Miłość na całe życie - Wiktoria Tokariewa - ebook

Miłość na całe życie ebook

Wiktoria Tokariewa

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Książnica Stargardzka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 125

Rok wydania: 2006

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Wiktoria Tokariewa

Miłość na całe życie

 

Wiktoria Tokariewa

Miłość na całe życie

przełożyła

Irena Lewandowska

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

 

Tytuł oryginału: Projekt okładki: Mariusz FilipowiczRedakcja: Ewa WoźniakowskaRedakcja techniczna: Zbigniew KatafiaszKorekta: Elżbieta Michalak

Na okładce wykorzystano zdjęcieTomasza Zielińskiego.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2006© for the Polish translation by Irena Lewandowska

ISBN 83-7495-046-3

Warszawskie Wydawnictwo LiterackieMUZA SAWarszawa 2006

Jej życie było proste i skomplikowane zarazem. Jak zresztą każdego człowieka.

Irina Iwanowna Guśko urodziła się w Baku w zwyczajnej rosyjskiej rodzinie. Baku - w tamtych odległych sowieckich czasach - to było internacjonalne miasto, jednoczące wszystkie narody, żyjące w pokoju i po bratersku.

Życie toczyło się na podwórkach.

Malutka Irina bawiła się z dziećmi sąsiadów - Chaczikiem, Salomonem, Poladem i Dawidem. Przychodził czas na obiad, z okien wychylały się mamy i babcie i wołały dzieci, każda z innym akcentem. Wszystko było jak zawsze. Inaczej oczywiście być nie mogło.

Irina lubiła biegać nad morze i włazić razem z chłopcami na wieżę wiertniczą, na samą górę. To było niebezpieczne. Dzieci łatwo mogły spaść, potłuc się, ześlizgnąć w śmierć. Nie uświadamiały sobie tego zagrożenia. Jak to dzieci.

Rodzice nie mieli głowy do Iriny. Sama układała i sama zapełniała swój dzień. Jak się już wybiegała, wracała do domu, spała jak suseł. Z brudnymi, spierzchniętymi nogami. Ale przecież dzieciństwo to początek życia, jego delikatna poświata... Irina kochała nieustannie wrzeszczącą matkę, wciąż bjjącego się z nią brata. Przecież kocha się kogoś nie za coś. Po prostu kocha się i już.

Irina uczyła się na trójki i czwórki. Ze śpiewu miała piątkę. Ładnie śpiewała - mocnym i czystym głosem. Zawsze kazano jej intonować piosenki. Stawała przed chórem i śpiewała solo pierwszą zwrotkę. A chór podejmował refren. Jakie to szczęście stać przed wszystkimi i śpiewać indywidualnie...

Ukończyła szkołę i zdała do instytutu pedagogicznego. Nauczyciel - to zawsze jest ktoś. I szacunek, i syte życie.

Irina widziała na własne oczy, jak rodzice Azerowie przynosili nauczycielom kosze z produktami: domowe kury, owoce, zieleninę. Nauczyciele w odpowiedzi stawiali właściwe stopnie. Po co dogłębna wiedza dziewczętom ze Wschodu? Po szkole wyjdą za mąż, będą rodzić dzieci. Matematyka przyda się im tylko do liczenia pieniędzy na bazarze. A rosyjski może im nie być w ogóle potrzebny.

Irina pamiętała przymilne twarze rodziców i uczniów. To było coś dla niej: trzymać w strachu i posłuszeństwie. Jak Stalin cały kraj, tylko na mniejszą skalę.

Irina chciała władać. W ten sposób przezwyciężać kompleksy poniżającego dzieciństwa.

W latach studenckich miała tylko jedną sukienkę. Wieczorem prała ją, rano prasowała. Ale i tak, nawet w tej jednej sukience, zakochał się w niej Wołodia Sidorow z politechniki. Poznali się na tańcach.

Zanim Wołodia zaprosił Irinę, podesłał jej swego przyjaciela Borysa, żeby zapytał, czy Irina zechce z nim tańczyć.

Borys - wysoki, przystojny - podszedł do Iriny. Serce zaczęło jej bić szybciej. Była gotowa paść mu w ramiona. A okazało się, że Borys po prostu chciał wiedzieć, czy zatańczy z jego przyjacielem.

- A gdzie on jest? - zapytała rozczarowana.

Wołodia podszedł - krótki, barczysty, jak krab. Rzecz jasna, nie to co Borys. Ale i nie bardzo szpetny. Czemu nie potańczyć? Mógłby nawet sam podejść.

Następnego dnia wybrali się do kina. Wołodia w ciemnościach wziął ją za rękę. Irina chciała iść do ubikacji za małą potrzebą, ale wyjść w czasie seansu było niezręcznie. Powstrzymywała się, męczyła i czułość Wołodii nie wywierała na niej właściwego wrażenia.

Ale Wołodia był uparty i dążył do celu. Nic nie mogło go zepchnąć z drogi poznania Iriny, jej ciepła, zapachu jej tajnych ścieżek. Chciał poznawać dalej i głębiej. I długo. Zawsze.

Pobrali się.

Matka opowiadała sąsiadom, że kiedy przyjdzie do domu, zawsze leżą w łóżku. I tak było naprawdę.

Po dziewięciu miesiącach urodziło się dziecko. Chłopiec. Śliczny, z jasnymi loczkami, jak Lenin w dzieciństwie.

Irina ma sesję - synek w żłobku. Przychodzi go odebrać - mokry po same uszy, przeziębiony, głodny. Oszaleć można: nie wiadomo za co się brać - za pieluchy czy za notatki z wykładów. W lustrze Irina widziała swoją szarą twarz, podsinione oczy. Miała ochotę położyć się i o niczym nie myśleć, zasnąć letargicznym snem. Wołodia nie pomagał, chciał tylko jednego. Irina nie protestowała, pokorna jak owca, ale nawet kiedy się kochali, myślała o tym, skąd wziąć pieniądze, co ugotować na jutro, jak zdać egzamin.

Przywykło się uważać, że macierzyństwo to szczęście. Szczęście - kiedy są pieniądze, kiedy ktoś pomaga. Kiedy ma się wszystko, a w tym wszystkim - dziecko.

A kiedy nie ma się nic, tylko same ciężary, to już nie jest się człowiekiem, ale koniem na deszczu.

Minęło dziesięć lat.

Wołodia po studiach pracował w fabryce na marnym stanowisku. Hałas, łoskot, pijani robotnicy. Trzeźwi bywali tylko do obiadu, to znaczy do godziny dwunastej. A po dwunastej - mowy nie ma. I Wołodia pił razem z nimi. Ale wiedział, kiedy przestać. Szanowali go.

W pracy mu się podobało. W ogóle lubił pracować. Interesował go proces produkcji. Cel jest jasny, sprecyzowany, a każdy dzień to krok do celu.

Za to w domu - nudy. Irina wiecznie z czegoś niezadowolona, wiecznie ma za mało pieniędzy. Syn bez przerwy czegoś chce: to go noś na plecach, to pomagaj mu odrabiać lekcje, to baw się z nim w chowanego... A Wołodia był zmęczony. Wołał położyć się na kanapie i zasnąć.

Tak właśnie robił. Gazetę na twarz - i zanurzenie w sen.

Przychodziła Irina i zaczynała go podrywać pytaniami niczym rybę na haczyku. Wołodia wypływał ze swoich głębin, rozklejał powieki.

No przecież nie może przynosić do domu więcej, niż mu płaci państwo. Nie może iść w gości, bo mu tam nudno. Może pracować i spać. Właśnie tak. Taki ma organizm.

Z upływem czasu sprzeczności nie zacierają się, tylko pogłębiają. Irina na znak protestu ignorowała obowiązki małżeńskie, odmawiała tego, co w życiu niezbędne. I skończyło się na tym, że u Wołodii pojawiła się kochanka - Ormianka. Życzliwi przekazali Irinie, że ona ma owłosione nogi. Poprzednio przychodził do domu, jadł i spał. A teraz przychodził, jadł i wychodził. Spał u Ormianki.

Zaczęły się awantury na nowy temat. Do tej pory tematy były dwa, teraz zrobiły się trzy.

Irina postanowiła wypędzić z domu niewiernego męża, ale matka powiedziała:

- Zwariowałaś? Kto oddaje rodzonego męża w obce ręce?

Irina zamyśliła się. Zrobiło jej się nieprzyjemnie, że Wołodia - taki jej i tylko jej - nagle znalazł sobie inne nogi, inne oczy, nie mówiąc już o reszcie.

Irina uczyła w szkole, w młodszych klasach. Sprawdzanie zeszytów zajmowało cały wolny czas.

W pokoju nauczycielskim żywo dyskutowano o jej sytuacji rodzinnej. Irina zwierzyła się przyjaciółce, nauczycielce geografii, a to, co wie dwoje ludzi, wie i reszta. Jak w tej piosence: „Nie żal mi, żeś mnie porzucił, żal, że ludzie o tym mówią”.

Irina miała uczucie, że stoi naga na środku pokoju, a wszyscy chodzą dookoła i przyglądają się jej pedantycznie. Było zimno, samotnie, no i wstyd.

Większość zespołu była po stronie Iriny: samodzielna kobieta, znakomita specjalistka. W jej klasach - dyscyplina niczym w wojsku, wyniki nauczania gwarantowane. I prawo też jest po jej stronie: stempel w dowodzie osobistym, dziecko. Rodzina.

A ta Ormianka - co to za jedna? Ale byli też zwolennicy Ormianki. Mówili, że Ormianka, jak każda kobieta Wschodu, bez sprzeciwu podporządkowuje się mężczyźnie, o nic nie pyta, broń Boże nie krytykuje. Tylko świetnie gotuje i słucha. I jeszcze oddaje się z ogromnym entuzjazmem. Z całej duszy. Temperament kobiety z Południa. No i jej oczy - wielkie i aksamitne. Wszyscy z Południa mają takie piękne i wielkie oczy. I rysuje się pociągający wizerunek: piękna, pokorna, nieśmiała, z temperamentem... Można Wołodię zrozumieć.

Zafrasowała się Irina. Co robić?

Umocnić rodzinę - zgodnie poradził pokój nauczycielski. Urodzić drugie dziecko. Dziecko zwiąże. A do tego alimenty. Na dwoje dzieci - trzydzieści trzy procent. Po co Ormiance facet, co płaci alimenty? Ormianie umieją liczyć pieniądze. A jeśli urodzi się dziewczynka, Wołodia w ogóle o niczym innym nie będzie myślał. Ojcowie kochają córki jak wariaci.

Zaplanowane - wykonane. Irina uchytrzyła się i zaszła. A po dziewięciu miesiącach przyszła na świat dziewczynka. Nazwano ją Śnieżana. Zdrobniale - Śnieżka. To imię bardzo do niej pasowało.

Wołodia chodził zamyślony, ale zwyczajów nie zmienił. Przychodził do domu po pracy, jadł i wychodził. A jego prawdziwe życie toczyło się u Ormianki.

- Chcesz, to go pobiję? - zapytał Paweł, starszy brat Iriny.

- Nie wiem - odpowiedziała w zamyśleniu Irina.

Rzeczywiście nie wiedziała, co robić. Z jednej strony miała ochotę zbić, a może nawet zabić Wołodię, żeby nie dostał się nikomu. A z drugiej strony zależało jej na nim właśnie teraz, kiedy wymykał się z rąk. Nagle dostrzegła w nim wiele zalet: małomówny, uczciwy, pracowity, i co najważniejsze - mężczyzna. Męska siła w oczach, w szerokości ramion i - jakby to było dziwne - w wierności. Ponad dziesięć lat był wiemy Irinie, a teraz do końca swoich dni - tamtej. Widocznie jedna kobieta to za mało dla mężczyzny na całe jego życie.

Paweł pobił Wołodię bez pozwolenia. Z własnej inicjatywy. Tak bronił honoru siostry. Bił nie sam, a z kolegą. Tłukli Wołodię, póki nie upadł na ziemię. A kiedy upadł, dołożyli jeszcze parę razy - w mordę. Z całego serca. Wołodia wrócił do domu, wypluł wybite zęby, spakował rzeczy. I wyjechał z miasta. Razem z Ormianką. Bał się, że i ją pobiją.

Irina zrugała Pawła. Wszystko zmarnował. Córka by rosła, Wołodia by do niej przywykał i być może by odszedł od Ormianki. A nawet gdyby nie odszedł, miałby dwa domy. To zawsze lepiej niż nic. A teraz co? Trzydzieści lat, dwoje dzieci. Komu taka potrzebna? Komu potrzebne są cudze dzieci...

Trzeba było jakoś wyżyć. Ale jak?

Irina oddała dziewczynkę do żłobka i sama poszła do żłobka - pracować.

Musiała odejść ze szkoły. W żłobku obie mają co jeść, córka pod opieką. I jeszcze do domu można coś przynieść ze stołówki: garnuszek zupy, na wierzch drugi - na kotlet z makaronem, do słoika kompot z suszonych owoców. Miała pełnowartościowe jedzenie dla syna Saszy - i białko, i witaminy. Da się żyć, z głodu nie umrą. I na ubranie starczało: pensja plus alimenty od Wołodii. Byli najedzeni, ubrani, i to nawet przyzwoicie. W święta Śnieżana wyglądała lepiej niż inne dzieci, w zielonej aksamitnej sukience i w lakierowanych pantofelkach.

Ale nie samym chlebem żyje człowiek. Szczególnie kiedy jest młody.

Dyrektor żłobka zalecał się do Iriny, ale z ust śmierdziało mu grochem. Mówi się, że niekochani brzydko pachną. A ci, których się kocha - przepięknie. Wzajemny pociąg ukryty jest w zapachach. Jak u psów. Po prostu ludzie o tym nie wiedzą.

Irina nie mogła całować się z dyrektorem. Mdliło ją.

Potem pojawił się wdowiec. Poznała go w kolejce po kartofle. Wdowiec z dzieckiem, chłopczykiem, rówieśnikiem Saszy. Nie taki stary, miał czterdzieści pięć lat. Nie najgorszy. Irina zaczęła się zastanawiać: jak mieszka, ile zarabia... Ale pewnego razu wdowiec wypowiedział następujące zdanie:

- Swojego syna oddaj matce. A Śnieżana niech zostanie z nami. Będziemy mieli dwójkę... Twoja córka i mój syn. Po równo.

Kiedy sens tego, co zostało powiedziane, dotarł do Iriny, a dotarł bardzo szybko, wdowiec w ciągu minuty przestał istnieć. To znaczy fizycznie wciąż jeszcze stał na środku pokoju, ale do tego, żeby podejść do progu, ubrać się i wyjść za drzwi - wystarczyły mu trzy minuty. Po czym znikł z jej życia i z jej pamięci.

Sasza miał wtedy dwanaście lat. Długi, duże kolana, cienkie nogi - niczym jelonek. Chodził wszędzie za matką, nosił ciężkie torby, pomagał, jak najprawdziwszy mężczyzna. Irina radziła się go w sprawie fryzury i makijażu. Otrzymywała rady w rodzaju: nie maluj warg fioletową szminką, bo wyglądasz wtedy jak topielec. Irina ścierała z warg modny w tamtych czasach fiolet, zamieniała na delikatnie różowy. I rzeczywiście wyglądała wtedy młodziej i naturalniej.

Irina kochała syna do szaleństwa, chociaż widziała jego wady: bez inicjatywy, leniwy... Ale co tu mają do rzeczy wady i zalety, kiedy chodzi o własne dzieci. Wady Irina natychmiast przemieniała w zalety. Leniwy, ale za to nie bezczelny. Skromny. A tacy „nie leniwi” pchają się jak nosorożce, depcząc wszelkie wartości człowieka.

Kiedy drzwi się za wdowcem zamknęły, Irina zapłakała. Ale te łzy były oczyszczające i rozświetlone. Zrozumiała, że już nie ma się czego spodziewać w kwestii miłości, że trzeba żyć dla dzieci i przygotowywać je do życia.

Śnieżana poszła do pierwszej klasy i Irina wróciła do szkoły. Śnieżana uczyła się dobrze, wszystko łapała w lot. Jasne było, że to nie jest zwykła dziewczynka. Inni też to widzieli.

Irina niczego już się nie spodziewała od życia i w tym momencie los ofiarował jej królewski podarunek. Ten podarunek nazywał się Kamal.

Najpierw Irina usłyszała jego głos.

Siedziała w domu i sprawdzała zeszyty, kiedy zadzwonił telefon. Podniosła słuchawkę i powiedziała:

- Halo!

- Czy mógłbym poprosić Dżamala? - zapytał sympatyczny męski głos.

- Pomyłka - uprzejmie odpowiedziała Irina i odłożyła słuchawkę.

Skupiła się na sprawdzaniu zeszytów, ale znowu odezwał się dzwonek i ten sam głos poprosił:

- Chciałbym mówić z Dżamalem...

- Już panu powiedziałam: to pomyłka. - Irina odłożyła słuchawkę.

Minęło pięć sekund. Dzwonek.

- Nie ma tu żadnego Dżamala - z lekką irytacją powiedziała Irina. - Pod jaki numer pan dzwoni?

Przyjemny baryton podał potrzebny mu numer telefonu.

- Więc niech pan ten właśnie numer wybiera - poleciła Irina.

- Przepraszam - powiedział przyjemny baryton.

Irina odłożyła słuchawkę, ale już nie mogła skoncentrować się na pracy. Wydawało się jej, że ten ktoś znowu zadzwoni. I zadzwonił.

- Halo! - wrzasnęła Irina.

Słuchawka milczała. Nieszczęsny posiadacz barytonu już bał się poprosić Dżamala.

- To pan? - upewniła się Irina.

- Ja - uczciwie odparł baryton.

- Na centrali telefonicznej źle połączyli - wyraziła przypuszczenie Irina.

- Więc co mam zrobić?

- Proszę dać mi telefon tego pańskiego Dżamala. Zadzwonię i powiem, żeby do pana oddzwonił. Mam powiedzieć, że kto go szuka?

- Kamal.

- On pana zna?

- No tak. To mój rodzony brat.

- W takim razie ja mu powiem, żeby do pana zadzwonił. Jaki to numer?

- Mój?

- Ależ nie. Po co mi pański telefon? Numer Dżamala.

Kamal podyktował. Irina zapisała i odłożyła słuchawkę.

Następnie wybrała podany numer. Odezwał się głos jak dwie krople wody podobny do poprzedniego. A więc Kamal i Dżamal to rzeczywiście bracia.

- Proszę zadzwonić do swojego brata Kamala - oficjalnie powiedziała Irina. - Bo on nie może się dodzwonić do pana.

- A z kim mówię? - zapytał Dżamal.

- Z telefonistką.

Irina odłożyła słuchawkę. Skupiła się na pracy. Sprawdziła cztery zeszyty, kiedy znowu telefon zadzwonił.

- Ogromnie dziękuję - powiedział Kamal. - Wszystko w porządku.

- To dobrze...

- A jak się pani nazywa? - zapytał nagle Kamal.

- Po co to panu?

- No... przyzwyczaiłem się. Ma pani taki śliczny głos.

Irina uśmiechnęła się.

- A może się spotkamy i pójdziemy do kina? - zaproponował Kamal.

- A jak pan mnie rozpozna?

- A niech pani trzyma w ręku gazetę.

Baryton był niegroźny i bardzo czuły. Właściwie, dlaczego się nie wybrać do kina...

- Ile pan ma lat?

- Dużo. Dwadzieścia sześć.

Irina zasmuciła się. Miała już trzydzieści dwa. To znaczy o sześć lat więcej.

Ale koniec końców przecież nie wybiera się za niego za mąż. A do kina można iść, nawet jeśli ta różnica to sześć lat.

- A więc tak - zarządziła - będę miała biały szalik w czarne grochy. Jeśli się nie spodobam, to przejdzie pan obok.
- Już mi się pani podoba - prostodusznie wyznał Kamal.

Młody, naiwny chłopak. To nie to, co jakiś wdowiec okopcony życiowym doświadczeniem.

Irina zostawiła Śnieżkę pod opieką Saszy. Pokazała, co jej dać jeść i ile. A sama wystroiła się, skropiła perfumami „Biały bez” i poszła do kina.

Stała już pół godziny i nagle zrozumiała, że Kamal nie przyjdzie. To znaczy pewnie przyszedł, ale nie podszedł. Po co mu rosyjska baba z dwojgiem dzieci... O dzieciach, rzecz jasna, nie wiedział, ale przecież by się dowiedział. Irina westchnęła i poszła na przystanek autobusu, żeby wrócić do domu. Zrobiła już jakieś dziesięć kroków, kiedy nagle jak spod ziemi pojawił się przed nią Omar Sharif naturalnej wielkości. Białe zęby, biała koszula, jasne włosy. Jasnowłosy Azer. Coś takiego też się zdarza. Złapał Irinę za rękę i powiedział, łapiąc oddech:

- Dżamal mnie zatrzymał. Przyjechałem tu w ostatniej chwili.

- Trzeba było powiedzieć, że pan się spieszy...

- Nie można. Starszy brat.

To znaczy, że brata nie można urazić, a Irinę można. Muzułmańska rodzinna klanowość miała swoje zalety i braki, jak dwa końce jednego kija.

Dla Iriny było już jasne, że to spotkanie nic jej nie przyniesie. Kamal - niezwykle przystojny. Po co mu Irina? Po prostu śmieszne. Szkoda? Ani trochę. Wprawdzie niczego nie otrzymała, ale i nie utraciła. Jeszcze nie wieczór i przed nią całe życie. Nie ten, to tamten. A może - ani ten, ani żaden. Mężczyzna jest potrzebny do przedłużenia rodu. Dzieci - już są. Program wykonany.

- Spóźniliśmy się na kronikę - powiedział Kamal. - Ale to nic...

Wziął Irinę za rękę, jakby znał ją od dawna, i pobiegli. I biały szalik w czarne grochy powiewał na wietrze.

Kronika już szła, ale wpuszczono ich na salę. Znaleźli swoje miejsca i usiedli obok siebie.

Ziarna zbóż sypały się w spichlerze ojczyzny, Uzbecy zbierali bawełnę, która też się sypała, niczym wata. Irina z przesadną uwagą patrzyła na ekran, a Kamal - widziała to kątem oka - patrzył na nią. Przypatrywał się. Przymierzał.