, a po prawej kuchnia z samowarem i dwoma stolikami. Tosia nie zdążyła usiąść ani zlustrować dokładnie wnętrza, gdy w drzwiach ukazał się sprężysty mężczyzna pod pięćdziesiątkę w skórzanym płaszczu i spodniach. Uwagę przyciągały jego długie sumiaste wąsy i bystre oczy.

– Witajcie, jejmość panienko. Na was to żem pewno czekał, mimoć jaśnie pani Tochoczewska mówiła, żeb się starej i grubej madamy spodziewać. A toć ci odmiana! Panna wygląda, jakby sama do nauki przyjechała – przywitał ją rubasznie woźnica. – Będzie sensacyja. Dziś to kasztany pięknie pójdą, bo z temi bagażami panienki to jakby i bez nich – gwarzył dalej. – Prosiemy do bryki. – Skłonił się nisko rękoma i otworzył szeroko drzwi w przeciwległym ganku dworca.

Przed oczami zdenerwowanej Antonii ukazały się szeroki wypiaskowany podjazd i porośnięta drzewami okolica. Przez moment wydało jej się, że gdzieś wśród dębów i lip majaczy niewyraźny kształt. Woźnica pomógł dziewczynie usadowić się w eleganckiej bryczce. Nie była ona może na tę porę roku praktyczna, gdyż wieczorny chłód wdzierał się uporczywie w każdy skrawek ciała, za to rekompensatą niedogodności były widoki, które miały czekać na Antonię w drodze. W końcu ruszyli.

– Jaremi jestem! – krzyknął wąsacz, odwracając się z kozła do Antonii. – Ciemnawo już, ale niemnogo panienka naszy Biały obaczy. – Strzelił przy tym z bata i pognał dwa kasztanki odchodzącą w bok brukowaną kocimi łbami i wysadzaną kasztanami ulicą. – Ze dwa kilometry jechać będziem, w pół godziny zajedziem do domu państwa. Na Reformackiej sensacyja będzie, jak panienkę obaczą!

Na te słowa Antonię przeszył dreszcz, a policzki spąsowiały, aby po chwili zblednąć.

– Jakoś będą musieli sobie poradzić z moim wiekiem. Jak nie, to odjadę! Z moimi referencjami…

– Oj, harda panienka, harda – przerwał jej woźnica. – Ale coś te referencje na Warszawę za małe? Nie pasujeta wy mi tu. Tu za mały świat na panienkę. Jak za rok kolej dalej ułożą, pojedziecie do Peterburka. Zobaczyta!

Antonia chciała coś odparować, ale zrezygnowała. Na logikę Jeremiego dobrej odpowiedzi by nie znalazła, więc postanowiła skupić się na oglądaniu krajobrazu. W zapadającym zmierzchu starała się wyłowić jak najwięcej figur i obrazów. Przy brukowanej ulicy, którą jechali, stały drewniane domy z gankami, bardziej lub mniej okolone ogrodami, w których gdzieniegdzie złociły się jeszcze i czerwieniły georginie. Słoneczniki wychylały z nich duże główki, a na płotach wiły się powoje i bluszcze.

– Tu mieszkają nasze kolejowe. – Jeremi najwyraźniej nie lubił milczeć i zaczął opisywać podróżnej mijaną okolicę. – Żeb blisko do roboty mieć, to woleli na Woli swe domy postawić. Ponad połowa z nich to te carskie poborce. Psubraty! – Po tym przekleństwie woźnica splunął. – O tam, o – wskazał po prawo – jeden z nich marmurowy dwór buduje. Może do Godów zakończy. Wiele ludu to się dziwuje, że oni tu pośród nas chcom żyć. W eti dzielnicy – wskazał na liche domki za torami – więcyj jest biedoty i robotników niźli kogo. Ja by się rabunku to obawiał, ale może i Wolaki bojają się Ruskich rabować, żeb na szafot nie pójść. O tam, panienka spojrzy, tam nasze rozstaje z traktem na Łomazy. Dalsze droga na Lublin idzie. A tam, dzie tak oświetlone i huk nieustanny, to karczma najsłynniejsza w okolicy. Temuż i że żydowska, i że taka dostatnia, Ostatni Grosz się zowie.

– A czemu ostatni akurat? – przerwała pytaniem monolog woźnicy Antonia.

– Ostatni grosz tam wydasz, z Białej ujezżając, a i namówić tak potrafią, że do końca się spłuczesz. Tera niech się panienka mocno siedzenia trzyma i uważno spogląda. Wjeżdżamy na błonia. Cztery odnogi naszej rzeki Krzny miniemy czterema mostami, a przy każdym moście młyn. Taka ta nasza okolica wodnista i podmokła, ale i dzięki temu trudna rada nas zdobyć. Choć znaleźli się takie, co zamek zniszczyli i dziedzictwo sponiewierali. – Jeremi pokiwał głową i zamilkł, skoncentrowawszy się na jeździe.

Powóz leniwie wlókł się w zapadającym zmroku, kasztanki ostrożnie stąpały z mostu to na wyłożony balami trakt, to na kolejny most. Zmęczona Antonia jak zauroczona słuchała muzyki ich stępu, turkotu powozu, szumu rzeki i młyńskich kół, gdy nagle jej rozmarzonym oczom zza mgły i oparów powietrza ukazała się sylwetka małego miasteczka. Po lewo, wśród drzew i trzcin, majaczyły jakieś majestatyczne ruiny – większe budowle i małe wieże. Dziewczynę przeszedł gwałtowny dreszcz, ale mimo to oczu od nich oderwać nie mogła. Już miała spytać woźnicę, co kryje się wśród mijanych drzew, ale on, zjeżdżając z ostatniego mostu, począł dalej opisywać miasteczko:

– Tu nasza fara. – Wskazał na piękny, maleńki, acz dostojny kościółek. – A po drugiej stronie Akademia, czyli gimnazjum panicza. – Zwrócił uwagę Antonii na bielony budynek. – O, tu skręcam i do przodu. Już rychły koniec panienki jazdy. To Reformacka ulica, a tam – wskazał na sam koniec szeregu kamienic – dom naszych państwa.

Dziewczyna cicho westchnęła i wyprostowała się w bryczce, która zaraz zatrzymała się pod wskazanym przez woźnicę adresem.

To tu rzucił mnie los – pomyślała Antonia i z nadzieją spojrzała na okazałą dwupiętrową kamienicę z eleganckimi wykuszami, półkolistymi oknami i dużymi balkonami. Jeremi właśnie zsiadł z kozła, by otworzyć wrota prowadzące na wewnętrzny podwórzec. W oknach oficyny dziewczyna dojrzała ciekawskie twarze służących. Chwilę później wjeżdżała już na brukowane podwórko okolone z dwóch stron kamienicą. Po jego lewej stronie stał płot oddzielający połać sąsiada, a na wprost niski gospodarski budynek mieszczący zapewne stajnię. Zieleni nie było wcale. Cóż za surowość – westchnęła Antonia w duchu, rozglądając się dookoła – prawdziwie carska dostojność i atmosfera. Zeskoczyła z powoziku, nie czekając na pomoc woźnicy, i skierowała się ku dębowym drzwiom, które uchyliły się, nim poczyniła ledwo kilka kroków naprzód.

– Prosiemy panienkę guwernerkę. – Skłoniła się przed nią w pas młoda, może czternastoletnia dziewczyna z warkoczami koloru lnu, ubrana w ciemnogranatową suknię przepasaną białym fartuchem.

– Matko Boska! Józka! – Nim Antonia przekroczyła próg, z wnętrza domu dał się słyszeć ostry ton i dynamiczne kroki. W jednej chwili obok małej służącej wyrosła dostojna kobieta lat około czterdziestu, w podobnym uniformie. – Dobrze, że państwo już w jadalnym, bo długo tu byś nie ostała. – Potrząsnęła gwałtownie Józkę za ramię. – Od kiedy ty u nas dźwierza pilnujesz, miast pokoje szykować i w kuchni pomagać, a? – spytała milczącą dziewkę, której w tej chwili łzy zaszkliły się w oczach.

– Ja ino paniom guwernerkę obaczyć chciałam. Nigdy guwernerki ni inszej osoby z Warszawy nie widziałam – próbowała się tłumaczyć czerwieniejąca Józka.

Starsza pani odpuściła, przypomniawszy sobie o wciąż stojącej przed drzwiami Antonii.

– No właśnie. Prosimy, prosimy w nasze progi. – Kobieta otworzyła szerzej drzwi i gestem zagarnęła Antonię, a Jeremi, który natenczas uwinął się przy powozie, postawił w sieni bagaże i znikł w ciemności. – Jestem Marianna Materska, ochmistrzyni tego domostwa. Przepraszam za takie oto powitanie. – Jeszcze raz trzepnęła chlipiącą Józkę. – Ino kogo innego my się spodziewali. – Zdumiała się tak jak poprzednio woźnica. – Pani mówiła, że z takimi kształceniami to jakaś starsza madama musi być. Panienki to taką bojaźnią zdjęte. Dyć się kruszyny z takiej zamiany ucieszą.

– Za powitanie proszę nie przepraszać. Już się w drodze od pana woźnicy nasłuchałam, że sensacyję mogę wywołać – odpowiedziała Antonia z żartem i śmiechem. – Może ostaw, dziecko, te moje klamoty. Jak mnie państwo zobaczą, to z powrotem na stację i… – zwróciła się do Józki.

– O, to na pewno nie! Pani już ze sześć miesięcy szuka odpowiedniej nauczycielki dla panienek, ale każdej tu za daleko. Aż tu ci los taki! – cieszyła się ochmistrzyni, prowadząc przybyłą przez hol. – Będzie kilka tygodni, jak pan Bolinowski przysłał referencje. Pani wysoce jego uwagi ceni i kazała zatrudniać…

– Pan kapitan Bolinowski? – przerwała jej wywód Tosia, a w jej głosie słychać było zdziwienie i oburzenie zarazem. A więc to carski oficer, który tak ją upokorzył w gabinecie Olgi Wołgogradowej, okazał się tajemniczym „znajomym z wojska”.

– Tak! Aleksander Bolinowski. Pan oficjer częstym u nas jest gościem – kontynuowała ochmistrzyni. – Z naszym panem pracuje. Państwo Tochoczewscy teraz w trakcie kolacji, ale w każdej chwili, jak pani przybędzie, prowadzić kazali.

Antonia szła za panią Marianną na pierwsze piętro schodami wyłożonymi pluszowym błękitnym dywanem. Z galerii obrazów patrzyły na nią nieznane twarze o typowo rosyjskich rysach. Kobiety podeszły pod bukowe drzwi, które ochmistrzyni bezszelestnie otworzyła i wchodząc, oznajmiła:

– Przyjechała pani guwernantka Antonia Wiktoriewna Gillard – zaanonsowała i popchnęła dziewczynę do przodu.

Antonia znalazła się w dużej jadalni. Przy nakrytym stole oświetlonym świecami z kandelabrów i kinkietów na rzeźbionych krzesłach siedzieli jej pracodawcy. Mężczyzna u szczytu stołu, prosty jak kij od miotły, to musiał być lejtnant Fiodor Tochoczewski. Szczupły, szpakowaty, już pięćdziesięcioletni człowiek w binoklach miał surową twarz. Po jego lewej stronie, jak wysoka tak szeroka, wierciła się w tiulach jego żona Sonia Nikołajewna. Wyglądała na znacznie młodszą od męża. Nie miała więcej niż trzydzieści lat. Jej przenikliwe grafitowe oczy przeszywały guwernantkę ze zdziwieniem i rozbawieniem zarazem. Przez chwilę w jadalni zapadła niezręczna cisza. W końcu Fiodor wstał i skłonił się oficjalnie.

– No cóż, nie powiem, nie powiem – mlasnął niekulturalnie, patrząc spod binokli na pobladłą Antonię. – Nie takoj osoby spodziewaliśmy się z żenoj, nie takoj mołodoj. Nu, Aleksandr wie, co robi. – Jakby na potwierdzenie swoich słów uderzył dłonią w stół i zaczął przedstawiać milczącej Antonii zgromadzoną przy posiłku rodzinę. – Eto moja żena, Sonia – wskazał. – Eto jej siestra, Nastazja.

Tosia spojrzała w stronę przyodzianej w żałobny kir i welon malutkiej kobieciny o ściągniętej twarzy.

– Eto jej syn, Michaił – prezentował dalej Fiodor, a nastoletni chłopak w mundurze wymownie zasalutował; w geście tym Antonia zauważyła niechęć i wyższość wobec niej. – A moje carewny uże spiat i utrom je pani obaczysz2.

2 (ros.) Nie takiej osoby spodziewaliśmy się z żoną, nie takiej młodej. Ale Aleksander wie, co robi. To moja żona, Sonia. To jej siostra, Nastazja. A to jej syn, Michał. Moje carewny już śpią i zobaczysz je, pani, rano [wszystkie tłumaczenia w przypisach dotyczą jęz. rosyjskiego].

– Czy to znaczy… – zapytała nieśmiało Antonia – czy to znaczy… – powtórzyła – że przyjmujecie mnie państwo? – zdziwiła się po tak nietypowym powitaniu.

– Ot, smotritie,dziwi się?3 – zakpił Fiodor. – To po co tyle by jechała, jakby nie była potrzebna? Ot, że u nas wyobrażenie drugije było, to mieliby wyrzucać?Młodość nie grzech – zaśmiał się. – Ile my się naszukali odpowiednio wykształconej nauczycielki. Prawda, Sonieczka? – zwrócił się do żony.

3 Patrzcie, dziwi się?…U nas inne myślenie

Sonia posłusznie skinęła głową i wydała ochmistrzyni na ucho jakieś gospodarskie polecenie. Oficjalna prezentacja dobiegła końca.

Marianna wyprowadziła Antonię na korytarz i poprowadziła schodami na górę.

– I nadaremno się bojała. Jak kapitan Bolinowski coś powi, to tu jak święte. Kapitan jest wielce w tym domie poważany – chwaliła Marianna carskiego oficera, prowadząc nauczycielkę do jej pokoju. – Pan go uważa, a pani pana ślepo słucha. Ale i bez wstawiennictwa pan wziąłby panienkę do roboty. Gorzej z Nastazją. – Mówiąc to, gospodyni splunęła. – Lubi porządzić, poszarogęsić się. O, tu. – Zatrzymała się na piętrze i wskazała na drzwi tuż przy schodach. – Tu są pokoje panienek. Obok pokój do nauki, a po przeciwku pokój maleństwa i mamki. Te drzwi zaraz za pokojem do nauki to wasza komnatka.

Pani Materska otworzyła drzwi i Antonia weszła do skromnego, ale widnego i schludnego pomieszczenia. Narożne okno wychodziło na skrzyżowanie dwóch ulic. Ustawiono pod nim filigranowe biurko z malutką szufladką. W rogu przy piecu kaflowym stał fotel, a naprzeciwko niego – drewniane łóżko z ciepłą pierzyną. Obok na toaletce pęczniały porcelanowy dzbanek i miedniczka zdobiona w niebieskie geometryczne wzory. W najciemniejszy kąt wciśnięto rzeźbioną szafę, o którą oparto przyniesione z dołu bagaże.

– Rano wszystko będzie wyglądać lepiej – stwierdziła entuzjastycznie ochmistrzyni, gdyż wydało jej się, że skromny pokoik jest nie w smak warszawskiej panience, nawykłej zapewne do zbytków. – Dwie niedziele temu ściany my bielili, a Józka na kolanach podłogę szorowała wczoraj cały dzień. Tylko ta chapa4 dywaniku wnieść na powrót zapomniała. Ot, ja jej dam! – I już miała krzyknąć za małą posługaczką, gdy Tosia odezwała się z zachwytem:

4 chapa (gw.) – gapa, niezdara, łamaga

– Pokoik jest piękny. W Warszawie za swoją pensję lepszego bym nie znalazła. I podoba mi się, choćby z tego względu, że sprzęty tu z różnych beczek brane. – Uśmiechnęła się. – Tak czuję, że dobrze mi w nim będzie. Tylko zmęczenie już dzisiaj daje mi się we znaki. Od rana wrażeń mam aż za dużo. – Tosia ziewnęła ukradkiem.

– Ot, ja durna! – Marianna uderzyła się dłonią w czoło. – Na jednej nodze pędzę po kolację panience. – I szybko wybiegła, zostawiając Tosię w jej nowym miejscu na świecie. Miejscu, które zawdzięczać musi cynicznemu przyjacielowi swojej dawnej dyrektorki, Olgi Wołgogradowej – kapitanowi Aleksandrowi Bolinowskiemu.

Długo mnie ta myśl będzie dręczyć, oj długo – przebiegło przez głowę Antonii. I o tym rozmyślając, usnęła w fotelu.

Rozdział 6

Marianna nie miała serca budzić młodej guwernantki, gdy po powrocie z kuchni zastała ją śpiącą w fotelu. Po cichu odstawiła tacę z kolacją na biurko, nakryła Antonię kocem i szybko wyszła, zamykając drzwi.

– Nie ma co budzić zdrożonej. Niech tak chociaż odpocznie. Nie wiadomo, co to jeszcze będzie – szeptała ochmistrzyni do siebie, schodząc do oficyny.

Antonia obudziła się zdezorientowana w środku nocy. Bolał ją kark, wokół panowała cisza tak ogromna, jakby anioł roztoczył skrzydła i ten skrawek ziemi uchronił od hałasu. Dopiero po chwili, gdy się zupełnie rozbudziła, przypomniała sobie, gdzie i w jakim celu przybyła. Z kamienicy nie dochodziły żadne dźwięki, więc dziewczyna cicho i ostrożnie wstała i zapaliła świeczkę. Na biurku stał talerz z pasztetem na zimno, chlebem, kawałkiem żółtego sera i kiszonymi ogórkami. Herbata zupełnie wystygła.

– Pewno to moja kolacja. – Podchodząc do okna, Antonia skubnęła okruszek chleba. W ciemności majaczył zarys przeciwległej kamienicy i innej monumentalnej budowli, jakby kościoła. – Chociaż do Boga będzie blisko, bo raczej nie do ludzi – westchnęła i szybko się rozebrawszy, zanurkowała w puchowej pościeli.

Tej nocy we śnie odwiedzili ją niemal wszyscy, od których zależał jej los – poczynając od ojca, który wskazywał na dyliżans i drogę, przez hrabinę Kicką, która uderzyła ją za jakieś niedociągnięcie, na szyderczo śmiejącym się kapitanie Bolinowskim kończąc. I Krysia znowu przybijała do ściany ich stancji jakąś małą rycinę. Nie! To nie była Krysia. Ktoś pukał do drzwi.

– Proszę! – krzyknęła gwałtownie obudzona Antonia, ale nie wyskoczyła z pościeli. Do pokoju weszła uśmiechnięta Józka, trzymając w ręku dzbanek.

– Witam panienkę. Już po ósmej, a pani śniada o dziewiątej i rada by panienkę na śniadaniu widzieć. Przyniosłam ciepłej wody do mycia i może bym co z garderoby wzięła odświeżyć? – zaproponowała. – Ja później, za pozwoleństwem, to wszystko wypakuję z kufra panienki. I uczesać mogę pomóc, jaki fryz panienka zechce – nie przestawała paplać rumiana pokojówka.

– Dzień dobry. – Antonia uśmiechnęła się do niej. – Możesz trochę odprasować zielony kostium z wełny i białą bluzkę, a ja już wstaję.

Józka posłusznie wzięła ułożone na wierzchu kufra ubranie, skłoniła się i wybiegła. Antonia raźno wyskoczyła z łóżka i nie czekając, aż woda ostygnie, zaczęła toaletę. Jak miło było zmyć z siebie kurz i trud podróży! Gdy Józka ponownie weszła, zastała guwernantkę przed lustrem czeszącą długie złociste włosy.

– Ojejku, ojejku! Panienka taka śliczna jak na obrazie, com w farze widziała. Najświętsza Panienka. Oj, zmiłuj się Boże nade mną za bluźnierstwo. – Pokojówka, która szybciej mówiła, niż myślała, przeżegnała się szybko. – Ale chociaż jak janiołeczek!

Antonia nie mogła się nie uśmiechnąć i czym prędzej upięła włosy, bo Józka zupełnie zapomniała, że obiecała jej fryzowanie. Potem szybciutko z jej pomocą włożyła odświeżony kostium. Do kieszonki spódnicy przyczepiła dewizkę ojca, a do bluzki przypięła kameę po matce.

– Zaprowadzisz mnie do pani? – poprosiła pokojówkę, nie orientując się jeszcze w rozkładzie domu.

Józka wybiegła przodem i skierowała się na schody.

– Wczoraj to państwo wieczerzali w dużej jadalni, ale pani śniada w saloniku przy swej sypialni – powiedziała służka i wskazała na drzwi naprzeciwko schodów.

Antonia zapukała i weszła. Pomieszczenie wydało się jej przytłaczające: wypełniały je plusze, jaskrawe tkaniny i pastelowe tapety. Od razu dostrzegła przesadny nadmiar – nadmiar poduszek na niewielkiej kanapie i fotelikach, nadmiar serwet na stoliku, nadmiar bibelotów na kominku i w serwantce, nadmiar kwiatów i wazonów. Dużo było koronek na peniuarze Soni, dużo czerni w ubraniu Nastazji i dużo pekińczyków w za małym dla nich koszyku.

– Och, och. Witam panią guwernantkę. Nie musiała pani schodzić. Pewno jest pani zmęczona ekskursją, chociaż śmiem twierdzić, że dobrze się spało pod naszym spokojnym dachem – paplała Sonia, witając nauczycielkę córek. – Pięknie pani wygląda. Proszę do nas. O tutaj! – Sonia, żywo przy tym gestykulując, usadziła Antonię na krześle obok siebie. Jej czarne oczy błyszczały z podniecenia.

Za to z oczu jej siostry bił chłód. Za młoda, za ładna, za dużo problemów – pomyślała Nastazja ponuro.

– Dziękuję pani bardzo. Zaprawdę spało mi się wyśmienicie – podziękowała Antonia. – Ale obowiązki mnie wzywają. Nie przyjechałam tu w gości, lecz do pracy. Muszę poznać moje podopieczne, ich umiejętności, i przygotować plan nauki – wyliczyła najbliższe plany przed pracodawczynią.

– Ha, ha, ha – zaśmiała się gromko Sonia ku konsternacji Antonii. – Jak to Aleksio nasz pisał? – Klepnęła w dłoń równie skonsternowaną Nastazję. – Obowiązkowa, ha, ha, ha. Fiodor prosił, żeby dziś pani pofolgować i na Michała zacząć nauki. Cały czas będzie pani z moimi skarbeczkami. Nadąży pani. Fiodor zarządził, że jadać będzie pani z dziećmi, a w soboty, niedziele i święta z nami. Soboty i niedziele są dla pani wolne, a w tygodniu wychodne na godzinę po szóstej wieczór. Musi to pani ze mną uzgodnić. No i Fiodor nie da więcej, niż to w piśmie było. Dziesięć rubli na miesiąc pani starczy, prawda? – spytała Sonia.

Antonia spojrzała w zatroskane oczy pani domu.

– Oczywiście, że wystarczy. Niewiele czeka mnie tutaj wydatków – uspokoiła pracodawczynię.

– No tak, wikt i opierunek przecie darmo – wytknęła ponuro Nastazja, ale ani Tosia, ani Sonia nie skomentowały tej wypowiedzi.

W tej samej chwili otworzyły się drzwi saloniku i dwie służące w uniformach wniosły na tacach śniadanie. Z talerzyków parowała mleczna potrawka z kaszy, na półmiskach piętrzyły się kiełbaski, a na paterach chleby i naleśniki. W samowarze kipiała herbata.

– Nie ma to jak dobry czaj z rana. Tutaj zawsze taka ponura i mgielna pogoda, to chociaż dobry napój rozjaśnia umysł – zrzędziła przy stole złośliwa Nastazja.

Sonia paplała za to wesoło, opowiadając to o pieskach, to o Fiodorze i dzieciach, to o swoich robótkach. Antonia przysłuchiwała się w milczeniu, nie wtrącając się, i lustrowała obie kobiety, tak różne jak ogień i woda. Sonia sprawiała wrażenie głupiutkiej trzpiotki, ale za to prostolinijnej i szczerej, a także kochającej matki. Antonia odczuła jakąś nić porozumienia z tą kobietą. Niestety, nie mogła tego powiedzieć o Nastazji, pesymistce – w zarodku zagłuszającej najdrobniejszą dobrą myśl. Antonia kończyła właśnie drugi naleśnik, gdy drzwi znowu się otworzyły i stanęła w nich hoża i pulchna rosyjska chłopka z dzieckiem na ręku, prowadząca dwie panienki – uczennice Tosi. Obie dziewczynki urodę odziedziczyły po matce – miały bladą cerę i czarne oczy. Ich grube czarne warkocze związane były kolorowymi kokardami. Starsza wyglądała na około dziesięć lat, młodsza na sześć.

– Chodźcie do mamuni, skarbeczki najdroższe. Ucałujmy się na dobry dzionek. – Sonia przygarnęła dziewczynki jak kwoka kurczęta, a one ze śmiechem wpadły jej w ramiona i chichotały. Po tych czułościach matka dokonała prezentacji: – Cukiereczki moje, to jest wasza nowa guwernantka, z Warszawy. Nazywa się Antonia Gillardowa. Francuski to jej ojczysty język i wy, jak będziecie jej pilno słuchać i się uczyć, też tak jak własnym po francusku będziecie konwersować w wielkim świecie. Pani Antonio, oto moje córeńki – zwróciła się teraz do Tosi. – Jekaterina – wskazała na starszą dziewczynkę w błękitnym fartuszku – ma jedenaście lat i już trochę nauk pobierała. A to maleństwo to Tatiana, co ma pstro w głowie, bo tylko sześć lat.

Zawstydzona młodsza dziewczynka ukryła twarz pod ramieniem matki, a ta prezentowała Antonii dalej:

– A ten tu kochaneczek, u Swiety w ramionach, to mój Iwanek, ale on chyba na nauki za malutki.

Teraz to Antonia zaśmiała się swobodnie i zwróciła się do uczennic:

– Mam nadzieję, panienki, że polubicie moje lekcje i będziecie traktować naukę poważnie, aby poznać tajemnice skrywane przez wiedzę i rodziców pojętnością radować.

– Bo inaczej surowa kara i zagniewanie ojca na daleką pensję wygnać was może. – Nastazja dołożyła łyżkę dziegciu, ale Katia i Tania, dzięki Bogu, nie słyszały ciotki, tylko ciekawsko wpatrywały się w kobietę, która prowadzić je miała w świat z kagankiem oświaty w ręku.

W panienkach Tochoczewskich tliła się nadzieja, że ta pani guwernantka, niewiele starsza od pokojówek, będzie inna niż dotychczasowe nauczycielki, podobne do surowej ciotki Nastazji.

– To może pokażecie pani Antonii swój pokój do nauki, cukiereczki? – Sonia mrugnęła w stronę Katii, która dygnąwszy ponownie przed Antonią, cichutko z wrażenia poprosiła:

– Proszę za mną, szanowna pani guwernantko.

Antonia wstała i pożegnała się uprzejmie z paniami, te zaś sięgnęły po kolejną filiżankę czaju i zaczęły omawiać plany na nadchodzący dzień.

Katia i Tania wbiegły schodami na górę i stanęły przed drzwiami tuż obok pokoju guwernantki. Starsza dziewczynka pchnęła bukowe wrota i oczom Antonii ukazało się wyjątkowo przytulne wnętrze.

Na środku komnaty stała jej katedra – duża i rzeźbiona, zaopatrzona w liczne szufladki i półki. Naprzeciwko, zaraz przy oknie, ulokowano stoliki i krzesełka panienek. Na ścianie tuż za katedrą wisiały rozliczne mapy, ryciny historyczne i obrazki botaniczne. Tablica w ramach błyskała, nietkniętą jeszcze przez kredę, świeżą czernią. Ścianę po prawej zajmowała biblioteczka z różnymi książkami.

Muszę je dokładnie przejrzeć, i to szybko, a nuż czegoś brakuje – postanowiła Antonia, rozglądając się.

W drugim końcu pokoju tuż przy dużym i buchającym ciepłem piecu na starej serwantce stały pamiętające świetniejsze czasy przybory naukowe, owady w roztworach, a niżej globusy i skały w futerale.

– A gdzie wasze kajeciki, farbki, sztalugi? – spytała Tosia stojące na baczność uczennice.

– Nie mamy. – Katia wzruszyła ramionami, a Tania, przeczuwając, że może to co złego, wykrzywiła usteczka i cicho chlipnęła.

Antonia była zszokowana brakiem u swoich uczennic piśmiennych i plastycznych przyborów. Czym więc dzieci zajmowały się przez całe lato i we wcześniejszych miesiącach? Nauczanie wymaga nie tylko siedzenia z nosem w książkach. Dziewczynki powinny przecież garnąć się także do rysunków i artystycznych robótek. Musiało im być strasznie nudno – pomyślała Tosia.

– To nic wielkiego – uspokoiła zdenerwowane dzieci. – Zaraz sporządzę listę tego, co nam do nauki potrzebne, i wasz papa na pewno nas szybko zaopatrzy. Tylko co będziecie robić dzisiaj? – zastanowiła się.

– Siegodnia, jeszczo so mnoj ostanut5. – Bez pukania w drzwiach stanęła Rosjanka, która wcześniej wprowadziła dzieci do matki. Niepytana przedstawiła się: – Ja Swieta. Niania riebionka, no kak nada, my wsie w miestie igrajem. U nich mnogo ismienitych igruszek: balszoj dom, serwisy, kukły. Iditie, diewoczki – zawołała na panienki Tochoczewskie. – Poka można, igrajcie. Ot knigow tolko głaza płochyje i głowa bolit6. – Zagarnęła ręką uradowane perspektywą zabawy dziewczynki i poprowadziła przed sobą, nie pożegnawszy się nawet z Antonią. Od początku nie lubiła tej młodej, wyrafinowanej kobiety, która odebrała jej pracę, bo znała języki obce i życia nauczyła się w szkole. Ona, Swieta, skończyła ledwo dwie klasy, ale mądrość wyniosła z doświadczenia – myślała o sobie dumnie rosyjska niańka.

5 Dzisiaj zostaną jeszcze ze mną.

6 Jestem Swieta. Niania dzieciątka, ale jak trzeba, bawimy się wszyscy razem. Dziewczynki mają dużo wspaniałych zabawek, duży dom, serwisy, lalki. Chodźcie, dziewczynki. Dopóki można, bawcie się. Od książek tylko wzrok gorszy i boli głowa.

Nieświadoma tych negatywnych uczuć i złych spojrzeń Tosia przystąpiła do pracy, pozostając w pustym pokoju do nauki. Klęknąwszy przy biblioteczce, poczęła przeglądać jej zawartość. Zauważyła, że jest dużo książek odpowiednich dla starszych dzieci: podręczniki, atlasy, zielniki. Pośród ksiąg w eleganckich oprawach królowała encyklopedia. Wyszukała trochę bajek, czytanek i elementarzy z rosyjskimi bukwami, ale i książek wydanych na zachodzie: w Gdańsku, Berlinie czy Wiedniu. Z czytanek francuskich znalazła tylko bajki Perraulta i La Fontaine’a.

– Trochę to za trudne dla początkujących panienek – powiedziała do siebie Antonia, wnikliwie kartkując książki. – Dobrze, że zabrałam wszystkie swoje stare książeczki. Nie ma ich za dużo, ale lepsze to na początek niż nic.

Dochodziło południe, gdy Tosia z listą potrzeb zeszła piętro niżej, szukając pani domu. W salonie było pusto, u szczytu korytarza uchylone drzwi odsłaniały modlącą się w kapliczce Nastazję. Tosia zeszła więc na parter, gdzie ruch był większy. Służba i carscy uwijali się pilnie, omijając zdezorientowaną dziewczynę.

– A czto tam nada pani guwernantkie7? – Usłyszała za plecami pytanie. Odwróciła się i stanęła oko w oko z panem domu.

7 A co potrzeba jeszcze pani guwernantko?

– Szukałam pani. Mam kilka uwag co do nauki panienek – zaczęła nieśmiało Tosia, nie podnosząc na gospodarza wzroku.

Fiodor zmarszczył czoło i nie odzywając się, czekał na ciąg dalszy. Dziwnie podbudowana tym milczeniem Tosia odważnie kontynuowała:

– Brakuje mi niezbędnego wyposażenia do prawidłowej nauki. Spisałam listę koniecznych zakupów. Chciałam przedstawić ją pani. Jakby mogła to zamówić i…

Lejtant wyrwał jej listę z rąk, przebiegł po niej wzrokiem i zaśmiał się gromko pod wąsem:

– A na czto Sonieczkę takimi bzdurami zajmować? Praszczaju za takie niedopilnowanie, ale skarby nasze wsiegda nam do sistiematiczeskoj nauki małe i kajety do nich niepasujące – zaczął Fiodor lekceważąco. – Proszu wziąć listę i udać się do księgarni Jasnowskich na warszawskim trakcie i tam na mój rachunek kupić, co nada – nakazał zdziwionej tak błahym podejściem do nauki Antonii, po czym krzyknął na kręcącego się po holu żołnierza: – Kirył! Eto pakietu ostorożno w moj gabiniet, eto rachunkowyje8. – I poszedł za nim, wydając polecenia, po czym wrócił do przerwanej urzędniczej roboty. Skończył na dziś z tą drobnostkową nauczycielką.

8 A po co zajmować Sonieczkę takimi bzdurami? Przepraszam za takie niedopilnowanie, ale nasze skarby zawsze wydają nam się za małe do systematycznej nauki i zeszyty do nich nie pasują. Proszę wziąć listę i udać się do księgarni Jasnowskich na warszawskim trakcie i tam na mój rachunek kupić, co trzeba. Tę pakę ostrożnie do mojego gabinetu, to rachunki.

Pozostawiona samej sobie Antonia nie wiedziała, co robić. Westchnęła z ulgą, gdy w holu ukazała się znajoma postać ochmistrzyni Marianny.

Rozdział 7

– Panienko, tu są takie niepojęte tradycje – wytłumaczyła obojętnym tonem Marianna Materska bardzo już zdziwionej guwernantce. – Pani na pieniądzach się nie zna. Pan za wszystko płaci, co familia zechce kupić albo co familii potrzebne. Zarabia i płaci – powtórzyła ochmistrzyni. – Tylko Nastazja księgę prowadzi, sprawdza, rachuje i… słów szkoda! – wyjaśniła. – Idzie panienka i co trzeba, kupi. Sklep Jasnowskich jest bardzo dobry i nieźle zaopatrzony. Pójdzie panienka prosto naszą ulicą do skrzyżowania z rynkiem, a tam na samym rogu zobaczy już szyld – tłumaczyła Antonii drogę, otwierając drzwi wejściowe. – Na drugą obiad podam – krzyknęła jeszcze za odchodzącą dziewczyną, a do siebie szepnęła: – Obaczysz ty jeszcze obyczaje tego domu.

Wyszedłszy za bramę kamienicy, Antonia odwróciła się, by dobrze zapamiętać miejsce, w którym od wczoraj mieszkała i do którego miała wrócić. Józka machała jej z okien oficyny na pożegnanie.