Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
KSIĄŻKA, KTÓRA STAŁA SIĘ GLOBALNYM FENOMENEM
Coś czai się na zewnątrz. Coś tak przerażającego, że nie sposób na to spojrzeć. Wystarczy jeden rzut oka, by człowiekiem zawładnęła obłąkańcza furia. Nikt nie wie, czym jest to zagrożenie ani skąd się wzięło.
Pięć lat po wybuchu koszmaru na świecie pozostała już tylko garstka ludzi. Wśród nich Malorie i jej dwoje małych dzieci. Ukrywają się w opuszczonym domu nad rzeką, lecz kobieta od dawna marzy o ucieczce i odnalezieniu bezpiecznego schronienia. Kiedy dzieci kończą cztery lata, zapada decyzja – czas ruszać w drogę.
Malorie wraz z dziećmi wyrusza w śmiertelnie niebezpieczną podróż. Muszą pokonać trzydzieści kilometrów rzeką, z opaskami na oczach, zdani wyłącznie na instynkt i wyczulony słuch maluchów. Jeden błąd oznacza śmierć.
A ktoś – lub coś – cały czas podąża ich tropem. Człowiek, zwierzę… czy może potwór?
„Nie otwieraj oczu” to pierwszy tom serii Bird Box – światowego fenomenu literatury survivalowej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 267
Data ważności licencji: 4/10/2030
Tytuł oryginału: Bird Box
Projekt okładki: Piotr Wszędyrówny
Redaktorka prowadząca: Agata Then
Redakcja: Dorota Kielczyk
Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Beata Kozieł-Kulesza, Maria Śleszyńska
Ilustracja na okładce: © Mark Owen/Trevillion Images
Grafika w książce: ilovehz/pl.freepik.com
© 2014 by Josh Malerman. All rights reserved.
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026
© for the Polish translation by Filip Sporczyk
ISBN 978-83-287-3882-9
Wydawnictwo Akurat
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawnictwo Akurat
imprint MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Czasami myślę, że wolałbym być architektem – mógłbym wtedy zadedykować komuś budynek o konstrukcji, która przebija chmury i pnie się dalej, w głąb otchłani. Gdyby Nie otwieraj oczu składało się z cegieł, a nie ze słów, wyprawiłbym przyjęcie i zaprosił każde osnute cieniem wspomnienie. Wstęgę przeciąłbym siekierą, odsłaniając przy wszystkich nazwę budowli – Debbie.
Mamo, Nie otwieraj oczu jest dla ciebie.
Malorie stoi w kuchni. Myśli.
Ma wilgotne dłonie. Drży. Nerwowo stuka stopą w popękane płytki posadzki. Jest wcześnie; słońce dopiero wychyla się zza horyzontu. Obserwuje, jak nikłe światło powoli rozjaśnia czarną kotarę. Myśli.
To była mgła.
Dzieci śpią w przedpokoju, w namiocie z metalowej siatki przykrytej czarnym płótnem. Może słyszały, jak przed chwilą szła na czworakach przez ogród. Mikrofony musiały wychwycić szelest, a dźwięk rozniósł się z głośników przy ich łóżkach.
Malorie spogląda na swoje dłonie. W świetle świecy lekko lśnią. Tak, są wilgotne, wciąż pokryte poranną rosą.
Oddycha głęboko, po czym zdmuchuje świeczkę. Rozgląda się po małym pomieszczeniu, omiatając wzrokiem zardzewiałe sztućce i pokruszone talerze. Za śmietnik robi kartonowe pudło. Niektóre krzesła trzymają się na sznurek i słowo honoru. Ściany i podłoga są brudne, pokryte śladami butów i dziecięcych rączek. Są też starsze plamy – ciemna purpura, która z czasem zbrązowiała. To krew. Dywan w salonie jest też nią zbryzgany. Na nic się zdało wielokrotne szorowanie. W domu brakuje środków czystości. Dawno temu Malorie próbowała wymyć wnętrze – wodą ze studni i starą marynarką, ale plam nie dało się pozbyć. Nawet te bardziej powierzchowne oparły się jej staraniom – są mniejsze, ale nadal rażąco widoczne. Jedną, tę w przedpokoju, zakryła pudłem ze świecami. Kanapa w salonie stoi krzywo, na skos. Zasłania dwa kleksy, które wyglądają jak wilcze głowy. Na pierwszym piętrze, przy schodach na strych, leży kupa zatęchłych kurtek – po to, żeby maskować purpurowe, równoległe zadrapania u dołu ściany. Kilka metrów dalej na podłodze jest najczarniejsza plama ze wszystkich. Malorie nie korzysta z pomieszczeń w głębi, nie potrafi się zmusić, żeby ją przekroczyć.
Kiedyś ten dom był schludny. Stał w ładnej dzielnicy na przedmieściach Detroit. Przyjemne rodzinne gniazdko. Bezpieczne. Jeszcze pięć lat temu agent nieruchomości przedstawiałby go klientom z nieskrywaną dumą. Teraz w oknach karton i deski. Zero bieżącej wody. Na kuchennym blacie stoi duże drewniane wiadro. Śmierdzi wilgocią. Dla dzieci nie ma zabawek. Drewniane laleczki wyciosano z nóg od krzeseł. Mają wymalowane buźki. Półki świecą pustkami. Żadnych obrazów. Od tylnych drzwi do sypialni na parterze po podłodze biegną przewody. Prowadzą do głośników. Słychać przez nie wszystkie dźwięki dobiegające z zewnątrz. Malorie i jej dzieci mieszkają w takich właśnie warunkach. Czasami całymi dniami nie wychodzą z domu. A kiedy to robią, zakładają opaski na oczy.
Dzieci nigdy nie widziały świata. Nawet przez okno. A Malorie nie wychylała się nigdzie przez cztery lata.
Cztery lata.
Nie musi dzisiaj podejmować decyzji. Jest październik. W Michigan o tej porze roku robi się zimno. Czterdzieści pięć kilometrów żeglugi rzeką byłoby dla dzieci zbyt wielkim wyzwaniem. Są jeszcze za małe. A co, jeśli wpadłyby do wody? Co wtedy zrobiłaby Malorie z zawiązanymi oczami?
Wypadek, myśli. Tragedia. Po tak długiej walce o przetrwanie zginąć w wypadku…
Zerka na zasłony. Zaczyna płakać. Chce krzyczeć, wydrzeć się na kogoś. Błagać, aby ktoś, ktokolwiek, ją wysłuchał. „To nie fair”, powiedziałaby. „To zbyt okrutne”.
Odwraca się przez ramię, w stronę wejścia i korytarza prowadzącego do sypialni dzieci. Za otworem pozbawionym drzwi maluchy śpią przykryte czarnym płótnem. Są dobrze ukryte. Nie poruszają się. Nie dają znaku życia. Ale mogą nasłuchiwać. Po latach powtarzania, jak ważne jest słuchać, jak wielkie znaczenie ma nadstawianie uszu, czasami wydaje jej się, że dzieci potrafią usłyszeć nawet jej myśli.
Mogłaby poczekać na lepszą pogodę, na ciepłe miesiące, lepiej przygotować łódź. Powiedzieć dzieciom, zapytać, co o tym myślą. Może ich sugestie byłyby sensowne. To tylko czterolatki, ale nauczyła je, by słuchały. Pomogłyby jej nawigować łodzią z zamkniętymi oczami. Bez nich Malorie nie zdołałaby pokonać tego dystansu. Potrzebuje ich uszu. Pewnie więc przydałyby się też ich rady. Czy dziecko w wieku czterech lat miałoby coś do powiedzenia o tym, kiedy najlepiej opuścić dom? I to na zawsze?
Malorie opada na krzesło. Walczy z napływającymi do oczu łzami. Bosą stopą wciąż wystukuje na popękanych płytkach nerwowy rytm. Powoli podnosi wzrok i kieruje spojrzenie na schody. Prowadzą do piwnicy. Kiedyś rozmawiała z niejakim Tomem o facecie, który miał na imię Don. Patrzy na umywalkę, do której Don wlewał wodę zaczerpniętą ze studni. Drżał po każdym wyjściu na zewnątrz. Pochyla się nieco i widzi przedpokój, gdzie Cheryl przygotowywała karmę dla ptaków. Pomiędzy Malorie a drzwiami frontowymi jest jeszcze salon. Ciemny i cichy. A w nim zbyt wiele wspomnień o zbyt wielu ludziach. Z tymi myślami nie potrafi się zmierzyć.
Cztery lata… Ma ochotę rąbnąć pięścią w ścianę.
Wie, że te cztery lata mogą się bardzo łatwo przerodzić w osiem. A osiem w dwanaście. Potem dzieciaki dorosną. Staną się dojrzałymi ludźmi, którzy nigdy nie widzieli nieba. Nigdy nie wyjrzeli przez okno. Jak na ich umysły wpłynęłoby dwanaście długich lat życia w zamknięciu, życia jak krowy w przemysłowej hodowli? Czy w którymś momencie – zastanawia się – chmury staną się czymś nierealnym, nierzeczywistym, a jedynym miejscem, gdzie człowiek czuje się swobodnie, będzie ciemność pod czarną opaską na oczy?
Malorie przełyka z wysiłkiem ślinę i wyobraża sobie, jak by to było samotnie wychowywać dzieci przez kolejne lata.
Dałaby radę? Potrafiłaby je ochronić przez kolejne dziesięć lat? Strzec ich do czasu, aż wreszcie one zaczną strzec jej? Po co? Jakie życie mogłaby im zapewnić?
Jesteś złą matką, myśli.
Nie umiała sprawić, że poznają bezkres nieba. Nie potrafiła odnaleźć sposobu, aby mogły bez strachu biegać po podwórku, po ulicy, po okolicznych opustoszałych domach i przerdzewiałych, porzuconych samochodach. Nie podarowała im nawet jednego spojrzenia w przestrzeń, na zewnątrz, kiedy niebo ciemnieje i rozbłyskuje nagle przepięknymi punkcikami gwiazd.
Chronię je, żeby mogły żyć. Ale co to za życie?
Malorie widzi przez łzy, jak czerń zasłon przechodzi w odcień szarości. Jeśli na zewnątrz jest mgła, niedługo zniknie. Mgła może pomóc, może ukryć ją i dzieci w drodze do rzeki, do łodzi. Jeśli mają wyruszyć, musi obudzić maluchy już teraz.
Uderza otwartą dłonią w blat i ociera oczy.
Wstaje i wychodzi z kuchni, idzie korytarzem do dziecięcej sypialni.
– Dzieci! – woła. – Wstawajcie.
W pokoju panuje ciemność. Jedyne okno jest zasłonięte tak szczelnie, że nawet słońce w zenicie nie potrafi rozproszyć mroku. Na podłodze, po przeciwległych stronach pokoju, leżą dwa materace. Rozpostarła nad nimi czarne baldachimy. Kiedyś siatka z drutu, która je podtrzymuje, służyła za ogrodzenie ogródka. Przez ostatnie cztery lata stała się jednak pancerzem chroniącym dzieci, choć nie przed tym, co mogłoby je dostrzec, a przed tym, co zobaczyć mogą one. Spod czarnego płótna Malorie słyszy ruch. Klęka i odwiązuje z wbitych w podłogę gwoździ gruby drut. Dzieci obrzucają ją zaspanymi, zdezorientowanymi spojrzeniami, a ona od razu wyciąga z kieszeni przepaski na oczy.
– Mamusiu…
– Wstawać. Już. No, szybko.
Nie zwlekają. Nie narzekają i nie jęczą.
– A gdzie idziemy? – pyta dziewczynka.
Malorie podaje jej przepaskę.
– Włóż to – mówi. – Nad rzekę.
Maluchy wsuwają na czoła czarny materiał i ciasno obwiązują nim głowy, zasłaniając oczy. Dobrze wiedzą, co robić. Są świetnie wyszkolone, jeśli można tak powiedzieć o kimś, kto ma zaledwie cztery lata. Serce Malorie pęka na ich widok. To tylko dzieci. Powinny być ciekawe świata. Powinny pytać, dlaczego akurat dzisiaj mają iść nad rzekę. Nigdy tam nie były.
Zamiast tego posłusznie wykonują rozkazy.
Malorie nie wkłada jeszcze swojej opaski. Najpierw przygotuje dzieciaki.
– Zabierz puzzle – nakazuje dziewczynce. – I weźcie koce.
Czuje ekscytację, którą trudno opisać. Uczucie graniczy z histerią. Malorie przechodzi z pomieszczenia do pomieszczenia, sprawdzając po drodze, czy zabrała wszystko, czego mogą potrzebować. Traci pewność siebie. Poczucie bezpieczeństwa wyparowuje, jakby dom i ziemia, na której stoi, z minuty na minutę znikały, wystawiając ją na widok, na pastwę świata zewnętrznego. Kurczowo trzyma się myśli, że przed zagrożeniem uchronią ich opaski. Nieważne, co ze sobą wezmą. Nieważne, czego użyją jako broni – to czarne płótno stanowi ich najpewniejszą ochronę.
– Koce! – powtarza, słysząc, jak ludzkie istotki szykują się do drogi. Potem wchodzi do sypialni, aby im pomóc. Mały jest drobny jak na swój wiek, ale bardzo silny, co napawa Malorie dumą. Wybiera właśnie koszulę. Wszystkie są na niego za duże. To ubrania po dorosłym, którego od dawna z nimi nie ma. Malorie decyduje za chłopca i obserwuje, jak ciemna czupryna niknie w połach materiału, żeby po chwili wynurzyć się zza kołnierzyka. Mimo stresu Malorie dostrzega, że dzieciak ostatnio podrósł.
Mała jest większa. Usiłuje wcisnąć się w sukienkę, wkładając ją przez głowę. Tę sukienkę Malorie uszyła dla niej ze starego prześcieradła.
– Na dworze jest zimno, Mała. Sukienka nie wystarczy.
Dziewczynka marszczy brwi. Jej jasne włosy są rozczochrane.
– Włożę też spodnie, mamusiu. No i weźmiemy koce.
W Malorie wzbiera złość. Nie życzy sobie dyskusji. Nie dzisiaj. Nawet jeśli Mała ma rację.
– Sukienka zostaje tutaj.
Świat na zewnątrz z pustymi centrami handlowymi, tysiącami porzuconych pojazdów, zapomnianymi produktami, które wciąż stoją na sklepowych półkach, jakby napierał na dom ze wszystkich stron. Szepcze o tym, co ich czeka.
Malorie zdejmuje płaszcz z wieszaka w szafie znajdującej się w małym pokoju po drugiej stronie korytarza. Potem opuszcza pomieszczenie. Pewnie już na zawsze.
– Mamusiu… – Dziewczynka staje w przedpokoju. – Bierzemy trąbki do rowerów?
Malorie robi głęboki wdech.
– Nie – odpowiada. – Będziemy szli razem. Przez cały czas.
Mała wraca do sypialni, a Malorie przebiega przez głowę myśl, jakie to żenujące, że największą frajdą dla jej dzieci jest hałasowanie tymi trąbkami. Bawią się nimi niemal od urodzenia. Trąbią w salonie. Czasami hałas sprawiał, że pękała jej głowa. Nigdy jednak nie odebrała im tych trąbek. Nigdzie nie schowała. Nawet na początku, kiedy jeszcze dojrzewała do macierzyństwa, rozumiała, że w tym świecie wszystko, co przywołuje uśmiech na usta jej dzieci, jest czymś dobrym.
Nawet mimo tego, że Victor śmiertelnie bał się tego jazgotliwego dźwięku.
Ależ jej teraz brakuje psa. Podczas najwcześniejszych dni samotnego wychowywania dzieci fantazjowała o podróży rzeką w towarzystwie Victora. Zwierzak potrafiłby ją ostrzec, gdyby wyczuł jakiegoś drapieżnika. Może by go nawet odstraszył.
– Okej. – Staje w wejściu do pokoju dziecięcego. – Wystarczy. Mamy wszystko. Idziemy.
W spokojne popołudnia i deszczowe wieczory Malorie wielokrotnie powtarzała dzieciom, że ten moment nadejdzie. Opowiadała im o rzece. O wyprawie. Nigdy nie nazywała tego ucieczką, bo nie chciała, aby myślały, że od takiego życia trzeba uciekać. Ostrzegała jednak, że nadejdzie taki poranek, kiedy obudzi maluchy i każe im na zawsze opuścić dom. Wiedziała, że wyczują jej niepewność. Potrafiły wychwycić nawet odgłos pająka idącego po szybie okiennej za grubą kotarą. Przez lata w kredensie trzymała zawiniątko z żywnością. Kiedy jedzenie się psuło, wymieniała je na nowe. To było dla nich przypomnienie, dowód, że pewnego dnia naprawdę obudzi je i każe się zbierać. Widzicie?, myślała, nerwowo sprawdzając, czy okna są szczelnie zasłonięte. To jedzenie w kredensie jest częścią mojego planu.
Długo zapowiadany dzień wreszcie nadszedł. Tego poranka. Właśnie w tym momencie. Gdy za oknem szaro od mgły.
Mały i Mała podchodzą, a Malorie klęka przed nimi. Sprawdza opaski. Zawiązały je mocno. Kiedy patrzy na dziecięce twarzyczki, jeszcze mocniej dociera do niej, że oto nareszcie nadszedł czas, aby udać się w podróż.
– Posłuchajcie. – Łapie dzieci za brody. – Weźmiemy łódź i popłyniemy rzeką. To może być długa wyprawa. Musicie robić dokładnie to, co mówię. Rozumiecie?
– Tak.
– Tak.
– Na zewnątrz jest zimno. Macie koce. Macie opaski. Niczego więcej nie potrzebujecie. Rozumiecie?
– Tak.
– Tak.
– Pod żadnym pozorem nie wolno wam zdejmować opasek. Jeśli to zrobicie, skrzywdzę was. Jasne?
– Tak.
– Tak.
– Potrzebuję waszego słuchu. Będziecie go wytężać. Na rzece słuchajcie nie tylko wody. Nie tylko odgłosów lasu. Jeśli usłyszycie jakieś zwierzę, macie mi natychmiast powiedzieć. Jeśli usłyszycie jakikolwiek plusk, macie powiedzieć. Rozumiecie?
– Tak.
– Tak.
– Nie zadawajcie pytań niezwiązanych z rzeką. Ty będziesz siedział z przodu – mówi do Małego, klepiąc go w pierś. Potem tak samo klepie Małą. – A ty z tyłu. Kiedy dotrzemy do łodzi, pomogę wam usiąść na waszych miejscach. Ja będę w środku, zajmę się wiosłowaniem. Nie wolno wam ze sobą rozmawiać, chyba że o tym, co usłyszeliście z lasu lub rzeki. Zrozumiano?
– Tak.
– Tak.
– Nigdzie się nie zatrzymamy. Płyniemy, aż dotrzemy na miejsce. Powiem wam, kiedy to nastąpi. Jeśli zgłodniejecie, zjedzcie coś z zawiniątka. – Podsuwa prowiant, aby dzieci mogły dotknąć pakunku. – Nie zasypiajcie. Pod żadnym pozorem nie zasypiajcie. Potrzebuję waszych uszu bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
– Bierzemy mikrofony? – pyta dziewczynka.
– Nie. – Malorie zerka to na jedno, to na drugie. – Kiedy opuścimy dom, będziemy się trzymać za ręce. Pójdziemy ścieżką koło studni. Potem przez polankę w lesie za domem. Pewnie jest zarośnięta, więc będziemy musieli na kilka kroków się puścić. Ale wtedy trzymajcie się oboje mojego płaszcza albo siebie nawzajem. Rozumiecie?
– Tak.
– Tak.
Boją się?
– Posłuchajcie mnie uważnie. Idziemy gdzieś, gdzie nigdy dotąd nie byliście. Oddalamy się od domu bardziej niż kiedykolwiek. Na zewnątrz są rzeczy, które mogą was skrzywdzić. Które mogą skrzywdzić mamusię. Dlatego musicie zapamiętać wszystko, co wam mówię.
Dzieci nie odpowiadają.
– Rozumiecie?
– Tak.
– Tak.
Malorie świetnie je wyszkoliła.
– W porządku. – W jej głosie słychać nutę histerii. – Ruszamy. Od razu. Idziemy.
Przyciska czoło do ich głów.
Potem bierze dzieci za ręce. Szybko przechodzą przez dom. W kuchni drżącymi dłońmi ociera załzawione oczy i wyciąga z kieszeni własną opaskę. Szczelnie zawiązuje ją na głowie, na ciemnych, długich włosach. Waha się przez chwilę z dłonią na klamce. Tuż za drzwiami zaczyna się ścieżka, którą tysiące razy przebyła w drodze po wodę.
Za chwilę porzuci swój dom. Emocje tej chwili ją przytłaczają.
Otwiera drzwi i wpuszcza do środka zimne powietrze. Stawia krok przed dom. Strach jest obezwładniający. Przed oczami przelatują jej wszystkie najgorsze scenariusze. Nie może wspomnieć o nich otwarcie. Nie przy dzieciach. Kiedy w końcu się odzywa, robi to podniesionym głosem, żeby zamaskować jego drżenie.
– Weźcie mnie za ręce. Obydwoje.
Mały łapie lewą, Mała drobnymi paluszkami oplata prawą.
Wychodzą na powietrze.
Studnia jest dwadzieścia metrów dalej. Ścieżkę wyznaczają niskie drewniane paliki. Dawniej były to ramki do zdjęć. Dzieci wiele razy dotykały tej bariery stopami. Malorie kiedyś powiedziała im, że woda ze studni to jedyne lekarstwo, jakiego będą w życiu potrzebować. Z tego powodu maluchy od zawsze darzą tę studnię nabożną czcią. Nigdy nie przyszło im nawet do głowy narzekać, kiedy zabierała je ze sobą po wodę.
Koło studni ziemia staje się wyboista. Miękka. Nienaturalnie miękka.
– Tam jest polana – oznajmia Malorie.
Prowadzi maluchy uważnie. Dziesięć metrów za studnią zaczyna się kolejna ścieżyna. Wąska. Rozwidla się w lesie. Rzeka jest niecałe sto metrów dalej. W zaroślach Malorie na chwilę puszcza dzieci, żeby wymacać dalszą drogę.
– Trzymajcie się płaszcza!
Wodzi palcami po gałęziach, aż odnajduje wiszącą na jednej z nich bluzkę. Przywiązała ją do drzewa ponad trzy lata temu, aby oznaczyć początek drogi.
Chłopiec łapie wywleczoną kieszeń, a dziewczynka jego kurtkę. Idąc dalej, Malorie pyta, czy trzymają się razem. Gałęzie smagają jej twarz. Z ust nie wyrywa się okrzyk.
Po niedługim czasie trafiają na znacznik, który wbiła w ziemię. To złamana noga od krzesła. Sterczy pośrodku ścieżki. Malorie może się o nią potknąć, przewrócić, byle tylko trafić.
Łódź odkryła cztery lata temu. Była zacumowana zaledwie pięć domów dalej. Odkąd ostatnio sprawdzała jej stan, minął miesiąc. Powinna nadal stać tam, gdzie stała. Trudno jednak nie wyobrażać sobie najgorszego. Co, jeśli ktoś na nią natrafił? Jakaś inna kobieta, podobna do niej, mieszkająca kolejne pięć domów dalej, która również od czterech lat zbiera w sobie siłę do ucieczki. Kobieta, która tak jak ona ześlizgnęła się z błotnistego brzegu i wpadła na ten sam dar od niebios – ostro zakończony, obity blachą dziób łódki.
Chłodne powietrze drażni zadrapania na twarzy. Dzieci nie narzekają.
To żadne dzieciństwo, myśli Malorie, prowadząc je ku rzece.
A potem ją słyszy. Jeszcze zanim docierają do pomostu. Plusk łodzi unoszącej się na wodzie. Zatrzymuje się. Sprawdza opaski na oczach dzieci. Zacieśnia węzły. Następnie wprowadza maluchy na drewnianą keję.
Tak, myśli, jeszcze tu jest. Zupełnie jak samochody zaparkowane na ulicy przed domem. Jak same domy – wciąż ciemne, wciąż puste.
Jest zimniej niż w lesie. Chlupot wody w równym stopniu przeraża, co napawa nadzieją. Klęka w miejscu, gdzie chyba powinna być łódka. Puszcza dziecięce dłonie i szuka rękami dzioba okutego blachą. Najpierw natrafia na linę cumowniczą.
– Mały – mówi, przyciągając zmrożony dziób do pomostu. – Na przód. Wskakuj. – Pomaga mu. Kiedy chłopiec siada, przytrzymuje jego twarz w dłoniach i powtarza: – Nasłuchuj. Nie tylko rzeki. Nasłuchuj.
Każe Małej zostać na pomoście, po czym na macanego odwiązuje linę, aż wreszcie sama wchodzi na pokład. W półprzysiadzie sadza Małą za sobą. Łódź kołysze się mocno; Malorie boleśnie zaciska palce na ramieniu dziecka. Mała nie wydaje żadnego dźwięku.
Dno jest zalane wodą, w której pływają liście i patyki. Malorie grzebie w nich, szukając wioseł – zostawiła je pod prawą burtą. Są zimne. Wilgotne. Śmierdzą pleśnią. Wsuwa je w stalowe, mocne i solidne prowadnice. Odpycha się jednym od pomostu i…
Wyruszają.
Rzeka płynie nieśpiesznie. Dookoła słychać odgłosy. Coś porusza się w lesie.
Malorie myśli o mgle. Ma nadzieję, że osłoni ich podczas ucieczki.
Lecz mgła zniknie.
– Dzieci – mówi, oddychając ciężko – nasłuchujcie.
Nareszcie, po czterech latach czekania, szkolenia, zbierania w sobie odwagi, odbija od pomostu i wiosłuje. Brzeg jest coraz dalej. Podobnie dom, który dawał schronienie jej i dzieciom od tak bardzo dawna.
Dziewięć miesięcy przed narodzinami dzieci. Malorie wynajmuje ze swoją siostrą Shannon skromny dom, którego nigdy nie chciało im się dekorować. Wprowadziły się do niego trzy tygodnie temu, ignorując obawy znajomych. Malorie i Shannon są inteligentne, lubiane i cenione w towarzystwie, ale kiedy zostają same, tylko we dwie, zaczyna im odbijać. Stało się tak już pierwszego dnia, gdy wnosiły kartony do mieszkania.
– Myślę, że będzie sensowniej, jeśli ja wezmę większą sypialnię – zadeklarowała Shannon, stając u góry schodów. – Mam więcej ciuchów.
– No co ty – odparła Malorie, taszcząc karton po mleku wypełniony nieprzeczytanymi książkami. – Ten pokój ma większe okno.
Siostry przez dłuższy czas dyplomatycznie się spierały, starając się zadać kłam rodzinnym przewidywaniom. Jak by to wyglądało, gdyby pożarły się już pierwszego dnia? W końcu Malorie zgodziła się na rzut monetą, który wygrała Shannon. Do tej pory podejrzewa, że rzut był nieuczciwy.
Dzisiaj nie myśli jednak o tych wszystkich zachowaniach siostry, od których dostaje szału. Nie sprząta po cichu po Shannon, nie zamyka po niej drzwi w szafkach, nie zbiera porozrzucanych po podłodze swetrów i skarpet. Nie wzdycha z irytacją i nie kręci głową, gdy uruchamia pełną zmywarkę lub przesuwa pod ścianę zostawione na środku pokoju kartony, o które obydwie się potykają. Zamiast tego stoi przed lustrem w łazience na pierwszym piętrze, naga, i przygląda się własnemu brzuchowi.
Już nieraz mi się spóźnił okres, mówi w myślach. Marne pocieszenie, bo od tygodni chodzi podminowana, powtarzając sobie, że z Henrym Martinem powinni być ostrożniejsi.
Czarne włosy opadają jej na ramiona. Usta ma skrzywione w nieszczęśliwym grymasie. Kładzie dłonie na płaskim podbrzuszu i powoli kiwa głową. Nieważne, jak to sobie tłumaczy. Czuje, że jest w ciąży.
– Malorie! – woła Shannon z salonu. – Co ty tam robisz?
Nie odpowiada. Obraca się bokiem do swojego odbicia i przechyla głowę. W bladym świetle łazienkowej żarówki jej błękitne oczy wyglądają na szare. Opiera się o różową okleinę blatu i wygina plecy w łuk. Usiłuje sprawić, żeby brzuch wyglądał na bardziej wklęsły, jakby to miało być dowodem, że nie powstało w nim nowe życie.
– Malorie! – drze się Shannon. – Jest kolejna relacja w telewizji! Coś się wydarzyło na Alasce.
Tak, słyszy, ale w tym momencie wydarzenia ze świata niewiele ją obchodzą.
Przez kilka ostatnich dni w internecie aż huczy o czymś, co nazwano „raportem rosyjskim”. Według niego pasażer dostawczaka jadącego po ośnieżonej drodze pod Sankt Petersburgiem poprosił kierowcę, aby ten zatrzymał się na poboczu, po czym bestialsko go zaatakował – gołymi rękami rozerwał mu twarz na strzępy. Następnie popełnił samobójstwo za pomocą piły elektrycznej, którą wieźli na pace. Makabryczna historia, ale w internecie tego typu informacje roznoszą się z wariacką szybkością. Ogólnie w tej tragedii nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie kolejne podobne zdarzenia: w Jakucku, tysiące kilometrów od Sankt Petersburga, matka określana przez znajomych jako „zrównoważona osoba” pochowała żywcem własne dzieci w przydomowym ogrodzie, a potem zabiła się, przecinając żyły potłuczonymi talerzami. Później w Omsku, kolejnym mieście w zupełnie innym regionie Rosji, stało się coś, co ugruntowało internetową popularność serii drastycznych ataków. Tym razem w sieci pojawił się też filmik. Malorie patrzyła, dopóki była w stanie. Mężczyzna uzbrojony w siekierę, z rozbryzgami krwi na długiej brodzie, usiłował zaatakować nagrywającego. Pod koniec filmu osiągnął swój cel. Tej części Malorie już nie obejrzała. Unikała podobnych wiadomości. Shannon temat jednak zafascynował i przekazywała siostrze wszystkie przerażające szczegóły.
– Alaska – powtarza Shannon. – To w Ameryce, Malorie!
Shannon ma blond włosy, jak ich pochodząca z Finlandii matka. Malorie wyglądem bardziej przypomina ojca: ma głęboko osadzone oczy o przenikliwym spojrzeniu i gładką jasną skórę, typową dla ludzi z północy. Siostry wychowały się na Półwyspie Górnym. Obie marzyły o przeprowadzce na południe, w okolice Detroit. Wyobrażały sobie, że w mieście czekają na nie imprezy, koncerty, godziwa praca i oczywiście faceci.
Malorie nie miała szczęścia do mężczyzn, aż do czasu, kiedy poznała Henry’ego Martina.
– Jasna cholera! – krzyczy z ekscytacją Shannon. – W Kanadzie też wydarzyła się podobna historia. To się robi poważna sprawa. Ej, co ty tam wyrabiasz?
Malorie odkręca zimną wodę i obmywa palce. Ochlapuje twarz. Podnosi wzrok, patrzy w lustrzane odbicie i myśli o rodzicach, którzy wciąż mieszkają na półwyspie. Nie mówiła im o Henrym Martinie. W zasadzie nie rozmawiała nawet z nim samym od wspólnie spędzonej nocy. A teraz najprawdopodobniej los związał ich na resztę życia.
Nagle drzwi do łazienki otwierają się szeroko. Malorie sięga po ręcznik.
– Jezu, Shannon.
– Słyszałaś, co mówię? To się rozprzestrzenia. Ludzie mówią, że ataki powoduje widok czegoś. Dziwne, nie? W CNN powiedzieli, że to jedyne, co łączy wszystkie przypadki. Że ofiary coś widziały, zanim zaczęły atakować niewinnych ludzi, a potem odbierać sobie życie. Uwierzysz? No, powiedz!
Malorie powoli obraca się w kierunku siostry. Twarz ma bez wyrazu.
– Ej, wszystko w porządku? Nie wyglądasz najlepiej.
Malorie zaczyna płakać. Przygryza wargę. Z dłoni zwisa ręcznik, którym nawet się nie osłoniła. Stoi przed lustrem, wpatrując się w swój nagi brzuch. Shannon łapie w mig.
– Jasny gwint – mamrocze. – Myślisz, że jesteś w…?
Malorie przytakuje. Siostry podchodzą do siebie i otoczone różem kafelków przytulają się. Shannon gładzi Malorie po czarnych włosach.
– Już dobrze – mówi. – Bez stresu. Zróbmy najpierw test jak normalni ludzie. Jasne? Nie martw się. Na pewno w większości takich przypadków wynik jest negatywny.
Malorie nie odpowiada. Tylko wzdycha ciężko.
– Okej – mówi Shannon. – Chodźmy.
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji
