43,99 zł
Kolejne życie– Nie łudź się, że przeszłość pozwoli ci o sobie zapomnieć
Clara Lofthus po kilkuletnim pobycie w Kenii wraca do Oslo i kolejny raz szturmem zdobywa tekę ministry sprawiedliwości. Jednocześnie dowiaduje się, że po tragicznej śmierci ojca znienawidzona matka chce sprzedać gospodarstwo, które po nim zostało. Clara zrobi wszystko, żeby osiągnąć dwa cele: doprowadzić do końca pracę nad ustawą o ochronie dzieci i powstrzymać matkę. Nie zauważa jednak, że znany dziennikarz odkrył jej mroczną przeszłość…
Finał trylogii o charyzmatycznej ministrze intryguje, zaskakuje i wciąga niczym wodospad w norweskim fiordzie.
Widzę, jak ptaki zrywają się do lotu, i słyszę odgłosy, których nie powinnam słyszeć: warkot zbliżających się pojazdów i krzyki ludzi. Przez bramę jakby przelewa się fala tsunami, w powietrzu rozbrzmiewają salwy z karabinów. Siedmiu albo ośmiu mężczyzn ubranych w stroje przypominające mundury biegnie w naszą stronę z bronią maszynową w rękach. W tej samej chwili między mną a wszystkimi dźwiękami wyrasta coś w rodzaju szklanej ściany i zaczynam postrzegać wydarzenia bardzo ostro i wyraźnie. Zaskakujące jest to, że nie czuję strachu o własne życie, tylko lodowatą determinację. W mgnieniu oka przypominam sobie też, co mówił tata o strzelaninie w Raszajji, gdy był żołnierzem i musiał wziąć sprawy w swoje ręce. – fragment książki
Ruth Lillegraven(ur. 1978) – norweska pisarka, autorka ponad dwudziestu książek dla dzieci i dorosłych, za które otrzymała m.in. Brageprisen czy Nynorsk litteraturpris. Dwie wcześniejsze książki o Clarze Lofthus,Odbiorę ci wszystkoiMoja krew, zostały wydane w dziesięciu krajach. Za pierwszą z nich autorka dostała nagrodę imienia Mauritsa Hansena w kategorii „nowa krew”. Pisarka mieszka w Granvin w Norwegii.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 335
Tytuł oryginałuMITT NESTE LIV
Projekt okładkiKarolina Żelazińska-Sobiech
Zdjęcie autorkiAgnete Brun
Redaktor prowadzącaMonika Koch
RedakcjaAnna Rudnicka
KorektaTeresa Zielińska, Monika Pruska
Skład i łamaniePlus 2 Witold Kuśmierczyk
Copyright © 2025 H. Aschehoug & Co. (W. Nygaard), Oslo Copyright © for the Polish translation by Karolina Drozdowska, 2026 Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2026
Żaden fragment tej książki nie może być wykorzystywany do szkolenia systemów sztucznej inteligencji.
ISBN 978-83-8360-341-4
Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Wiertnicza 36 02-952 Warszawa
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Syty dzień nigdy nie jest pierwszy.
Dzień spragniony, to dzień najlepszy.
Karin Boye, W ruchu (1927),przeł. Ryszard Mierzejewski
– Jesteście świadkami największego wyzwania w mojej dziennikarskiej karierze – oświadczył mężczyzna, nachylając się nad mikrofonem. – To, o czym opowiem, jest tak dziwne, że wręcz niewiarygodne, ale i tak sprawię, że w to uwierzycie. Ujawnione tu fakty zmienią naszą wspólną historię i przyniosą istotną refleksję o stanie naszego kraju – takie właśnie opowieści sprawiają, że praca dziennikarza ma sens. A więc rozpocznę od początku, czyli od tego, co zainspirowało nas do stworzenia tego podcastu. Wszystko zaczyna się w podziemiach pod Fredensborgveien, w centrum Oslo. Dawno temu mieścił się tam browar, później lokale przejęły zakłady wędliniarskie. Okolica tętniła życiem, roiło się w niej od ludzi. Potem piwnica pod starymi budynkami przemysłowymi leżała odłogiem, porzucona na kilka dekad, aż do wiosny tego roku. Wtedy to wschodnioeuropejscy robotnicy dokonali szokującego odkrycia w jednej z beczek soli stojących w ciemnych trzewiach gmaszyska. Nazywam się Erik Heier. Dziękuję, że nas słuchacie.
Axel wychodzi na korytarz w chwili, gdy wkładam buty.
– Powodzenia, Claro – mówi z uśmiechem.
– Dzięki – odpowiadam, sięgając po torbę. – A ty? Jakie masz dziś plany?
Wzrusza ramionami.
– Załatwię kilka drobnych spraw. Poćwiczę. Może zjem lunch z moimi paniami.
Przyjechał ze mną do Nairobi jako osoba towarzysząca. Zajmuje się domem, ale oprócz tego prowadzi słodkie życie „małżonki”, i chyba czuje się w tej roli zaskakująco dobrze.
Podchodzi teraz do mnie, kładzie dłoń na moich lędźwiach i przyciąga mnie do siebie. Chce się całować, być blisko. Udaję, że tego nie zauważam, wyswobadzam się z jego uścisku, zarzucam dużą torbę na ramię. Czuję mrowienie w całym ciele. Akurat dziś przepełnia mnie szczególna niecierpliwość, by wyjść z domu, do świata, gdzie jestem naprawdę potrzebna.
Jest wtorek 26 marca, dzień, do którego długo się przygotowywałam. Norweski minister współpracy gospodarczej odwiedza Kenię z oficjalną wizytą. Ma przyjechać na inspekcję i wspólny lunch do prowadzonej przeze mnie szkoły. Będzie to decydujące dla naszego dalszego finansowania.
Zostałam wysłana do Nairobi przez UNICEF, by pomóc kenijskiemu rządowi w procesie rozwoju systemu szkolnictwa. Moje zadania zostały szybko sprecyzowane i ograniczone do zarządzania tą konkretną szkołą dla dziewcząt – dużo ciężkiej pracy, przynoszącej jednak ogromne, widoczne rezultaty. Setki dzieciaków, które w innych okolicznościach nie odebrałyby wykształcenia. Moim celem jest doprowadzić do tego, by szkoła dawała sobie radę beze mnie. Wkrótce będzie to możliwe, jeśli rozstrzygnie się kwestia finansowania.
Axel znów chce mnie przytulić, a ja kolejny raz mu się wymykam.
– Wyciągniesz Andreasa z łóżka, prawda? – pytam.
Odpowiada mi krótkim kiwnięciem głowy. Wiem, że jego zdaniem marudzę, ale przecież mimo wszystko przyjechał tu ze mną dobrowolnie.
– Moje zarobki pokrywają nasz wspólny pobyt w tym kraju. Zdołasz chyba wywiązać się z tych kilku obowiązków, które przypadły ci w udziale.
– Nigdy nie twierdziłem, że jest inaczej – odpowiada. – Nie musisz się tak spinać.
– No to na razie – rzucam w drodze do drzwi.
Zbiegam po stromych schodach, chińska róża i suchokwiat kwitnące po obu ich stronach cieszą moje oko.
Wsiadam do auta i dzwonię do Johannesa.
– Wszystko powinno być dopięte – mówi mój współpracownik. – Upewniłem się, że jedzenie przyjedzie na jedenastą. Prezentacje są gotowe, ale...
W jego głosie słychać wahanie, potem milknie.
– Co? – pytam. – Nie mów do mnie zagadkami, nie jestem dziś w nastroju.
– Stresują mnie te ich zdaniem ponoć niezbędne wymogi bezpieczeństwa. No i jeszcze Makena...
– Co z nią?
– Dzwonił jej ojciec i powiedział, że jednak nie chce występować.
– Załatwię to – odpowiadam.
Gdy poznałam Makenę, dziewczynka zajęła w moim sercu szczególne miejsce. Jest nieśmiała, ale jednocześnie bardzo zdolna, mądra, ambitna. Przypomina mi Larsa, mojego brata. Makena zgodziła się wręczyć kwiaty ministrowi i wygłosić przemówienie, w którym opowie o szkole i o tym, co miało tu dla niej znaczenie. Napisała świetne, osobiste wystąpienie, słyszałam, jak je ćwiczy. Nasz program jest dobry, ale bez jej udziału może się nie udać.
Auta ślimaczą się w korku, jak zawsze. W linii prostej nasz dom po zachodniej stronie miasta i szkołę po wschodniej dzieli niecałe dziesięć kilometrów, ale ich pokonanie zajmuje mi zazwyczaj godzinę, niekiedy nawet dwie. Ruch samochodowy i wieczne zatory uliczne to najgorsza cecha tego miasta. Rekompensuje ją wszechobecne piękno, połączenie błękitnego nieba, brązowego piasku i wyjątkowej, bujnej kenijskiej roślinności. Rosną tu akacje, grevillee, duranty, lantany i inne piękne drzewa i krzewy. Nazw wielu gatunków nie znam po norwesku i nawet nie wiem, czy w ogóle w tym języku istnieją.
Najchętniej mieszkałabym bliżej szkoły, ale ambasada nam to odradziła, tamtejsza okolica nie jest bezpieczna. Axel też się nie palił do tego pomysłu. Czasami udaję, że go słucham, w sprawach, które nie mają znaczenia. Mimo wszystko tu ze mną przyjechał, choć to oznacza, że widuje własne dzieci tylko w wakacje, parę razy w roku. Wcześniej był bardzo zaangażowanym ojcem, poszedł na urlop tacierzyński, chodził na wywiadówki w szkole, działał w radzie rodzicielskiej i trenował drużynę piłkarską. A mimo to pojechał ze mną na drugi koniec świata. To ważne, by był zadowolony.
Mijam powoli Eastleigh, dzielnicę nazywaną Małą Somalią, i slumsy Majengo. Patrzę na kryte blachą dachy szop po mojej lewej stronie. W porównaniu z naszą dzielnicą i jej szerokimi ulicami, zielonymi alejkami i doskonale zorganizowanym życiem wygląda to jak inna planeta. Przed nami jedzie białe Mitsubishi, kierowca wystawia przez okno czarne przedramię.
Kenia znana jest jako zamożna, spokojna i relatywnie uporządkowana siostra problematycznych krajów sąsiednich, ale w ciągu tych lat, które tu spędziliśmy, wiele rzeczy poszło w niewłaściwym kierunku, daje się odczuć coraz silniejszy niepokój.
Rozlega się sygnał telefonu, spoglądam na wyświetlacz. Wiadomość od Agnes Lofthus, mojej matki. Zamieram, sztywnieje mi kark. Zapisałam jej numer, by nie odebrać, gdyby przyszło jej do głowy do mnie dzwonić, ale ona przecież nie robi tego nigdy. Jak dotychczas też do mnie nie pisała. Błyskawicznie, zerkając jednym okiem na drogę, otwieram jej wiadomość.
„Powodzenia, Claro przez C. Całuję, mama”.
Czemu ona to do mnie pisze, jakbyśmy były ze sobą blisko, jakbyśmy rozmawiały codziennie, a przecież nie miałyśmy kontaktu całe lata. Wypuszczam telefon z ręki, jakby był zdechłym szczurem, robi mi się zimno. Równie dobrze mogłaby mi napisać, żebym smażyła się w piekle. Tego mi przecież życzy, i są to uczucia odwzajemnione.
Agnes, która jest formalnie moją matką, zniszczyła naszą rodzinę, gdy zamieszkała z tym łotrem Magnem. Pozwoliła mu zamęczyć i zagłodzić mojego braciszka na śmierć. Lars umarł, tata umarł, Agnes natomiast żyje. Agnes zarządza majątkiem i myśl ta jest nie do zniesienia.
Nawet geograficzny dystans między nami nie pomaga. Bo ona nadal jest w stanie mnie dosięgnąć.
Gdy ponad pięć lat temu zmarł tata, postanowiłam przenieść się na zachód, kiedy tylko opuszczę stanowisko ministry, i zamieszkać z chłopcami w gospodarstwie. Sprzedaż majątku pozostającego w naszej rodzinie od setek lat nie wchodziła w rachubę. Chciałam tam być, chciałam uczcić pamięć taty, żyjąc w gospodarstwie i je prowadząc, ale po pogrzebie zaczęły spływać papiery z urzędów i wszystko się posypało.
Moi rodzice nie mieli ze sobą kontaktu przez trzydzieści pięć lat, ale nie byli formalnie rozwiedzeni, przynajmniej tak mi się zawsze wydawało. Tata musiał zaniedbać formalności. Okazało się więc, że gospodarstwo odziedziczyła Agnes. Nie byłam w nim od tamtego czasu.
Uciekłam od tego wszystkiego, od tajemnic, całego tego mroku, ale nie chcę teraz o tym myśleć. W tym dniu chodzi o Makenę, szkołę, wizytę ministra, pieniądze, które muszę zdobyć. Agnes nie może mnie przecież skrzywdzić bardziej, niż już to zrobiła.
Adres Makeny mam zapisany w aplikacji z mapami, jeździłam już do niej wiele razy. Dziewczynka mieszka jedynie z ojcem, jej rodzeństwo dorosło, a matka nie żyje. Pukam do drzwi ich domu, choć jest to właściwie coś w rodzaju szopy. Na szczęście otwiera mi Makena. Widywałam jej ojca kilka razy wcześniej. Mam co do niego złe przeczucia, przypomina mi Magnego, tak jak Makena przypomina mi Larsa.
– I co, gotowa? – pytam po angielsku.
Dziewczynka kręci głową. Kilka tygodni temu skończyła dziewięć lat. Ma białe zęby, błyszczące oczy. Widzę, że ładnie wygląda. Wpięła w uszy kolczyki z motylami. Jest śliczna mimo blizny po oparzeniu biegnącej przez cały policzek. Nigdy nie poznałam szczegółów, ale wiem, że Makena została poparzona w wieku czterech lat. Inne dzieci trochę dokuczały jej przez tę bliznę, na szczęście to się zmieniło, gdy z nimi porozmawiałam.
Zwróciłam też uwagę na inne rzeczy, na przykład nerwowość dziewczynki i fakt, że w ciągu niecałego roku miała dwukrotnie złamaną rękę. Rozmawiałam o tym z Johannesem, ale nie jesteśmy w stanie niczego udowodnić. Jeśli zaczniemy drążyć sprawę, może to spowodować, że Makena zwyczajnie zniknie ze szkoły.
– Nie chcę jechać – mówi dziewczynka.
– Ale dlaczego? To będzie wspaniały dzień.
– Tata mówi, że to niebezpieczne. Że nad miastem zalega zła chmura.
Rany boskie, co za typ. Powinnam była się domyślić: to jego wina, że córka nie chce iść do szkoły.
– To chyba raczej nieprawda – mówię ze śmiechem.
Dziewczynka ma na sobie zwykłe ubrania, nie zaś szkolny mundurek, który poleciliśmy włożyć wszystkim uczennicom. Ale jej włosy zostały zaplecione – może przez ojca, ale najpewniej przez nią samą – w dwa ciasne, urocze warkoczyki po obu stronach głowy. Każdy z nich związany jest jedwabną wstążką z czerwono-brązowym wzorem. Czyli Makena faktycznie chciała ładnie wyglądać. Planowała więc chyba iść do szkoły.
– Kiedy ostatnio byłaś na dużej plaży? – pytam.
– Dość dawno – mamrocze.
– Jeśli pojedziesz ze mną do szkoły, to będziemy mogły wybrać się w sobotę nad morze – oświadczam.
Makena milczy, ale w jej oczach zabłysło nowe światło.
– Miałabyś ochotę?
Mała kiwa głową i uśmiecha się szeroko.
– A może kiedyś poleciałabyś ze mną do Norwegii? – dodaję. – Byłoby fajnie, co?
– Och, tak – odpowiada Makena, która już cała promienieje.
– Ale najpierw jedziemy do szkoły. Będą ciasto i lody. Idź się przebrać i spakuj swoje rzeczy.
Dziewczynka kiwa głową, po czym biegnie zmienić ubrania. Naprawdę mam ochotę spędzać z nią czas, zabrać ją na plażę, może do Norwegii. Pod wieloma względami czuję, że Makena jest mi bliższa niż moi synowie.
Wjeżdżając na teren szkoły, widzimy łopoczące na wietrze flagi kenijską i norweską. W tej samej chwili przypominam sobie, że 26 marca to urodziny Axela. Zupełnie zapomniałam. Będę musiała to jakoś później załatwić. Zresztą Axel nie jest osobą, która się przejmuje takimi rzeczami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
