Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Mszanie Dolnej
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 494
Rok wydania: 1987
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Lilian Seymour-Tułasiewicz
DAG CÓRKA KASI
Wydawnictwo Dolnośląskie Wrocław 1987
© Copyright by Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1959
© Copyright by Wydawnictwo Dolnośląskie Wrocław 1987
Projekt okładki
Barbara Kaczmarek
Printed in Poland
Wydawnictwo Dolnośląskie Wrocław 1987
Wyd. IX. Nakład 60 000 + 350 egz.
Ark. Wyd. 16,8. Ark. druk. 17,75.
Papier offset, kl. III, 70 g, rola 61.
Oddano do składania w lutym 1987 r.
Podpisano do druku 28 października 1987 r.
Druk ukończono w grudniu 1987 r.
Zam. nr 1288/87 C-2
Wrocławskie Zakłady Graficzne Zakład Główny,
Wrocław, Oławska 11
ISBN 83-7023-001-6
Spod lasów, ponad potokami, przez pola ścieżkami, jak trzy wsie długie, gościńcem Jego Cesarskiej Mości sunęły owej niedzieli w stronę kościoła tłumy ludzi. Ślub Kasi miał się odbyć po sumie. Ludziska nie zdążyli nawet przełknąć swej niedzielnej strawy, nogi ich nie odpoczęły po rannych wędrówkach zza gór do kościoła odległego o milę drogi, a już niosła się ciekawość, zaroiła gościniec tłumem barwnych spódnic i białych portek góralskich. Trzy wsie to było o wiele za dużo na mały, w gaiku starych lip schowany kościółek, a co dopiero na spróchniały mostek, wiszący nad rzeką. Jakoś jednak zarówno czarne od wieków ściany kościółka, jak i kruchy mostek przetrzymały tę próbę, choć sama Kasia była pewna, że nim dojdzie do gawiedzi stojącej z drugiej jego strony, deski trzasną, a ją okryją fale prawie zawsze mętnego strumienia. Lecz idąc po mostku zauważyła, że woda była w tej chwili czysta jak łzy, które przed godziną roniła na podłogę rodzinnej izby, podczas gdy druhny upinały dookoła jej kremowej spódnicy pachnące gałązki mirtu. Ludzie nie powinni byli dziwić się łzom Kasi. Każda szanująca się dziewczyna płakała w dzień ślubu. Świadczyć to miało o jej skromności, nieopłakiwanie zaś wianka było wyraźnym wyznaniem jego utraty. Źli ludzie, a zwłaszcza nieżyczliwe kumoszki, nie bez pewnego zdziwienia spoglądały na zapuchnięte od płaczu oczy Kasi i nie bez racji zapytywały się nawzajem: „Dlaczego?” – i dogadywały: „Cieszyć się powinna, stara dziopa, że takiego złapała chłopa”.
Wesele Kasi było sensacją dnia. Nic dziwnego – łubiana była ta dziewczyna, w miarę ładna i w miarę pobożna. Wysoka, szczupła, o śniadej cerze, granatowoczarnych włosach sięgających do kolan, z krótko ściętym, niemal kwadratowym nosem – przypominała posąg dobrego dłuta. Rzeźbiarz jakby celowo poszerzył nos, stylizując szyję, ręce i resztę ciała. Całość mimo zbyt wielkiej odległości między nosem a górną wargą była dobra, choć nie można było jej nazwać ładną. Piękne były duże, brązowe oczy, głęboko osadzone w pociągłej twarzy. Co do nóg, nie było ich widać spod spódnicy sięgającej do kostek, ale ci, którzy widzieli ją, gdy podkasana ubijała kijanką bieliznę w rzece na kamieniach, twierdzili, że były lekko łukowate.
Z czterech sióstr Świercul Kasia była właściwie najbrzydsza. Wikta, Maryna i Aniela uchodziły bowiem za prawdziwe piękności. Za to Kasi przypisywano spryt – choć nie wiadomo było, na czym on polegał. Kasia, mając zaledwie czternaście lat, już chodziła na kolej, gdzie pracowała przy szutrówkach, a nie skończywszy piętnastu, wyjechała na roboty do Prus. Pracowała pilnie i wszędzie była łubiana. Gdy wróciła do domu z uciułanym groszem, zapisała się na kurs szycia w pobliskim miasteczku i po ukończeniu go została wcale dobrą szwaczką. Dzięki tej właśnie umiejętności dostała się do dworu Sobaya i tam w krótkim czasie urobiła sobie pewną, jakkolwiek bardzo niewyraźną pozycję. Stamtąd też, mając lat dwadzieścia parę, wychodziła za mąż jako stara panna. I to za kogo! Za Marka Kerwala, który choć dopiero skończył dwadzieścia jeden lat, był najlepszą partią na całą okolicę. Marek dotychczas wydeptywał ścieżki pod zupełnie innymi oknami i miał tyle polotu i aspiracji, iż niejedni łamali sobie głowę, dlaczego właśnie on wylazł na takie stare drzewo, które, jeszcze trochę, a przestanie kwitnąć, a może nawet rodzić. Ale co to można wiedzieć! Taka dziewczyna, co to była w fabryce w Prusach i szwaczką w pałacu, pewnie z niejednego pieca chleb jadała. Tajemnica wyjaśniła się w tydzień przed ślubem w karczmie u Kopytki. Wieś aż zachłysnęła się nowiną. Otóż ni mniej, ni więcej tylko czterdzieści morgów gruntu Marek kupił od hrabiego. Dlaczego hrabia sprzedał grunt synowi kolonistów, tego nikt nie mógł odgadnąć. Czy ktoś, kto miał trzy wsie i kredyt u każdego Żyda, potrzebował wyrywać te czterdzieści morgów z serca swej najlepszej wsi? Och nie, na pewno nie! I skąd Marek wziął pieniądze na to kupno? Chyba nie z Budapesztu, bo Jędrek Kerwal był pijakiem i tyle nie uciułał, aby bratu, na którego grunt ojców był przepisany, dać takie „dobra”, a stary Kuba Świerc nie jedną tylko Kaśkę miał w domu, aby się szarpnąć na takie wiano. Brat Kasi, Marcin, był co prawda nadleśniczym, ale wiadomo było, że był za uczciwy, aby się tak dorobić; a jeżeliby już nawet miał dać, to dlaczego Kaśce, a nie innej z sióstr. Nic nie pomogły dociekania na ten temat i choć snuto najrozmaitsze przypuszczenia i fantazje, jedno tylko było wiadome: Marek zapłacił hrabiemu za ziemię gotówką.
Zapłacił w miasteczku u rejenta, i to przy dwu świadkach. Była nawet mowa o targowaniu się Marka i hrabia coś miał opuścić. O tym, że to wszystko była komedia dla zamydlenia oczu ciekawym, wiedzieli tylko wtajemniczeni. Lecz cokolwiek by na ten temat plotły między sobą trzy wsie i każda pojedyncza baba, to w jednym punkcie zgadzali się wszyscy: Kasia miała szczęście. Jedni mówili, że widać umiała się modlić, drudzy byli święcie przekonani, że musiała jakieś uroki dostać od Cyganki Marcigi, której kumotrowała, i to w dodatku w aksamitnym szalu. Uroki te rzuciła na dzieciatego hrabiego i na Marka, pierwszego po jej własnym bracie kawalera na cały powiat. Bywało już tak nieraz – przyznawali to nawet najstarsi ludzie we wsi – że Cyganie, gdy sobie kogo upodobali, to mu i pomogli czasem. „Czarny ciągnie do czarnego”. A że Marciga to Cyganka znanego rodu, to i umiała się znaleźć, choćby po to może, by pokazać pannom we wsi, iż trzymanie do chrztu cygańskich dzieci przynosi szczęście. Wypadek z Kasią był wyraźnym potwierdzeniem tego i sama Marciga Cyganicha chwaliła się w karczmie, że istotnie tak było. W duszy winszowała sobie takiej kumy: będzie miała do kogo zachodzić po szpyrkę, a może nawet przenocuje pod dachem, gdy jej przyjdzie kiedy rodzić w grudniową noc.
2
Marek Kerwal przyjechał z Budapesztu od brata, Jędrka, i zaraz miał wracać, gdyż Ludwika, córka stróża czteropiętrowej kamienicy, czekała tam na niego. Przyjechał tylko, by się z ojcami poradzić i o pieniądze wystarać. Wuj Ludwiki był policjantem, więc panna to była z nie byle jakiego rodu. Przy całej swej urodzie i szalonym powodzeniu u mężczyzn zakochała się w dwudziestoletnim Marku tak dalece, że gotowa była poślubić go i jechać z nim do Ameryki. Marek sam nie wiedział, jak to się stało, że dokładnie w miesiąc od powrotu do kraju był już po ślubie z Kasią. Omotali go. Była to robota ojców. Co Ludwika na to powie? Kasia nie umywała się do Ludwiki, która była światową panną i w dodatku o wiele młodszą od Kasi. Ludwika nosiła na szyi złoty łańcuszek z zegarkiem, szumiała jedwabnymi halkami, na palcach miała pierścionki, a w ręce piękną, jedwabną parasolkę. W takim to stroju, w białym kapeluszu z niebieskim piórem, sfotografowała się z Jędrkiem i Markiem, a fotografia ta, jedyna pamiątka miłości, która miała trwać aż do grobu, a trwała siedem miesięcy, zawisła w izdebce Kasi. Marek powiedział, że to jego przyszła bratowa, a Kasia sama była nią tak zachwycona, że natychmiast zawiesiła fotografię na honorowym miejscu. Próbowała nawet naśladować fryzurę Ludwiki, ale Marek ją wyśmiał, więc dała spokój.
– Tak jak Ludwika wyglądać może tylko prawdziwa pani, a nie taka sezonowa dama z pruskiej fabryki konserw jak ty – powiedział Marek do Kasi już w tydzień po ślubie.
Ze złości nie poszła z nim w tę ani w następną niedzielę na sumę, a skutek tego był taki, że Marek zawziął się i chodził odtąd zawsze do kościoła sam. Gdy Kasia szła do miasteczka, on szedł do wsi albo odwrotnie. Marek nigdy nie byłby się z Kasią ożenił dla niej samej i Kasia dobrze o tym wiedziała. Ona zaś byłaby wyszła za niego, choćby był ostatnim; podobał jej się przecież jeszcze jako chłopiec, gdy służył do mszy.
– Choćby mnie za włosy targał i deptał, wolę go niż kogo innego – powiedziała do swego brata Marcina, który starał się jej to małżeństwo wybić z głowy.
– Na twoim miejscu odpokutowałbym, gdybym miał co na sumieniu, a nie robiłbym głupstw. Nie jesteś pierwsza ani ostatnia, której się to zdarza. Czy nie lepiej wziąć te pieniądze i wyjechać do Ameryki? Jest tam przecież Wikta i Michał, nie byłabyś sama. A jak chcesz koniecznie, to rzucę wszystko, nawet rower sprzedam, i pojadę z tobą. Na rok, na dwa – nie zginiesz tam. Patrz, jakie młode jadą: Michasia nie ma jeszcze szesnastu lat, u naczelnikostwa na stacji jest jej dobrze, szanują ją, a jednak jedzie.
Ale tłumaczenia brata nie odniosły najmniejszego skutku.
– Będzie, jak ma być – powiedziała. – Nie możemy wszyscy jechać. Co mama sami poczną?
– Jest Maryna i Aniela, nie będą sami. Zresztą ja i tak wróciłbym do kraju za rok, dwa najwyżej. Zobaczyłbym trochę świata.
– A posada? A urząd? Takiej posady, żeby cię tak lubili i szanowali jak tu, nie znajdziesz w Ameryce. Tu masz respekt, honor, ludzie cię cenią. A tam co? Będziesz strugał ogony w rzeźni jak Michał? Ty, taki wykształcony i pan?! A ja, co mnie tam! Dopiero gadaliby ludzie! Wolę już zostać tu.
I Kasia postawiła na swoim. Żadna siła nie byłaby w stanie ruszyć jej z miejsca. Będąc na robotach nie czuła się dobrze. Nie mogła jadać grochu z marchwią i ziemniakami: wszystko gotowali tam w jednym kotle. Nie, ona będzie siedzieć tu, mieszkać i gotować w swojej chałupie. Kto chce żyć jak Świnia i strugać krowie ogony, ten niech jedzie w świat, do Ameryki. Dolary? Po co jej dolary? Ile lat trzeba by w tej Ameryce pracować, aby kupić tu czterdzieści morgów gruntu, prócz tego oczywiście, co jeszcze dodali jej ojcowie i ojcowie Marka. Kasia w swej głupiej głowie, jak mówiła, lepiej to wykalkulowała i wołała morgi w kraju. Że Marek jej nie kocha? A cóż komu przyjdzie z samej miłości? Nikt się przecież dziewczyny nie pyta, czy kocha, czy nie, tylko – ile dostanie morgów. Chłopcy zaś są wszyscy jednacy, pan czy cham mała to różnica. Tak jak z chłopa i chama może być pan, tak samo z pana cham. Marek jest najlepszą partią, jaką sobie można w Konopnicach wyobrazić, i cokolwiek życie z Markiem ma przynieść, jako jego żona będzie miała poważanie.
3
Było to właśnie w piątek, trzynastego września 1913 roku, kiedy Kasia, dokładnie w cztery miesiące po ślubie, urodziła córkę, i to w dodatku tak brzydką, że Porąbianka, odkąd asystowała przy porodach w trzech wsiach, takiego szkaradzieństwa nie widziała. Było to czerwone i łyse, brwi ani rzęs nie miało, a tylko na tyle głowy kilka jasnych kosmyków. Wieś aż się zachłysnęła. Nawet ci, którzy w ogóle liczyć nie umieli, wiedzieli, że córka Kasi powinna była zaczekać z urodzeniem aż do Wielkanocy następnego roku, aby przyjść na świat, jak Pan Bóg przykazał. Kasia okryła się hańbą. Marek pił w karczmie z wściekłości. Każdy, kto go znał, wiedział, że był przez osiem miesięcy w Budapeszcie i nie mógł z tym mieć nic wspólnego. W takim razie kto? Ksiądz proboszcz? Niemożliwe! Wprawdzie Kasia nosiła obrazy na procesjach i zachodziła do niego, ale on był już za stary na takie rzeczy, a poza tym ruda Róża za nic by do tego nie dopuściła. We własnym interesie dobrze księdza pilnowała.
Choć dociekaniom nie było końca i choć prawda była aż nadto oczywista, nikt swoich domysłów nie śmiał wyjawić głośno. Gdy jednak słuchy o córce Kasi dotarły do miasteczka, tam zaraz przypomniano sobie, że Kasia dość długo szyła we dworze, nic więc dziwnego – dorobiła się. Czyż to hrabia był w takiej potrzebie, aby Markowi, wnukowi obcych kolonistów, sprzedawać swój pański grunt? A dlaczego to zrobił przed ślubem Kasi? A skąd Marek, wziął tyle pieniędzy? Poza tym stary, dyskretny rejent uśmiechał się tylko, gdy go na ten temat indagowano, i to dawało ludziom jeszcze większe pole do domysłów, albowiem rejent uśmiechał się niezwykle rzadko, a skoro to robił, musiał mieć po temu naprawdę jakiś powód.
Córka Kasi nie sprawiła nikomu radości swoim przedwczesnym przybyciem i te parę miesięcy pośpiechu miały zaważyć na całym jej życiu. Gdyby ją ktoś był później zapytał, czy stało się to z korzyścią dla niej, byłaby powiedziała, że nie, po stokroć nie! Okoliczność ta już zaraz w kilka dni po urodzeniu wpłynęła na wybór imienia nadanego jej na chrzcie. Gdy brat Kasi, Marcin, i żona zawiadowcy stacji stanęli z dzieckiem w zakrystii, ksiądz proboszcz, zły za plotki i aby dać wyraz swemu oburzeniu, udał, że w ogóle nie spostrzega tak szanownej pary kumów, a że przedtem właśnie chrzcił syna kierownika szkoły, zdjął szybko uroczyste szaty i zbliżając się do Marcina zapytał:
– A na ranną mszę nie byli państwo łaskawi? A te wstążki i ta parada po co? – i suchym palcem dotykał strojnego zawiniątka trzymanego na ręku przez panią zawiadowczynię. – Myślicie, że z honorami przed was może wyjdę? Nie, w takich wypadkach nie można od Kościoła wymagać, by popierał nawet najzamożniejszych parafian.
Marcina, pobladłego ze wstydu za te publiczne uwagi o jego siostrze, aż coś zatkało. Nigdy nie spodziewał się tego po proboszczu, z którym dotąd serdecznie się przyjaźnił.
Co się staremu stało? – myślał. – Wszak wie, że już dość przykrości sprawiło jemu, Marcinowi, stać tu, na widoku, nawet w tak zacnym towarzystwie pani zawiadowczyni. Rodzice chrzestni bynajmniej nie zasługiwali na potępienie, któremu proboszcz chciał dać wyraz.
Po tym wstępie proboszcz nieprzyjaznym tonem zapytał, jakiej płci jest dziecko, a dowiedziawszy się, że to dziewczynka, oświadczył, że może ochrzcić ją jednym z dwojga imion: Gertruda lub Dorota.
– Zofia, księże kanoniku. Matka prosiła, żeby Zofia – próbowała się targować pani zawiadowczyni.
– Świętej Zofii nie można nadużywać dla takiej... – ale nie dokończył, bo kumowie jak na komendę obrócili się i wyszli z kościoła.
Proboszcz się przestraszył. Nie miał wcale zamiaru tak ich obrazić, powodu do odmowy ochrzczenia nie miał żadnego. Dziecko miało ojca i matkę, i ojców chrzestnych, których wszyscy poważali. Toteż wybiegł za nimi, ale musiał długo tłumaczyć i prosić, by wrócili do zakrystii. Marcin odgrażał się, że do biskupa napisze skargę za te szykany, pani zawiadowczyni jednak widząc, że baby naokoło się śmieją, oświadczyła gotowość powrotu pod warunkiem, że proboszcz ubierze się, jak przystało na takich kumów, i że przeprosiny odbędą się na plebanii bezpośrednio po chrzcie – i to nie byle jakie przeprosiny. Tylko co do imienia, to gotowa była iść na ustępstwo: nie Zofia, ale Dagmara, jak bohaterka jej ulubionej powieści, niech się nazywa ta mała, niewinna kruszyna.
Tak oto doszła córka Kasi do imienia, którego nikt we wsi nie mógł zapamiętać. Proboszcz miał zwyczaj wszystkie nieprawe dzieci piętnować imionami. We wsi na sześcioro nieprawnych dzieci były dwie Doroty, jedna Gerturda, jeden Alojzy i dwóch Damianów. Jedno z tych imion piętnowało dziecko we wsi na całe życie. Zdaniem proboszcza, nieślubne dzieci nie mogły mieć takich samych praw jak dzieci z prawego łoża – ani wobec Kościoła, ani wobec ludzi. Parafianie, których dzieci przychodziły na świat w dziewięć miesięcy po ślubie, zasługiwali chyba na nagrodę i wyróżnienie za to, że potrafili opanować swe namiętności. Sami oni stali jak mur za proboszczem i uważali, że dzięki takiej metodzie Pan Bóg na Sądzie Ostatecznym będzie miał uproszczone zadanie. Jak święty Piotr zawoła: „Damianie!” – to Pan Bóg od razu będzie wiedział, że to syn Białej Kaśki i żandarma austriackiego, Johana, i nie posadzi go za blisko tronu niebieskiego. Podobnież, gdy zawoła: „Gertrudo” – już wszystko będzie wiadome. A cóż dopiero, jak w księdze niebieskiej zostanie zapisane takie imię jak Dagmara! Najgłupszy nawet anioł zaraz się zorientuje i nie zechce takiego dziecka strzec tak, jak strzeże dzieci ludzi bogobojnych. Pytana później, pani zawiadowczyni nie chciała wyjaśnić, gdzie wynalazła takie imię. Co to kogo obchodzi? Imię się jej podobało.
Tak to wszystko sprzysięgło się przeciwko córce Kasi. Nawet sama Kasia była zdania, że dziecko nie pociągnie długo, był już bowiem znak niebios w tym kierunku. Gdy tylko dziecko przynieśli od chrztu, rozpętała się straszliwa burza z piorunami. Nad głową Kasi, która karmiła właśnie piersią rozkrzyczane niemowlę o pogańskim imieniu, przeleciał piorun, nie wyrządziwszy wprawdzie ani jej, ani dziecku najmniejszej krzywdy, wybijając natomiast wszystkie szyby i niszcząc jabłonie przed oknami. Poza tym diabeł siedział w niemowlęciu. Darło się tak straszliwie dniami i nocami, że Marek nie sypiał w chałupie.
Kasia postanowiła pójść z dzieckiem do lekarza w miasteczku. Wybrała się w dniu, kiedy w potokach górskich huczała woda, unosząc po drodze kłody, kamienie i całe drzewa, a rzeczka pod chałupą, w której obecnie mieszkali (ojcowie Marka wymówili im dom), zalała pobliskie olszyny. Kasia idąc z dzieckiem na ręku przez mostek uczuła w pewnej chwili, że się chwieje i straciwszy równowagę wpadła z dzieckiem do wody. Zdążyła uchwycić się jedną ręką rozkiwanej bariery, kiedy na szczęście nadbiegł sąsiad, kowal, i uratował ją oraz dziecko. Kasia z maleństwem wysuszyła się w kuźni i powlokła się przez krzaki ku gościńcowi do matki. Przeleżała tam kilka dni. Do lekarza z dzieckiem już nie poszła, bo baby odczyniły dziecku uroki. Mała jednak nic sobie z tych odczynań nie robiła i darła się dalej jak dotychczas.
Kiedy Marek przyszedł zabrać Kasię do domu, dziecko spało, wyczerpane ustawicznym płaczem.
– A nie bierzcież tego – powiedziała stara Świercula – niech zostanie. I tak nie masz czym karmić, pewnie z głodu się drze. Dałam temu jeść i zasnęło.
I dziecko zostało u babki; Kasia miała spokój. Marek znów sypiał w chałupie, a starej Świerculi, która miała trzy izby, dziecko zbytnio nie zawadzało. Karmione kaszką z mlekiem, wychowywało się i rosło jak sierota od urodzenia. Kasia zaglądała do dziecka raz dziennie, wieczorem, kiedy Marek wracał z pracy z miasteczka. Marek dostał się bowiem na kolej i nosił teraz paradny mundur konduktora, zapuścił wąsy i pachniał śliwowicą. Nosił też pachnące perfumą chusteczki. Kasia była niezmiernie z niego dumna, a od kiedy rozwrzeszczanego bachora nie było w domu, stosunki jej z Markiem stały się prawie poprawne, z czasem nawet dobre. Dla Kasi było rzeczą jasną, że Marek dziecka nie lubi, przypominało mu ono bowiem zbyt dobitnie jego krzywdę. Zapomniał jakoś, że na tę krzywdę poza dzieckiem składało się czterdzieści morgów gruntu, że doszło do tego drzewo na budowę domu oraz posada na kolei. Pamiętał tylko o krzywdzie uosobionej w małym stworzeniu: w Dagmarze.
4
Stało się to w pięć lat po przyjściu na świat Pawełka. Tego Maria nigdy się po mężu nie spodziewała. Nawiązał romans ze szwaczką, którą ona zatrudniła u siebie w pałacu do zwyczajnego szycia i do cerowania rodowej bielizny stołowej. Kasia była córką zamożnego chłopa, brat jej zaś pracował u Sobayów jako nadleśniczy. Był to człowiek rozumny, dobry i uprzejmy, ulubieniec całej okolicy. Aczkolwiek chłop z pochodzenia, miał jednak w sobie jakąś wewnętrzną godność, tak że nawet hrabia raz powiedział o nim, że gdyby się nie był urodził chłopem, mógłby śmiało zostać arystokratą.
Hugon Sobay zobaczył Kasię pierwszy raz, kiedy wręczała mu podczas nieobecności żony wianek na dożynkach. Musiał według zwyczaju poprosić ją do tańca. Nigdy jeszcze nie trzymał w ramionach stworzenia tak dziwnie kruchego, pachnącego poziomkami. Patrząc wtedy na jej usta, myślał o źródle krynicznym w Czarnym Dziale, które miało leczyć trawionych gorączką. Hugon nie poprzestał na jednym tańcu z Kasią. Coś było w tej dziewczynie takiego, czego mało miały inne kobiety, a czego w ogóle pozbawiona była żona. Ów dożynkowy wieczór zakończył się pocałunkiem. Istotnie pocałunek ów miał smak źródlanej wody, a może Hugon tylko wmówił to sobie; dość jednak, że ile razy potem spotykał Kasię, myślał o owym górskim źródle i czuł pragnienie, którego niestety nie mógł ugasić wodą.
Romans hrabiego z Kasią zaczął się po prostu, tak jak zwykle zaczynają się przygody tego rodzaju. Obie strony, tak Hugon jak i Kasia, zdawały sobie sprawę z tego, iż jest on dla nich tylko „gaszeniem pragnienia”. Hrabia za to, co pił, zwykł był dobrze płacić, a Kasia dobrze o tym wiedziała. Poza tym miała dwadzieścia pięć lat, co na wsi u kobiet niezamężnych jest niemal poważnym wiekiem. Nikt się zbytnio nie kwapił brać ją z półtora morgiem ziemi, ze sznurem korali i maszyną do szycia. W grę wchodził dotychczas jedynie pewien zamożny, obcy we wsi chłopak, ten jednak poszedł na wojnę i tam po prostu pozwolił się zabić. Kasia starzała się. Romans z człowiekiem, który mógłby być jej ojcem, nie stanowił dla niej pokusy, miał ją narazić na wstyd, ale nieomal zapewniał zamążpójście. Wiedziała bowiem, że kobiety, którymi kiedykolwiek interesował się hrabia, dobrze na tym wychodziły.
Gdy romans trwał już dość długo, dostatecznie długo dla Kasi, która była już w piątym miesiącu, a o wiele za krótko dla hrabiego, nastąpiło niespodziewane zerwanie. Odbyło się ono pewnego ranka na leśnej polanie. Kasia mówiła tak:
– Pójdę w świat! Na koniec świata! Urodzę dziecko, cud urody i cud miłości. Będę szyła może noce całe i to dziecko wychowam. Będzie to pewnie syn. Nie będzie miał nazwiska? A cóż to szkodzi! Czy to on jeden? Jeżeli będzie córka, oddam ją do bogatych państwa za swoją. Może będzie podobna do najstarszej panienki.
W taki ton uderzyła Kasia i choć o tym nie wiedziała, był to ton najtrafniejszy. Hrabia widział oczyma swej romantycznej duszy synka zbierającego kwiatki na łące, widział Kasię siedzącą opodal na kamieniu i szyjącą. Chłopiec miał ciemne oczy Kasi i śniadą cerę; zdrowe dziecko, wykarmione piersią zdrowej matki. I nagle Hugon zapragną, tego dziecka równie gorąco, jak pragnął Kasi. Stał się zazdrosny, zazdrosny o swego syna z Kasią. Wyobraźnia nasuwała mu obraz obcych ludzi gdzieś w świecie pomagających chłopcu w walce o byt, podczas gdy on, opuszczony i zapomniany, nigdy go nie zobaczy i nigdy się o jego losie nie dowie. Czuł, że żona i legalne dzieci, otoczone dostatkiem i dobrobytem, były mu mniej drogie. On był im właściwie niepotrzebny. Serce jego zawsze było po stronie słabszych i potrzebujących. Teraz całkowicie zostało zawojowane przez duszyczkę, której życie miała dać Kasia. Że była prostą dziewczyną to i cóż? Prostaczką nie była na pewno. Gdyby pochodziła z tego co on środowiska, przy swoim wyglądzie, rozumie i sercu, byłaby uwielbianą przez wielu. Od spojrzenia Kasi, w którym była naiwność i uwodzicielski urok, coś zdawało się dojrzewać w człowieku – coś, co było tęsknotą i pragnieniem. I Hugonowi z tym pragnieniem-tęsknotą było dziwnie dobrze. Czuł wówczas, że żyje, a przecież lepiej być szarpanym przez ból aniżeli czuć w sobie pustkę. Wiedział, że czasem człowiekowi więcej daje w życiu nie zaspokojone pragnienie aniżeli spełnione życzenie.
Zdawało mu się, że gdyby miał Kasię i dziecko, byłoby mu lepiej, choćby miał cierpieć patrząc na nich. Wołał to, aniżeli cierpieć dlatego, że nie można ich zobaczyć, usłyszeć, dotknąć...
Hugon sam wyswatał Kasię. Była to ofiara poniesiona dla mającego się urodzić syna. Ofiara, na którą tylko on mógł się zdobyć. Kasi przyszedł z pomocą przypadek. Pewnego południa Hugon jechał na inspekcję lasu. W chwili, gdy dojeżdżał na Suchówkę, zobaczył przed sobą na drodze starego Kerwala, który ujrzawszy go zawołał:
– Dzień dobry jaśnie panu hrabiemu. Właśnie chciałem iść do pałacu prosić pana hrabiego. Idzie o tę karę, którą pan leśniczy na nas nałożył. Mam świadków, że to był przypadek, a nie żadna złośliwość. Ten Marcin nie lubi nas. Robi wszystko, aby nas stąd wygryźć, bo tutejsi ludzie uważają nas od stu trzydziestu lat wciąż za obcych, dokuczają nam, okradają nas, niszczą, bo jesteśmy obcy, koloniści. Taki Wojtek czy Maciek, którego dziadek u moich dziadków owce pasał, mówił mi stale: „Ty – kolonista.” Czy to sprawiedliwe? Kulas wolał sprzedać ziemię swoją Żydowi aniżeli mnie, bo Żyd jest swój, tutejszy, mieszka w miasteczku.
– Ma pan rację, panie Kerwal. A wie pan, kto temu winien?
– Kto? – zapytał stary.
– Żona wasza.
– Regina? Nie może być, panie hrabio! – zawołał strwożony.
– Może pan być tego pewny. Daje panu co środę i sobotę czystą koszulę i kuchnię prowadzi obcą. Jakieś tam gulasze i papryki, jakieś konserwy gotowane latem. W izbach czysto u was. Zupełnie jak u „Miemca” – rzekł hrabia i przekręcając słowo „Niemiec” roześmiał się serdecznie. – Jesteście inni i dlatego choć tu będziecie żyć jeszcze dwieście lat, będzie się osiedle nazywało „U Miemca”.
– Gdzie mi tam do dwustu lat! Nawet moje chłopaki, ich dzieci i wnuki przez ten czas w piasek się obrócą. W każdym razie powiem Reginie, żeby mi skasowała czystą koszulę w środę. Wystarczy w sobotę. Ale ona wychowała się u nieboszczki mojej matki i robi wszystko dokładnie tak, jak moja mama robiła, świeć Boże jej duszy.
– Proszę oświadczyć żonie, że wstąpię w powrotnej drodze na kieliszek jej wybornej nalewki. Jak tam Jędrek? Pisze?
– Nie, ale pisze Marek, chce się ożenić, z jakąś panną w Budapeszcie. Ledwie to z koszuli wyrosło, już o żeniaczce myśli.
– Ile Marek ma lat?
– Dwadzieścia jeden.
– To wystarczy do ożenku.
– Tak, ale nie wiadomo, kto ona jest. Wprawdzie ma wujka policjanta, a kogoś tam jeszcze w urzędzie, ale to obca; znowu się będzie nazywało, że w rodzinie Węgierka czy Słowaczka.
– Tyle tu panien. Sądzę, że się nawet dla Marka coś znajdzie. Dobry ród, dobre nazwisko...
– Znaleźć, to się znajdzie. Ale z czym? Gołej nie chcę, bo później cudzego uszanować nie umie. Nie chciałbym ziemi rozdrabniać dla byle kogo.
– Znam kogoś, czyje grunta przylegają do waszych. Jest tego niewiele, ale sam dodałbym coś od siebie. Całą Suchówkę, gdyby Marek albo Jędrek zgodzili się na moje warunki.
– Suchówkę? Pan hrabia chyba żartuje!
– Wcale nie. Jest to ziemia oderwana od reszty, coś około trzydziestu pięciu morgów oprócz lasu, który do tego dojdzie. Długi Moczarz i Małe Stajanie, i Okrąglica, która graniczy z wami. Wiem, że ziemia ta przeszłaby w dobre ręce.
– A jakie są te warunki, panie hrabio?
– Mógłbym je wyjawić dopiero po uzyskaniu pewności, że cała sprawa pozostanie dla nas dwóch i dla któregoś z synów tajemnicą do grobowej deski. Jeśli dojdą mnie wieści, że to się rozniosło, cofnę wszystko.
Oczy starego Kerwala objęły zieleniejące się łany Suchówki. Był oszołomiony, choć nie zdziwiony: żona jego, Regina, miała krewną, która była we dworze klucznicą, i stary dobrze wiedział, na czym polegałyby ewentualne warunki objęcia Suchówki. Suchówka połączona z Kerwalowem to byłby już całkiem porządny folwark. To zupełnie coś innego niż wykupywanie rozdrobnionych zagonów od ludzi. Ile trudu kosztowało, by zdobyć trzy morgi ziemi, a tu czterdzieści morgów mogło spaść po prostu z nieba! Dla starego Kerwala był to istny cud. Nigdy nie miałby odwagi nawet marzyć o czymś podobnym dla swoich synów.
– To byłoby dla nas szczęściem, panie hrabio – powiedział szczerze.
– Pomówimy, gdy do was wpadnę. Nie wiadomo, co powie o tym wasza żona, a także Jędrek, bo Marka serio nie mogę brać w rachubę. Poza tym o tej sprawie nie mówiłem jeszcze z osobą, dla której pragnę to zrobić.
– To Kasia jeszcze nic nie wie? – zapytał stary, ale spostrzegł się za późno, i bezradnie spojrzał w twarz hrabiemu.
– Skąd wiecie? – zapytał Sobay zaniepokojony.
– Wiemy. Żona mi mówiła. Żyjemy z ojcem Kasi w zażyłości, nie mamy przed sobą tajemnic. Stara Świercula przyszła się do nas radzić, co zrobić. Chciała pożyczyć nawet pieniądze na podróż córki do Ameryki, ale my teraz gotówki nie mamy, te procesy zjadają nas od trzech lat.
– Nie wiedziałem, że chcą wysłać Kasię do Ameryki. Nawet Marcin nic mi nie wspominał.
– Ano, może byłoby i dobrze, ale Kasia nie chce jechać za nic w świecie.
– Dziękuję wam, że jesteście ze mną szczerzy. Nasi ojcowie żyli z sobą w zgodzie. Sądzę, że i w przyszłości dobrze się wszystko między nami ułoży. Kiedy mógłbym się z wami rozmówić?
– Ściągniemy najpierw chłopaków, wtedy się zobaczy. Kasia dla Jędrka byłaby wiekiem w sam raz. Od Marka będzie trochę starsza, ale Markiem łatwiej pokierować, bo jest ambitny i rzetelnie myśli.
Kasia, dowiedziawszy się od swej matki o projektowanym małżeństwie z którymś z Kerwalów, od razu postanowiła, że może być nim tylko Marek. Jędrek, jako jąkający się, z własnej winy analfabeta, w ogóle w rachubę nie wchodzi. Przy tym któż jak nie Kasia ośmieszyła go do tego stopnia w oczach starszej siostry, Wikty, że ta, choć miała się ku niemu, zrezygnowała z małżeństwa.
– Co z tego, że nie umie pisać? Za to pięknie gra – broniła Wikta Jędrka przed rodzeństwem.
– Pięknie gra? Na czym? Na basie! – wołała Kasia piskliwym głosem i śmiała się z Wikty do rozpuku. I Wikta, najładniejsza i najstarsza z rodzeństwa, musiała uznać, że pociąganie smyczkiem po basie nie było muzyką, chociaż Jędrek z takim uczuciem smyczkiem po basie wodził. Jędrek nie znał liter, a za to znał czarne, małe punkciki na nutowym papierze.
Bo rzeczywiście! Co to za chłop, co ani kilofem, ani piórem, tylko trochę tam rzępoli smyczkiem na basetli? Takiego szanowano jedynie w karnawałowe niedziele. Poza tym trzeba było jeszcze coś robić! Jędrek znał świetnie stolarkę, ale taką rysowaną z planów, a na tym we wsi poza Jędrkiem nikt się nie znał. Takim ludziom w Peszcie, co lekko sobie-żyją i po kawiarniach wysiadują, łatwo było rzępolić do tańca, ale gdyby tak przyszło iść za pługiem bez eleganckich butów zapinanych na guziki, tylko boso, to nie wiadomo, jakby Jędrek wyglądał. Wikta zaś miała wzięcie na gospodynię – jak wszystkie jej siostry. Była ambitna, za nic nie zostałaby żoną grajka-stolarza, lekkoducha. Życie jednak spłatało Wikcie porządnego figla. Wrócił bowiem z Ameryki młody Morys, pierwszy swego czasu we wsi wesołek, donżuan i pijak. Był smukły, wysoki, na palcach nosił pierścionki, w uszach kolczyki. Pobrzękiwał dolarami. Za morze zwiał, aby uniknąć kryminału za obrazę cesarza i zbicie miejscowego żandarma. Dolary zarobione były nie przez niego. Z Ameryki uciekł, aby z kolei uniknąć małżeństwa.
Jaś Morys mógł się podobać. Baby szalały za nim: kipiał temperamentem, cudownie tańczył, a gdy śpiewał, wracając nocą do domu, mówiono, że kamienie w rzece pląsały w świetle księżyca.
Wikta stała podczas sumy w niedzielę razem z Kasią, młodą jeszcze wówczas dziewczyną, gdy poczuła na plecach płomień. Miała wrażenie, że zajęła się od świecy organisty jej markizetowa bluzka. Obejrzała się za siebie na Kasię i oczy jej spotkały się z piekącym wzrokiem Jasia Morysa. Po sumie czekał na nią przed kościołem, podszedł do niej jak dobry, stary znajomy i od razu wziął ją pod rękę, tak po amerykańsku. Na drugi dzień wszyscy we wsi wiedzieli, że Jaś się z Wiktą ożeni: drugiej takiej dziewczyny nie było w całej wsi. Krucze, faliste włosy, niebieskie oczy, buzia różowobiała, jednym słowem, najładniejsza lalka na odpuście nie mogła z Wiktą konkurować.
Narzeczeństwo Wikty trwało trzy niedziele i tyleż lat jej względnie szczęśliwe małżeństwo z Jasiem. Wikta zdążyła w tym czasie urodzić troje dzieci. Majątku dużego nie mieli; Jaś dawno już puścił dolary tamtej, od której uciekł swego czasu, zostało mu tylko na powrotną drogę, bo tyle pożyczył komuś w trzy dni po powrocie z Ameryki. Pewnego dnia, gdy otrzymał dług z procentem, popłynął za ocean. W jakiś czas po nim pojechała do Ameryki Wikta. Oczywiście, na podróż posłał jej nie mąż, ale brat Michał. Trzy dalsze lata żyli już tylko w pozornej harmonii. Wikta pracowała na dwie zmiany. Jaś zajmował się córeczką Hanusią, owocem ich trzyletniego pożycia w Ameryce, i pił. Bez wódki nie było życia dla Jasia. Najpierw było picie, potem śpiew, a potem jeszcze Hanusia, jedyna żyjąca istota kochana przez niego. Jaś znikł pewnego dnia razem z Hanusią. Znikły również wszystkie oszczędności Wikty, schowane głęboko pod siennikiem.
Wikta przyjęła ucieczkę Jasia bez żalu; postanowiła zostać jeszcze, aby odrobić stratę. Pracowała z uporem a pieniądze wysyłała do kraju na ręce teściów, którzy chowali jej dzieci. Pracowała dzień i noc, sypiając po trzy godziny na dobę. Po kilku latach w banku miała już sporą gotówkę, ale zwlekała jeszcze z wyjazdem do kraju, mając niewesołe wieści o prowadzeniu się tam pięknego Jasia. W chwili, kiedy była już spakowana, uległa nieszczęśliwemu wypadkowi: miano jej amputować nogę. Wylizała się jednak z ciężkiej choroby i znów zaczęła się dorabiać. Niestety, i tym razem spotkało ją nieszczęście. Bank, który płacił wysokie odsetki, zbankrutował, bankier uciekł, a za poszkodowanymi tysiącami białych niewolników nie miał się kto ująć, bo w większości nie mieli obywatelstwa amerykańskiego. Wikta po raz trzeci musiała zaczynać od nowa. Po kilku latach zaniechała myśli o powrocie. Śliczna córeczka Hanusia i starsze dzieci po śmierci teściowej chowały się u jej matki – nie miała więc po co się śpieszyć. Wysyłała dolary i paczki, czasem dostawała od córek i syna rzewne listy. Dzieci skarżyły się na babkę i ciotki, wypisywały niestworzone rzeczy o wiecznie młodym, uroczym ojcu, który wówczas był gdzieś na wojnie. Wikta, której uroda przeminęła jak piękny sen, ze smutkiem skonstatowała, że wcale, a wcale nie nadaje się już na żonę tego zawsze pięknego ułana, którego mimo wszystko kochała jeszcze po tylu latach rozłąki i tylu rozczarowaniach. Im bardziej córki oczerniały ojca-wesołka, tym więcej Wikta ubolewała nad swoją przedwczesną starością. Miała czterdzieści dwa lata, gdy znowu urodziła synka. Dziecko jednak, zamykane samo o głodzie i chłodzie w wilgotnej izbie, w której okien nie można było otwierać ze względu na powietrze w dzielnicy rzeźni, długo nie żyło. Sprawiło Wikcie tylko trochę kłopotu i sporo wydatków, toteż odetchnęła z ulgą, gdy w pięć tygodni po porodzie wracała z cmentarza modląc się gorąco za duszę synka-aniołka. Dawała za dziecko na msze i modliła się gorliwie, usiłując przekonać samego Pana Boga, że dziecku lepiej jest tam, w niebie, aniżeli byłoby tu, na ziemi. Msze kosztowały niewiele, a dziecko miało większy z nich pożytek aniżeli z sukienek czy zabawek.
Taką matką była Wikta! Czyż nie harowała jak wół na dzieci? Czyż nie wyrzekała się wszystkiego? Małe uchybienie, którym był synek-aniołek, uważała za dopust boży. Cóż, miał pokój stać pusty? Wstawiła do niego bujak roboty Jasia, łóżko żelazne i wynajęła Wojtkowi, dopiero co przybyłemu z kraju. Wojtek nie wymagał z początku wiele, ale kiedy się chciał wyprowadzić do sąsiadki i Wikta miała stracić piętnaście dolarów komornego, zdecydowała się zatrzymać go za wszelką cenę. Sam Wojtek niewielką przedstawiał dla niej wartość, szło jej raczej o jego zarobki, ale gdy zaczęła z nim żyć, odkryła, że jest im razem dobrze. Wojtek kupował Wikcie soczyste owoce i pomidory, ona prała po powrocie z pracy jego samodziałowe gacie, a gdy zaczęła nocami pracować w restauracji, przynosiła do domu żywność na dwoje. Wojtek uchodził za jej męża. Oboje żyli tanio, pieniądze składali częściowo w banku, częściowo wysyłali do kraju, ona dzieciom, on żonie. Żyli szczęśliwie jak najlepsze małżeństwo.
5
Trzyizbowy dom Kasi był gotowy. Stał jak biała plama na wzgórzu, wśród malowniczych łąk i potoków po lewej i prawej stronie, za sobą miał las, a poniżej płynęła rzeka pełna pstrągów. Biało malowane ściany, na tle których ostro odcinały się niebieskie okna wychodzące na gościniec, zwracały uwagę wszystkich. Wioska nie mogła się poszczycić wielu takimi domami. Nawet kramarze jadący gościńcem zapytywali, czyjaż to paradna chałupa stoi tam za wodą. Kasia, dumna ze swej chałupy, wracając z pola wieczorem, starała się powrót ten przeciągnąć do chwili, gdy służąca Wikta zdążyła zapalić lampy w izbach. Okna zalane światłem widać było z daleka. Wyglądały jak ogniste oczy, a ciepło ich napawało ją szczęściem. Ten dom świadczył o dobrobycie, wzbudzając w innych zazdrość i szacunek. Tak, to było dziwne, ale nawet ci najnieżyczliwsi, którzy sobie na Kasi i Marku ostrzyli języki, kłaniali się im teraz nisko, a przy okazjach, gdy spotykali Kasię czy Marka w karczmie, starali się pić przy jednym z nimi stole i z jednego kieliszka albo przez „kumo” czy „kumie” do nich zagadać. Pieniądz i powodzenie wzbudzały to, czego nie byłyby w stanie wzbudzić wszystkie cnoty ludzkie w sumie, nie poparte pieniędzmi, szczęściem czy powodzeniem.
Podczas gdy dom Kasi wzbudzał zachwyt w jednych, a zazdrość w drugich, w małej, czteroletniej córce Kasi, Dagmarze, wzbudzał strach. Nie musiała go nawet oglądać z bliska – starała się robić to możliwie rzadko – wystarczyło jej widzieć ten dom z gościńca, by ogarnął ją strach mimo odległości pól, rzeki, olszyn i łąk ciągnących się w górę ku niemu. Dagmara czołgała się przez rowy koło toru kolejowego, idąc do karczmy po cukierki, byle tylko uniknąć wysoko wiszących ślepi domu. Bajki opowiadane wieczorami przez ciotkę Anielę, historie o strachach z oczami jak sita, o czarcie jeżdżącym w ognistym szabaśniku – nie robiły w przybliżeniu nawet takiego wrażenia jak te okna białego domu Kasi, choćby i w słoneczny dzień.
Czasem w nocy, kiedy Dagmara spała w zakopconej izdebce w jednym łóżku z ciotką Anielą, dom Kasi prześladował ją i straszył. Nie mogła nigdy dość szybko biec; dom leciał łąkami, krzakami, skakał przez rzekę, a nawet pędził za nią po drabinie na strych. Zdarzało się, że dla niepoznaki dom Kasi zamieniał się w pociąg, wtedy pędził za Dagmarą, zionąc ogniem z niebieskich ślepi, których wtedy miał nieskończenie wiele. Nieraz w nocy izbę napełniał dziki krzyk przerażonej dziewczynki. Babka, śpiąca w sąsiedniej izbie, budziła się i odczyniała dziecku uroki. Którejś niedzieli po jednej z takich niespokojnych nocy dziewczynka postanowiła uciec przed domem. Tam, gdzie gościniec skręcał ku zachodzącemu słońcu, widmo domu jej nie znajdzie. Drogę znała; niedawno chodziła z babką do miasteczka. Choć daleko to było i może ponad jej siły, wolała to niż ów nocny strach. Ubrana w sukienkę w „fajki” weszła do komory po kaszmirową chustę Anieli. Owinęła się nią i, kryjąc się za stodołą, dobiegła, przeskakując zagony bobu, do potoku. Po przejściu przez rwący górski potok, za mostem na Majdówce wypełzła na gościniec. Nie uszła zbyt daleko, bo po drodze zatrzymywali ją różni ludzie i raczyli czerwonymi czereśniami, których moc było w sadach koło gościńca. Gdy ją zapytywali, dokąd idzie, odpowiadała, że do Żyda po „ekspelerę”, bo babcia chora. Ludzie kiwali głowami ze współczuciem albo poprawiali na dziecku zamoczoną w potoku chustkę, którą wlokła za sobą po gościńcu. Tak z różnymi przeszkodami dotarła do miasteczka w sam czas na niedzielne nieszpory.
Ledwie znalazła się w kościele przed ołtarzem, gdzie stała zawsze z babką, a już świdrowały ją zezowate oczy służącej od Jamaca. W czasie nieszporów, gdy Dagmara zamierzała niepostrzeżenie wymknąć się z kościoła, tuż koło drzwi wpadła w nową pułapkę. Ciotka Maryna, jedna z trzech sióstr jej matki, chwyciła dziewczynkę za rączkę i do końca nieszporów nie wypuściła ze swojej ręki. Dagmara próbowała się wyrwać, ale ręka ciotki, omotana różańcem, nie rozluźniła uścisku.
„Co będzie, gdy mnie zaprowadzą z powrotem do babki?” – martwiła się, a efekt tych rozmyślań był taki, że posadzka w miejscu, gdzie stała, była zupełnie mokra.
Ciotka Maryna owinęła dziecko w chustkę i umieściła w swoich silnych ramionach.
Był już mrok, gdy dochodziły do chałupy babki. Z daleka, gdy były jeszcze na moście, ujrzały grupę ludzi nachylonych nad studnią za stodołą.
– To za tobą pchają drągi do studni – powiedziała Maryna do małej.
– Tak się boję, ciociu, nie chcę tam iść! U babki robaki siedzą w ścianach, a Mikołaj drapie się* o słup. Wróćmy się, wróćmy! – krzyczała.
– Babka umarłaby z żalu. Ciotka Aniela także – odpowiedziała ciotka Maryna.
Dagmara westchnęła ciężko. Musiała się pogodzić z losem i wrócić.
Przed chałupą na progu stała ciotka Aniela z żandarmem Rudkiem, z tym biedakiem, który nie miał gdzie nocować i nieraz w nocy przychodził do izdebki Anieli. Aniela zobaczywszy Dagmarę wybiegła czym prędzej na gościniec. Wyjaśnienia trwały krótko i mała Dagmara znalazła się w dusznej izbie pełnej ludzi. Była tam Kasia z Markiem, jej służąca Wikta, był cioteczny brat babki, stary Mikołaj, pastuch. Wszyscy wydali okrzyk na widok Dagmary, a babka zaczęła ją obmacywać, czy naprawdę jest żywa i cała.
Jeden Marek złym wzrokiem zmierzył małą i zaraz powiedział:
– Skoro jest zdrowa, należy jej się porządne lanie! – I nie namyślając się wiele, zaczynał ściągać pas z ozdobną sprzączką, która się małej zawsze tak podobała.
– Czemu uciekałaś od babki? – zapytał. – Czy ci tu źle?
– Chałupa mię goniła i musiałam uciekać.
– Jaka chałupa? Powiedz!
– Twoja i Kaśki chałupa. Ma ślepia jak przetaki i straszy – odparła mała.
Siwe oczy Marka nabiegły krwią. Słyszał już coś o strachach małej.
– Łżesz! Trzeba cię tego, smarkaty bękarcie, oduczyć! – I chwyciwszy dziecko za rękę, zaczął okładać pasem, gdzie popadło.
Kasia rzuciła się na ratunek, ale dostała sprzączką w nogę i odskoczyła. Ciotki, Maryna i Aniela, poczęły wyrywać Markowi pas. Marek kopnął dziecko z całej siły butem w twarz. Mała potoczyła się pod ścianę, a krew popłynęła jej z nosa i ust. Baby narobiły krzyku, żandarm Rudek trzasnął Marka w twarz, Marek mu oddał, a ten wyciągnął rewolwer i byłby strzelił, gdyby Aniela sobą nie zasłoniła Marka.
Od owej niedzieli Dagmara znienawidziła Marka tak, jak tylko mogło nienawidzieć jej czteroletnie serce. Nie pomogły perswazje babki, nie pomogły wiśnie, cukierki, woda sodowa i obarzanki, które przynosił jej teraz Marek. Sponiewierana i zbita jak pies, stroniła od niego więcej niż dotychczas.
Dagmara była już w wieku, w którym dzieci na wsi zaczynają być pomocne. Mogła paść gęsi, zaganiać cielęta i świnie, kołysać dziecko, wszystko to zresztą robiła u babki dla zabawy. Kołysała synka nauczycielki, pasła gęsi w sadzie za izbą, ocierała w swoją sukienkę nosy wszystkim mniejszym dzieciom, pomagała staremu Mikołajowi wyganiać i paść krowy. Więcej jeszcze, potrafiła swymi małymi palcami wyciągać z włosów robactwo, niczym mała małpka. Mając duży dar obserwacji, cudownie naśladowała starszych. W nieobecności nauczycielki potrafiła utrzymać w ryzach całą klasę. Gdy grając jej rolę tupała nogami i waliła po ławkach trzciną, najstarsze dryblasy nabierały dla niej respektu. Wprawiała ludzi w podziw, naśladując różne doskonale zaobserwowane postacie ze środowiska, w którym się obracała. Gdy nie była panią nauczycielką, to była księdzem, organistą, żandarmem Rudkiem albo Markiem Kerwalem. Tego ostatniego potrafiła tak dobrze odegrać, że widzowie pokładali się ze śmiechu. Jej wyszukana mowa, gesty, sposób w jaki śpiewała i tupała nogą przed wyimaginowaną orkiestrą, wprawiały w podziw samego Marka, który raz z ukrycia zobaczył siebie w jej interpretacji. Nie tylko nie czuł się dotknięty, ale pochlebiło mu to tak dalece, że przyniósł jej porcelanowy gwizdek i tabliczkę czekolady.
– Nawet takie dziecko widzi, że jestem inny niż wszyscy, że mam maniery i ogładzoną mowę – mówił do Kasi.
W takich chwilach Kasia czuła, że nie cierpi swej córki. Dawno przestała się nią interesować, a od kiedy pierś jej wykarmiła dwoje dzieci Marka, każde słowo pochwały czy nagany wypowiedziane przez kogokolwiek pod adresem „tamtego” dziecka piekło ją i bolało jak grzech. Im droższy dla niej stawał się Marek i jego dzieci, tym większą przykrością i zawadą było „tamto”.
Pewnego dnia, gdy Kasia się skarżyła, że pracy w polu nawał, że nie ma kto gęsi zagnać do wody, Marek przypomniał, że córka jej ma tyle lat, że mogłaby i gęsi paść, i dzieci kołysać. Słowa te, wypowiedziane gwoli przypodobania się żonie, wywarły wprost przeciwny skutek. Dniami i nocami dumała nad tym, co zrobić, aby „tamto” dziecko przestało jak cień wlec się przez jej życie, obecnie tak dobre, szczęśliwe i dostatnie. Starała się nawet wpłynąć na Marka, aby prosił o przeniesienie gdzieś na wschód albo do miasta. „A co będzie z ziemią?” – pytał Marek. Wtedy projekt ten upadał, a Kasia starała się wymyślić inne wyjście, dogodniejsze dla siebie. Niemal wszyscy zapomnieli o jej hańbie, u niej samej natomiast sprawa ta wraz z przyjściem na świat dzieci Marka urosła do olbrzymich rozmiarów. Serce dla tych dzieci miała czułe, zaś płacz skrzywdzonej, skopanej dziewczynki nie bolał jej wcale; w duchu modliła się o jej śmierć. Śmierć ta przyniosłaby jej spokój, ulgę Markowi, a dziecku ukojenie, bo umarła nie poczuje ani kopnięć Marka, ani urągliwych słów, które będą rzucać na nią obcy, gdy tylko podrośnie. Nieraz, gdy leżała w ciemnej izbie czekając na przyjście Marka, wylewała gorące łzy do poduszki, tuliła do serca swoją młodszą córkę i modliła się o śmierć dla „tamtej”. Modliła się do Boga i do Matki Bożej, aby zabrali Dagmarę i byli tam dla niej dobrzy, bo ona Kasia, nie może. Dziecko było jedynym rozdźwiękiem między nią a Markiem, było pomnikiem hańby, którą ona, pierwsza we wsi gospodyni, szanowana i ceniona, chciałaby zmazać nie tyle dla siebie, ile dla przyszłości Walerci i Karolka.
Pokochać dziecko swego grzechu byłoby to wobec Boga równoznaczne z brakiem skruchy. Bóg darzył Kasię łaskami, których dowód był aż nadto oczywisty, w zamian za co Kasia też ze swej strony musiała Bogu coś ofiarować – więc oddawała Mu Dagmarę.
Cóż, kiedy przeznaczona Bogu istota nie miała wcale zamiaru opuścić ziemi! Kipiała energią i zdrowiem, goniła po łąkach, wspinała się na pagórki, w poszukiwaniu jagód i miodu, dzikich pszczół, ryła ziemię, aby znaleźć ziarenka słodkiej kawki nadziewanej likierkiem, całowała starego Sobka Kulasa za jabłka wydobyte z kiszonej kapusty, drapała się na drzewa, jednym słowem, robiła to wszystko, co robiły inne wiejskie dzieci, z tą różnicą, że jej wszystko było dozwolone, że babka, ciotka Aniela, nadleśniczy i wszyscy w osiedlu psuli ją i pieścili.
– To dziecko jest nad podziw mądre i dobre. Nie będzie długo żyło – biadały nad Dagmarą kumoszki. Babce zaś robiło się na te wróżby straszliwie markotno na sercu. Często pod pozorem zakupów> w tajemnicy przed wszystkimi, woziła Dagmarę do miasta do lekarza. Ten zaś dziwiąc się mocno, skąd się taka stara dziwaczka na wsi wzięła, zapisywał jakieś proszki i wody i stale zapewniał babkę, że mała jest zdrowa jak rydz, że to raczej babce przydałoby się to czy tamto. Raz nawet, w przypływie dobrego humoru, zapisał starej Świerculi na kaszel parę ciepłych domowych pantofli i krople, które działałyby tylko wtedy, gdy pantofle były na nogach.
– Jak ci na imię, czarnulko? – zapytał pewnego dnia lekarz małą.
– Marmar – odpowiedziała mała.
– Marmar? A cóż to za imię? – pytał babkę zdziwiony lekarz.
– To ksiądz zrobił mi na złość po to, żeby Pan Bóg wszystko wiedział, i ochrzcił mnie Marmar.
Lekarz roześmiał się ubawiony. Babka oblała się pąsem i jęła tłumaczyć, że mała nazywa się Maria, tylko wujek tak jej imię przekręca, aby się z nią droczyć.
– A któż to ten wujek z taką fantazją?
– Marcin. Ma jedwabną chusteczkę i bicykiel – poinformowała szybko mała.
Od tej pory skompromitowana w swoim mniemaniu babka przestała chodzić z Dagmarą do lekarza.
6
Stara Świercula robiła testament. Zięciowie i córki przychodzili do łoża chorej z łakociami. Marek Kerwal przyniósł wiśnie i wodę sodową, Jasiek Morys pantofle domowe uplecione ze słomki, Franek, mąż Maryny, spory kawał słoniny paprykowanej na sposób węgierski, Józef Cyryl suszonych śliwek i bryndzy. Babka opychała nimi siedzące u stóp łoża najmłodsze wnuczki, Hanię i Dagmarę. Choroba starej przeciągała się w nieskończoność: ani polepszenia, ani śmierci. Córki i zięciowie zaczęli przychodzić rzadziej, aż w końcu przestali się w ogóle pokazywać. Najwięcej odczuły tę zmianę pozbawione łakoci wnuczki, toteż przy każdej okazji, kiedy na gościńcu spotykały krewnych idących na jarmark, zalewały się rzewnymi łzami. „Babce gorzej, coraz gorzej! Babka kaszle i płacze nad plackiem owsianym, a wczoraj to już nic w gębie nie mieli!” – opowiadały żałośnie. Ta ich troska o zdrowie babki nagrodzona nieraz bywała kukiełką, gnieciuszkiem przyniesionym z jarmarku w kieszeni spodni lub spódnicy. Aniela w drodze powrotnej z jarmarku przynosiła we frędzlach koronkowej chusty landrynki. Żandarm, kiedy jeszcze przychodził, posyłał po wódkę do karczmy z karteczką bez pieniędzy i wówczas dziewczynki dostawały od Żydówki po kilka karmelków, o ile na zadawane im pytania odpowiadały dość interesująco. Nieraz dostawały po garnuszku kwasu z ogórków, a raz się nawet zdarzyło, że towarzystwo bawiące w karczmie kupiło im po dziesięć karmelków i poczęstowało piwem i ogórkami w nagrodę za opowiadanie o żandarmie i Anielci. Gdy cala ta historia dotarła do Anielci, obie siostrzenice miały się z pyszna.
– Zawszone bękarty! – wołała wściekła, wlepiwszy im sporą porcję klapsów w tylną część ciała – już ja waszych tyłków ucierać więcej nie będę! Niech was wszy zjedzą! Niech was licho porwie!
– Miejże sumienie! Co dzieci winne? Mówią, co widzą. Czas, żeby żandarm się żenił, muszę ja z nim pomówić – łagodziła babka.
– Jak mi zapiszecie wszystko, to się ożeni. Święcie obiecał.
Wiadomość od gospodyni żandarma, że ożenił się on już przed dziesięciu laty, wstrząsnęła Anielcią do głębi jej naiwnej duszy. Liczyła, że będzie panią w miasteczku, ale los chciał inaczej. Cóż, na następnym odpuście pocieszyła się po owej fatalnej wiadomości: Józef Cyryl był urodziwym ułanem Jego Cesarsko-Królewskiej Mości, nosił czerwone spodnie i niebieską, złotem wyszywaną bluzę. Anielcia dostała od niego piękną fotografię, a w dwie niedziele później zajechały do niej swaty z matką Józka, ustrojoną w czerwone kaszmiry i sześć sznurów korali. Józio był jedynakiem bardzo zamożnym, przyzwyczajonym do omasty, koszuli z najcieńszego lnu, czystego prześcieradła i porządnej derki. Ozdobne poduszki, sięgające sufitu izdebki, piękna buzia Anielci oraz obiecany posag zupełnie zawojowały kochające serce matki. Cyrylowa postawiła tylko jeden warunek: młodzi mają zamieszkać u niej. Synowa wówczas nauczy się robić owcze serki i bryndzę oraz prząść z wełny i lnu jak najdelikatniejsze nitki. Anielcia, której reputacja poważnie ucierpiała na skutek amorów z żandarmem, przyjęła z radością warunek przyszłej teściowej. Zaproponowała jej tylko, że zabierze z sobą Dagmarę. Przyda się do pilnowania gęsi i drobiu. Ale drobna i wątła dziewczynka nie wzbudzała w starej Cyrylowej zaufania. Nie wierzyła, by mogła zarobić na koszta wiktu i opierunku, a może i pary butów rocznie. O nie, mała była rozpieszczona, nie umiała się sama czesać, a przy takiej porządnej gospodarce nie było miejsca dla nierobów. Toteż projekt Anieli upadł.
Po hucznym, trzy dni trwającym weselu, Anielcia załadowała swoje stroje do dwóch pięknie malowanych skrzyń i wyjechała do nowego domu, daleko, tam gdzie kończył się kręty gościniec, gdzie jechało się przez rzekę i gdzie słońce kryło się pod wieczór za górę. Anielkę dzieliła od domu niecała mila drogi, ale Świerculi, Hanusi i Dagmarze wydawało się to końcem świata. Dziewczynki biegły za wozami wiozącymi skrzynie i sprzęt aż do zakrętu za mostem, a później wróciły zapłakane do babki. Zaraz jednak zaczęły szaleć z radości, bo izdebka Anielci im się dostała.
Szczęście Dagmary nie trwało długo. Jaś Morys wrócił z wojny. Wybudował izbę i zabrał do siebie swoją czwórkę dzieci. Dagmara została sama z babką i dziadkiem. Dziadkowie nigdy nie żyli w zgodzie, ale zawsze obecność Anielci i wnucząt miała na nich pewien wpływ. Teraz, gdy zabrakło i Anielci, i dzieci Wikty, w domu rozpętało się piekło. Dagmara nieraz była świadkiem, jak dziadek brał kija na babkę, a babka chwytała w obronie za miotłę albo kawał drąga. Nieraz Mikołaj, suchotnik, cioteczny brat babki, zwabiony krzykiem Dagmary, brał widły od gnoju, cepy czy też kij od żarn i leciał babce na pomoc. Często udawało mu się załagodzić spór. Przeważnie dziadek bywał w tym sporze stroną atakującą: rzucał łyżkę przy obiedzie, wyławiał muchy z żuru i nie chciał jeść z jednej miski z Mikołajem, by się nie zarazić. Babka tłumaczyła, ze wszystko w ręku Boga, że co kogo czeka, to go i tak nie minie i dalej podawała jedzenie we wspólnej glinianej misce, gdyż teraz, kiedy Anielka opuściła dom, nie było powodu podawać Mikołajowi żarcia oddzielnie. Babka miała miękkie serce, nieraz spostrzegała ukrywane łzy ściekające do miski, którą trzymał między kolanami, siedząc samotnie na ławie pod drzwiami. Wtedy podchodziła do szabaśnika i z malutkiego rondelka brała na łyżkę trochę skwarków i dokraszała żur czy kwaśnicę w Mikołajowej misce. Nieraz zdarzało się, że Anielcia wylewała wszystkie skwarki do ogólnej miski, zupełnie zapominając o Mikołaju. Anielcia uważała bowiem Mikołaja za intruza, nigdy nie mówiła mu „wujku”, stale nań urągała, a nawet odebrała mu prześcieradła i pierzynę po jego matce. Kiedy robiła pranie, nigdy nie zdejmowała pasiastej poszewki Mikołaja ani jego grubej, zgrzebnej koszuli. Wszy Mikołaja przyprawiały ją o wymioty; były olbrzymie, czarne, łaziły po poduszce i strzępach czegoś, co ongiś było kocem Mikołaja. Babka, dla której Mikołaj był jedynym bliskim krewnym, brała wówczas jego koszule i łachmany, przepierała je po wieczerzy w gęstej, brudnej cieczy, w której były jeszcze ślady mydlin, i suszyła na przypiecku. Koszula wysychała do rana.
Dagmara boleśnie odczuła brak ciotki Anieli, jej wesołej twarzy i romantycznych piosenek, śpiewanych wieczorami w sadzie, a nade wszystko jej pieszczot. Babka była dobra, ale w twardym życiu, jakie miała za sobą, nie nauczyła się okazywać czułości, przynajmniej nie w taki sposób jak Aniela, która ściskała, całowała, choć klęła i nieraz dała klapsa, ale zaraz też potem ugotowała różowego lukru albo, nie wiadomo skąd, wyciągała garść cukierków czy suszonych śliwek. Po odejściu Anielci, Hanusi i reszty dzieci Dagmarze było markotno i smutno u babci. Zazwyczaj siedziała posępna w oknie, przyglądając się gościńcowi.
Dużo tam działo się ciekawych spraw. Ostatnio długimi sznurami sunęli gościńcem obcy ludzie, „z dalekiego wschodu”. Wchodzili do przydrożnych chałup szukając „komory”. Mikołaj opowiadał Dag, że ludzie ci żywią się złotą jak słońce kukurydzą i fasolą. Dagmara nigdy dotąd nie jadła fasoli i nie widziała bab, których spódnice były zgoła inne niż spódnice we wsi. Pewnego dnia i u babki w izdebce zakwaterowali się ci dziwni ludzie. Dagmara płonęła z ciekawości, jak wygląda kukurydza i czy babom owiniętym dwoma fartuchami, jednym z przodu, drugim z tyłu, nie widać czegoś. To coś to było ciało, gołe ciało, którym się gwałtownie interesowała Dagmara. Latała nad rzekę, gdzie pochylone na kamieniach kobiety prały swe barwne, «Wyszywane koszule, i podglądała je chciwie. Nieraz dostawała od nich kawał zimnej gotowanej potrawy z kukurydzy albo kubek dymiącej, fioletowej fasoli.
Gdy ludzie ci odjechali, zostawiając po sobie skorupy potłuczonych glinianych garnków i sporo śmieci, stało się wreszcie coś cudownego: do izdebki Anieli sprowadziła się piękna pani w szumiącej jedwabnej sukni. Pani paliła papierosy i nosiła buciki zapinane na guziki. Była to nauczycielka. Uprzątnięto trzecią izbę babki, powstawiano świeże sosnowe ławki, nad drzwiami od gościńca przybito białego orła i napis: „Czteroklasowa Szkoła Powszechna”.
W tym to okresie dziadek przeniósł się na strych, skąd pewnego dnia przeprowadził się jeszcze dalej, a mianowicie na służbę do wdowy Kordowej, mieszkającej za dwoma potokami, w jarze pod lasem. Dagmara widziała, jak dziadek odchodził. Schylił się pod jabłoń, podniósł dwa czerwone jabłka, które schował do kieszeni hazuki, opasał się powrozem ze słomy jak prawdziwy dziad, na kij nadział mały, brudny węzełek, zawierający jedną zmianę bielizny, i poszedł, nie pożegnawszy się z nikim i nic nie mówiąc nikomu, w świat na służbę, aby babce zrobić wstyd. Po latach Dagmara dowiedziała się, że dziadek rozżarł się na babkę o zbyt duży zapis dla Anielci, i o to, że jego pominęła.
Babka była jedynaczką, sierotą po bogatym kupcu, handlarzu drzewem, który w parę miesięcy po ślubie utonął w rzece razem z końmi, starając się wrócić do młodej żony przed zapadającą nocą. Porwały go fale wezbranej po ulewie górskiej rzeki. W parę miesięcy później jako pogrobowiec przyszła na świat jego córka, babka Dagmary. Matka jej niewiele przeżyła męża. Hanusia została bogatą, jedyną dziedziczką po ojcu i matce. Poślubiła pięknego Franusia, syna gajowego, ale już od pierwszych tygodni małżeństwa poczęły się sceny i awantury, które trwały z górą czterdzieści lat. Dziadek i babka wydali na świat sporo dzieci. Te rosły i odchodziły z domu, a oni na stare lata, zostawszy sami, nie mogli z sobą wytrzymać.
Dagmarze żal było więcej dziadka niż babki; wszak to dziadek z węzełkiem na kiju powędrował na służbę, a babka jeździła na jarmarki parą koni powożonych przez Mikołaja i udawała, że nic ją to nie wzrusza. Ale raz, gdy jechała na odpust do sąsiedniej wsi i zauważyła dziadka pasącego pod lasem cudze woły, długie dni i noce zalewała się łzami. Posłała nawet posłów do dziadka, aby przestał robić wstyd, jeżeli już nie jej, to dzieciom, ale dziadek odprawił posłów z niczym. U wdowy było mu dobrze, zachodził do niej, kiedy była jeszcze panną, zanim wyszła za starego, bezdzietnego wdowca. Babka, rozgniewana, więcej nie prosiła.
Pewnego dnia przyniesiono list. Miał pieczątkę z Włoch. Nauczycielka wyczytała z pięknego pisma wujka Marcina, który doszedł do rangi austriackiego lejtnanta, że leży w szpitalu ciężko ranny, że jest mu źle umierać na obczyźnie, że obejmuje i całuje stopy ukochanej matusi i pisze do niej może już po raz ostatni. W owym liście rozporządził swoją częścią przynależnej mu ojcowizny, przeznaczając ją córeczce swej siostry, Dagmarze. Prosił, aby mała siostrzenica modliła się za niego. Życzył jej wszelkiego dobra w życiu i nakazywał gorąco, aby Dag posyłano do szkoły, gdyż zdążył zauważyć podczas ostatniego swego urlopu w domu, że dziecko rokuje duże nadzieje. Dagmara jak przez sen tylko pamięta gładki mundur i błyszczące jak lustro cholewy, ale solidarnie z babką wylała morze łez i gorące słała do nieba pacierze za wujka Marcina. Marcin później napisał jeszcze kilka listów weselszej treści, interesował się wszystkim, pytał o jabłoń, którą jako chłopiec posadził przed chałupą. Czerwone jabłuszka padały z Marcinowej jabłoni, gdy jak grom z jasnego nieba spadła na babkę wieść, że jej syn najlepszy, jej chluba, zakończył życie w owym włoskim szpitalu, i to wtedy, kiedy wszystkim się zdawało, że jest uratowany. Łzom i lamentom nie było końca. Dagmarze nie mogło się pomieścić w małej główce, że ten piękny oficer z fotografii już nigdy nie zadzwoni wesoło ostrogami i nie podniesie jej wysoko pod sufit. Był jej wujkiem i ojcem chrzestnym, a więc kimś jedynym, własnym, kogo można było kochać nawet na odległość i marzyć, że znów da jej pieniądze na białą sukienkę w kolorowe fajki.
W kilka miesięcy po śmierci syna babka ciężko zaniemogła na zapalenie płuc. Anielcia przyjechała do domu, by ją pielęgnować; uczynił to też i mąż jej, Józek. Trzeba było zająć się gospodarstwem. We dwoje jakoś dali sobie radę ze zbiorami, wymłócili i już mieli wracać na swoją gospodarkę, gdy babka po raz wtóry zapadła na zdrowiu. Wszystkie leki z miasteczka i garnuszki psiego sadła nie zdołały jej uleczyć. Zmarła, kiedy spadł pierwszy śnieg. Aniela posłała Dag po starego Kowala do Olszyn, aby przyszedł babkę umyć i ubrać do trumny. Zwłoki leżały w izbie na ławie, nakryte zgrzebnym prześcieradłem. Dagmara nie płakała za babką. Ogromnie była ciekawa jej twarzy, ale za nic w świecie nie byłaby uchyliła prześcieradła. Kowal ubrał się pośpiesznie, zabrał z sobą pomalowaną na żółto miarę i, podpierając się nią niczym laską, wspinał się pod stromą górkę. Gdy ocierał łzy kapotą, Dagmara obserwowała go ukradkiem, sama nie płacząc.
Jakże mogła płakać, kiedy ostatnio spotkała ją tak wielka radość! Nie dalej jak wczoraj dostała od Kasi, swej matki, łokieć białego jak śnieg kretonu na fartuszek. Matka przyniosła jej to cudo wraz z dwoma motkami szkarłatnych nici i jutro rano zacznie swoją pierwszą w życiu lekcję wyszywania. Kasia tak uradziła z panią nauczycielką. Kowal ubrał babkę, nim Dagmara i Hanusia, asystujące przy tym, zdążyły zmówić trzy razy Wieczne Odpoczywanie. Babka bardzo się zmieniła. Oczy miała szkliste, otwarte, jej dolna szczęka opadła.
Tej pierwszej nocy po śmierci babki Marek Kerwal przyszedł, aby zabrać Dag do Kasi. Dziewczynka wzięła ze sobą kreton na fartuszek, który już mniej się jej obecnie podobał, gdyż zanadto przypominał ową długą, pośmiertną koszulę, w którą Kowal ubrał babkę do trumny. Kasia chciała ów kreton odebrać, ale Dagmara nie oddałaby go za nic w świecie. Babce dano pod głowę wióry z desek, niczym nie przykryte. Hanusia zaproponowała mały jasiek, który zdobił wysoko zaścielone łóżko, ale Anielcia rzekła:
– Po co umarłemu puchowy jasiek? Babka nie czuje, czy jej twardo, czy miękko.
I zostały babce gołe wióry.
Całą noc spędzoną w domu Kasi Dagmara przepłakała. Teraz dopiero czuła się niczym, osieroconym dzieckiem. Drugiego dnia, w dzień pogrzebu, zbudzona przez służącą Wiktę, zaczęła się ubierać. Na dworze była odwilż. Dziewczynka włożyła jeden bucik i już miała włożyć drugi, gdy zauważyła, że jego podeszwa odpada. Dopełniła więc dzieła odrywając ją do połowy. Teraz, gdy jest bez butów, nie będą jej zmuszali do pójścia na pogrzeb babki. Jak się Kasia z Markiem zabiorą i pogrzeb będzie przechodził koło budki kolejowej pod lasem, wówczas Dag poleci do pani nauczycielki aby jej wreszcie skroiła fartuszek i nauczyła ją wyszywać. Co babce przyjdzie z tego, że Dagmara rzuci na jej trumnę grudkę ziemi? Babka tego nie odczuje, babka już nic nie czuje, nawet ją wióry z desek nie ugniatają w głowę. I pochowają ją bez chustki, i bez krochmalonej halki, haftowanej w koła wielkie jak ciastka.
Młodość z cierpieniami łatwiej się zawsze upora aniżeli wiek starszy, toteż żałoba po babce szybko minęła. W sercu Dagmary pozostało jednak czułe wspomnienie tamtych, lepszych dni. Mieszkała teraz u matki. Myśl o babce to były soczyste, dojrzałe czereśnie, zapach gruszek, kwaskowa słodycz cukierków z jarmarku. Teraz było co innego: uganianie po lasach i potokach za bydłem, które pasła sama w dni powszednie lub przy pomocy służącej, Wikty, w niedzielę, chodzenie do szkoły, uczenie się wierszyków, kopanie w ziemi głębokich jarów, aby odkryć ziarna słodkiej kawki z likierem. Babka mawiała, że rośnie ona na Czarnym Dziale w potoku, do którego wejścia pilnują krasnoludki. Teraźniejszość – to wyjadanie miodu, to zbieranie płonych poziomek na wyrębie, to poszukiwania trzmieli i gniazd ptasich po drzewach i miedzach, kontrolowanie niebieskich, różowych czy szarych jaj w nich się mieszczących oraz karmienie piskląt wykradzionym Kasi z sąsieka miodem lub wlewanie do dzióbków młodych drozdów śmietany. Dagmara robiła to z głęboką wiarą w swoją dobroczynność, z litości dla ptaków, którym nikt inny tych smakołyków nie dawał. Ptaki jakoś tę troskliwość Dagmary znosiły, może zadowolone, że tylko takie zło je spotyka, później dorastały i odlatywały w świat daleki, w jakieś krainy, o których mała Dag ciągle marzyła.
– Wiktuś, gdzie jest Ameryka? – pytała pucołowatą służącą, jedyną przyjaciółkę, jaka jej została po śmierci babki.
– Hameryka? To tam, gdzie słonko w nocy śpi – odpowiadała Wikta.
