Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
46 osób interesuje się tą książką
Nawet najmniejsza zdrada otwiera piekło
Toruń, rok 1993. Lokalna mafia panoszy się po regionie i szuka układów z policją. Na styku światów prawa i zbrodni działa duet brawurowych funkcjonariuszy, Wiesław Świrski i Mirosław Cichoń.
Badając sprawę zaginięcia Mateusza – syna toruńskiego wicewojewody, powoli wikłają się w coraz mroczniejsze sekrety chłopaka. Śledztwo odsłania również skazy na relacji partnerów.
Poszukiwania z czasem zmieniają się w brutalną grę, której jedyną zasadą jest brak reguł. W tej rozgrywce karty rozdają gangsterzy…
Po latach Świrski wraca pamięcią do tamtego śledztwa. Co się wtedy tak naprawdę wydarzyło?
I skąd w jego głowie powracający krzyk?
„Lata dziewięćdziesiąte to był inny świat. Znacznie bardziej mroczny, znacznie bardziej brutalny. A Małecki cudownie się w nim odnalazł. Czytałem, zagryzając zęby z zazdrości. Znakomita, niepokojąca i wciągająca kryminalna opowieść”.
Wojciech Chmielarz
„Fenomenalny. Robert Małecki wręcz maluje słowem gęsty kryminalny nastrój. Tajemnice, drapiące emocje, drobiazgowe śledztwo i filmowo wręcz przedstawione czasy lat dziewięćdziesiątych. Właśnie takie książki chcę czytać! Ta historia prawdziwie się we mnie wkradła – jestem pewna, że w Was też zostanie na długo”.
Małgorzata Oliwia Sobczak
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 420
Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK
Redakcja: ANNA MILEWSKA
Korekta: JUSTYNA TECHMAŃSKA, ANETA TKACZYK, KRYSTYNA ZALESKA
Projekt okładki i stron tytułowych: TOMASZ MAJEWSKI
Układ typograficzny: ROBERT KLEEMANN
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
© Copyright by Robert Małecki © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2026
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-09371-9
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).
Za lidera toruńskiego półświatka uważano ułożonego i eleganckiego mężczyznę, niejakiego Edwarda Ś., pseudonim „Tato”, podobno znajomego Andrzeja K., pseudonim „Pershing”, który rzekomo namaścił go na rezydenta podwarszawskiej mafii w Toruniu. Ludzie mieli wymuszać haracze, kraść samochody i dokonywać oszustw. Te ostatnie to głośna afera węglowa. Przestępcy zakładali spółki, które zamawiały od innych firm różne towary, głównie miał węglowy (stąd też nazwa afery), na odroczony termin płatności. Spółki nie regulowały jednak swoich zobowiązań, za to odsprzedawały wszystko „Tacie”, po czym znikały. Edward Ś. dalej sprzedawał towar w atrakcyjnej cenie, czym przyciągał do siebie klientów. Proceder miał przynieść zyski w wysokości co najmniej 1,5 mln zł.
KANAŁ YOUTUBE PODEJRZANI
Chociaż dym papierosowy gęstniał w kabinie nieoznakowanego policyjnego Poloneza, komisarz Wiesław Świrski z daleka rozpoznał kolegę.
Zdusił kiepa w samochodowej popielniczce, której zawartość wysypał niedawno pod krzaki w pobliżu przystanku, po czym sięgnął po kolejnego papierosa. Przypalił, mrużąc oko. Zużytą zapałkę wyrzucił na spękaną betonową nawierzchnię parkingu pod „Kwadratem” na Rubinkowie i raz jeszcze spojrzał na Mirka Cichonia, a potem na przystanek autobusowy, który miał przed sobą. Za jezdnią rozciągał się długi szary blok. W pootwieranych oknach widział powolny ruch firanek, jakby szary betonowy potwór wydawał z siebie ostatnie tchnienie.
Cichoń, postawny facet z krótkimi ciemnymi lokami na głowie i gęstym wąsem, szedł spacerowym krokiem. Biała koszulka z krótkim rękawem opinała szczupłe ciało trzydziestosześcioletniego podkomisarza. Dżinsowe dzwony wachlowały nad białymi trampkami. Cichy niósł pod pachą gazetę. W jego ustach tkwił papieros.
Świrski przyglądał mu się jeszcze, gdy kolega wyszedł z cienia rzucanego przez wieżowiec przy Łyskowskiego 26, i bursztynowe promienie zachodzącego słońca objęły jego postać. Mirek wydmuchał chmurę dymu, która zmieniła się w złotą parę, zanim zabrał ją letni wiatr.
Policjant w radiowozie przeniósł wzrok na wieżowiec i bez trudu odnalazł balkon swojego mieszkania – z niebieskim daszkiem z zaschniętą skorupą jaskółczych odchodów. Klatka „d”, trzecie piętro. Na wprost przystanku po drugiej stronie jezdni. Drzwi balkonowe były otwarte, na linkach suszyło się pranie.
Cichy szarpnął klamkę, zdeptał niedopałek i usiadł, ale nie zamknął drzwi. Prawa stopa opierała się na progu. Nie miał skarpet.
– Gdzie byłeś? – zainteresował się komisarz, gdy na skrzyżowaniu dróg równorzędnych po lewej stronie dostrzegł autobus linii 19. Pojazd przepuścił Dużego Fiata i ruszył z włączonym kierunkowskazem.
– Z komisariatu zapieprzam – odparł Cichy.
– Przez całą drogę z rozpiętym rozporem?
Kolega zerknął w dół.
– O, kurwa, jaki wstyd. – Śmiejąc się, zasunął zamek.
Świrski ustawił oparcie fotela w gotowości do jazdy i się zaciągnął. Słupek popiołu wygiął się niebezpiecznie. Policjant strzepnął go za szybę.
Stary Jelcz zakładu komunikacji miejskiej wtoczył się do zatoki, hamulce zapiszczały.
– Iwona prosiła, żeby ci przekazać. – Cichy podał koledze gazetę.
Świrski wciąż patrzył na autobus, ale odebrał „Nowości” i położył czasopismo na desce rozdzielczej winietą do góry.
Kierowca Jelcza otworzył drzwi i kilkoro pasażerów wysiadło.
– Szedłem pod waszym blokiem, a ona siedziała na ławce z tą starszawą z psem, z ósmego chyba, co ma fioletowe włosy – wyjaśnił Mirek.
– Pies?
– No gdzie, kurwa. Baba! Złamała nogę czy zwichnęła, chuj jeden wie, w każdym razie syrę w gipsie miała, więc poprosiła Iwonę, żeby się przeszła z Pikusiem. Albo Mikusiem, zresztą, co za różnica. Iwona widziała cię z balkonu, chciała podejść tu z tym psiunem, ale wtedy się napatoczyłem, no i pyk, robię za tragarza.
Świrski patrzył uważnie na pasażerów, którzy minęli kiosk „Ruchu”. Tylko jedna starsza kobieta odbiła w lewo i poczłapała w stronę przejścia dla pieszych przy skrzyżowaniu.
– Masz papieroska? Bo wypaliłem ostatniego – usprawiedliwił się Cichy.
Komisarz wyjął paczkę Carmenów z kieszeni beżowej koszuli w paski i podał koledze. Potem spojrzał na nadgarstek, na którym tkwił zegarek cyfrowy Montana z szesnastoma melodyjkami i podświetleniem. Stary prezent od Iwony, wciąż jednak działał i dobrze wyglądał.
Świrski odchrząknął, bo zbierało mu się na kaszel. A wiedział, co to oznacza. Kolejne zmartwienie w całym cholernym stosie, pomyślał.
Było krótko po dziewiętnastej.
– I co? Nie przyjechała? – Cichy odprowadził wzrokiem autobus, który po stu metrach wjechał na moment w promienie dogorywającego słońca, rozciągnięte pomiędzy blokami, i zaraz ponownie skrył się w cieniu.
Mirek się zaciągnął. Zapałki odłożył do pojemnika pod biegami.
– Zaraz przyjedzie – oznajmił Świrski.
– Skąd wiesz?
– Wiem.
– Czekamy na kolejną dziewiętnastkę?
– Albo piętnastkę.
– Fakt, mogła strzelić z buta od Świętej Katarzyny na Kaszownik.
– Właśnie.
– I co? Zawieziemy ją chłopakom do fortu? Bo oni już czekają – potwierdził podkomisarz.
– Skoro nie powiedziała nam wszystkiego, nie mamy innego wyjścia.
– No to tym razem zagramy jak w Zabójczej broni. Rezerwuję Riggsa, bo nie zamierzam być Murzynem – stwierdził Cichy.
– A, właśnie. Kiedy oddasz kasetę?
– Prędzej wyjebię ją na śmietnik. Kopia jest chujowa, a poza tym kilka razy musiało ci wciągnąć taśmę. Zakłócenia są kosmiczne. Oddaj wideo do naprawy, dobrze radzę.
Faktycznie, JVC Świrskiego zniszczyło już niejedno nagranie. Planował oddać sprzęt facetowi, który mu go wcisnął tuż po przesłuchaniu w sprawie kradzieży hi-fi z transportu ze Szczecina do Warszawy. Ale odpuścił. Iwona go uprosiła, żeby po prostu oddał sprzęt do zakładu i poczekał na naprawę. Miała rację. W ten sposób gruby lump w granatowym dresie z kreszu nadal miał dług u komisarza i będzie musiał go spłacić przy innej okazji.
– Ojciec kumpla Jaśka ma wypożyczalnię w Lubiczu – ciągnął Cichy. – Byłem tam niedawno i poprosiłem gościa, żeby zrobił mi kopię Zabójczej broni. Przywiózł ostatnio sporo filmów. Czekam na cynk. Ma to nagrać na nowym BASF-ie, więc będzie żyleta. A na razie dał mi coś z regału za zasłonką – zaśmiał się. – Widzieliście z Iwonką Alicję w Krainie Czarów? – spytał, ale Świrski nie zareagował. – Mówię ci, śpiewają i ruchają, aż miło na sercu się robi. Takie musicale to ja lubię. Tylko trzeba uważać, stary, bo jak Jadźce to zapuściłem wczoraj wieczorem, to normalnie fiut mnie boli na samo wspomnienie. Myślałem, że wyzionę ducha w wyrze, tak mnie wymłóciła.
Cichy wziął ostatniego macha i wyrzucił peta na parking.
Komisarz przeniósł wzrok na okna swojego mieszkania i pomyślał smutno, że minęło kilka tygodni, odkąd kochał się z Iwoną. Pamiętał to. Krótki zryw nad ranem. Potem, ilekroć próbował dobrać się do żony, kończyło się na pocałunkach. Najpierw Iwona mówiła coś o wizycie u ginekologa i niegroźnym zabiegu, potem źle się czuła. Były też dni, kiedy i on nie miał ochoty na seks. Lato było upalne. Mimo szeroko otwartych okien nie dało się spać. Świrski miał nadzieję, że nieco chłodniejsze sierpniowe wieczory będą bardziej sprzyjały małżeńskiej czułości.
Przez kilka minut siedzieli bez słowa. Cichoń z nudów sięgnął po gazetę. Od czasu do czasu docierały do nich odgłosy samochodowych silników i pokrzykiwania dzieciaków bawiących się na podwórkach. Gdzieś w bloku naprzeciwko głośno grał telewizor. Na wiśniowej masce Poloneza utrzymywała się gruba warstwa kurzu.
W końcu na przystanku zatrzymała się piętnastka.
Świrski od razu zauważył dziewczynę. Blond włosy, szczupła. Dość ładna. Stała w środkowych drzwiach pojazdu i czekała, aż kierowca wypuści pasażerów. Gdy to się stało, ruszyła chodnikiem oddzielonym od parkingu pasmem niewysokich krzewów.
Autobus odjechał.
Komisarz szturchnął Cichonia skupionego na informacjach sportowych, a następnie uruchomił silnik. Pasażer odłożył „Nowości” i zamknął drzwi. Samochód ruszył. Świrski dojechał do wyjazdu z parkingu. Tam się zatrzymał i wpatrywał w lusterko zewnętrzne, które przekrzywił, tak by widzieć chodnik. W końcu ją dostrzegł. Blondynka z prostymi włosami do ramion szła w ich stronę. Prostą granatową sukienkę do kostek szarpał wiatr i napinał ją na zgrabnym ciele dziewiętnastolatki. Kiedy była już blisko, komisarz zajechał jej drogę i skinął głową na tylną kanapę.
– Wskakuj.
– Ale... – Znieruchomiała.
– Grzecznie proszę – wycedził Świrski, lecz dziewczyna nie ruszyła się z miejsca.
– Głucha jesteś, czy co? Władzy się nie odmawia, jak władza prosi. – Cichoń wczuł się w rolę.
– Rodzice na mnie czekają. – Poprawiła torebkę, której pasek zsuwał się z jej gołego ramienia.
– Jesteś dorosła – przypomniał komisarz, po czym pozwolił sobie na kłamstwo: – Zresztą uprzedziłem ich, że zajmiemy ci chwilę. Poczekają z kolacją.
– Ale ja już wszystko...
– Wsiadaj. Chyba że wolisz, żebyśmy narobili ci syfu pod blokiem albo jutro w pracy – przerwał jej Świrski.
Blondynka rozejrzała się bezradnie. W końcu podeszła do Poloneza i zajęła miejsce z tyłu. Kiedy trzasnęła drzwiami, Świrski puścił sprzęgło i samochód potoczył się wolno. Gdy wyjeżdżał na jezdnię, zerknął z przyzwyczajenia na swój balkon. Iwona zdejmowała właśnie pranie. Miał wrażenie, że go widziała, mimo to nie pomachała do niego.
Samochód przyspieszył. Minęli Hermesa, a na kolejnym skrzyżowaniu, zamiast odbić w kierunku komisariatu przy Dziewulskiego, kierowca wybrał drogę, którą mógł dojechać do Szosy Lubickiej.
– Komenda jest tam – dziewczyna spojrzała w lewo.
– Po pierwsze, nie komenda, tylko komisariat. A po drugie, morda w kubeł, kurwa! – ryknął Cichy, odwracając się przez ramię. – Możesz otwierać ryj, jak ci pozwolę. Czy to jasne?
We wstecznym lusterku Świrski widział strach w szeroko otwartych oczach dziewczyny.
– Pytanie zadałem, do kurwy nędzy!
– Tak – bąknęła i łzy poleciały jej po policzkach.
– Spokojnie, wszystko będzie dobrze. Po prostu chcemy pogadać. – Świrski wszedł w swoją rolę.
Dobry glina, nieobliczalny glina. Jak Danny Glover i Mel Gibson.
Ponownie zebrało mu się na kaszel, lecz tym razem nie zdołał go stłumić. Odkaszlnął raz i drugi i poczuł w ustach metaliczny posmak.
Próbował przełknąć ślinę, niewiele to dało.
Cichoń sapnął, udając złego, po czym wyjął kasetę ze schowka. Wsunął ją do odtwarzacza i pogłośnił. Rockowy utwór zaczął się od szybkiej partii perkusji z towarzyszeniem basu i melodyjnej gitarowej solówki. A potem wokalista zaśpiewał hardym głosem, jak to chciał raz potańczyć i poszedł do zatłoczonego klubu. Cichoń zaczął wybijać rytm na udach.
Świrski nie ściszył muzyki. Też lubił te dźwięki, które zakłócał obecnie wiatr. Wdzierał się do kabiny przez opuszczone boczne szyby i szarpał włosami pasażerki.
Policjant skręcił w opustoszałą trzypasmową Szosę Lubicką i przyspieszył, przejeżdżając na lewy pas. Za drugą nitką, która biegła w kierunku Warszawy, wyrastała nadwiślańska kępa drzew. Świrski dobrze znał ten teren. Dojechał do nawrotki, przetoczył się przez tory tramwajowe i przepuścił Żuka, który nadjeżdżał z prawej. Potem przeciął jezdnię i starą drogą zaczął zapuszczać się w gęsty, mroczny las. W kabinie Poloneza pociemniało. Zjeżdżali po nachyleniu skarpy. Asfalt zamienił się w dwie nitki betonowych płyt, między którymi rosła trawa. Nadwoziem szarpało na nierównościach.
Świrski zwolnił przed samym końcem drogi i zatrzymał Poloneza przy pordzewiałej, wykrzywionej bramie opuszczonego pruskiego fortu. Wrota wejściowe do potężnego obiektu z cegły były nieco rozchylone. Za nimi czaiła się czerń.
Wyłączył muzykę. Odczekał chwilę we względnej ciszy i krótko zatrąbił. Zerknął na fort i zobaczył ruch w pobliżu wejścia. Trzech rosłych mężczyzn szło wolnym krokiem w kierunku nieoznakowanego radiowozu.
Dziewczyna drgnęła niespokojnie na tylnej kanapie i spojrzała za siebie przez szybę.
– Niech cię dupa nie swędzi, mała. Będę przy drzwiach, zanim pierdniesz – ostrzegł ją Cichoń.
Świrski wyłączył silnik i zaciągnął ręczny. Wysiadł z samochodu, skinął nieznacznie głową zbliżającej się trójce zakapiorów, po czym obszedł samochód i usiadł z tyłu obok blondynki. Nic nie powiedział. Z kieszeni, tam gdzie trzymał papierosy, wyciągnął nierówno wycięty fragment zdjęcia, na którym widać było roześmianą twarz młodego chłopaka, Mateusza Krajewskiego. Proste ciemne włosy opadały do szyi oplecionej kilkukrotnie brązowym rzemykiem. Opalona klatka piersiowa z kępkami włosów układającymi się w krzyż pozbawiona była tkanki tłuszczowej.
Zdjęcie zamieszczone niedawno w lokalnej prasie nie wyglądało na gazetowym papierze tak dobrze jak odbitka, którą Świrski dostał od rodziców zaginionego chłopaka wraz z kliszą wyjętą z japońskiego Olympusa. Krajewscy kupili automatyczny sprzęt fotograficzny za kilkadziesiąt marek na początku wakacji, które spędzili w Niemczech i Holandii. Tę akurat fotografię wykonał ojciec Mateusza na basenie zewnętrznym w hotelu pod Amsterdamem. Uwiecznił na niej syna ubranego w kąpielówki, obejmującego uśmiechniętą matkę. Obok widać było lazur pomarszczonej wody, w której połyskiwały promienie słoneczne, a na dalszym planie, na leżakach ustawionych wzdłuż dłuższego brzegu basenu, odpoczywali hotelowi goście. Za nimi rozpościerała się ściana zieleni.
Na komendzie wykonano sporo odbitek tego zdjęcia, a potem nożyczkami powycinano z niego postać chłopaka, zaginionego w niejasnych okolicznościach.
Świrski położył fotografię na udzie dziewczyny, żeby jej się przyjrzała. Rzuciła okiem, ale wzrok cały czas jej uciekał w kierunku trzech zakapiorów, którzy rozstawili się tuż obok Poloneza. Jeden z nich, ten pośrodku, niższy, z włosami opadającymi za ucho, wypchnął językiem górną wargę, a potem strzyknął śliną pod nogi. Dłonie oparł na biodrach. Ten po prawej, najwyższy z całej trójki, wyciągnął z kieszeni nóż sprężynowy i zaczął się nim bawić. Trzeci z mężczyzn, z okrągłą głową, łysy, w ciężkich glanach z czerwonymi sznurowadłami, kucnął i podpierał się dłonią o asfalt. Wyglądał jak małpa w zoo. Przymrużył oczy, po czym wysunął język i zaczął machać nim w górę i w dół.
Cichy odwrócił się do dziewczyny i Świrskiego.
– To teraz posłuchaj, maleńka, jak to będzie wyglądało – zaczął. – Dziewiętnastoletnia blondynka spacerowała samotnie pod wieczór po zalesionej skarpie nadwiślańskiej, gdy w pewnej chwili napotkała trzech zbirów. Wielokrotnie gwałcona i przetrzymywana w dawnym forcie, została odnaleziona i uwolniona po kilku dniach przez dwóch dzielnych funkcjonariuszy polskiej policji, komisarza Wiesława Świrskiego i podkomisarza Mirosława Cichonia, którzy właśnie odebrali od komendanta medale i premie.
– Ja nic nie wiem... Naprawdę... – zaczęła się jąkać i trząść ze strachu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
