Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Książnica Stargardzka
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 254
Rok wydania: 1981
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Opracowanie graficzne Jakub Erol
ISBN 83-205-3241-8
Copyright by Lilian Seymour Tułasiewicz
Warszawa 1981
Konstancji Bannings, wysiadającej na warszawskim dworcu z pociągu Paryż—Warszawa, chłód ściskał serce. Przypomniał jej się Shelley: the night is dark but not chilly. Miała nadzieję, że stolica kraju ojczystego, choćby miała być ciemna, nie okaże się chłodna dla niej. Zimno było przejmujące, lokomotywa dyszała parą, tłumy ludzi sunęły peronem, walizy, kosze, toboły ocierały się o ludzi, a ludzie o siebie. Pasażerowie wystawiali głowy z okien pociągu nawołując bagażowych. Normalny ruch charakterystyczny dla każdego dworca.
Stojąc w oknie, machała ręką na bagażowego. Na peronie, nim zdążyła się rozejrzeć, inny stał już za nią i chwytał walizy. Największą ulokował na plecach, na piersi dyndała mniejsza, dwie trzymał w rękach i pytał, dokąd ma je zanieść. Powiedziała, że do auta ambasady amerykańskiej, które czekało w pobliżu. Podniosła neseser, wyjęła z portmonetki pieniądze, dolary i franki, i pomaszerowała w tłumie, śladem bagażowego dźwigającego nieomal wszystko, co posiadała materialnego na świecie. Szła za starszym człowiekiem w czerwonej czapce obawiając się, że może w jednej chwili załamać się pod ciężarem. Lecz on omijał przeszkody pokrzykując na ludzi zawadzających mu na drodze. Doszli oboje do postoju samochodów i z odległości paru metrów zobaczyła „sztandar gwiazdami usłany”, wetknięty na masce samochodu ambasady. Kierowca spytał, czy to pani Bannings we własnej osobie, uśmiechnął się, otworzył bagażnik i wstawił walizki. Potem wyjął pieniądze, by opłacić bagażowego, ale został uprzedzony przez Konstancję, która wetknęła przygotowaną opłatę w rękę starego człowieka. Rozpromieniony ukłonił się z szacunkiem i zaraz znikł w tłumie podróżnych.
Z ulgą rozpięła płaszcz i z zaciekawieniem chłonęła poranny miejski pejzaż. Miasto wstawało ze snu. Gdzieniegdzie zamiatano ulice lub polewano, mimo deszczu, wodą. Szybko znalazła się na miejscu swego przeznaczenia.
W ambasadzie czekał na Konstancję sekretarz, pan Blade. To nazwisko wydało się jej znajome. Polecił starszej urzędniczce zamówić dla niej pokój z łazienką w hotelu, dopóki pani Bannings nie znajdzie dla siebie czegoś odpowiedniego. Żegnając Konstancję życzył jej dobrego wypoczynku i zaprosił na obiad w imieniu własnym i rodziny. Pierwsze lody zostały przełamane, zwłaszcza że nakryto dla niej szybko stolik z herbatą, dżemem, szynką i bułeczkami. Nie mogła jednak jeść, czekała na adres swego hotelu. Zastanawiała się, skąd może znać nazwisko sekretarza. Może widywała je na szyldach? Biszkopty czy pasta rybna? Ale nie zdołała sobie przypomnieć, wszystko było rozmazane w zmęczeniu, jakie jednak odczuwała po długiej podróży. Żując kawałek bułki z dżemem przypomniała sobie, że jednak były to biszkopty. Pan Blade był wysoki, piegowaty, nosił się, jak większość dyplomatów, po angielsku i mówił nowojorskim akcentem. Sympatyczny i prosty w obejściu, spodobał się Konstancji, był wreszcie pierwszym warszawskim znajomym na tej nowej dla niej ziemi. Pierwszy raz w życiu znalazła się w miejscu, w którym nie znała nikogo.
Pokój hotelowy pachniał pastą i dymem, pościel była szarawa. Na dole mieściła się duża restauracja, co nastroiło Konstancję niezbyt przychylnie. Otwarła okno, szybko jednak zamknęła, gdyż wdzierał się do wnętrza smród spalin i stukot dorożek konnych. Dorożki to było sympatyczne i nowe zjawisko. Po kąpieli, zamiast położyć się spać, ubrała się i zeszła na dół na posiłek. Zawsze, gdy była zdenerwowana, musiała coś przekąsić. Obawiała się, że jeżeli ten obyczaj potrwa przez cały czas jej pobytu w Warszawie, będzie mogła, jako najtęższa kobieta świata, występować w Cyrku Barnuma.
Po zjedzeniu obfitego śniadania wyszła do miasta. Oglądała wystawy sklepowe, malutkie, mizerne sklepiki z owocami, kwiaciarnie. Deszcz zaczął siąpić. Przypomniała sobie, że w Paryżu zgubiła parasol i powinna kupić nowy, ale nigdzie w sklepach, które mijała, nie znalazła stosownego. Pomyślała też, że w końcu po raz pierwszy w życiu będzie mogła kupić sobie samochód. Tymczasem najpilniejsza była sprawa mieszkania, bo w hotelu nie chciała przebywać dłużej niż dobę lub dwie. Do obiadu było daleko, cały dzień będzie wlókł się w nieskończoność. Pracę zaczynała dopiero od poniedziałku, a więc jeszcze trzy dni. Należało wyprasować sukienkę, kupić kwiaty dla żony sekretarza i chyba coś dla dzieci.
Warszawska ulica uderzała kontrastami. Obok wyfiokowanych dam okutane chustami wiejskie kobiety, które przybywały jakby z tamtych dziecinnych lat Konstancji. Zjawiły się tuż obok, żywe. Nie miała ochoty przywoływać ich do rzeczywistości. Był w nich zapach biedy, żaru — tak, oczywiście. I jej własna matka z nogami prosto od gnoju, wkładająca dziurawe pończochy na pogrzeb chrzestnej matki, skrywająca dziury przez podwijanie ich pod stopy. Podwiązki z gałganów. Brr! Skąd te obrazy z dzieciństwa i za co mściły się na niej swoim nagłym powrotem?
Weszła do kwiaciarni, by zamówić róże. Długo wybierała wskazując ręką ładniejsze. Kiedy wreszcie doliczyła się dwóch tuzinów, uznała, że mogą zostać wysłane, ale przypomniała sobie, że nie ma prywatnego adresu sekretarza; oboje zapomnieli o ważnej przecież drobnostce. Zatelefonowała do ambasady, zanotowała adres i zostawiła suty napiwek dla posłańca. Z lżejszym już sercem i w lepszym nastroju wstąpiła do napotkanej po drodze kawiarni, by wypić herbatę i zjeść pączka. Była głodna, pomimo że miała za sobą dwa posiłki. Zacinał deszcz ze śniegiem, więc szła szybkim krokiem, mijała wiele ulic, wciąż wydawało się jej, że tuż za rogiem wyłoni się hotel. Wreszcie przemokła solidnie i wtedy dała za wygraną zatrudniając przejeżdżającą taksówkę, którą wróciła do swego tymczasowego domu.
Nie poszła na górę, lecz weszła do sali restauracyjnej, o tej porze już pełnej. Przy sąsiednim stoliku siedziało dwóch oficerów, obaj młodzi. Śmiali się głośniej, niż należało, co gorszyło Konstancję nie rozumiejącą ani słowa z ich wesołej rozmowy. Nagle przypomniała sobie, że dwa domy za hotelem widziała sklep z kapeluszami. Może sprawić sobie wizytowy kapelusz do czarnej paryskiej sukienki? Zastanawiała się także, czy zdjąć obrączkę, skoro nie miała już męża, czy zatrzymać ją na palcu, żeby wyglądać poważniej. Po zapłaceniu rachunku poszła do swego pokoju, żeby się przespać.
Obudziła się kwadrans po siódmej, przerażona. Ubierała się w tempie alarmu pożarowego. Nie zdążyła poprawić makijażu. Wybiegła z domu. Nie mogła znaleźć taksówki. Była wściekła na siebie. Miała wielką ochotę zawrócić, byłby to jedyny rozsądny w tej sytuacji krok. Gdy stała przed drzwiami domu sekretarza, podjechał na rowerze posłaniec z pudłem róż. Cofnęła się, żeby dać chłopcu pierwszeństwo, co wypadło jej zdaniem głupio. Poszła jeszcze parę kroków przed siebie, zawróciła i omal nie zderzyła się z sekretarzem zatrzaskującym drzwi samochodu. Uśmiechnęła się i razem z nim wkroczyła w nowy dla niej świat.
Pani domu układała w wazonach róże. Gdy odwróciła się, Konstancja zobaczyła twarz szczupłego, niemal niedożywionego, nad normę wyrośniętego dziewczęcia. Nagle wydała się sobie o wiele starsza, a w dodatku niestosownie ubrana, bo pani Blade była w lnianej, trochę wyblakłej liliowej sukience. Powitała Konstancję serdecznie, ucałowała męża i spłoszona poszła się przebrać. Później okazało się, że mąż nie powiedział jej o wizycie. Obiad był skromny, co Konstancję dobrze usposobiło, gdyż miała za sobą, bądź co bądź, szybko w myślach przeliczyła, pięć posiłków. Chętnie oddałaby pani Blade pięć własnych kilogramów. Sama ważyła ponad pięćdziesiąt, co nie było za wiele, ale przy pani Blade wyglądała jak kopa siana.
Pięcioletni synek sekretarza, Billy, okazał się rozmowny i zabawny. Wprowadził Konstancję do swego pokoju na piętrze i uczynił pasażerem przepięknej kolejki Santa Fé. Wygwizdywał kolejne stacje, szybko ustawiał nowe dworce. Dworzec w San Francisco miał zgnieciony fronton, brakowało litery „n”, wypadła gdzieś podczas przeprowadzki ze Sztokholmu do Warszawy, ale kto zwracałby uwagę na drobiazgi przy punktualności i szybkości usług. Z Nowego Jorku do Nowego Orleanu jechało się z zegarkiem w ręku dwie minuty. Konstancja uznała osiągnięcia kolei Santa Fé, pocałowała małego właściciela, opłaciła podróż paroma frankami, zachęcając tym sposobem kolej do przekształcenia się w koleje międzynarodowe. Ale skąd ma się brać takie stacje, jak Paryż, Sztokholm czy Warszawa? Trzeba byłoby zamówić je u fabrykanta kolejki elektrycznej Santa Fé. Obiecała rozejrzeć się, gdy matka przyszła pakować „kolejarza” do łóżka.
Pani Blade pochodziła z Jersey City, a on z Kalifornii, ale studiował w Nowym Jorku. Zachwycali się tanim życiem w stolicy Polski, uroczymi, inteligentnymi ludźmi i żałowali, że za parę miesięcy opuszczą ten kraj, w którym przebywali półtora roku. Blade miał przejść do Bukaresztu na posła, ale awans nie cieszył go, gdyż chętnie posiedziałby jeszcze w fascynującej ich Warszawie. Zachęcali Konstancję do zwiedzenia Łowicza i Krakowa, umówili się na niedzielę do Żelazowej Woli, chcieli, aby smutna pani Bannings szybko poznała kraj. Sporo było tutaj reemigrantów, wielu obywateli odwiedzających dawną ojczyznę, trzeba im było służyć pomocą i otaczać opieką.
— Gdyby Polska miała lepsze drogi, byłaby najpiękniejszym zakątkiem turystycznym świata — entuzjazmował się Blade.
— Jest piękna, a życie tu prawie nic nie kosztuje. Trzy nasze służące mają zajęcie od rana do nocy. Potrafią tylko pracować, jakby żyło się wyłącznie dla pracy — litowała się Amerykanka.
— Z okna pociągu widziałam te ich biedne wiejskie chaty — mówiła Konstancja.
— Ten kraj ma za sobą wiele lat biedy i niewoli. Trudno się dziwić, że ludzie emigrują stąd do Stanów — dodał sekretarz. — Ale ja w ten kraj wierzę.
— Emigrują chyba najbiedniejsi, ci, co nie posiadają dość ziemi, by wyżyć. Moi rodzice wyemigrowali dla poprawienia sobie losu.
— Urodziła się pani w Polsce? Jak romantycznie! — wykrzyknęła pani Blade.
Konstancja Bannings nie miała ochoty wtajemniczać nikogo w swoje smutne życie. Chciała być, jak inni, zadowolona i nosić na twarzy promienny, prawdziwie amerykański uśmiech, więc zrobiła minę odpowiednią do sytuacji.
Przez następne dni Konstancja przestała być dla Blade’ów Konstancją Bannings, stała się zwyczajnie ciotką Uną. Zaprzyjaźniła się szczególnie z Billym, który znalazł w niej towarzyszkę dziecinnych gier i zabaw. Mały Billy przestał biadać, że wszystkie znajome rodziców są stare i nie mają dzieci.
W cztery dni po przyjeździe Konstancja wprowadziła się do umeblowanego pokoju odnajętego od generałowej Wiśniewskiej, matki jednej z tłumaczek ambasady. Ona sama mieszkała poza domem rodzinnym. Wyglądało na to, że Helena Wiśniewska specjalnie wyprowadziła się z domu, żeby korzystnie odnająć pokój cudzoziemce.
Mieszkanie zawalone było szafami i skrzyniami, pełne kufrów ponakrywanych kilimami, sporo obrazów i portretów wisiało na ścianach, niektóre podobały się Konstancji, a nawet jeden albo dwa chętnie widziałaby w swoim gorzej urządzonym pokoju. Stał w nim nie wiadomo po co samowar, sekretarzyk z galeryjką, przypominający domek kolonialny znajomego pastora w Nowym Jorku, i ogromne łóżko z baldachimem. Krzesła pokryte były pocerowanym atłasem. Stylowy fotel, przykryty szalem, byłby wygodny, gdyby nie chwiejne nogi i odlatujące oparcie. Trudno o coś lepszego w tak krótkim czasie, a Konstancja nie chciała urazić koleżanki z ambasady zbytnim krytykowaniem jej rodzinnego domu. Po pokojach kręciła się ponura garbata gosposia, mrucząca coś obraźliwie, gdy polecono jej napalić w łazienkowym piecu. Wanna nie była zbyt zachęcająca, ale codzienne korzystanie z niej zastrzeżone zostało w umowie.
Na dobrą sprawę, gdyby oszczędnie gospodarować przestrzenią, zmieściłoby się w tym pokoju dwudziestu uczniów internatu — pomyślała Konstancja ni stąd, ni zowąd. Uchyliła drzwi balkonu, zastawiła je krzesem i długo czekała na sen. Rano wstała zmęczona, dopiero kąpiel i spacer do biura pogodziły ją nieco ze światem.
Gdy rano wstawała i szła do łazienki, często się zdarzało, że w wannie moczyła się bielizna. Gospodyni przepraszała wtedy i obiecywała kąpiel wieczorem. Wkrótce Konstancja zrozumiała, o co chodzi. Generałowa starała się po prostu ograniczyć zużycie wody i drzewa opałowego. Nic dziwnego, że łazienka zimna, niezbyt czysta, sprawiała przykre wrażenie.
Trochę kłopotu było też z kolacją. Jadalnia ponura, bo drzewa w ogrodzie ocieniały okna nie przepuszczając światła, robiła wrażenie ujeżdżalni dla koni. Stół kuchenny, zawalony przysmakami w papierkach, budził obrzydzenie. Toteż Konstancja wołała przygotowywać posiłki u siebie, choć nieraz nakruszyła na dywan albo też coś kapnęło na wyfroterowaną podłogę.
Mniej też było okazji do rozmów z generałową, która starała się podtrzymywać stosunki towarzyskie, wypowiadając swoje sądy na wszelkie możliwe tematy. Ganiła wszystko co warszawskie, z pieczywem włącznie. Uznawała tylko pieczywo krakowskie, wychwalała zwłaszcza słynne chrupiące „kajzerki”, jako przysmak godny najdelikatniejszego podniebienia. Miała też za złe Konstancji, że za dużo pracuje, a nie myśli wcale o rozrywkach i przyjemnościach.
— Mogłaby pani miło spędzić czas zwiedzając okolice podwarszawskie, chodząc częściej do eleganckich kawiarni. A pani marnuje urodę, młodość i piękne suknie — biadała.
Konstancja wysłuchiwała wszystkiego, ale w końcu miała uczucie, że przeszkadza domownikom samą swoją obecnością, tak słono w dodatku opłacaną.
— Opera panią nie interesuje? — pytała ze zdziwieniem pani generałowa. — Grają „Manru”, powinna pani usłyszeć operę, którą napisał sam Paderewski.
— Paderewski był moim ojcem chrzestnym — palnęła Konstancja.
Zaczynała z wolna rozumieć, że uważają ją tu za dziewczynę z „Dzikiego Zachodu”, która brak kultury nadrabia chlapaniem się w łazience od rana do nocy.
Kiedy więc pani Wiśniewska znowu wracała do tych samych tematów, Konstancja zaczynała opowiadać o tym, jakie świetne przedstawienie widziała w Metropolitan Opera House, jaka nadzwyczajna była obsada i wspaniałe dekoracje. I na jakiś czas miała spokój. A chwile wolne od pracy spędzała na czytaniu książek nie znanych jej autorów i nie miała wcale wrażenia, że marnuje czas na rzeczy niepotrzebne.
Z wolna zaczynała przyzwyczajać się do Warszawy i próbowała ją poznawać. Stosunki domowe poprawiły się trochę, bo skaptowała sobie zrzędliwą garbatą gosposię. Po prostu dawała jej dwudolarową tygodniówkę, która sprawiła, że wracając z pracy zawsze teraz zastawała przygotowaną kąpiel. Generałowa krzywym okiem patrzyła na te konszachty ze służącą, ale uśmiechała się przy tym słodko. Konstancja rozumiała, że traktują ją tu jako zło konieczne, wspomagające rodzinny budżet. Obiecywała sobie, że wiosną poszuka jakiegoś apartamentu, może do spółki z urzędniczką ambasady, która też nie była zadowolona ze swego mieszkania.
Generałowa zapraszała Konstancję na wszystkie uroczystości rodzinne, a zdarzało się to dość często. Jak nie jej własne imieniny, to urodziny jednej z trzech córek lub któregoś z wnuków. Przyjęcia były huczne, z tortami, prezentami, winem. Konstancja lubiła takie imprezy w gronie znajomych, tu jednak, nie znając osobiście solenizantów, stawała wciąż przed problemem, jaki kupić prezent. Brak jej było pomysłowości, nie znała ani potrzeb, ani gustów tych osób, marnowała moc pieniędzy, a i tak jej podarunki nie wywoływały entuzjazmu. Gdy pewnego razu wręczyła solenizantowi pieniądze, żeby sobie wybrał, co sam zechce, uznano to za nietakt. Kilka razy pochodzące od niej paczki ostentacyjnie odkładano na kredens nie rozpakowując ich. Wtedy się zbuntowała. Gdy tylko szykowała się jakaś uroczystość, starała się pracować w biurze do późna. Aż pewnego razu, tuż przed świętami, powiedziała wprost, że chciałaby się czuć swobodnie i zachować dobre stosunki z domownikami, a wydaje jej się, że biorąc udział w tych uroczystościach przeszkadza zebranym, krępuje swoją obecnością jako ktoś obcy i nie pasujący do znakomitej rodziny pani generałowej. Warto było zobaczyć minę pani domu. Konstancja czuła, że gdyby nie wysoki czynsz, jaki płaciła, pokazano by jej drzwi.
Pewnego wieczoru Konstancja, wracając do domu, zastała drzwi zamknięte. Nie nosiła zapasowego klucza, właściwie nie miała go w ogóle. Zwykle czekano na nią. Nie pozostawało nic innego, jak pójść do kawiarni albo wrócić do biura. Idąc w kierunku miasta, spotkała generałową w towarzystwie młodego i przystojnego mężczyzny w mundurze.
— To mój syn — wyjaśniła. — Przyjechał z dalekiego garnizonu. Nie wróci pani z nami do domu? — zapytała.
Nie chcąc zakłócać chwil powitania, odmówiła. Poszła przed siebie. Z daleka widziała Wisłę, tylekroć oglądaną z okna, jak umykała gdzieś w mgłę. Na niebie żarzyła się gorejąca łuna. Wyglądało, jakby miasto stało w płomieniach.
Syn pani Wiśniewskiej, Teodor, był wesołym młodym człowiekiem, nie narzucającym się, choć rozmownym. Postawą przypominał jej Barry’ego, byłego męża, z którym nic już jej nie łączyło. Nie było to miłe wspomnienie. Konstancja zauważyła, że generałowa kocha syna nade wszystko. Reszta rodziny przestała ją interesować. Cały czas poświęcała synowi. Przesiadywała z nim w domu albo też razem wychodzili na miasto. Parę razy młody człowiek dawał do zrozumienia, że chciałby, aby Konstancja przyłączyła się do nich, ale jego matka nie miała na to ochoty, traktowała teraz lokatorkę wyniośle i nie namawiała już ani na operę, ani na kawiarnię.
Była sobota. Gdy Konstancja wróciła z biura, Teodor czekał na nią w hallu udając, że przegląda korespondencję i wizytówki leżące na dużej srebrnej tacy.
— Czekam na panią — powiedział.
— Czy coś się stało matce? — zaniepokoiła się. — Czy może sama nie ma odwagi wymówić mi mieszkania?
— Nic podobnego. Chciałbym wiedzieć, czemu pani mnie unika — odrzekł.
— Czyżby panu zależało na towarzystwie rozwódki z amerykańskiej prerii? — próbowała żartować.
— Ależ ja naprawdę bardzo panią lubię.
— Czy matka pana także?
— Nawet pani się nie domyśla, jak panią ceni.
— A pana nie ceni? — śmiała się.
— Ma biedactwo kłopoty. Cała rodzina na jej głowie nie wyłączając zięcia niedorajdy i trojga wnuków. Chętnie wyjechałaby z kraju, boi się, że będzie wojna. Matka przeżyła już wiele w swej młodości. Rok dwudziesty, śmierć ojca. Mój kraj nie jest wyspą szczęśliwości, nasze położenie geograficzne... — urwał w pół zdania i patrząc na nią uśmiechał się, jakby się spodziewał, że zrozumie. — Podoba mi się pani. Czy jeździ pani może konno? — rzucił po chwili.
— Jeździłam na oklep, na fermie w dzieciństwie.
— Mój ojciec był ułanem. Ale wracając do nas, czy mogłaby pani pójść z nami lub ze mną gdzieś na kolację. Od kiedy przebywam z dala od domu, wyobcowałem się z naszego środowiska. Nie mam nawet towarzyszki na wieczór. Czy moglibyśmy pójść razem choćby do kina?
— Jestem wyobcowana i obca zarazem. Mało co mnie interesuje poza pracą — odparła z namysłem.
— Jest świetny film z Marleną Dietrich.
Uległa. Gdy wracali z kina, mówił miłe dla ucha słowa, cieszył go jej szykowny wygląd zwracający ogólną uwagę. Było im dobrze ze sobą, mieli wrażenie, że znają się już od dawna, że są starymi przyjaciółmi. Tak się zaczęło coś, co niedługo miało się skończyć. Teodor wracał przecież wkrótce do swego garnizonu.
— Dosiek! Spóźnimy się! Już dwukrotnie telefonowali, że oprócz nas imieninowi goście są już w komplecie — mówiła generałowa.
Ale syn dalej rozkładał swoje szkice i rysunki przed Konstancją. Ubawiły ją liliowe i różowe prosięta w weneckiej gondoli ze świętym Antonim pośrodku, który z aureolą, w niebieskiej szacie i z długą brodą, trzymał w ramionach świnkę.
— Myślałam, że święty Antoni jest od rzeczy zgubionych. Ale nigdy nie słyszałam, że był patronem trzody chlewnej. Założę się, że nasz sąsiad w Nowym Jorku, irlandzki biskup, też o tym nie wie.
— Dosiek zawsze coś podobnego wymyśli.
Syn nie zważając na słowa matki nadal wyciągał rysunki z bloku i rozkładał na stole przed Konstancją.
— Dlaczego pan obrał karierę wojskową zamiast malarskiej? — spytała Konstancja sprawiając mu tym prawdziwą przyjemność.
— Malarstwo nic by mu nie dało — odpowiedziała za syna matka.
— Ach, mamo, żałuję, że nie zostałem we Włoszech. Byłbym gondolierem i malowałbym przy tym, ile dusza zapragnie.
— Któż ci broni malować?
— Życie.
— Mogłeś się dobrze ożenić i zostać właścicielem dwóch wsi. Ale nie chciałeś.
Teodor zaczerwienił się i szybko zmienił temat.
— Mamo, zabierzmy panią Konstancję ze sobą. Będą tam nudy, to szybciej wrócimy.
— Nigdy dotychczas na nudy w twojej własnej rodzinie jakoś nie narzekałeś, Teodorku.
— Nie, nie — broniła się Konstancja. — Byłabym tam intruzem, nie znam dobrze języka i to ja byłabym nudna.
— Nikt nie jest bardziej nudny od nas wszystkich. Moja rodzina panią polubiła.
Generałowa ponaglała syna, a ten uparcie wędrował po dużym hallu, ścierał palcem kurz z trofeów myśliwskich, i spoglądał na Konstancję błagalnym wzrokiem.
— Konstancjo, nie możemy pani zostawić samej dzisiejszego wieczoru. Pozostała jeszcze jedna sobota mojego urlopu. Chmury gromadzą się wokół nas, a mnie mordują złe sny. Wierzy pani w sny, Konstancjo?
— Matka moja wierzyła. Sama miewam sny, których nie lubię, bo wydają mi się zwiastować zło.
— Może jednak da się pani namówić, bo mój uparty syn nie wyruszy bez pani — odezwała się generałowa. — U Sabiny jest swobodnie, młodzi tańczą, a starsi rozmawiają. Proszę, niechże pani się zgodzi.
— Nie mam żadnego prezentu na taką uroczystość. Nie byłam przygotowana.
— Po drodze kupimy kwiaty — rozweselił się Teodor i szybko, nim zdążyła zmienić sukienkę, już stał w drzwiach w granatowym dwurzędowym garniturze.
Teodor wziął pod rękę matkę, po chwili Konstancję, i tak poszli ulicą. Nawet nie zauważyli, że słońce skryło się za chmurę i lada chwila mógł lunąć zapowiadany z rana deszcz. Dawno nikt nie trzymał Konstancji pod rękę. Pomyślała, że wcale nie jest źle być otoczoną opiekuńczym ramieniem. Nie miała niestety takiego ramienia, musiała polegać tylko na sobie. Za parę dni Teo, jak już zdążyła nazwać go w myślach, odjedzie i znowu zostanie osamotniona w Warszawie.
Dom był pełen wrzawy, goście dobrze już rozweseleni. Ordynans roznosił tacę z trunkami. Córka generałowej, Sabina, w ładnej wiosennej kreacji. Przywitano spóźnionych gości serdecznie.
Po trwającej wieczność obfitej kolacji zrolowano dywan w gabinecie pana domu i zaczęto tańczyć. Zaledwie trzy pary mogły się tam z trudem pomieścić. Teodor nie miał ochoty tańczyć w takim tłumie, więc sąsiad ubiegł go prosząc do tańca Konstancję. Gdy taniec się skończył, Teodor już czatował, by ją odebrać. Usiedli oboje na uboczu, żeby swobodnie porozmawiać. Po chwili przysiadła się do nich młoda znajoma Teodora, która zaczęła opowiadać o ostatnich wydarzeniach w Gdańsku. Jak się okazało, była to kuzynka zamordowanego niedawno w Berlinie polskiego lekarza. Stale mieszkała w Gdańsku, gdzie było coraz niespokojniej. Przyjechała więc do Warszawy i szukała tu mieszkania, choć żal jej było rozstawać się z rodzinnym miastem. Miała tam matkę i dwuletnie bliźnięta.
Konstancja przyglądała się kobiecie z zainteresowaniem, zamieniła z nią parę słów, gdy zjawił się, by poderwać ją do tańca, przystojny młody człowiek.
— Stefan Gondar — przedstawił się Konstancji. Był zaprzyjaźniony z całą rodziną Wiśniewskich.
— Kiedyś chodzili razem, dobrana była z nich para — mówił Teodor.
— Nigdy nie wiadomo — odparła Konstancja.
— My oboje czy nie bylibyśmy dobraną parą?
— Barry, mój eks-mąż, rozwinął podobne tempo, a później małżeństwo nasze trwało dokładnie dziesięć dni, bo zaraz wyjechał do Hiszpanii
— Nie należę do lekkomyślnych, Konstancjo. Czasem wydaje mi się, że w ogóle nie założę rodziny.
— Dlaczego?
— Może świadomość, że zbliża się wojna i nic nas od niej nie uchroni. Niektórzy ludzie starają się przenieść gdzieś w spokojniejsze rejony świata.
— Czy są gdzieś takie?
Nie zdążył odpowiedzieć, bo znów zjawił się Stefan Gondar z towarzyszką. Teodor i Konstancja przeszli do jadalni. Ktoś usiłował wciągnąć Teodora do partii brydża. Ktoś proponował też, by zakończyć imieniny w „Adrii”.
Kiedy udało się wreszcie wyjść, dniało. Konstancja nie mogła się nadziwić, że czas tak szybko upłynął. Nie miała ochoty wracać. Gdy dotarli do domu, wypili po filiżance herbaty, generałowa położyła się spać, a Teodor z Konstancją rozmawiali w hallu, niezdecydowani, czy iść spać, czy też wybrać spacer. Sen odszedł od nich daleko. Pragnęli podświadomie, aby ten imieninowy wieczór, trwający nieomal do świtu, nie rozłączył ich. Rozmawiali szeptem. Wreszcie generałowa zjawiła się w drzwiach jadalni, z głową pełną papilotów, i przypomniała, że najwyższy czas pożegnać się i pójść spać.
Następnego dnia przed południem zatelefonowali Blade’owie. Konstancji udało się jednak wymigać od zaproszenia. Poszła na umówiony spacer z Teodorem. Wiślany wał był piękną promenadą. Teodor trzymał dłoń Konstancji i opowiadał jej o swoim życiu same smutne rzeczy. Czuła, że nie jest mu obojętna, i było to przyjemne uczucie. Wciąż jednak nie mogła zapomnieć własnych smutnych doświadczeń. Chyba jestem już stara, myślała, niedługo ukończę dwadzieścia osiem lat, szanse na nowe małżeństwo będą raczej malały. Wcale jej na tym nie zależało, Żałowała tylko, że nie ma dziecka, wówczas miałaby dla kogo żyć i pracować. Byłaby jedną z tych matek, które obdarzają swoje dzieci nadmiarem miłości, jak choćby generałowa. Nie potępiała jej za to, bo w Teodorze było coś, co domagało się tkliwości. Czy zdolny był do wielkich uczuć? Znała go stanowczo za mało, by móc o tym coś powiedzieć. A ona nie widziała siebie otoczonej miłością mężczyzny, wyzbyła się ufności, a bała cierpienia, kłamstwa i odtrącenia.
W przyszłości oczywiście chciała mieć dzieci i kogoś bliskiego. Czyżby tym kimś miał być ten młody porucznik? Przecież ona tu, w Warszawie, nie pozostanie na stałe. Choć w Stanach nie zostawiła nikogo naprawdę bliskiego. Odkąd ojciec oddał ją krewnym, po śmierci matki, nie miała własnego domu. U ciotki Julii w Nowym Jorku czuła się najlepiej. Tam widziała swój dom i miejsce, do którego przywykła. Była córką biednych emigrantów i nie ona dokonała w swoim czasie wyboru. Żywiła wdzięczność do rodziców, że zdobyli się na walkę o byt w dalekim kraju, który stał się jej ojczyzną.
Ten spacer był jak gdyby pożegnaniem z Teodorem. Potem już ani przez chwilę nie pozostawali sami. Parę ostatnich dni przeleciało szybko i nadszedł czas wyjazdu Teodora. Oto stał przed nią i milcząco całował ją w rękę. Skłonił się jakoś uroczyście, oficjalnie i wyszedł nie odwracając głowy.
Nadszedł marzec. Kwiaciarnie sprzedawały fiołki i konwalie. W ambasadzie odbywały się przyjęcia. Konstancja sporo czasu spędzała obecnie z małym Billym Blade’ów. Opanowała język polski na tyle, że mogła razem z malcem, który uczył się polskiego, czytać elementarz Falskiego. Korespondowała z krewnymi w Ameryce, odczuwała nostalgię za krajem. Ciotka Julia opisywała perypetie eks-męża Konstancji Barry’ego, z nową francuską żoną, którą złowił w Hiszpanii. Barry mimo wszystko interesował się losami byłej żony, zachodził czasem do ciotki Julii, żeby wypytać ją o Konstancję, ciekaw był jej życia w Polsce.
W kwietniu Konstancja dostała awans, który ją ucieszył. Ale jednocześnie dowiedziała się, że Blade z żoną i synkiem przenosi się już wkrótce do Bukaresztu. Tak dobrze było jej z nimi. Mogła opowiadać o sobie i swojej rodzinie w Stanach, o fermie babki Anny Square, rdzennej Amerykanki, o Barrym, z którym była tak krótko...
— Jakie tam było z nas małżeństwo — mówiła. — Miodowy miesiąc w górach Gatskill, placki kukurydziane z melasą, wafle w syropie i leśne spacery — oto co pozostało w pamięci z tamtego niby szczęśliwego okresu.
Blade’owie śmieli się współczująco, choć nie rozumieli jej. Ale Konstancja nie chciała współczucia.
— Barry jest jednak wielką indywidualnością — stwierdziła lojalnie.
— O, nie wątpię o tym — żartował Blade. — Żeby wybrać pierwszą lepszą, a zostawić dopiero co poślubioną żonę, trzeba mieć nieprzeciętną indywidualność.
— No i żeby zaraz po ślubie pojechać na wojnę, też trzeba być nie byle kim — dodała pani Blade. — I to na jaką wojnę. Co mogła wojna hiszpańska obchodzić Barry’ego?
— Wszystkie wojny na kuli ziemskiej są naszymi wojnami — powiedział Blade może trochę zbyt autorytatywnie.
Konstancja lubiła rozmawiać z Blade’ami. Blade miał duże poczucie humoru. Lubiła też, jak śpiewał. Miał ładny głos.
Zabawnie przekręcał starą piosenkę „Serce boli mnie, Marie”, śpiewając ją dla Uny. Barry też ją lubił. Obaj byli typowymi amerykańskimi mieszczuchami. Tylko, że Blade’owi było z tym dobrze, a Barry się z tym nie godził. Tęsknił za przygodą, za cierpieniem. Lubił umartwiać się nawet we śnie. Odmawiał cieplejszego okrycia, choć drżał z zimna, tłumaczył Konstancji, że odczuwając zimno, wie, że żyje. Albo wtedy w Madrycie, gdy był po chorobie, a ona przyjechała, chcąc mu sprawić niespodziankę, i zaskoczyła go z tamtą kobietą. Nie było wówczas innego wyjścia jak rozłąka. Zarzucał jej wprawdzie, że jest niewyrozumiałą mieszczką, że pcha go w ramiona obcej mu kobiety i w dodatku Francuzki. Uważał się za ofiarę złego świata, do którego nie miał ochoty wracać. A jednak wrócił i zostawił nową żonę swoim starym rodzicom, którzy tylko z trudem mogli się z nią porozumieć. W dodatku okazało się, że owa Francuzka miała męża, hiszpańskiego architekta. Wśród wojennych perypetii zapomniała jakoś o nim i poczuła się wdową. Barry bardzo był niezadowolony z Konstancji, która nie potrafiła sprostać nowej dla nich wszystkich sytuacji.
Po wyjeździe państwa Blade Konstancja z jeszcze większą energią zabrała się do pracy. Nauczyła się pisać raporty opierając się na sprawozdaniach swoich trzech podwładnych. Starała się jak najlepiej wypełniać swoje obowiązki i cieszyła się widząc, że jej się to udaje. Była coraz bardziej samodzielna. Jej pensja równała się połowie pensji Blade’a z wszystkimi dodatkami, ale to ona podpisywała raporty dla Waszyngtonu.
Któregoś dnia zatrzymał ją w hallu ambasador.
— Jestem z pani bardzo zadowolony — powiedział i dodał: — oby jeszcze jedno amerykańskie serce nie zostało na stałe w Warszawie.
— Nie ma obawy. Tu uważają mnie za dziewczynę z Dzikiego Zachodu — odparła. — Nie umiałabym żyć stale w tym kraju.
Z wolna powiększał się krąg warszawskich znajomych Konstancji. Poznawała ludzi zacnych, inteligentnych, rozmowy z nimi poszerzały jej horyzont.
— Czy nie dziwi pani świat za Żelazną Bramą? — pytał ją ktoś.
— Przyjedźcie do Nowego Jorku, zobaczycie podobny, jeżeli nie nędzniejszy.
Teraz, kiedy nie było już państwa Blade’ów, częściej chodziła na koncerty. Zwłaszcza Chopin stał się jej bliski. Smutek zawarty w jego muzyce jednał Konstancję z własnym światem wewnętrznym. Nim się spostrzegła, polubiła muzykę. Dawniej nie miała na to czasu ani środków, teraz mogła ją w pełni przeżywać.
Najgorsze były soboty po wyjeździe przyjaciół. Całe dwa dni, w których nie wiadomo było, co robić. Mycie głowy, drobne reperacje, porządkowanie drobiazgów, pisanie listów, wszystko to zajmowało trochę czasu. Poza tym chodziła na długie spacery zwiedzając różne zakątki stolicy, później okolice podmiejskie, wreszcie zaczęła wyruszać na dalsze wycieczki na Mazowsze, do Krakowa, a także do Pragi czy Bukaresztu. Zachwycała się zwłaszcza Krakowem i jego okolicami.
Pewnego dnia postanowiła pojechać w swoje rodzinne strony. Kupiła mapę, wyszukała na niej powiatowe miasteczko w pobliżu rodzinnej wsi i wynajęła prywatnie samochód z kierowcą na dwie doby. Zakupiła żywność i przygotowała sporo podarków dla nieznanej rodziny swego ojca i matki.
Wyjechała z Warszawy w piątek wieczór, przez Częstochowę. Pod samym miastem złapała ją szalona burza, miejsc w hotelu nie było, dalej jechać nie mogli, gdyż pękła opona i noc zastała ich w drodze. Na holowanie czekali dobre trzy godziny. Rano zarówno kierowca, jak i Konstancja byli tak zmęczeni, że Konstancja straciła ochotę do dalszej podróży. Przypomniała sobie, że znajduje się w słynnej Częstochowie i ma okazję zobaczenia cudownego obrazu Matki Boskiej, którego kopia wisiała nieomal w każdym domu w Stanach, gdzie tylko żyli ludzie polskiego pochodzenia. Postanowiła zwiedzić Jasną Górę.
Deszcz i słota nie usposabiały do wzniosłych uczuć. Mimo to Konstancja nie mogła zostać obojętna na atmosferę panującą w pełnym dostojeństwa wnętrzu. A obraz Matki Boskiej ukazał się w blasku wielowiekowej tradycji. Po złożeniu ofiary, Konstancja kupiła pamiątki dla krewnych za oceanem i w ulewnym deszczu wyruszyli dalej do miejsca przeznaczenia.
Gdy wreszcie dojechali do osady sąsiadującej z rodzinną wsią, zaczęli dopytywać się o Square’ów. Nikt we wsi nie słyszał tego nazwiska.
— A może Skwarek? — zagadnął nauczyciel miejscowej szkółki, gdzie udali się po informacje.
Brzmiało do bardzo podobnie i Konstancja przytaknęła ochoczo.
Dom krewnych położony był daleko od szosy, o przebyciu drogi samochodem nie można było marzyć. Zostawili więc samochód pod opieką kierownika szkoły i uzbrojeni w latarki i przewodnika zaczęli iść błotnistą ścieżką przez wyboisty wąwóz. Trwało to ponad godzinę, choć osiedle widać było z drogi jak na dłoni. Błotniste bajoro, mokra łąka i wreszcie sczerniała ze starości chata. Kierowca utytłany w błocie klął w żywy kamień potoki i bajora.
Obok chaty, do której wreszcie dotarli, dogasało ognisko. Przez chwilę oświetliło ginącym już płomieniem twarz starej kobiety, która podkładała do ogniska kawałki drewna i dorzucała chrust parząc sobie palce. Chyba nie słyszała ich nadejścia. Stali tak przez kilkanaście sekund, wreszcie podniosła głowę, spojrzała i nic. A Konstancję Bannings ogarnął lęk, że ta kobieta w zaszarganej spódnicy mogłaby się okazać jej krewną. I rzeczywiście tak było.
Mówili do niej, ona dotykała to uszu, to ust palcem i wzruszała ramionami. Głuchoniema? — przemknęło przez myśl Konstancji i z dna niepamięci odezwał się głos jej dawno zmarłej matki. Mówiła: — Głuchoniema ciotka Marynia. — Jej to ojciec posyłał pięć dolarów rocznie, czy nadal to czynił, pojęcia nie miała.
— Może ona czyta? — wtrącił kierowca.
Kobieta ciągnęła ich w kierunku chaty. Od drzwi buchnął odór latami nie wietrzonego pomieszczenia, zapach gotującej się mieszanki dla prosięcia, biegającego po izbie i pokwikującego. Stara szybko podsunęła przybyłym ławkę, najpierw starannie wytartą swoim zasmolonym fartuchem. Zdenerwowana nieoczekiwanym pojawieniem się obcych, bezradnie rozkładała ręce. Ale Konstancja już pisała imię ojca dużymi literami w swoim notesie i podtykała pod oczy kobiety.
— A, a, a — jej twarz rozjaśniła się, szybko pobiegła do izdebki i przyniosła tekturowe pudełko z listami. Dla Konstancji szokiem nieomal był widok pisma ojca na zatłuszczonej kopercie z amerykańskim znaczkiem. List nosił niedawną stosunkowo datę: był z września poprzedniego roku.
Jedynym pragnieniem Konstancji było jak najszybciej stąd uciekać. Wyrzucała na stół i ławę zawartość nesesera, paczki z prezentami. Dopiero wówczas stara zrozumiała. Zaczęła szlochać, klękała przed obrazami, otwierała izdebkę zawaloną skrzyniami i garnkami, bezradnie starając się wytarmosić stamtąd dwa połamane stołki, żeby na nich posadzić gości. Widać było, że żyje samotnie, jeśli nie liczyć prosięcia i porykującej w stajni, tuż za progiem, krowy.
Oto był świat, któremu umknęła, świat jakże słusznie porzucony przez jej rodziców, a obecnie witany przez nią przerażeniem. Jakże pragnęła, aby życie jej tego szoku oszczędziło. Przywołała na pomoc wszystkie siły własne i nawet swoich przodków, aby sprostać sytuacji. Gdy już usiadła i zaczęła oglądać stare amerykańskie koperty i swoją fotografię ślubną, poczuła się nieomal jak w domu. Nie była skora do łez, ale gdy podniosła oczy na starowinkę, nie widziała jej. A ona stała pokornie nie śmiejąc dotknąć Konstancji. Z tamtą, papierową, była zżyta. Pokazała tę z fotografii, przerażona obecną, żywą. Przerażona też darami, które jej spadły nieomal z nieba.
Konstancja Bannings nigdy w życiu nie spała na słomie. Dosłownie na słomie, bo grube prześcieradło nie było jednak dość grube, skoro słoma wbijała się jej w ciało. Noc przeżyta w chacie głuchoniemej krewnej była najstraszniejszą nocą w jej życiu. Po powrocie z morderczej podróży zaraz napisała do Tony’ego, swego brata, próbując mu przekazać wrażenia z wyprawy na wieś. Od czasu do czasu posyłała staruszce przekazy pieniężne, raz czy dwa paczkę z bielizną pościelową i pakę zamówioną w firmie wysyłkowej Braci Jabłkowskich. Było tam nieomal wszystko, co mogło się przydać do wyposażenia izby na wsi. Naczynia, serwis, chodniki i obrusy. Raz jeden otrzymała list pisany przez kierownika szkoły, wyrażający radość głuchoniemej ciotki i podziękę za dary. A w parę tygodni później pojawiła się u niej zakonnica, młoda i piękna, jedyna córka starej ciotki. Zawiadomiła ona kuzynkę Konstancję o śmierci swej matki.
Dlaczego piękna kuzynka poszła do klasztoru zostawiając swą kaleką matkę własnemu losowi? Na to pytanie nikt nie mógł jej dać odpowiedzi. Nikt nie mógł też wytłumaczyć, dlaczego tak, a nie inaczej ukształtowały się losy jej rodziny, zarówno tej w Ameryce, jak i tej pozostałej w Polsce.
W ambasadzie panował nastrój nerwowości. Kilku panów z innych ambasad rozmawiało szeptem podając sobie wiadomości napływające z tajnych depesz. Francuzi byli mniej sceptyczni od Anglików, jedynie Amerykanie przyjmowali komunikaty spokojnie. Ambasador powiedział poprzedniego dnia do Konstancji, że byłoby nieszczęściem dla tego kraju i dla całego świata, gdyby Hitler rzeczywiście spełnił swe pogróżki.
