Kochanek z Nigerii - Lilian Seymour-Tułasiewicz - ebook

Kochanek z Nigerii ebook

Lilian Seymour-Tułasiewicz

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Mszanie Dolnej

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 290

Rok wydania: 1967

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Jest to historia jakich wiele zrodziła ostatnia wojna, opowieść o dwojgu młodych ludziach, których miłość zniszczyła zawierucha wojenna. Los oddalił ich od siebie. Ona pracuje jako nauczycielka w dalekiej Nigerii, on jest lekarzem we Wrocławiu. Przypadkowe odnalezienie się umożliwia im nawiązanie korespondencji. Listy pełne żalu do losu, stanowią próbę nowego zbliżenia, jednocześnie jednak są dowodem, jak bardzo ich drogi się rozeszły jak różne są światy, w których przyszło im żyć. Listy, te bardzo subtelne pod względem psychologicznym, zawierają sporą dozę egzotyki — barwnych opisów życia w Afryce.

 

Kochanek z Nigerii

 

Lilian Seymour-Tułasiewicz

 

Wydawnictwo „Śląsk” • Katowice l967

 

Obwolutę i okładkę projektował

Marek Mosiński

 

Warszawa, X. 53.

 

Wczoraj, idąc Marszałkowską, zobaczyłem przed sobą dziewczynę w czarnej futrzanej kurtce. Przystanęła przed witryną sklepu komisowego i zaczęła notować coś na karteczce. Stanąłem obok, serce zabiło mi mocniej. Widząc moje odbicie w szybie, podniosła na mnie parę przepastnie niebieskich oczu. Zdziwienie zagrało na jej wyrazistej buzi. Nagłe olśnienie, i krzyknąłem: Krysiu!

Tyle razy bywałem w stolicy służbowo, od lat już, spotkałem ją dopiero wczoraj. Czy muszę Cię zapewniać, jak bardzo się ucieszyłem tym spotkaniem? Zaprosiła mnie do domu, poznałem jej męża, szczupłego pana w okularach, siwiejącego na skroniach, oszczędnego w słowach i oschłego, zupełnie do niej nie pasującego. Nie ukrywał swej niechęci do mnie. Nie zostawił nas samych ani na chwilę. W jego obecności Krysia przeczytała mi jeden z Twoich listów. Pomimo, że powinienem zachować się, jak przystało na solidnego nieboszczyka, bo za takiego mnie przez cały czas miałaś, piszę do Ciebie. Magdo, Magdaleno, Madziu! Skoro jesteś, skoro żyjesz, życie jest piękne! Uwierz: zupełnie inaczej chodzę po świecie od wczoraj. Pijany jestem świadomością Twojego istnienia. Dziś w nocy wracam do domu.

Wybacz mój entuzjazm. Nie potrafię stłumić uczuć, jakie mną zawładnęły. Ciężko przeżywałem naszą rozłąkę. Wszelkie poszukiwania przez Czerwony Krzyż oraz inne pokrewne organizacje, krajowe i zagraniczne, pozostały bez rezultatów.

Cóż ja Ci jeszcze dziewczyno napiszę? Musiałbym to, co pragnę Ci powiedzieć, zaniknąć w grubych tomiskach. Może wtedy pojęłabyś, co przeżywałem przez lata dzielące mnie od ostatniego widzenia z Tobą na warszawskim Głównym.

Wyłudziłem od Krysi Twoją fotografię. Jakże mało się zmieniłaś! Twój mąż jest przystojnym człowiekiem. Los na dodatek obdarzył go Tobą. Mam nadzieję, że nie będzie mi miał za złe tego listu. Wytłumacz mnie, jeżeli znajdziesz coś na moje usprawiedliwienie.

Czuję, że gdybym spotkał Krysię parę lat wcześniej, nie pisałbym dziś do Ciebie. Uczyniłbym wszystko, aby znaleźć sposób na zobaczenie się z Tobą.

I cóż ja teraz uczynię? Jakże wrócę do domu z moją dzisiejszą twarzą? Co powiem mojej żonie? Przecież po tym, co wiem, nie potrafię wrócić w miejsce, z którego odjechałem wczoraj.

Napisz, Magdo, choć kilka słów z egzotycznej krainy, w którą zagnał Cię zły a może dobry los?

Czekam, czekam.

 

Zaria, Nigeria

Boże Narodzenie, l953.

 

Wczoraj właśnie, w samą Wigilię, dając do prania garderobę męża, znalazłam w kieszeni jego spodni Twój list. Boże, a więc jednak moja wiara w „cuda” była uzasadniona. Przesiedziałam nad nim noc i dzień, nie wychodząc z pokoju. Wpatrywałam się w Twój podpis. To nie może być żadne oszustwo, a jednak czuję się oszukana przez los, który sprawił, że przez pełne dziesięć lat daremnie szukałam Twoich śladów. Pisałam na wszystkie adresy, jakie uchowały się w mojej pamięci. Dopiero przed dwoma laty wyszłam za mąż, dzięki czemu znalazłam się w Zarii. Mąż mój jest Polakiem. Wykłada w tutejszym college’u historię sztuki. Kiedyś za marne grosze pracował w „Tate Gallery”, lecz zachorował i stracił pracę. Zamiast mordować się w Londynie, przyjechaliśmy tutaj, zaangażowawszy się na kontrakty. Ukończyłam studium wychowania fizycznego i zostałam nauczycielką gimnastyki oraz pływania. Wstaję o piątej rano, gdyż o szóstej rozpoczynają się lekcje. Mieszkamy w pobliżu uczelni, z dala od miasta, gdzie jeździmy tylko po zakupy i do kina. Mamy trzypokojowy domek z ładnym ogrodem. Urządzenie jest własnością władz college’u; do nas należą tylko przedmioty osobistego użytku oraz wyposażenie kuchni.

Wychowankowie college’u (dziadkowie ich byli niekiedy jeszcze ludożercami) wystawiają Szekspira, lecz jest to jedyny teatr, o jakim można tu marzyć. Nie mamy, jak na tutejsze stosunki, zbyt wiele służby: duży kucharz, mały kuchcik i ogrodnik, który pomaga przy zmywaniu naczyń, a jest tak leniwy, że oddaje całą swoją pensję małemu kuchcikowi, aby zamiast niego pracował w ogrodzie. Miesięczna płaca takiego biedaka nie przekracza trzydziestu szylingów. W innych domach musi się taki jeszcze z pensji wyżywić. U nas cała trójka żywi się na nasz koszt. Oczywiście, że nie korzystają z naszego stołu, gdyż to, co my jadamy, nie odpowiada im. Ich menu składa się przeważnie z ogromnej ilości różnych kasz. Mały kuchcik chce sobie sprawić żonę do spółki z przyjacielem, więc z niego mamy największą pociechę. Musisz wiedzieć, że dobra kobieta w średnim wieku kosztuje tyle, co dwadzieścia kuponów wełny, plus dziesięć funtów gotówką. Zdarzają się okazje po obniżonej cenie. Taką kobietę kupuje się na tzw. ,,przydział” od gminy, a więc z urzędu. Upatrzona przez naszego kuchcika dama jest pokojówką u znajomego geometry. Nosi się zupełnie jak biała lady: do kina jeździ w szalu z farbowanych królików — rodzaj modnej obecnie etoli, strój raczej mało odpowiedni na rower. Kobiety jednak mało zważają na klimat: dużo więcej ofiar znoszą dla mody. Czarne piękności niczym nie różnią się pod tym względem od białych.

Rozrywek kulturalnych mamy tu niewiele, oprócz alkoholu, książek i kina. W kinie zresztą, które znajduje się na wolnym powietrzu, daje się we znaki piekielny upał. Ulubionym przysmakiem mego męża (nazywam to czasem złośliwie jego „rozrywką duchową”) są naleśniki z żółtego sera przyprawionego na słodko. Udało mi się nauczyć naszego kucharza przyrządzania tej potrawy. Oprócz nas żyją w Zarii trzy mieszane rodziny polsko-angielsko-szkockie. Dwaj Polacy uczą w szkołach, trzeci, najmłodszy wiekiem, jest mierniczym. Właśnie żona mierniczego uchodzi za najnowszą flamę mego męża. Nie uśmiechaj się. Zawsze byłam szczera.

Twoja maturalna fotografia stoi na moim sekretarzyku. W swoim czasie Tomasz orzekł, że „nieboszczyk w ozdobnej ramce wcale mu nie przeszkadza”. Wczoraj nie wytrzymałam nerwowo i pokazałam mu Twój list, pytając, dlaczego nie oddał mi go we właściwym czasie.

Po prostu zapomniał.

Tyle chciałabym Ci napisać, że zapomniałam wyjaśnić, w jaki sposób znalazłam się za granicą. Chyba że wspomniała Ci o tym Krysia? Jak wiesz, zapewne, okupację przeżyłam w Krakowie, opiekując się chorą babką. Dopiero na dwa miesiące przed wybuchem powstania przeniosłam się do Warszawy. Po powstaniu wywieziono mnie na roboty w okolice Wrocławia. Podczas ewakuacji miasta skierowano do Nadrenii. Później wkroczyli tam Amerykanie, więc obóz „Dipisów”, wreszcie Londyn. Zarabiałam jako masażystka, by móc się kształcić. Przez półtora roku uczyłam w polskiej klasztornej szkole gimnastyki. Na wakacjach w Szkocji poznałam Tomasza. Gdy do naszego domku w Londynie przyszło bezrobocie, z konieczności wybraliśmy Afrykę. Zarabiamy tu trzykrotnie więcej, niż moglibyśmy zarabiać w Anglii, robiąc to samo. Pracujemy ciężko, od rana do późnego wieczora.

Mało napisałeś mi o sobie. Napisz, bo to niezmiernie ważne, czy jesteś szczęśliwy?

W ogrodzie naszym rosną banany, ananasy i owoce paw-paw. Ale najdroższym owocem w Nigerii, i chyba najwytworniejszym, są dobre jabłka i gruszki. Sprowadzamy je aż z Kalifornii.

Niełatwo przyjdzie mi przeżyć czas dzielący mnie od Twego następnego listu.

Gdyby mi ktoś powiedział tydzień temu, że będę jeszcze w życiu do Ciebie pisała, nie uwierzyłabym. A jednak w ciągu tych dwóch dni i nocy stałeś się znów rzeczywistością. Nie wiem, co się wokół mnie dzieje. Zażyję proszki i spróbuję zasnąć.

 

Wrocław

 

Poprzez odzyskanie Ciebie, aczkolwiek tylko na drodze korespondencyjnej, utraciłem swój bardzo zresztą wątpliwy spokój. Zaczynam czekać na Twoje listy tak samo, jak w swoim czasie, kiedy odjechałaś na dalekie wakacje i przez pierwsze trzy tygodnie nie napisałaś do mnie ani słowa. Chciałaś mnie ukarać za jakieś przewinienie. Dostałem wówczas gorączki z tego daremnego oczekiwania na list, a moja ciotka, Urszula wezwała do mnie lekarza. Ale wtedy miałaś szesnaście lat.

Jesteś dzielną dziewczyną i na pewno świetnym pedagogiem, skoro otrzymałaś aż tak dobry kontrakt w Afryce!

I ja podobnie jak Ty, wstaję o piątej. Chcę mieć trochę czasu dla siebie. Kąpię się, golę, piszę moją pracę, bo rano umysł mam najmniej zmęczony, podaję synkowi butelkę i wychodzę do kliniki. Niełatwo jest być lekarzem, często sam się dziwię, że wziąłem na siebie ten ciężar. Wczoraj doszło do awantury, gdyż z trudem panuję nad sobą. Na moim oddziale kobieta umierała na raka. Sprawa zapóźniona, gdyż leczył ją znachor wywarami z ziół, i jeden Bóg wie, czym jeszcze. Agonia zaczęła się dwa dni temu. Chora leżała na boku, nie będąc w stanie odwrócić się twarzą do odwiedzających ją osób: męża i jego matki. Wszedłem na salę, by zbadać jej aktualny stan. Zobaczyłem, że mąż i teściowa dosłownie na niej leżą, przygniatając ją swoim ciężarem, i sycząc:

— Pojednaj się z Bogiem, ksiądz czeka.

Niewiele myśląc, wziąłem męża za kołnierz, choć nie należę do najsilniejszych i odstawiłem na korytarz jak kota. Powiedziałem mu przy okazji, co o nim myślę. Jak było do przewidzenia, zaczął się awanturować i byłby się na mnie rzucił. Złożył też skargę u profesora, że nie dopuściłem, aby jego żona pojednała się z Bogiem jak katoliczka. Pożalił się również proboszczowi, który interweniował. Kiedy jednak zawiadomiono go o śmierci żony, napisał, żebym sobie zrobił z nieboszczką, co mi się podoba, bo on nie będzie wydawał pieniędzy na pogrzeb dla baby, co to w obliczu śmierci odeszła od wiary katolickiej. Zdążył jeszcze przedtem ściągnąć jej z palca złotą obrączkę, albowiem była mu potrzebna dla kandydatki na drugą żonę. Miał obawy, że kto inny mógłby okraść zmarłą w kostnicy. I pomyśleć: tacy żyli razem, płodzili dzieci. Co ich łączyło?

Nieszczęście innych pozwala czasami zapomnieć o sobie samym. Nieraz, dokonując wyboru partnera na „całe życie”, wyobrażamy sobie, że jest ono mniej skomplikowane. Jeżeli o mnie chodzi, zło tkwi we mnie samym. Ożeniłem się z porządną dziewczyną; różnica wieku na moją niekorzyść wynosi zaledwie siedem lat. Pomimo tego jestem traktowany jak bank i ojciec równocześnie. Wyszła za mąż podobno z rozsądku, bo nie miała zamiaru „sama się męczyć”. Wiem, że interesował ją inny mężczyzna. Niestety, bardzo się na nim zawiodła. Przez kilka lat chodził do pracy ulicą, przy której mieszkała. Uroiła sobie, jak mi później opowiadano, że musi on być jakąś znakomitością. Sądziła tak po jego sposobie bycia. Nosił się świetnie, trochę jak dawni ziemianie, z wytworną nonszalancją. Nie widywała go o żadnej porze dnia z inną kobietą. Udało jej się zainteresować go sobą, co zresztą przy jej warunkach zewnętrznych nie było trudne. Kiedy pochodzili trochę razem, doszło do zasadniczej rozmowy. Wtedy okazało się, że kawaler nie jest obiecującym uczonym, że nie posiada żadnego majątku, a jedynie pełni funkcję magazyniera w składzie paszy! Życie płata czasem złośliwe, głupie figle.

Ożeniłem się, wyprowadziliśmy się z tamtej dzielnicy do innej, odległej. I wyobraź sobie, Magdo, dziwnym trafem mieszkamy tuż obok tego magazynu paszy, wśród pól, blisko rzeczki płynącej przez zagajnik, koło starego cmentarza. Jednego dnia, będąc z dziećmi na spacerze, spotkałem swego rywala. Łowił w rzeczce ryby. Wyglądał dziwnie uroczyście przy tym zajęciu, a ponieważ sam lubię ten sport, podszedłem bliżej i omal nie przewróciłem się z wrażenia. Wyobraź sobie, to był Sylwek N., ten parający się poezją. Przypomniałem mu się, ucięliśmy sobie dłuższą pogawędkę. Ucieszyliśmy się obaj. Rozmawialiśmy ze sobą jak dwaj starzy przyjaciele, chociaż nigdy nimi nie byliśmy. Przypominaliśmy sobie wszystko, co działo się w naszym miasteczku za naszych czasów. Nieoczekiwanie powiedział: — Widziałem pana z młodą kobietą, której o mały figiel nie poślubiłem. — To moja żona — odpowiedziałem krótko. — I zrobiło mi się dziwnie wstyd, że moja żona jest moją żoną. Po powrocie do domu skierowałem rozmowę na temat magazyniera. Sięgając po kromkę chleba, bez której nie umiem jeść zupy nawet na przyjęciu, zwróciłem się do teściowej: — Powinna mama znać rodzinę N., mieli kiedyś wielki majątek w okolicach Warszawy. Ich starszy syn jest obecnie magazynierem w Samopomocy Chłopskiej. Wiem, że miał ładną kartę w czasie okupacji. Po wyzwoleniu zabrał się do pisania wierszy, czyli wrócił do swego przedwojennego zawodu. Żyje z tego pilnowania siana.

— Nazwiska nic teraz nie znaczą. Podszywa się. Znam go dobrze. To nie ten sam, choć nazwisko się zgadza — wtrąciła nieoczekiwanie moja żona.

— Bynajmniej się nie podszywa. Nieraz w czasie wakacji pomagałem u nich w kancelarii, by zarobić sobie na książki, gdy byłem w gimnazjum. Znam go doskonale — zemściłem się.

— Jeżeli tak, na pewno dobrze ukrył część majątku. Babka jego, księżna S., słynęła z pięknej biżuterii — pomogła matka żony.

Przez dobry kwadrans znęcaliśmy się z teściową nad skarbami rodziny N. Następnego dnia, wracając ze szpitala wcześniej niż zwykle, zobaczyłem małżonkę siedzącą tuż obok drogi, na pniu drzewa. Chyba czekała na Sylwka N., bo miała dziwnie spłoszoną minę. Dzieci bawiły się opodal. Dochodziła trzecia i drogą ku nam szedł właśnie Sylwek. Przywitaliśmy się i skierowali w stronę naszego domu, tuż koło przystanku autobusowego. — Gorący dziś dzień — powiedziała moja żona, żeby tylko coś powiedzieć. — Piękny dzień, skoro się żyje — nieco sentencjonalnie odpowiedział Sylwek. — Myśli pan zawsze o tamtym? — spytałem.

— Tak.

— Podoba mi się ta historia z procą, którą pan zmajstrował w obozie.

— Skąd pan o tym wie?

— Słyszy się niejedno w moim zawodzie. Poza tym: świat jest mały.

— O tym wiedział tylko jeden człowiek oprócz mnie.

— On właśnie mi to opowiadał.

— Zrobił sobie pan zabawkę w obozie, jak mały chłopiec? — zgorszyła się żona.

— Rozrywka wszędzie potrzebna, nawet w obozie, tym bardziej tam.

— Czym pan strzelał i do kogo? — była wyraźnie zaintrygowana.

— Brylantami i grypsami — wyprzedziłem odpowiedź Sylwka.

— Wariat — orzekła moja żona i dodała: — chciałby pan mieć je teraz, prawda?

— A po co? Źle mi to? Żony nie mam, Niemcy rodzinę wystrzelali w ciągu paru minut, co robiłbym z brylantami?

— Sprzedałby pan, kupiłby sobie dom, auto...

— I żonę — odpowiedział z uśmiechem Sylwek i szybko nas pożegnał.

Kiedy siedliśmy do obiadu, żona, wciąż nie mogąc się uspokoić, wypytywała, skąd wiem tyle o Sylwku N. Opowiedziałem jej, że razem z moim przyjacielem był zamiataczem w komorze śmierci, że często znajdował tam drogie kamienie, że dzięki temu udało się zorganizować tajny przerzut leków do obozu, właśnie za kamienie wystrzeliwane w przyobozowe piachy. Nie mogła pojąć, że są chwile w życiu człowieka, w których te rzeczy nie mają ceny, że kawałeczek suchego chleba może mieć większą wartość od nich. — Wariat — orzekła żona, na tym kończąc dyskusję na temat Sylwka.

Noc, Magdo, jest złą porą na pisanie listów. Piszę nie to, co chciałbym powiedzieć, nie to, o czym myślę co dzień i co noc. Zaczynam i ja stawać się człowiekiem pozorów, ale Ty jesteś jedyną osobą, przed którą nie mam nic do ukrycia.

 

Zaria

 

List Twój trafił tu na czas szalonej burzy. Oczy, usta, a nawet zęby pełne są mikroskopijnego pyłku. Trudno oddychać. Nastał okres Harmattanu, wiatr od strony Kano przynosi z Sahary piaskowe huragany. Tubylcy mówią wtedy, że Harmattan wywiewa wszystko z głowy do wielkiego palca.

Nie umiem wyjaśnić bliżej dlaczego, ale list Twój trochę mnie przygnębił. Nie zrozum mnie źle i nie bądź zbyt ostry w sądach. Wydaje mi się, że Tobie jest dużo lepiej niż mnie. Już przez sam fakt, że jesteś wśród swoich. Nie myśl, że nie lubię Afryki. Zdążyłam się przyzwyczaić, polubiłam ten kraj. Może dlatego, że pod niektórymi względami przypomina mi mój własny. Paradoks? Może nawet nie.

Jeszcze przed trzema miesiącami wydawałam się sobie zadowolona, a teraz poczułam się w pełni nieszczęśliwa. Pamiętaj, że byłeś kimś, kto nie zdążył mnie rozczarować.

Twój dzisiejszy list, choć jest listem człowieka bliskiego, jest przecież listem cudzego męża, do obcej żony. Czy to nie wystarczająco przykre, odnaleźć siebie po latach w takim układzie? Zawsze, od kiedy pamiętam, ceniłam wyłączność.

Myśl o Tobie gasi we mnie wszystko inne, zarówno dobre jak złe. Kiedy siadam do śniadania naprzeciw Tomasza, wydaje mi się, że znalazłam się przed jakąś wielką przegrodą. Widzę twarz męża inaczej, niż dotychczas. Jest człowiekiem urodziwym, wysokim, świetnie noszącym swoje ubrania, słynącym z dowcipu, wcale oryginalnym i znanym — co mnie najbardziej bawi — z galanterii wobec dam! Niestety, w domu, na co dzień, bywa ponad wszelką miarę przykry i nieznośny. Potrafi zupełnie bez powodu wpaść we wściekłość, jak rozkapryszona piękność. Wprawdzie był czas, gdy ujął mnie subtelnością, jednak zaraz, już po pierwszej nocy pod wspólnym dachem powiedział: — Zrobiłem okropne głupstwo, żeniąc się z Tobą. Lubię cię, jesteś szykowna i reprezentacyjna, ale wciąż, przekonałem się o tym, kocham tamtą kobietę.

A tamta kobieta, moja nieśmiertelna rywalka, w swoim czasie, mając do wyboru pieniądze albo miłość Tomasza, wybrała jednak pieniądze i złamała życie memu mężowi. Upłynęło tyle lat, i choć jest żoną innego człowieka, obrotnego, bezwzględnego, który zrobił na wojnie duży majątek i pomnaża go dalej, nie przestała być ideałem Tomasza. Dla niej jeździ koleją (trwa to pełne trzydzieści sześć godzin!) na plażę aż do ... Lagos! Dla niej sprawił sobie, choć mógł jeszcze trochę z tym poczekać, drogi biały frak. Oprócz tego flirtuje z żoną mierniczego, jest to jednak tylko parawanik dla mnie i dla otoczenia. Cóż, dopiero tu, na miejscu, zorientowałam się, dlaczego Nigeria tak ciągnęła Tomasza. Ale skoro zawsze lubiłam zmiany i podróże, w młodości marzyłam o Afryce (była to chyba zasługa „W pustyni i w puszczy”), chętnie zgodziłam się na wyjazd z Anglii. Wcale nie najgorzej byłoby mi tutaj, gdyby... właśnie, gdyby nie to mordercze ,,gdyby”.

Dobrze, że nie podzieliłeś losu tych, ginących na polu chwały. Przecież to byłoby straszne.

Odnalazłam na krótką chwilę moją młodość. Poszłam parę dni temu do tutejszego polskiego klubu. Przesłano komuś parę polskich płyt, więc odbyło się coś w rodzaju święta narodowego. Poprzez warkot motoru (mam „Volkswagena” kupionego na trzyletnią spłatę) usłyszałam pewną starą melodię. Naszą melodię. Pamiętasz? Wspomnienia potrafią nagle stać się upiorami. Zaledwie kilka razy tańczyłam od tamtych czasów. Czy mógłbyś w to uwierzyć?

Nie pamiętam, czy Ci wspominałam, że w Lagos żyje również Piotr D. Zaczął się dorabiać jeszcze podczas lotów na trasie Rzym—Kair. Handlował dolarami i złotem. Nie gardził również papierosami i kawą. Podobno — mówiło się o tym sporo w swoim czasie — drapnął z większą kwotą pieniędzy, powierzonych mu jako kurierowi. Właśnie brat Piotra D. odbił narzeczoną Tomaszowi. Znalazł sobie odpowiedniego wspólnika tu na miejscu i dziś należy do najbogatszych i chyba najbardziej wpływowych Polaków w Afryce. Obliczają go średnio na dwie setki tysięcy funtów szterlingów. Dzieci kształci w Anglii, żeby już za młodu weszły w „odpowiednią” sferę. On sam, jak wiesz, jest synem kolejarza. Ciągle, robiąc świetne interesy na tym kraju, wzdycha do ojczyzny i mówi czarnym ministrom bywającym u niego w domu, że ojczyzna jego, Polska (obywatelstwo ma brytyjskie, otrzymał je jako jeden z pierwszych) jest najmilszym krajem świata, ponieważ nie ciąży na nas hańba handlu niewolnikami... Tak, zdolny to człowiek.

Oboje z mężem chętnie odwiedzilibyśmy kraj. Tylko na razie nie składa nam się. Obywatelstwo mamy brytyjskie. Trzeba się było wynarodowić, żeby istnieć.

Wrocław pamiętam z jedynej jazdy tramwajem. Ciekawa jestem, czy wiszący most nie został zniszczony? Wiem, że podczas działań wojennych Wrocław ucierpiał prawie równie mocno jak Warszawa.

Niedawno wybrałam się z mężem na święto rybobrania w Argungu. Tomasz był tam na inspekcji, namówił mnie żebym mu towarzyszyła. Kraj sąsiaduje z pustynią, leży tuż na skraju Sahary (święto odbywa się zawsze w okresie Harmattanu) i pocięty jest bystrymi rzeczułkami, płynącymi wartko podczas sezonu ulew. Wiosna i lato trwają w sumie zaledwie siedem miesięcy. Opady wtedy wynoszą mniej niż dwa centymetry. Rzeki prawie wysychają latem. Formują się w nich tak zwane „oka”, wyglądające jak sznury stawów, miejscami połączone cieniutkimi niteczkami strumieni. Nawet w okresie największych susz stawy te nie wysychają zupełnie. W nich właśnie większość ryb potrafi jakoś przetrwać, zwłaszcza te gatunki, które dostosowały się do warunków klimatycznych i zmieniły swój „styl życia” oraz organizm tak, że potrafią miesiącami żyć w głębi błotnistej rzeki, wyglądającej, jakby była zupełnie wyschnięta. Skoro ryba się dostosowała, cóż dopiero ludzie? Festiwal odbywa się zawsze w okresie, kiedy roboty w polu zostały ukończone. Uroczystość zaczęła się takim wrzaskiem i hałasem, że aż dziw mnie brał, gdzie się tyle krzyku w tych ludziach gromadzi. Jest on nie tylko potęgą, ale starym, tradycyjnym rytuałem, dowodem żywotności. Ludzie Kebbawa uważają go za najważniejszy aspekt uroczystości.

Wieczór przed świętem, Homa, czyli tradycyjny wódz rybaków, a równocześnie kapłan starego rytuału, idzie w tajemnicy, gdy tylko się ściemni, do rzeki Sokoto. Towarzyszy mu zawsze Sarkin Ruwa, czyli wódz rzeki i Jirgi, wódz rybaków. Idą do jednego z tych głębokich stawów, który nigdy nie wysycha i gdzie stale odbywają się ceremonie. W sezonie uroczystości staw jest dwanaście stóp głęboki, około czterdziestu szeroki, a od dwustu do trzystu yardów długi. Nad tym właśnie stawem Homa czyni ofiarę z kulek ryżowych i z miodu. Dodaje jeszcze ufarbowaną na czerwono kozę albo dwie kury. Jedna z kur musi być czerwona, drugo czarna. Dorzuca także cebulę, kawon, białe orzechy kola, no i oczywiście trochę mleka. Podczas gdy rzuca te dary na ofiarę rzece, modli się do bogów i do duchów przodków ludu Kebbawa, aby zesłali: pokój, zdrowie, postęp i szczęście oraz pieniądze na następny rok.

O świcie następnego dnia każdy mężczyzna zdolny do pieszej wędrówki, jazdy na ośle czy na koniu, zależnie od tego czym dysponuje, wyruszył do tego stawu, niosąc lub wioząc dwie kalabashe, i dwie sieci na ryby, Homa i jego ludzie rozdawali bawełnę i kaczany kukurydzy wszystkim spotkanym w drodze na uroczystość. Widzieliśmy, jak kapłan po przybyciu na miejsce zakopał nad brzegiem rzeki zauroczony przedmiot. Gdy słońce wzeszło i zrobił się dzień, wyruszyliśmy razem z tłumami wędrującymi wzdłuż rzeki. Smażąc się w pełnym blasku tropikalnego słońca, czekaliśmy na rozpoczęcie uroczystości.

Stara legenda nigeryjska głosi, że dawniej, przed uroczystością, kapłan przywiązywał specjalny sznur do pnia drzewa w pobliżu rzeki, a nieznane siły podobno rozwiązywały sznur i odrzucały mu go z powrotem. On znowu go zawiązywał, powtarzało się to kilka razy, aż wreszcie sznur się ustatkował... Wówczas dopiero dawano znak, że czas jest rozpocząć polewy. Obecnie nie przestrzega się tej ceremonii, a Homa zwykle czeka na przyjazd Emira i wtedy dopiero daje zezwolenie rybakom na łowienie ryb.

Razem z tłumem tubylców wyczekiwaliśmy przybycia Emira. Trębacze na koniach oznajmili wreszcie o jego pojawieniu się; wtedy kapłan wszedł do łodzi zajętej już przez bębnistów. Rybacy zrzucili z siebie ubranie i dźwigając sieci oraz kalabashe, nie spuszczając oka z kapłana — czekali na jego sygnał. Emir przybył, kapłan go powitał, bębniści zaczęli walić w bębny. Rybacy skakali do rzeki. Powstał ogromny plusk (jak w tym wierszu z dzieciństwa, pamiętasz?), wielkie ryby skakały w górę, protestując przeciwko tej inwazji na ich schronisko. Wkrótce powierzchnia wody zniknęła, widać było tylko tysiące rybackich głów, ich kalabashe i błyszczące skrzydła białych sieci. Słońce wywabia blask z czarnych twarzy i połyskującą biel zębów. Każdy wydawał się być w ekstazie. Głowy i nogi znikały, to pojawiały się, mężczyźni dawali nura w rzekę i wypływali z wielkimi rybami w ramionach. Na brzegach rzeki falujący tłum w białych i niebieskich okryciach przeginał się w jedną, to w drugą stronę. Przyglądałam się, jak rybacy usiłowali złowić rybę-słonia, walcząc z nią. Czasem ta ryba, czyli słoń wodny, jest tak wielka, że mężczyzna z trudem największym dociągnie ją do brzegu.

Kapłan stał w łodzi i patrolował rzekę, obserwując piłnie rybaków. Bębny waliły coraz głośniej. Wybierano największe z ryb i pokazywano ludziom, oraz notowano skrzętnie największe okazy. Wystawa tych olbrzymów jest najpewniejszym sposobem demonstrowania przez bogów ich stosunku do szczepu Kebbawa na nadchodzący rok. Każdy rybak jest więc czymś w rodzaju posłańca bożego, zbierającym proroctwa na Nowy Rok w odpowiedzi na modły i ofiary dokonane przez kapłana. Homa ze swej strony zbiera własny haracz od wszystkich rybaków biorących udział w tej ceremonii. Szczep Kebbawa, jak daleko sięga pamięć jego ludzi, trudnił się rybołówstwem, które jest jednym z dwóch głównych środków utrzymania: drugim jest uprawa ryżu na terenach zalanych podczas okresu deszczowego, w dolinach rzeki Sokoto. Dawniej rybobranie trwało zaledwie jeden dzień, obecnie, z woli Emira, trwa ono od czterech do pięciu i przez ten czas wszyscy świętują. Odbywają się tańce, śpiewy, zapasy i mecze bokserskie, zupełnie inne od tych uprawianych u nas w kraju, czy na zachodzie. Mój mąż jest wielkim zwolennikiem tych meczów, więc czy zechcę, czy nie, będę musiała je oglądać. Między nami mówiąc, bardzo mnie to nuży, ale czego nie robi się dla świętego spokoju?

Mam nadzieję, że nie zmordowałam Cię tym świętem. Jeżeli zobaczę coś ciekawego, na pewno napiszę Ci o tym. Mnie osobiście najwięcej interesują konie. Nie wiem, czy są gdzie piękniejsze. Mam jeszcze dobrze w pamięci ostatnią warszawską gonitwę, na którą zabrał nas Twój wujek. Pamiętasz jeszcze? I ten powrót do miasta, gdy wszyscy troje trzęśliśmy się ze strachu. Ty i wujek baliście się ciotki Urszuli, a ja rodziców. Ten pobyt w „Qui Pro Quo” był przecież naszym pierwszym zetknięciem się z tak zwanym „wielkim światem”, a o ile sobie przypominam, Twój wujek oblewał wtedy swój awans do rangi majora. Później szliśmy pieszo, podśpiewując piosenkę Ordonki, a na rogu Marszałkowskiej obcas utkwił mi w szynie, usiłowałeś go uwolnić, a ja stałam boso, z nogą podniesioną jak bocian, i obejmowałam Cię za szyję. Jakież to wszystko strasznie odległe, ale jednak niezapomniane.

 

Wrocław

 

Dopiero o dziesiątej wieczorem skończyłem operację. Trwała blisko cztery godziny. Chyba Ci wspominałem, że zabiegi na naczyniach krwionośnych są moją specjalnością. Dziś jednak robiłem trepanację czaszki i usunąłem oko. Właśnie ściągałem fartuch, by zejść z dyżuru, gdy prymariusz wpadł i zawołał: — Kolego, myjcie ręce do operacji, pacjent już czeka na sali operacyjnej.

Byłem zmordowany po ostatnim dyżurze, ale wypiłem mocną kawę i zrobiłem zabieg. Wracając do domu autobusem spotkałem Bolcia, a on, naturalnie, zaciągnął mnie na chwilę do siebie. Musisz wiedzieć, że domek przy Jarzębinowej należy do gościnnych. Na stole pojawiła się sarnina wędzona w kominie (Bolcio stał się namiętnym myśliwym, a Teresa wyjątkową gospodynią). Sarnina pokrajana w cienkie plasterki, przeźroczysta jak szkło, do tego gąsiorek wina domowej roboty, sprzed lat pięciu co najmniej. Byłem zmordowany i bez obiadu, więc bulgotało z tej karafki do pierwszej w nocy. Akurat mieli święto rodzinne. Teresa zdała z dobrym wynikiem egzamin magisterski i otrzymała tytuł magistra inżyniera. Napisała swoją rozprawę magisterską w ciągu dwóch miesięcy, pracując równocześnie. Na uroczystość przyjechała matka Teresy. Pamiętasz ją jeszcze? Niewiele się zmieniła, jest taka sama jak przed laty, jedynie w jakiejś popielatej gamie. Ten kolor gasi jej klimakteryczne rumieńce. Wciąż jest pełna życia. Pomimo ciężkich przejść wojennych zachowała sporo optymizmu. Niemcy powiesili ojca Teresy, najstarszy syn zginął w bitwie o Anglię: był na czwartym roku studiów medycznych, gdy wybuchła wojna. W jego studia inwestowali wszystko. Było to wyjątkowym wypadkiem w tamtych czasach, kiedy chłopi raczej cenili majątek. Młodszy brat Teresy stracił nogę w powstaniu, gospodaruje na Podkarpaciu, dostał ziemię po dziadku, ożenił się z nauczycielką, córką tamtejszego chłopa. Rodzina Teresy zawsze była postępowa. Myślę że to głównie zasługa matki, ambitnej góralki. Ojciec Teresy był rdzennym warszawiakiem.

Siedzieliśmy do pierwszej w nocy, snując ulubione wspominki. Czasem wtrąciła słowo Teresa. Na niej opowiadania Bolcia wciąż wywierają wrażenie. Dziś trudno jej jakoś pojąć, że my, z sercami pełnymi miłości do formującej się dopiero armii polskiej, zjawialiśmy się na ćwiczeniach boso. Sama nazwa: wojsko polskie porywała i fascynowała nas. Trudno zaprzeczyć, że Wrzesień dla naszego pokolenia był największym wstrząsem i katastrofą. W trzydziestym dziewiątym opuszczaliśmy ławy szkolne z silną wiarą w drukowane słowo, w naszą potęgę na lądzie, w powietrzu i na morzu. Nieraz, będąc u stryja na wsi, oglądam pisma ilustrowane z tamtych czasów (stryj ma ich pełne komplety, spędza zwykle nad nimi niedzielne popołudnia; wojna nie zawadziła zbytnio o zapadłę wioskę, w której uczył), zbiera mi się wtedy na głupi i gorzki zarazem śmiech. Nie ośmieliłbym się pokazać tych dowodów naszej potęgi synkowi, gdyż już dziś nie dorównuję mu wiedzą techniczną. Nie wiem, co kiedyś wyrośnie z mojego chłopca. Chyba jakiś ,,człowiek własnego czasu”, czyli kosmonauta.

Wykpiłby mnie, że wierzyłem kiedyś w naszą mocarstwowość. Nas, niestety, uczono romantyzmu, prawda?

Jak ten czas przeleciał, Magdo! Bolcio został pedagogiem, jest chlubą tutejszej Wyższej Szkoły Rolniczej. Trudno wprost uwierzyć, że wyglądał kieryś nędznie i niepozornie, pomimo swych dwóch metrów i jednego centymetra. Spróbuj zapomnieć o tym jednym centymetrze, a Teresa zaraz zwróci na to uwagę. Dumna jest z „wysokości męża”, jak żartobliwie powiedziała wczoraj jej matka. Pamiętam, że nawet w siarczyste mrozy Bolcio nosił marynarkę na gołym ciele. Dopiero litościwa panna uszyła mu lnianą koszulę. Prał ją w potokach, suszył na gołym ciele, tak był zahartowany. W tym czasie wyglądał więcej na króla trampów niż na żołnierza. Z początku nie mieliśmy żadnych szarż. Bolek, jako ten starszy, miał za sobą rok podchorążówki, a więc siłą rzeczy został naszym dowódcą.

Muszę przyznać, że posiada on sporo zalet: jest dyskretny, a jako przyjaciel niezawodny. Miałem różne okazje, aby się o tym przekonać. W lesie nie było lepszego dowódcy. Ludzie ufali mu; był sprawiedliwy, uczynny. Po wyzwoleniu szybciej niż inni potrafił się dostosować. Umiał też pociągnąć za sobą słabszych, takich, którzy ucierpieli więcej od niego, a nie mieli znajomości ani stosunków. Zawsze można było na Bolcia liczyć. Teresa zmieniła się, na korzyść oczywiście. Dziś, kiedy rozmowa zeszła na Twój temat, wyszperała zdjęcia z waszej wycieczki szkolnej do Gdyni, tuż przed maturą. Stoicie obok siebie, dwa przeciwieństwa: Ty ciemna i wysmukła, Teresa biała jakaś, z warkoczami kokieteryjnie przerzuconymi przez ramię, skierowanymi wprost ku kamerze, z góralską ciupagą w ręce. Okropne były te ciupagi, prawda? Z niskiego, raczej krępego stworzenia, powstała dzisiejsza Teresa, wysoka, elegancka. Okupacja spędzona na zapadłej wsi widocznie dobrze jej zrobiła choć pracowała w mleczarni, dźwigała ciężary. Dzięki Teresie oddział nasz co niedzielę jadał chleb smarowany masłem. Raz, pamiętam, dostarczono nam olbrzymi serowiec. Siedzieliśmy w kucki koło ogniska, wiatr pędził czarne chmury nisko, tuż nad lasem. W miasteczku byli Niemcy i stale nadjeżdżały ich nowe posiłki. Zanosiło się na masowe egzekucje. Byliśmy głodni, wyczerpani forsownym marszem przez leśne wertepy; cudem uszliśmy przeważającym siłom nieprzyjacielskim po wysadzeniu w powietrze pociągu z amunicją. Nagle na leśnej ścieżce zaskrzypiały kółka, z zarośli wyłoniła się postać kobieca zaprzęgnięta do małego wózka. Była zziajana, pot lał się jej po twarzy. Zaczęła zrzucać z wózka gałęzie. Bolek pognał ku niej. Była to Teresa. Owego dnia przywiozła nam dwa pieczone indyki i serowiec pachnący wanilią. Było to tak nieprawdopodobne, że zakrawało na majak senny. Ledwie rozpakowaliśmy dary, musieliśmy je co sił zjadać, albowiem Teresa przyniosła nam wiadomość, że wypatrzono nas i wieczorem Niemcy szykowali okrążenie. Wiadomości Teresy zawsze były pewne. Miała kontakt, dzięki któremu oddawała nam nieocenione przysługi. Należała do organizacji podziemnej już wtedy, dostarczała nam leków, umiała fantastycznie organizować niespodzianki żywnościowe. Owej nocy mieliśmy ciężką potyczkę leśną z Niemcami. Chłopcy twierdzili, że dzięki serowcowi i indykom odnieśliśmy zwycięstwo. Innym razem Teresa szła całą noc, deszcz lał nieustannie, pioruny biły, a ona przyniosła leki dla naszych rannych. Przemoczona, zmarznięta, ledwie trzymała się na nogach. W dodatku wracała samotnie, żeby o szóstej być w mleczarni. Życie, szczególnie jeżeli chodzi o kobiety, ich zdolność do poświęceń, sprawiała nam niespodzianki. W szkole Teresa była dobrze odżywiona i nijaka, i zawsze się dziwiłem, że się z nią przyjaźniłaś. Później zrozumiałem, że prawdopodobnie już wtedy odkryłaś w niej sportowego ducha, prawda?

Ojciec mej żony również jest na zachodzie. Żyje w jakimś obozie na terenie Walii, bodajże w Pennrrhos, nie bardzo wiem, jak się ta miejscowość nazywa. Odmówił w swoim czasie współpracy z Anglikami, a jako jeden z pierwszych odciął się od Andersa. Już w czasie działań wojennych miał stopień generała. Obecnie dostaje marne grosze zapomogi, wystarczające mu na korespondencję z rodziną w kraju. Będąc we Włoszech, odniósł ciężkie kontuzje. Podobno przez pewien czas przebywał w domu dla nerwowo chorych, oczywiście na terenie Włoch, ale wiadomości o tym szybko dotarły do Anglii i jego włączenie się w życie polityczne emigracji nie miało realnych szans. Nasz przyjaciel odwiedził go nie tak dawno, właśnie w owym obozie, ale gdy teść dowiedział się, że jest pracownikiem polskiej placówki konsularnej, nie podał mu nawet ręki na pożegnanie. Jest zgorzkniały, schorowany i stary. Wprawdzie wyrzekał na Anglików, ale o powrocie do kraju słyszeć nie chciał. Regularnie pisuje do żony. Kiedyś przypadkiem usłyszałem, że moja najmłodsza latorośl podobna jest do dziadka, bo ciągle kopie w ogródku. I przy okazji dowiedziałem się, że teść wyhodował na działce obozowej nową odmianę ogórka, co umożliwiło mu podróż do Londynu i sprawienie sobie nowej protezy. Czy to możliwe, że w obozowych warunkach nie miał na taki wydatek? Z tego wynikałoby, że nienadzwyczajnie wiedzie się mu w prześwietnym Albionie. Matka żony pochlipuje nieraz po kątach. Żal mi jej, miała trzydzieści pięć lat, gdy wybuchła wojna. Została ni to wdową, ni rozwódką. Wciąż tęskni do męża, jedynego mężczyzny w jej życiu. Ile razy ma oczy zaczerwienione, jest to znak, że otrzymała wiadomość niezbyt wesołą. Nie każdemu udaje się życie, tak jak nie każdy potrafi wyhodować nową odmianę ogórka. Od mej żony słyszę nieraz: — taki to, a taki, nie gorszy idiota od ciebie, opracował jakiś patent i zrobił fortunę, podczas gdy ty, ze swoimi protezami podskórnymi, biedę klepiesz. Pytam: na czym ma zrobić majątek chirurg w stopniu starszego asystenta? I to taki zagoniony, od rana do nocy, pomagający teściowej wieźć bieliznę do magla?

Nie myśl, że sobie „krzywduję”. Moja teściowa jest jedyną, która zdała egzamin w naszym małżeństwie. Wychowuje dzieci, prowadzi ogród warzywny, sadzi i pielęgnuje kwiaty, hoduje sporo drobiu. Dzięki niej oszczędzamy drugą pensję, gdyż mamy swoje owoce, miód z czterech uli i warzywa, jak rok długi. Myślę, że żeniąc się ożeniłem się przede wszystkim z moją teściową. Gdy byłem na ostatnim roku studiów, sterany życiem młody człowiek, dobrze mi tam było. Bywałem zapraszany na świetne niedzielne obiady, szliśmy nieraz w trójkę do kina: teściowa, żona i ja. Właśnie z teściową znajdowałem moc wspólnych zainteresowań, pocieszałem jej córkę, gdy zerwał z nią inny młody człowiek. Tak pocieszając, doszedłem do urzędu stanu cywilnego. Naturalnie, mógłbym trafić gorzej. Żona więcej ode mnie rozczarowała się naszymi małżeństwem. Nie może też pojąć, co widziała we mnie wtedy. Byłem biedny, fatalnie ubrany i w dodatku po niedawno przebytej chorobie wyglądałem jak szkielet. Dziś najlepszym jej powiernikiem jest fryzjer, no i oczywiście krawcowa, miła i zręczna pani, umiejąca szyć za darmo i jeszcze w dodatku potrafi dołożyć do tego „interesu” parę rannych pantofli.

Przyjaźni się z moją żoną od czasu, kiedy szyła jej suknię na pierwszy występ sceniczny. Małżonka kręciła się dawniej koło teatru, brała też udział w filmie jako statystka, co pozwala jej godnie dźwigać w naszej dzielnicy miano „tej pani z filmu”. Nie wiem, czy zrobiłaby karierę sceniczną, ona jest raczej przekonana, że tak, dzięki czemu może zachować swój „żal do świata”, a to też, przyznasz, ma swoją wartość. W każdym razie wierzy, że gdyby nie została moją żoną, jej talent nie byłby został „skonsumowany”!

Księżyc, Magdo, ma wciąż na mnie ten sam tajemniczy wpływ. Piszę ten list na moim poddaszu, księżyc skacze poprzez obłoki, jakby się unosił na siodle. Zezując, zagląda w brudną szybę mej samotni. Nikt tu nigdy nie sprząta, klucz od mego stryszku noszę przy sobie, w obawie aby moje wścibskie chłopięta nie rozniosły po ogrodzie fragmentów mojej pracy. Okno wychodzi na pola pegeerowskie, nieraz w świetle księżyca oglądam poruszające się postacie tych, co to nie orzą i nie sieją, a jakoś żyją. Ciągle wracam do wspomnień, Magdo. Zadziwiająco dobrze pamiętam zapach rzeki i nasze spacery nad jej brzegami. Trzymaliśmy się mocno za ręce, wierząc, że nikt i nic nigdy nas nie rozdzieli. Jak sądzisz, czy starym jest się wtedy, gdy się żyje wspomnieniami, czy też wtedy, gdy się od nich ucieka?

Chciałbym wszystko wiedzieć o Tobie.

 

Zaria

 

Nie, chyba nie można już po piętnastu latach zatęsknić do kobiety, szczególnie, gdy się od niej odeszło, z tego czy innego powodu.

Doskonale pamiętam, a jednak nie mogłabym dzisiaj odczuwać zazdrości.

Nie myśl, że z Tomaszem łączy mnie tylko łóżko. Jesteśmy związani zupełnie innym, trudnym do określenia uczuciem. Ktoś zarozumiały mógłby zaryzykować twierdzenie, że wiemy o sobie wszystko. Może wiąże nas uczucie solidarności i coś w rodzaju miłości skazańców? Ten piękny mężczyzna, wzbudzający stale zazdrość mężczyzn i podziw kobiet, piszę to tylko Tobie, jest, nie... nawet Tobie, lekarzowi, nie mogę tego zdradzić. Całe szczęście, że mamy wspólne zainteresowania; współczuję mu (widzisz, pokochałam go przed poznaniem jego tajemnicy, a przecież miłości odwołać się nie da), więc żal mi Tomasza więcej niż siebie samej, co bynajmniej nie wynika z uczucia litości. Pozwalam się dręczyć, jak kobieta z epoki kamiennej. Dlaczego? Otóż to właśnie: nie wiem.

Jestem w jakimś sensie odpowiedzialna za męża. Choć zdradza mnie z każdą kobietą, która ma na to ochotę, nie mogłabym się zrewanżować. Tomasz jest bezbronny.

Gdy kiedyś na londyńskim trawniku przypadkiem przytrzasnął mi palec leżakiem, przykładał nóż do obolałego miejsca, pragnąc aby zimny metal złagodził mój ból. Czytał mi wtedy bajkę: ,,Legenda o Zarii”. Tak się złożyło, że obecnie mieszkamy w tym mieście. I cokolwiek uczyniłby Tomasz, przebaczę mu, bo potrafił okazać mi wtedy tyle czułości. Właśnie owego wieczoru zdałam sobie sprawę, że go kocham.

Nie pisz nigdy listów przy świetle księżyca. Noc to maniakalna pora. Afrykańska noc: właśnie oglądam z mojego miejsca na werandzie Krzyż Południa. Szukałam Wielkiego Wozu, żeby poczuć się bliżej Ciebie Nie znalazłam. Nadszedł Tomasz i spytał: — Nie śpisz? — Piszę — odpowiedziałam. Tomasz wie, że pisujemy do siebie. Odszedł, zostawiając mnie samą. I w tym momencie poczułam chłód w okolicy serca i dziwne uczucie, jakby odchodził na zawsze. Musiał w nocy odlecieć do Kano, gdzie zginął nasz znajomy, Anglik. Poszedł po załatwieniu interesów w mieście na partią pokera do hotelu i więcej nie wrócił. Znaleziono go przebitego nożem. Miał porządną, oszczędną żonę (bała się nędzy na starość), a poza tym posiadał pyszną czarną przyjaciółkę, wykształconą i dowcipną. Skończyła uniwersytet w Anglii i prowadziła biura dużego przedsiębiorstwa. Dziś, już zupełnie jawnie, opłakują go obie.

Nasz dom nie ma niestety tzw. „klimatyzacji”, brak jej odczuwam dotkliwie. Miejscowe budownictwo jest rozsądne, natomiast europejskie, na które panuje moda, to piec chlebowy.

Na co dzień otaczają mnie ludzie trzeźwi, przeważnie technicy. Jedyni poeci to nasi czarni studenci. Nieraz są już po trzydziestce i mają po siedmioro dzieci. Zdarzają się i tacy z piętnaściorgiem, zwłaszcza, jeżeli mają kilka żon. Muszę przyznać, że jeżeli chodzi o naukę, są pilni.