44,00 zł
Na początku nic nie zapowiada, że nowa sprawa inspektor Petry Delicado może być najtrudniejszą w jej karierze. Zaczyna się od znalezienia ciała kobiety brutalnie zamordowanej we własnym domu. Przy zwłokach pozostawiono anonimowy list, z którego wynika, że motywem zbrodni był zawód miłosny. Śledztwem zajmują się Petra, Garzón oraz oddelegowany do współpracy inspektor z Mossos d'Esquadra. To właśnie jemu, o dziwo, mimo że jest młodszy od Petry, powierzono dowództwo. Wszyscy znamy charakter pani inspektor i wiemy, jak zareaguje na taką decyzję przełożonych. Sytuację dodatkowo komplikują nowe fakty oraz szybko podchwycona przez media hipoteza, że sprawca może być seryjnym mordercą. Czy urażona duma Petry weźmie górę nad profesjonalizmem? Czy jednak pani inspektor zachowa zimną krew i kierując się logiką, poskłada dowody i poszlaki w spójną całość? Jaką rolę w tym śledztwie prowadzonym pod presją opinii publicznej odegrają młody inspektor katalońskiej policji i teściowa Petry?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 457
Tytuł oryginału:Mi querido asesino en serie
Copyright © 2017, Alicia Giménez Bartlett
For the Polish edition Copyright © 2025, Noir sur Blanc, Warszawa
ISBN 978-83-7392-921-0
Opieka redakcyjnaMonika Szewczyk
Opracowanie redakcyjneIrma Iwaszko
KorektaJulia Młodzińska
Projekt okładkiKatarzyna Kaczmarek
Zamówienia prosimy kierować: – telefonicznie: 800 42 10 40 (linia bezpłatna) – e-mailem: [email protected] księgarnia internetowa: www.noir.pl
Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o., 2026 ul. Frascati 18, 00‐483 Warszawa
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Zgodnie z art. 4 Dyrektywy 2019/790/UE oraz odpowiednimi przepisami krajowymi, niniejszym zastrzegamy prawo do wyłączenia z eksploatacji tekstów i danych (TDM) dla celów innych niż badawcze, w odniesieniu do materiałów znajdujących się w tej publikacji niezależnie od formy jej udostępnienia. Wykorzystywanie tych materiałów w ramach działań TDM jest niedozwolone.
Życie czasem bywa dziwne, a może, dokładniej rzecz biorąc, jest dziwne prawie zawsze. Nie zdajesz sobie sprawy, że się starzejesz, aż tu nagle pewnego dnia stajesz przed lustrem i orientujesz się, że zupełnie znienacka spadło na ciebie mnóstwo lat. Tamtego ranka właśnie to mi się przydarzyło. Wyszłam spod prysznica i czesząc włosy, zobaczyłam jakąś panią pod pięćdziesiątkę, która się na mnie gapi. Była zaniedbana, rozczochrana, twarz miała mizerną, a minę, jakby właśnie zobaczyła diabła. To byłam ja we własnej osobie, ale w wieku zupełnie nie moim. Czy ktoś rzucił na mnie urok, czy raczej chodziło o starą jak świat klątwę, która wygnała ludzi z raju? Skoro miałam już być przesądna, postawiłam na Księgę Rodzaju, bo jest w niej więcej tradycji i klasy niż w rzucaniu uroków. Poza tym, jako że biblijne klątwy mają bardzo szeroki zasięg, przypomniała mi się jeszcze jedna, która także chyba mnie dotyczyła: „W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie”1. Nie mogłam rozpocząć awaryjnego zbawiania siebie, udając się do salonu piękności, ponieważ za godzinę miałam się stawić w komisariacie. Już było za późno, żeby poprosić o dzień wolny z przyczyn osobistych. Jednak ponieważ oba koncepty są w zasadzie jednakowe, postanowiłam wybrać estetykę kosztem etyki. Poproszę Garzona, żeby na trochę zastąpił mnie w pracy, a sama spróbuję wprowadzić choć odrobinę porządku w chaos własnego wyglądu.
Podinspektor nie miał nic przeciwko, zadał jedynie typowe podchwytliwe pytanie:
– A co mam powiedzieć, jeśli komisarz o panią zapyta?
– To zależy.
– Od czego?
– Od tego, jakim tonem zapyta. Jeśli rutynowym, proszę nie zwracać uwagi. Jeśli nerwowym, niech pan kłamie, niech pan powie, że musiałam pójść do lekarza. Jeśli będzie rozpaczał, proszę mnie zawiadomić.
– A jeśli wyjdzie z siebie?
– Proszę go posłać do diabła.
– Robi się, pani inspektor.
Salon piękności, do którego chodziłam często, kiedy akurat trochę bardziej dbałam o urodę, oferował wiele usług: fryzjerstwo, masaż, zabiegi na twarz i na ciało. Obliczyłam, że w trzy godziny uwinę się ze wszystkimi. Tak też zrobiłam: najpierw skróciłam włosy. Następnie, żeby nie tracić zbyt wiele czasu, nałożono mi na całą twarz maskę, gęstą i pachnącą jak marmolada, a silna młoda kobieta wymasowała mi plecy.
Zaczynałam się czuć nieco lepiej. Próby zrobienia czegoś z wyglądem to już jest jakieś zwycięstwo nad nieubłaganym upływem lat. A przynajmniej tego nas uczono i chwała Bogu skutecznie. Już tylko czytając ulotkę kremu odżywczego albo słuchając wyjaśnień kosmetyczki, człowiek zaczyna odczuwać efekt placebo. O papce, którą miałam na twarzy, powiedziano mi: „Została zrobiona z najdelikatniejszych pączków cejlońskiej herbaty i ma bardzo wiele różnych właściwości: poprawia owal twarzy, odżywia najgłębsze warstwy skóry, zmniejsza zmarszczki i likwiduje przebarwienia słoneczne”. Cudowny balsam Fierabrasa o konsystencji i kolorze glutów. Na zakończenie zabiegów, po masażu, nasmarowano mi całe ciało kremem działającym cuda, zdolnym przywrócić ci świeżość twoich młodych lat. Wtedy wszyscy sobie poszli i zostawili mnie na leżance z przygaszonym światłem i łagodną muzyczką. „Proszę się odprężyć”, rozkazał po cichu kobiecy głos. Posłuchałam z taką mocą, że odprężenie przerodziło się najpierw w drzemkę, a później w zbawienną dawkę głębokiego snu.
Obudził mnie dźwięk komórki, którą strategicznie położyłam sobie przy uchu. Spojrzałam nieprzytomnie na ekran: dzwonił komisarz Coronas. Coronas? Gdy tylko znajdę się twarzą w twarz z Garzonem, już on mnie popamięta. Zwalę mu coś na głowę, po prostu go zniszczę.
– Rozmawiam z inspektor Petrą Delicado czy powinienem zadzwonić do wydziału osób zaginionych?
– Dzień dobry, komisarzu.
– Można wiedzieć, gdzie się pani, do cholery, podziewa, Petro?
– Za chwilkę dotrę do komisariatu. Wszystko wyjaśnię.
Odłożył słuchawkę. Odczekałam pięć minut i zadzwoniłam do podinspektora. Nie dał mi się nawet odezwać.
– Nie miałem czasu pani ostrzec, szefowo. Komisarz był nie dość, że nerwowy, to wychodził z siebie i zbliżał się bardzo do histerii. Gdy tylko zobaczył, że pani nie ma na miejscu, zadzwonił od razu, na moich oczach. Źle to zniosłem.
– Jakże mi przykro, Ferminie! Niemal popłakuję tu sobie z pańskiego powodu. Można wiedzieć, z czego on robi taką aferę?
– Zamordowana kobieta, Petro, i musi to być coś szczególnego. Niestety nie powie nic więcej, dopóki pani nie dotrze tu we własnej osobie.
– Za godzinę, wcześniej nie mogę.
– Za godzinę?! Dostanie histerii. Co mam mu powiedzieć, kiedy znów się tu zjawi?
– Proszę mu powiedzieć, że jestem cała w zielonym kremie i że muszę jeszcze wziąć prysznic i wysuszyć włosy.
– Za żadne skarby mu tego nie powiem.
– To proszę zamilknąć na zawsze.
Czas obliczyłam perfekcyjnie i miałam jeszcze to szczęście, że ruch w Barcelonie był tego dnia dosyć płynny. O wyznaczonej godzinie byłam gotowa zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem.
Coronas spojrzał na mnie z nienawiścią większą niż na co dzień. Przybrałam wyraz twarzy tak neutralny, jakby nie był w ogóle wyrazem twarzy.
– Ma pani dla mnie jakąś wymówkę? – zagaił retorycznie.
– Byłam u lekarza – skłamałam.
– Jak miło! A ja myślałem, że kiedy się idzie do lekarza, trzeba poprosić o wolne w pracy.
– To był ginekolog, miałam nagły kłopocik, nie było czasu.
Spuścił wzrok i wyrażał teraz coś pomiędzy powściągliwością a porażką. Tabu kobiety jako jednostki ginekologicznej zadziałało, raczej nigdy nie zawodzi. Nie ma mężczyzny, który po takiej wzmiance ciągnąłby rozmowę na ten temat choćby minutę dłużej. Coronas przeszedł od razu do rzeczy:
– Petro, dwie godziny temu znaleziono kobietę zamordowaną w miejscu zamieszkania, w bliźniaku na przedmieściach. Najpierw sądzono, że padła ofiarą zwykłej przemocy, ale potem lokalna policja poprosiła nas o wsparcie, bo na ciele były oznaki okrucieństwa, a poza tym na piersiach ktoś położył jakąś kartkę. Zaczęli podejrzewać zemstę ze strony zorganizowanej grupy przestępczej. Jedźcie tam.
Współpraca z Mossos d’Esquadra2 wcale mi się nie uśmiechała. Tak naprawdę w prowadzeniu śledztwa nie lubię współpracować z nikim. Teoria, że praca zespołowa jest lepsza niż indywidualna, jest dla mnie całkowicie niezrozumiała, nawet jeśli dobrze brzmi. To prawda, że praca policji w dzisiejszych czasach angażuje masę osób: specjalistów od śladów, informatyków, naukowców, ekspertów od ekonomii, broni i innych, ale z przedstawicieli tylu różnych dziedzin wiedzy niekoniecznie tworzy się zespół. „Zespół” to zwykle kilka osób, które tłuką się między sobą, żeby się wyróżnić, a także o to, czyje zdanie przeważy nad zdaniem innych. Nie mówiąc już o tym, co się dzieje, jeśli zespół tworzą funkcjonariusze różnych wydziałów. Wtedy sprawy stają na ostrzu noża. Do tego, kto jest najsprytniejszy i kto ma rację, dochodzi jeszcze duma korporacyjna i wtedy już ni cholery nie wiadomo, jak to się skończy. A wśród wielu wad pracy zespołowej wyróżnia się jedna: potrzeba mówienia. Przywykłam już do Garzona i po tylu latach konieczność wyjaśniania wszystkiego i oglądania pod światło niemal całkiem już między nami zanikła. Jedno słowo, gest, krótki pomruk znaczyły więcej niż akademicki wykład. Muszę tutaj zaznaczyć, że im jestem starsza, tym konieczność używania głosu wydaje mi się coraz bardziej bezsensowna. Po co tyle gadać? Czy to pomaga ludziom w porozumieniu się? Wątpię doprawdy, a kiedy widzę osoby kompulsywnie nawijające przez komórkę, mam ochotę płakać, a czasem nawet zdzielić je torbą.
Coronas patrzył na mnie, oczekując najwyraźniej, że zadam jakieś pytanie, ale ja byłam pogrążona w swoich niestosownych myślach.
– Myśli pani o tym, kto jest winny, Petro?
– Nie, szefie. Zastanawiam się, czy to konieczne, żebyśmy współpracowali z tamtymi.
– Dowódca jest młody, mówią, że bardzo zdolny. Podejrzewam, że się pani spodoba, bo podobno jest równie bezczelny jak pani. Tak czy owak, mógłbym posłużyć się modnym ostatnio wyrażeniem „jest jak jest”, co przełożone na zwykły język oznacza „ni chuja nie poradzimy”. Proszę mnie informować na bieżąco.
Na korytarzu Garzón powiedział:
– Zanim zacznie pani kląć, proszę pomyśleć, że albo współpracujemy z Mossos, albo zostajemy z niczym. Ta sprawa jest ich, bez cienia wątpliwości.
– Pff! Wie pan, kto się kłóci z trupami? Padlinożercy. A we mnie nie ma grama sępa. Nie zamierzam protestować.
Podinspektor wzruszył ramionami.
– Spada nam na głowę jakiś paskudny typ, a pan tu sobie dowcipkuje!
– O, taka mi się pani podoba! Łagodność jest u pani zawsze podejrzana.
Ruszyliśmy do barcelońskiej dzielnicy niedaleko Trinitat Vella. Ciągnęły się tam rzędy szeregowców, niewielkich domków o powierzchni około siedemdziesięciu metrów kwadratowych, z ledwie zarysem ogródka. Mieszkańcy typowi dla klasy niższej średniej. Pod numerem szóstym dostrzegliśmy dwa radiowozy i teren ogrodzony taśmą przez lokalną policję. Jak zwykle sąsiedzi gapili się z oddali, jednak raczej z ciekawością niż ze strachem. I również jak zwykle zjawił się reporter.
– Państwo są z policji krajowej? Będziecie współpracować z lokalnymi?
Nic nie odpowiedziałam, ale Garzón odparł krótko:
– Tak.
– Dlaczego?
– Ponieważ wszystkie służby policyjne są właśnie od tego, żeby służyć obywatelom.
Poczułam coś na kształt zażenowania i przyspieszyłam kroku, nie oglądając się za siebie. Usłyszałam jednak, jak podinspektor powtarza swoje nie mniej żenujące „bez komentarza”.
Zbliżał się ku mnie zapewne ten błyskotliwy młody inspektor. Był po trzydziestce, solidnie zbudowany, niewysoki, oczy miał zielone, a fryzurę na marynarza. Był nad podziw seksowny. Podał mi rękę z poważną miną.
– Inspektor Petra Delicado? Jestem Roberto Fraile. Chyba jedziemy na jednym wózku.
W tej chwili podszedł do nas maruder Garzón. Fraile uśmiechnął się do niego.
– Wkurzyły cię pismaki? Najlepiej nie zwracać na nich uwagi. Jak przez chwilę nic nie dostaną, zniechęcają się i odchodzą.
– Wiemy, jak się obchodzić z pismakami, od lat to robimy. – Ja z kolei uśmiechnęłam się dość złośliwie.
Nie zwrócił uwagi na mój znak ostrzegawczy. Dalej był panem sytuacji i prowadził nas do nieboszczki.
– Poprosiłem, żeby jej nie pakowali do worka, dopóki nie rzucicie okiem.
– Był już lekarz sądowy?
– Tak, i lekarz, i sędzia. Ludzie pracują też nad zbieraniem dowodów. Na razie nie znaleźli nic szczególnego. Trzeba będzie jeszcze przesłuchać sąsiadów, najlepiej zróbmy to we troje.
– Wiem, jak uwielbia pani przesłuchiwać sąsiadów, pani inspektor! – wykrzyknął Garzón.
– Zabawne: jesteście na pan i pani?
– Siła przyzwyczajenia. Całkiem odpowiedniego, jak mi się zdaje.
Po raz pierwszy spojrzał na mnie. Był zdumiony. Odkryłam, że jeśli kobieta w pewnym wieku chce, żeby młodszy facet się z nią liczył, musi mu nieustannie dogryzać.
– Jeśli ma pani ochotę, pani inspektor, możemy pójść obejrzeć zwłoki – wycofał się gładko z przechodzenia na ty.
Tak było lepiej. Fraile pewnie się zastanawiał, co to za okropna sztywniara mu się trafiła. Jeszcze zdążę mu pokazać, że nie jestem taką zimną wstręciuchą, jaka objawiła mu się przed chwilą. A jeśli tego nie dostrzeże, sam sobie będzie winien.
Minąwszy mundurowych, weszliśmy do domu. Na podłodze, w kałuży krwi sczerniałej już z upływem czasu, leżała kobieta. Twarz miała zmasakrowaną. Górę od piżamy podwiniętą powyżej piersi, a spodnie opuszczone. Na nagim brzuchu widniały ślady głębokich cięć. Zmroziło mnie na dłuższą chwilę. Fraile od razu się zorientował.
– Nieprzyjemny widok, prawda? To Paulina Armengol, lat pięćdziesiąt pięć. Urzędniczka państwowa. Mieszkała sama. Patolog powiedział, że zabito ją około pierwszej w nocy. Ktoś zadzwonił do drzwi, a ona otworzyła. Od razu dostała dwadzieścia dwa ciosy nożem. Potem pocięto jej twarz, aż stała się niemożliwa do rozpoznania. Napastnik zostawił liścik i zwiał, tak po prostu.
– Jaki liścik?
– List miłosny.
– Słucham? – wykrztusił Garzón.
– Zabrali go jako dowód, ale zrobiłem zdjęcie, można powiększyć i przeczytać.
Podał mi swój telefon, ale zanim zdążyłam rzucić okiem, zabrał mi go z powrotem.
– Wyślę to do biura, niech zrobią wydruk.
– Potrafię czytać na ekranie telefonu.
– Tak, ale będzie lepiej widać.
– Da mi pan ten pieprzony telefon?
Moje grubiaństwo nie zrobiło na nim wrażenia. Podał mi telefon i zaczęłam czytać. Widziałam, że Garzón bardzo się stara nie roześmiać.
– Przeczytam na głos, żeby podinspektora nic nie ominęło:
„Najdroższa Paulino, wiesz, że kochałem cię z całego serca. W głębi duszy wiesz, że nadal cię kocham. A jednak byłaś dla mnie tak okrutna, tak dobitnie pokazałaś mi, że jestem ci obojętny, że nie miałem innego wyjścia, jak tylko cię zabić, wbrew sobie. Nie igra się z miłością. Podpisano: Demostenes”.
– Demostenes to wymyślone przezwisko, rzecz jasna – powiedział Fraile zupełnie niepotrzebnie.
– Ale może to jest jakaś wskazówka.
– Na jaki temat, pani inspektor?
– Wie pan, kim był Demostenes, Robercie?
– Nie mam pojęcia.
– Największym mówcą wśród antycznych Greków. Jako dziecko bardzo się jąkał, ale dzięki ogromnej wytrwałości pokonał kłopoty z wymową, wkładając sobie kamienie do ust, a potem zasłynął wybitnymi mowami politycznymi. Popadł w niełaskę u władcy i popełnił samobójstwo.
– Cholera! – wyszeptał Fraile. – Czyli ta wskazówka mówi nam, że szukamy polityka.
– Albo samobójcy, którego zwłoki wkrótce się znajdą – dodałam.
– Albo faceta, który żuje kamienie – wtrącił Garzón.
– Tak czy inaczej, szukamy raczej kogoś wykształconego – stwierdziłam.
– I kiczowatego, te jego teksty „nie igra się z miłością”... – Podinspektor ciągnął swoje żarciki.
– Jest zbyt wcześnie, żeby przerzucać się hipotezami. Pierwsze, co musimy zrobić, to znaleźć jakąś rodzinę, może krąg znajomych.
– Ja bym zaczął od sąsiadów – sprzeciwił się Fraile.
– Zgoda. Niech pan się tym zajmie osobiście, podinspektor może pomóc. Ja zabiorę się do wstępnych badań sprawy w komisariacie.
– Niech pani nic nie mówi dziennikarzom o liście miłosnym, od takich rzeczy dostają świra. Jak się już raz tego uczepią, żadną siłą się ich nie pozbędziemy.
– Wszystko jest pod kontrolą. Jeśli chodzi o mnie, mogą już zabrać ciało.
Udałam się do komisariatu, prościutko do gabinetu Coronasa. Weszłam bez pukania.
– Przepraszam, komisarzu, jednak zanim rozpocznę śledztwo, które mi pan zlecił, chciałabym się czegoś dowiedzieć. Kto ma prowadzić tę sprawę, ja czy Roberto Fraile?
– Do diabła, Petro! Co za wejście! Kolega nie przypadł pani do gustu?
– Ani tak, ani nie. Nie o to chodzi. Rzecz w tym, że jak pan doskonale wie, wspólne śledztwa się nie sprawdzają. Musi być ktoś, kto podejmuje decyzje, kto wyznacza kolejność działań, priorytety, rozdziela innym zadania. Fraile i ja mamy ten sam stopień, więc...
– Pani stoi wyżej od niego, ma pani więcej doświadczenia. Niech pani kieruje śledztwem i spokój.
– To nie takie proste, panie komisarzu. To trzeba przekazać drogą oficjalną, on musi to usłyszeć. Inaczej może być wiele nieporozumień.
Coronas zastanawiał się w milczeniu. Potem parsknął jak bizon na stepie i łaskawie wyraził zgodę.
– W porządku, Petro. Porozmawiam z jego przełożonymi. Zadzwonię do pani, dam znać, jak się sprawy mają. Na razie proszę ruszać niezwłocznie do pracy.
Ruszyłam niezwłocznie, wyobrażając sobie, o czym myśli Coronas. Pewnie coś takiego: „Ta cholerna Petra z wiekiem coraz gorsza, nie popuści!”. Guzik mnie to obchodziło. Nie zamierzałam wypruwać z siebie flaków, użerając się z jakimś aroganckim typem. Więcej lat na karku ma również swoje zalety: czujesz, że zasłużyłaś sobie na to, żeby nie znosić potulnie wszystkich bzdur i protestować bez oporu. Jeśli przyznają dowództwo temu picusiowi, który patrzył przeze mnie, jakby mnie nie widział, to trudno, będę musiała to przyjąć do wiadomości, ale przynajmniej wszystko będzie jasne, nie będzie napięcia.
Paulina Armengol miała tylko jakichś kuzynów na Majorce. Skontaktowałam się z nimi telefonicznie. Informacja, że ich kuzynka jest ofiarą krwawego morderstwa, wydała im się kompletną fikcją. Widywali ją tylko raz w roku na Boże Narodzenie. Taka typowa krewna, od której rzadko się ma wiadomości i którą niechętnie się zaprasza, a przyjmuje tylko z obowiązku, niemal z litości. Mimo to bez zastrzeżeń zgodzili się przyjechać do Barcelony i zająć się ciałem. Raczej mogłam wykluczyć, że byli zamieszani w sprawę, choć nawet tej furtki nie mogłam zupełnie zamknąć.
Następnym krokiem była wizyta w miejscu pracy ofiary. Była urzędniczką. Pracowała w jednym z urzędów, gdzie wydaje się obywatelom paszporty i dowody osobiste. Ten znajdował się przy ulicy Muntaner. Znalezienie jej współpracowników okazało się bardzo łatwe. Byli to trzej mężczyźni. Kiepsko, naprawdę fatalnie. Tyle było kobiet na stanowiskach urzędniczych, a mnie trafiło się akurat trzech facetów. Z pewnością nie zwierzali się sobie nawzajem, chyba że ich koleżanka interesowała się piłką nożną. Mężczyźni w pracy są zarówno dyskretni, jak i niezbyt ciekawscy, przez co mogą z kimś pracować latami, a nie wiedzieć nawet, czy jest żonaty. Nie jestem pewna, czy to dyskrecja, czy raczej obojętność. Zupełnie inaczej wygląda to u kobiet, które wiedzą o innych absolutnie wszystko już po pięciu minutach znajomości, łącznie z rozmiarem buta.
Zaczęłam od najstarszego, chyba u progu emerytury. Nie mógł wyjść ze zdumienia, kiedy mu powiedziałam, że Paulina została zamordowana. Raz po raz powtarzał zwyczajowe oczywistości: „Nie miała żadnych wrogów, to była dobra kobieta”. Jakby to mogło pomóc w wyjaśnieniu zbrodni. Zeznania pozostałych dwóch także nie wniosły do sprawy niczego interesującego. Usłyszałam, że zawsze zjawiała się w pracy niezwykle punktualnie, nie wychodziła w południe na kawę i była szalenie miła dla interesantów, których obsługiwała w okienku. No dobra, domyślałam się już, że na jej zabójcy nie zrobiły wrażenia jej punktualność i życzliwość, na mnie też nie. O jej życiu nie dowiedziałam się niczego. Jej powierzchowny wizerunek, który się wyłaniał, nie wyróżniał się niczym szczególnym: była to samotna, pracowita szara myszka. Czy w życiu takiej kobiety był jakiś wzgardzony kochanek? Czy osoba tak mało wyrazista może kogoś doprowadzić do takiej pasji, że aż postanawia ją zabić za to, że go porzuciła? Było coś, co w tych pierwszych poszukiwaniach pozostawało ukryte. Może Paulina to tygrysica udająca owieczkę, seksbomba, ktoś niczym grób pobielany, który z zewnątrz wygląda pięknie, lecz wewnątrz pełen jest kości trupich i wszelkiego plugastwa.
Kiedy wychodziłam rozczarowana z budynku przy ulicy Muntaner, zagadnęła mnie kobieta zajmująca się sprzątaniem, w niebieskim fartuchu, z mopem w jednej, a papierosem w drugiej ręce.
– Ci, co z panią rozmawiali, nic nie wiedzą o Paulinie.
– A pani wie?
– Założę się o wszystko, że powiedzieli o niej, że była bardzo miła i odpowiedzialna.
– A nie była?
Wypuściła w górę obłok dymu. Wiedziała, że ma mnie w garści, i robiła wystudiowane, teatralne gesty, żeby przedłużyć chwilę napięcia.
– Nie mówię, że nie, ale była bardzo wyniosła i zawsze patrzyła na wszystkich z góry.
– Jej koledzy o tym nie wspomnieli.
– Mężczyźni nie mają o niczym pojęcia. A poza tym może wobec nich zachowywała się inaczej, ale dla mnie była bardzo niesympatyczna. Tysiące razy kazała mi wracać i czyścić jej stół! Że niby jakiś kurz, że nie wytarłam specjalnym płynem ekranu... Wielka pani. A jaka zawsze wystrojona! Przychodziła do pracy jak na przyjęcie: bluzeczki w kwiatki, pantofelki pod kolor. A odkąd pojawił się narzeczony, to dopiero!
Przerwałam jej natychmiast.
– Miała narzeczonego?
– No tak myślę, że to musiał być narzeczony. Jakiś rok temu zaczął tu przychodzić taki jeden, mniej więcej w jej wieku, i czekał na nią. Niewysoki, przy kości, nic takiego, ale ta już całkiem się nadęła i udawała królową Saby. Czekał na nią zawsze na tym samym rogu, a potem szli pod rękę jak dwa gołąbki. Widziałam ich, bo o tej porze wychodzę umyć schody i od czasu do czasu na papierosa. Mijała mnie, marszcząc nos, jakbym śmierdziała. Po jakimś czasie ten mężczyzna przestał przychodzić.
– Czy ona wydawała się smutna albo przybita, kiedy narzeczony przestał się pojawiać?
– E, nie wiem! Ale jeśli myślała o ślubie, to nic z tego nie wyszło. A w pewnym wieku już nie można cały czas żyć na kocią łapę, no niech pani powie!
Próbowałam zachęcić ją do dalszych wrednych komentarzy, ale mi się nie udało. Być może nie wiedziała nic więcej ponad to, co właśnie mi opowiedziała. A jednak było całkiem prawdopodobne, że wskazała nam potencjalnego zabójcę Pauliny Armengol: jej narzeczonego. Wróciłam do urzędu i jeszcze raz popytałam jej współpracowników, bez rezultatów, ale i bez szczególnych nadziei. Żaden z nich nie wiedział nic o narzeczonym ani o życiu prywatnym Pauliny.
Po powrocie spotkałam się z Garzonem. Tylko jedna sąsiadka widziała kiedyś jakiegoś mężczyznę w towarzystwie ofiary. Również opisała go jako niewysokiego i przy kości. Szukaliśmy wzgardzonego kochanka, podstarzałego Romea, który nie pogodził się z utratą swej wybranki. Hipoteza zbrodni o charakterze zorganizowanym całkiem się rozwiewała. Wszystko wskazywało na typową ohydną przemoc w stylu macho.
– Mam wrażenie, że nie będzie trudno schwytać zabójcę, pani inspektor. Choćby Paulina była wyjątkowo skryta, najbardziej osamotniona, komuś przecież musiała napomknąć, że spotyka się z jakimś facetem, mylę się? – powiedział całkiem rozsądnie Garzón.
Stwierdzenie, do jakiego stopnia ktoś jest samotny, to trudne zadanie socjologiczne. Barcelona jest miastem dyskretnym, ludzie o nic nie pytają, prawie na siebie nie patrzą, żeby nie wtrącać się w życie innych, nie przeszkadzać. Wszyscy milczą, jakby zawarli jakiś tajny pakt. Fakt, że kobieta, która zakochuje się w wieku pięćdziesięciu pięciu lat i nikomu o tym nie mówi, dopóki miłość nie sprawdzi się na dłuższą metę, nie jest niczym zaskakującym.
– Sprawdziliście już jej komórkę?
– Nie wiem, ma ją inspektor Fraile.
– Tak dalej być nie może. Idę porozmawiać z Coronasem.
– Zaczekam tutaj.
Komisarz przyjął mnie od razu. Co więcej, przyjął mnie z wielkim entuzjazmem, który od razu wydał mi się podejrzany. Był serdeczny, troskliwy, bez cienia zniecierpliwienia czy złego humoru. Natychmiast wzbudził moją czujność.
– Właśnie zamierzałem z panią porozmawiać, Petro. Okazuje się, że... no cóż... miałem spotkanie z przełożonymi inspektora Frailego i... w zasadzie... uzgodniliśmy, że to on poprowadzi śledztwo. Tak czy inaczej, to raczej kwestia umowna, przecież będziemy współpracować. Spodziewam się, że nie będzie to miało najmniejszego znaczenia dla pani, tak doskonałej profesjonalistki.
Choć to nieprawdopodobne i z całą pewnością dobrze o mnie nie świadczy, ani przez chwilę nie brałam pod uwagę takiej możliwości. Byliśmy równi stopniem, a ja go przewyższałam doświadczeniem, liczbą przeprowadzonych śledztw w wydziale zabójstw... Poczułam się, jakbym dostała obuchem w łeb.
– Chciała mi pani coś powiedzieć, Petro, kiedy pani tu przyszła? – dodał Coronas przemiłym tonem.
– Nic, panie komisarzu. Wszystko jest już jasne.
– Zapewniam panią, że walczyłem, żeby to pani dowodziła tym śledztwem, ale nasze stosunki z policją autonomiczną są dość napięte i nie chciałem przeciągać struny.
– Dziękuję panu bardzo.
– Wszystko w porządku, Petro? Czy mogę liczyć na pani maksymalne zaangażowanie w tę sprawę?
– Oczywiście, panie komisarzu.
Gdyby sądzić po tym, jak się asekurował komisarz Coronas, cieszyłam się chyba sławą żądnej władzy harpii. Potwierdziło się to, kiedy zakomunikowałam nowiny podinspektorowi.
– O cholera – powiedział ściszonym głosem, patrząc na mnie spod zmrużonych powiek, jak gdyby oczekiwał wybuchu. Potem spytał: – I co mu pani odpowiedziała?
– Według rozkazu.
– Jasne – wymamrotał. – I co teraz?
– Czekamy na rozkazy. Ma pan numer Frailego?
– Tak, ale jeśli się pani chce z nim zobaczyć, teraz jest na medycynie sądowej.
– Chodźmy tam zatem.
Trochę byłam wzburzona informacją, że nie będę dowodzić śledztwem, a w głębi duszy bardziej mnie bolała własna reakcja niż sam fakt. Starałam się znaleźć racjonalne wytłumaczenie swojej frustracji. Uspokój się, Petro, mówiłam sobie, nie masz nic przeciwko słuchaniu rozkazów, po prostu jesteś przyzwyczajona do prowadzenia śledztwa na własnych zasadach i boisz się teraz, że nie będziesz wiedziała, jak się zachować. Czyż nie? Być może to przyjdzie później, a teraz nie mogłam zaprzeczyć, że fatalnie się czułam z tym, że nie będę prowadzić sprawy. Mówi się, że kobiety nie mają zawodowych ambicji, ale to nieprawda. Jestem tego przykładem. Mam całkowitą pewność tego, że jestem kobietą, być może to jedyne, czego jestem pewna, a jednak perspektywa słuchania rozkazów Roberta Frailego doprowadzała mnie do szału.
O ile znam Garzona, z pewnością przeszedł w tryb wyczekiwania. To prawda, że choćbym nie wiem jak się starała tego uniknąć, przy pierwszej bezczelnej odzywce inspektor Fraile dostanie ode mnie widowiskowego kopniaka. Ale czy Fraile do tej pory rzeczywiście był bezczelny? Raczej nie.
Mój nowy szef był w kostnicy, razem z medykiem sądowym przyglądał się ciału ofiary. Spojrzał z ukosa i od razu zaprosił mnie, żebym dołączyła.
– Podejdźcie bliżej. Doktor Guitart właśnie mi mówił, że na zwłokach nie widać śladów walki. Cios został zadany nożem, bardzo ostrym i spiczastym, być może kuchennym. Obrażenia twarzy powstały już po śmierci. Kobieta nie przyjęła żadnej substancji toksycznej, również alkoholu.
Zadrżałam na widok tej twarzy, okaleczonej, poranionej, pociętej na oślep. Przypominała kubistyczny obraz Picassa, ale pełen nacięć, sinych guzów i zniekształceń. Wyglądała przerażająco.
– Mój Boże! – odezwałam się. – Jaki szaleniec był gotów zrobić coś takiego?
– Wcale nie mam pewności, czy to szaleniec – powiedział Fraile. – Taka agresja może być spowodowana nagłą i dogłębną wściekłością.
– Aż taką wściekłość może odczuwać chyba tylko szaleniec.
– Niech pani w to nie wierzy, Petro. Według czasopisma „International Psychology” zdarza się, że jednostki całkowicie przeciętne dostają gwałtownego ataku furii, jeśli taka osoba znajdzie się nagle pod wielką presją.
No proszę, pomyślałam, nie wie, kim był Demostenes, ale zna się na psychologii sądowej!
– Co pan o tym sądzi? – zapytał Garzón lekarza.
– Inspektor ma rację. Nie skupiajcie się na poszukiwaniu szaleńca na wolności, bo czegoś takiego mógł się dopuścić również ktoś w stanie najwyższej ekscytacji lub nawet upojenia alkoholowego.
Nie odezwałam się, dopóki stamtąd nie wyszliśmy. Straszliwy widok zwłok odbierał mi ochotę na granie teraz roli upokorzonej szefowej. Nie powiedziałam też nic na temat decyzji naszych przełożonych w sprawie podziału obowiązków, mimo że Fraile sam się podłożył, mówiąc:
– Może byśmy tak przeszukali dom ofiary? Już nie ma obawy, że zatrzemy dowody.
– Według rozkazu.
Nie podjął rękawicy, tylko dodał:
– Przyjrzawszy się miejscu, w którym żyła, być może przybliżymy się do lepszego zrozumienia jej osobowości.
– Dowiedzieliśmy się, że mniej więcej od roku spotykała się z mężczyzną, który często czekał na nią przed budynkiem, kiedy wychodziła z pracy. Przychodził też do niej do domu. Mamy jego opis od dwóch świadków. Opis obu się pokrywa, ale niestety jest bardzo ogólny: niewysoki i przy kości.
– Doskonale, pani inspektor! Brawa dla was.
– A co z telefonem komórkowym? Już go zbadali?
– Są w trakcie, niedługo powinni przysłać raport.
Pojechaliśmy do domu Pauliny Armengol. Drzwi otworzył Fraile. Zastanawiałam się, czy sam zajmuje się takimi szczegółami jak zdobycie kluczy do mieszkania. W naszym przypadku zwykle zajmował się tym Garzón, ale Robertowi chyba nikt nie pomagał. Dom wyglądał tak, jak go zostawili specjaliści od zbierania śladów. Fraile notował w swoim notesiku. Komentował na głos:
– Lalki z dzieciństwa! To typowe dla samotnych kobiet, które nie mogą pogodzić się z przeszłością, z brakiem dzieci. Różowa pościel. Kolejny przykład niedojrzałości emocjonalnej.
– Zadziwia mnie pan, Roberto! Studiował pan psychologię?
– Mam pewien zasób wiedzy związanej z naszym zawodem, nic szczególnego. Ta różowa pościel to klasyk.
– Może to oznacza tylko tyle, że była trochę świrnięta? – wypalił podinspektor.
– Nie, proszę zwrócić uwagę, reszta wystroju prezentuje się normalnie, poważnie. Łóżko jest wyjątkowe.
Otworzył szafę i wskazał na wiszące ubrania.
– Niech pani rzuci okiem. Pani będzie lepiej ode mnie umiała określić styl ubierania tej kobiety. Nie bardzo się znam na modzie.
Chętnie dałabym mu porządnego kopa za tę seksistowską uwagę, ale się powstrzymałam. Zbierałam amunicję na lepszą okazję. Popatrzyłam uważnie na ubrania. Nasi koledzy przetrząsnęli wszystko w poszukiwaniu dowodów, więc tylko patrzyłam. Następnie wykorzystując kobiecą mądrość, jaką ujrzał we mnie mój współpracownik, stwierdziłam:
– Styl eklektyczny, dyskretny. Charakterystyczny dla kobiety w jej wieku, która nie chce przyciągać uwagi, ale pragnie wyglądać atrakcyjnie: bluzki w kwiaty, ołówkowe spódnice, pastelowe kolory. Odzież w cenach średnich albo niskich. Raczej codzienna. Nie ma ubrań wyjściowych.
– Diagnoza w stylu Diora! – wykrzyknął rozbawiony Garzón.
– W takim razie możemy przyjąć, że to całkowicie zwyczajna, przeciętna kobieta. Stara panna, ale nieunikająca intymnych relacji, jak to właśnie odkryliście.
Nadeszła pora. Miałam już pełen magazynek. Zaczęłam strzelać.
– Jest pan żonaty, Roberto?
– Tak, a czemu pani pyta?
– Zastanawiałam się, co żona powiedziałaby na te pańskie seksistowskie komentarze.
Garzón wybuchnął śmiechem. Twarz inspektora Frailego wyrażała zdumienie. Z przerażeniem zaczął:
– Nie, pani inspektor, w żadnym wypadku! Ja tylko chciałem...
– Nie wiem, do czego pan zmierzał, ale w ciągu jednej minuty stwierdził pan, że my, kobiety znamy się świetnie na fatałaszkach, i nazwał pan ofiarę starą panną.
– To można łatwo wytłumaczyć: to oczywiste, że na modzie kobiecej lepiej znają się kobiety, a na męskiej mężczyźni. A stara panna, no cóż, to może nie brzmi najlepiej, ale o mężczyźnie w pewnym wieku, który nie ma żony, powiedziałoby się tak samo: stary kawaler...
Był tak zafrasowany i spięty, że podinspektor poczuł się w obowiązku przyjść mu z pomocą.
– Przywyknie pan, inspektorze. Pani inspektor Delicado jest bardzo wrażliwa na kwestie płci i spraw kobiecych. Wrażliwa – to znaczy, że w razie czego chętnie wrazi panu kosę w bok.
Śmiech Garzona rozległ się w całym budynku. Widząc, że Fraile nadal cierpi, postanowiłam poluzować.
– Idźmy dalej, Roberto, tylko zwróciłam panu uwagę. Chodźmy do kuchni, jedzenie nie ma się nijak do płci.
Maleńka kuchnia była uporządkowana i podobnie jak reszta mieszkania zupełnie zwyczajna i prosta. Znajdowała się tam apteczka z aspiryną i środkami opatrunkowymi. Moją uwagę zwróciła tylko jedna półka, na której stały liczne produkty dietetyczne: różne herbatki ziołowe, tabletki z żeń-szeniem i kilka innych, sprzedawanych przez zielarnie. Fraile zorientował się, na co patrzę, i powiedział:
– Widziałem chyba sklep z takimi produktami kilka ulic stąd. Powinniśmy tam zajrzeć. Często się zdarza, że właściciele takich sklepów doradzają swoimi klientom i wiedzą całkiem sporo o ich dolegliwościach, zwyczajach, dziwactwach...
Bez wątpienia nasz nowy kolega był dynamiczny, sprawny i miał intuicję. Kiedyś pewnie był prymusem. Zrezygnowałam ze złośliwego komentarza na temat jego błyskotliwości, bo za każdym razem, kiedy otwierałam usta, patrzył na mnie przerażony, czy znowu nie popełnił jakiejś gafy. Osiągnęłam przynajmniej to, że patrzył na mnie z uwagą, że zdawał sobie sprawę, że kobieta w średnim wieku jest czymś więcej niż po prostu kobietą w średnim wieku i potrafi w razie czego nieźle wkurzyć bliźniego.
Sklep zielarski był tam, gdzie mówił Fraile, i pewnie tutaj zaopatrywała się Paulina Armengol. Właścicielka, wysoka i chuda jak ołówek, była niepocieszona, kiedy się przedstawiliśmy i powiedzieliśmy o zamordowaniu jej klientki. Pamiętała ją doskonale.
– Ależ oczywiście, że sobie przypominam, biedactwo, nie mogę w to uwierzyć! Czy motyw był rabunkowy?
– Jeszcze nie wiemy. Proszę nam o niej opowiedzieć, to nam bardzo pomoże.
– Była bardzo dyskretna. O swoim życiu nie wspomniała słowem. Tutaj przychodzą tacy, co to o wszystkim opowiedzą. To nawet zrozumiałe, nieszczęśliwi ludzie szukają w tych naturalnych produktach sposobu na uzdrowienie, jakiejś pociechy. Ale ona nic nie mówiła o swoim życiu prywatnym ani nie wydawała się jakoś szczególnie cierpiąca.
– Co u pani kupowała?
– Raczej zwyczajne rzeczy: walerianę, zieloną herbatę, czasem razowy chleb... Pamiętam, że jakiś czas temu kilka razy kupiła tabletki na powstrzymanie apetytu, kapsułki z karczochem i inne rzeczy na odchudzanie. Nie zauważyłam, żeby specjalnie utyła, i spytałam: „Nowy image, co?”. Nic nie powiedziała, ale mrugnęła do mnie porozumiewawczo, wiedzą państwo jak... Biedaczka.
– Czy to było mniej więcej rok temu?
Spojrzała w górę, jakby jej wewnętrzny kalendarz znajdował się na suficie.
– Tak, jakoś mniej więcej tak.
Przesłuchanie uznaliśmy za zakończone i przynajmniej udało nam się potwierdzić fakty. Byliśmy już po drugiej stronie ulicy, kiedy sprzedawczyni wybiegła za nami, wołając coś niezrozumiale. Z jej okrzyków dosłyszałam coś jakby „Dziurawiec! Dziurawiec!”. Fraile wyszeptał mi do ucha: „Dziurawiec to zioło tradycyjnie stosowane do łagodzenia depresji”.
– Przypomniało mi się, że pani Armengol przez jakiś czas zamawiała u mnie drażetki z dziurawcem. Pomyślałam wtedy, że jest przybita, bo jej dieta odchudzająca nie dała rezultatów.
– O nic pani nie pytała?
– Pani inspektor, ona była taka małomówna... A poza tym gdybym o wszystko pytała, spędziłabym całe życie, słuchając tych historii.
Ruszyła biegiem z powrotem do swojego sklepu, bo właśnie wszedł do niego jakiś staruszek o lasce, którą beztrosko machał. Garzón zauważył:
– Temu chyba ziółka służą, chodzi jak generał.
– Ziółka działają niezbyt silnie, ale jednak działają – powiedział Fraile, ale nie przekonał mojego podwładnego.
– Fuj! Niedobrze mi się robi na samą myśl o tych paskudztwach!
– Bo jest pan zdrowy i z optymizmem patrzy pan w przyszłość. Gdyby coś panu dolegało...
– Na zielarstwie też się pan zna, Roberto? – wtrąciłam się.
– To przecież jakieś banały z niedzielnego dodatku do gazety.
– Przydają się panu te banały, wychodzi pan tu na mędrca!
Spojrzał na mnie nieufnie, zastanawiając się chyba, czy w moich słowach znowu nie czai się krytyka. Garzón uśmiechał się, strugając aniołka, bo znaleźliśmy teraz kozła ofiarnego i on miał wreszcie święty spokój, jeśli chodzi o moje złośliwe uwagi.
– Co teraz robimy? – zapytał inspektor.
– Co pan rozkaże. Chyba już pan słyszał, że to pan dowodzi tym śledztwem.
– Nie miałem z tym nic wspólnego. Osobiście wolałbym, żebyśmy pracowali razem, bez żadnego rodzaju hierarchii.
– To nie jest kwestia hierarchii, tylko metody. To pan musi wyznaczać drogę, którą mamy podążać.
– Może spisalibyście raport o tym, co zostało zrobione do tej pory? Zależy mi, żeby mieć wszystko, co dotyczy ofiary, w komputerze.
– Bo przecież na komputerach też się pan zna.
– Jako tako.
– To też wiedza z dodatku niedzielnego?
Uśmiechnął się z pewnym smutkiem.
– Nie, uczyłem się podstaw informatyki. Tylko tyle, żeby móc zastosować ją w śledztwie.
Pokiwałam głową i pożegnaliśmy się szybko. Kiedy jechaliśmy samochodem do komisariatu, Garzón wygłosił do mnie serdeczny apel:
– Niech pani tak nie dręczy tego chłopaka, Petro. To porządny gość.
– Denerwuje mnie! Zawsze taki zrównoważony, zna się na wszystkim, nie wychodzi z roli... I nie ma za grosz poczucia humoru. Założę się, że jest też abstynentem!
– Jakieś wady musi mieć. A właśnie: co pani na to, żebyśmy skoczyli na piwko, zanim zaczniemy pisać ten cholerny raport?
– Wyśmienity pomysł. Po tym, co powiedziałam, trzeba koniecznie się napić. Cóż, nic na to nie poradzę, nie ufam ludziom, którzy w ogóle nie piją.
1 Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Biblia Tysiąclecia, Poznań–Warszawa 1990, Rdz 3,19 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). ↩
2 Mossos d’Esquadra – formacja autonomicznej lokalnej policji katalońskiej. ↩
Nakładem wydawnictwa Noir sur Blanc ukazały sięnastępujące powieści Alicii Giménez-Bartlett:
ŚMIERTELNY TALK-SHOW
2003
PIESKI DZIEŃ
2004
ŚMIERTELNE RYTUAŁY
2005
WYSŁAŃCY CIEMNOŚCI
2006
WĘŻE W RAJU
2008
STATEK PEŁEN RYŻU
2009
TAM, GDZIE NIKT CIĘ NIE ZNAJDZIE
2012
PUSTE GNIAZDO
2013
MILCZENIE KRUŻGANKÓW
2019
NADZY MĘŻCZYŹNI
2019
ŻADNYCH TRUPÓW
2022
NIKT NIE CHCIAŁ WIEDZIEĆ
2023
