Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czterdziestka na karku, miłość w realu jak fatamorgana, a w sieci… raper z Nigerii zakochany od pierwszej wiadomości, milioner bez portfela i lawina zdjęć, o które nikt nie prosił. Witamy w świecie online, gdzie każde kliknięcie może być początkiem romansu, katastrofy albo świetnej anegdoty do opowiedzenia przy winie.
Ta książka to pełna humoru, szczerości i ciętej riposty opowieść o kobiecie, która postanawia odzyskać kontrolę nad swoim życiem uczuciowym. Zamiast miłości znajduje jednak emocjonalny rollercoaster, absurdalne sytuacje i kreatywne próby wyłudzeń, które zasługują na własne miejsce w muzeum oszustw.
Lekka, błyskotliwa, bardzo na czasie – idealna dla wszystkich, którzy choć raz szukali uczucia w sieci… i szybko tego pożałowali.
O autorce
Kim jestem? Czterdziestoletnią rozwódką pracującą w korporacji jako księgowa i analityk danych. Przede wszystkim jednak jestem matką i temu poświęciłam ostatnie dziesięć lat swojego życia. W międzyczasie postawiłam na samorozwój i skupienie się na sobie.
Jeśli chodzi o hobby – lubię zagadki matematyczne i decoupage. Ogólnie: nuda…
W zeszłym roku, z samotności i frustracji z nią związanej, popełniłam wiele błędów. Przyjaciółka namówiła mnie, żebym to opisała i podzieliła się tym z innymi kobietami. Miała rację – napisałam tę książkę ku przestrodze.
Ponieważ pojawia się w niej wątek mojego byłego męża oraz wiele tematów intymnych, książkę wydaję pod pseudonimem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 199
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Zanim dojdę do historii z ostatniego roku, poznajcie Adriana, mojego męża. Poznaliśmy się w wieku siedmiu lat. Razem chodziliśmy do szkoły podstawowej, do tej samej klasy. Z tego, co pamiętam, nie bardzo go lubiłam. Gdy zupełnym przypadkiem na wycieczkach, przy rozdaniu świadectw z paskiem czy podczas pierwszej komunii stał koło mnie, w myślach miałam tylko: „Znowu on?!”.
Tak mijały beztroskie lata. Już nie pamiętam, jak to się stało, ale w siódmej klasie podczas lekcji języka polskiego zaczęliśmy siedzieć razem w ławce. Częstował mnie słodyczami, dawał jako jedynej osobie ściągać na sprawdzianach czy spisywać prace domowe… Była między nami jakaś zażyłość. Ale ja byłam nieśmiała, on też… Nic więcej nas wówczas nie łączyło. Po ósmej klasie nasze drogi się rozeszły. Ja poszłam do liceum i się przeprowadziłam. Adrian poszedł do technikum. Podobno szukał ze mną kontaktu przez ten czas, ale z racji odległości urwałam kontakty z ludźmi z podstawówki.
Los chciał, że po czterech i pół roku, zupełnym przypadkiem, znów się spotkaliśmy. Sprawdzaliśmy, ile było odstępstw od rutyny i zbiegów okoliczności, które przywiodły nas do spotkania… To musiało być przeznaczenie…
Byłam w centrum miasta kupić mamie prezent. Planowałam to zrobić dzień wcześniej, ale w ostatniej chwili musiałam zmienić plany.
Adrian wracał z piłki. Zwykle koledzy podwozili go pod samą bramę, tym razem wysadzili go wcześniej i musiał kawałek przejść pieszo.
Stałam na przystanku tramwajowym, niedaleko mieszkania Adriana, zwykle jeździłam inną trasą.
Czytałam mega ciekawą książkę, byłam totalnie odcięta od świata zewnętrznego… Na chwilę oderwałam wzrok od białych stronic i spojrzałam na przechodzącą przede mną osobę… To był Adrian.
I tak się zaczęło…
Od początku było cudownie. Rozmawialiśmy godzinami o wszystkim. Ustalaliśmy wspólną przyszłość. Ja – zakompleksiona i pełna wątpliwości – byłam wdzięczna Adrianowi, że chciał ze mną być, że mnie kochał. Był najukochańszy i najmądrzejszy, zgadzałam się na wszystko i jemu podporządkowałam swoje myśli i działania.
Gdy zaczął studia na tym samym kierunku co ja, byłam zachwycona. Wspólni znajomi, alkohol, tańce, imprezy w pobliskich akademikach… Radość, wolność, luz, szalone życie studenckie. I tak minęło pięć lat. Jak tylko skończyliśmy studia, pobraliśmy się. Zgodnie z wolą narzeczonego i sugestią przyszłych teściów mieliśmy po ślubie się wprowadzić do jego rodziców, „po co wynajmować i dawać obcym pieniądze, pomieścimy się”… Zamieszkaliśmy w małym, dziesięciometrowym pokoiku. Ech, jak się żyje tylko miłością, to cóż więcej trzeba poza bliskością…
Z ciekawostek przyrodniczych: przeprowadziłam się, jak to było za dawnych czasów, w dniu ślubu… Choć „przeprowadziłam” to za mocne słowo… Ubrałam się w suknię ślubną w domu rodzinnym, a po ślubie pojechałam już do domu męża. Qwa, tak jak stałam, w sukni ślubnej, bez niczego… Ani piżamy, ani szczoteczki do zębów… Ja byłam na tyle zajęta i zaaferowana tematem ślubu, że nie pomyślałam o spakowaniu się i przeprowadzce. Z kolei moja mama była na jednym z większych zakrętów życiowych i nie w głowie jej były moje śluby, a tym bardziej zmiana miejsca zamieszkania. W każdym razie piżamę pożyczyła mi teściowa, a rano zadzwoniłam do mamy, żeby mi coś spakowała, i brat przywiózł mi ubrania oraz inne najpotrzebniejsze rzeczy. Do tej pory jest to jedna z zabawniejszych anegdot rodzinnych.
Ale wracając do małżeństwa… Zamieszkanie z teściami to nie był dobry pomysł. Młodzi ludzie, żeby się siebie nauczyć i ze sobą dotrzeć, muszą we własnym towarzystwie poprzebywać dwadzieścia cztery godziny na dobę, sami sobie swoje problemy rozwiązywać… Nie mam nic do teściów – porządni, życzliwi, pomocni ludzie. Do tej pory jesteśmy w kontakcie. Ale jeśli mąż nie chce mojego jedzenia i idzie do mamy sprawdzić, co zrobiła, to jednak mama powinna go odgonić od jej garnków i powiedzieć: „Masz żonę, jedz, co ci ugotowała, a nie mi po garach buszujesz”… Tak niestety nie było. Wiadomo, że ja z innego domu, więc inaczej gotowałam, a mamusia zawsze gotuje lepiej. Adrian nie chciał jeść tego, co przyrządzałam… Równie dobrze mógł sam gotować dla nas obojga. Ale po co, skoro mamusia już ma gotowe. W efekcie przestałam robić obiady. Kupowałam sobie mrożone pierogi, które jadłam codziennie. Uwielbiam pierogi, ale zdecydowanie nie polecam ich jako podstawy codziennej diety. Qwa, minimum plus dziesięć kilo w rok… Doszłam do wagi stu jedenastu kilogramów. Najgorzej!
W międzyczasie, dwa miesiące po ślubie, była pierwsza wspólna Wigilia. Adrian dostał pod choinkę coś, czego bardzo nie chciał i prosił rodziców, żeby mu tego nie kupowali. Ale niestety kupili. Jako osoba przywiązująca dużą wagę do rzeczy i posiadanych przedmiotów, Adrian bardzo się zdenerwował. Ja, bardziej uduchowiona, daleka od materialistów, nie przejęłabym się tym. Zrobiłabym dobrą minę do złej gry, podziękowała i koniec tematu. Do tego samego namawiałam Adriana. Prosiłam, żeby zbagatelizował prezent i wyluzował. Ale tak się nie stało… Qwa, wręcz przeciwnie, nie dość, że był wściekły na rodziców, że go nie posłuchali, to jeszcze zdenerwował się na mnie, że nie stanęłam po jego stronie. Oczywiście miał prawo być zły, bo jako żona powinnam była go wspierać, nawet jeśli się z nim nie zgadzałam. Ale nie zasłużyłam na to, by ten i kilka kolejnych dni spędzić w milczeniu, a noce – samotnie w łóżku. Mimo obietnic, że po kłótni żadne z nas nie przenosi się na kanapę, Adrian wolał spać na twardej podłodze niż ze mną. Natomiast dni spędzane w jednym małym pokoiku były pełne milczenia. Qwa, siekierę można było powiesić, tak gęste było powietrze od napięcia i niewypowiedzianych słów. Tak właśnie wyglądały nasze pierwsze wspólne małżeńskie święta.
Wiele się działo przez ten czas. Jak w każdym małżeństwie – były wzloty i upadki, wiele imprez, mnóstwo kłótni, jeszcze więcej cichych dni i nocy. Przez pięć lat po ślubie co jakiś czas przychodziła mi do głowy myśl: „Czy to małżeństwo ma sens?”. Czułam się krytykowana na każdym kroku, byłam według Adriana za mało spontaniczna, a jak podjęłam jakąś decyzję czy rzuciłam propozycję, to była nie taka… Większość rzeczy ogarniałam ja, mąż zajmował się głównie pracą, choć nie mogę powiedzieć, w weekend pomagał w sprzątaniu i zakupach. Ale przykładowo, gdy zepsuła się klamka w drzwiach wejściowych, dostałam instrukcję, że mam się przyglądać, jak jest naprawiana przez fachowca, to później przekażę szanownemu mężowi, jak to się robi…
Wspólny czas to były tylko imprezy i spotkania towarzyskie. Rzadko kiedy spędzaliśmy go tylko we dwoje. Dlaczego? Na początku znajomości dowiedziałam się, że jestem zbyt nudna i na wakacje czy inne wyjazdy będziemy jeździć w większym gronie, a weekendy to albo organizujemy coś u nas, albo idziemy do znajomych. Zrobiło mi się wówczas przykro, ale nie przywiązałam do tego zbytniej wagi. Wyszłam z założenia, że istotnie tak może być, bo Adrian był rozrywkowy. Ja natomiast liceum przesiedziałam z nosem w książkach. Z czasem, w przeciwieństwie do początków znajomości, nie mogliśmy o niczym porozmawiać w spokoju. Każdy temat kończył się kłótnią, a później tygodniem milczenia.
Któregoś roku wyjechałam na miesiąc w delegację do Danii. Szczerze mówiąc, nie chciałam wracać… Przepłakałam całą ostatnią noc. Gdybym mogła, zostałabym tam na zawsze. Ale z braku alternatywy wróciłam. Przez ten czas odpoczęłam psychicznie od codziennych obowiązków i problemów z mężem. Po powrocie dość intensywnie „przywitaliśmy się” z Adrianem i w końcu po dwóch latach starania zaszłam w ciążę.
Ciąża sama w sobie przebiegała bezproblemowo. Czułam się dobrze, tylko często byłam słaba – jak się okazało, miałam bardzo niskie ciśnienie. Adrian, przyzwyczajony do imprezowych weekendów, zwyczajów nie zmienił. Ja, nie mając sił, zostawałam w domu, ewentualnie sama chodziłam na spacery. W trakcie jednego z takich samotnych weekendów pojawiło się krwawienie. Byłam zestresowana i przerażona. Próbowałam dodzwonić się do Adriana. Po kilku nieudanych próbach spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy, wsiadłam w samochód i sama pojechałam do szpitala – napisałam mu tylko SMS-a, gdzie jestem i żeby do mnie nie dzwonił. Bo i po co? I tak go nie obchodziło, co ze mną czy dzieckiem. Dzięki Ci, Panie – wszystko było okej. Po kolejnych kilku miesiącach pojawił się na świecie Bartek.
I wyobraźcie sobie – trzy tygodnie po pojawieniu się syna miała być pierwsza Wigilia z nowym członkiem rodziny. Byłam jeszcze obolała po niedawnym porodzie, zmęczona od nieprzespanych nocy, w dodatku miałam baby bluesa (smutek poporodowy, obniżenie nastroju po urodzeniu dziecka), ale w głębi duszy cieszyłam się na nadchodzący wyjątkowy czas – pierwsze święta Bartka. Z racji złego samopoczucia nie byłam w stanie przygotować świątecznej kolacji i nie miałam siły chodzić w gości. Jeszcze z tak małym noworodkiem. No way! Ustaliliśmy z Adrianem, że porozmawia z rodzicami, żeby przynieśli odrobinę jedzenia i wpadli do nas na kolację wigilijną. Nic z tego nie wyszło. Moja mama wiedziała, że nie mam siły, nie chciała nam głowy zawracać, spotkała się tylko z moim bratem, a teściowie poszli na kolację do Dominika, brata Adriana. Nie miałam nic przeciwko kameralnym świętom we trójkę. I tak brakowało mi sił, by zabawiać gości. Ale nie mój mąż… Był wściekły na rodziców, bo „chciał spędzić święta z rodziną”. Z rodziną?! To kim ja, qwa, dla niego byłam?! No dobra, żona – obca baba, zerowe pokrewieństwo. Ale Bartek?! Noż qwa… Koniec końców z żalu Adrian się upił. I po raz kolejny zafundował mi najgorszą „pierwszą wspólną Wigilię” w życiu.
Są dwa rodzaje małżeństw: takie, które umacnia pojawienie się długo oczekiwanego dziecka, i takie, które nie przetrwają próby. Nasze nie przetrwało – mieliśmy kolejny, dodatkowy temat do kłótni. Podobno człowiek zmienia się co siedem lat, a już kobieta, zostając matką, zmienia się diametralnie. I tak było w moim przypadku. Całą swoją miłość przeniosłam na małą istotkę, która była ode mnie zależna i kochała mnie bezwarunkowo… Zaczęłam się stawać bardziej samodzielna, w sensie – miałam swoje zdanie, którego broniłam. Musiałam zadbać już nie tylko o siebie, lecz także o bąbelka. Słowo Adriana już nie było najważniejsze i niepodważalne. Zaczęłam się stawiać i buntować. Coraz mniej rozmawialiśmy i coraz więcej cichych dni było między nami… To, qwa, była równia pochyła…
I tak od czterech lat jestem po rozwodzie.
