Dzielnica wielkich kufrów - Lilian Seymour-Tułasiewicz - ebook

Dzielnica wielkich kufrów ebook

Lilian Seymour-Tułasiewicz

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Mszanie Dolnej

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 407

Rok wydania: 1955

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Lilian Seymour—Tułasiewicz

DZIELNICA WIELKICH KUFRÓW

 

LILIAN SEYMOUR — TUŁASIEWICZ

DZIELNICA WIELKICH KUFRÓW

ISKRY

WARSZAWA

 

1955

 

Okładkę projektował:Bohdan Bocianowski

Redaktor:

Zofia Jerzyńska

Redaktor techniczny: Witold Bobiński

Państwowe Wydawnictwo „Iskry“, Warszawa 1955 rok.

Nakład 10.000 + 176 egz. — Obj. ark. wyd. 15,6. — Ark. druk. 18,5. — Papier druk, mat., kl. V, 70 g, 61 x 86 (16). — Oddano do składania 2. VI. 1955 r. — Podpisano do druku 10. IX. 1955 r. — Druk ukończono we wrześniu 1955 roku.

Drukarnia Akcydensowa w Warszawie, ul. Tamka 3. Zam. nr 1239. B-6-51837

Cena zł 10,90

 

Marii Dawskiej

Rozdział I

Tam na lewo, o, spójrz — Eddie Tramp pociągnął Frantiszka ku sobie — stoi biały dom z wieżyczką. Droga do niego prowadzi poprzez skwer. Idąc stąd prosto, polami, wyjdziesz na stację benzynową, a skręcając w prawo — na skwerek. Zapytasz pierwszego lepszego przechodnia o dom doktora Bootha, a wskaże ci.

— A jeżeli jej nie zastanę? — ociągał się Frantiszek.

— O tej porze musisz ją zastać. Będzie przyjmowała pacjentów swego ojca.

— I co dalej?

— Oddasz jej list i powiesz, że jego autora, swego przyjaciela z okopów, pochowałeś osobiście. Na pewno będzie cię usiłowała wybadać. Jest przebiegła, będziesz się musiał dobrze mieć na baczności.

— Licho mi nadało to wszystko!

— Obiecałeś.

— Dobrze, ale jak ty sobie wyobrażasz taką rozmowę między mną a tą wytworną damą?

— Nie jest powierzchowna. Możesz mówić z nią nawet o Bachu. Jest prawdziwie muzykalna.

— Podejrzewam, że cała ta historia ma jakieś nieczyste tło. — Frantiszek nie taił swojej złości.

— Idź już, idź, Booth przyjmuje tylko do szóstej — nalegał Eddie.

— No, pójdę, skoro już byłem na tyle głupi, żeby ci to obiecać. Ale zapamiętaj sobie: jeżeli sprawa jest śliska, obiję cię — zagroził i szybko zbiegł z pagórka.

Idąc przez pola, pogwizdywał. Był głodny pomimo dopiero co spożytego posiłku. Słońce wisiało jeszcze wysoko, ale nie grzało zbyt mocno. Gdyby nie to, że mieli dwie nie przespane noce za sobą, mogliby wędrować dalej. Powiedziano im, że na farmie cebulowej, odległej nie dalej niż o pięć mil, potrzebowano robotników. Płacono podobno osiem centów od skrzynki. Praca na akord. Trudno marzyć w tej chwili o czymś lepszym. A może ta panna Booth będzie wiedziała o jakiejś pracy dla niego? Ale lepiej nie dopuszczać takiej nadziei do serca. Nie ma sensu — pomyślał i przyśpieszył kroku. Obejrzał się parokrotnie. Towarzysze jego, Eddie Tramp i ten Polak, który przyczepił się do nich przed kilkoma dniami, stali na pagórku i patrzyli za nim.

Doszedł do miejsca, gdzie zaczynały się skrzynki pocztowe. Zastanawiał się chwilę, jaką wybrać drogę. Nęcił go widok pękatych skrzynek; poczta musiała dopiero co przejechać. Gdyby nie było tak jasno, można by ze dwie z nich oczyścić z paczek, które nie mieściły się we wnętrzu i wisiały z boku. Farmerzy mieszkający po drugiej stronie rzeki ustawili te skrzynki, aby listonosz nie musiał robić długiej drogi ze zwykłymi przesyłkami. A może w którejś z tych kuszących paczek jest coś do zjedzenia? Kto wie? — Połykając ślinę Frantiszek podążył przed siebie. Nie uszedł daleko, gdy natknął się na człowieka siedzącego obok drogi i posilającego się z kartonowej puszki. Zaleciał go zapach wędzonki i świeżego chleba. O krok dalej spotkał farmerkę przebiegającą drogę z kubłem mleka. Czyżby doiła krowę w polu? Ach, móc się tak napić świeżego mleka — pomyślał z żalem. Ale nie zdobyłby się na prośbę. Farmerka nie wyglądała zresztą na taką, która robiłaby sobie cokolwiek z głodnego i spragnionego włóczęgi. Farmerzy z tych stron nie grzeszyli gościnnością. Frantiszek i jego dwaj kompani przebywali w tej okolicy od czterech dni — wystarczająco długo, by się o tym przekonać.

Zegar na fabryce ram wybił trzy kwadranse na piątą. Frantiszek przyśpieszył kroku. Niebawem znalazł się naprzeciw zielonego placu z bielejącym pośrodku gmachem biblioteki miejskiej. Po pięknie utrzymanym trawniku biegała za piłką gromada dzieci. Frantiszek pomyślał, że jedyną rzeczą, która prawdziwie podoba mu się w tym kraju, są właśnie trawniki: soczysto zielone, starannie utrzymane. Można było wylegiwać się na nich bez przeszkód. Przyzwyczajony do ochrony trawników miejskich, zmusił się teraz, by przejść przez zieleń i skrócić sobie drogę.

— Hej, chłopcze! — zawołał do wyrostka w mundurze harcerskim pędzącego na wrotkach, najtańszym i najulubieńszym środku lokomocji w tym kraju. — Czy daleko stąd do doktora Bootha?

Chłopiec zrobił zgrabny zwrot i zatrzymując się przed nieznajomym, spytał:

— O którego Bootha panu chodzi? Jest ich dwóch.

— O doktora, tego, co mieszka w domu z wieżami.

— Musi pan obejść bibliotekę i wyjść na Drugą Aleję; to blisko stąd.

Aleja, prowadząca do frontowej furtki domu z wieżami, wysadzana była rododendronami. Kwitły teraz jasnofioletowym szlakiem, ciągnącym się od wału do drzwi wejściowych. W domu ktoś grał na pianinie. Frantiszek musiał dzwonić dwukrotnie, nim mu otworzono. Wyczuł, że kobieta, którą miał przed sobą, nie mogła być tą, do której przybył z poleceniem od Eddiego Trampa. Nie wyglądała na osobę, z którą zaryzykowałby rozmowę o Bachu. Była oschła i oficjalna.

— Do lekarza? — spytała mierząc Frantiszka nieprzyjaznym wzrokiem.

— Nie, do panny Booth. Mam list — wyjaśnił tracąc zwykłą pewność siebie.

Pewnie znowu prośba o protekcję — pomyślała Małgorzata wyczuwając w przybyszu obcego, i to takiego, którego nie należało prosić do poczekalni, gdzie przyjmowano miejscową elitę. Lepiej niech zaczeka tam, gdzie będzie go mogła mieć na oku.

— Moja siostra jeszcze nie wróciła. Czy to ważna sprawa?

— Bardzo ważna.

— Proszę — wprowadziła go do prawie pustego i dawno nie wietrzonego pokoiku.

Czekał już dobry kwadrans, a panna Booth nie nadchodziła. Zaczął się niecierpliwić. Duszno tu było i brzydko. Nad marmurowym kominkiem tanie oleodruki, przeważnie widoki z Gór Skalistych, sąsiadowały z rysunkiem, który wyglądał na oryginalnego Gordona i bardzo go zaciekawił. Czy ta Booth nigdy nie nadejdzie? Towarzysze czekają na niego w umówionym miejscu i się niecierpliwią.

Stojąc przy oknie, którego nie śmiał otworzyć, by wpuścić do pokoju trochę świeżego powietrza, Frantiszek gapił się na ogródek warzywny. Nęciły go rzędy dojrzewających pomidorów; wyobrażał sobie półmisek dymiącej szparagowej fasoli, polanej przyrumienionym masłem i posypanej tartą bułeczką. Głód dokuczał mu coraz bardziej. Już miał zamiar odejść, gdy u drzwi wejściowych rozległ się krótki, nerwowy dzwonek. W podobny sposób dzwoniła jego siostra, Jarmila, irytując tym niezmiernie ojca, emerytowanego radcę praskiego magistratu.

Melody Booth wydała się Frantiszkowi trochę starsza i dużo milsza od swej siostry. Była prawie ruda, miała ostrą, wystającą brodę i piegi. Typowa Irlandka. Ubrana była w skromną, bladolila sukienkę i sandały na niskim obcasie, miała włosy gładko zaczesane, paznokcie bez lakieru i gołe łydki.

Podając rękę wymienił swoje nazwisko. Rozpiął kieszeń podniszczonej wojskowej bluzy i oddał jej list. Przez sekundę odniósł wrażenie, że się lekko zachwiała. Obracała list w rękach, nie mogąc się zdecydować na otwarcie go w jego obecności. Gdy zapanowała nad sobą, spytała:

— Kto to panu wręczył?

Jak wyuczoną lekcję wyrecytował słowa zlecone przez Eddiego. Zdawała się nie dowierzać mu. Zapanowała chwila ciężkiego, podejrzliwego milczenia, po czym panna Booth poprosiła Frantiszka do siebie na górę. Musi jej wszystko opowiedzieć o ostatnich chwilach Allana.

Allana? Jakiego znowu Allana? — zaniepokoił się. Eddie zapomniał mu widać powiedzieć, że tak było na imię przyjacielowi, którego on, Frantiszek, własnoręcznie pochował.

Zaprowadziła go do niedużego, przyjemnie pachnącego gabinetu. Wskazała fotel, przeprosiła i wyszła z listem. Chce go sobie — pomyślał — przeczytać na osobności. Dziwne, że się nie boi, iż on, włóczęga, może tu tymczasem coś ukraść. Rozejrzał się po pokoju. Na stoliku leżało kilka pism i nóż, pamiątka z Brukseli. Uśmiechnął się, jakby na widok dobrego znajomego. Miał taki sam w domu, w Pradze; zawsze rozcinał nim listy. Nagle wstał i podszedł bliżej do biurka. Przyciągnęła go fotografia mężczyzny, którego głowa, gdyby nie ładne, męskie rysy, mogłaby należeć do Eddiego Trampa, szpetnego włóczęgi, od którego odwracały się kobiety i uciekały dzieci. Ale on, Frantiszek, i ten nowy — Stefan — już się przyzwyczaili do niego. Eddie miał głęboki, melodyjny głos i używał wyszukanych słów, którymi zazwyczaj posługiwali się ludzie o uniwersyteckim wykształceniu. Został ranny w ostatnim dniu wojny. Samochód najechał na minę. Skończyło się na oszpeceniu. Jego towarzysze rozpłynęli się gdzieś w powietrzu; nawet strzępów po nich nie można było pozbierać. Tramp uszedł z życiem, to prawda, ale cóż ono było warte, gdy się miało taką twarz?

W sąsiednim pokoju ktoś się krzątał; nakrywano do stołu. Panna Booth zaprosi go zapewne na kolację. Ale on nie zostanie. Eddie na pewno niecierpliwi się. Dlaczego ona tak długo nie wraca? Niech diabli wezmą takie misje!

Gdy wreszcie wróciła, zastała go przed fotografią. Wniosła tacę, butelkę koniaku i kieliszki. Ustawiła to wszystko na rogu biurka i znowu odeszła. Rozmawiała z kimś w sąsiednim pokoju. Doleciał go przytłumiony męski głos zadający jakieś pytania. Usłyszał tylko jej odpowiedź:

— Możesz go sam o to spytać.

Wróciła po chwili z półmiskiem apetycznie pachnących grzanek.

Obserwował, jak sprawnie i szybko nakrywała do stołu. Nie, on nie może tu zostać w tym stroju z daleka cuchnącym włóczęgą. Dawno nie siedział przy nakrytym stole. Wędrując, zatrzymywali się najwyżej — i to niezbyt często — w przydrożnych kioskach z gorącymi kiełbaskami. Co parę mil można było spotkać taki kiosk obok szosy. Pieniądze, te marne grosze, szybko topniały, a apetyt rósł. Gdyby choć raz jeden chciał się najeść do syta, musiałby wydać wszystko, co posiadał.

— Długo pan był razem z Allanem? — spytała tak niespodziewanie, że drgnął.

— Do końca — odparł.

Od dalszych pytań uratowało go wejście dwóch osób: kobiety, tej samej, która otworzyła mu drzwi, i mężczyzny o sztywnej nodze. Teraz dopiero kobieta przywitała się z nim. Mężczyzna tylko skinął głową i usiadł nie czekając, aż to uczynią kobiety. Nie wymigam się od tego podwieczorku — pomyślał Frantiszek. I nie był z tego niezadowolony. Kieliszek koniaku dobrze mu zrobi. Przyrumienione grzanki, posypane parmezanem, i oliwki. Mój Boże! Ostatni raz jadł je na przyjęciu w czeskim poselstwie w Waszyngtonie. Zamierzał wówczas wracać do kraju.

Mężczyzna o sztywnej nodze był mężem jednej z kobiet. Frantiszek zastanawiał się której, gdy Paweł niespodziewanie zagadnął go:

— Nie jesteś Amerykaninem, prawda?

— Nie. Ale walczyłem w waszej armii przez trzy lata. Teraz przemierzam kraj od Atlantyku do Pacyfiku. Mam zamiar napisać o tym książkę.

Pawłowi nie podobał się człowiek w podniszczonym mundurze. Co to za aliant! Nawet nie Anglik. Gdyby chociaż był Francuzem. Na pewno jest zaledwie Polakiem. Kłamie. Nadrabia miną. Tacy jak on nie piszą książek.

— Podoba ci się Ameryka? — zagadnął Frantiszka po raz drugi.

— Jak podobają się panu nasze kobiety? — przerwała Pawłowi Melody Booth.

— Idąc tu przez skwer, pomyślałem sobie, że w tym kraju najbardziej podobają mi się trawniki — odparł śmiało Frantiszek.

Wszyscy troje spojrzeli po sobie zdumieni.

— Trawniki? Przecież trawa jest wszędzie.

— Ale nie wszędzie wolno po niej chodzić — odparł Frantiszek połykając grzankę.

— W Brukseli... — zaczęła młodsza kobieta.

— Dałabyś wreszcie spokój z tą twoją Brukselą — ofuknął ją Paweł. Po sposobie, w jaki się do niej odezwał, Frantiszek odgadł, że są małżeństwem. A więc to nie Melody Booth, tylko jej młodsza siostra jest żoną mężczyzny o sztywnej nodze. Nie wyglądał na inteligenta, choć był nim niewątpliwie. Duży, nalany, o bladych, obwisłych policzkach, mógł mieć trzydzieści parę lat. Na pewno jest trudny w pożyciu, gderliwy. Urodzony starzec. Nic dziwnego, że kobieta jest taka oschła. Nie ma chyba łatwego życia. Jest nawet ładna. Twarz w kształcie serca, naturalnie falujące włosy, równe zęby. Gdy się uśmiecha, staje się dziwnie promienna i dziewczęca. Jest o dobre siedem lat młodsza od swego męża.

— Czy ma tu pan kogoś w mieście? — spytała Melody Booth nakładając Frantiszkowi na talerz dwie grzanki.

— Wędruję z dwoma kompanami. Przybyłem specjalnie, żeby spełnić obowiązek i oddać pani list.

— Jestem panu niezmiernie wdzięczna. Ale musi mi pan dokładnie o wszystkim opowiedzieć.

Paweł zrobił gest ręką w kierunku butelki koniaku. Wstała i nalała im jeszcze po kieliszku.

— Gdzie zostali pańscy towarzysze? — Paweł okazał nagłe zainteresowanie.

— Czekają na mnie niedaleko stąd. Idziemy w kierunku farmy cebulowej. Słyszeliśmy, że można tam dostać dorywcze zajęcie.

— Poza pisaniem książek zajmuje się pan zbieraniem cebuli? — śmiech Pawła wypadł brutalnie. Frantiszek miał wielką ochotę cisnąć w tego pewnego siebie tłuściocha talerzem.

— Nie jesteśmy dorobkiewiczami wojennymi; podróżując musimy równocześnie zarobić na swoje utrzymanie — objaśnił zwracając się nie do Pawła, lecz do jego żony.

— Może moglibyśmy panom w czym pomóc? Jesteśmy tutejsi, mamy znajomości... — zaryzykowała Małgorzata. Zrobiło jej się nagle żal tego obcego człowieka. Paweł był skończonym brutalem, wyśmiewając go. Widać od razu, że ten człowiek sypia, gdzie się da.

— Muszę z panem porozmawiać — błagała Melody Booth, widząc, że Frantiszek podnosi się, by odejść.

— Moi kompanii będą zaniepokojeni. Zostawiłem im plecak, muszę wracać, gdyż zamierzamy wyjechać stąd o ósmej — bronił się.

— Odprowadzę pana w takim razie — rzekła nie zważając na wyraźne niezadowolenie Pawła.

— Dobrze — zgodził się bez entuzjazmu.

Szli w kierunku skweru, gdy do uszu Frantiszka doleciał znajomy gwizd. A więc Eddie i Stefan czekali tu gdzieś w pobliżu. Przystanął.

— Czy to wszystko, co mi pan powiedział o Allanie, jest prawdą? — chwyciła go za rękę.

— Naturalnie — skłamał.

Zaczynał już coś niecoś rozumieć. Eddie Tramp — to nie ulegało wątpliwości — musiał być tym Allanem, którego on rzekomo pochował. Frantiszek domyślał się, dlaczego tamten chciał uchodzić za zmarłego.

— Co mogłabym dla pana zrobić? — spytała zatrzymując się przed niskim żywopłotem.

— Dziękuję pani. Daję sobie jakoś radę.

— Gdyby pan potrzebował pieniędzy...

— Ach, nie, nie. Wprawdzie wędrujemy szosą i pracujemy, gdzie się da, na swoje utrzymanie, ale nie jesteśmy żebrakami.

— Miałam na myśli pożyczkę. Będzie mi bardzo przykro, jeżeli pan, przyjaciel Allana, odmówi przyjęcia skromnej pomocy.

— Czy koniecznie chce pani wyrządzić mi przykrość? — spytał patrząc jej w oczy.

Opuściła wzrok; widział, że z trudem panuje nad sobą. Skorzystał z tego momentu, by ją spiesznie pożegnać.

— Oddałeś? Rozmawiała z tobą? Co mówiła? — Eddie wypytywał zduszonym głosem. Był bardzo wzruszony.

— Wielka szkoda, że jednak sam nie poszedłeś z tym listem, kapitanie Allanie — odburknął Frantiszek biorąc od Eddiego swój plecak. — Chciała mi dać pieniądze. Nie miałem polecenia wziąć, więc nie wziąłem — pokpiwał.

— Skąd ci przyszło na myśl, że to ja jestem kapitanem Allanem?

— Widziałem twoją fotografię nad jej biurkiem. Poznałem cię od razu. Oczywiście, nie zdradziłem jej, że jesteś tak blisko. Mogłaby zapragnąć zobaczyć się z tobą. A ty tego właśnie chcesz uniknąć, prawda?

— Bredzisz, fantasto! Przede wszystkim nie jestem kapitanem Allanem.

— Zapewne awansowałeś na pułkownika, nim wojna dobiegła końca.

Eddie Tramp zamilkł. Wyczuł, że ten Czech jest inteligentnym i bystrym obserwatorem i cokolwiek by powiedział, to i tak go nie przekona. Niedługo rozstaną się i zapomną o sobie, niech więc myśli, co chce. Grunt, że spełnił jego prośbę. Długo trzeba było czekać, by natrafić na właściwego człowieka.

— Nie kupiłeś przypadkiem papierosów po drodze? — zagadnął Frantiszka drugi towarzysz wędrówki, Stefan Notecki.

Frantiszek podał kompanowi paczkę.

— Zapraszam was na porządną kolację i na piwo „Pod Zieloną Butelkę“ — oświadczył Eddie.

— Ta panna Booth powinna cię jednak zobaczyć. Wcale nie jesteś taki odrażający, jak się sobie samemu wydajesz. Jeżeli kochała cię prawdziwie...

— Ach, stul pysk! — wrzasnął Eddie. Po raz pierwszy usłyszeli od niego brutalne słowo. Tramp odszedł na bok, zapalił papierosa, ale już po chwili podszedł do Frantiszka i wyciągając rękę rzekł miękko:

— Przepraszam, że się uniosłem. Przeżywam istne piekło.

Rozdział II

Tego wieczora Pawhuska była wyjątkowo cicha. Przypisać to należało rozlepionym po mieście afiszom zapraszającym do sąsiedniego miasteczka na tańce z niespodziankami. Miano tam ponadto wybrać królową piękności na dwa powiaty. Nic też dziwnego, że na ulicach spotkać można było zaledwie kilku cowboyów z sąsiednich farm. Na rynku orkiestra miejska kończyła swój codzienny dwugodzinny koncert, wysłuchiwany przez kilka starszych pań. Przed kawiarnią „Pod Czarnym Orłem” zebrała się grupka inwalidów, którzy właśnie odbyli tam walne zebranie.

Natomiast w tawernie „Pod Zieloną Butelką” dyskutowano tak przekonywająco, że przez drzwi za grupą wycofujących się mężczyzn wylatywały stołki, butelki od piwa, szklanki; parę żarówek z trzaskiem rozbiło się na jezdni. Szyba wystawowa knajpy była oblepiona afiszami przedwyborczymi. Duży, czerwony zapowiadał wiec polityczny na następny dzień. Na innych afiszach powypisywano głupstwa i dorysowano gładkiej twarzy prezydenta Trumana wąsy do złudzenia przypominające wąsy Hitlera. Jakiś pijany cowboy najspokojniej w świecie załatwiał swoją potrzebę wprost na gładko wygoloną twarz kandydata, obiecująco uśmiechającą się z plakatu do przyszłych wyborców.

— Lepiej odejdźmy stąd, nim zjawi się policja. Nie możemy wpaść w taką historię zaraz pierwszego wieczoru naszego pobytu w zacnej Pawhusce — zwrócił się do towarzyszy Eddie.

— Mam wściekłą ochotę przyjrzeć się tej bandzie dzikusów — upierał się Frantiszek.

— Mnie ponad wszystko interesuje dobra kolacja, na którą nas zaprosiłeś — Stefan łyknął ślinę.

— Więc spróbujemy wobec tego, chłopcy, raz kozie śmierć! — zadecydował Eddie.

Wchodząc natknęli się na grupę szamoczących się pijaków. Jeden trzymał drugiego za gardło, trzech innych pomagało mu, kopiąc napadniętego.

— Hejże, cóż to za zwyczaj — czterech na jednego! — ryknął Eddie.

Przerażeni, a może raczej zdumieni widokiem okropnie oszpeconej twarzy przybysza, odskoczyli puszczając ofiarę. Teraz wszyscy czterej stanęli w przejściu zagradzając przybyłym drogę.

— Coście za jedni? Może macie zamiar powiesić afisze przedwyborcze swojej zafajdanej partii, co? Uważajcie, byśmy was samych nie powiesili — zaczął wykrzykiwać pijaczyna o podrapanej gębie. Z rozciętej wargi lała mu się ciurkiem krew.

— Z drogi! — wrzasnął Eddie.

— Szelkarze! Jacy pewni siebie. Będziecie jeszcze portki nosić na podwiązkach — pomstował ten, którego dopiero co tarmosili jego towarzysze. Z trudem utrzymywał się na nogach. Oko miał też zakrwawione. Nagle zaczął coś bełkotać w obcym języku.

— Grek? — szepnął do Eddiego zdumiony Frantiszek.

— Być może. Jest ich sporo w mieścinie.

Właściciel knajpy wyszedł spoza bufetu i szeptem tłumaczył coś pijanym awanturnikom. Trójce wędrowców wskazał stolik na środku sali. Niebawem przyszła kelnerka, przyjęła zamówienie i już miała odejść, gdy zobaczyła na plecaku Eddiego nalepkę domu noclegowego z Witchity.

— Z Kansas jesteście? To moje rodzinne strony. Mój Boże! — twarz dziewczyny rozjaśniła się nagłą serdecznością.

Jeden z napastników podszedł do trójki i wlepiając zapite ślepia w nalepkę domu noclegowego, spytał:

— Co tam macie w tych plecakach?

— Co tobie do tego? Pilnuj swego nosa i swej butelki — odparł Eddie robiąc odstraszający grymas.

— Coście za jedni? — natręt nie miał zamiaru ustąpić.

— Rycerze króla Artura we własnych osobach. Cóż tobie do tego?

— Jestem zastępcą szeryfa i członkiem straży narodowej. Mam prawo wylegitymować każdego.

— Chcemy w spokoju zjeść kolację, nasze to psie prawo, panie Whoope.

— Nie znam cię. Nigdy nie widziałem twojej mordy w tej mieścinie; skąd wiesz, że jestem właśnie Whoope? — Pijak wydawał się być mocno zaintrygowany. Jak świat światem, a Pawhuska Pawhuską, takiej szpetoty nikt tu nie oglądał. — Słuchajcie — zastępca szeryfa zwrócił się do wędrowców — czy wam się to podoba, czy nie, mam prawo was wylegitymować!

— Idź do domu i połóż się do łóżka, legitymować masz czas wtedy, gdy znowu będziesz przytomny. — Eddie Tramp widocznie nic sobie nie robił z zastępcy szeryfa. Towarzysze jego byli tym bardzo ubawieni, nie odzywali się jednak, by nie pogarszać sytuacji.

— Kto powiedział, że jestem pijany? Kto? — czkał zastępca szeryfa. — Cinduś — zwrócił się do kelnerki niosącej półmisek — nie powinnaś obsługiwać tej bandy, dopóki ja ich.... ja ich... nie wyle...

— Uspokój się, Whoope. To porządni ludzie, moi krajanie w dodatku. Nie zajmują się polityką, przyszli zjeść kolację. Mamy pyszne faszerowane papryki w pomidorowym sosie, do tego nie byle jaki porter. Szef prosi cię, byś mu towarzyszył przy kolacji — kelnerka poklepała zastępcę szeryfa poufale po plecach. Pijak, udobruchany, niespodziewanie ustąpił.

Trzech wędrowców spożywało kolację w spokoju. Właśnie kończyli posiłek, gdy wzrok Eddiego padł na budkę telefoniczną ustawioną tuż obok pianoli. Strzelił mu do głowy jakiś pomysł. Przeprosił towarzyszy, wszedł do budki i nakręcił numer. Czekał dłuższą chwilę; widać nikt nie podchodził do aparatu. Wreszcie udało się uzyskać połączenie. Usłyszeli jego stłumiony głos, usiłujący przekonać kogoś po drugiej stronie drutu, że mówi Eddie Tramp z Witchity.

Rozmowa trwała parę sekund. Eddie wrócił do stolika dziwnie roztrzęsiony i natychmiast skinął na kelnerkę, by uregulować rachunek. Żaden z jego towarzyszy nie wiedział, dokąd mu się śpieszyło. Było dla nich niespodzianką, że Eddie tak dobrze znał zastępcę szeryfa, chociaż nie dalej niż parę godzin temu zapewniał ich, że bawił w Pawhusce przed wielu laty, bardzo krótko, i że poza panną Melody Booth nie znał tu nikogo.

Gdy wyszli, niebo, pochmurne z wieczora, migotało milionami gwiazd. Noc była ciepła i cicha. Tylko z oddali dochodził rechot żab. Seledynowe światło ulicznych latarń słabo oświetlało okolicę. Trójka szła pośpiesznie do kawiarenki „Pod Telefonem“, gdzie, jak zapewniał Eddie, będą mogli spokojnie posiedzieć nad filiżanką dobrej kawy.

„Pod Telefonem“ było prawie pusto. Nad stołem pełnym naczynia, przygotowanego w przewidywaniu większego ruchu, kiwała się pomywaczka Ruth Creek. Eddie Tramp ucieszył się jej widokiem; omal nie krzyknął słów powitania cisnących mu się na usta. Ale przecież nie poznałaby go, więc po co robić starej przykrość. Jej syn chodził z Eddiem do szkoły. Ach, nikt w miasteczku nie robił tak wspaniałych placków kukurydzianych jak Ruth. Chodziło się do niej na wyżerkę, pomimo że Ruth Creek była wdową i miała na utrzymaniu siedmioro dzieci, z tych zaś najstarszy, Filip, liczył wówczas zaledwie trzynaście lat. Mąż Ruth, Harold Creek, był strażakiem. Zginął przed laty w czasie wielkiego pożaru. Co się stało z resztą dzieci? Nie było im chyba za dobrze, skoro matka musiała zarabiać na życie mimo podeszłego wieku.

Nowoprzybyli zamówili kawę i kukurydziane placki z syropem oraz poprosili kelnerkę o papierosy. Twarz Eddiego, jak zwykle, wywołała sensację. Przyglądano mu się bez żenady, sycąc się niejako tą potworną maską. Towarzyszy jego drażniło to ludzkie natręctwo; głęboko, po męsku, współczuli okaleczonemu.

— Obawiam się — powiedział Eddie — że popełniłem straszliwe głupstwo.

Lecz nie wyjaśnił, na czym to głupstwo polegało.

*

Rodzina doktora Bootha siedziała przy kolacji. Booth nakładał sobie drugą porcję cebuli w białym sosie, gdy zadzwonił telefon.

— Zjeść nie dadzą w spokoju. Podejdź i powiedz, że nie ma mnie w domu — zwrócił się do starszej córki.

Melody Booth odepchnęła krzesło i podeszła do aparatu. Już po pierwszych słowach coś nią gwałtownie targnęło. Krew uderzyła jej do głowy, serce zaczęło walić jak oszalałe. Zbladła i oparła się o ścianę. Zdawało się, że upadnie. Wykrztusiła imię, na którego dźwięk Małgorzacie wypadł z ręki widelec. Paweł i ojciec przestali jeść. Coś dziwnego działo się z Melody. Skoczyli na pomoc. Paweł odebrał jej słuchawkę. Dziwnie znany mu głos z drugiej strony drutu tłumaczył, że mówi Eddie Tramp z Witchity. Nikt nie znał człowieka o takim imieniu i nazwisku.

Czując, że dzieje się z nią coś bardzo niedobrego, Melody opadła na krzesło. Małgorzata podała jej szklankę mrożonej herbaty. Wypiła tylko jeden łyk i natychmiast zerwała się na równe nogi. Chwyciła Pawła za rękę usiłując odebrać mu słuchawkę. Oddał ją bez słowa: człowiek z drugiej strony drutu właśnie się wyłączył.

— To na pewno był Allan! Przysięgam, ojcze, że to był on!

Booth, zły, że przerwano mu kolację, odparł opryskliwie:

— Majaczysz. Dałabyś sobie wreszcie spokój. Nie dalej niż dwie godziny temu był tu ten człowiek, który cię zapewnił o jego śmierci.

— Nigdy nie uwierzę w śmierć Allana!

— Doprowadzisz siebie i nas wszystkich do szaleństwa! — Booth był wzburzony do ostateczności.

— Muszę go odnaleźć. Muszę! Choćbym miała szukać do końca moich dni — powtarzała nieprzytomnie.

— Na pewno było złe połączenie. Słyszałaś kiedy o Eddiem Trampie z Witchity? — spytał Paweł usiłując uspokoić szwagierkę, chociaż głos w telefonie wybitnie przypominał głos zaginionego Allana.

— Ojcze, użycz mi swego samochodu, dowiem się na poczcie, skąd był telefon. Elga zwykle dobrze pamięta; podsłuchuje przecież wszystkie moje rozmowy.

— Pojadę z tobą — zaofiarował się Paweł.

Telefonistka nic sobie nie przypominała. Była skłonna uznać wyjaśnienie, jakie sugerował Paweł: że musiało to być po prostu fałszywe połączenie. W całej Pawhusce jest zaledwie dwieście numerów, można więc było dobrze zapamiętać poszczególne rozmowy.

Po wyjściu z urzędu telefonicznego Paweł i Melody znaleźli się tuż obok pustej prawie kawiarni. Przez szybę widzieli grupkę ludzi skupionych przy telewizorze. Melody nie miała ochoty wracać do domu. Była pewna, że tej nocy nie uśnie. Stojąc obok samochodu, który zaparkowali tuż przed kawiarnią, spostrzegli zataczającego się pijaka. Rozpoznali w nim zastępcę szeryfa. Paweł nie rozmawiał z nim od czasu swego powrotu z wojny. Gardził pijaczyną, wiedział, że Whoope był w dobrych stosunkach z jego teściem i że maczał palce w niejednej brudnej robocie. Whoope był potomkiem tego Niemca, co to pieszo obszedł świat, a utkwił na dobre w Pawhusce, zakochawszy się w Annie Pink. Ktoś w miasteczku ułożył nawet na ten temat bardzo zabawną piosenkę. Śpiewano ją do tej pory, dokuczając w ten sposób ogólnie nie lubianemu Niemcowi.

Na widok panny Booth Whoope zdjął kapelusz i ukłonił się nim szarmancko.

— Jak to, pani nie na tańcach? — spytał zbliżając się z obleśnym uśmiechem.

— To samo pytanie mogłabym panu zadać — odpowiedziała chłodno.

— Co do mnie, to mam dziś służbę. Cała sfora chuliganów zjechała do miasta, trzeba ich trzymać za mordę. Planują na jutro grubszą awanturę z tym wiecem. Przed chwilą umknęła mi część bandy, gdy zagadałem się z przyjaciółmi. Nie widzieliście ich przypadkiem? Było ich trzech, jeden z pokiereszowaną mordą. Ubrani w mundury wojskowe. Nietutejsi.

— Tym łatwiej powinni panu wpaść w oko, Whoope — uspokoił go Paweł.

— Jeżeli są w mieście, to spotkam ich, nie dziś — to jutro.

— Gdzie pan ich widział? — Melody Booth okazała nagłe zainteresowanie.

— Jadłem kolację z kumplami „Pod Zieloną Butelką“; tam przyszli.

— Czy nie zauważył pan... — tu Melody zawahała się — czy nie zauważył pan, który z nich telefonował do mego ojca?

— Ależ naturalnie. Telefonował ten z pokiereszowaną mordą. Strach by panią obleciał, gdyby go pani spotkała, miss Booth.

Melody posłała Pawłowi prawie tryumfalne spojrzenie. Była w każdym razie na tropie. O, dziś Melody Booth nie położy się do łóżka. Będzie czatowała na człowieka o pokiereszowanej twarzy. Ten głos, tak, to nie ulega najmniejszej wątpliwości, był głosem Allana. Dlaczego jednak miałby ukrywać się przed nią? Czyżby?... — panna Booth doznała nagłego olśnienia.

— Spieszmy się, Pawle! — otworzyła drzwi samochodu i wskoczyła do środka. Uśmiechnęła się do Whoopego prawie serdecznie, pomimo że drab napełniał ją odrazą.

Przy wsiadaniu do samochodu sztuczna noga zawsze sprawiała Pawłowi pewien kłopot. Z trudem lokując się koło szwagierki widział, jak Whoope posłał mu spojrzenie pełne współczucia. Któż nie pamiętał, że przed wojną Paweł był najlepszym tancerzem w miasteczku?

— Wysiądziemy na chwilę i wstąpimy „Pod Zieloną Butelkę“ — powiedziała Melody. Pawłowi było wszystko jedno. Niech się kobieta wyżyje — pomyślał.

O tej porze tawerna robiła wrażenie taniej budy karczemnej. Podłoga była zapluta, lokal zadymiony; w kuchni widocznie przyrządzano baraninę, gdyż z sutereny buchał zapach czosnku. Gdy tylko kelnerka Cindy zbliżyła się do nich, Melody spytała, czy była tu dziś wieczorem trójka obcych. Jak wyglądali? Czy nie było wśród nich bardzo przystojnego blondyna w wojskowym mundurze i czy on przypadkiem nie korzystał z telefonu?

— Była przede wszystkim awantura z pijanym Whoopem. Było też trzech wędrowców, może jeden z nich był nawet blondynem, ale telefonował człowiek o straszliwie pokiereszowanej twarzy. Miał ze sobą plecak tak samo jak tamci, ale pochodził z moich rodzinnych stron, z Witchity.

— Znasz go? — spytała panna Booth.

— Oczywiście, któż by go nie znał? Człowiek z taką twarzą na długo zostaje w pamięci. Miałam dwanaście lat, gdy spotkałam go po raz pierwszy. Było to dziesięć lat temu.

Melody podziękowała Cindy za informacje i razem z Pawłem opuściła lokal.

— Myślałam, że jestem na tropie, że to może Allan ukrywa się z powodu oszpeconej twarzy. Ten głos, przysięgłabym, należał do niego. Ale chyba Cindy nie zależałoby na oszukaniu mnie, prawda, Pawle? Jakiż miałaby w tym interes?

*

W momencie kiedy Eddie Tramp, Frantiszek i Stefan Notecki zajadali najspokojniej drugą porcję kukurydzianych placków, do kawiarni „Pod Telefonem“ wpadł z szumem i hukiem zastępca szeryfa, Whoope. Towarzyszył mu doktor Booth. Rzadko widywało się doktora w publicznych lokalikach Pawhuski. Nie pasował do nich, tak jak one nie pasowały do niego. Booth był z natury człowiekiem ponurym i ciężkim. Uważał, że życie składa się wyłącznie z chorób i nieszczęść, a w najlepszym razie z chorób, nieszczęść i urodzin. Wejście Bootha poruszyło garstkę obecnych, nie wyłączając Eddiego Trampa, który nagle zamilkł.

Doktor z Whoopem usiedli tuż za stolikiem Trampa i jego towarzyszy. Każde wypowiedziane słowo musiało docierać do ich uszu. Eddie odczuł instynktownie, że wizyta lekarza w kawiarence miała zapewne związek z jego osobą. Ach, dlaczegóż nie powstrzymał się od szaleństwa? Zawsze działał pod wpływem pierwszego impulsu i zawsze wynikały z tego kłopoty. Chciał bodaj usłyszeć głos ukochanej. Nie przypuszczał, że pozna go natychmiast. Ileż starań włożył w to, by ją przekonać, że dawno nie żyje. A ona, jak można się było spodziewać, gdy się ją bliżej znało, nie ustawała w poszukiwaniach. Zmobilizowała swoje liczne znajomości w Nowym Jorku i Waszyngtonie, usiłując dowiedzieć się szczegółów o jego pobycie we francuskim szpitalu, a następnie o jego tajemniczym zniknięciu ze statku przed dwoma laty. Dopiero w tej chwili Eddie zrozumiał, jak wielkim wstrząsem musiał być dla niej ten telefon.

Zarówno Booth, jak i Whoope wpatrywali się w wędrowców bez żenady, łowiąc każde ich słowo. Towarzysze Eddiego byli zaniepokojeni nagłą zmianą w zachowaniu się ich kompana, która nastąpiła po wejściu do lokalu Bootha i nietrzeźwego zastępcy szeryfa. Kim był Booth, nie orientowali się. W jego nalanej twarzy, białej i martwej, było coś odrażającego. Mógł być równie dobrze szeryfem, jak tajnym agentem federalnym.

Człowiek z pokiereszowaną twarzą wydał się Boothowi dobrym znajomym. Gdy tak siedział odwrócony plecami, można go było wziąć za Allana. Głos, choć mówił bardzo cicho, też przypominał doktorowi człowieka, którego tajemnicza śmierć przyprawiła jego starszą córkę o rozstrój nerwowy. Niechby sobie obejrzała tego z pokiereszowaną gębą. Przyśniłby się jej, nie ulega wątpliwości. Cała jego sylwetka przypomina tamtego, to prawda, ale na pewno nim nie jest. Dziwny zbieg okoliczności, że właśnie dzisiaj, kiedy Melody otrzymała ustną relację o jego zgonie, zdarzyła się historia z telefonem. Ktoś, kto chciał uchodzić za zmarłego, nie telefonowałby przecież. Nie miałoby najmniejszego sensu wyobrażać sobie, że Allan podjął tę grę po to tylko, by odejść od kobiety. I dlaczego chciałby jednocześnie odejść od wszystkich swoich bliskich? Rodzina Allana też nic więcej nie wiedziała ponad to, czego dowiedziała się u władz jego córka. Relacje bezpośredniego świadka śmierci Allana powinny być dla Melody najbardziej wiarogodne. Cóż, kiedy ona należy do kobiet wierzących w ,,przeczucia“. Z uporem szaleńca ciągle twierdziła, że gdyby Allan naprawdę nie żył, ona odczułaby to zupełnie inaczej. Jakże silnie była z nim związana. Ach, ileż kłopotu miewają z córkami samotni ojcowie! Jedna ciągle płacze po kątach, bo mąż wrócił kaleką, druga rozpacza za kaleką, który nie chciał wrócić. Miłość — Booth już dawno doszedł do tego wniosku — spowodowała w jego rodzinie sporo nieszczęścia. Jak to się stało, że córki jego wyrosły na histeryczki i dziwaczki? Starał się dać im „męskie wychowanie“, wysyłał do dobrych szkół, a pomimo to zachowały zbyt wiele dziedzictwa po swej matce.

— Mówiono mi — Whoope szeptał w lewe ucho Bootha — że będzie pan typowany na członka komisji do badania działalności antyamerykańskiej.

— Bzdury! Nie mam na to czasu. Szpital i praktyka prywatna są wystarczającymi zajęciami dla człowieka w moim wieku — odparł obłudnie, choć tajne pismo w tej sprawie leżało u niego w biurku.

Już od paru minut Whoope widział, że jego relacje nie robią na doktorze większego wrażenia. Booth był całkowicie pochłonięty rozmową w najbliższym sąsiedztwie: O czym i po jakiemu oni mówią? Cudzoziemcy? I ręce tego człowieka... nie, to zbyt fantastyczne i niepokojące...

Eddie leniwym krokiem podszedł do kasy. Zapłacił, otrzymał resztę i nagle wdał się w rozmowę ze starą Ruth Creek.

Tutejszy? — zastanawiał się doktor.

Kiedy wyszli, Booth podszedł do Ruth i spytał:

— Kim jest ten człowiek, z którym rozmawiałaś przed chwilą?

Ruth wzruszyła ramionami:

— A bo ja wiem?

— O czym z tobą rozmawiał?

— Chwalił moje placki.

— I nic więcej?

— Nic.

— Miej tych trzech na oku, Whoope. Wydają mi się podejrzani. Na pewno nie przybyli tu z czystymi zamiarami. Należałoby zrewidować ich plecaki.

— Zrobi się. Proszę być spokojnym — zapewnił tamten gorliwie.

*

Noc była duszna, od rzeki szedł zapach palonych śmieci. Trzej wędrowcy doszli do „Czarnego Orła“ i omawiali między sobą możliwość przespania tej nocy pod dachem. Zanosiło się na burzę.

— Wejdźmy do hotelu. Ten drań, zastępca szeryfa, sunie za nami — powiedział nagle Eddie popychając wahadłowe drzwi wejściowe.

— Jakie są możliwości otrzymania pokoju o trzech łóżkach? — spytał Stefan portiera.

— Mam pokój zamówiony warunkowo na godzinę pierwszą. Jeżeli ten agent nie nadjedzie, będę go mógł panom odnająć. Innymi nie dysponuję — poinformował ich portier.

— Zaczekamy w takim razie do pierwszej.

— Czy panom tak bardzo zależy na przenocowaniu w hotelu? — zagadnął po chwili portier zniżając nieco głos.

Eddie spojrzał po towarzyszach i odparł:

— Chodzi nam o świeżą pościel i kąpiel. Ewentualnie śniadanie.

— Skoro tak, mogę panom odstąpić na tę noc pokój u siebie w domu. Ilekroć hotel jest przepełniony, jak na przykład dziś, korzystają z niego nawet bardzo wymagający podróżni. Mieszkam zaraz obok.

— A cena? — spytał przezornie Stefan.

— Ta sama co tu, z tą różnicą, że rano dostaną panowie kawę i porcję szynki bez dopłaty.

— Doskonale — zgodzili się.

— Niechże panowie wyjdą w takim razie i zaczekają na rogu obok garaży. Przyjdę tam za parę minut i zaprowadzę panów.

W tej chwili do hallu wszedł Whoope i skierował się wprost do portiera, udając, że ich nie widzi. Coś tam z portierem poszeptał i odszedł nie oglądając się nawet.

Wyszli z zamiarem zaczekania koło garaży. Po paru minutach zjawił się portier. Był dziwnie zdenerwowany. Mówił prawie szeptem:

— Szeryf się wami interesuje. Uważa was za podejrzanych.

— Panie Pratt, jesteśmy porządnymi ludźmi. Nie potrzebuje się pan obawiać. Whoope jest pod gazem i sam nie wie, co plecie. Oczywiście, jeżeli ma pan obawy, nie nalegamy o nocleg w pańskim domu.

— Jest pan tutejszy? — Pratt wpatrywał się w straszną twarz Eddiego, ale nie mógł sobie przypomnieć, aby go kiedykolwiek przedtem widział. Głos, tak, głos wydał mu się nawet znajomy, ale wiele ludzi mówiło podobnie.

— Zatrzymywałem się w waszym hotelu przed wojną. Trudno panu poznać mnie, panie Pratt. Wojna nie była dla mnie łaskawa. Nazywam się Eddie Tramp, z Witchity.

— Tramp z Witchity? Czy to nie pan handlował przed wojną oponami samochodowymi firmy Du Pont?

— Widzę, że mnie pan sobie zupełnie dobrze przypomniał.

— Możemy być obserwowani. Nie chciałbym ściągać na siebie złości szeryfa — szeptał pośpiesznie portier. — Proszę, niech panowie dyskretnie idą parę kroków za mną; zostawię drzwi werandy otwarte i uprzedzę moją żonę o przybyciu gości.

Rozdział III

Melody Booth szła do konserwatorium krótszą drogą. Siąpił drobny kapuśniaczek, chociaż wczorajszy upał wróżył raczej burzę z piorunami. Panna Booth szczelniej zapięła trencz, na gładko uczesane włosy narzuciła kaptur. Zegar na wieży ratuszowej wybił ósmą. Skoro szła już tędy, należało wstąpić do Prattowej i dowiedzieć się, jak się przedstawia sprawa serwety zamówionej w prezencie dla Małgorzaty.

Ominąwszy garaże hotelowe Melody znalazła się tuż pod werandą Prattów. Właśnie wycierała pilnie pantofle, żeby pedantycznej pani Pratt nie zanieczyścić froterowanej posadzki, gdy wszystko w niej zamarło: z parterowego pokoju, w którym Prattowie zwykle spożywali posiłki, doleciał ją znajomy głos. Wsłuchała się w niego całą duszą. Allan! To nie ulegało najmniejszej wątpliwości. Śmiał się i żartował; słyszała nawet, jak zabawnie droczył się z panią Pratt mówiąc coś o pani Creek, jej ciotce. Allan! A więc żyje i ukrywa się przed nią. Dlaczego? Stała chwilę niezdecydowana. Wejść czy odejść? Za wszelką cenę musi się z nim rozmówić. Wejdzie nie pukając. Zaskoczy go po prostu. Ostatecznie przychodzi do pani Pratt w interesie.

Otworzyła drzwi zupełnie cicho i stanęła w jadalni Prattów. Trzej mężczyźni wydawali się zaskoczeni jej niespodziewanym wtargnięciem. Jednym z nich był ów przyjaciel Allana, ten sam, który odwiedził ją wczoraj i złożył długą relację o śmierci kolegi. Oddał jej poza tym list pisany przez Allana przed śmiercią i drobne pamiątki, wśród nich fotografie z ostatniego urlopu Allana. Dwóch pozostałych było obcych. Człowiek z okropnie oszpeconą twarzą chciał właśnie nabrać na widelec kawałek szynki, ręka zawisła mu jednak w powietrzu, otworzył szeroko usta, jakby zamierzał coś powiedzieć, wreszcie położył widelec na talerzu i wstał. Ukłonił się milcząco, odwrócił i chciał opuścić pokój kierując się do kuchni Prattów, lecz Melody zagrodziła mu drogę.

— Dzień dobry, Allanie! — powiedziała po prostu.

Wpatrując się w nią jak urzeczony, milczał chwilę. Wreszcie z wysiłkiem, głosem opanowanym, powiedział:

— Myli się pani. Jakiegoż to nieszczęśnika przypominam? — usiłował żartować.

— Przypominasz samego siebie. Dopiero teraz zrozumiałam, dlaczego się ukrywasz przede mną. Czy zasługuję na podobne traktowanie? Za kogo ty mnie właściwie masz? — W jej głosie zabrzmiała głęboka nuta żalu.

Tramp przyglądał się dziewczynie bezradny, z uczuciem szczęścia i bólu.

Podeszła pół kroku bliżej, patrzyła prosto w jego szare oczy.

— Allanie, bądź ludzki, na nic zda się ta komedia. Poznałabym cię zawsze i wszędzie, choćbyś nie wiem jak był zmieniony. Cierpiałam bardzo, ale nie zaszło w moim życiu nic takiego, co mogłoby spowodować zmianę moich uczuć dla ciebie — wyciągnęła do niego rękę.

Udał, że tego nie widzi.

— Niechże pani będzie rozsądna — powiedział zimno.

— Rozsądna? — oburzyła się. — Po tym wszystkim, co przez ciebie wycierpiałam?

Pani Pratt wbiegła do jadalni. Trzymała w ręce dymiącą patelnię. Scena, którą zastała, zaskoczyła ją.

— Ach, to pani, miss Booth. Właśnie zdawało mi się, że słyszę pani głos. I nie omyliłam się, dzięki Bogu. Jak to dobrze, że pani wpadła. Mamy gości. Przyjaciele mego, męża — usprawiedliwiała się. Nie mogła dopuścić, choć ufała pannie Booth, żeby się rozniosło po mieście, iż oni, Prattowie, robią hotelowi konkurencję. Żyć trzeba i koniecznie należy złożyć coś do banku na czarną godzinę, a z marnej pensji nocnego portiera hotelowego — niesposób.

— Droga panno Booth, niechże pani pozwoli do salonu — Prattowa wskazała sąsiednie drzwi.

— Spotkałam znajomych, droga pani Pratt, i to od dawna nie widzianych. — Melody powiedziała te słowa spokojnie, ale z widocznym wysiłkiem.

Stali chwilę wszyscy czworo, bezradnie spoglądając po sobie.

— Niech mi pani pozwoli zatelefonować. Muszę dać znać do konserwatorium, że się spóźnię.

— Ależ proszę, panno Booth, bardzo proszę.

Podeszła do aparatu i nakręciła numer. Żaden z mężczyzn nie odzywał się. Pani Pratt, wciąż z dymiącą patelnią w ręce, wskazała im miejsca przy stole. Machinalnie zastosowali się do jej życzenia. Nałożyła im po dwa placki na talerz i wycofała się do kuchni po kawę.

Głosem już opanowanym Melody Booth oznajmiła kierownikowi konserwatorium, że spóźni się na wykłady z ważnego powodu. Odłożyła słuchawkę, podeszła do Trampa i ujęła jego rękę. Eddie odsunął krzesło i wstał.

— Allanie, zmiłuj się, co ci zawiniłam, że tak postępujesz ze mną? — powiedziała.

— Melody! — Eddie Tramp nie wytrzymał nerwowo.

— Droga pani Pratt — zawołała panna Booth do wchodzącej z kawą kobiety — tak się cudownie złożyło, że gościem pani jest mój narzeczony, Allan.

— O Boże! Więc jednak to prawda... Moje biedactwo, te przejścia były dla pani za ciężkie. — Prattowa usiłowała pogładzić Melody po włosach.

Eddie zrobił krok, wyciągnął ręce. Ze słów pani Pratt domyślił się, że wszyscy w miasteczku uważają Melody Booth za osobę pomyloną. Przypisują to smutkowi po stracie ukochanego. Zrozumiał, na co naraził kochającą go kobietę. Wszystkie tak starannie ułożone plany wydały mu się teraz niegodziwością.

— Słuchajcie, to rzeczywiście nie ma najmniejszego sensu! — wtrącił się Frantiszek.

Panna Booth posłała mu wdzięczne i wymowne spojrzenie.

— Wyjdźmy. Krępujemy ich — szepnął Stefan. Obaj z Frantiszkiem ukłoniwszy się opuścili jadalnię.

— Na czym ona opierała swoje domysły? — spytał Stefan, gdy już byli w gościnnym pokoju.

— Poznała go po głosie. Musiał zatelefonować do niej wczoraj z knajpy, gdzie byliśmy na kolacji. Zapewne pragnął bodaj usłyszeć jej głos i przy tym sam się zdradził. Znalazła Eddiego prawdopodobnie dzięki przypadkowi, a pomimo przybranego nazwiska i szpetnej twarzy zidentyfikowała go natychmiast.

— Ciekaw jestem, jak on teraz postąpi.

— Eddie jest Amerykaninem; lepiej zna tutejsze kobiety niż my i wie zapewne, co robi. Sądzę jednak, że takiej kobiecie jak ta panna Booth łatwiej będzie zapomnieć o człowieku żywym niż o umarłym.

— Rzeczywiście, kobiety mają zwyczaj czcić nieboszczyka nawet wówczas, gdy nie był tego wart — zgodził się Stefan.

— Osobiście wołałbym zginąć niż wrócić z jego twarzą. W tym kraju nie ma zrozumienia dla takich jak on. Bohater nie przypominający z wyglądu artysty filmowego nie ma racji bytu. Poza wszystkim Eddie Tramp jako przykład bohaterstwa działa odstraszająco na otoczenie. Nikt nie chciałby zostać bohaterem za taką cenę, prawda?

— No chyba — mruknął Stefan. — Ale słuchaj: mam przy duszy już tylko trzy dolary. Jeżeli nie zatrudnią nas na farmie cebulowej, trzeba będzie wylądować w kryminale. Inaczej pozostaje żebranina albo śmierć głodowa.

— Kryminał w naszych warunkach to pewna deportacja. Jak najbardziej musimy unikać więzienia, chyba że nabierzemy ochoty do powrotu do kraju. Zdecydowałbym się i na to w końcu, ale mi wstyd. Zamiast wracać w aureoli bohaterstwa, wróciłbym w łachmanach, i to pod eskortą policji. Nie, na to mnie nikt nie namówi.

— Gdyby człowiek wcześniej miał to doświadczenie, które ma dziś, wróciłby. Zapomniałem, że kiedykolwiek byłem naprawdę normalnym człowiekiem.

— Ach, gdybyś wiedział, jak głupio poczułem się wczoraj u panny Booth, gdy poproszono mnie do nakrytego stołu. Kwiaty w wazonach, książki na półkach, słowem: dom. Tak dalece mnie to wszystko rozstroiło, że byłbym wył.

— Nie masz gwarancji, że nie wylądowałbyś w więzieniu. Oni tam nie mają zbytniego zaufania do takich jak my, co to przez lata zwlekali z powrotem. Mogliby cię posądzić o szpiegostwo i diabeł wie o co.

— A więc nic nam nie pozostaje innego, jak nadal uprawiać włóczęgostwo albo po prostu zdychać.

— Nikt nie zabrania nam ożenić się z milionerką, to raz, a po drugie, w trójkę, z naszym tajemniczym Eddiem, doszlibyśmy do czegoś, gdybyśmy założyli jakiś interes. Cały czas myślę nad tym. Sądzę, że Eddie nie jest bez grosza, jak my dwaj. Gdyby on dał kapitał, my moglibyśmy dać nasze zdolności.

— Wątpię, czy Eddie ma jakieś pieniądze, to raz, a po drugie, jakiż to interes moglibyśmy założyć?

— Znam się na ceramice, umiem też trochę rysować. Gdybyśmy zdobyli pieniądze i lokal, jestem przekonany, że interes szedłby jakoś.

— Odbierałbyś, mój drogi, chleb i pracę rodowitym Amerykanom.

— A czyż nie biłem się za nich?

— Miałem na myśli rdzennych Amerykanów, Indian. To jedyny fach, którego im do tej pory nie wydarto, gdyż tak nędznie jest płatny. A wreszcie gdzie zdobywałbyś surowiec, kto udzieliłby ci zezwolenia? Nie bądź optymistą. Jesteś w Ameryce. Osobiście liczę trochę na mojego J. B. Fisha. Wpierw jednak muszę wstąpić do fryzjera. Nie chciałbym go przestraszyć moim obecnym wyglądem.

— Masz na myśli tego czerwonego filozofa?

— Właśnie jego. Chciałbym zapytać o niego panią Pratt. W takim miasteczku wszyscy o sobie wiedzą.

— Radzę ci być ostrożnym. Pani Pratt na pewno czyta gazety i wierzy w każde drukowane słowo. W dzisiejszych czasach lepiej nie chwalić się, jeżeli można tego uniknąć, taką znajomością.

— Może masz słuszność. Gdy tylko Eddie odprawi swoją ukochaną, spytam, co on wie o Fishu.

Ale Eddiemu nie spieszyło się odprawić ukochanej. Minęła godzina, a nawet dwie. Pani Pratt podreptała do miasta po zakupy, jej mąż zszedł z dyżuru i chrapał w swoim pokoju, a oni wciąż rozmawiali w jadalni. Chcąc nie chcąc Frantiszek poszedł do fryzjera, a Stefan położył się na tapczanie i usiłował nie myśleć. Po jakimś czasie usłyszał trzask frontowych drzwi i po chwili Eddie wszedł do pokoju zmęczony jakiś i przygnębiony. Rozmowa widać nie poszła po jego myśli. Stefan skinął mu przyjaźnie głową, nie zapytał jednak o nic.

Tramp usiadł na swoim łóżku, objął głowę rękoma i pogrążył się w smutnych myślach.

Z tą swoją odstraszającą twarzą nie mógł przecież założyć kancelarii adwokackiej bez wspólnika. Nie miał zresztą najmniejszej ochoty na prowadzenie spraw rozwodowych, w których się w swoim czasie specjalizował. Ongiś miał liczną klientelę, w większości napełniającą go odrazą. Tyle i tyle dolarów za złamane serce, za cofnięte słowo. Nie, nie było to zajęcie, do którego warto wracać. Skromne zasoby finansowe pozwalały mu, na razie przynajmniej, wieść życie włóczęgi.

Ojczyznę poznawało się dobrze na wojnie, szczególnie w okopach, ale jeszcze lepiej — Eddie utwierdził się w tym przekonaniu — można ją było poznać na szosie. Spotykało się tu byłych, nikomu już niepotrzebnych bohaterów, ludzi zawiedzionych, wykolejonych raz na zawsze. Eddie potrafił trafnie oceniać tych ludzi i odróżnić od złodziei i kryminalistów. Pierwszego dnia wędrówki natknął się na Frantiszka, później na Stefana; przewędrowali kawał drogi niewiele o sobie wiedząc. Ci dwaj, zabłąkani w obcym kraju, ongiś potrzebni ludzie, i on, nie umiejący trafić na właściwe dla siebie miejsce. Łączyły ich wspólne zainteresowania; rozumieli się. Politykowali trochę, jak przystało na wykolejeńców, i poglądy ich były zgodne: wszyscy trzej ustosunkowali się jeżeli nie wrogo, to negatywnie do rządu, wszyscy trzej szukali, wędrując rządową autostradą, pracy i dachu nad głową. Frantiszek i Notecki korzystali z tak zwanego ,,prawa azylu”, Eddie zaś, w charakterze włóczęgi, miał zaledwie prawo do ,,trzydniowej’ wędrówki w poszukiwaniu pracy”. Owe trzy dni liczyły się od daty na dokumencie wydanym przez policję patrolującą. Często ich zatrzymywano pakując za włóczęgostwo do najbliższego więzienia, jednak po kilku dniach wypuszczano ich na wolność, jako że dany powiat czy stan nie miał ochoty karmić za swoje fundusze przybłędów z innych stanów. Pozbywano się ich przeto dość szybko, byle szli dalej, byle już się znaleźli gdzie indziej. Wykąpani pod więziennym prysznicem, ogoleni, bezpłatnie nakarmieni, ruszali w drogę, nabierając coraz większej wprawy w unikaniu spotkań z patrolami policyjnymi.

Eddie łudził się, że Pawhuska nie była celem jego wędrówki. Okłamywał się, że jest to tylko etap, który jak najprędzej chciał mieć za sobą. Tu czyhała na niego cała przeszłość, wspomnienia, ludzie na zawsze dla niego straceni, wśród nich kobieta, którą kochał. Wiedział, że czekała i poszukiwała go, ale zdawał sobie sprawę, że ich małżeństwo przy obecnym jego wyglądzie byłoby z wielu względów niemożliwe. Nie chciał i nie mógł przyjąć od niej tak wielkiej ofiary, a teraz właściwie prawie uległ... Możliwe, że był przewrażliwiony, jak każdy, kto dotkliwie ucierpiał. Kaleką w całym słowa tego znaczeniu nie był, cóż jednak z tego? Wołałby każde inne kalectwo, prócz ślepoty, niż tę swoją odstraszającą szpetotę. Żadnych szans na szczęście osobiste nie miał, wiedział o tym. Ale nie wiedział, jaką iść drogą. Och, gdyby Melody go nie chciała! Albo gdyby miał siłę potrzebną, aby się usunąć...

Milczenie trwało już dość długo. Eddie zapalił papierosa. Przypomniał sobie coś: — Gdzież się podział Frantiszek?— spytał.

— Poszedł do fryzjera. Chce odwiedzić swojego J.B. Fisha.

— Słyszałem, że leży, biedaczysko, w szpitalu.

— Kto?

— J. B. Fiish. Panna Booth wspomniała mi o tym. Znałem go kiedyś dobrze.

— Wspaniała kobieta.

— Kto? — spytał Eddie.

— Panna Booth. Nie każda zdobyłaby się na taką postawę.

Ujęty widoczną życzliwością Polaka, Eddie zdecydował się na rozmowę.

— Amerykanki są przede wszystkim straszliwie porządne i dokładne. A jeżeli chodzi o pannę Booth, jest wzorem pod tym względem. Gdy coś sobie uplanuje, musi to do końca przeprowadzić.

— A co uplanowała sobie ta młoda dama?

— Najpierw postanowiła upewnić się, że naprawdę zmarłem, i uczcić mnie po śmierci. Okazuje się, o czym już dawno zapomniałem, że w swoim czasie, przed wyruszaniem na wojnę, podpisałem polisę asekuracyjną i ofiarowałem ją narzeczonej. Ona zaś, dokładna, jak już ci mówiłem, i niesłychanie skrupulatna, płaciła ją przez cztery lata w moim imieniu. Gdy otrzymała wiadomość, że zaginąłem, zwróciła się do owej firmy asekuracyjnej z żądaniem wypłaty. Oczywiście do tego było niezbędne świadectwo zgonu. Zaczęła więc szukać, dowiadywać się, nie pomijając żadnego źródła, idąc za najdrobniejszym moim śladem. Opowiedziano jej między innymi, iż targnąłem się na życie. Ktoś inny znów poinformował ją, że dotarłem do Nowego Jorku.

— Nie chodziło jej przecież o pieniądze dla siebie.

— No nie, naturalnie, że nie. Sama mi powiedziała, że zamierzała za sumę uzyskaną z polisy ubezpieczeniowej ufundować stypendium mojego imienia i postawić mi wspaniały pomnik. Kochała mnie, to nie ulega wątpliwości, a obecnie, ponieważ przekonała się, że żyję, z tą samą sumiennością postanowiła mnie poślubić, choć wróciłem w takim stanie, że trudno wymagać...

— Sądzę, że jednak nie wpłynie to na zmianę waszych dawnych projektów — Stefan powiedział to bez przekonania.

— Zdawało mi się, że mam cel w życiu, któremu mój wygląd nie przeszkadza. Mógłbym przecież pracować dla społeczeństwa, poza nawias którego wyrzuciła mnie wojna. Ale teraz, po tym, co zaszło, widzę, że powinienem się był zdobyć na samobójstwo. Wówczas Melody mogłaby uczcić moją pamięć i wspominać mnie jako bohatera. Niestety piekielnie ją rozczarowałem. Biedna dziewczyna! Łudzi się, że będzie mogła żyć przy mnie. Doradzała mi wspaniałego nowojorskiego chirurga, specjalistę od kosmetycznych operacji, który podobno...

Ale Eddie nie zdołał zaspokoić wyraźnego zainteresowania Stefana, gdyż przeszkodziła mu w tym pani Pratt, która z głową omotaną jaskrawą chustką, ściskając w ręce pióropusz do zmiatania kurzu, wpadła do pokoju bez pukania. Mężczyźni zamilkli.

— Czy to przystoi, mój panie, wprowadzać w błąd uczciwych ludzi, którzy pana przyjęli pod swój dach? — krzyknęła stając przed Eddiem. — To prawdziwy cud, że nie zostałam w nocy zamordowana. Kim jesteście właściwie? — zwróciła się do Stefana, ale nie czekając na odpowiedź skierowała swój atak wyłącznie na Trampa: — Czy panna Booth zasługuje na takie traktowanie? Oczy sobie dziewczyna wypłakiwała przez te wszystkie lata. Miała dziesięciu konkurentów w każdym karnawale, wołała jednak usychać z tęsknoty za człowiekiem, który, muszę być szczera, nie był jej wart. Stary Fish kazał dla pana zachować najpiękniejszy marmur w miasteczku, chór szkolny przez pół roku ćwiczył pienia żałobne na uroczystość odsłonięcia pomnika ku czci pana, a tu zjawia się pan wśród swoich pod przybranym nazwiskiem, bo nie stać pana było na tyle odwagi, żeby porządnie umrzeć. Biedna dziewczyna będzie zmuszona poślubić pana choćby dla przyzwoitości — biadała.

Eddiego ogarnęła wściekłość. Miał ochotę uciszyć raz na zawsze tę straszną babę, która nie tylko była wyrazicielką ogólnej opinii, lecz potwierdziła to, co rozumiał, a z czym tak trudno było się pogodzić. O, jak chętnie wepchnąłby jej w gardło pióropusz. Obudziła w nim zbrodnicze instynkty. Czyż nie miał takiego samego prawa do życia jak wszyscy; z twarzą czy bez twarzy? A jednak? Gdziekolwiek się zjawiał, ludzie dziwili się: „Że też taki ma ochotę żyć?“ Zdawali się nie rozumieć tak prostej rzeczy: Ten mężczyzna z odstraszającą twarzą kochał życie. Stał teraz nieruchomy, bardziej szpetny niż kiedykolwiek. Splunął na błyszczące linoleum.

— Gdybym był pani synem, wołałaby mnie pani widzieć umarłym niż takim, prawda?

— Oczywiście — odparła zjadliwie i machnąwszy energicznie pióropuszem, oznajmiła, że pokój będzie jej potrzebny na dzisiejszy wieczór. Spodziewała się gości z miasta.

— Zwolnimy pokój przed wieczorem — oświadczył kategorycznie Stefan. — Zapłaciliśmy pani z góry za całą dobę i za obiad; chcemy dostać to, co się nam należy.

Rozdział IV

Nie czekając na powrót Frantiszka, wyszli mu naprzeciw. Wstąpili do kawiarni „Pod Telefonem“, Eddie chciał zasięgnąć jakiejś informacji u Ruth Creek.

— Beryl Dove? Ależ tak. Ma telefon. Adres prywatny znajdzie pan w książce. Nie zmienił się, bynajmniej. Owszem, uprawia kampanię wyborczą, ale jest w partii postępowej. Różnie się o nim mówi, dobrze i źle. Beryl jest taki sam jak zawsze. Żona puszcza o nim plotki, nic dziwnego. Jest wściekła o tę smarkulę, maszynistkę, z którą Beryl się afiszuje. Nie trzeba jej się dziwić. Ta mała leci na jego pieniądze.

— Skąd Beryl ma tyle pieniędzy?

— Ba, gdyby to kto wiedział. Sam szeryf nie wie. Ciągle mają go na oku. Mówią, że ma kontakt z Moskwą. Grunt, że pieniądze, skądkolwiek przyszły, nie zmieniły Beryla. Taki sam wariat jak zawsze. Tak sobie nieraz myślę, że to wszystko wpływ starego Fisha z Rybiego Koła...

— Tego właściciela graciarni? — zdziwił się Eddie.

— Oczywiście. Jeden tylko Fish mieszka na Rybim Kole. W tej chwili leży w szpitalu. Pani Blake, krewna z Filadelfii, która przyjechała do niego, liczy się zupełnie poważnie z jego śmiercią. Ma zamiar sprzedać graciarnię.

— Może ja bym ją kupił, droga pani Creek?

— Pan? A co byś tam robił, chłopcze?

— Poznała mnie pani, prawda? — spytał cicho.

Ruth Creek skinęła głową. Dwie duże łzy poleciały jej z oczu. Otarła je, a podnosząc już uśmiechniętą twarz, rzekła:

— Poznałabym cię wszędzie, po głowie i po głosie, Allanie. Słyszałam też o twoim powrocie od Melody Booth; była tu przed chwilą. Żal mi jej serdecznie, ale ciebie żal mi jeszcze więcej. Mój Boże, gdyby mój najstarszy choć w takim stanie wrócił jak ty. Masz ręce, nogi, szerokie serce; szkoda cię, to prawda, ale wiesz równie dobrze jak ja, że nie twarz stanowi o wartości człowieka. Gdybyś był kobietą, sprawa byłaby trudniejsza. Mężczyźnie brak urody nigdy nie przeszkadzał.

— Co się właściwie stało staremu Fishowi? Przecież to krzepki człowiek?

— Młodszy ode mnie o całe cztery lata.

— Naprawdę?

— W tym roku obchodziłam siedemdziesiąte urodziny — odparła nie bez dumy.

— Czy wciąż jeszcze musi pani pracować, droga pani Creek?

— Nie muszę, lecz chcę. To różnica. Mam na życie dla siebie i na zabawki dla wnuków.

— Zawsze, jak długo pamiętam, była z pani dzielna kobieta.

Rozmawiali jeszcze przez chwilę, wreszcie Stefan zaczął się niepokoić o Frantiszka.

— Może wrócił do Prattów?

— Od fryzjera miał iść do Fisha.

— Nie zastał go ten twój kolega, mówiłam ci już, że stary leży w szpitalu — wtrąciła Ruth Creek.

— Znajdzie nas, nie ma obawy. Tu nawet igła nie może zginąć, a co dopiero takie obiekty jak my obaj. Pani Creek zrobi nam porcję placków. Nic tak dobrze nie działa na nerwy, jak jedzenie. Poza wszystkim te placki przypominają mi moją młodość, w dodatku szczęśliwą — powiedział z głębokim smutkiem i westchnął.

Ruth Creek oddaliła się, by zebrać z lady naczynie. Gdy wróciła, Eddie podjął z powrotem temat „rupieciarni”. Ogromnie podobało mu się położenie Rybiego Koła. Jeszcze jako młody człowiek marzył o domu na Rybim Kole.

Stary Fish! Czego też o nim nie mówiono. Podobno prowadził wojnę z biskupem i miał konszachty z Indianami. Podejrzewano, że kupował i sprzedawał akcje w Oklahomie i stąd czerpał gotówkę. Ile było w tym prawdy, nikt nie wiedział. Miewał też stary Fish ciągłe zatargi ze swoim sąsiadem Dovem, prowadzącym interes kamieniarski. Po śmierci ojca Beryl Dove, obecny redaktor i właściciel „Pawhuska Star“, sprzedał interes gardząc zawodem kamieniarza. Niektórzy sąsiedzi twierdzili, że to stary Fish skłonił go, by miast budować pomniki nieboszczykom robił coś dla żywych. Beryl oddał więc skład i parcelę prawie za bezcen. Kupił za te pieniądze starą ruderę, trochę ją wyremontował, sprowadził z sąsiedniego stanu nowiuteńką maszynę drukarską i niebawem zaczął przy pomocy Fisha wydawać własną gazetę. Z początku nikt nie chciał jej czytać, a nauczyciele gramatyki wytykali Berylowi błędy językowe, ale z czasem, gdy zaczęły się w niej pojawiać zabawne historyjki o miejscowych znakomitościach, gazeta stała się poczytniejsza. Beryl co najmniej trzy razy robił plajtę, zawsze jednak w ostatniej chwili, kiedy się wszystkim zdawało, że dołoży do interesu ostatnią parę spodni, jakoś się ratował. Z czasem kupił sobie nawet dom i ożenił się z posażną panną (mówiono, że sprawiła to jego miłość do gazety).

Tramp przyjaźnił się jako młody chłopak z Berylem. We trzech, trzecim był Filip, syn pani Creek, tworzyli zgraną paczkę i niejeden psi figiel był ich dziełem.