Moja krew - Ruth Lillegraven - ebook + książka
NOWOŚĆ

Moja krew ebook

Ruth Lillegraven

3,3

46 osób interesuje się tą książką

Opis

Clara Lofthus właśnie została ministrem sprawiedliwości – dla samotnej matki bliźniąt jest to funkcja wymagająca, a dla kobiety o tak wyrazistych poglądach - niebezpieczna. Jednak Clara nie zgadza się na dodatkową ochronę i pomoc, bo nie chce, by ktoś za bardzo przyglądał się jej życiu, w którym pogrzebała własne tajemnice.

Ale gdy pewnego dnia wraca do domu, nie zastaje w nim synów, a podrzucony list mówi, że chłopcy zginą, jeżeli poinformuje kogoś o ich porwaniu. Czas ucieka, a Clara musi podjąć się najtrudniejszego w życiu zadania – samodzielnie odszukać dzieci, klucząc wśród meandrów rodzinnych tragedii, niezałatwionych spraw i grzechów przeszłości. Czy życie dzieci będzie ceną za jej grzechy?

Mocna historia, rosnące napięcie, porażające zakończenie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 391

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (3 oceny)
0
1
2
0
0

Popularność




Dla Evy Hildrum

Od Autorki

Niniejsza historia to fikcja literacka, dlatego też pozwoliłam sobie na pewne modyfikacje względem stanu faktycznego. W rzeczywistości na przykład norweskie Ministerstwo Sprawiedliwości i Bezpieczeństwa Publicznego już od 2011 roku mieści się w Nydalen, ja natomiast ulokowałam je w Gmachu Rządowym numer 5 (R5) na Akersgata, w samym centrum Oslo.

Uważni czytelnicy dostrzegą zapewne, że niektóre opisane przeze mnie szczegóły pozwalają osadzić akcję książki w latach 2020–2021. Postanowiłam jednak, z pełną świadomością, oszczędzić wam w tej powieści wątku koronawirusa.

Tyś krwią z krwi mojej, kością z mojej kości.

Oddaję ci me ciało, byśmy byli jednym.

Oddaję ci mą duszę aż po kres dni naszych.

fragment celtyckiej przysięgi małżeńskiej z czasów przedchrześcijańskich, przełożyła Maciejka Mazan

Prolog – Andreas

1 października

Nikolai leży obok mnie w tej ciasnej, ciemnej przestrzeni. Strasznie tu głośno. Słychać warkot silnika, opony sunące po szosie, wszystko zlewa się w jeden wielki szum rozsadzający mi głowę, a my jedziemy w świat, coraz dalej od domu.

Nikolai był tuż obok jeszcze w czasach, gdy obaj mieszkaliśmy w brzuchu mamy. Ja już się szykowałem do wyjścia, obrócony głową w dół, tak nam to opowiadała. Nikolai leżał nade mną, czekając, aż nas stamtąd wyprowadzę. Właściwie zawsze się spodziewa, że to ja wyciągnę nas z tarapatów.

Ostatnio często przychodzi w nocy do mojego pokoju. Na podłodze leży materac, ale on i tak włazi do łóżka, zwłaszcza po tym wszystkim, co się stało z tatą. Trochę podśmierduje skarpetami i bąkami, ale włosy ładnie mu pachną, poza tym to mój brat, młodszy braciszek. Jasne, urodziliśmy się tego samego dnia, ale to ja zawsze byłem tym starszym.

To, że Nikolai leży obok mnie, jest normalne.

Wszystko inne jest nienormalne.

– Żyjesz? – szepczę cichutko.

– Tak – odpowiada mój brat, choć wiem, że z jego oczu płyną łzy.

– Nikolai, musisz myśleć, że wszystko dobrze się skończy. Wtedy tak będzie. Okej?

Mój brat zaczyna chlipać. Wydaje mi się, że czuję zapach jego łez, chociaż łzy chyba niczym nie pachną.

Niewygodnie mi, w nodze chwycił mnie skurcz, próbuję ją rozprostować. Jak długo tak leżymy? Godzinę? Dwie? Trzy? Nie mam pojęcia. Trudno powiedzieć, bo panuje tu ciemność, na dworze pewnie zapadł już wieczór. Niedobrze mi i w ogóle dziwnie się czuję. Co będzie, jak skończy nam się tu powietrze? Ale nie. Nie mogę o tym myśleć. Bo jak zacznę panikować, to Nikolaiowi już zupełnie odbije, nie wolno mi do tego dopuścić.

Mama pewnie już dawno wróciła do domu. Nie załatwiła nam dziś opieki, bo rano mówiła, że nie zostanie w pracy do późna. Często tak mówi i wcale wcześnie nie wraca, ale dzisiaj brzmiała, jakby naprawdę jej na tym zależało.

Wyobrażam ją sobie. Clarę, mamę, minister sprawiedliwości. Otwiera drzwi, mija wszystkie buty, plecaki i kurtki, które zawsze leżą porozrzucane w korytarzu i strasznie ją irytują, choć sama nigdy nic z nimi nie robi. Słyszy, że w domu panuje cisza. I nas woła. I jeszcze raz. A potem do niej dociera, że coś jest nie tak.

– Andreas? – mówi Nikolai. – Boję się.

Jasne, że się boi. Ja też się boję, ale nie mogę tego okazać. Nie wolno mi się też na niego irytować, nie teraz.

– Wszystko będzie dobrze – mówię, próbując naśladować głos taty.

– Czy my umrzemy? – pyta Nikolai piskliwym głosem.

– Jasne – odpowiadam. – Ale nie teraz. Może za osiemdziesiąt lat, albo coś w tym stylu.

– Skąd wiesz?

– Po prostu wiem. A teraz uspokój się. Pomyśl o tacie.

W tej samej chwili już wiem, że mówienie o tacie było głupim błędem. Nikolai zaczyna pociągać nosem i się wiercić.

Robimy ostry zakręt i kolejny, w drugą stronę. Czuję, że do gardła podchodzi mi coś kwaśnego, i muszę przełknąć ślinę. Nie wolno mi teraz się zrzygać. Znów przełykam i kwaśny posmak znika, ale Nikolai nadal płacze.

– Nikolai – mówię, tym razem próbując naśladować głos mamy. – Musimy wziąć się w garść.

CZĘŚĆ 1 – KARIERA

1 – Clara

Miesiąc wcześniej, 1 września

– No to idziemy – mówi pani premier tuż przy moim uchu. – Do dzieła.

Czuję je, gdy tylko wychodzimy na plac przed Pałacem. Krople deszczu. Pierwsza spada na mój policzek. Druga na rękę. A trzecia – na czoło.

Stawił się cały tłum dziennikarzy, mimo że tym razem powołano tylko dwoje nowych ministrów. Patrzę na zebranych, nie napotykając niczyjego wzroku, widzę tylko czarne oka kamer w stu różnych rozmiarach, czuję się, jakbym zaglądała w wylot lufy pistoletu.

– Udawaj, że nic cię nie rusza – szepcze premier, choć zaczyna coraz mocniej padać.

Jej ręka spoczywa na moim kręgosłupie. Drugą dłoń oparła na plecach nowego ministra zdrowia. Może w zamyśle miał to być uspokajający gest pełen sympatii, ale nie za bardzo jej wyszedł. Wyraźnie czuję, że zwinęła dłoń w pięść, a wbijające mi się w plecy knykcie odczytuję bardziej jako groźbę niż wsparcie. Na tę premierską pięść, wciśniętą w materiał mojej drogiej marynarki, padają kolejne krople deszczu.

Nie chciałam przesadzić ze strojem. Mam na sobie czarną spódnicę, czarną marynarkę i czarne szpilki. Błękitna bluzka jest świeżo wyprasowana, ale z każdą sekundą i kroplą traci na efektowności.

– Ale jesteś elegancka, mamo – powiedział Nikolai, jak zwykle bardziej skory do pochwał od swojego brata. Andreas wydawał się obrażony, chyba mu się nie podoba, że przyjęłam to stanowisko.

Dziennikarze i fotografowie naciągnęli już kaptury na głowy i rozłożyli parasole. Sama nie mam gdzie się schować, deszcz zaczyna płynąć mi po twarzy. Mimo wszystko się uśmiecham. To była ostatnia przestroga, którą premier dała nam przed wyjściem – nie życzy sobie, żeby w mediach pojawiło się choćby jedno ponure zdjęcie.

Mamy robić wrażenie zadowolonych, energicznych, silnych, to też zapewne ma sygnalizować ta pięść na moich plecach. Jestem zadowolona. Energiczna. Silna. Zadowolona. Energiczna. Silna. Pstryk, pstryk, pstryk.

Stoję na szpilkach, wyprostowana jak struna. Podeszwy butów są tak cienkie, że czuję pod stopami każdy kawałek żwiru. Ostrożnie odsuwam się na kilka centymetrów od największego, uwierającego mnie kamyka.

Mówi się, że Gro Harlem Brundtland, premier zwana „matką kraju”, zawsze chodziła z kamykiem w bucie w sytuacjach, w których mogłaby się potencjalnie rozpłakać. Może to i dobre rozwiązanie dla tych, co się często rozklejają, na szczęście ja taka nie jestem.

Teka ministra sprawiedliwości należała zawsze do najbardziej prestiżowych w całym rządzie, ale seria skandali, które wybuchły w ostatnich latach, trochę to zmieniła.

Wiem, co szepcą ludzie – że nikt z bardziej oczywistych kandydatów nie chciał tego stołka, dlatego przypadł on w udziale właśnie mnie. Premier powiedziała mi natomiast, że jestem pierwszą osobą, do której zwraca się z tą propozycją. Tak naprawdę wcale mnie to nie interesuje. Chcę tej pracy niezależnie od wszystkiego. To moja szansa, wreszcie będę mogła coś zrobić, coś zmienić.

Po obu stronach tłumu reporterów stoją niewielkie grupki elegancko ubranych ludzi. Pierwsza z nich wygląda mi na rodzinę nowego ministra zdrowia. Starsza para, pewnie rodzice, dwóch przyjaciół albo braci. Jasnowłosa, drobna kobieta z trójką dzieci. Moi chłopcy są w szkole, nie przyszło mi nawet do głowy ich spytać, czy chcieliby tu być.

Stawili się za to teściowie. Dopiero teraz ich widzę. Bardzo się przez ostatnie miesiące postarzeli, roztaczają wokół siebie aurę głębokiego smutku. Od czasu do czasu czuję ukłucie wyrzutów sumienia. Ich syn byłby tu dzisiaj, gdyby nie ja. Innymi razy irytuję się tylko na jego wspomnienie.

Dziś są nawet uśmiechnięci, zwłaszcza mój teść, sędzia Sądu Najwyższego w stanie spoczynku. Haavard zawsze narzekał, że jego ojciec bardziej interesuje się mną i moimi osiągnięciami w dziedzinie prawa niż własnym synem, który codziennie ratuje ludzkie życie. Może i było w tym ziarno prawdy. Teściowa ociera łzy pod swoim parasolem. Patrzę prosto w ich kierunku, uśmiecham się tak serdecznie, jak tylko potrafię. Dopiero teraz widzę, że obok mojej teściowej, Åsy, stoi znajomy mężczyzna. Przyciąga ją do siebie, całuje we włosy i wyraźnie próbuje rozśmieszyć.

To Axel, najlepszy przyjaciel Haavarda. Od wczesnego dzieciństwa był dla rodziny Fougnerów jak syn, wchodził do ich domu jak do siebie.

Nie spodziewałam się ich tu dzisiaj, zwłaszcza Axela, mimo że pracuje zaledwie kilka ulic stąd. To trochę dziwne, ale fakt, że przyszli, sprawia mi przyjemność.

Teściowa przyniosła ze sobą bukiet, unosi go teraz, wyciągając rękę w moją stronę.

– Idź po te kwiaty – mówi cicho premier. – Szybko, nie możemy tu stać w nieskończoność.

Ruszam w kierunku moich bliskich. Teściowa całuje mnie w oba policzki, to samo robi potem mój teść. Na koniec podchodzi do mnie Axel, obejmuje mnie, szepcze mi do ucha gratulacje. Nie słyszę poszczególnych słów, ale wyraźnie czuję na twarzy jego ciepły oddech.

I wtedy to się dzieje. Przyskakuje do mnie kobieta, na oko sześćdziesięciolatka. Ma ciemne loki, ziemistą cerę i ciężkie powieki przysłonięte grubymi szkłami okularów. Dzierży w dłoni niewielką buteleczkę, jakby to była broń.

– Morderczyni! – krzyczy. – Morderczyni!

Sztywnieję, ale nie przestaję się uśmiechać, choć pewnie moja twarz wykrzywia się teraz w nienaturalnym grymasie. Unoszę instynktownie ręce, chcąc się obronić. Robię dwa czy trzy kroki w tył, chwiejąc się na szpilkach, i na kogoś wpadam. Potrącony facet, bo teraz wyraźnie czuję, że to mężczyzna, chwyta mnie pod pachy i podtrzymuje, ratując przed upadkiem.

– Spokojnie – mówi do mnie cicho. – Trzymam cię.

Świat zamiera na jakąś sekundę czy dwie. A potem wszystko znowu rusza.

– Morderczyni! – wrzeszczy kobieta kolejny raz.

– Proszę wrócić do pani premier i zachowywać się normalnie – mówi cicho mój wybawiciel.

Zerkam na niego szybko. Jest wysoki i szczupły, ma zdecydowane rysy twarzy. Intensywnie niebieskie oczy. Jasne, rudawe włosy i brodę. To bez wątpienia twarda sztuka, wygląda trochę jak wojskowy weteran; przywodzi mi na myśl mężczyzn, których spotykam czasami na nartach w najzimniejsze styczniowe dni, w zakątkach, gdzie prawie nikt się nie zapuszcza. Ma na sobie uniform rządowego kierowcy, więc to nie policjant.

Wracam na swoje miejsce i stoimy tak jeszcze parę sekund. Nieoczekiwany, ulewny deszcz, który pozbawił nas jakiejkolwiek godności, w połączeniu z tym kuriozalnym, wymierzonym we mnie atakiem, sprawia, że fotografowie zaczynają chichotać, trochę ze współczuciem, a trochę z mściwą satysfakcją.

– Po prostu się uśmiechaj – szepcze premier. – Uśmiech, pomachaj i w tył zwrot.

2 – Leif

Dziś moja córka zostanie ministrem sprawiedliwości Norwegii – myślę sobie zaraz po przebudzeniu.

Opuszczam nogi na podłogę, przesuwam się na skraj łóżka, próbuję przezwyciężyć poranną sztywność kostek i kolan. Gdy już je rozruszam, od razu robi mi się lepiej.

W końcu wstaję, odwracam się, poprawiam prześcieradło i ścielę łóżko najdokładniej, jak potrafię. Wieczorami zawsze cieszę się na myśl, że wejdę do chłodnej sypialni i położę się na dobrze naciągniętym prześcieradle pod kołdrą – tak samo jak cieszę się na poranne wstawanie, parzenie kawy, nalewanie jej sobie do kubka.

Idę do kuchni i robię dwie kanapki, jedną z goudą, a drugą z dżemem, przygotowuję kawę i napełniam kubek, resztę przelewam do termicznego dzbanka, który stoi tu jeszcze od czasów mojej matki.

Najpierw idę do kur. Gdaczą jak szalone i trzepoczą skrzydłami, czekając, aż nasypię im karmy. Pochylam się. Jest – jedno jajko. Dwa. I trzy. Są jeszcze ciepłe, grzeją mi dłonie, gdy wymykam się z kurnika i wracam do domu. Kładę jajka na kuchennej ławie, po czym ruszam do owczarni. Pachnie tu wełną, owczymi szczynami i ciepłym zwierzęcym ciałem. Owce beczą. Wszystko jest takie jak zawsze, a jednak w pewnym sensie inne.

Oporządzam zwierzęta i idę się zająć najnowszym przedsięwzięciem. Chcę postawić ogrodzenie na szczycie wzgórza, od strony lasu. Żebym mógł tam wypuszczać wiosną owce, jak się już okocą.

Długo obmyślałem metodę odpowiedniego rozciągnięcia ogrodzenia, dlatego powinienem sobie z tym poradzić. W końcu udało mi się opracować nowe rozwiązanie, wymagające użycia drągów, pasów transportowych i traktora.

Działa jak złoto i teraz tylko zachodzę w głowę, czemu nie wpadłem na to wcześniej.

Przystaję, opieram stopę na kamieniu i pochylam się do przodu, wodząc wzrokiem po okolicy. Najpierw lustruję pola, potem lasy liściaste skąpane w płomiennych oranżach. Za nimi rozciąga się zielony pas lasu świerkowego, nie widzę go stąd – po prostu wiem, że tam jest. Świerki porastają strome zbocze urywające się przy szosie, której też stąd nie widać.

Widać za to fiord. W bezwietrzne, słoneczne jesienne dni – takie jak ten – jego powierzchnia zdaje się lśnić. Woda płynie daleko w dole i migocze, odbijając światło z bezkresnego nieba, i posyła je aż tu, na górę, do mnie.

Spędziłem tu całe życie, a ten widok nadal zapiera mi dech w piersi.

To tu mieszkam, tu będę mieszkał do końca swoich dni – piękniejsze miejsce po prostu nie istnieje.

Wracam do domu i dolewam sobie kawy do kubka. Na stoliku koło mojego fotela pod oknem leży książka, którą teraz czytam. Ma prawie tysiąc stron, opowiada o drugiej wojnie światowej, jak zresztą wiele moich lektur. Zazwyczaj spędzam o tej porze jakieś pół godzinki na czytaniu, ale dziś zamiast tego usiądę przed telewizorem.

Potem powinienem wrócić do pracy przy ogrodzeniu i innych obowiązków, ale dziś wieczorem, po obiedzie, wyjmę butelkę z narożnej szafki, naleję sobie kieliszek, usiądę w fotelu przy oknie, włączę lampkę, będę słuchał trzaskania ognia w piecu i zatopię się w lekturze, aż powieki zaczną mi tak ciążyć, że będę musiał iść na górę.

Lubię tak spędzać czas. Lubię swoje życie. Przez te wszystkie lata było w nim tyle niepokoju. Okres po powrocie z Libanu okazał się trudny, zwłaszcza po śmierci Larsa. Kolejne lata przepełnione różnymi lękami nakładały się na siebie, niczym warstwy gleby różnej gęstości.

Ale ostatnio wszystko wydaje się w porządku. Może po prostu jestem już za stary, może nie mam siły na kolejne niepokoje.

To niewiarygodne. Moja Clara, córka ubogiego rolnika. Pomimo tego wszystkiego, co nam się przytrafiło, pomimo swojej bezużytecznej matki i śmieci Larsa, ona sobie poradziła. A teraz zasiądzie przy królewskim stole.

Ledwie ją poznaję na ekranie telewizora. Jest umalowana i wystrojona, ma na sobie kostium, bluzkę i buty na wysokim obcasie. Wygląda jak ktoś obcy, jak miastowa dama. Po raz pierwszy w życiu myślę sobie też, że przypomina swoją matkę, Agnes, taką, jaką była kiedyś. Wysoka. Szykowna. Pełna godności.

Głos telewizyjnego komentatora informuje, że wybór Lofthus był odważny i nieco zaskakujący, zwłaszcza że jej jedyne doświadczenie w polityce stanowi kilka miesięcy na stanowisku sekretarza stanu. Lofthus od wielu lat mieszka w Oslo, ale pochodzi z niewielkiej wioski na zachodnim wybrzeżu kraju. Niedawno owdowiała w tragicznych okolicznościach – jej mąż utopił się w górskim jeziorze, a ona została sama z dwoma synami. Te fakty sprawiają, że decyzja o nominowaniu jej na tak wysokie stanowisko wydaje się jeszcze bardziej kontrowersyjna.

Zaczyna padać. Pani premier i nowy minister zdrowia przestępują z nogi na nogę, mimo że nadal się uśmiechają. Clara stoi obok nich dumna i niewzruszona. Widzę, że przyszli jej pogratulować rodzice Haavarda i Axel. Przez chwilę czuję, jak wzbiera we mnie zazdrość, też bardzo chciałbym tam być.

Nagle do Clary podchodzi jakaś kobieta – krzyczy i czymś wymachuje. Co się dzieje? Obraz na chwilę zamiera. A potem moja córka wraca do pani premier, uśmiech na jej twarzy jest teraz nieco wymuszony. Clara jest wyższa od swojej szefowej o głowę, od ministra stojącego po drugiej stronie zresztą też.

Powiedziała mi przez telefon, że wreszcie będzie mogła wiele zrobić, by pomóc dzieciom. Co się pewnie zgadza. Powątpiewam jednak, czy to nowe stanowisko wyjdzie na zdrowie jej własnym synom, Andreasowi i Nikolaiowi. Gdyby mnie spytała, tobym jej o tym powiedział, ale ona nie chciała znać mojego zdania. Przez wiele lat prosiła mnie o radę niemal w każdej sprawie, teraz już tego nie robi. To w pewnym sensie i dobrze, i źle. Ale błysk, który widzę teraz w jej oku, rzadko zwiastuje coś dobrego. Wyciągam rękę po pilota, wyłączam telewizor i wstaję.

W markecie podchodzi do mnie parę osób i składa gratulacje.

– Musisz być bardzo dumny – mówi kasjerka.

Kiwam tylko głową, po czym wychodzę i idę do samochodu.

To dziwne, ale lubię odcinek trasy między wsią a moim domem przebiegający nad fiordem. Tę wąską, krętą szosę ze stromą skalną ścianą po jednej stronie. Latem i jesienią czasami osuwają się z niej kamienie, zimą zaś – ciężkie bloki lodu. Po drugiej stronie, u stóp stromej skarpy, rozciąga się fiord. Krajobraz wręcz się przed człowiekiem otwiera, widok jest zachwycający. Góry, woda, niebo. Ogniście pomarańczowe drzewa sprawiają, że o tej porze roku zbocza mienią się jak w ogniu. Nocne przymrozki przyszły w tym sezonie rekordowo wcześnie, stąd jesienne barwy już we wrześniu.

Kilka kilometrów dalej wrzucam kierunkowskaz i skręcam w lewo, wjeżdżając na szosę prowadzącą do płaskowyżu, na którym mieszkam. Po drodze mijam jeszcze Storagjelet, miejsce, w którym przed laty doszło do wypadku z udziałem Clary i Magnego. Nie robi to już na mnie wrażenia. Za każdym razem, gdy wyprawiam się do wsi, by zrobić zakupy albo pozałatwiać jakieś inne sprawy, muszę tędy przejechać. Po trzydziestu latach człowiek się przyzwyczaja, więc nie czuję nawet smutku.

Magne zginął, i dobrze mu tak. Clara ocalała, wydostała się z samochodu i dopłynęła do brzegu, wbrew wszelkiej logice.

Właściwie to za każdym razem, gdy mijam Storagjelet, ogarnia mnie rodzaj wdzięczności. Gdyby coś się wtedy stało mojej córce, pewnie bym tego nie przeżył. Bo tylko ją miałem.

Pod koniec lata gazety podały, że nurkowie odnaleźli auto Magnego na głębokości stu osiemdziesięciu metrów. Nie byłem przygotowany na tę wiadomość ani na dyskomfort, który we mnie wywołała. Chyba wyobrażałem sobie, że samochód się rozpuścił i zniknął, choć przecież wiem, że to niemożliwe.

Zbliżając się do Storagjelet, widzę tłumek ludzi zebranych na miejscu postojowym, które tam niedawno zrobiono. Po tamtym wypadku skały po drugiej stronie szosy zostały wysadzone, a zakręt – przeniesiony dalej od niebezpiecznej skarpy. Nic nie wygląda tak jak wcześniej, poza tym, że z jednej strony ma się górę, a z drugiej fiord. I że lustro wody migocze daleko w dole.

Zatrzymuję samochód i podchodzę z wahaniem do zebranych w tym miejscu ludzi.

Frank Birger, na którego wołają Befsztyk, pozdrawia mnie, unosząc rękę. Rusza w moim kierunku. Mam ochotę wrócić do auta i pojechać do domu.

– Dzieńdoberek – mówi mężczyzna, kładąc łapę na moim ramieniu. – Byłem pewien, że pojechałeś do stolicy świętować wielki dzień córki.

Befsztyk waży pewnie ze sto trzydzieści kilo, a mimo to spodnie wiszą mu na tyłku. Jest zarośnięty i wygląda jak wielki plastikowy troll z gatunku tych, jakie sprzedają w sklepach z pamiątkami. Brudne włosy sterczą mu na wszystkie strony. Większość czasu spędza w budzie z fast foodem, gdzie pożera megaburgery z frytkami. Dzięki wielu spędzonym tam godzinom i pracy kierowcy szkolnego autobusu, który zbiera dzieciaki z okolicznych gospodarstw, Befsztyk wie o wszystkim, co dzieje się we wsi. A rozpuszczanie plotek na prawo i lewo uznaje za swoją misję niezależnie od tego, czy ludzie chcą go słuchać, czy nie.

Wskazuje mi teraz stojącą nieopodal lawetę. Dostrzegam na niej zardzewiały szkielet samochodu należącego kiedyś do człowieka, który zniszczył moją rodzinę. Wrak ujrzał dziś znów światło dnia, jest pokryty mułem i zarośnięty wodorostami.

Na jego widok wszystko się we mnie wywraca, ciemnieje mi przed oczami.

Byli moim stadkiem – Agnes, Clara i Lars. Moim stadkiem, którym miałem się opiekować. Ale nie dałem rady, zawiodłem.

Maleńki Lars i wszystkie te sińce na jego skórze, zimne ciałko w szpitalnym łóżku, Clara siedząca w radiowozie po wypadku, Agnes stojąca w drzwiach i lejący z nieba deszcz.

Wszystko, co nigdy nie przeminie, czego nie uda się już naprawić.

Ale najbardziej wrył mi się w pamięć widok mojej wysokiej, chudej córeczki obejmującej nagrobek ramieniem, siedzącej na mogile swojego brata – zupełnie jakby Lars został zaklęty w ten kamień. Jej oczy, pełne żalu, ale jednocześnie dumy, bo wyrównała rachunki. Wszystkiego się domyśliłem i złożyłem sobie przysięgę, że nikt się o niczym nie dowie. To było trzydzieści lat temu. I faktycznie, nikt się nie dowiedział. Nie mogę pozwolić, by to się teraz zmieniło.

Befsztyk ciągle gada, ale ja muszę się odwrócić.

– Niewiarygodne, że wyłowili samochód po tych wszystkich latach, co? Biedny Magne, pewnie już dawno zeżarły go ryby. Dzięki Bogu, że Clara się uratowała. Ta twoja córeczka już wtedy była twardą sztuką. A teraz, patrzcie państwo – pani minister sprawiedliwości.

Zaczyna rżeć, pochyla się nade mną, jest na tyle blisko, że czuję zapach frytury, potu, niemytych włosów i tytoniu.

– Widzisz tego gościa z aparatem? – pyta. – Wiesz, co to za jeden?

Zaprzeczam. Ale faktycznie, facet, którego wskazuje Befsztyk skinieniem głowy, ma w sobie coś znajomego – to wysoki, barczysty mężczyzna o przeszywającym spojrzeniu i idiotycznej koziej bródce. Nie mogę skojarzyć, gdzie go wcześniej widziałem.

– To syn Kjellaug Haugo – oświadcza Befsztyk pełnym dramatyzmu tonem.

Kjellaug była femme fatale naszej wioski – smukła, długowłosa, pozbawiona zahamowań. Piękna jak Agnes, ale bez tego stylu i elegancji, które miała moja żona. Przez kilka lat sypiała z kim popadnie, aż w końcu urodziła syna, któremu dała na imię Halvor. Nikt nie wiedział, kto jest jego ojcem. Wtedy Kjellaug zupełnie odmieniła swój los, dostała pracę w domu opieki, kupiła dom, nigdy już nie pokazała się na żadnej imprezie.

Inni mieszkający w okolicy chłopcy jeździli rowerami na boisko pokopać piłkę albo chodzili na treningi, podczas gdy rosły syn Kjellaug przesiadywał w swoim pokoju w suterenie i grał na komputerze dzień i noc, na długo zanim takie życie zaczęły wieść wszystkie dzieciaki.

Nie widziałem go, odkąd był nastolatkiem, otyłym, pryszczatym chłopakiem z cyckami, ale słyszałem, że w ostatnim czasie zaczął pisywać do gazety. Więc jednak nie zszedł na psy. Wręcz przeciwnie, chyba wziął się za siebie. Potężny z niego teraz chłop, robi wrażenie wysportowanego i silnego.

– Lezie tu do nas. – Befsztyk zionie mi w twarz nieświeżym oddechem.

Faktycznie, ktoś musiał mnie wskazać Halvorowi Haugo, bo facet przedziera się przez tłum, idąc w moją stronę.

O nie. Clara jako minister sprawiedliwości. Wrak auta Magnego wyłowiony z dna fiordu. To już za dużo jak na jeden dzień, a teraz mam jeszcze rozmawiać z reporterem?

Odwracam się, ruszam do samochodu i wskakuję do środka. Przekręcam kluczyk w stacyjce, po czym skręcam na szosę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Tytuł oryginałuAV MITT BLOD
TłumaczenieKarolina Drozdowska
Projekt okładkiKarolina Żelazińska
Zdjęcie na okładceArcangel
Redaktor prowadzącaMonika Koch
RedakcjaBerenika Wilczyńska
KorektaDominik Leszczyński Teresa Zielińska
Skład i łamaniePLUS 2Witold Kuśmierczyk
Copyright © 2021 Kagge Forlag AS Copyright © for the Polish translation by Karolina Drozdowska, 2021 Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2021
ISBN 978-83-8032-656-9
Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Kosiarzy 37/53 02-953 Warszawa
Konwersja: eLitera s.c.