Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Kontynuacja bestsellera „Nie otwieraj oczu”, światowego fenomenu, po raz pierwszy w polskim przekładzie!
Minęło dwanaście lat od ucieczki wzdłuż rzeki. Wciąż wystarczy jedno nieostrożne spojrzenie na istoty, które przemierzają świat, by popaść w obłęd i szaleńczą furię. Nikt nie wie, czym są. Nikt nie wie, jak je powstrzymać.
Malorie żyje dla jednego celu: przetrwać za wszelką cenę.
Do czasu, gdy dociera do niej wiadomość, w którą nie potrafi uwierzyć — ktoś, kogo kocha, ktoś dawno uznany za martwego, może jednak żyć.
Teraz Malorie staje przed najtrudniejszym wyborem: dalej żyć w bezpiecznej ciemności… czy zaryzykować wszystko i wyruszyć ku nadziei, która może okazać się zarówno wybawieniem, jak i zgubą.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 299
Data ważności licencji: 4/10/2030
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Malorie
Projekt okładki: Piotr Wszędyrówny
Redaktorka prowadząca: Agata Then
Redakcja: Dorota Kielczyk
Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Beata Kozieł-Kulesza, Maria Śleszyńska
Zdjęcie na okładce: Mark Owen/Trevillion Images
Grafika w książce: tohamina/pl.freepik.com
© 2020 by Josh Malerman
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026
© for the Polish translation by Filip Sporczyk
ISBN 978-83-287-3916-1
Wydawnictwo Akurat
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawnictwo Akurat
imprint MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Malorie jest dla Kristin Nelson.
Malorie stoi przyciśnięta plecami do ceglanej ściany sali lekcyjnej. Drzwi są zamknięte. Jest sama. Zgasiła światło.
Na oczach ma opaskę.
Na zewnątrz, w korytarzu, zaczęła się walka.
Zna ten odgłos. Słyszała go wielokrotnie w koszmarach sennych. Słyszała w dawno już zrujnowanym domu, w którym grupa zupełnie normalnych ludzi rzuciła się sobie do gardeł, kiedy ona rodziła syna na strychu.
Tom jest teraz w centrum bitwy. Malorie nie wie, gdzie dokładnie.
Bierze wdech. Przytrzymuje powietrze w płucach. Wydech.
Sięga do drzwi, chce je otworzyć, odnaleźć syna i córkę pośród krzyków, histerii i szału. Z drugiej strony słychać łupanie. Jakby ktoś walił głową w ścianę.
Odsuwa dłoń od klamki.
Kiedy ostatnio widziała Olimpię, ta czytała w bibliotece teksty pisane brajlem. Z sześciolatką było tam jeszcze kilkanaście osób. Ze szkolnych głośników leciała muzyka klasyczna. Puszczano ją z odtwarzacza w sekretariacie.
Malorie nasłuchuje teraz głosów. Chce wiedzieć, czy walki dotarły do biblioteki. Do jej córki. Jeśli tak, najpierw znajdzie Toma.
Słucha.
Odkąd przybyła do Szkoły dla Niewidomych imienia Jane Tucker, dzieci uczyły ją słuchać świata bardziej, po swojemu. Choć nigdy nie będzie w tym równie dobra jak Tom i Olimpia, to i tak się stara.
Na zewnątrz panuje zbyt wielki zgiełk. Chaos. Nie rozróżnia dźwięków, nie ma szans.
Myśli o niewidomej Annette – starszej kobiecie, której imię ktoś wykrzyczał kilka chwil temu. Malorie była głodna i szła na stołówkę. Zanim zdała sobie sprawę, co to za krzyk, zza rogu korytarza wystrzeliła właśnie Annette. Błękitny szlafrok i rude włosy powiewały w pędzie. W dłoni ściskała nóż. Zanim Malorie zamknęła oczy, dostrzegła szkliste, niewidzące spojrzenie kobiety.
Ona jest ślepa! Dlaczego postradała zmysły?, pomyślała Malorie, po czym zamarła. Annette, ciężko dysząc, minęła ją w pełnym biegu. Słysząc gardłowe wycie z głębi szkoły, Malorie schowała się w najbliższej sali lekcyjnej i zamknęła za sobą drzwi na zasuwę.
Teraz ponownie sięga do klamki.
Toma ostatnio widziała w pokoju nauczycielskim. Trzymał na kolanach części swojego najnowszego wynalazku. To wina Malorie. Chłopiec ma dopiero sześć lat, a już wymyśla nowe rzeczy, tak jak jego imiennik, z którym mieszkała w domu przy Shillingham. Malorie zazwyczaj nie gani za to małego. Matka powinna wspierać dziecko w rozwoju pasji. A przynajmniej tak było w starym świecie. Teraz coraz częściej niszczy wymyślone rzeczy dziecka, przypomina mu, że jedyne, czego potrzebują, to opaska na oczy.
Ale Annette jest niewidoma.
A i tak oszalała.
Malorie słyszy paskudne przekleństwo z drugiej strony drzwi. Walczy dwoje ludzi. Mężczyzna i kobieta. Po dźwiękach, jakie wydają, nietrudno wyobrazić sobie, co się dzieje. Drapią, rwą. Dźgają palcami w oczy, drą paznokciami skórę. Słychać chrobot kruszonych kości i pękającego ciała.
Walczą gołymi rękami?
Malorie się nie porusza. Ciało uderza w drzwi, po czym osuwa się na posadzkę. Ktokolwiek wygrał potyczkę, stoi teraz i dyszy tuż obok.
Malorie nasłuchuje. Wdycha powietrze, przytrzymuje w płucach, wydycha. Wie, że paniki nie da się powstrzymać. Chciałaby móc słyszeć to, co dzieje się dalej: krzyki mieszkańców, ich słowa. Chciałaby wiedzieć, gdzie są jej dzieci. Pamięta, jak rodziła na strychu domu, który był o wiele mniejszy od tego budynku. Przypomina sobie pełen grozy okrzyk: „Don zerwał zasłony!”.
Kto zerwał je teraz?
Sapanie z korytarza ustało. Nikt nie rzucił się w jej stronę. Zapadła cisza. Zwycięzca walki poszedł szukać kolejnych ofiar. Z głębi szkoły dociera do niej wycie. Stłumione okrzyki umierających, ostatnie słowa i życzenia. Odgłosy uderzeń pięściami, trzask łamanego drewna. Okrzyki i bełkot, trzaskanie drzwiami. Płacz dzieci. Z głośników dalej płynie muzyka.
Malorie otwiera drzwi i przechodzi nad ciałem. Jest w korytarzu. Idzie wzdłuż ściany. Rozlega się syrena alarmu. Ktoś musiał otworzyć główne drzwi wejściowe. Rytmicznie pulsujące wycie alarmu jest przeciwieństwem łagodnych dźwięków klasyki. Malorie przez chwilę jest tak zdezorientowana, jakby sama postradała zmysły.
Jej dzieci są gdzieś pośrodku tego zgiełku.
Dygocząc, mocniej zaciska powieki, choć i tak nie ma już między nimi szparki, a dodatkowo oczy są przykryte opaską. Zamyka umysł. Nie chce wiedzieć, jak wygląda ta jatka.
Sunie wzdłuż ceglanego muru. Nie woła Toma ani Olimpii, chociaż bardzo chce. Wdycha, przytrzymuje, wydycha powietrze. Chropowata powierzchnia ściany drażni skórę na nagich ramionach i dłoniach, szarpie materiał białej bluzki. Dźwięk syreny staje się coraz głośniejszy, kiedy Malorie zbliża się do końca korytarza i miejsca, z którego z nożem w dłoni wybiegła rudowłosa Annette. Ludzie krzyczą. Ktoś jest blisko. Słychać ciężkie, powolne kroki. Stęknięcie. To człowiek nieprzyzwyczajony do wysiłku.
Malorie zamiera.
Osoba mija ją, sapiąc i mamrocząc coś do siebie. Mężczyzna. Oszalał? Nie wiadomo. Nie da się tego stwierdzić. Malorie przesuwa się dalej. W jej głowie kiełkuje dziwaczna wdzięczność – spędziła tu dwa lata. Odpoczęła, odetchnęła, odwykła od trudów drogi. Ale ta wdzięczność to zaledwie ziarnko piasku rzucone na szeroką plażę. Nikt go już nigdy więcej nie odnajdzie. Nadeszła chwila, której od dawna się bała. Nadszedł horror.
Nie trać czujności.
Ta krótka mantra nic teraz nie znaczy, bo Malorie już tę czujność straciła. Dowód? Nie ma pojęcia, gdzie są dzieci.
Rozchodzi się metaliczny grzmot. Muzyka i syrena stają się głośniejsze.
Malorie nie uspokaja dzieci, które obok siebie słyszy. Nie wyciąga rąk, by im pomóc. Znów podejmuje wędrówkę wzdłuż muru; idzie tak mocno w niego wczepiona, że cegły zaczynają ranić skórę do krwi.
Przed nią ruch. Ktoś się zbliża. Szybkie kroki. Malorie wstrzymuje oddech. Nikt jej nie mija.
– Malorie?
Ta osoba ma otwarte oczy. Kobieta. Kto to?
– Zostaw mnie – mówi. – Proszę. – Słyszy echo własnego błagalnego głosu sprzed sześciu lat, z tego strychu, na którym rodziła.
– Malorie, co się stało?
To chyba Felice. Jedyne, co się teraz liczy, to wiedzieć, czy oszalała.
– Weszli do środka? – pyta kobieta.
– Nie wiem…
– Wszyscy oszaleli! – mówi. Malorie nie odpowiada. Kobieta może być uzbrojona. – Tędy nie możesz iść – ostrzega. Zaciska palce na nadgarstku Malorie, która wyszarpuje rękę i uderza łokciem o ścianę. – Co jest? Myślisz, że ja też oszalałam?
Malorie się cofa. Wyciąga ramiona przed siebie. Przygotowuje się na ból. Idzie w kierunku końca korytarza, gdzie stoi przeszklona gablota. Kiedyś była pełna trofeów, pucharów i dyplomów – dowodów na to, jaki postęp poczynili niewidomi uczniowie szkoły.
Wpada na gładką taflę.
Najpierw barkiem. Szkło pęka, przecina skórę. Ból rozbłyskuje. Malorie krzyczy, ale jej głos ginie we wciąż rosnącym harmidrze.
Nie przestaje iść. Nie woła dzieci. Wiodąc zakrwawionymi palcami po ścianie, zbliża się do miejsca, z którego dochodzą wycia, krzyki, szczęk metalu o metal, łomot pięści o pięści.
Ktoś się o nią ociera. Malorie obraca się błyskawicznie, chcąc tę osobę odepchnąć. Ręce trafiają w pustkę.
Ale ktoś tam jest. Zimno jej. Nie chce, żeby ktokolwiek jej dotykał.
Ktokolwiek i cokolwiek.
Myśli o Annette. Oszalała, chociaż nie widzi.
Można oszaleć tak, jak traciło się zmysły jeszcze w starym świecie. Ale Malorie doskonale wie, jak wygląda ktoś, kto zwariował po kontakcie z istotami.
Annette nie doświadczyła zwykłego załamania nerwowego. Nie. A jeśli popadła w obłęd mimo braku wzroku… co się stało?
– Mamo!
Malorie się zatrzymuje. Olimpia? Czy ten odległy, pełen lęku głos należy do dziewczynki, którą wychowywała jak własną córkę?
– Niech ktoś wyłączy muzykę – mówi Malorie, byle powiedzieć cokolwiek. Musi usłyszeć głos, nawet własny, byle pochodził od kogoś, kto jeszcze nie pogrążył się w oparach obłędu.
Ciągnie palcami po cegłach i natrafia na tablicę informacyjną, na której przez ostatnie dwa lata wywieszano powiadomienia o wydarzeniach w szkole.
Gdzieś z przodu rozpaczliwy krzyk. Z tyłu skrzypienie drewna. Ktoś przebiega obok. Ktoś inny tuż potem.
Malorie nie płacze. Idzie, choć nogi ma jak z waty, a w barku pulsuje ból. Nasłuchuje tego głosu, który zawołał „mamo” – może jej córki – po czym zniknął w nawale dźwięków pełnych furii.
Powtarza sobie, by poruszać się pewnie, lecz nie za szybko. Musi być czujna. Musi utrzymać się na nogach.
Jakiś chłopiec wydaje okrzyk. Dziecko. Brzmi tak, jakby oszalał.
Malorie wdycha powietrze, przytrzymuje, wydycha. Zbliża się do źródła jazgotu. Do hałasu, jaki wywołać może tylko cała społeczność naraz popadająca w obłęd. Potem wrzeszczy kolejne dziecko. I kolejne.
– Weszli – mówi Malorie. Nie musi, bo to oczywiste. Tym razem własny głos nie dodaje jej otuchy.
Po prawej ktoś wali w drzwi. Przed nią po lewej coś na kołach wpada na ścianę. Ludzie klną. Malorie nie chce wyobrażać sobie, jak to wszystko wygląda. Nie chce widzieć min osób, z którymi dzieliła ten budynek przez dwa lata. Nie chce widzieć dziur wyrąbanych w ścianach, bałaganu, sińców i krwi. Próbuje zapomnieć, że kiedykolwiek potrafiła widzieć, jakby nawet wyobrażenie sobie tego, co dzieje się wokoło, mogło teraz sprawić, że zwariuje.
Nie wizualizuje sobie żadnej z tych istot. Na to nigdy sobie nie pozwoli.
Coś uderza ją w zranione ramię. Malorie przytyka do niego dłoń. Nie chce, żeby jej dotykano. Myśli, że coś dotknęło Annette. Martwi się, boi, że stwory teraz zaczęły… dotykać.
Ale może to tylko kawałek drewna lub cegła. Albo urwany palec, którym ktoś w nią rzucił.
Jakaś kobieta wyje. A potem rozlega się głos dziecka.
Głos? Mowa?
– Mamo.
Mała dłoń wsuwa się w jej rękę.
Malorie natychmiast po dotyku rozpoznaje palce Olimpii.
Przed nimi szaleństwo się wzmaga.
– Tędy – szczebiocze dziewczynka.
Malorie nie pyta, dlaczego idą w kierunku źródła dźwięku, zamiast uciekać. Zna przyczynę – gdzieś tam po drugiej stronie jest Tom.
Mimo że ma tylko sześć lat, to Olimpia prowadzi.
Malorie zaczyna płakać. Nie może się powstrzymać. Jakby w jej własnym, osobistym mroku znalazła się ponownie w domu, dokładnie w momencie, kiedy Don zrywał zasłony. Ma wrażenie, jakby nigdy nie wyruszyła w drogę i nie zabrała dzieci do szkoły imienia Jane Tucker. Jakby spadała, przebiła plecami podłogę na strychu, po czym runęła wprost w środek zawieruchy na parterze.
Tamtego dnia zmarł Tom – dorosły Tom. Malorie przy tym nie było. Znajdowała się na uboczu, na strychu, gdzie miało być bezpieczniej niż na dole. Ale teraz słyszy masakrę z bliska. Od morderczej wrzawy nie dzieli jej ściana ani podłoga. To zwykli, normalni ludzie, którzy tracą zmysły. Spokojni, uprzejmi, a teraz złamani. Klną, zabijają się nawzajem. A potem dokonują autodestrukcji.
Rozchodzi się ogłuszający brzdęk. Eksplozja szkła.
W tej chwili Malorie nie usłyszałaby córki, nawet gdyby ta krzyczała. Teraz są w samym centrum.
Olimpia mocniej zaciska palce.
Malorie dostaje kopniaka w piszczel. Potem znów czuje cegły. Wpada na nie barkiem. Rozpoznaje niektóre głosy. Spędziła w tej szkole dwa lata. Zna wszystkich. Obie nawiązały tu przyjaźnie.
Chyba.
Gdy wchodzi głębiej w otchłań chaosu, słyszy gdzieś w oddali pytanie – to własny głos w jej głowie. Pyta, czy był sens zachowywać te wszystkie środki ostrożności. Często śmiano się z niej, że nawet wewnątrz chodzi z opaską na oczach. Inni mieszkańcy odbierali to jako afront. Twierdzili, że Malorie uważa się za ważniejszą, lepszą od reszty.
– Tom – mówi Olimpia.
Lub Malorie wydaje się, że mała tak mówi. To imię mężczyzny, którego podziwiała jak nikogo innego. Jedynego optymisty w świecie pogrążonym w desperacji. Tak, mały Tom bardzo przypomina dużego Toma, choć ten nie był jego ojcem. Malorie nie potrafi zmusić go, żeby nie myślał o nowych sposobach ochrony: mocniejszych opaskach, o zakrywaniu szyb grubszymi deskami, malowaniu fałszywych okien na ścianach pokoju, który dzielili przez ostatnie dwadzieścia cztery miesiące.
Ale może mu zabronić realizacji tych planów.
Ktoś uderza ją w potylicę. Malorie wymachuje rękoma, chcąc odepchnąć napastnika, ale dziewczynka ciągnie ją głębiej w strefę szaleństwa.
– Olimpio – zaczyna Malorie, ale potem milknie. Nie może wydobyć z siebie głosu. Kolejne osoby napierają, a wszędzie słychać brzdęk rozbijanych przedmiotów. Jakiś człowiek klnie gdzieś blisko, prawie przy niej.
Gdyby się wysilić, można pomyśleć, że hałas przypomina rozpasaną, żywiołową celebrację, a krzyki przepełnia radość zamiast przerażenia. Ciężkie tąpnięcia mogłyby być po prostu tupaniem stóp na parkiecie tanecznym. Zero bólu, tylko gorączkowy entuzjazm.
Czy w ten sposób odbierałby to dorosły Tom? A jeśli tak… może ona też potrafi.
– Tom – odzywa się mała. Tym razem Malorie słyszy słowa dokładnie. Rozumie, że przedostały się przez tumult.
– Gdzie?
– Tutaj.
Malorie wyciąga rękę, czuje klamkę pod palcami. To otwarta sala lekcyjna. Pachnie ludźmi.
– Tom?
– Mamo – odpowiada chłopiec. W jego głosie słychać uśmiech. Dumę.
Podchodzi w jego stronę, kuca i wodzi palcami po drobnej twarzy, szukając oczu. Są przykryte czymś, co w dotyku przypomina karton. Malorie wraca myślami do dorosłego Toma w tym kasku z poduszek i taśmy klejącej.
Zalewa ją fala ulgi; tego uczucia nie jest w stanie stępić nawet chaos, w którym wciąż pogrążone są korytarze szkoły. Ma ze sobą swoje dzieci!
– Wstawaj – nakazuje drżącym od emocji głosem. – Uciekamy. – Wchodzi głębiej do sali, odnajduje łóżka. Ściąga z nich trzy koce.
– Będziemy znowu płynąć rzeką? – pyta Tom.
Za plecami piekło nie ustaje. Słychać tupot butów po posadzce. Rozbijane szkło. Wrzaski dzieci.
– Nie – odpowiada Malorie, po czym dodaje histerycznie: – Nie wiem! Nie mam żadnego planu. Weźcie to. – Daje dzieciom po kocu. – Zakryjcie się od stóp do głów. – Myśli o niewidomej Annette w błękitnym szlafroku, z ognistymi włosami i nożem. – Mogą nas teraz dotknąć.
– Mamo… – zaczyna Tom; Malorie bierze go za rękę. Agresja wzbiera w mieszkańcach, a harmider wchłania pytanie, które chłopiec miał zadać.
Olimpia chwyta matkę za drugą rękę.
Malorie nabiera powietrza, przytrzymuje, wypuszcza.
– Teraz. Idziemy – rzuca komendę. Wychodzą razem z sali na korytarz. – Do głównych drzwi.
To te same, którymi dwa lata temu po raz pierwszy weszli do budynku szkoły. Wtedy ciało i umysł Malorie były skrajnie wyczerpane po całym dniu machania wiosłami i horrorze nawigowania na oślep.
Oraz ze strachu przed mężczyzną o imieniu Gary.
– Malorie?
Pod kocem mocniej ściska dziecięce rączki. To był głos Jessego. Malorie go zna. Zanim oszalał, podobała mu się. Teraz nie brzmi, jakby zachował zdrowe zmysły.
– Malorie? Dokąd zabierasz dzieci?
– Idziemy – cedzi przez zęby. Nie odwraca się. Nie podejmuje rozmowy z mężczyzną, który rusza ich śladem.
– Malorie… nie możesz nas zostawić.
W odpowiedzi zaciska dłoń w pięść, obraca się gwałtownie i zadaje cios.
Ma wrażenie, że trafiła w szczękę.
Jesse krzyczy.
Malorie łapie dzieci za ręce.
Tom i Olimpia nadążają. Prą we troje prosto do drzwi.
– Moja opaska zadziałała – chwali się Tom. Pomimo całego zła, które ich otacza, w jego głosie wciąż słychać dumę.
– To tu. – Olimpia zawiadamia, że dotarli do drzwi.
Malorie kładzie dłoń na klamce. Nasłuchuje Jessego. I pozostałych.
Bierze wdech. Przytrzymuje powietrze. Wydech.
– Ile ich tam jest? – pyta. – Ile słyszycie?
Dzieci milczą. W głębi szkoły szał nie ustaje. Zostawili to jednak w tyle. Dalej, dalej. Malorie wie, że Tom chciałby odpowiedzieć na jej pytanie, podać konkretną liczbę. Tylko że nie potrafi.
– Zbyt wiele, żeby zliczyć – mówi w końcu.
– Olimpio?
Cisza. Zza pleców głośny trzask. Krzyk.
– Dużo – odpowiada dziewczynka.
– Okej. Okej. Nie zdejmujcie z siebie koców. Miejcie je na sobie, aż powiem, że możecie ściągnąć. Teraz mogą nas dotknąć. Rozumiecie?
– Tak – odpowiada Tom.
– Tak – wtóruje mu Olimpia.
Malorie znów próbuje mocniej zamknąć oczy. Chce zamknąć nawet oczy wyobraźni, odizolować się od tego, co czeka na nich na zewnątrz.
„Zbyt wiele”.
Mocniej zaciska powieki po raz kolejny. I jeszcze jeden. I jeszcze. Chce wykrzyczeć, jakie to wszystko niesprawiedliwe. Chce opowiedzieć o tym komuś dorosłemu, komuś, kto wychował się, zanim pojawiły się te istoty. Powiedziałaby, że to nieludzkie, kazać matce i jej małym dzieciom uciekać z miejsca, które nazywają domem, i to tak nagle, na pastwę rzeczy o wiele gorszych od tych, przed którymi uciekają.
Ściska dziecięce dłonie i robi pierwszy krok w kierunku przeciwnym do Szkoły dla Niewidomych imienia Jane Tucker.
To jest nowy świat. Tak wygląda i od lat wyglądało życie.
Od histerii po całkowitą niewiadomą.
Trzy osoby, ślepe, otulone kocami, wyruszają w podróż.
Same.
Znowu.
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji
